- Opowiadanie: MaSkrol - Póki śmierć nas nie połączy

Póki śmierć nas nie połączy

Tekst z początku zgłoszony na “Ciężki Dyżur”, mimo przekroczenia limitu znaków. Miał zostać, ale w ostatniej chwili zmalowałem nowy, więc tag konkursowy usunąłem.

 Życzę miłej lektury.

Edit. Na śmierć zapomniałem: ogromne podziękowania dla Mytrixa za betę, bardzo mi pomogłeś. Dziękuję.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Póki śmierć nas nie połączy

Stałem twarzą w twarz ze śmiercią i próbowałem jakoś rozczesać skołtunione włosy. Choć poprawniejsze byłoby stwierdzenie: „sterczałem przed lustrem, dzierżąc grzebień…”

Boże, ten żart przestał być zabawny kilka dni po kopnięciu w kalendarz.

Westchnąłem, a dźwięk rozpłynął się w szarym korytarzu, wpadając od pustych komnat. Mógłbym jedną myślą je umeblować, przemalować ściany, rozstawić kwiatki i kadzidełka. Zmienić tę budę w willę.

Ale po co się oszukiwać? Po co udawać, że wszystko jest na swoim miejscu, kiedy nowa egzystencja okazuje się jeszcze większym syfem niż poprzednia?

To dziś.

Odłożyłem grzebień i złapałem maszynkę do golenia. Nie wiem po co wciąż próbowałem o siebie dbać, skoro i tak nikt nie zwracał na mnie uwagi, a jeśli zdarzył się cud – szkoda gadać. To chyba jeden z tych zwyczajów, który pozwalał mi chociaż przez chwilę poczuć się człowiekiem.

Mówili, że po kilku latach mi przejdzie, że się przyzwyczaję.

Jakoś nie poczułem się lepiej i nie dostrzegłem zmian. Całe moje życie, wróć! Cały mój sens istnienia sprowadza się do jednego, czasem dwóch dni w tygodniu, które próbuję później zaleczyć czymkolwiek mogę…

Czyli właściwie niczym. Nie piję, nie palę, nie ćpam – ideał człowieka normalnie, gdyby nie fakt, że już dawno nim nie jestem.

Ochlapałem twarz i poszedłem do kuchni, nie mogąc dłużej patrzeć na swoją gębę. Zrobiłem kawę ciemniejszą od smoły, a mocną jak kilka rakiet ziemia-powietrze.

Siedziałem z filiżanką na jedynym taborecie w pokoju. Sączyłem paskudny trunek, co rusz się krzywiąc. Za życia byłem herbaciarzem, ale czarna bomba kofeinowa zdawała się teraz bardziej pasować.

Popadłem w schemat?

Być może. Nie zaprzeczę, że coraz bardziej przypominałem wersję siebie wytworzoną przez popkulturę, w końcu za życia na wskroś nią przesiąknąłem.

Odstawiłem naczynie na stół. Rozmyta szarość oblepiała ściany, przypominając warstwę kurzu. Cisza pęczniała i gromadziła się w uszach jak ropniaki.

Zadrżała mi dłoń. Przetarłem twarz.

To dziś. Jeszcze tylko chwila.

Dygotałem. Serce biło, jakby próbowało wyłupać dziurę w żebrach i uciec. Wzburzona kawa wylewała się z filiżanki, trząsł się stolik, taboret i cały dom.

Znów to samo. Tak do końca istnienia. Dlaczego? Za jakie cholerne grzechy?!

Z płuc wyrwał się niekontrolowany oddech, który zdmuchnął naczynie ze stołu. Szkło pękło na dziesiątki kawałków, niczym moja równowaga psychiczna.

Świat zmalał do wszechogarniającego wrzasku.

– Uspokój się – powiedziałem sam do siebie, jednak wciąż miałem drgawki, wszystkie mięśnie były napięte jak cięciwa kuszy gotowej do wystrzału.

To coś ciągle wrzeszczało.

– Spokój!!!

Ze stropu posypał się tynk. Pękły ściany, a szyby rozpadły w drobny mak, odsłaniając ciemną masę wydartą z czasu i przestrzeni, w której uwiłem swoje mieszkanie.

Pukanie do drzwi. Równomierne cztery stuknięcia, identyczne jak za każdym razem.

Podniosłem się z klęczek i wypowiedziałem w głowie myśl. Mrugnąłem, a wraz z otwarciem oczu szare korytarze zmieniły się w wielką, obudowaną ciemnym drewnem salę. Otworzyłem drzwi.

– No, no… – zagwizdał Bogumił, rozglądając po pomieszczeniu. – Nieźle się powodzi.

– Dzięki. – Uśmiechnąłem się.

Nie wiem, jak długo dam radę udawać ten cyrk.

Bogumił wręczył mi rozpiskę i położył dłoń na ramieniu. Przez moment szukał kontaktu wzrokowego, jakby rozumiał, że wciąż sobie nie radzę. Nie odpowiedziałem. Skinął głową i rozpłynął się w przestrzeni.

Dyżur czas zacząć.

 

***

 

Pociągnąłem nosem. Kurz, zdezelowany tapczan i specyficzna woń pokoju staruszków. Ciepło rozprzestrzeniło się od stóp do czubka głowy. Pachniało jak w domu babci Tosi. Westchnąłem cicho. Przynajmniej na początku coś lżejszego. Te spotkania… miały inną specyfikę.

Otworzyłem oczy. Na łóżku leżał dziewięćdziesięcioośmioletni letni staruszek. Był cukrzykiem. Cierpiał, ale nikomu o tym nie wspomniał, nie chciał niepokoić rodziny. Zmarł we śnie.

Pomogłem jego duszy wydostać się z ciała, poczekałem aż się uformuje. Otworzyłem usta. I je zamknąłem.

Nigdy nie będę wiedział, co w takiej chwili powiedzieć.

Mężczyzna rozglądał się po pokoju, próbując złączyć wszystko w logiczną całość. Dostrzegł swoje truchło.

– Czy ja…?

– Tak – odparłem. – Nadszedł czas.

– Nie wyglądasz jak śmierć. – Zamrugał kilkukrotnie.

Uniosłem brew, ale nie odpowiedziałem. Udawałem, że nie widzę, jak gość taksuje mój znoszony dres, wydziergany golf i klapki w dalmatyńczyki.

Ameryki nie odkrył.

Dziadek jeszcze raz obejrzał pokój. Przeszedł się wokół, zerknął na stare zdjęcia. Westchnął.

– Czekałem na ten moment, ale kiedy już nic mnie nie boli, mam mieszane uczucia – powiedział.

Ciekawe jak reagują w takich sytuacjach Kostuchy po psychologii.

– To normalne. A teraz proszę za mną, w drugim pokoju jest przejście na tamtą stronę.

 

***

 

Swąd prochu i krwi. Krzyki, wystrzały, panika. Wzdrygnęło mnie od ilości źródeł, które wykryłem. Przełknąłem ślinę.

Świat nigdy się nie zmieni.

Nie wiedziałem kto, z kim i w imię czego walczył. Ledwo dostrzegałem ciała w otaczającej ciemności, czułem, że mnie potrzebują, jakby w pobliżu zmarłych wibrowało powietrze.

Pomogłem wyjść pierwszemu.

– Dziękuję za twoją służbę, żołnierzu. – Nie miałem pojęcia czy powinienem to mówić, wydawało mi się na miejscu. – Dopełniłeś przysięgi. Teraz czas na odpoczynek.

Później powiedziałem to samo do kolejnego i dziesiątek następnych. Niektórzy płakali, inni klęli, kilku wyglądało na spełnionych. Kiedy skończyłem, przeszedłem na drugą stronę pola i raczyłem poległych identyczną formułką. Słowo w słowo.

Zapamiętałem może pierwszych sześciu, cała reszta zlała się w setki bezkształtnych twarzy, jakbym zdejmował maski tej samej, bezimiennej osobie.

 

***

 

Wylądowałem w pustym pomieszczeniu. Ledwo mogłem złapać oddech. Drgawki przejęły kontrolę nad ciałem. Czułem, jak zawartość żołądka, próbuje się wydostać.

Śmierdziało potem i gorzelnią. Znowu.

– Cosiie eje? – zapytał.

Westchnąłem. Alkoholik pełną gębą. Spity tak, że dusza wciąż czuje skutki.

– Zachlałeś się na śmierć, a teraz chodź. – Pociągnąłem go za ramię.

Zaczął szarpać się przy przejściu.

– Tsoo obisz? Co ze mno teas bedzje?

– Nie mam pojęcia. Sam spójrz. – Wskazałem palcem niestabilny, wibrujący otwór w ścianie. – Ja niczego nie wiedzę, bo to nie ja mam przejść.

Mężczyzna wybałuszył oczu. Chciał się wyrwać. Wepchnąłem go siłą.

Kiedy przejście się zamknęło, opadłem na podłogę. Niewidzialna ręka ścisnęła mi gardło.

Myślałem, że tym razem będzie łatwiej. Że alkoholika nie będzie mi szkoda i jakoś wezmę się w garść. Tymczasem grdyka niemal wyskoczyła mi przez usta.

Ledwo mogłem oddychać. Usiadłem w kącie i objąłem nogi.

Potrzebowałem chwili przerwy.

 

***

 

Pachniało salą operacyjną. Kwiatami, zmęczeniem, frustracją i niedoczytaną bajką. Pluszowego miśka, który wciąż zajeżdżał nowością, też czułem. Obok szpitalnego łóżka, na szafeczce stała ramka ze zdjęciem. Słyszałem szepty rodziców, którzy za wszelką cenę nie chcieli obudzić dziecka i dziecko, które całą siłę woli wkładało w równomierne oddychanie, aby rodzice nie zorientowali się, że nie śpi.

Dlaczego? Dlaczego mi to robicie?

Nogi jak z waty. Klapnąłem na wolnym krześle i przyłożyłem pięść do ust.

Dziesięciolatka.

Nie rozklejaj się. Błagam cię nie teraz, powtarzałem w myślach, jak jakąś modlitwę. Odetchnąłem. Dam radę.

Nie miałem siły, żeby się podnieść, jakby ktoś odebrał mi władzę nad ciałem. Biel gabinetu była zakłamana. Słońce raziło oczy. Powinno zgasnąć choć na kilka sekund, z szacunku. Mogłyby przynajmniej najść chmury, ten świat mógłby choć udawać, że jakkolwiek przejmie się jej śmiercią.

Szkoda, że to tak nie działa. Nadajemy zjawiskom symbolikę, a one w odpowiednim momencie udowadniają, że są niezależne.

Przetarłem twarz. Dziewczynka przestała udawać, rozmawiała z rodzicami.

– Kiedy wrócimy do domu?

Była osłabiona, blada jak tr… jak ściana. Głos ledwo przechodził przez gardło, mama musiała się pochylać.

– Już niedługo, córciu. – Kobieta ścisnęła jej dłoń. – Już niedługo.

Nie. Gdyby miała wrócić, nie przysłaliby mnie. Spojrzałem na twarz matki, poturbowaną przez udawany spokój. Ona już wiedziała.

Wiedziała, a jednak w jej oczach błyszczała odrobina nadziei. Podniosłem się i mimo ściągającego do ziemi ciężaru, zbliżyłem do łóżka.

Choroba? Nie, wypadek. Sam nie wiem. Informacja była rozmyta, czasem tak się zdarza.

– Mamo – powiedziała dziewczynka.

– Tak, córciu?

– Weź mnie za rękę – poprosiła.

Kobieta zamknęła oczy, odetchnęła i ścisnęła mocniej dłoń, którą już trzymała.

– Czemu jesteś taka smutna?

– Nie, nie jestem smutna, słońce. Wydaje ci się – odparła, przecierając oczy. Była na skraju załamania.

– A gdzie tata? – Dziewczynka spróbowała odwrócić głowę w stronę drzwi, ale zabrakło jej siły.

– Tata musiał wyjść. Za chwilę wróci. – Mama dygotała, drgawki opanowywały prawie całe jej ciało, tylko dłonie były spokojne.

Tata rzygał w łazience ze stresu. A doktorzy już szli. Kończył się czas.

Odchyliłem ramkę i obejrzałem zdjęcie. Zrobili je raptem kilka miesięcy temu w urodziny dziewczynki. Przez palce przebiegł mi dreszcz, jakby wspomnienie zawarte na fotografii, sugerowało, że wciąż żyje. Zarumienione policzki i lśniące życiem oczy, zdawały się wciąż istnieć w odmętach przeszłości, jakby zdjęcie przy łóżku skradło je dziewczynce.

Lub dziewczynka specjalnie je tam przełożyła.

Do sali weszło dwóch lekarzy, pielęgniarzy? Nie mam pojęcia, porozmawiali chwilę z matką, przełożyli dziecko na inne łóżko i pojechali na salę operacyjną, mama poszła za nimi, a tatę spotkali w drzwiach.

Zostałem sam w pustym pomieszczeniu, a cisza jako jedyna wydawała się rozumieć. Jako jedyna była adekwatna w tej chorej rzeczywistości. Położyłem ramkę na blacie, chowając przed światem jej roześmianą twarz.

Poszedłem za nimi.

 

***

 

Tracili ją. Twarze, jakby ociosane z kamienia wykrzywiało skupienie, mówili coś do siebie w języku, z którego rozumiałem co piąte słowo.

Westchnąłem.

Wpatrywałem się w tę bitwę, ale nie drgnęła mi nawet powieka. Czy to jest ten moment? To zdarzenie, które znieczuli mnie już na zawsze?

Wyobrażacie sobie obserwować operację, mając stuprocentową pewność, że nadzieję już dawno rozwiał wiatr? Człowiek zawsze posiada jej choć odrobinę…

Ona w końcu umiera ostatnia. Umiera, a wtedy pojawiam się ja. Bo życie, póki trwa, zawsze może stać się lepsze.

Tym właśnie jestem.

Mięśnie pulsowały, zmuszając całe ciało do drżenia. Czułem zbierające się łzy, ściśnięty żołądek.

Już czas.

Cykliczne dźwięki kardiomonitora przerodziły się w stały pisk. Jeden z lekarzy zaklął pod nosem, drugi w pełnym skupieniu próbował jej pomóc. Bezskutecznie.

Przez zamknięte drzwi przeniknął Bogumił. Zbliżył się do mnie, obserwując dziewczynkę. Kilka minut sterczał bez słowa.

Przez chwilę – krótką, nic nieznaczącą chwilę – myślałem, że mnie odwoła. Że coś się zmieniło.

– Pospiesz się – powiedział. – Inaczej dopiszą ci nadgodziny.

Zamurowało mnie.

– Zostanę jeszcze.

– Po co?

Spojrzałem mu w oczy. Pustka. Całkowita, lodowata pustka. Zacisnąłem szczękę, starając się nie wybuchnąć.

Zerknął na dziewczynkę, później jeszcze raz na mnie.

– Nie zrób niczego głupiego. – Zniknął wraz z kolejnym moim mrugnięciem.

Stanąłem nad łóżkiem, ignorując pracujących lekarzy. Miała śliczne, kręcone włosy, zadarty nosek i misia…

Zabrała ze sobą malutkiego pluszaka, który leżał teraz na boku, aby nie przeszkadzać lekarzom. Drżała mi dłoń, ledwo zdołałem odnaleźć jej duszę. Odwiązałem ją od ciała, drugą ręką ścierając łzę.

Pociągnąłem nosem.

Nogi cudem mnie utrzymały, gdy pomagałem jej duszy uformować się na zewnątrz. Kilka sekund później stała obok mnie, a ja nie potrafiłem wydać z siebie choćby jednego dźwięku.

Otaksowała mnie wzrokiem. Chciała się rozejrzeć.

– Nie patrz – powiedziałem, próbując pokonać spazmy. – Proszę.

– Kim jesteś? – zapytała.

– Kiedyś nazywałem się Adam Strzęp. – Przetarłem powieki. – Jestem twoim przewodnikiem.

Dziewczynka patrzyła na mnie, lekarze wciąż walczyli z nieruchomym ciałem.

– A gdzie idziemy? Do domu? Gdzie moja mama? Powiedziała, że wrócimy do domu, ale… – potok słów. Prawie nie nadążała mówić. – Słyszałam jak płakała nad moim łóżkiem, kiedy myślała, że śpię. Czy ja…?

Kucnąłem, kładąc dłonie na jej ramionach.

– Przykro mi – wyszeptałem, w innym przypadku załamałby mi się głos. – Przyszedłem przeprowadzić cię na drugą stronę.

Wtedy wydarzyło się coś, co skopało moją wolę i wyrzuciło ją na bruk. Dziewczynka przytuliła Śmierć, w małych dłoniach ściskając jej wydziergany sweter. Płakała. Bardzo długo płakała, a ja płakałem razem z nią. Ryczałem jak nigdy wcześniej, zmuszając kotłujące się ciało do szczątkowej stabilności. Żeby nie zauważyła. Żeby miała wrażenie, że przynajmniej jedna osoba ma kontrolę nad sytuacją.

Dałem jej tyle ciepła i cierpliwości, ile byłem w stanie ofiarować. A ona podarowała mi coś, czego nie otrzymałem od swojego pogrzebu – odrobinę uwagi.

– Masz bardzo smutną pracę – oznajmiła.

Kolejny szok. Miałem wrażenie, że uderzył mnie pociąg. Pierwsza osoba, która o mnie pomyślała. Pierwsza osoba, która dostrzegła mój ciężar. Dziesięcioletnie dziecko.

– Tak – potwierdziłem. Wytarłem mokrą twarz, rękawem. Pociągnąłem nosem. – Pora na nas.

Skinęła głową. Wzięliśmy się za ręce, kiedy poprowadziłem ją do przejścia.

– Zobaczę jeszcze rodziców? – zapytała.

– Nie wiem. Może będziesz mogła ich obserwować po tamtej stronie. – Drżenie słabło, odzyskiwałem panowanie nad ciałem.

– Co jest po drugiej stronie? – Dziewczynka spojrzała na mnie, wciąż była bliska płaczu.

– Sama zobacz. – Wskazałem pulsujący otwór, który nie miał dla mnie żadnej konkretnej barwy.

Dziewczynka zmrużyła oczy. Uśmiechnęła się.

– Co to jest?

– Nie wiem. Ja nie mogę tam przejść, nie mogę niczego zobaczyć – wyjaśniłem. – To miejsce nie jest dla mnie. Jestem śmiercią, jestem złem, jestem…

– Moim zdaniem jesteś miły – powiedziała.

Coś we mnie pękło. Zamknąłem oczy, język zesztywniał. Przygryzłem wargi, a zanim zdążyłem się opanować…

– Dziękuję.

– Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć – zaproponowała.

– To nic nie da. Nie zrozumiem twoich słów, zniekształcą się w moich uszach. Ja muszę zostać tu, między światami i pomagać duszom się przedostać. To cena, którą musiałem zapłacić, żeby…

W ostatnim momencie ugryzłem się w język.

– Żeby?

Minęła chwila zanim odpowiedziałem.

– Żeby zostać jeszcze chwilę na ziemi.

Ścisnęła mocniej moją dłoń, ale tym jednym ruchem, zgniotła również moje sumienie. Nie miała o tym wiedzieć.

– Czy ja też mogę… zostać?

Sterczałem jak kukła, patrząc na pstrokaty i równocześnie bezbarwny portal. Tak. Może. Nie. Nie wiem…

W jej przypadku to było możliwe.

– Nie warto. – Zastanawiałem się jak wyglądałoby moje życie, gdybym przeszedł przez portal. – Kilkanaście lat dla tak paskudniej wieczności nie jest tego warte.

– A jeśli będę chciała zostać, to później będę mogła podczas tej wieczności być z tobą?

– Tak, chyba tak. – Żal ścisnął mi gardło. Powinienem był zaprzeczyć.

– W takim razie chciałabym zostać.

Przygryzłem wargi. Życzenie zostało wypowiedziane. Nie było odwrotu. Dreszcze przebiegły po mojej skórze. Wyjaśniłem jej, co musi zrobić.

Przez cały ten czas drżało mi serce.

– Ludzie mówią na to śmierć kliniczna. Po obudzeniu nie będziesz pamiętać naszej rozmowy, właściwie niczego nie będziesz pamiętać poza grą światła i ciemności. Spotkamy się za jakiś czas, a ty ciesz się życiem i ofiaruj życie innym. Może wtedy jego odbieranie będzie mniej bolesne.

Przywróciłem jej duszę do ciała.

Nigdy tak bardzo nie brzydziłem się sobą. Nigdy nie czułem do siebie większej nienawiści.

 

***

 

Stałem razem z Bogumiłem na wieży pośrodku nicości. Gdzieś pomiędzy piątą warstwą pustki, a Paryżem.

– Chciałeś żeby się zgodziła. Chciałeś mieć kogoś blisko – powiedział.

– Tak – odparłem, ściskając lodowatą barierkę.

Bogumił pokręcił głową. Przez chwilę szukał odpowiednich słów.

– Straszny z ciebie egoista, wiesz? Mogła trafić do nieba.

Przełknąłem ślinę.

– Wiem. Dałem jej wybór. Wybrała.

– Ona ma dziesięć lat, nawet nie rozumie w pełni kim jesteś. – Bogumił zacisnął pięści.

Wypiłem duszkiem kielich wina. Tego dnia dałem sobie dyspensę.

– Śmierć też może mieć swoje zachcianki. Też może mieć własne potrzeby i marzenia.

– My mamy służyć. – Bogumił pokręcił głową. – Czas pragnień się skończył razem z naszą drugą śmiercią.

Nie odpowiedziałem.

– Zapełnisz swoje luki kosztem tej dziewczyny! – krzyknął. – Co jest z tobą nie tak?!

Odstawiłem kieliszek na stolik. Spojrzałem na niego, delikatnie zamroczony przez alkohol.

– Ty się jakoś specjalnie nie przejmowałeś, kiedy wtłoczyłeś mnie z powrotem do ciała. Nawet nie zapytałeś.

– Bo chciałeś zostać na ziemi, widziałem to.

– Ona też chciała. I w przeciwieństwie do ciebie, wyjaśniłem jej wcześniej, co się stanie, kiedy dostanie kolejne życie.

Bogumiłowi zadrżała brew. Najwidoczniej zdążył już nieco przeinaczyć bieg wydarzeń. Najwidoczniej w swojej wersji mnie uratował.

– Zostaw mnie samego i poproś górę, żeby przepisali mnie do innej jednostki. Mam cię dość ty pieprzony, bezduszny hipokryto.

Myślałem, że te słowa przyniosą trochę ukojenia. Ale nie, nic takie się nie stało, bo w gruncie rzeczy…

W gruncie rzeczy okazałem się tak samo skrzywiony.

Dolałem sobie wina, próbując znaleźć ukojenie we wszechogarniającej czerni.

Koniec

Komentarze

Betowałem – głównie do poprawienia w mojej ocenie były drobiazgi, żadnych większych modyfikacji tekstu – więc daję klika, bo uważam, że dobre to jest.

 

MaSkrol pytał, czy skracać do limitu – zdecydowanie nie. Można uciąć z początku, nawet sporo, ale wtedy, bez wprowadzenia środek nie wybrzmi, a owym środkiem – sceną gdy bohater trafia do szpitalnego pokoju – opowiadanie stoi.

Albo to gdy ojciec idzie do toalety… dobre, mocne.

 

Fajny pomysł, choć fantastyka kostuch widziała już wiele, to nie jest to odgrzewany kotlet. Jest gra na emocjach, są dylematy i są pytania, na które od wieków poszukujemy odpowiedzi.

MaSkrol po raz kolejny pokazuje, że nie boi się pisać o emocjach.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bardzo fajne opowiadanie. Wciąga, płynie, zaskakuje, gra na emocjach. Przeczytałem jednym tchem. Więcej takich poproszę.

 

Gdzie niegdzie jakaś przecinek (poniżej), niektóre dialogi mi nie brzmią (ale bardzo sporadycznie). Nic poważnego moim zdaniem, chociaż nie znam się.

Czułem jak zawartość żołądka, próbuje się wydostać.

moim zdaniem powinno być:

Czułem, jak zawartość żołądka próbuje się wydostać.

– Tak córciu? – dałbym przecinek po 'Tak'.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Świetne opowiadanie, czytało się bardzo płynnie, historia wciąga i ładnie gra na emocjach. Warsztat bardzo dobry, jedynie kilka literówek wyłapałem, są poniżej. Spodobał mi się początek, dobry, czarny humor. Niby parę zdań, a zbudowały klimat, który potem jest skutecznie podtrzymywany. Faktycznie szkoda by było ciąć.

Siknął głową

Skinął głową. No chyba, że miał dziurę w głowie, i siknął krwią ;)

Ledwo nabierałem tlen.

Tu nie jestem pewien, ale tak mi się wydaje naturalniej:

Ledwo nabierałem tlenu.

Kilka minut starczał bez słowa.

Kilka minut sterczał bez słowa.

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Witam pierwszych czytelników! Miło widzieć tak szybki odzew.

 

Mytrixsie,

Jak zawsze nieoceniony.Specjalnie wstrzymałeś się z większą wypowiedzią o treści, żeby wstawić ten komentarz, prawda? Dzięki za klika, za betę i kilka słodkich słów. Jak ja lubię, gdy ktoś punktuje mi jakie sceny konkretnie mu się podobały.

Bardzo jestem rad, że tekst nie okazał się odgrzewanym kotletem. Starałem się, żeby tak nie wybrzmiał. A o emocjach pisać lubię i zdecydowanie nie boję się o nich pisać. Choć fajno, że o tym wspomniałeś. ^^

 

Paradust,

Dzięki! To jest prawdziwy zastrzyk motywacji, wygląda na to, że udało mi się wszystko, co chciałem osiągnąć w tym opowiadaniu.

Więcej takich poproszę.

Mam zalążki pomysłów na kolejne przygody Adama Strzępa, więc kto wie…

Eh te przecinki zawsze mi muszę gdzieś uciec, dzięki, poprawione!

 

Herox002,

Zaraz obrosnę w skrzydełka i odlecę do krainy samouwielbienia i wygórowanego ego! Dzięki, kolejna dawka motywacji. Miło, że doceniłeś początek, właściwie cała historią rozpoczęła się od tego wstępu, wpadłem na to trochę z niczego, a narracja popłynęła w ten sposób dalej.

Skinął głową. No chyba, że miał dziurę w głowie, i siknął krwią ;)

Tak to jest kiedy za szybko chce się napisać dane słowo i wychodzi coś zupełnie innego. Zdarza mi się dość często. XD

Tu nie jestem pewien, ale tak mi się wydaje naturalniej:

Ledwo nabierałem tlenu.

Według słownika jest poprawnie. Ledwo nabrałem (kogo? co?) tlen. Zostawię jak jest.

Błędy poprawione. Dzięki!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Pociągnąłem nosem. Kurz, zdezelowany tapczan i perfumy dla staruszków.

Eee, to są jakieś specjalne dla staruszków?!

 

Pozy tym świetne. Bardzo mi się podobało. Pomysł na śmierć, jako zawód po śmierci – świetny. Bohater dobrze nakreślony. Trochę zbrakło mi odpowiedzi na pytanie, co skłoniło go do pozostania wśród żywych i skazania się na coś takiego, choć jednocześnie rozumiem, że zbyt dobrze poinformowany to on nie był.

Z dziewczynką, która jako jedyna ma wobec niego jakieś ludzkie odruchy, IMO, nie przedobrzyłeś. Są emocje, ale nie ma wysokiego C.

Scena w szpitalu, z tatusiem, który rzyga w toalecie – rewelacyjna.

Stwierdzenie, że lektura sprawiła mi przyjemność, trochę tu nie pasuje, ale zadowolona byłam bardzo :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Witaj Irko, miło Cię widzieć.

Eee, to są jakieś specjalne dla staruszków?!

Nie ma, ale jest taka zależność, że u każdego staruszka w domu pachnie kurzem i takimi samymi perfumami. A przynajmniej odniosłem takie wrażenie, gdy byłem młodszy. Zakodowało mi się w głowie jako “perfumy dla staruszków”. :P

Trochę zbrakło mi odpowiedzi na pytanie, co skłoniło go do pozostania wśród żywych i skazania się na coś takiego, choć jednocześnie rozumiem, że zbyt dobrze poinformowany to on nie był.

Miałem na to proste wytłumaczenie, ale może by tak je nieco skomplikować i wrzucić kiedyś jako opowiadanie…

Dziękuję za miłe słowa, aż znów chce się człowiekowi żyć, bo okazuje się, że jednak coś tam potrafi. Myślałem, że wystarczająco mocną końcówkę napisałem, szkoda tego wysokiego C, ale i tak jestem zadowolony z rezultatu.

Scena w szpitalu, z tatusiem, który rzyga w toalecie – rewelacyjna.

Stwierdzenie, że lektura sprawiła mi przyjemność, trochę tu nie pasuje, ale zadowolona byłam bardzo :)

Dzięki za przeczytanie, opinię i kilka! ^^

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Z wysokim C to byl komplement :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

A to chyba źle wygooglowałem znaczenie, ups… :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cała przyjemność po mojej stronie. Chętnie przeczytam kolejne!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Super! To może naskrobię coś, jeśli pomysł nawróci :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Co by miał nie wrócić :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Stałem razem z Bogumiłem na na wieży pośrodku nicości.

Jedno “na” wystarczy :)

 

Co do treści:

Opowiadanie bardzo lekkie w czytaniu, jeśli chodzi o styl pisarski, a jednocześnie przydusza tematyką, która jest smutna i przygnębiająca.

Pierwsze zdanie bardzo fajne, sprytna gra słowna z tą śmiercią i lustrem. Przez tekst przepłynąłem, pomimo przekroczenia limitu ani przez chwilę mi się nie dłużyło, uważam, że to bardzo dobre opowiadanie.

Punktem kulminacyjnym jest tu wizyta śmierci na sali operacyjnej, gdzie operowana jest dziesięcioletnia dziewczynka. Przyznam, że uczucia towarzyszące śmierci są sprawnie przedstawione, w pewnym sensie mogą udzielić się czytającemu, jak było i w moim przypadku.

Zakończenie też całkiem całkiem, raczej trudno nazwać je szczęśliwym, mimo że dziewczynka wróciła do swojego ciała, to nie czeka ją w przyszłości los najlepszy z możliwych. Ale to oczywiście zaleta, bo wszyscy wiedzą, że szczęśliwe zakończenia są przereklamowane. :)

Myślę, że jesteś na dobrej drodze.

Nie zbaczaj ze szlaku.

Bądź wierny,

Pisz.

To ja się trochę wybiję.

Pomysł dobrze rozegrany, ale nienowy. Pamiętam, że miałam kiedyś w rękach książkę, której główny bohater też został “zatrudniony” jako śmierć, ale tam autor podszedł do tematu bardziej humorystycznie. Ty z kolei postawiłeś na emocje.

Czysto subiektywnie – trochę na tym poległeś. Ja to widzę tak: masz tekst na nieco ponad 17k znaków. Jakieś 80% tego tekstu to sceny przedstawiające ludzi na łożu śmierci. W czasie tych scen opowiadasz nam o emocjach bohatera. Pozostałe 20% opowiadania – introspekcje, również skupiające się na emocjach głównego bohatera. Efekt? 100% opowiadania o emocjach. Jedna czy dwie takie scenki mogą jeszcze robić jakieś wrażenie na czytelniku. Potem zaczyna się już zerkanie na zegarek.

No i krzywda nieletnich, najpewniejszy sposób, by wywołać reakcję u czytelnika. Mało oryginalnie ;P

 

Tak swoją drogą: spokojnie można skrócić opko do tych, powiedzmy, 11k. Początek chociażby – oskórowałabym go trochę, można nadać mu tempa i pozbyć się paru tysięcy znaków bez szkody dla reszty opowiadania. Gdybyś kiedyś potrzebował pobawić się w przycinanie – pisz do mnie na priv ;D

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ok, jeszcze raz ja, wczoraj wrzuciłam wyjaśnienie z komórki, a że nie lubię pisać na tym cholerstwie, to było zdawkowo. Już tłumaczę porządnie :)

Masz tu sporą dawkę emocji, a jednocześnie uważam, że nie przedobrzyłeś (nie ma wysokiego C). To, co napisałeś jest wiarygodne i – jako czytelnik – nie miałam poczucia emocjonalnego szantażu. Krótko mówiąc, jest dobrze :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Witam nowych i nieco mniej nowych czytelników! Kocham Was, ludziska.

 

Paradust,

Co by miał nie wrócić :)

Na razie chcę robić sobie małe wolne, przeskoczyć do czegoś luźniejszego, bez limitu znaków i tematów konkursowych, wbić się w przygodę, zamiast zaraz po rozpoczęciu myśleć o zakończeniu. Pewnie wrócę z Adamem Strzępem, kiedy pomysł wyewoluuję.

 

Corrinie,

Błąd usunięty. Cieszę się, że opowiadanie się podobało, dziękuję za bardzo miłe słowa. Fajnie, że tekst do ciebie trafił, że przepłynąłeś i nie okazał się sztuczny. Emocje miały tu grać pierwsze skrzypce i udało się, choć bałem się, że zbyt je przejaskrawię. Dyżur miał być ciężki, więc skupiłem się na przeżyciach bohatera, chciałem, żeby były autentyczne, a skoro mogły się udzielać, to chyba się udało.

Zakończenie… jestem z niego zadowolony. Myślę, że dokładnie uzupełniało obraz bohatera i prawda, szczęśliwe są przereklamowane. Ja lubię tę słodko gorzkie, a najlepiej, gdy nie wiadomo, której cechy jest więcej.

Myślę, że jesteś na dobrej drodze.

Nie zbaczaj ze szlaku.

Bądź wierny,

Pisz.

Dziękuje. Dziękuję i dziękuję. Nawet nie wiesz ile takie zapewnienie dla mnie teraz znaczy. Jak takiego czegoś potrzebowałem, choć nie wiem, czy trochę nie przesadzasz. Dzięki.

P.S. Corrnie, wszystkiego najlepszego, nie wiem, kiedy miałeś dokładnie urodziny, ale mam wrażenie, że niedawno pod nickiem miałeś jeszcze dwadzieścia trzy lata. ;-)

Pod Twój tekst wpadnę jutro, bo muszę nadrobić zaległości w betowaniu.

 

Gravel,

Cześć, chyba pierwszy raz się spotykamy pod tekstem (bo nie wiem czy skomentowałem “Szatana smutnego śmiertelnie”, mimo że czytałem go chyba trzy razy).

Motyw pewnie i znany, nie jest szczególnie skomplikowany i mimo że niczego podobnego nie czytałem, spokojnie uwierzę w istnienie kilkudziesięciu takich tekstów. Przyznam się bez bicia, że do fabuły nie podszedłem super ambitnie, bo to też tekst pisany z marszu, w trzy albo dwa dni, nie myślałem o nim zbyt wiele, powstał bardziej sam z siebie, choć to właściwie nie wymówka. Po prostu taką mam wizję ciężkiego dyżuru – walka z samym sobą i targającymi emocjami.

Szkoda, że było patrzenie na zegarek, ale rozumiem Twoją opinię, szkoda, że nie zdołałem Cię przekonać, następnym razem się poprawię!

Muszę się przyznać, że czasem piszę teksty egoistycznie, dla siebie, żeby wyzbyć się złych emocji, a to (poza tym, że przy okazji mi się podoba) jest po części odreagowaniem frustracji podczas pisania tekstu na Trójkąt Heroiczny (który swoją drogą okazał się gorszy. Lubię pisać o emocjach, ale rzeczywiście, być może troszkę przedobrzyłem.

No i krzywda nieletnich, najpewniejszy sposób, by wywołać reakcję u czytelnika. Mało oryginalnie ;P

Przyznaję się bez bicia, zrobiłem to świadomie, choć drugą stroną medalu była empatia okazana nawet Śmierci, ale to wyszło bardziej przez przypadek, intuicyjnie. Więc tak, poszedłem na łatwiznę :P

 

Nie wiem czy chcę zmieniać ten tekst, bo ukryłem sobie tu przedpole do kolejnych opowiadań (jeśli zdecyduję się je napisać), zwyczajnie mi się podoba, naprawdę, to jest chyba moje pierwsze opowiadanie, które lubię w prawie całej rozciągłości. Jednak bardzo jestem ciekawy co mniej więcej byś poucinała i jak przyspieszyła, więc jeśli to nie problem, chętnie bym przeczytał (nawet choćby trzydaniową opinię), co byś zrobiła, wtedy pomyślę i spróbuję wyciągnąć wnioski.

Ewentualnie, gdybyś chciała pod tym kątem, kiedyś zerknąć na inne opowiadanie… :P

Dziękuję za komentarz, następny tekst postaram się lepiej wyważyć, żeby Cię nie znudzić.

 

Irko,

Dziękuję za sprostowanie, google powiedziało mi, że wysokie C “oznacza wzniesienie się na wyżyny swoich możliwości”, dlatego źle zrozumiałem. Dzięki!

Człowiek odzyskuje wiarę w siebie, czytając takie opinie.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Fajny tekst. Gra na emocjach, ale jakoś tego nie czułam. To jest komplement. Znaczy, że nie czułam się zmuszana do robienia czegoś.

O personifikacjach śmierci już trochę było, ale pomysłu z przyjęciem tej fuchy w zamian za kilkanaście lat – nie kojarzę. Czyli jakiś przebłysk nowości widzę.

Inaczej dopiszą Ci nadgodziny.

A czemu dużą literą?

Babska logika rządzi!

MaSkrolu, najważniejsze, że Ty jesteś zadowolony ze swojego tekstu. A takie “egoistyczne pisanie” czasem się przydaje. Jak to Hemingway bodajże mówił: “Trzeba usiąść przed maszyną i zacząć krwawić”. Wylewanie własnych brudów na klawiaturę to niezłe katharsis ;)

 

Gdybym miała coś w opowiadaniu ucinać, to przede wszystkim początek. Pierwsze zdanie jest fajne, zapada w pamięć i stanowi niezłe otwarcie, ale to, co następuje później – czyli introspekcja i szczegółowy opis odczuć narratora – imo, kwalifikuje się pod brzytewkę. Chociażby ten fragment: 

 

Mówili, że po kilku latach mi przejdzie, że się przyzwyczaję.

Jakoś nie poczułem się lepiej i nie dostrzegłem zmian. Całe moje życie, wróć! Cały mój sens istnienia sprowadza się do jednego, czasem dwóch dni w tygodniu, które próbuję później zaleczyć czymkolwiek mogę…

Czyli właściwie niczym. Nie piję, nie palę, nie ćpam – ideał człowieka normalnie, gdyby nie fakt, że już dawno nim nie jestem.

Ochlapałem twarz i poszedłem do kuchni, nie mogąc dłużej patrzeć na swoją gębę. Zrobiłem kawę ciemniejszą od smoły, a mocną jak kilka rakiet ziemia-powietrze.

Siedziałem z filiżanką na jedynym taborecie w pokoju. Sączyłem paskudny trunek, co rusz się krzywiąc. Za życia byłem herbaciarzem, ale czarna bomba kofeinowa zdawała się teraz bardziej pasować.

Popadłem w schemat?

Być może. Nie zaprzeczę, że coraz bardziej przypominałem wersję siebie wytworzoną przez popkulturę, w końcu za życia na wskroś nią przesiąknąłem.

Odstawiłem naczynie na stół. Rozmyta szarość oblepiała ściany, przypominając warstwę kurzu. Cisza pęczniała i gromadziła się w uszach jak ropniaki.

Zadrżała mi dłoń. Przetarłem twarz.

To dziś. Jeszcze tylko chwila.

Dygotałem. Serce biło, jakby próbowało wyłupać dziurę w żebrach i uciec. Wzburzona kawa wylewała się z filiżanki, trząsł stolik, taboret i cały dom.

Znów to samo. Tak do końca istnienia. Dlaczego? Za jakie cholerne grzechy?!

Z płuc wyrwał się niekontrolowany oddech, który zdmuchnął naczynie ze stołu. Szkło pękło na dziesiątki kawałków, niczym moja równowaga psychiczna.

Świat zmalał do wszechogarniającego wrzasku.

– Uspokój się – powiedziałem sam do siebie, jednak wciąż miałem drgawki, wszystkie mięśnie były napięte jak cięciwa kuszy gotowej do wystrzału.

To coś ciągle wrzeszczało.

– Spokój!!!

Ze stropu posypał się tynk. Pękły ściany, a szyby rozpadły w drobny mak, odsłaniając ciemną masę wydartą z czasu i przestrzeni, w której uplotłem swoje mieszkanie.

LibreOffice pokazuje mi 1875 znaków. Dużo za dużo jak na wstęp do krótkiego tekstu, zwłaszcza, że wszystkie informacje, którze przekazujesz w powyższym fragmencie, czytelnik jest w stanie sobie dopowiedzieć sam. Bo czego się dowiadujemy z tego fragmentu? Bohater jest nieszczęśliwy. Bohater nie lubi swojej pracy. Bohater zmaga się z depresją. To wszystko przekazane w monologu. Miałam ochotę przeskrolować.

Zwłaszcza, że późniejsze sceny i tak zarysowują nam obraz sytuacji emocjonalnej bohatera, jego podejście do pracy itd. Tylko już w trochę żwawszy sposób: poprzez jego reakcje, interakcje z osobami, które spotyka.

Show, don’t tell.

Tak samo zastanowiłabym się nad częścią “myśli” bohatera, zwłaszcza w scenach z dziewczynką, bo w nich najbardziej odczuwałam tę łopatologię i próby szantażu. To dość długi fragment i moim zdaniem miałby dużo lepszy efekt, gdyby zderzyć te “wielkie emocje”, które odczuwa bohater, z “małą” narracją. Bardzo, bardzo lubię ten cytat:

The bigger the issue, the smaller you write. Remember that. You don't write about the horrors of war. No. You write about a kid's burnt socks lying on the road. You pick the smallest manageable part of the big thing, and you work off the resonance.

Autorem jest Richard Price. Nie znam gościa, nie wiem jak pisze, ale moim zdaniem trafił w sedno.

 

Pisałam już wcześniej, powtórzę i tutaj: to jest czysto subiektywna opinia. Nie musisz się ze mną zgadzać, a ja nie chcę się mądrzyć i wpływać na Twój sposób pisania, bo nie o to chodzi. Podrzucam tylko garść porad, z których sama korzystam i którym mogę dać stempel jakości ;D

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Tekst niesamowicie mi się spodobał. Jest genialny.

Ochlapałem twarz

Wiem o co ci chodzi ale albo dodaj że ochlapałeś twarz wodą albo daj “obmyłem twarz”

 

Jedno pytanie. Dlaczego u wszystkich oprócz dziewczyny pojawia się gdy oni już umrą a nie czekają na śmierć?

 

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Cześć, cześć, dzień dobry! Miło Was widzieć,

 

Finklo,

Fajny tekst. Gra na emocjach, ale jakoś tego nie czułam. To jest komplement. Znaczy, że nie czułam się zmuszana do robienia czegoś.

Dzięki, starałem się takie coś osiągnąć :D

Duża litera wkradła się przez przypadek, już poprawiłem. Fajnie, że jednak trochę nowości się znalazło, dziękuję za klika!

 

Gravel,

Wylewanie własnych brudów na klawiaturę to niezłe katharsis ;)

Oj prawda. Pomaga, a często fajne rzeczy się z tego tworzą ;)

Masz rację, ten początek rozciąga opowiadanie i jest w sumie najmniej potrzebny, powstał raczej z powodu najprostszego (choć nie w pełni tylko z tego powodu) – nie miałem pomysłu co napisać dalej, znałem początek, widziałem co mniej więcej chcę przekazać, ale prawda, mogłem to wyciąć.

. To dość długi fragment i moim zdaniem miałby dużo lepszy efekt, gdyby zderzyć te “wielkie emocje”, które odczuwa bohater, z “małą” narracją. Bardzo, bardzo lubię ten cytat:

Prawda, ja niby o tym wiem, czytałem, ale jeszcze nie zdołałem wykorzystać, mam tendencje do dłużyzny, ale przy najbliższej okazji, spróbuje coś z tym zrobić. To uderza najbardziej, postaram się następnym razem tak zagrać. Cytat w punkt.

Pisałam już wcześniej, powtórzę i tutaj: to jest czysto subiektywna opinia. Nie musisz się ze mną zgadzać, a ja nie chcę się mądrzyć i wpływać na Twój sposób pisania, bo nie o to chodzi. Podrzucam tylko garść porad, z których sama korzystam i którym mogę dać stempel jakości ;D

Wiem, dziękuję. Każda rada się przydaje, próbuje je jakoś zapisywać w głowie, żeby później wykorzystywać intuicyjnie, podczas pisania. Wasze komentarze to skarbnica wiedzy i sztuczek, więc zamiast się obrażać, szukam złota.

 

aKuba139,

No i znów w porę, pisałem komentarz na becie, akurat, gdy przeczytałeś. Dziękuję za miłe słowa. Karmicie moje jeszcze niewyhodowane skrzydła.

Wiem o co ci chodzi ale albo dodaj że ochlapałeś twarz wodą albo daj “obmyłem twarz”

Zostawię na razie, podoba mi się to zdanie, fajnie leży, ale jeśli ktoś jeszcze powie, że jest nie w porządku, poprawię. Nie ujmuję Ci oczywiście niczego, po prostu mi się podoba to zdanie.

Jedno pytanie. Dlaczego u wszystkich oprócz dziewczyny pojawia się gdy oni już umrą a nie czekają na śmierć?

Ehh… miałem nadzieję, że nikt nie zauważy. Powiedzmy, że czasem mają obsuwy w czasie, czasem zrobią coś szybciej niż przewidziano, czasem ktoś walczy zdecydowanie zacieklej.

Dzięki!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Obsuwy, na litość edytora!

Babska logika rządzi!

Aaaa, nic nie było. Nie trafiam w literki, późno jest. Przepraszam.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

P.S. Corrnie, wszystkiego najlepszego, nie wiem, kiedy miałeś dokładnie urodziny, ale mam wrażenie, że niedawno pod nickiem miałeś jeszcze dwadzieścia trzy lata. ;-)

 

Dziękuję, tak, miałem niedawno. :) Hah

Dziękuję, tak, miałem niedawno. :) Hah

^^

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Po przeczytaniu spalić monitor.

marionette dancing GIF

Witam, Marasie, dziękuję za klika!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Witaj, MaSkrolu, przeczytałam Twoje opko kilka dni temu i cały czas o nim myślę.

Zrobiło na mnie wrażenie, pomimo że duszeszczypatielnyje klimaty z cierpieniem dzieci co do zasady mnie nie ruszają.

Podobają mi się otwarcia poszczególnych przypadków dyżuru Adama, gdzie pierwszym, co opisujesz, jest zapach. Choć przyznam, że “perfumy dla staruszków” były dla mnie nieczytelne. Przypuszczam, że chciałeś oddać charakterystyczną woń, jaka panuje w mieszkaniach starszych osób. Możnaby to jakoś zgrabniej ująć.

Podobnie jak Gravel, uważam, że pierwsza część tekstu mogłaby być krótsza. Piszę to z bólem, bo czytało mi się ją ze smakiem i nie wiem, jak wybrzmiałaby dalsza część opowieści bez tego wstępu.

Myślę, że to opko zostanie ze mną na dłużej.

Wyrazy uznania!

Pozdrawiam smiley

 

 

 

Zgod­nie z twoją proś­bą na di­scor­dzie, przy­cho­dzę na­krzy­czeć, do­ku­czyć i wy­my­ślić wiele złego na temat tek­stu.

W za­sa­dzie to jest bar­dzo dobre opo­wia­da­nie, ale zaraz, zaraz… W ten spo­sób nie zre­ali­zu­ję za­ło­że­nia. Dobra, żarty na bok. Na serio tekst jest dobry, dobry. (IMHO) wy­ko­rzy­stu­jesz znane mo­ty­wy i ogry­wasz znane sztucz­ki. Mam na myśli motyw Śmier­ci jako bo­ha­te­ra oraz wątki z tra­gicz­nymi śmier­ciami. Nie mogło za­brak­nąć dziec­ka – spoko.

W czer­pa­niu z ogra­nych te­ma­tów nie ma ni­cze­go złego, le­piej tak niż si­ło­wać się z wy­my­śle­niem na nowo koła. Py­ta­nie zatem jak po­ra­dzi­łeś sobie z formą i re­ali­za­cją? We­dług mnie do­brze. Zde­cy­do­wa­nie na plus nar­ra­cja. Tym razem (por. opko świą­tecz­ne) nie było tak, że opi­su­jesz psy­cho­lo­gicz­ny pro­blem bo­ha­te­ra z boku, bo emo­cjo­nal­ny ton pa­su­je bar­dziej do pierw­szej osoby albo mowy po­zor­nie za­leż­nej.

Przez więk­szość tek­stu Śmierć wy­glą­da na mię­cza­ka, po­stać po­pa­da­ją­cą w coraz więk­szą ckli­wość, a to po­pa­da­ło w ten­den­cję (po­wie­dział­bym), ale prze­ła­mu­jesz ten obraz w fi­na­le. Co praw­da nie do końca, ale jed­nak. Poza tym wy­ko­na­nie dobre, po­sta­cie po­bocz­ne bar­dziej sta­tycz­ne niż dy­na­micz­ne, do­my­ślam się, że miały umoc­nić wy­dźwięk prze­ka­zu. Sam prze­kaz po­pa­dał z po­cząt­ku w ogól­no­ludz­ki dra­mat bólu zwią­za­ne­go z “głu­pią” śmier­cią. Osta­tecz­nie lą­du­je w czymś cie­kaw­szym (moim zda­niem), a mam na myśli wy­miar per­so­nal­ny, czyli oso­bi­sty pro­blem bo­ha­te­ra na tle za­wo­do­wym – można go­ścia zro­zu­mieć. Ten kie­ru­nek lubię i do­ce­niam.

W ra­mach cie­ka­wost­ki mogę pod­su­nąć Śmierć wy­kre­owa­ną przez Neila Ga­ima­na w ko­mik­so­wym cyklu “Sand­man”, gdy­byś był za­in­te­re­so­wa­ny, rzecz jasna. 

 

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Dobry wieczór nowym czytelnikom! Miło, że jesteście.

 

Facies_Hippocratica,

Witaj, MaSkrolu, przeczytałam Twoje opko kilka dni temu i cały czas o nim myślę.

Zrobiło na mnie wrażenie, pomimo że duszeszczypatielnyje klimaty z cierpieniem dzieci co do zasady mnie nie ruszają.

Wow… nie spodziewałem się. Bardzo dziękuję, to dla mnie spory sukces, napisanie opka, które na trochę w głowie zostaje. Świetnie. Zauważyłem, że zaznaczyłeś “przeczytane” i zastanawiałem się czy przyjdziesz z komentarze, więc tym bardziej jestem mile zaskoczony.

Choć przyznam, że “perfumy dla staruszków” były dla mnie nieczytelne. Przypuszczam, że chciałeś oddać charakterystyczną woń, jaka panuje w mieszkaniach starszych osób. Możnaby to jakoś zgrabniej ująć.

Prawda, chciałem. Pomyślę o tym, jak to poprawić, bo rzeczywiście trochę dziwnie to może brzmieć, ja używałem tego sformułowania zawsze na określenie pewnego rodzaju zapachu, dlatego jakoś je wplotłem.

Podobnie jak Gravel, uważam, że pierwsza część tekstu mogłaby być krótsza. Piszę to z bólem, bo czytało mi się ją ze smakiem i nie wiem, jak wybrzmiałaby dalsza część opowieści bez tego wstępu.

Też bym usuwał z bólem i też nie wiedziałem jak reszta by wybrzmiała, dlatego zostawiłem. Zresztą… za bardzo mi się podoba ten fragment.

Myślę, że to opko zostanie ze mną na dłużej.

Bardzo mnie takie opinie podbudowują. Dzięki.

Wyrazy uznania!

Pozdrawiam smiley

Dzięki! Również pozdrawiam! :D

Jak znajdę czas to wpadnę pod Twoje opowiadanie, to znaczy przyjdę na pewno, ale jeszcze nie wiem kiedy.

 

Merasyake,

Zgodnie z twoją prośbą na discordzie, przychodzę nakrzyczeć, dokuczyć i wymyślić wiele złego na temat tekstu.

Dziękuję, nie mogłem się doczekać solidnej krytyki :P

Dobra, żarty na bok. Na serio tekst jest dobry, dobry. (IMHO) wykorzystujesz znane motywy i ogrywasz znane sztuczki. Mam na myśli motyw Śmierci jako bohatera oraz wątki z tragicznymi śmierciami. Nie mogło zabraknąć dziecka – spoko.

Dzięki. To prawda, poszedłem trochę na łatwiznę i nie kryję się z tym, ponieważ…

W czerpaniu z ogranych tematów nie ma niczego złego, lepiej tak niż siłować się z wymyśleniem na nowo koła.

Właśnie, ponieważ pomysł się bierze taki, jaki jest. Jeśli nie masz lepszego pomysłu, od którego aż cię trzęsie, to nie ma co grzebać, bo z czegoś nieodkrywczego, ale fajnie wykorzystanego zrobi się na przerobiony na siłę pomysł. Przynajmniej tak jest zazwyczaj w moim przypadku.

Zdecydowanie na plus narracja. Tym razem (por. opko świąteczne) nie było tak, że opisujesz psychologiczny problem bohatera z boku, bo emocjonalny ton pasuje bardziej do pierwszej osoby albo mowy pozornie zależnej.

Dzięki, takie było założenie. Narracja dla emocji i… dlatego, że lubię pisać raz tak, raz tak. Dobrze, że dodałeś określenie “pozornie”, bo inaczej to by była kwestia sporna. :P

I miło, że pamiętasz moje poprzednie opowiadanie ^^

Poza tym wykonanie dobre, postacie poboczne bardziej statyczne niż dynamiczne, domyślam się, że miały umocnić wydźwięk przekazu.

Niestety niekoniecznie. Zaczynam zauważać, że chyba mam z nimi problem. On po prostu są statyczne, bo zawsze mi takie wychodzą. Przynajmniej w tych opowiadaniach do tej pory…

Sam przekaz popadał z początku w ogólnoludzki dramat bólu związanego z “głupią” śmiercią. Ostatecznie ląduje w czymś ciekawszym (moim zdaniem), a mam na myśli wymiar personalny, czyli osobisty problem bohatera na tle zawodowym – można gościa zrozumieć. Ten kierunek lubię i doceniam.

To był szczerze mówiąc pomysł, na który wpadłem, będąc w połowie tekstu. Być może przez przypadek. Być może dlatego, że bohater zaczynał mieć własny charakter, który zaczynałem rozumieć. Ale się udało, a Ty to zauważyłeś. Więc się cieszę i dzięki.

W ramach ciekawostki mogę podsunąć Śmierć wykreowaną przez Neila Gaimana w komiksowym cyklu “Sandman”, gdybyś był zainteresowany, rzecz jasna. 

Zerkną kiedyś może.

Dzięki za odwiedziny, idę teraz do Ciebie, jak obiecałem :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ładny, emocjonalny tekst, ale na początek powiem, co mi się nie podobało. Najbardziej to, że nie dociąłeś opowiadania do limitu. Naprawdę szkoda, że ten tekst nie wziął udziału w konkursie.

Zgadzam się z przedpiścami, że można uciąć początek, ja bym poszła dalej, zostawiła dwa zdania wprowadzenia, opis śmierci alkoholika i od razu przeszła do sceny z dziewczynką.

Myślę, że uczuć w historii dziewczynki było sam raz, ale przy skróceniu liczby “przypadków” śmierci te sceny wybrzmiałyby pełniej. Zgłaszam opowiadanie do biblioteki. :)

Cześć, ANDO, miło, że jesteś ;-)

Ładny, emocjonalny tekst, ale na początek powiem, co mi się nie podobało. Najbardziej to, że nie dociąłeś opowiadania do limitu. Naprawdę szkoda, że ten tekst nie wziął udziału w konkursie.

No trochę szkoda, prawda. Ale i tak jestem bardzo zadowolony, bo odbiór tekstu przerósł moje oczekiwania, a to oznacza jakiś rozwój. Dziękuję.

Zgadzam się z przedpiścami, że można uciąć początek, ja bym poszła dalej, zostawiła dwa zdania wprowadzenia, opis śmierci alkoholika i od razu przeszła do sceny z dziewczynką.

Myślę, że uczuć w historii dziewczynki było sam raz, ale przy skróceniu liczby “przypadków” śmierci te sceny wybrzmiałyby pełniej.

Też jakiś plan, ale nie wiem… dziękuje, ale mam wrażenie, że wtedy nie wybrzmiałoby to tak dobrze. Choć to wrażenie, może być spowodowane zżyciem z tym tekstem. Fajnie mi się go pisało i teraz ciężko by było tak uciąć. Następnym razem postaram się podejść bardziej restrykcyjnie.

Dziękuję za klika!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ogólnie mi się podobało, ale niestety muszę trochę ponarzekać, głównie chodzi mi o logikę zachowania postaci, bo niestety działania i narratora i dziewczynki wydają mi się nieracjonalne. Popraw mnie jeżeli cos zle rozumiem, bo moze cos mi umknęło. 1. Dziewczynka. Umiera, jest wystraszona widzi swoje ciało i jakiegos obcego faceta, ktory mowi ze umarła. Proponuje jej niebo i szanse ze bedzie podglądać rodzicow albo wieczność ze sobą. I ta wybiera obcego faceta ,bo wydaje jej się miły. Dlaczego? 2. Adam płacze nad dziewczynką i jej żałuje, a jednoczesnie proponuje jej wieczność w cierpieniu ze sobą, na koncu sugestia że jest skrzywiony, ale dlaczego w takim razie jej żałuje i płacze? No chyba że jest trochę szalony i przez to emocjonalnie zupełnie niekonsekwentny. Ale mi się podobało:) warsztat dobry

Cześć, BrunoSiak, miło, że zajrzałeś i się podobało. Już mówię i objaśniam jaki był mój zamysł i tok rozumowania podczas pisania.

1. Dziewczynka. Umiera, jest wystraszona widzi swoje ciało i jakiegos obcego faceta, ktory mowi ze umarła. Proponuje jej niebo i szanse ze bedzie podglądać rodzicow albo wieczność ze sobą. I ta wybiera obcego faceta ,bo wydaje jej się miły.

Dziewczyna nie widziała swojego ciała, inni owszem, ale ona się nie odwróciła. Adam nie wiedział czy będzie mogła podglądać rodziców, to była hipoteza, niebo też nie było pewne, zasadniczo nie wiemy co widziała dziewczynka, ponieważ nie mogła o tym powiedzieć, a Adam nie wiedział tylko komu musi pozwolić przejść i jak to zrobić. Faceta nie wybrała, zasadniczo był tylko drobnym argumentem, który być może przeważył szalę, jednak wciąż decydująca była możliwość powrotu do domu, do rodziców. A zdecydowała się na taką wieczność, bo ma dziesięć lat, właściwie jeszcze za bardzo nie wie jak wygląda śmierć i ciężar ciągłego jej oglądania. To małe dziecko, więc liczyło się, że może wrócić do tego co już zna i gdzie czuje się dobrze.

Adam płacze nad dziewczynką i jej żałuje, a jednoczesnie proponuje jej wieczność w cierpieniu ze sobą, na koncu sugestia że jest skrzywiony, ale dlaczego w takim razie jej żałuje i płacze? No chyba że jest trochę szalony i przez to emocjonalnie zupełnie niekonsekwentny.

Nie jest szalony, ale nie razi sobie ze swoją rzeczywistością, on bije się sam ze sobą, własnym sumieniem, z jednej strony nie chce jej nic mówić, dlatego milczy, jednak gdy przypadkiem prawie o tym wspomniał, dziewczynka “pociągnęła go za język”, wygadał się, a kiedy wypowiedziała życzenie, nie mógł się wycofać. Sytuacja go przerosła, nie chciał do niej dopuścić, a zarazem gdzieś z tyłu podświadomości zaczął pragnąć jej skutków. Walka egoizmu z sumieniem, po części od niego zależna, którą przegrał… choć czy aby na pewno? Zachował się egoistycznie i gdzieś tam w głębi za ten egoizm się nienawidził, choć ostrzegł ją, pytanie czy to wystarczy? Czy wystarczy to, że ostrzegł dziewczynkę, która właściwie nie rozumiała wszystkiego o czym mówił. Czy on finalnie zachował się dobrze (pozwalając jej wrócić do rodziców) czy źle (skazując na wieczność jako kostucha), czy to jego wina, czy wina ciągu nieoczekiwanych zdarzeń? Na te pytanie nie chciałem odpowiadać, bo dobrze zamykają tekst.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

A no to nie zrozumiałem:) Myśłałem że dziewczynka nie wróci do rodziców tylko bedzie wiecznie służyła za przewodnika w zaswiaty jak głowny bohater.

Dziękuję, nie mogłem się doczekać solidnej krytyki :P

Cieszę się, bo jak właśnie w tej sprawie. XD

 

Nie zgłaszałem się do bety, bo miałeś tam solidnego fachowca, więc tym razem dałem Ci od siebie odpocząć. Nie wiem, czy zyskał na tym Twój tekst, ale psychika na pewno. ;-)

Zacznę od tego nieszczęsnego limitu. Moim zdaniem można było próbować się w nim zmieścić. Ta pierwsza część spokojnie pozwala szukać sporych oszczędności “znakowych”. Ona jest w sumie jak takie pudełko po czekoladkach. Ładne, efektowne, ale to jednak tylko pudełko. Nie wystarczy, jeśli w środku nic nie ma.Z drugiej strony, skoro ładne, to jednak szkoda wyrzucić. ;-)

Staram się przez to powiedzieć, że ta pierwsza część ma pewien urok i nawet rolę w tym opowiadaniu, więc i rozumiem, że nie chciałeś ciąć. Więcej! Będę wyrozumiały, litościwy i dobry. Rozgrzeszam Cię! :-)

W końcu i tak później wpadną czwartkowi i Cię za to skopią. ;-)

Generalnie więc ta pierwsza część ma jakąś swoją rolę, ale też tekst mógłby się bez niej obejść. Budujesz tekst pod spotkanie śmierci z dzieckiem. To ono jest, przynajmniej z mojej perspektywy, głównym motywem w tym tekście. Motywem wiążącym czytelnika, tłukącym go emocjami po łbie. Scena ta jest na tyle wymowna, że wybroniłaby Ci tekst i bez tych poprzednich. A Ty zmieściłbyś się w limicie.

Tyle o limicie. Jeśli chodzi o sam tekst, motyw pewnie nie nowy, ale też przez samo opowiadanie nawet nie tyle przemknąłem, co śmignąłem. Czytało się bardzo fajnie, a biorąc pod uwagę, że dość mocno przekroczyłeś limit, nawet byłem zdziwiony, kiedy stwierdziłem, że już zmierzam do końca, będąc właściwie pewnym, że ledwo zacząłem i mogłem przeczytać góra parę tysięcy znaków.

Nie będę się nad tym elementem dłużej rozwodził, ale to zdecydowanie na plus. Czytaj: tekst wciąga! Przynajmniej mnie. ;-)

Na plus również sposób połączenia tej roli śmierci ze śmiercią kliniczną. Trochę ryzykowne pisać o tym jako zalecie. Śmierć kliniczna to w końcu straszna tragedia. Ty jednak użyłeś jej w tym opowiadaniu jako takiego puzzla, który idealnie wpasował się do tekstu. To jest drobiazg. Ale zwraca uwagę. Właśnie dlatego, że tak dobrze pasuje. I że ktoś musiał wcześniej (Autor) musiał wcześniej wpaść na to, że może pasować.

Tekst budujesz w oparciu o emocje. Tu mam trochę problem, bo ja zawsze podkreślam, że tak średnio jestem targetem w przypadku takich tekstów. Mnie ciężko złapać na emocje, bo też nie lubię przejmować się fikcją. Wokół siebie, w rzeczywistym świecie, mogę znaleźć (jak w sumie każdy człowiek) tyle nieszczęść, problemów i zmartwień, że zdarzeniami fikcyjnymi już mi się przejmować za bardzo nie chce. Szukam w literaturze raczej odpoczynku od problemów, niż pobudzania się do współczucia i emocji. Podkreślam to, żebyś wiedział, z jakim typem odbiorcy masz do czynienia, bo to też ma duży wpływ na odbiór tekstu i jego końcową ocenę. I na to też trzeba zwracać uwagę, kiedy jako Autor, próbujesz z takiej opinii wyciągać wnioski.

Dobra. Do podsumowań.

Tekst o nienowej, może nawet mocno zgranej tematyce, lekko przeciągnięty, niekoniecznie w moim typie, który jednak potrafił mnie do siebie przyciągnąć. Nie będzie to takie opowiadanie, które zapadnie w pamięć na dłużej, ale z lektury jak najbardziej jestem kontent.

Z klikiem nie zdążyłem, ale prawdopodobnie nadrobię to niebawem w innym miejscu. ;-)

Daruj lekki poślizg w komentarzu, ale nie cholery nie mogę się ostatnio wyrobić. Najlepszy dowód, że klęcę opinię w środku tygodnia, po robocie, czego nie robię właściwie nigdy.

Tak, to jest heroizm z mojej strony i oczekuję oklasków. :-)

Albo nowego tytułu. XD

Tyle.

Pozdrowił i odmeldował się. :-)

P.S. Mam nadzieję, że mój żart na początku komentarza Ci się spodobał. I nastroił pozytywnie do lektury dalszej części opinii. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć CM, cieszę się, że wpadłeś z komentarzem, do tego tak długim, ale to już raczej typowe. Czuje się niekomfortowo, gdy widzę Twoje krótkie komentarze. :P

Cieszę się, bo jak właśnie w tej sprawie. XD

Nie zgłaszałem się do bety, bo miałeś tam solidnego fachowca, więc tym razem dałem Ci od siebie odpocząć. Nie wiem, czy zyskał na tym Twój tekst, ale psychika na pewno. ;-)

Serio mnie przestraszyłeś. Gdy pierwszy raz czytałem komentarz do samego końca siedziałem spięty, a później przesunąłem wzrokiem po tekście jeszcze raz, żeby się upewnić XD

Zacznę od tego nieszczęsnego limitu. Moim zdaniem można było próbować się w nim zmieścić. Ta pierwsza część spokojnie pozwala szukać sporych oszczędności “znakowych”. Ona jest w sumie jak takie pudełko po czekoladkach. Ładne, efektowne, ale to jednak tylko pudełko. Nie wystarczy, jeśli w środku nic nie ma.Z drugiej strony, skoro ładne, to jednak szkoda wyrzucić. ;-)

Idealnie ująłeś moje odczucia. Powiem więcej, przez chwilę poczułem się jakbym znów miał styczność z Forestem Gumpem, kolejne ładne porównanie z użyciem pudełka czekoladek.

Będę wyrozumiały, litościwy i dobry. Rozgrzeszam Cię! :-)

Dziękuję!

udujesz tekst pod spotkanie śmierci z dzieckiem. To ono jest, przynajmniej z mojej perspektywy, głównym motywem w tym tekście. Motywem wiążącym czytelnika, tłukącym go emocjami po łbie. Scena ta jest na tyle wymowna, że wybroniłaby Ci tekst i bez tych poprzednich. A Ty zmieściłbyś się w limicie.

Może i masz rację. Już tyle osób o tym wspomniało, że powoli przestaję lubić ten początek :P

Tyle o limicie. Jeśli chodzi o sam tekst, motyw pewnie nie nowy, ale też przez samo opowiadanie nawet nie tyle przemknąłem, co śmignąłem. Czytało się bardzo fajnie, a biorąc pod uwagę, że dość mocno przekroczyłeś limit, nawet byłem zdziwiony, kiedy stwierdziłem, że już zmierzam do końca, będąc właściwie pewnym, że ledwo zacząłem i mogłem przeczytać góra parę tysięcy znaków.

Ooo, miód na moje serduszko, dziękuję ^^

Na plus również sposób połączenia tej roli śmierci ze śmiercią kliniczną.

Oj jakoś tak wyszło, nie myślałem o tym zbytnio, przeceniasz mnie. ;-)

Rozumiem Twoje spojrzenie, ja lubię pisać o emocjach, ale to wychodzi jakoś samo z siebie, że po prostu muszę o nich pisać, być może dlatego, że często one najbardziej trzymają mnie przy tekście. Czytając lub pisząc coś bardzo emocjonalnego, jakoś łatwiej mi nosić ten ciężar dnia codziennego, przeżywam taką szczątkową nirwanę. Choć ostatnio też bywa z tym różnie, właściwie ja wcale nie zaczynałem od takich tekstów, lubię też akcję, która pędzi, że aż ciężko za nią nadążyć, lubię teksty najeżony splotami, czasem coś lekkiego, choć niezaprzeczalnie zawsze te emocję muszę widzieć. Od ogłoszenia wyników Trójkąta Sudeckiego ciągnie mnie do pisania takiego tekst bez przejmowania się limitem i tematem, nad rzuceniem się w ten świat i budowanie go całkowicie po swojemu bez rozmyślania nad końcem. Taki opis pomaga spojrzeć nieco inaczej na przedstawiony tekst i akcję, fajne, że chciało Ci się go naklikać na klawiaturze.

Samo to, że jesteś kontent z lektury to dla mnie dużo, skoro nie jesteś targetem, dzięki.

Z klikiem nie zdążyłem, ale prawdopodobnie nadrobię to niebawem w innym miejscu. ;-)

:P

Daruj lekki poślizg w komentarzu, ale nie cholery nie mogę się ostatnio wyrobić. Najlepszy dowód, że klęcę opinię w środku tygodnia, po robocie, czego nie robię właściwie nigdy.

Tak, to jest heroizm z mojej strony i oczekuję oklasków. :-)

Albo nowego tytułu. XD

toronto raptors applause GIF

Dziękuję za to poświęcenie, zresztą przecież nie mamy umowy na to, kiedy musimy napisać komentarze. ;-)

Ale tytułu nowego nie będzie! Nie będzie tytułu! O!

P.S. Mam nadzieję, że mój żart na początku komentarza Ci się spodobał. I nastroił pozytywnie do lektury dalszej części opinii. ;-)

Później to się podobał, ale wcześniej niż później to się nie podobał XD

Pozdrówko!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Serio mnie przestraszyłeś. Gdy pierwszy raz czytałem komentarz do samego końca siedziałem spięty, a później przesunąłem wzrokiem po tekście jeszcze raz, żeby się upewnić XD

Sam jesteś sobie winien. ;-)

Gdyby nie to zdanie, że czekasz na solidną krytykę, to nawet bym nic nie pisał. Żeby było śmieszniej, to ja nawet nie czytałem komentarzy pod tym opowiadaniem, więc to zdanie jakoś tak mi się nawinęło przypadkiem. :-)

Inna sprawa, że tak naprawdę tylko pierwsze zdanie miało być straszakiem. W tym o becie chodziło mi raczej o to, że (jak zresztą doskonale wiesz) moja beta jest dosyć niekonwencjonalna, więc tym razem postanowiłem Tobie i Twojej psychice tego oszczędzić. :)

Ale gdybym kiedyś był potrzebny to wołaj. :-)

ciągnie mnie do pisania takiego tekst bez przejmowania się limitem i tematem

Polecam. Fajna sprawa. :)

Może nie nagminnie, bo jednak konkursy dużo dają. Szerszy odbiór, komentarze jurorskie, ale czasem naprawdę fajnie tak sobie popisać bez presji czasu, tematu i limitu.

Ale tytułu nowego nie będzie! Nie będzie tytułu! O!

Ty niedobry!

Po pierwsze: wymyślę “se” sam!

A po drugie: FOCH!!!

Później to się podobał, ale wcześniej niż później to się nie podobał XD

Przynajmniej przygotowałem Cię na komentarze czwartkowych. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Żeby było śmieszniej, to ja nawet nie czytałem komentarzy pod tym opowiadaniem, więc to zdanie jakoś tak mi się nawinęło przypadkiem. :-)

Cóż za niesamowity zbieg okoliczności. Ha. Ha.

Inna sprawa, że tak naprawdę tylko pierwsze zdanie miało być straszakiem. W tym o becie chodziło mi raczej o to, że (jak zresztą doskonale wiesz) moja beta jest dosyć niekonwencjonalna, więc tym razem postanowiłem Tobie i Twojej psychice tego oszczędzić. :)

Ale mi się bardzo podobały rozmowy o dekapitacji i zemście pewnej portalowiczki XD

Ale gdybym kiedyś był potrzebny to wołaj. :-)

I vice versa, CMie. :-)

Polecam. Fajna sprawa. :)

Może nie nagminnie, bo jednak konkursy dużo dają. Szerszy odbiór, komentarze jurorskie, ale czasem naprawdę fajnie tak sobie popisać bez presji czasu, tematu i limitu.

Wieem, już tak pisałem powieść, od której się oderwałem. Kiedyś na pewno wrócę, bo ma potencjał, ale jeszcze nie czas.

Ty niedobry!

Po pierwsze: wymyślę “se” sam!

A po drugie: FOCH!!!

To “se” wymyślaj se, ja Ci nie pomogę! FOCH TEŻ!!!

Przynajmniej przygotowałem Cię na komentarze czwartkowych. ;-)

Trochę tak… XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cóż za niesamowity zbieg okoliczności. Ha. Ha.

Prawda? XD

Ale mi się bardzo podobały rozmowy o dekapitacji i zemście pewnej portalowiczki XD

A widzisz! Znaczy, już Ci zdążyłem skrzywić psychikę. Hmm… No to witaj po kolorowej stronie świata! ;-)

Trochę tak… XD

Nie musisz dziękować! XD

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wybacz, że tak późno odpisuję :P

Prawda? XD

Jakiś taki mało przypadkowy się wydaje XD

A widzisz! Znaczy, już Ci zdążyłem skrzywić psychikę. Hmm… No to witaj po kolorowej stronie świata! ;-)

Niekoniecznie udało skrzywić, skąd wiesz, że nie rozmawiałem o tym z nikim wcześniej? :P

Nie musisz dziękować! XD

Dziękuję XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Niekoniecznie udało skrzywić, skąd wiesz, że nie rozmawiałem o tym z nikim wcześniej? :P

Znaczy, ci terapeuci pojawiający się cyklicznie w Twoich opowiadaniach to nie przypadek? ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Znaczy, ci terapeuci pojawiający się cyklicznie w Twoich opowiadaniach to nie przypadek? ;-)

Ty… nie zwróciłem uwagi, że w moich opowiadaniach cyklicznie pojawiają się terapeuci! XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ty… nie zwróciłem uwagi, że w moich opowiadaniach cyklicznie pojawiają się terapeuci! XD

A mnie to zastanawia od dłuższego czasu. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

A mnie to zastanawia od dłuższego czasu. ;-)

Czy to znaczy, że mam problemy ze sobą? :o

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czy to znaczy, że mam problemy ze sobą? :o

Raczej, że ciągnie Cię do analizy ludzkich problemów. ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Raczej, że ciągnie Cię do analizy ludzkich problemów. ;-)

A to jest możliwe akurat. ;-)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Cześć, Anet!

Czekałem na ten komentarz, dziękuję. :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czytało się naprawdę dobrze, ale daleka jestem od zachwytów wcześniej komentujących, albowiem cały czas miałam wrażenie, że właśnie dostałam odgrzany kotlet – apetycznie pachnący i estetycznie podany, ale jednak odgrzewany.

Podobnych opowieści, o przeprowadzaniu dusz zmarłych do wieczności, czytałam już wiele i choć każdego zmarłego żal, to śmierć wiekowego staruszka przyjmujemy ze zrozumieniem, śmierć z przepicia też nie robi szczególnego wrażenia, no bo pijus sam sobie zgotował ten los. Ale już śmierć żołnierzy porusza, albowiem na polu walki umierają także ci, którzy nierzadko znaleźli się tam wbrew swojej woli. Szczególnym zwieńczeniem tej wyliczanki jest, budząca sprzeciw, śmierć dziewczynki, bo śmierć dziecka zawsze będzie czymś, z czym większości trudno się pogodzić.

Szkoda, że opowiadanie jest na tyle długie, że nie bierze udziału w konkursie, no bo co tu dużo mówić – to być paskudny dyżur. Mam też nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą równie ciekawie napisane, ale oparte na znacznie oryginalniejszych pomysłach.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Odło­ży­łem grze­bień i zła­pa­łem za ma­szyn­kę do go­le­nia. ―> Odło­ży­łem grze­bień i zła­pa­łem ma­szyn­kę do go­le­nia.

 

Wzbu­rzo­na kawa wy­le­wa­ła się z fi­li­żan­ki, trząsł sto­lik, ta­bo­ret i cały dom. ―> Co/ czym trząsł stolik, a co taboret i cały dom?

Proponuję: Wzbu­rzo­na kawa wy­pływa­ła z fi­li­żan­ki, trząsł się sto­lik, ta­bo­ret i cały dom.

 

od­sła­nia­jąc ciem­ną masę wy­dar­tą z czasu i prze­strze­ni, w któ­rej uplo­tłem swoje miesz­ka­nie. ―> Mieszkań się nie plecie, choć można uwić/ umościć sobie gniazdko.

Proponuję: …w któ­rej urządziłem/ umościłem sobie miesz­ka­nie.

 

Po­cią­gną­łem nosem. Kurz, zde­ze­lo­wa­ny tap­czan i per­fu­my dla sta­rusz­ków. ―> Nie ma czegoś takiego, jak perfumy dla staruszków, niezależnie od Twoich skojarzeń z przeszłości.

Proponuję: Po­cią­gną­łem nosem. Kurz, zde­ze­lo­wa­ny tap­czan i specyficzna woń pokoju staruszków.

 

Na łóżku leżał dzie­więć­dzie­się­cio­ośmio letni sta­ru­szek. ―> Na łóżku leżał dzie­więć­dzie­się­cio­ośmioletni sta­ru­szek.

 

jak gość tak­su­je moje zno­szo­ne dresy, wy­dzier­ga­ny golf… ―> Wiem, że w przypadku tego stroju sportowego dopuszcza się liczbę mnogą, ale ilekroć czytam, że ktoś ma na sobie dresy, nie mogę pozbyć się widoku osobnika, mającego na sobie kilka kompletów rzeczonego stroju.

Proponuję: …jak gość tak­su­je mój znoszony dres, wy­dzier­ga­ny golf…

 

– Ja ni­cze­go nie wie­dzę, bo to nie ja mam przejść. ―> Literówka.

 

Ledwo na­bie­ra­łem tlen. ―> Proponuję: Ledwo mogłem oddychać.

 

– Już nie­dłu­go, cór­ciu – Ko­bie­ta ści­snę­ła jej dłoń. ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Lub dziew­czy­na spe­cjal­nie je tam prze­ło­ży­ła. ―> Chyba miało być: Lub dziew­czy­nka spe­cjal­nie je tam prze­ło­ży­ła.

 

po­je­cha­li na salę ope­ra­cyj­ną, mama po­szła za nimi, a tata spo­tkał w drzwiach. ―> …po­je­cha­li na salę ope­ra­cyj­ną, mama po­szła za nimi, a tatę spo­tkali w drzwiach.

 

Wtedy wy­da­rzy­ło się coś, co sko­pa­ło moją wole i wy­rzu­ci­ło ją na bruk. ―> Literówka.

 

Tego dnia zro­bi­łem sobie dys­pen­sę. ―> Dyspensy się nie robi.

Proponuję: Tego dnia dałem sobie dys­pen­sę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg, czekałam na Twój komentarz jak zawsze. Dziękuję za odwiedziny!

Masz niestety trochę racji z tym kotletem, ale bardzo, bardzo się cieszę, że czytało się dobrze, widzę z każdym kolejnym tekstem progres w mojej pisaninie, a kiedy ktoś to potwierdza, dostaję olbrzymiego kopa motywacyjnego. Mam (przynajmniej tak myślę) bardzo oryginalny pomysł na tekst, ale nie wiem jak długi wyjdzie, nie będę próbował walczyć z długością, bo mam wrażenie, że pisanie tego będzie niesamowitą frajdą, jednak jeśli długość będzie odpowiednia, wrzucę na portal. Mam nadzieję, że następnym razem zdołam napisać coś równie dobrze i dodatkowo bardziej oryginalnie. :)

Ja nie wiem, jak Ty wyłapujesz te błędy, biję pokłony, niesamowite naprawdę. Poprawiłem już, dziękuję.

Na łóżku leżał dziewięćdziesięcioośmio letni staruszek. ―> Na łóżku leżał dziewięćdziesięcioośmioletni staruszek.

Dzięki, nawet nie wiesz ile grzebałem w googlu, żeby znaleźć jak to powinno się pisać.

Wiem, że w przypadku tego stroju sportowego dopuszcza się liczbę mnogą, ale ilekroć czytam, że ktoś ma na sobie dresy, nie mogę pozbyć się widoku osobnika, mającego na sobie kilka kompletów rzeczonego stroju.

Rzeczywiście, pamiętam jak kiedyś zwracałaś mia na to uwagę, chyba pod moim pierwszym tekstem na portalu, ale zapomniałem całkowicie. Poprawię.

Wszystko poprawione, choć niektóre błędy tak oczywiste, że aż wstyd, choć ich nie zauważyłem. Jesteś nieoceniona, Reg. Dziękuję.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nowa Fantastyka