- Opowiadanie: Pendrive - Polski Mars

Polski Mars

Debiut

 

              „Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać.

                                      Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię”

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Polski Mars

 

Polski Mars

 

Z Dedykacją dla Opportunity

 

Opportunity”(z ang– szansa, możliwość), którą w pełni wykorzystał. Przebył 45,16 km, badając geologię czerwonej planety. Zdołał funkcjonować pięć tysięcy sto jedenaście marsjańskich dni. Gdyby ożył, zapewne by spytał.

– Dacie mi szansę wrócić?

 

*

Krążownik Czarne Słońce

 

W toni wiecznej pustki kosmosu sunął międzygwiezdny statek. Tranzyt najcenniejszego bogactwa Ziemi, młody narybek ludzki. Piekielnie zdolny, piekielnie inteligentny. Odpowiadający potrzebom młodych koloni. Jakże potrzebny w budowaniu, nowych lepszych społeczności.

Każdy przecież wie, młody umysł można łatwo kształtować, lecz jeszcze szybciej zbuntować. Niektórzy bagatelizują tę drugą przypadłość młodzieńczego czy też, podlotkowatego etapu życia. Do czasu.

– Informujemy orbita Marsa, zostanie osiągniętą za trzydzieści minut – wybrzmiał przez głośniki roboto-syntetyczny głos.

– Rajtis procedura wejścia na orbitę – barczysty porucznik wychylił się za pulpitu pierwszego oficera, skinął głową.

– Zgodnie z procedurą kapitanie.

– Delikatniej nie tak jak ostatnio poruczniku, próbujemy oszczędzać paliwo.

– Zrozumiałem – odparł ponuro Rajtis. Westchnął raz, w jego stylu, po czym wrócił do wbijania koordynatorów na pierwszą orbitę Marsa.

Rajtis naprawdę był dobry, ale Robur zawsze wymagał więcej. Od siebie także, taki po prostu był.

– Poruczniku obejmujesz stery, zorganizować transporty, dokonać wymiany, zdeponować walutę. Ja wreszcie idę się wyspać.

– Kapitanie – Odezwała się Rozana jedna z trzech maszynistek na mostku. – Kanclerz Mars Prime nalega na spotkanie, niezwłocznie po przylocie. Zaznaczył, że to sprawa dużej wagi.

– Hmmmm – zamyślał się Robur, sprawa dużej wagi, interesy lub zachcianki.

– Roburze – ciągnęła dalej Rozana – za około trzy godziny zakończy ceremonię jubileuszową.

– Dwadzieścia pięć lat koloni? – wtrącił Robur.

– Dokładnie – powiedziała podirytowana, podrzucając jak zawsze swoje blond włosy. Najtwardsza z maszynistek nie lubiła, jak się jej przerywa.

– Koordynaty spotkania, przesyłam ci do kajuty. I listę części, bez których Czarne Słońce, straci znacznie na sile bojowej. Oczywiście odwlekasz to już któryś raz.

– Ploter 3D też już nawala – dodała Misza, druga z maszynistek. – A bez tego kapitanie, ciężko będzie o efektowne wyjścia z opresji. Przydałyby się też surowce do naprawy ekwipunku i w ogóle wszystkiego.

– Dodaj do listy – powiedział, po czym wstał z fotela dowódcy. – Rajtis zmiana planów bierz listę i za dwie godziny przy transporterze.

– Kapitanie – odezwała się trzecia z maszynistek Verdana. – Proszę się ogolić.

– Dobrze Verdano – powiedział nad wyraz spokojnie, dawniej by go to podirytowało.

– Maszynistki przejmujecie dowodzenie – rzucił na odchodne.

 

*

– Sanex!

– Tak Roburze? – wybrzmiał roboto-syntetyczny głos w jego kajucie.

– Analiza haplografii tranzytu.

– Ładuje … Analiza zajmie około godziny.

– Przesłać do mojego skanera.

– Protokół tajny?

– Tak.

*

*

Tranzyt

 

Co tu dużo mówić, Mars Prime był ogromny. Wyrastająca z ziemi bazaltowa kopuła o średnicy dwóch kilometrów imponowała. Wysoka na około czterysta metrów górowała nad równiną Meridanii. Czasza bazy była wielką soczewką, kompensującą wartościowe światło.

Wartości dodawała również sekcja bio-zone połączona z soczewką, tworząc istnego walca z meniskiem górnym. Przesłona sprytny wynalazek zapewniała odpowiednie nasłonecznienie, przy czym jej zewnętrzna część była panelem fotowoltaicznym. Także Mars Prime robił wrażenie.

Większego poczucia ogromu, doznać można tylko było, przechodząc przez bramę główną. Do siódmego doku dekontaminacji, z którego toteż zobaczyć można to, czego nie widać na zewnątrz. Strome schody prosto w dół, później windy. Zjazd na trzysta-czterysta metrów pod regolit. Niewolnicze drążenie tuneli w celu, eksploatacji ogromnych pokładów lodu, deuteru i wielu innych drogocennych dóbr. Nie pomijając najważniejszego helu-3, którego nie powinno być na Marsie, a jednak…

*

 

*

– Prime w zasięgu wzroku.

– Przyjąłem poruczniku. Posadź nas na wschodnim lądowisku.

– Inicjuje procedurę podejścia do lądowania transportera Orkan. – wyrecytował regułkę mimowolnie, przełączając opuszkami palców mnóstwo przełączników.

– Rajtek – wycedził Robur. – Gwiezdnej Floty już nie ma. Przesadzasz czasami z tymi ich formułkami – dodał ostrym tonem. – Oprócz statku i floty nie da się z tobą o niczym innym pogadać. Zmień podejście, bo nawet kosmos się zmienia.

Porucznik posępniał, wlepił wzrok w pulpity kokpitu Orkanu. Chwile trwali w milczeniu.

– Urodziłem się w próżni kapitanie – przemówił niespodziewanie. – Na frachtowcu Idylla, matka oddała mnie na Księżyc. Nigdy nie byłem na Ziemi, chociaż ją non stop widziałem, ten błękitny bąbel. Przeradzający się w biały kłęb dymu. A najgorsze obserwowałem to z zaledwie trzysta osiemdziesięciu czterech tysięcy, czterystu kilometrów. Jak tam było? – dodał zdławionym głosem.

– Długo przed atomową zimą było dobrze – odpowiedział na pytanie Robur, rozweselił się na myśl o tamtych czasach. – W większych metropoliach syf i brud, wylęgarnia różnej maści zaraz. Za to wciąż istniały miejsca piękne, wręcz bajeczne.

– Byłeś w górach? – porucznik zapytał podekscytowany, lecz nie oderwany od przełączników kokpitu.

– Tak – odparł dziwnym głosem. – Przyszedłem na świat na jednym takim paśmie górskim, powyżej tysiąca metrów nad poziomem morza. Dzieciństwo spędziłem na szlaku, później wolałem się wygrzewać na plażach.

– Plaże? – wzdrygnął się Rajtis, obrócił się w jego stronę, odrywając palce od przełączników. – Pas nadbrzeżny z materiałem sypkim? – zasugerował pewny siebie.

– Z piaskiem tak się to zwie albo żwirem. Jednym minusem takiej plaży, jest wcinający się w tyłek jak to ująłeś, nadbrzeżny materiał sypki – żachnął się Robur.

– Piiiiip – rozległ się alarm ostrzegawczy w kokpicie, dwie czerwone lampki, zaczęły mrugać. Pierwszy oficer z nawyku zmonitorował sytuacje i zameldował.

– Cofają pozwolenie na lądowanie, przesłali nowe koordynaty i wiadomość.

– Puść.

Witamy. – wybrzmiał, przyjemny kobiecy głos – Informujemy. Wszystkim jednostką niewchodzącym w skład Korporacji Terra-Mars, nakazujemy lądowanie w hangarze nr 1. Prosimy o powstrzymanie sytuacji, w wyniku których dojdzie do niepotrzebnych następstw, poprzez nie zalecanie się do wytycznych. Dziękujemy – zakończyła uprzejmie.

– Poruczniku, chociaż mi się to nie podoba, dostosujemy się do wytycznych. – Wycedził przez zęby, wyprostował się, chwycił za dżojstik pierwszego pilota.– Obejmuje Orkan – na lewym interaktywnym pulpicie wdrożył procedurę DEF-1. Po czym przełączył kilka przełączników nad głową. – Orkan w trybie DEF-1. – Oznajmił służbowo. – Zabezpieczyć ładownie, przygotować tranzyt do przekazania, nadto zabezpieczyć przesyłki.

Rajtis płynnym ruchem, odpiął pasy fotela, wstał, a następnie udał się w stronę śluzy.

– Zgodnie z procedurą. – Dało się usłyszeć, gdy opuszczał kokpit.

*

 

*

Polecieli dokładnie pod wskazane koordynaty. Robur nie próżnował, korzystając z tego, że musieli zmienić kurs i krążyć nieco wokół Prajma. Czekali na lądowanie, dla tego mapował, co popadnie. W rzeczy samej nie zapominał o najważniejszym nowej niespodziance Hangarze NR 1. Nastręczał mu w myślach nie lada kłopotu, komplikując dostarczenie przesyłek do swoich klientów na Prajmie. Dopiero na tym wychodził na swoje, tranzyty były coraz bardziej restrykcyjne i ryzykowne.

Ludzi w kosmosie znajdowało się, aż nadto obecnie liczył się genotyp i brak degeneracji DNA. Przeważała opinia różnorodności biologicznej gatunku, budowanie zdrowej genetycznie populacji, tego typu sprawy. A tak naprawdę brakowało zaopatrzenia, narzędzi w wielu kopalinach pod regolitem. Kopuła Mars Prime była XXII wieku, a sieć kopalin pod regolitem XXI. Tu rodziły się problemy, niesnaski, wyzysk i przemoc.

Siedział jeszcze w kokpicie, wgrywając do swojego terminalu na przedramieniu pozyskane dane. Widział, jak Rajtis wyprowadza, tranzyt na płytę hangaru. Trzynaście chłopców i dwanaścioro dziewcząt, zgarniętych z Księżyca. Jakiś miesiąc temu. Ustawili się w dwu szeregu zgrabnie, bez ociągania. Pojętna gromada należy przyznać. Dostali się na Księżyc sami, starym radzieckim Sojuzem. Pomysłowo zmodyfikowanym. Przy próbie, spieniężenia go wpadli. Niespodziewanie Księżycowe Biuro Celne, dało cynk Roburowi. Później okazało się, że gromada dogadała się z KBC, oddając Sojuz i plany modyfikacji rakiety.

– Kapitanie, odbiór – rozległ się głos porucznika w terminalu.

– Dawaj Rajtek – spojrzał na niego stojącego, już samego na płycie hangaru. Gromada znikła, zapewne wysłana do punktów celnych i poboru zaopatrzenia.

– Wspaniały wynik, chyba rekord – żywiołowo zrelacjonował. – Celnik skanował ich dwa razy. Dwadzieścia trzy osoby do kopuły, dwie pod regolit. Zainkasowaliśmy dwanaście jednostek helu-3. Idę go właśnie odebrać, wysyłam potwierdzanie na twój skaner.

– Przyjąłem – sprawdził potwierdzenie transakcji. – Czekaj dziewięćdziesiąt pięć procent to – Robur przymrużył oczy, obliczał w pamięci. – To dwadzieścia trzy przecinek siedemdziesiąt pięć– dokończył.

– Tak – rzucił od razu porucznik. – Też nie rozumiem ich obliczeń, pewnie oszczędności. Zażądałby jedna osoba, zgłosiła się na ochotnika pod regolit.

– I kto się zgłosił?

– A jak Kapitan myśli?

– Ten pyskaty?

– Dokładnie ten pyskaty, gromada mówiła na niego Lach Pyskaty.

 

*

 

*

Narybek

 

– Dzięki Lachu – usłyszał, niewyraźnie, gdy odchodzili.

On i Sergiej niestety, trafili pod regolit, skierowano ich do węzła komunikacyjnego hangaru. Pod regolit-owej stacji sieci kolei (PSSK). Wsadzili do elektryczno-kinetycznej lokomotywy MK-1. Relacji Hangar 1 – 7 Dok Dekontaminacji. Kiedy eskortujący strażnik wreszcie ich opuścił. Zaczęło się.

– No i? Lachu – spytał brodaty młodzik z pogardą w głosie.

– Uważaj, jak do mnie mówisz Rusku – istnie warknął, bardzo nie przyjemnie, patrząc Sergiejowi prosto w oczy.

Młody Rusek, raczej Rusin tak o sobie mniemał Sergiej Borowy, przestraszył się. Gwałtownie cofnął, dotykając plecami oparcia.

Lach uśmiechnął się krzywo.

Jednak ogorzały Rusin nie dawał łatwo za wygraną, przyparty do muru umiał użądlić.

– I gdzie są te twoje szklane domy na Marsie. Polarne czapy jak ziemski śnieg białe. Powiedz, Teodorze Bieszczad, gdzie są?

Teodor siedział nieruchomo, wciąż patrząc na Borowego. Drążąc pustym, chłodnym spojrzeniem, próbował go nie oceniać. Każdy, albowiem, doznaje czasami zwątpienia. Czy też beznadziei ze swej sytuacji. Teo doznał wiele takich ciosów, psychicznych i fizycznych. A jednak młody wysoki blondynek o budowie, przypakowanego kościotrupa, dotarł na Marsa. Co więcej, pociągnął za sobą dwadzieścia cztery osoby.

– Mogliśmy zostać w Bieszczadach – dodał po chwili milczenia Borowy.

– I wpierdalać napromieniowane drzewo i zajadać się borowikami szlachetnymi ? – Lach, włożył w swój głos maksimum sarkazmu.

Rusin posępniał, zadarł głowę w górę, patrzył w sufit. Burknął zrezygnowany.

– Masz rację skurwielu.

– Wylałeś żale? – spytał już łagodniej, dorzucając umówiony sygnał dłonią.

Borowy widząc sygnał, prawie podskoczył.

– Masz wiadomość od Polaków! – prawie krzyknął.

– Ciszej głupcze – Teo syknął – Uważaj, powtarzam tylko raz.

– Zrozumiałem – odrzekł cicho.

– Zgodnie z instrukcją otrzymaną jeszcze na Księżycu. Przy podejściu do lądowania Orkanu, nadałem sygnał klucz z terminalu ładowni. Otrzymałem kolejne wytyczne, zostaniemy przydzieleni jako operatorzy maszyny Kret-500 we wschodniej cześć kopalin. Tam mamy nawiązać kontakt, podaje pierwszy człon hasła – Teo spojrzał na Sergieja, a on kiwnął głową. – Czy widzisz te gruzy na szczycie ? Teraz drugi człon. Tam wróg twój się kryje jak szczur.

– Zapamiętałem.

– Do czasu pierwszego kontaktu ciach bajera.

W samą porę, strażnik mający zapewne bolącą obstrukcję, wszedł do przedziału ze skwaszoną miną. Lach uśmiechnął się parszywie, odwar z piołunu ruszał każde jelita. Strażnik nie powinien przysypiać na służbie to, był fakt. A on pamiętać, żeby nikomu nie powtarzać instrukcji.

 

*

 

*

Wysiedli wreszcie na dworcu 7 doku dekontaminacji. Był ogromny, podzielony na wiele sekcji. Wszędzie widać było personel Żandarmerii Marsjańskiej (ŻM) . Wydalający w mnóstwie małych okienek, przepustki, pozwolenia, zlecenie depozytów urobku. Owszem też, rugali werbalnie osobników niezalecających się do poruszania między wyznaczonymi pasmami ścieżek dla ludzi. Ponieważ mnóstwo wszelakiego rodzaju wózków widłowych, EPT-ków długich i krótkich jeździło jednocześnie. Plus ogrom reacherów oraz wysokich OPT-ków. Więc łatwo było o wypadek.

Dwie trzecie wyprodukowanych na Prajmie surowców, przechodziła przez ten dok. Wręcz kuriozalne wydawało się, istnienie dalej po siedmiu przypadkach śmiertelnych właśnie tu Biura Przydziału Nowicjuszy (BPN). Strażnik wskazał białą ścieżkę, z której pod żadnym pozorem mieli nie schodzić. Sam pobiegł zieloną prowadzącą do WC.

I sobie tak szli, dosyć wąska białą ścieżką, Nieustannie mijały ich wszelakiego typu wózki, średnio o cal. Niektórzy z nich szczekali, miauczeli inni, pogwizdywali dwuznacznie. Jeden najodważniejszy zajechał im drogę, splunął przed nimi i krzyknął.

– Pod regolit śmiecie.

Teo szedł pierwszy więc odruchowo, splunął przed najodważniejszego 

– A ty co? Ponad regolitem jesteś? Spadzie. – powiedział tonem pełnej pogardy.

Tamten pokazał mu środkowy palec, odjechał, zachodząc się szyderczym śmiechem.

– Zobaczymy kocie.

Dalsza droga obyła się bez przeszkód, chodź wciąż, dało, się słyszeć miauczenie. Doszli do sekcji z szyldem BPN i dużą zieloną diodą. Nad drzwiami, wisiał telebim, a na nim informacje.

1.Zielone światło. Wchodź.

2.Petenci przyjmowani pojedynczo.

3.Pociągnij mocno za klamkę.

– Lachu – odezwał się Sergiej. – Boję się.

Teodor obrócił się energicznie, złapał za fraki Borowego, przyciągnął do siebie.

– To jest strach – przeciągnął jak szabla po grdyce. – Twój największy wróg, a kiedyś twój najwierniejszy kompan. Pokochaj go jak brata, a niczym Cię nie zaskoczy – puścił go, pociągnął mocno za klamkę.

*

 

*

Wnętrze biura było spore, jakieś trzydzieści metrów kwadratowych. Ściany w białym połysku. Teo widział w nich odbicie, swoje podkrążone oczy. Długie po ramiona blond włosy, tłuste i brzydko przyklepane. Dziewiczy wąsik pod jego nosem, też nie pomagał. Postanowił, że jeśli będzie mógł, to zrobi coś z tym.

Na środku stało przeźroczyste krzesło i prostokątny stół, z blatem czarnym jak smoła. Na blacie kartka i długopis.

– Proszę siadać – wybrzmiał, przyjemny kobiecy głos, nie wiadomo skąd.

Teo posłuchał.

– Dziękujemy. Korporacja Tera Mars ma dla Ciebie, niepowtarzalną ofertę. Dzięki, której będziesz mógł, rozwijać swoje umiejętności. W przyszłości nawet dołączyć do społeczności Kopuła Mars. Jednakże obecnie na podstawie zgromadzonych danych, przydzielimy Cię do prac pod regolit-owych. Dokładnie przed tobą, leży kontrakt typu Opportunity na stanowisko, młodszego operatora maszyny drążącej KRET-500 w sektorze K5 wschodnich kopalin. Umowa stworzona w hołdzie wspaniałego marsjańskiego łazika. Proklamowana i wdrożona w piętnastym roku koloni, za przyczyną naszego wielkiego Kanclerza Viktora.

Prosimy o złożenie podpisu – kobiecy głos, wreszcie zamilkł.

Teo uniósł długopis i podpisał w wyznaczonym miejscu.

– Dziękujemy – rozległ się, raz kolejny głos, teraz jakiś inny nieprzyjemny.

Z sykiem otworzyły się drzwi, naprzeciw niego do tej pory, niewidoczne. Wyczuć dało się dziwny zapach jakby stęchlizny.

– Prosimy o zejście pod regolit – nakazał, nieprzyjemny głos. – Uwaga strome schody – dodał złowieszczo.

Wyszedł, a na blacie, został jego kontrakt.

*

 

*

Kontrakt Opportunity

 

Umowa między podmiotem osobowym kategorii B-1 nr 8322 a korporacją Tera Mars.

 

Zakres obowiązków: badanie i eksplorowanie geologicznych zasobów czerwonej planety na stanowisku młodszy operator maszyny drążącej Kret 500.

 

Aneks nr 1. Korporacja zastrzega, możliwość zmiany przydziału, podczas trwania kontraktu.

 

Długość zobowiązania: 5111 przepracowanych marsjańskich dni w systemie 12-godzinnym. Prace obejmują obszar 46,16 kilometrów kwadratowych kopalin.

 

Płaca (miesięczna): 10 kredytów energetycznych oraz wikt i opierunek.

 

Aneks nr 2. Korporacja w przypadku choroby wstrzymuje płacę i wikt, a także nie nalicza przepracowanych godzin.

 

Ponadto podmiot nr 8322, zobowiązuje się przestrzegać regulaminu ŻM.

Poniżej najważniejsze punkty.

 

 

Punkt 1 Regulaminu. – Kategorii B-1 zabrania się przebywania w Kopule Mars Prime.

Punkt 3 Regulaminu. – Surowo zabrania się opuszczania, wyznaczonych obszarów kopalin.

Punkt 6 Regulaminu. – Zabrania pod karą grzywny 100 kredytów zgromadzeń, powyżej 10 osób.

 

Pamiętaj, staraj się być tak twardy, jak ten marsjański łazik.

Z podziękowaniami Kanclerz Mars Prime.

 

 

Podpis Podmiotu: Teodor Bieszczad

*

 

 

*

Kanclerz Viktor

 

Od ranka bolała go głowa, toteż wyjątkowo nie miał ochoty na obchody jubileuszowe. Przemowy gratulacje i tego typu sprawy ciągnęły się jak flaki z olejem. Jedynym w miarę przyjemnym punktem dzisiejszego wieczoru, miało być after-party. Zorganizowane na najwyższym poziomie kopuły, konkretnie hali planetarnej, dawno rozpoczętego i zazwyczaj trwającego do marsjańskiego rana.

Siedział w wygodnym kubełkowym fotelu z białej skóry w swoim biurze. Oczekiwał na Walutnika tak go zwał, złośliwie. Kapitan krążownika Czarne Słońce, prawdopodobnie dostarczał swe ekskluzywne przesyłki elitą Prajma, także after-party mogło tylko zyskać. Dlatego Viktor van Vall nie był zły, bardziej zniecierpliwiony, bo sam miał, otrzymać przesyłkę.

– Felicjo – zawołał.

– Tak kanclerzu? – wybrzmiał przyjemny kobiecy głos w jego terminalu.

– Możesz zlokalizować sygnaturę Robura?

– Niestety nie – głos odparł od razu.

– To drań. Wkurzasz mnie czasem Walutniku – rzekł sam do siebie, zacisnął dłonie.

Inaczej stać się nie mogło, chwile po wybuchu Valla drzwi biura, szeroko otworzyły się. Do środka wszedł dziarsko, długo wyczekiwany Walutnik.

– Czołem kanclerzu – ryknął głośno, salutując po marsjańsku – najmocniej przepraszam za spóźnienie. Wszystkiego najlepszego w dniu Jubile……

– Dobra Waluta siadaj – przerwał mu kanclerz. – O interesach gadajmy mam mdłości od dzisiejszych gratulacji i życzeń.

Robur znał Viktora, podstarzałego nigdy niezadowalającego się nudą pato-inteligenta, miewał przeróżne humorki i nastroje. Dziś jak stwierdził, musi być bardziej konkretny. Co jak co, ale Viktor Van Vall lubił czasem gorzką prawdę. Zdjął plecak i usiadł, naprzeciw postanowił, że wykorzysta humor Kanclerza.

– Czyżbyś ogolił się Walutniku specjalnie na jubileusz? – spytał złośliwie Viktor, lewą ręka sięgną po szklanki pod blatem. Prawą otworzył szafkę i wyjął karafkę z brunatną cieczą. Nalał sobie, póżniej Roburowi, od razu wypili. Pewnikiem rozlany został Duch Marsa.

– Tak tylko nie wiem na który. – Zripostował Robur, odkładając szklankę.

– He He – żachnął się Vall. – Stąpasz po bardzo cienkim lodzie Waluto – zaznaczył śmiertelnym tonem. – To cenię w tobie, nie unikasz ciężkich tematów, dasz wiarę, tylko ty dziś wspomniałeś o tym. Nikt inny nawet nie śmiał mówić o buncie Polaków, sprzed dziesięciu lat.

– Nie tylko Polacy tam byli Viktorze.

– Większość ich tam była i oni do tego doprowadzili, bronisz ich?

– Patrzę z nieco innej perspektywy. Zabrali z Ziemi, wszystko, co mieli i polecieli na Marsa. Pierwszą stępkę pod tą kolonię, położyli właśnie oni, chyba pamiętasz?

– Walutniku czy nie przesadzasz? – Tym sposobem dał do zrozumienia, że temat skończony. – Do tego strasznie boli mnie głowa, masz to, o co cię prosiłem?

– Mam – Robur wyjął z plecaka kilo leczniczej marihuany, rzucił na stół.

Dało się widzieć blask w oczach kanclerza, uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Dwie jednostki deuteru Viktorze.

– Zgoda – odparł bez zastanowienia, kliknął kilka razy na swym terminalu. – Poszło. To teraz może blancik? – Zadał pytanie widocznie pobudzony.

– Dziękuje, lecz inni również wyczekują mnie kanclerzu.

– Rozumiem cię dokładnie, czas to kredyt.

Obydwoje wstali, uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, Viktor odprowadził go do drzwi.

– Zawitasz na after?

– Tak – uśmiechnął się Waluta.

– Dokończymy tę rozmowę o Polakach?

– Oczywiście – rzekł na odchodne, po czym wyszedł.

 

*

 

 

*

 

Viktora van Vall wreszcie, przestała boleć głowa. Siedział rozbawiony od ucha do ucha, paląc kolejnego skręta w swoim kubełkowym fotelu. Dodatkowo popijał sobie powoli Ducha Marsa.

Myślał o Polakach oraz kłopotach, wiążącymi się z nimi od zawsze. Buncie sprzed 10 lat, następnie ucieczce około 800 z nich z Mars Prime. O krociach wydanych na tropienie ich, które nie pomogły. Raporty ŻM zgodnie potwierdzały, jakoby zapadli się pod regolit, rozmaite poszlaki, prowadziły donikąd. Polacy byli przebiegli, wiele patrolów nie wróciło z powrotem na Prajma. Dając jasny sygnał, że zawsze są krok przed nim. Do dziś.

Nadesłana rozmowa zarejestrowana w jednym z pociągów PSSK rzucała nowe światło w tej sprawie. Niefrasobliwa dwójka z tranzytu niespodziewanie dała mu najlepszy prezent jubileuszowy w postaci mocnego haka na Robura i przełom w sprawie Polaków.

Rozweselony od ucha do ucha postanowił. Jutro z rana po afterze aresztować Walute, przy okazji konfiskując Orkan i drogocenną kontrabandę. Tamtą dwójką stwierdził, iż zajmie się później.

Victor van Vall bardzo się mylił.

 

*

 

Pod regolitem

 

Od rozstania przy BNP nie widział Sergieja, ile czasu zleciało, nie wiedział. W brzuchu czuł pustkę i głód tłumiony wielokrotnie. Wszystko, co miał, wyrzygał po zejściu stromymi schodami w dół. Za to, mógł zobaczyć oraz zaznajomić, z tym, czego nie widać na zewnątrz, bez kolejnych wymiotów.

Zatęchnięte, brudne chodniki kopalin pod regolitem, ciągnące się w nieskończoność. Bez liku stacji przesiadkowych oraz prostych robotniczych barków, stawianych jeden na drugim. Wydrążone cylindryczne tunele, przywodziły na myśl ziemskie kanały kanalizacyjne. Pełno fekaliów jak też uryny, cuchnęło niemiłosiernie. Obrazu dopełniały, hałdy plastikowych butelek, kłęby kabli i masa wszelakiej maści rupieci.

Podłamało go to trochę, ludzie napotykani w drodze do sektora K5, nie wyglądali na szczęśliwych ani zdrowych.

Zatem nie oczekiwał uprzejmości z ich strony i tu się zdziwił. Podczas gdy, na jednej ze stacji przesiadkowej, czekał na kolejną kolejkę wąskotorową, spóźniającą się według rozkładu o kilka godzin. Podeszła do niego starsza kobieta, oferując butelkę wody.

Rzekła mu na ucho.

– Piękny z Ciebie chłopiec, taki sam jak mój synek. Omiń kolejną stację, choćbyś miał nadłożyć drogi. Ludzie widzą, że jesteś nowy.

– Dziękuje – odpowiedział uprzejmie. – Proszę pozdrowić syna.

Twarz kobiet skurczyła się w grymasie żalu. Łzy jak grochy spłynęły po jej pomarszczonych policzkach

– Chciałabym, ale jest martwy.

*

 

Waluta

 

Robur bawił się doskonale, wszystkie przesyłki dostarczył bardzo sprawnie. Muzyka w hali planetarnej, konkretnie trans, przechodzący w house dziś mu odpowiadała. Poznał i prowadził od dłuższego czasu ciekawą konwersację z ponętną czarnulką.

Geolożką z nogami długimi do nieba, interesującą się nie tylko skałami. Ewidentnie, pogawędka przeradzała się w coś więcej, gdy nagle otrzymał szyfrowaną wiadomość od maszynistek. Przeprosił czarnulkę i odszedł, przeczytać na bok.

 

„Kończ romanse ktoś nadał, z Orkanu dziwny sygnał.

Ma polski kod, wracaj na Czarne Słońce.”

 

Waluta przeprosił ponownie, swą miła towarzyszkę oznajmił, że idzie do toalety i zaraz wróci. Nie wrócił, wolał ratować własne dupsko.

*

 

*

Król Tik-Toka

 

– Wreszcie – westchnął Teo.

Na ścianie widniał wielki napis. – Baza sektora K5 1000m.

Szczerze miał dość komunikacji PSSK, również całego tego syfu. W miarę zbliżania się do bazy zauważył, jakby było czyściej, wszechobecny smród zanikał. Już z daleka zauważy,ł jakby membranę w tunelu. Okazała się przeźroczystą folią na środku niej, widniał napis

„Nie sramy pod siebie”. Za ową przesłoną, pewnikiem stworzoną, do zatrzymania smrodu, Teo wreszcie, odetchnął pełną piersią. Na końcu cylindrycznego tunelu, zauważyć się dało jasne światło.

Długo nie mógł się przyzwyczaić do tak jasnego światła, będąc już na miejscu. Coś na kształt, już widzianych stacji przesiadkowych, różniło się zupełnie, od tego, co widział. Po pierwsze nie śmierdziało, po drugie widać było posadzkę. Miejsce peronów PSSK zajmowały dwie olbrzymie maszyny drążące KRET-500. Obydwie w ramach serwisowych Orzeł i Wilk. Mało było baraków, wszystkie pomalowane, wyglądały przyzwoicie.

Niedługo czekał, ktoś od razu do niego podbiegł i krzyknął.

– Karta przydziału kolego, albo wypad – przywitał go niezbyt ciepło, dosyć wysoki jegomość na jego oko o kilka lat starszy od niego. W roboczym ubraniu i pomarańczowym kasku.

– Masz kolego – rzekł obojętnie Teo, wyciągnął magnetyczną kartę z kieszeni z grawerem 8322 i wręczył ją.

Wysoki przeciągnął kartę w swoim terminalu.

– B-1? – zapytał, przyglądając się dziwnie. – Ciekawe, jeszcze skan.

– Dobrze skanuj – Teodor stanął nieruchomo, wysoki obszedł go ze skanerem.

– Zgadza się, pakuj się do budy nr 5. Nie syf, cenimy tu porządek, później ktoś do ciebie wpadnie i wytłumaczy co i jak.

Teodor ucieszył się na wieść o możliwym odpoczynku, a w najlepszym scenariuszu zjedzeniem czegoś. Zwrócił się w stronę wspomnianych bud i poszedł.

– Czekaj – po chwili zawołał wysoki, podbiegł do niego.– Ja cię już widziałem – niezbyt przyjemny dla Lacha nowo poznały jegomość, wlepił wzrok w swój terminal, otworzył jakieś wideo, zerkną na Teo i westchnął. – O kurwa.. Bosak!!!- wrzasnął, donośnie.

Zewsząd w ciągu kilku minut, naszła się gromada ludzi. Nawet kilka naprawdę ładnych dziewczyn, Lach zapatrzył się na jedną niziutką, ale kształtną.

– Co jest? – zawołał poważny basisty głos za jego plecami.

Lach odwrócił się, widząc szerokiego chłopa z brodą jak smoła. W jego przytłaczającym spojrzeniu widać było siłę.

– Co Andrzejku znowu?

– Bosak to ten z Tik-Toka.

Szeroki chłop nadusił kilka przycisków skanera. Otworzył jakieś wideo i westchnął.

– O kurwa!

Pozostali zgromadzeni, momentalnie wlepili wzrok w swoje terminale. Wzdychali i komentowali obelżywie, także śliczne dziewczyny.

– Kolego, – przeciągle powiedział Bosak, a wzrok miał zabójczy. – Tak będziemy Cię nazywać, sądzę, że niedługo. Postaram się Ci wytłumaczyć wszystko w wielkim skrócie. Ktoś dziś nagrał twój ostry wyczyn z doku dekontaminacji. Na twoje nieszczęście na marsjańskim Tik-Toku w kilka godzin masz 50k wyświetleń.

– Król internetów – zaszydził, chyba wysoki, gromada zarechotała.

– Nie przerywać – uciszył wszystkich Bosak. – Dowaliłeś znanemu w pół-świadku Stefanowi, zwanego Siepaczem. Razem ze swoimi braćmi, mówią o sobie, że są Kozakami, mają wielu pobratymców.

– Dlatego masz przejebane – zaznaczyła rzeczowo niziutka piękność, dla Lacha to był cios.

– Dodatkowo – ciągnął dalej szeroki chłop – robimy z nimi interesy, chociaż nie przepadamy za sobą. Wiec również u nas masz przejebane. Bo może się to na nas odbić niekorzystnie.

– Rozumiem. – wreszcie Teodor coś wykrztusił.

– Nie nie rozumiesz – wtrącił Andrzej, łapiąc go za ramię. – Oni są porypani, chodzą po tunelach z szablami i tną ludzi.

– Szablami? – zdziwił się Teo.

– Tak – odrzekł ostrym tonem Bosak – można, nosić pod regolitem broń białą jak się ma wtyki. Może przeżyjesz, staniemy, za tobą to obetną Ci tylko dłoń.

– A walka? – Lach się uniósł.

– A niby skąd, będziesz miał szable junaku. – Bosak rozbawił tym gromadę. – Chyba że im odbierzesz – dodał poważnie.

– Nie bój się, są protezy. – Andrzej poklepał Teodora po plecach.

– Jeszcze coś kolego – zauważył Bosak. – Muszę Ci zajebać od wszystkich. – Uderzył, błyskawicznie lewym hakiem na wątrobę.

Lach osunął się na posadzkę, nie zemdlał, jednak mało brakowało.

 

*

Narada Ośmiu

 

Po niespodziewanych wydarzeniach zebrała się rada.

– Bosak – powiedziała cicho Jagna. – Nie widzisz problemu? Mogą domyślić się, że grzebiemy przy Kretach.

– Jagna – powiedział spokojnie, rozglądnął po wszystkich. – Trzymamy się instrukcji.

– Od miesiąca tak mówisz – szeptem rzekł Andrzej.

– Każdy zna swe instrukcje i zadania. Ciach bajera.

 

*

Sieczka

 

Wszyscy chcieli zobaczyć króla Tik-Toka. Dali mu zjeść, umyć się, a nawet nowe ciuchy. Głupio żartowali z niego, Lach sobie nic z tego nie robił, toteż odpuścili. W głębi siebie chcieli mieć na tyle odwagi co on. Bosak jakby wiedział co myślą inni, porównał odwagę z głupotą. Teo odparował to szacunkiem, a Bosak tym, że, szacunkiem nie przechodzi się do historii.

 

*

 

Minęło około, cztery godziny w końcu się zjawili. Dziewięciu każdy bez koszulki, trzech miało szable, kilku kastety. Jeden najgrubszy niósł okrwawiony klocek. Stanęli w wyjściu z cylindrycznego tunelu.

– Bosaku – zawołał śmiało Stefan. – Na wzgląd na interesy, zadowolę się jego dłonią.

– On akceptuje swój los – odpowiedział Bosak, poklepał po ramieniu Teo. – Idź – powiedział.

Poszedł był im wdzięczny, mogli siedzieć po budach, a jednak dotrzymali słowa cała ósemka, stała za nim, nawet ich nie znał. Oni nie znali Teodora Bieszczada, którego świat na Ziemi, miał cztery ćwierci. Wytrzymał obelgi i szyderstwa, gdy kładł dłoń na okrągłym klocku.

Kat zachodząc się, wzniósł niedbale szablę, splunął na Teodora, a także kopnął go w bok.

– Podobno, żeś Lach, nie mam takiej dłoni – zaśmiał się szalenie, zachodziła cała jego sfora.

Bardzo głupia sfora, jak i Stefan Siepacz. Nikomu nie przyszło do głowy, przytrzymać skazańca, a właśnie w tym elemencie planu, miał największą zagwozdkę.

– Jak sobie trafisz – zadrwił Teodor, pochylony z dłonią na klocku.

– Parszywy Lach – syknął Siepacz, wyprowadzając cięcie z za głowy.

Szabla świstła w powietrzu i wbiła się mocno w klocek. Teo nie miał najmniejszej ochoty, rozstawać się z dłonią, cofnął ją błyskawicznie w momencie wyprowadzenia cięcia.

Przywalił potężnym podbródkowym Stefanowi, tak trzasną, że słychać było łamane zęby. Kozak poleciał, do tyłu kompani go złapali. Teodor przytrzymał klocek nogą, chwycił za rękojeść i wyciągnął szablę. Uniósł do wysokości prawego barku, strzelił z niej, przecinając powietrze. Sfora Kozaków, zawahała się.

– Zajebać go – wrzasnął, wypluwający swe zęby, wściekły Stefan.

Bez ładu i składu, ruszyła na Teo, pozostała dwójka z szablami.

Lach nadzwyczajną biegłość w robieniu krzywdy tym orężem zdobył w latach dziecięcych. Na wzór dawnej Rzeczypospolitej, bił się w palcaty, dochodząc do wielkiej wprawy i zręczności. Sztuką krzyżową lub jak kto woli krzyżowym szemraniem, kombinacją górnych i dolnych cięć, wyprowadzanych z lewa na prawo i odwrotnie, wskrzeszał iskry okrutne. Raniąc z wigorem lub cięcia odbijając.

Widząc to Kozacy, pierzchli czym prędzej, potykając się jeden o drugiego. Ostał się po nich, tylko zakrwawiony klocek i smród strachu.

Teodor stał chwile, odwrócił się w stronę ósemki, która stanęła za nim, stali jak wryci. Podszedł do nich, nie wiedział co powiedzieć.

– Co to było kolego? – zapytała niespodziewanie Jagna, jego niziutka piękność.

– Sztuka krzyżowa.

– Naucz mnie – odrzekła.

Nagle wiedział, co ma powiedzieć, obrócił się w stronę Bosaka.

– Czy widzisz te gruzy na szczycie?

– Tam wróg twój się kryje jak szczur – szeroki chłop, odpowiedział dziwnym egzaltowym głosem, wykonując skomplikowany znak dłonią.

 

*

 

Kacowy poranek

 

Kanclerz Mars Prime Viktor van Vall leżał skulony w swoim łóżku, w apartamencie planetarnym. Bolała go strasznie głowa after-party, udało się wyśmienicie.

– Kanclerzu – wybrzmiał przyjemny kobiecy głos w terminalu.

– Felicjo mam dziś wolne – wydukał nieskładnie.

– Kod czarny.

Vall poderwał się z łóżka.

– Bunt – wydawał się przestraszony.

– Uprowadzenie dwóch Kretów-500.

– Co!!! – wybuchnął – to są przecież maszyny drążące.

– ŻM ustala szczegóły.

– Aresztuj natychmiast Robura.

– Niestety kanclerzu, jego sygnatura nie jest obecna na Mars Prime.

– Kurwa!!! – to jedno polskie słowo nienawidzone przez niego, przyszło mu tylko na myśl.

 

*

 

 

 

Koniec

Komentarze

 Pendrive, kropki w śródtytułach są błędem. Usuń je. Popraw też zapis dialogów, tu znajdziesz wskazówki: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

faux pas

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

– Dacie mi szanse wrócić ?

szansę

Odpowiadający potrzebą młodych koloni.

potrzebom

– Informujemy orbita Marsa, zostanie osiągniętą za trzydzieści minut – wybrzmiał przez głośniki[-,] roboto-syntetyczny głos.

A to nie wiem, jak mam rozumieć?

Albo takie rzeczy:

Ja wreszcie idę się wy kimać.

Zaznaczył[+, że] to sprawa dużej wagi.

Na pewno przejrzałabym ten tekst pod kątem interpunkcji (przecinki przy wołaczach są obowiązkowe; nie powinny oddzielać podmiotu od orzeczenia), gramatyki, zapisu dialogów, pisowni dużych/małych liter (skąd i po co: Pan Kapitan?) i ogólnie wyłapania takich rzeczy, jak wyżej. Zwróć uwagę na powtórzenia.

Co tu dużo mówić[+,] Mars Prime był ogromny. Wyrastająca z ziemi bazaltowa kopuła o średnicy dwóch kilometrów imponowała. Wysoka na około czterysta metrów górowała nad równiną Meridanii. Czasza kopuły była wielką soczewką, kompensującą wartościowe światło.

Wartości dodawała[-,] również sekcja bio-zone połączona z soczewką, tworząc istnego walca z meniskiem górnym.

Tekst jest pełen usterek tego typu. Nie będę więcej wypisywać, po prostu przejrzyj go uważnie i popraw, co możesz, żeby następnym osobom czytało się lepiej.

Powodzenia :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet. Postaram się poprawić tekst i doszkolić gramatykę.

Przykro mi, ale nie jest dobrze.

Jeśli chodzi o treść, to miałem chwilami trudności z połapaniem się kto jest kim. Nie wiem właściwie co stało się z dilerem, ani po co ktoś ukradł maszyny drążące. Bohaterowie pojawiają się znikąd, a przede wszystkim jest ich za dużo.

Jako debiutant też myślałem, że upchani ważnych informacji w dialogach jest ciekawsze od objaśniania wszystkiego przez narratora, jednak to nie zawsze działa. Postacie, które znają swoje plany raczej nie rozmawiają o tym w stylu “a jak wiesz nasz plan polega na…” – już lepiej wyjaśnić wszystko narratorem.

Musisz też popracować nad jaśniejszymi zdaniami. W tekście kilka razy musiałem przeczytać niejasne zdanie – czasami i to nie pomogło, przykłady:

“Wyszedł a na blacie, został jego kontrakt.” – w sumie zdanie zrozumiałem dopiero je po przeklejeniu – dowód na to, że przecinki mają znaczenie.

“Jedynym w miarę przyjemnym punktem dzisiejszego wieczoru, miało być after-party. Zorganizowane na najwyższym poziomie kopuły, konkretnie hali planetarnej, dawno rozpoczętegozazwyczaj trwającego do marsjańskiego rana.” – Nie wiem czy to after-party jest cykliczne co sugeruje zazwyczaj, czy jednorazowe. Dodatkowo nie trzeba dodawać marsjańskiego – dla postaci to oczywiste. My też nie mówimy do ziemskiego rana.

“A jednak młody wysoki blondynek o budowie, przypakowanego kościotrupa, dotarł na Marsa.” – nie mam pojęcia jak może wyglądać ten oksymoron.

Skoro to debiut to trzymam kciuki za rozwój pisarski. Zdradzę Ci sekret – debiuty zazwyczaj nie są dobre.

 

Witam Natan. 

 

nie wiem właściwie co stało się z dilerem.

Tu masz podpowiedź.

Waluta przeprosił ponownie, swą miła towarzyszkę oznajmił, że idzie do toalety i zaraz wróci. Nie wrócił, wolał ratować własne dupsko.

Z resztą zarzutów się zgadzam, spróbuje poprawić po konkursie. To cenne wskazówki :)

 

debiuty zazwyczaj nie są dobre.

Dzięki za słowa pocieszenia :)

 

 

Hmmm. Mam wrażenie, że przeczytałam fragment dłuższej opowieści – nic się właściwie nie kończy, nic porządnie nie wyjaśniasz. Po co im te krety, dlaczego Lach się zgłosił na ochotnika, czym właściwie tak podpadł (odniosłam wrażenie, że ledwo zdążył pojawić się w robocie)… OK, wymienił się hasłami z kimś na miejscu, ale co z tego wynika? Czy wątek buntu i narkotyków jakoś się łączą?

Dużo takich pytań, mało odpowiedzi.

Z wykonaniem słabo. Literówki (zwłaszcza braki ogonków na końcu słów), przecinki szaleją gorzej od Polaków pod regolitem, kłopoty z pisownią łączną/rozdzielną, czasem używasz słów niezgodnie z przeznaczeniem, zapis dialogów do remontu…

wrócił do wbijania koordynatorów na pierwszą orbitę Marsa.

Nawet zabawne.

za około trzy godziny zakończy inauguracje jubileuszową.

Inauguracja to początek, a jubileusz oznacza dłuższy czas. To jak w końcu?

– Koordynaty spotkania, przesyłam Ci do kajuty.

W dialogach ty, twój, pan itp. piszemy małą literą. W listach dużą.

– Protokół tajny ?

– Tak

Bez spacji przed pytajnikiem (i większością znaków interpunkcyjnych), przydałaby się kropka na końcu wypowiedzi.

zalecamy się do wytycznych

A one co, przyjęły zaloty czy dały kosza? ;-)

Babska logika rządzi!

Pendrive, mam wrażenie, że przeczytałam fragment czegoś większego. Masz tu mnóstwo pozaczynanych i niedokończonych wątków, które często się nawet ze sobą nie splatają. Właściwie to nie bardzo wiem, co mam o tym tekście powiedzieć.

Na dodatek wykonanie pozostawia wiele do życzenia, kuleje ortografia, interpunkcja i stylistyka. Na przyszłość proponuję skorzystać z bety.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

WItam, Finka i Irka_Luz. Opowiadnie w trakcie piasnia trochę urosło. Wątki rodziły się jak grzyby po deszczu. Niektóre z nich, są robaczywe. Widzę to z perspektywy czasu. 

 

Na dodatek wykonanie pozostawia wiele do życzenia, kuleje ortografia, interpunkcja i stylistyka. 

Ars longa, vita brevis. 

Nowa Fantastyka