- Opowiadanie: Facies_Hippocratica - Ojciec chrzestny

Ojciec chrzestny

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ojciec chrzestny

Tego lipcowego piątku przyszedłem do pracy kwadrans przed siódmą rano. Przebrałem się, wysłuchałem raportu doktor Karwulskiej z nocy, przywitałem się z Antkiem, który miał ósemkę, po czym przystąpiliśmy do obchodu. Dzień przebiegł bez gwałtownych zdarzeń. Dwa razy potrzebowali mnie na bloku, trochę uzupełniałem dokumentację. Około dziewiętnastej zmieniły się pielęgniarki. Dwie godziny później oddział powoli zasypiał, kołysany nokturnem cykania świerszczy i wtórujących im popiskiwań kardiomonitorów.

Między zmierzchem a świtem nie wychodzę z dyżurki, jeśli nie ma ku temu ważnych powodów. Gdybym był potrzebny, na pewno by mnie wezwano. Nie mam ochoty zbyt często oglądać mojego ojca chrzestnego. A na oddziale jest go pełno. Najczęściej staje w nogach łóżek chorych. Wydaje mi się, że są świadomi jego obecności.

To jemu zawdzięczam swoją pozycję i poważanie u współpracowników. Bez jego daru byłbym bezradny jak inni. „Nie mogę państwu niczego więcej powiedzieć, proszę zapytać ordynatora. Doktor Borowy jest z nas wszystkim najbardziej doświadczony, ma ogromną wiedzę” – słyszałem nieraz Antka opędzającego się od zrozpaczonych rodzin. A ja mówiłem im prawdę.

Z otrzymanego podarunku korzystałem rozsądnie.

Gdy ojciec ukazywał się u wezgłowia pacjenta, czekałem na stosowną chwilę. Będąc pewien, że nikt mnie nie obserwuje, dolewałem kilka kropel wywaru z ziela do któregoś z leków dawkowanych przez pompę. W ciągu tygodnia stan się poprawiał, zazwyczaj po dziesięciu dniach pacjenta można było przekazać na oddział, z którego przybył.

Gdy mój chrzestny stawał w nogach… Nie robiłem nic. Pytany, mówiłem, co wiedziałem. Nie byłem zbyt dyplomatyczny, ale jestem lekarzem, a nie attaché kulturalnym. Przyzwyczaiłem się do bycia złym policjantem. Role pocieszycieli zostawiam młodszym kolegom oraz kapelanom szpitalnym. Ma to swoje dobre strony: na moich dyżurach rodziny prawie nigdy nie zachodzą do pokoju lekarzy. Mogę w spokoju zjeść obiad, poczytać gazetę, czy zatelefonować do syna.

Około trzeciej ocknąłem się. Nade mną stała pielęgniarka.

– Szefie, pani Domańska jest bardzo pobudzona. Próbowała wyrwać sobie cewnik. Obawiam się…

– Już. Już idę.

Zaspany dreptałem oszklonym korytarzem. Kątem oka dostrzegłem znajomą postać. Mimo letniej pory ojciec jak zawsze był odziany w długą, czarną opończę. Stał u wezgłowia chorego w sali numer dwa. Westchnąłem ciężko i poszedłem nadzorować zakładanie pasów w izolatce.

Pacjent z dwójki od początku rokował źle. Przywieziono go miesiąc wcześniej z chirurgii z objawami niewydolności oddechowej. W dwudziestej dobie jego pobytu doktor Karwulska wykonała tracheostomię. Od tego czasu parametry nieco się poprawiły, jednak to nie wentylacja stanowiła problem. Mimo wdrożonego leczenia stan chorego powoli, acz systematycznie się pogarszał. Liczby nie kłamią. Powiedziałem jego córce to samo, co kolegom: powinna przygotować się na najgorsze.

– Pani Lauro, jeśli się pani nie uspokoi, będziemy musieli zapiąć panią w pasy. ­– Wiedziałem, że i tak mnie nie rozumie, ale chciałem dochować procedur. Ojciec stał w nogach jej łóżka. Starsza kobieta patrzyła na niego z przerażeniem.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, by sprzeciwić się chrzestnemu. Próby oszukania go byłyby daremne. Bezrozumne. Ale kto wie, jakbym się zachował, gdyby leżał tu mój syn. Albo wnuczka.

– Proszę podać haloperidol, na początek dwa miligramy, i zawołać mnie za piętnaście minut – poleciłem pielęgniarce, gdy już unieruchomiliśmy pacjentkę. Wolnym krokiem wracałem do dyżurki, wiedząc, że następne godziny pozostaną bezsenne.

Jak już wspominałem, jeśli nie muszę, nie zachodzę do pomieszczeń chorych nocą. Wtedy jednak stało się inaczej.

Przez uchylone okno sali numer dwa dobiegał natarczywy dźwięk świerszczy. Były głośniejsze od aparatury. Zbliżyłem się do łóżka i spojrzałem na woskową twarz. Blask księżyca pozwalał widzieć wyraźnie jej zaostrzone rysy. Spotkałem setki takich przypadków. Policzki zapadnięte, spiczasty nos, wklęsłe skronie. Pierś regularnie unoszona rytmem zadanym przez respirator. Ręce ułożone przez pielęgniarki wzdłuż ciała. Obrzmiałe, nagie stopy oparte o zanóżek. Chłodne. Okryłem je szpitalną kołdrą. Czarna postać nadal stała u wezgłowia. Musiał się pomylić. To niemożliwe.

 

Trzy kwadranse później leżałem z rękami pod głową na wersalce w pokoju lekarzy. Strumień powietrza z wentylatora łagodnie owiewał twarz. Patrzyłem prosto w jasne, uśmiechnięte oblicze górujące nad osrebrzonym dachem bloku operacyjnego. Moja wnuczka za tydzień miała skończyć dziesięć lat. Zastanawiałem się, co podarować. Coś, co sprawiłoby jej radość. Ale prezent powinien też pobudzać aspiracje…

Nagle coś przesłoniło księżyc. Znad moich stóp wyrastał strzelisty, czarny kształt. Zerwałem się na równe nogi.

– Ojcze chrzestny!?

– Siadaj.

Opadłem na wersalkę, sądząc, że wybiła moja ostatnia godzina. Zakapturzona postać przysunęła sobie obrotowe krzesło i usiadła naprzeciw.

– Działasz wbrew mojej woli. Widziałeś, gdzie stałem. Dlaczego nie podałeś ziela temu człowiekowi? – Potrzebowałem kilku chwil, by zrozumieć, o czym mówi. Przypadek z dwójki przestał zaprzątać mi głowę z chwilą, gdy przekroczyłem próg dyżurki.

– Ojcze, jego stan… Już nie może być żywiony dojelitowo. Nerki niebawem przestaną funkcjonować. Musiałby stać się cud. Jego narządy są… On umrze. Ja to wiem. – Czułem lodowaty podmuch na spoconych plecach. Sparaliżowany strachem, nie byłem w stanie sięgnąć do wentylatora.

– Chciałeś mnie oszukać.

– Nie! Byłem przekonany, że się pomyliłeś. Nadal tak uważam. Przepraszam. We wtorek mam dyżur, podam mu ziele, jeśli tego sobie życzysz. Tylko mi daruj tym razem. Przez tyle lat jestem ci posłuszny… I… jestem twoim chrześniakiem. – Nie śmiałem podnieść wzroku. Wpatrywałem się w swoje żylaste, starcze stopy. Obok stały crocsy, których nie zdążyłem wzuć. Bosy, czułem się jeszcze bardziej bezbronny.

– Jeśli myślisz, że będę miał dla ciebie jakieś względy, to popełniasz błąd. Nie pokażę ci też pieczary ze świeczkami. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, a ty nie jesteś naiwnym wiejskim łapiduchem. Wiedziałeś, co czynisz.

– Ale co ja takiego zrobiłem? Korzystam z mojej wiedzy i doświadczenia. Czy to aż takie przewinienie? Po prostu wydawało mi się… Miałem setki pacjentów, to zawsze wygląda podobnie…

– Pamiętasz, co przyrzekłeś wtedy, w lesie, kiedy wskazałem ci ziele? Twoje zadanie było jasne. Teraz łamiesz umowę. I to nie z powodu zauroczenia, chciwości, czy pogoni za zaszczytami. Nawet nie z litości. „Nadal tak uważam”… Mądraliński. Wszyscy jesteście tacy sami… Chciałeś nade mną zapanować. A to nie ujdzie ci płazem.

– Czyli zabierasz mnie – wyszeptałem z rezygnacją.

– Nie.

– Jak to? Jeśli nie mnie, to… Kogo?… – Uczułem jak ciężka, lodowa gruda strachu uderza w moją pierś.

– Nie lękaj się o bliskich. Nie zmieniam zamysłów z powodu waszych wybryków.

– Więc jednak mi darujesz? – Zdezorientowany podniosłem oczy, ale spod kaptura ziała tylko ciemność.

– Nie.

Bosy i drżący z zimna, skuliłem się na niskiej wersalce. Czekałem na niewiadomy wyrok wpatrując się w skraj grubego, szorstkiego płaszcza ojca chrzestnego. Bladoniebieskie światło księżyca igrało w splotach zmechaconej tkaniny.

– Kara powinna być adekwatna do winy. To nasze ostatnie spotkanie. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

Koniec

Komentarze

Podobało mi się. Niewiele jest rzeczy, które mógłbym zarzucić temu tekstowi.

Zastanawia mnie historia stojąca za spotkaniem doktora (domyślam się, że chodzi o wymienionego w tekście Borowskiego) z ojcem chrzestnym i dlaczego jest on tak, a nie inaczej nazywany. Jeśli jest to postać utożsamiana ze śmiercią, to można to uargumentować, że każdy człowiek dostaje takiego “chrzestnego” przy narodzinach, ale nie jest to wprost powiedziane w tekście. Chociaż z drugiej strony miejsce na niedopowiedzenie i domysły też jest czasem potrzebne.

 

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, by sprzeciwić się chrzestnemu. Próby oszukania go byłyby daremne.

(…)Dlaczego nie podałeś ziela temu człowiekowi? – Potrzebowałem kilku chwil, by zrozumieć, o czym mówi. Przypadek z dwójki przestał zaprzątać mi głowę z chwilą, gdy przekroczyłem próg dyżurki.

Gdy zestawić te dwa fragmenty, to widoczny jest pewien dysonans. Gość zawarł pakt z tajemniczą, paranormalną istotą, która budzi w nim strach, nagle ot tak olewa założenia umowy, którą wypełniał przez całe życie i praktycznie wylatuje mu to z głowy? Każdy człowiek, myślę, miałby przed takim działaniem opory.

 

Szefie, pani Domańska jest bardzo pobudzona.

Nie jestem przekonany, że pielęgniarki w ten sposób zwracają się do lekarzy. Może bardziej pasowałoby “Doktorze”?

 

Finał wydaje mi się dobry. Doktor otrzymuje karę, która w zasadzie nie jest niczym dramatycznym, ale jednocześnie stanowi dosyć dużą stratę. Podobał mi się fragment z wytknięciem lekarzowi pychy, która idzie za jego wiedzą i doświadczeniem.

 

Pozdrawiam!

Pojawił się jakiś ojciec chrzestny to zaraz przyleciałam ;)

 

Coś mi nie do końca grają te zdania :

“Tego lipcowego piątku przyszedłem…”– nie lepiej – W ten lipcowy piątek…

“Najczęściej staje w nogach łóżek chorych. “

“Gdy ojciec ukazywał się u wezgłowia pacjenta” – czy pacjent ma wezgłowie?

“Gdy mój chrzestny stawał w nogach… Nie robiłem nic.”

Fajny pomysł na dyżur. Przeczytałam z ciekawością :)

Popieram przedmówców zarówno z kwestii iż mi się podobało jak i uwag.

Chciałbym jeszcze tylko ujrzeć:

Pamiętasz, co przyrzekłeś wtedy, w lesie, kiedy wskazałem ci ziele? Twoje zadanie było jasne. Teraz łamiesz umowę.

Retrospekcję tego wrażenia.

Chociażby krótkiej pokroju: “Pamiętałem. Polana w lesie na obrzeżach miasta. Deszcz siekący mnie po twarzy. Ciemna postać stojąca pod drzewem i ona. Roślina dająca coś czego do tej pory nie miał żaden lekarz. Oraz ciche słowa przysięgi…”

Oczywiście to tylko moja drobna sugestia.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Bardzo fajne opowiadanie, czytało się świetnie. W paru miejscach przyjemne zaskoczenie (np. opis prezentu dla wnuczki – bałem się, że Ojciec będzie chciał ją zabrać czy coś, jak to bywa w hollywoodzkich filmidłach, a jednak autor nie dość, że nie wpadł w tą pułapkę przekolorowionego dramatyzmu, to jeszcze celowo pomachał nią czytelnikowi przed nosem). Opisane realistycznie, duży plus za meydczny risercz.

Co do uwag – moi o wiele bardziej kompetentni poprzednicy zabrali już na ten temat głos. Tak czy siak, bardzo przyjemne opko.

Pozdrawiam!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

To, co opowiadasz, jest zbyt enigmatyczne. Zbyt wiele kwestii pozostawiasz czytelnikowi do jego własnej interpretacji, która wcale nie musi być zbieżna z tym, o czym chciałaś napisać. Kim jest ojciec chrzestny, co znaczy, że jest ojcem chrzestnym, co to za ziele, no i w ogóle kto, gdzie i kogo, cały background czytelnik musi sobie dośpiewać. Ja nie lubię takich rzeczy.

 

Ale czytało się dobrze, nawet bardzo dobrze:)

Cześć! Dzięki wszystkim za poświęcony czas i uwagi.

 

Crucis, pozwolę sobie odnieść się do Twoich zastrzeżeń. Nie żebym uważała je za nieuzasadnione, ale się wytłumaczę:

Borowy zapomina o sprawie z chwilą, gdy wchodzi do dyżurki: po pierwsze, on nie uważa, żeby złamał jakiś pakt, coś mu tam się nie zgadza, myśli, że Ojciec się pomylił, ale “pomyśli o tym jutro”. Ponadto, Borowy ma już swoje lata, obecność Ojca już mu spowszedniała (podarunek otrzymał jakieś 40 lat wcześniej, w początkach swojej zawodowej kariery). I jeszcze jedno: jako lekarz intensywista musiał wykształcić w sobie mechanizm emocjonalnego odcinania się od spraw zawodowych…

Druga rzecz: “Szefie”. Oczywiście na różnych oddziałach jest różnie. Oddział, którym kieruje Borowy, jest mały, a zespół zgrany, panuje wzajemne zaufanie: lekarze traktują średni personel medyczny po partnersku, będąc świadomi, że medycyna to gra zespołowa, a rola pielęgniarki w OIT jest nie do przecenienia. Pielęgniarka, zwracając się do niego “szefie”, nie spoufala się, tylko wyraża szacunek, wiedząc, że także jej praca jest przez ordynatora doceniana.

 

Matko Chrzestna, nie miałam żadnych wątpliwości, że się pojawisz wink.

Nie jestem w stanie ocenić dlaczego “tego lipcowego piątku” miałoby być lepsze niż “w ten lipcowy piątek” – nie wiem, może są jeszcze jakieś niuanse znaczeniowe… Zbadam to.

Kolejne dostrzeżone przez Ciebie zgrzyty dotyczą… Łóżek. W ostatecznej redakcji tekstu włączyłam funkcję edytora, która mi policzyła wszystkie “łóżka” i wyszło tego za dużo :(. Więc musiałam część z nich wyrzucić – może nie wszędzie udało mi się to zrobić sprawnie.

 

aKuba139, ładnie to naszkicowałeś… Hmmm… Do rozważenia. Już po konkursie.

 

paradust, dzięki za wizytę i dobre słowo. 

 

Michał Pe, sama nie wiem… To chyba rzecz gustu. Niektórzy czytelnicy nie lubią z kolei zbyt szczegółowych , łopatologicznych wyjaśnień.

 

And last but not least, Arnubisie, miło, że wpadłeś.

 

Pozdrawiam smiley

Facies, zdanie “Tego lipcowego piątku…” mi jakoś nie brzmi najlepiej, ale to moja subiektywna ocena. Może Reg, albo jacyś inni czytelnicy, wypowiedzą się na ten temat :)

Natomiast pozostałe zdania według mnie wymagają jednak korekty.

Fajnie, że dołączyłaś do dyżuru smiley

 

Facies_Hippocratica, zapomniałem w pierwszym komentarzu dodać o tym odcięciu emocjonalnym lekarza. To zostało bardzo ładnie wplątane i brzmi autentycznie. :) 

Co do Borowskiego i łamania paktu: jeśli tak postrzegałaś proces psychologiczny, który stał za tym sprzeciwieniem się znaku od ojca chrzestnego, to przyjmuję ten argument. Po prostu zauważyłem coś, co potencjalnie mogłoby być nieścisłością.

Jeśli chodzi o pielęgniarki, to w zasadzie nie jestem specjalistą od języka personelu szpitalnego, po prostu jakoś bardziej pasowało mi tam “doktorze”, niż “szefie”. Koniec końców to tylko sugestie, a opowiadanie nie traci w moich oczach przez wymienione rzeczy. :)

E tam, gust to z nas wychodzi, gdy stajemy przed wyborem cola czy pepsi. 

 

Łopatologicznych wyjaśnień nikt nie lubi, ale przyznasz, że pomiędzy nimi, a fabułą opartą na hasłach istnieje coś jeszcze. I w to coś warto celować.

Masz rację, Michale Pe.

Przyznaję, w swoim pisaniu mam problem z zachowaniem balansu, o którym piszesz. Zbaczam w stronę niedopowiedzeń i muszę nad tym popracować. Twoja uwaga utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, mr.marasie, za odwiedziny i klika.

Dlaczego ojciec chrzestny? W naszej kulturze to miano kojarzy się dość jednoznacznie, a tu chyba rzeczona postać nie trzymała przyszłego lekarza do chrztu. Rozumiem więc, że spotkali się później, pewnie w jakichś niecodziennych okolicznościach i wtedy doszło do zawarcia umowy/ paktu, a postać stała się patronem młodego lekarza. Dlatego brakło mi choćby krótkiej wzmianki o tym spotkaniu.

A poza tym podoba mi się pomysł i wykonanie. ;)

 

– Pani Lauro, jeśli się pani nie uspo­koi, bę­dzie­my mu­sie­li za­piąć panią w pasy ­– Wie­dzia­łem, że i tak mnie nie ro­zu­mie… ―> Brak kropki po wypowiedzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za lekturę. Kropa wstawiona.

Kilka słów wyjaśnienia: tekst jest uwspółcześnioną wariacją na temat baśniowego wątku Kumy-Śmierci (opisanego szerzej tutaj: https://bajka.umk.pl/slownik/lista-hasel/haslo/?id=95).

Jako że moim punktem odniesienia jest opracowanie Braci Grimm (Der Gevatter Tod), śmierć jest postacią męską. Gdy go pisałam, tekst miał roboczy tytuł “Kuma-Śmierć” – jednak określenie “kum”, “prosić w kumy” jest dzisiaj zupełnie nieczytelne i byłoby zupełnie nie na miejscu w powyższym tekście. Dlatego zdecydowałam się na określenie “ojciec chrzestny”. Zatem: tak, ta postać trzymała bohatera do chrztu, a kiedy podrósł, otrzymał od niej podarunek chrzcielny. Rzeczywiście, mogłam jeszcze dodać parę zdań o tych wydarzeniach (może zrobię to po konkursie).

Wydawało mi się, że wątek Kumy-Śmierci jest popularny, ale być może bez widowiskowego obracania łóżka z chorym traci na rozpoznawalności :(.

Pozdrawiam smiley

 

 

 

 

Facies, nie znam baśni Kuma-Śmierć, pewnie dlatego nie wszystko było dla mnie czytelne. Po Twoich wyjaśnieniach rzecz stała się jaśniejsza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się. Chociaż mimo wszystko myślę, że tekst powinien mówić sam za siebie, a w tym przypadku nie do końca tak jest…

 Bardzo efektowny, pomysłowy retelling, baśniowe realia ciekawie przeniesione w nasz współczesny świat. Wciągnęło mnie i dobrze się czytało. Fajne, udane opowiadanie. 

Dzięki, że wpadłaś, Ninedin

Cieszę się, że wciągnęło.

Pozdrawiam smiley

Podobało mi się. Jeśli chciałaś osiągnąć klimat przygnębienia i marazmu to Ci się udało. Pod tym względem szpital prezentuje się “wzorowo”. Byłem ciekawy finału i co to będzie za kara. Przyjmuję do wiadomości. Ciężko bowiem gdybać, czy jest dobra czy zła w takim przypadku. :) Dobrze napisane.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darconie, za lekturę, uwagi i klika. 

Pozdrawiam smiley

Przeczytane bez mrugania. Powiem lekko z innej strony– zawsze głębsze kontakty z anestezjologami są bardzo budujące :-)

Świetnie się czytało. Lekko hm… otwarta postać Ojca Chrzestnego jest świetna– ja cały czas próbowałem ją przypisać na różne sposoby co do “funkcji”.

JohnnyTrestle

Dzięki, JohhnyTrestle, za wizytę i komentarz.

Pozdrawiamsmiley

 

Bardzo dobrze się czytało. Udało Ci się stworzyć mroczny i taki troche duszny i przytłaczajacy klimat.  Sprawnie napisane, na plus sam szpital i bohater.

Powodzenia w konkursie, a ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

Opowiadanie okraszone zostało przygnębieniem; podczas lektury było mi nawet jakoś tak chłodno. Napisane dobrze, nigdzie się szczególnie nie potknęłam.

Przyznam, że bez wyjaśnień w komentarzach nie wszystko bym zrozumiała :) Podobnie jak reg, nie słyszałam do tej pory o Kuma-Śmierci, ale brzmi ciekawie, chyba czas się zapoznać.

Podsumowując, mimo uwag – udana lektura :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Motyw postaci stojącej przy łóżku dość stary, ale przynajmniej zmieniasz zakończenie.

Sympatyczna opowiastka. Ciekawe, czy można bezkarnie podać ziółka pacjentowi, przy którym nikt nie stoi…

Napisane w porządku.

Babska logika rządzi!

Dziękuję kolejnym Czytelnikom za odwiedziny.

Katiu, dzięki za dobre słowo i klika.

Sy, mam nadzieję, że chłodno zrobiło Ci się dopiero w drugiej części.

Finklo, śpieszę wyjaśnić Twoje wątpliwości: jeśli przy pacjencie nikt nie stoi, to pacjent jest symulantem ;).

Idąc tym tokiem rozumowania, można by też pomyśleć o przyjęciu ziela “na zapas”. 

Z ciekawostek: w jednej z wersji tego baśniowego motywu lekarz skonstruuje dla siebie obrotowe łóżko… 

I dużo tych symulantów w szpitalu? Podobno niektórzy wolą umrzeć niż iść do roboty. ;-)

Ciekawe… Gdyby tak sypiać gdzieś, gdzie można stanąć w nogach – kuszetka, namiot rozbity częściowo w szczelinie skalnej, pionowo… I już jest sposób na nieśmiertelność. Gdzie mam się zgłosić po Nobla z medycyny? ;-)

Babska logika rządzi!

Tekst jest z mojej perspektywy napisany bezbłędnie. Bardzo dobrze oddane są realia medyczne, które dodają autentyczności tekstowi. Podobało mi się uniknięcie przez Ciebie wpadnięcia w kilku miejscach w banał, mimo że nadarzała się okazja. No i kara. Nie ma grożenia, niby nic się nie dzieje. A jednak strata wydaje się być duża, jeśli już się nad tym zastanowić :)

Edwardzie, dzięki za lekturę i dobre słowo smiley

Znam tę baśń, więc zaskoczenia nie było, ale czytało się całkiem przyjemnie.

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet, za poświęcony czas i komentarz. Nie chciałam nikogo zaskakiwać. Chodziło mi o prosty “retelling”, jak to nazwała Ninedin w swoim komentarzu.

Miałam ambicję, by tekst był zrozumiały i satysfakcjonujący w lekturze zarówno dla tych, którzy są zaznajomieni z baśniowym wątkiem Kumy-Śmierci, jak i tych, którzy go nie znają. Choć przyznaję, że jestem nieco zaskoczona, że tych drugich jest więcej, sądząc po komentarzach.

Pozdrawiam smiley

Mocne i bardzo realistyczne w szczegółach związanych z realiami szpitalnymi. Opowiedzenie na nowo tej historii w ten sposób trafia do mnie zdecydowanie.

Dzięki, Oidrin, za wizytę i dobre słowo.

Dobry tekst, jedyne do czego mogę się przyczepić, to momentami uciekające flow, ale to nie był duży problem. Fajna historia, tylko zadziwiająco krótka, skończyła się, kiedy miałem wrażenie bycia dopiero w połowie. Bardzo dużo pozostawiasz niedopowiedzeń, co nie jest złe, lubię takie zagrania, choć momentami miałem wrażenie, że jednak drobna informacja powinna się pojawić.

Niemniej miło się czytało w drodze powrotnej ze szkoły, a to lepiej niż miło się czytało w domu sprzed biurka, warunki wpływają na zadowolenie z opowiadania.

Wybacz, że tak późno. Powolutku nadrabiam.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Witaj, MaSkrolu, miło mi, że nie zepsułam Ci drogi ze szkoły :).

Historia miała być krótka, właściwie jedyne, co mogłabym dodać, to wspomniane już przez jednego z Komentujących okoliczności otrzymania daru od Ojca.

Dzięki za wizytę smiley

Hej!

 wysłuchałem raportu doktor Karwulskiej z nocy

Troszkę się potknęłam na szyku.

 Dzień przebiegł bez gwałtownych zdarzeń.

Nienaturalne.

 nie ma ku temu ważnych powodów

Po temu.

 Wydaje mi się, że są świadomi jego obecności.

Niezbyt to naturalne.

 swoją pozycję i poważanie

Jest to masło, może nie maślane, ale margarynowe.

 Bez jego daru byłbym bezradny jak inni.

Hmm.

 ma ogromną wiedzę

Sformułowanie z telewizji. Nie mów mi, że ludzie teraz tak się wyrażają, bo skoczę do Motławy.

słyszałem nieraz Antka

Nie wiem, czy to może być didascalium.

 Będąc pewien

Anglicyzm. Może: Upewniwszy się, że…

dolewałem kilka kropel wywaru z ziela do któregoś z leków dawkowanych przez pompę

Mmm, dziwnie to brzmi. Może: wlewałem kilka kropel wywaru z ziela do pompy dawkującej leki?

 zazwyczaj

Nooo… ostatecznie. Ale "zwykle" lepiej by tu pasowało, na moje ucho i rozum.

 Nie byłem zbyt dyplomatyczny, ale jestem lekarzem, a nie attaché kulturalnym. Przyzwyczaiłem się do bycia złym policjantem.

Trzy "być" w dwóch zdaniach. Co najmniej jednego można uniknąć.

 Role pocieszycieli

A dużo tych ról? I czym się różnią między sobą?

 Próbowała wyrwać sobie

Naturalniej: Próbowała sobie wyrwać.

 wdrożonego leczenia

Dziwnie to brzmi.

powoli acz systematycznie

Powoli, acz systematycznie.

 zapiąć panią w pasy

Żargon.

 chciałem dochować procedur

Dochowuje się wiary albo tajemnicy, ale procedur można tylko przestrzegać.

 wracałem do dyżurki wiedząc

Wracałem do dyżurki, wiedząc.

 Blask księżyca pozwalał widzieć wyraźnie jej zaostrzone rysy.

No, nie wiem.

 co podarować

Co jej podarować.

 crocsy, których nie zdążyłem wzuć (…) łapiduchem. Wiedziałeś, co czynisz.

Zderzasz wysokie i archaiczne "wzuć" i "czynisz" z nowoczesnymi, kolokwialnymi "crocsami" i "łapiduchem". To daje dziwny efekt.

 Byłem przekonany, że się pomyliłeś.

Czyli on naprawdę nie wierzy, że ojciec chrzestny wie lepiej?

 Bosy, czułem się jeszcze bardziej bezbronny.

Nie dałabym tu przecinka, ale to chyba kwestia położenia akcentu.

Chciałeś nade mną zapanować.

Hmm. Polemizowałabym. Nie chciał zapanować, sprzeciwił się wyrokowi, ale nie dlatego, żeby go uznał za niesprawiedliwy czy niekorzystny, ale dlatego, że w niego nie uwierzył. Bardziej kwestia drzewa wiadomości dobrego i złego, niż prywaty.

 Uczułem jak

Uczułem, jak. "Uczułem" jest jednak zbyt wysokie w tym miejscu.

 Bladoniebieskie światło księżyca igrało w splotach zmechaconej tkaniny.

Hmm.

 Kara powinna być adekwatna do winy. To nasze ostatnie spotkanie. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

Klasyczny motyw baśniowy. Eleganckie domknięcie.

 

Pomysł mi się podoba, choć wykonanie można by doszlifować. Ale obawiam się, że potrzeba do tego więcej miejsca… Bohater wydał mi się niedookreślony – jeśli chodziło Ci o tę baśniowość, to dobry trop. Ale:

 Gość zawarł pakt z tajemniczą, paranormalną istotą, która budzi w nim strach, nagle ot tak olewa założenia umowy, którą wypełniał przez całe życie i praktycznie wylatuje mu to z głowy? Każdy człowiek, myślę, miałby przed takim działaniem opory.

Też tak myślę. Nie pokazałaś właściwie żadnego uzasadnienia – skoro ojciec chrzestny dotąd się nie pomylił, czemu nagle miałby? Jest, ostatecznie, samą śmiercią (to zasugerowałaś bardzo jasno) i chyba wie kiedy ma kogo zabrać.

 Nie jestem w stanie ocenić dlaczego “tego lipcowego piątku” miałoby być lepsze niż “w ten lipcowy piątek” – nie wiem, może są jeszcze jakieś niuanse znaczeniowe…

Jest bardziej literackie, mniej kolokwialne. Kolokwializmy pasują w dialogach, w narracji niekoniecznie, chociaż Twój narrator jest pierwszoosobowy, więc można też jego narrację traktować jak dialog.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Tarnino, dzięki za lekturę. Ciekawa byłam Twoich uwag.

 

Przecinki wstawiłam. Każde wskazane przez Ciebie “nienaturalne” brzmienie, bądź szyk przeanalizuję.

Odniosę się do kilku spraw:

ma ogromną wiedzę

Tak, ludzie się tak wyrażają. Wierz mi. Pozostaje jeszcze pytanie, czy skoro tak jest, to w tekście literackim wolno to po prostu “wkleić”, czy należałoby jednak trochę to podszlifować.

 

Będąc pewien ---> Upewniwszy się, że

O, w mordę jeża! Dziękuję za tę uwagę, nie przyszłoby mi to do głowy…

 

wdrożonego leczenia

Może brzmieć dziwnie: to sformułowanie jest typowe dla języka epikryz (powstrzymałam się przed napisaniem “terapii” zamiast “leczenia”). To wyrażenie wydało mi się tutaj uzasadnione, bo cały akapit (rozpoczynający się “Pacjent z dwójki od początku rokował źle”) jest rodzajem mini-epikryzy, którą bohater przedstawia czytelnikowi.

 

dochować procedur

sprawdzę jeszcze w słowniku frazeologicznym. Takie określenie na pewno funkcjonuje w języku prawniczym.

 

Mieszanie stylu potocznego i wysokiego:

Faktycznie, “wzuć crocsy” nie brzmi najlepiej, jednak co do reszty, to nie do końca się zgadzam.

To, co mówi Ojciec (”czynisz”) ma jak najbardziej być archaiczne i wysokie, bo postać jest poważna. Określenie “łapiduch” nie wydaje mi się potoczne, tylko pogardliwe (intuicję swoją sprawdziłam w sjp).

 

Szczególnie dziękuję Ci za wyjaśnienie sprawy z tym piątkiem smiley, lipcowym.

 

 

 

Co do treści:

Tak, Borowy tak się oswoił z darem, który otrzymał, że wydało mu się, że “wie lepiej”. Sam Ojciec wyraża irytację, gdy zauważa, że jego podopiecznemu trochę się w … poprzewracało (”Mądraliński!”). Można to nazwać upojeniem władzą/wiedzą, syndromem Boga, albo jeszcze jakoś inaczej. Dlatego Ojciec twierdzi, że Borowy “chce nad nim zapanować” – tutaj Ojciec zna lepiej (!) motywację lekarza, niż on sam.

Nawiasem mówiąc, w klasycznej wersji tej baśni lekarzowi dość wcześnie przychodzi na myśl oszukiwanie Ojca: obraca łóżko pacjenta przy pierwszej poważniejszej pokusie. Mój bohater zachowuje posłuszeństwo na tyle długo, że w końcu traci zdrowy osąd sytuacji.

 

Pozdrawiam smiley

F_H

Tak, ludzie się tak wyrażają. Wierz mi.

Ale serio – tak, w telewizji to słychać, i możliwe, że ludzie naśladują to szkodliwe medium. Szczęśliwie zostało mi to oszczędzone (mało wychodzę z domu…) Mimo wszystko to chyba nie jest (jeszcze?) poprawne.

 Może brzmieć dziwnie: to sformułowanie jest typowe dla języka epikryz (powstrzymałam się przed napisaniem “terapii” zamiast “leczenia”).

A, znaczy się, żargon? W takim razie w porządku, nie obracam się pośród medyków, więc nie wiedziałam.

 Takie określenie na pewno funkcjonuje w języku prawniczym.

Ale bohater jest lekarzem. Nie przesadzajmy z tym żargonem.

 To, co mówi Ojciec (”czynisz”) ma jak najbardziej być archaiczne i wysokie, bo postać jest poważna.

Sama powaga to za mało, żeby archaizować język, za to natura ojca chrzestnego na pewno to usprawiedliwia.

 Określenie “łapiduch” nie wydaje mi się potoczne, tylko pogardliwe (intuicję swoją sprawdziłam w sjp).

Obelgi należą raczej do języka potocznego (nawet piętrowe arabskie poezje na temat mamusi odbiorcy) – element podzbioru jest elementem zbioru ;)

 Szczególnie dziękuję Ci za wyjaśnienie sprawy z tym piątkiem smiley, lipcowym.

Polecam się heart

 Tak, Borowy tak się oswoił z darem, który otrzymał, że wydało mu się, że “wie lepiej”.

Jest to z jego strony nielogiczne – ale też ludzie potrafią być zadziwiająco nielogiczni. W sumie myślę, że gdybyś miała trochę więcej miejsca, żeby to pokazać, wyszłoby jaśniej. Ale Twoje wyjaśnienie mnie satysfakcjonuje.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Rozkminka :)

Czyżby autor wykonywał jakiś zawód medyczny? Atmosfera dyżuru lekarskiego i otoczki związanej z opieką nad pacjentem i samym umieraniem wydała mi się całkiem do rzeczy. Samotny, nie licząc pomocy medycznej, lekarski dyżur. Nietypowy, bo podejrzewam, że rzadko który lekarz ma podobne możliwości uzdrawiania.

No właśnie. Po przeczytaniu nic nie wiem. Kim jest zakapturzona postać, tak mocno ucharakteryzowana na śmierć, czym jest ów zioło, które leczy wszystko i jaki to cyrograf podpisał lekarz? Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Trzeba pamiętać, że to autor ma władzę nad czytelnikiem – czego nie ujawni, tego czytelnik nie zobaczy.

W mojej opinii opowiadaniu brakuje balansu. Świat jest kreowany, ale bohaterowie niedookreśleni; nie wiadomo do czego właściwie to wszystko zmierza. Trudno nazwać zakończenie za coś atrakcyjnego. Umowa nie została dotrzymana i cześć. Taaa… Umów należy dotrzymywać. Szczególnie tych z NFZ. Ale to trochę za mało wyraziste przesłanie, czyż nie? Co prawda czytelnik był mamiony, że to bohater przypłaci pomyłkę życiem, albo ktoś z jego rodziny, ale to nadal za mała dawka emocji. Postać tylko znika.

Poza tym bohater jest świadomy konsekwencji, więc z jakiego powodu rezygnuje z rytuału? Pycha? Brak wiary w coś, co sprawdzało się za każdym razem? Bo zaufał samemu sobie? Powód powinien być mocny, namacalny a nie jedynie teoretyczny.

Czy w takim razie dyżur był ciężki? Dla protoplasty zapewne jest tym ostatni z tego rodzaju. 

 

Pozdrawiam Czwartkowy Juror

Blacktomie,

z opóźnieniem, ale szczerze, dziękuję za Twoje uwagi i poświęcony czas.

Z tym balansem niedopowiedzeń mam duuuży problem, to widać. Pracuję nad tym. 

No, tak: “czego autor nie ujawni, tego czytelnik nie zobaczy”… Chyba sobie powieszę na lodówce smiley.

Pozdrawiam smiley

F_H

 

PS Autorka – szczęśliwie dla rodzaju ludzkiego – nie wykonuje żadnego zawodu medycznego.

 

Nowa Fantastyka