- Opowiadanie: katia72 - W morzu krwi

W morzu krwi

Nie wiem, czy na temat... :(  Jakby coś, to oczywiście usuwam konkursowy tag :)

 

Ilustracja mojego autorstwa.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

W morzu krwi

Czerwień to dla mnie wino i krew. Podnoszę toast za badacza Czerwonej Planety, niestrudzonego Opportunity. Za jego nieśmiertelność. Wierzę, że jeszcze kiedyś do nas przemówi. Dedykuję mu moje opowiadanie i rysunek.

 

 

 

Pajęcze, zakończone kołami nogi, malutka głowa i długi jęzor. Metaliczne srebro połączone z matową czernią. Mijałam zamkniętych w szklanych klatkach rozkraczonych brzydali, czytając w myślach ich imiona: Opportunity, Spirit, Curiosity, Mars 2020, Rosalind Franklin… Moje kroki odbijały się głośnym echem od muzealnych ścian.

Zawsze pasjonowała mnie historia podboju Czerwonej Planety. Podróż w kosmos. Ten tam i ten w środku. Zamknęłam powieki i ujrzałam armię łazików dzielnie sunącą w szczelinie między półkulami, wspinającą się na ciało modzelowate, pobierającą próbki z istoty szarej, a potem z białej, powoli wwiercającą się w krwistą czerwień.

 

***

 

– Pomocy! Pomocy! Uszkodziliście mi mózg! – Z całej siły zaczęłam napierać rękoma i nogami w metalowe wieko.

Do moich uszu dobiegł przeraźliwy pisk, a po sekundzie trumnę wypełnił pachnący truskawkami gaz. Powinnam spać. Poczerwieniało, czułam, jak wiotczeją mi mięśnie, jak opadam na dno. Dlaczego się zgodziłam? Byłam jedną z wielu. Nie miałam innego wyjścia. Lot albo powolna śmierć. Teraz już za późno na refleksje. Zapadałam w sztuczny sen.

Fale czerwonego morza rozbijały się o kamienisty brzeg. Istoty o twarzach ludzi i ciałach węży pełzały po karmazynowym piachu w głąb lądu. Ku wybawieniu, które nigdy nie nadeszło. Co zniszczyło Marsa? W czerwonym morzu nie było wody, tylko lawa, wymiociny rozgniewanych Bogów Olimpu.

Co zniszczyło moje życie? Jego marsowe oczy, zaciśnięte wargi, płonące szkarłatem policzki, żar uczuć i zatrzymanie. Unosiłam się pomiędzy. I tak większość tego czasu „po” pragnęłam nie istnieć. Od tamtej pory nie przeglądałam się w lustrze.

 

***

 

Bordowa piłka do kosza i osiadające na niej muszki owocówki. Gravity turn. Czerwona planeta przyciągała do siebie nasze trumny. Czyż nie byliśmy geniuszami? Ja też studiowałam astronomię i kosmonautykę. Mnie też to wszystko fascynowało, loty w kosmos, podbijanie Marsa, nieśmiertelność. A teraz…

– Szybciej! Szybciej! Nie guzdrajcie się tak!

Szłam w szeregu jednostek społecznie zdegradowanych. Wbrew temu, co mi powiedziano, nie oddychało się tu źle. Syntetyczny tlen produkowany przez reaktory był „przyjemniejszy” do wdychania niż powietrze w podziemnych celach. Paskudne wspomnienie smrodu, który wdzierał się w płuca, odoru zgnilizny, szczurzych odchodów i kwaśnego potu – przez pierwsze miesiące w więzieniu zbyt często całowałam klozet. Wzdrygnęłam się i odrobinę przyspieszyłam, dopasowując tempo do pozostałych maszerujących.

 

***

 

Przez przezroczyste ściany tunelu dostrzegłam w oddali wykonany ze skał magmowych pomnik Opportuniego, a za nim popiersie pierwszych astronautów, którym udało się stanąć na pokrytej rdzą planecie. Wszyscy umarli parę miesięcy po powrocie na Ziemię. Przygryzłam dolną wargę i wbiłam wzrok w kosmiczne buty. Nogi słonia. Parsknęłam śmiechem.

– Ej, ty, Sali, prawda?

Obróciłam się raptownie. Strażnik pociągnął mnie za rękę.

– Co robisz? – warknęłam.

– Idziesz ze mną. Tylko spokojnie.

Zostałam wyrwana z kolonii wścieklic. Nie pasowałam do stada.

– Sali, usiądź. – Mężczyzna o szafirowych oczach wskazał mi ręką gumowe krzesło.

– Wiesz, dlaczego tu jesteś?

– Zgłosiłam się do programu. Nie rozumiem tylko, dlaczego…

Mężczyzna położył dłoń na moim ramieniu. Ścisnął je lekko. Miałam ochotę z całej siły kopnąć go w kostkę, a potem – rozejrzałam się po pozbawionym okien pomieszczeniu, w rogu stało coś przypominającego gaśnicę – uderzyć w głowę metalową butlą, ale oblizałam jedynie spierzchnięte wargi i przełknęłam ślinę.

– Wiesz, co wydobywa się na Marsie?

– Mhm. – Przytaknęłam.

Czerwone mrówki w czerwonych kopalniach, wygrzebujące czerwone ziarna. Jak mogłam nie wiedzieć o magicznym proszku? Cudotwórczy maheal. Przez ostatnie dziesięciolecia Ziemia nie żyła niczym innym. Transportowce z Marsa przylatywały na Pustynię Słoną przynajmniej raz na miesiąc, a zdarzało się, że dwa, a nawet trzy. Jeździliśmy tam z ojcem bordowym dżipem, mijając sznur ciężarówek. Ludzie walczyli o ziarna w kolorze pompejańskiego różu niczym psy o sukę w rui.

 

***

 

Leżałam w celi sześciokrotnie mniejszej od tej ziemskiej, tyle że byłam tu sama. Właśnie obudziłam się po dwunastu godzinach snu. Żadnych marzeń ani koszmarów. To przez środki stabilizujące, które wstrzyknęli mi do krwi. Liczyłam zamontowane w suficie lampki. Po cholerę umieszczono ich tam tak wiele? Ciągle nie miałam pojęcia, czemu nie wysłali mnie do kopalni. Pewnie się bali, że kogoś zabiję. Że zamiast skierować wiertło robota w skałę, wbiję je w jakiegoś operatora. Ale jeśli nie zamierzali umieścić wśród mrówek, to…

Przekręciłam się na brzuch. Zamknęłam powieki i ujrzałam twarz brata. Chwilę przed śmiercią. Był blady, smutny, jakby odrobinę zamyślony, w jego oczach nie widziałam nawet odrobiny strachu. Uśmiechnął się, a potem zamknął powieki, z lekko różowych ust wyciekła strużka krwi. Czułam się wtedy tak, jakby to nie on umierał, tylko ja.

 

***

 

Kolejnego dnia nakarmili mnie śmierdzącą wodorostami galaretką, po czym zapakowali do R-driva i ruszyliśmy w stronę gór. Myślałam, że do kopalni. Spoglądałam to w prawo, to w lewo, podziwiając marsjańskie krajobrazy. Po jednej stronie piaskowe wydmy, a po drugiej olbrzymi, niemalże ciągnący się w nieskończoność skalny masyw. Piękna cynobrowo-karminowa monotonia, którą zakłóciła dopiero ponura infrastruktura kopalni. Kamienne cylindry, stosy odpadów, budynki w kształcie gąsienic, rury i inne dziwaczne obiekty, które trudno było porównać do czegokolwiek znanego z Ziemi.

Westchnęłam. Kręciło mi się w głowie – albo przez ten syntetyczny tlen, albo przez środki, którymi byłam szprycowana, albo przez galaretkę. Mars tak naprawdę ciągle nie nadawał się do „normalnego” życia. Produkcja wody kosztem tlenu albo tlenu kosztem wody, kolosalne skoki temperatur, w nocy minus piętnaście, w dzień plus czterdzieści stopni Celsjusza, gówniane jedzenie, burze piaskowe i huragany o prędkości ponad jednego macha. Przetarłam pot z czoła, parę razy mrugnęłam, nieskutecznie próbując nawilżyć oczy.

Tak czy inaczej, z roku na rok na Ziemi potrzebowano coraz więcej magicznego proszku. Czerwone ziarna pomagały w leczeniu nowotworów, chorób krążenia i nadciśnienia. Zaczęliśmy przyrządzać z nich specjalne koktajle wzmacniające, które podobno opóźniały proces starzenia i niszczyły komórki nowotworowe. Cudowne napoje kosztowały fortunę, ale i tak popyt na nie zdecydowanie przewyższał podaż.

Właśnie minęliśmy grupę kilkakrotnie większych od rosłego mężczyzny robotów, trzymających w metalowych łapskach kilofy wielkości połowy naszego R-driva. Niestety, same marsjańskie łaziki i potworowate mechy nie do końca sobie ze wszystkim radziły. Na Czerwonej Planecie potrzebni byli ludzie. Większość z nich, nawet jeśli płacono im krocie, podobnie jak ja, tak naprawdę nie chciała tu przybywać. Spojrzałam na popękaną skórę dłoni; w okolicach kostek zrobiły mi się brzydkie strupy. Przymus istnienia.

R-drive zwolnił i po paru sekundach zatrzymaliśmy się pod stożkowatym budynkiem, który przywiódł mi na myśl rozpłaszczonego grzyba. Oczywiście muchomora, bo dach w całości pokryty był rdzawym pyłem. Wrota ozdobione wizerunkiem rzymskiego Boga Wojny rozsunęły się na boki i nasz lądownik wjechał w tonący w oranżowej poświacie tunel.

– Wysiadka.

Ostrożnie się podniosłam, po czym powoli ruszyłam za strażnikiem. Weszliśmy do wąskiego korytarza i ujrzałam prowadzące w dół schody. W dół, czyli w ciemność, w dół, czyli w ból.

– Ja tam nie idę! – wrzasnęłam, po czym złapałam się poręczy.

W podziemiach mieszkały demony, które wbijały zęby w moją czaszkę, a potem rozszarpywały ciało na strzępy. Nigdy tam nie wrócę! Nigdy! Uderzenie. Jedno, drugie. Ujrzałam tonącą w morzu krwi łódź. Straciłam przytomność.

 

***

 

Ze stanu nieświadomości wyrwał mnie nieprzyjemny, dochodzący gdzieś spod ziemi warkot. Otworzyłam oczy i… nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do metalowych drzwi. Zaczęłam uderzać w nie pięściami, krzycząc:

– Wypuście mnie! Wypuście!

Nic. Tylko ten warkot. Musiałam się wydostać i jak najszybciej go znaleźć. Czułam, że grozi mu coś strasznego. Co to za okropne miejsce? Grota w jaskini? Czemu nie ma tu okien? Skuliłam się w kącie i zakryłam dłońmi twarz. Po sekundzie albo dwóch usłyszałam pisk. Odsłoniłam oczy i zobaczyłam stojącego w progu mężczyznę o szafirowych oczach.

– Wypuść mnie! Muszę go uratować!

– Kogo, Sali, kogo?

Jak… Na moment się zawiesiłam, po czym wymamrotałam, czując napływające do oczu łzy:

– Mojego brata.

Mężczyzna usiadł na pryczy, założył nogę na nogę, uśmiechnął się drwiąco i powiedział:

– Nie znasz imienia własnego brata?

Nic nie odpowiedziałam. Z wyrzeźbionego w czerwonej skale sufitu kapała jeszcze bardziej czerwona krew.

– Sali, wstań, chodź, coś zjesz, porozmawiamy… To nie twoja wina. Nie musisz ciągle się obwiniać. Zostałaś popsuta, ale my cię naprawimy.

Krew zalała kamienną podłogę i przez szparę pod drzwiami zaczęła wydostawać się na zewnątrz.

– Chodź, nie jesteś głodna? Już dobrze, Sali, już dobrze. Ja nie chcę cię skrzywdzić, chcę ci pomóc.

Zaparłam się plecami o chropowatą ścianę, wciągnęłam powietrze w płuca, po czym wybełkotałam:

– Gdzie jestem?

– W marsjańskim szpitalu.

– W marsjańskim szpitalu – powtórzyłam, jednocześnie cofając stopy przed nadciągającą w moją stronę falą karmazynowego morza.

 

***

 

Zostałam zamknięta w jednej z grot marsjańskiego szpitala, w otulonej rdzawym płaszczem dziupli bez okien, z dziurą w podłodze zamiast toalety i pryczą jeszcze gorszą od więziennego łóżka. Jedynym moim marzeniem było ich wszystkich pozabijać, a potem podciąć gardło samej sobie. Wciąż nie pamiętałam imienia własnego brata, ale przypomniałam sobie, nie, on mi przypomniał, że brat nie żyje. Ten mężczyzna o szafirowych oczach.

– Pieprzyłaś się z nim? – Stukał placem w blat biurka, jednocześnie wbijając we mnie lodowaty wzrok.

– Nie! – wrzasnęłam, po czym dużo ciszej dodałam: – Ja… nie chciałam, żeby odchodził.

– To dlatego go zabiłaś?

– Ja… ja… ja… – Krew zatkała mi usta, nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć.

– Spokojnie, Sali, spokojnie. – Mężczyzna wstał, wyjął coś z szuflady. – Sali, dlaczego nie lubisz luster?

– Zabierz to ode mnie!

– Twoje odbicie? Mam zabrać od ciebie twoje odbicie? A co z cieniem? Też cię przeraża? Co z tobą, Sali, wszystko w porządku?

Skuliłam się na podłodze, przycisnęłam kolana do brody i zamarłam. Nic nie było w porządku. Myślałam, że po przylocie na Marsa moje życie się zmieni. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że praca w kopalni to nie bajka i że sama egzystencja na Czerwonej Planecie to tak naprawdę walka o przetrwanie, ale obiecali mi własną celę i… coś w rodzaju wolności, więc jakim prawem, umieścili w tym instytucie dla wariatów? Odetchnęłam głęboko, zacisnęłam zęby i ostrożnie się podniosłam.

– Ja… ja nie boję się luster. I… czy możesz wyjaśnić, dlaczego tu trafiłam?

– Bo ciągle uważasz, że zabiłaś brata, a w rzeczywistości… – Mężczyzna chrząknął, zmarszczył wyjątkowo wysokie czoło. – Twój ojciec cię tu wysłał. Poprosił, bym się tobą zaopiekował. Na Ziemi nikt nie chciał cię już więcej leczyć, nie po tym, co zrobiłaś, ale ja…

Zawiesił głos, podszedł do biurka, narysował na blacie palcem jakiś owalny kształt i oznajmił:

– Ja, droga Sali, wyleczę cię naszym magicznym, marsjańskim proszkiem. I wreszcie uwierzysz, że nie zabiłaś brata, lecz niewinnego chłopaka, który tego feralnego wieczoru dostarczał do domu twoich rodziców, zapomniałem, chyba chińszczyznę albo jakiś sprzęt komputerowy, nieważne.

– Ja jestem zdrowa! – wrzasnęłam, po czym podbiegłam do mężczyzny i z całej siły kopnęłam go w brzuch.

Odepchnął mnie rękoma. Straciłam równowagę i przewróciłam się na biurko. Po chwili do gabinetu wpadło dwóch pielęgniarzy. Wbili mi w szyję zastrzyk. Sekunda, dwie, trzy… i odleciałam do innego świata.

 

***

Zaburzenia dysocjacyjne, ze szczególnym naciskiem na depersonalizację, osobowość wieloraką, stupor i amnezję, brak jednoznacznej tożsamości płciowej, podwyższona skłonność do zachowań agresywnych i aspołecznych. Totalnie zrypane geny, a miałam być geniuszem. I co? Wylądowałam w szpitalu dla Marsjan.

Pielęgniarze w srebrnych kombinezonach i połyskujących na różowo maskach przypięli mnie pasami do pryczy, a gdy się obudziłam, podali jeszcze dwa zastrzyki, tym razem w ramię. Nie miałam pojęcia na co, czy jedynie na uspokojenie, czy już rozpoczęli terapię marsjańskim proszkiem.

 – Powodzenia – powiedział ten, który wbił drugą igłę.

Piekło i bolało, ale moje myśli wydawały mi się jakby bardziej uporządkowane. Przez głowę przelatywały wyraźne, pozbawione krwi obrazy – rodzice zabierający mnie do psychiatry, połykane rano i wieczorem pigułki, terapie grupowe, nauczanie indywidualne, nagła poprawa…

Naprężyłam ciało i pociągnęłam jeden z pasów. Stęknęłam. Sztywna krawędź taśmy wbiła mi się w brzuch. Rozluźniłam mięśnie i wróciłam do wspomnień. Poprawa, lekarze z zadowoleniem kiwali głowami, z miesiąca na miesiąc zmniejszali dawki podawanych leków. Dostałam się na studia, skoncentrowałam na nauce, na Marsie. Zostałam najmłodszym członkiem organizacji zajmującej się badaniami przeszłości Czerwonej Planety.

Westchnęłam ciężko, przenosząc wzrok z sufitu na podłogę. Czy na Marsie istniało kiedyś życie, czy był planetą pokrytą lodem? W tamtych radosnych czasach potrafiłam godzinami ślęczeć nad mikroskopem, porównywać zebrane przez łaziki materiały, przesłuchiwać wykłady znanych marsjańskich badaczy, tylko po to, by zgłębić tajemnicę zamrożonej wody, metanu, zapierających dech w piersiach kraterów i niesamowitych gór. A teraz? Teraz czułam się zmęczona czerwienią.

Dotknęłam opuszką śladu po igle. Pomarańczowa, delikatnie wypukła kropka. Już na pewno wstrzyknęli mi proszek. Mogliby chociaż poluzować te pasy. Ja przecież nie miałam się nawet siły podnieść. Zamknęłam powieki.

To było na pół roku przed zdobyciem tytułu bachelora w dziedzinie astronomii i kosmonautyki. Coś znowu się we mnie zrypało. Nie wiedziałam, czy jestem mężczyzną, czy kobietą, zdarzało się, że wychodziłam gdzieś w nocy, a następnego dnia zupełnie nie pamiętałam, co się ze mną działo.

Rodzice, głównie ojciec, był załamany. Chciał, abym tak jak on została naukowcem. Poddał mnie terapii eksperymentalnej. Po paru miesiącach spędzonych w instytucie poczułam się kobietą, przestałam cierpieć na zaniki pamięci, uspokoiłam emocje. Tylko nie wiadomo dlaczego, zaczęłam wierzyć, że mam brata bliźniaka. Powiedzieli, że to może być ciągle problem z tożsamością płciową albo początki schizofrenii. I znowu zaczęli szprycować lekami. Silniejszymi, lepszymi, bardziej eksperymentalnymi…

Uchyliłam powieki. W grocie panował przyjemny chłód. Czerwień straciła na intensywności, do mojego mózgu powoli wdzierała się rdza. Zacisnęłam pięści. Która to już próba uczynienia mnie „normalną”?

 

***

 

– Kiedy zaczniesz współpracować, przestaniemy cię kłuć. Pokaż ramię.

Niepewnie zrobiłam krok w stronę mężczyzny o szafirowych oczach. Podwinął mi rękaw i powiedział:

– Brzydko to wygląda. Hm… Przepiszę ci maść. A tak poza tym, jak się czujesz?

– Dobrze – odparłam.

– Przestały cię dręczyć halucynacje związane z krwią? – Mężczyzna oparł się łokciami o krzesło i delikatnie uśmiechnął.

Spojrzałam na nabrzmiałe żyły na nadgarstkach.

– Prawie.

– Masz, spróbuj. – Postawił na biurku butelkę zakończoną krętym wężykiem.

Włożyłam rurkę do ust, wypiłam odrobinę. Smakowało jak sok pomarańczowy z nutką czekolady.

– Dobre, bardzo dobre.

„Pięknooki” zwinął wargi do środka, przez chwilę milczał, po czym poklepał mnie po plecach.

– Okej, Sali, spróbujemy. Rano i wieczorem tak jak zastrzyki, ale… Picie jest dużo przyjemniejsze, prawda?

– Mhm.

– To dopij do końca.

Wypiłam.

– Zuch dziewczyna, chcesz wybrać się na przejażdżkę?

– Na przejażdżkę? Tak…

 

***

 

Dwuosobowy R-drive w złotym kolorze sunął po obsypanej czymś czarnym drodze.

– Jedziemy do kopalni? – zapytałam, wpatrując się w sinobłękitne niebo.

Niebieski wschód słońca. Jakże inny od tych, które kontemplowałam na Ziemi. Ziemia i Mars. Wciąż nie wiedziałam, czy więcej było między nimi różnic, czy podobieństw.

– Do kopalni? Po co? Chciałabyś pracować z robotami?

– Nie wiem.

Ten niebieski mnie uspokajał. Odpływałam w dal, słuchając szumu fal.

– Sali, śpisz?

Wzdrygnęłam się, otworzyłam szerzej oczy.

– Tam mieszczą się magazyny.

Spojrzałam we wskazanym kierunku i zobaczyłam pięć rozpłaszczonych muchomorów.

– Takie małe? – zapytałam, przecierając pot z czoła.

Niebieski przechodził w czerwień i z minuty na minutę robiło się coraz bardziej gorąco.

– Są ogromne, tylko ukryte pod ziemią. 

W oddali dojrzałam zarys kopalnianych struktur, jednak to nie tam jechaliśmy.

– A poza tym wykorzystujemy podziemne jaskinie. Wiem, niektórzy narzekają, że zamieniamy się w krety albo jeszcze gorzej, hm, w nicienie, ale…

Milczałam, przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że nienawidziłam podziemi.

– Słyszałem, że pasjonowałaś się kiedyś przeszłością naszej planety. Ciągle się tym interesujesz?

Czerwień poprzetykana pomarańczem, gorąco, chciało mi się spać. Z trudem powstrzymywałam się, by znowu nie zamknąć powiek.

– Sali, patrz. To nasze centrum badawcze. Gdy wyzdrowiejesz, chciałbym, żebyś właśnie tam trafiła i kontynuowała na Marsie to, co rozpoczął na Ziemi twój ojciec.

Krajobraz uległ zmianie. Otaczały nas rdzawe wzniesienia, gdzieniegdzie poprzetykane pasami odrobinę jaśniejszego piachu. R-drive zwolnił i po niecałej minucie zatrzymaliśmy się przy bramie.

– Nie będziemy wjeżdżać. Myślę, że dobrze zrobi ci krótki spacer.

– Mhm. – Przytaknęłam.

Szliśmy całkiem blisko siebie, dla mnie za blisko. Powoli. Tak czy inaczej, przy każdym kroku czułam delikatny ból w podbrzuszu. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może zostałam otruta. Tylko po co?

Budynki centrum badawczego wyglądały inaczej niż szpital i magazyny. Bardziej przypominały egipskie piramidy niż muchomory. Jedynie barwę miały tę samą. Drzwi największego z obiektów otworzyły się, zanim jeszcze zdążyliśmy do nich dojść.

– Musimy włożyć ochraniacze na buty i fartuchy. Chcę ci pokazać laboratorium.

Oświetlony zbyt jaskrawymi ledami korytarz o półokrągłym suficie i lśniąca, pokryta linoleum podłoga. Dziwnie cicho i bardzo duszno. Zaczęłam kaszleć.

– Poczekaj.

Mój towarzysz podszedł do ściany, po czym nacisnął jeden ze znajdujących się w niej guzików. Zapiszczało i wysunęła się metalowa szuflada.

– Trzymaj. Pewnie masz alergię na środki chemiczne, ale nie martw się, to problem jedynie na początku. Do wszystkiego da się przywyknąć. No, nie, Sali?

Do wszystkiego da się przywyknąć – to samo powiedział strażnik, gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg ziemskiego więzienia. Założyłam maskę i zacisnęłam zęby, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi, czemu ten mężczyzna o szafirowych oczach, zrobił się nagle taki miły. Przecież do tej pory traktował mnie jak szmatę.

Dotarliśmy do ogromnego pomieszczenia w kształcie owalu. Ludzie w seledynowych kitlach, mnóstwo gablot, beczek, rur, wypełnionych bulgoczącym płynem wanien i innego rodzaju sprzętu, który nie miałam pojęcia, do czego służył. Przy jednej z półek zauważyłam niskiego, krępego mężczyznę o siwych włosach.

– Tata… – wyszeptałam.

 

***

 

To oczywiście nie był ojciec. On nigdy nie przyleciałby na Marsa. Bał się promieniowania i choroby kosmicznej, z którą nie do końca radził sobie nawet maheal. Pieprzony tchórz. Stałam pośrodku szpitalnej celi, w rozkroku, z rozczapierzonymi palcami dłoni. To czerwone dziadostwo zmieniało mnie w pozbawione emocji warzywo. Popatrzyłam na pustą butelkę z wężykiem. Powinnam przestać pić, tylko… Dotknęłam dłonią czoła – czemu wciąż tonęłam w falach wzburzonego, karmazynowego morza?

Może to ten diabelski maheal uśmiercił Marsa? Może tu kiedyś rozkwitały starożytne cywilizacje, które po odkryciu magicznego proszku i latach szczęśliwości, z czasem zaczęły od niego wymierać? Może ten sam los czekał Ziemię? Czerwona trucizna.

Miewałam dni lepsze i gorsze. Bądź co bądź, wciąż piłam ich napój, nie, nie dlatego, że myślałam, że wyzdrowieję, lecz dlatego, że się ich bałam. Te karmazynowe ziarna zasiały we mnie strach, uczyniły słabą, kruchą, łatwą do zranienia.

 

***

 

Siedziałam na ławce w tak zwanym „ogrodzie”. Tak szczerze, to nie miałam pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa. Usłany czerwonymi kamieniami kwadrat, przezroczyste ściany i sufit, a w środku metalowe ławki pod czymś, co chyba miało przypominać świerki, a podobne było do miotły. Siedziałam i obserwowałam linie papilarne palców i dłoni. Ktoś mi kiedyś powiedział, że zaklęta jest w nich nasza przyszłość. Płytkie i kręte, uciekające gdzieś w nieznane. Czy taka właśnie byłam? Niewartościowa, nienormalna i zawsze dokądś uciekająca?

– Ej, ty, to ty jesteś tą zabójczynią z Ziemi? – Głos zza niewidzialnego muru.

Powoli podniosłam głowę i ujrzałam idącego w moim kierunku chłopaka z grabiami w ręku. Prawe oko miał zasłonięte popielatą opaską. Kulał na lewą nogę.

– Co powiedziałeś?! – niemalże krzyknęłam.

– Zapytałem, czy to ty jesteś tą zabójczynią z Ziemi. – Zrobił w krok w tył, jednocześnie zagradzając się grabiami. – Ej, spokojnie, co ty taka nerwowa? Myślałem, że już cię trochę uspokoili.

Gdyby nie miał w rękach metalowego narzędzia, kopnęłabym go w twarz, ale miał, więc wrzasnęłam tylko:

– Spadaj, gówniarzu!

Chłopak wzruszył ramionami, głupio się uśmiechnął i powiedział zachrypniętym głosem:

– Gardi cię męczy, prawda? Nie przejmuj się, on już taki jest. Uwielbia znęcać się nad słabszymi.

– Kto to jest Gardi? – zapytałam odrobinę ciszej.

– Jak to? Nie znasz imienia własnego lekarza? Ten przystojniak o ciemnoniebieskich oczach. Rzeczywiście jakaś dziwna jesteś.

Skrzyżowałam ręce na piersi, wciągnęłam powietrze.

– Co o nim jeszcze wiesz?

– Posuń się. – Intruz odłożył grabie na ziemię i zbliżył się do ławki.

Spojrzałam na niego złowrogo, po czym odsunęłam się maksymalnie na prawo. Pokiwał głową i usiadał po lewej stronie.

– Barki jestem. – Wyciągnął do mnie dziwnie żółtą, pokrytą drobnymi brązowymi plamami rękę.

– Sali – odpowiedziałam, ale nie uścisnęłam mu dłoni.

– Nie powinnaś ufać Gardiemu. To szatan wcielony.

– Co masz na myśli? – Poczułam spływające po plecach strużki potu; ten kaleka w pewien sposób wybudził mnie z emocjonalnego uśpienia.

– Nic. To znaczy, uważaj na Gardiego. Nic więcej nie powiem. I… – Mrugnął dwa razy sprawnym okiem. – Muszę iść. Obowiązki czekają. Nie mam tak dobrze jak ty, siedzisz i nic nie robisz.

– Poczekaj.

– No? Dawaj.

– Co ci się stało w oko i nogę?

Barki uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko, jakbym powiedziała mu jakiś komplement.

– Wypadek w kopalni. Eksplozja. Trafili na coś… Nie pamiętam, jakieś sole. Cud, że przeżyłem.

– Na nadchlorany – odparłam, ale za cicho, żeby mnie usłyszał.

 

***

 

Tego wieczoru po spotkaniu z kaleką długo wpatrywałam się w przyniesioną przez pielęgniarza butelkę, a potem, mimo iż opróżniłam całą zawartość, długo nie mogłam zasnąć. Będąc dzieckiem, marzyłam, żeby polecieć na Marsa, albo żeby zostać pierwszą astronautką, który chodziła po Jowiszu, albo jeszcze lepiej po Saturnie, po jednym z jego lodowych pierścieni. Gdy trochę podrosłam, zapragnęłam z kolei wynaleźć łazik, taki na miarę Oppiego, który przed moim przybyciem zbada nieznane mi planety…

 

***

 

Raptem dwa dni później zabrano mnie do gabinetu mężczyzny o szafirowych oczach, doktora Gardiego, jeśli Barki nie kłamał.

– Droga Sali, jestem bardzo zadowolony z przeprowadzanej terapii. Wczoraj wysłałem wyjątkowo optymistyczny raport do twoich rodziców. Tak czy inaczej, najważniejsze, jak się ma nasza pacjentka. Czy przestały dręczyć cię koszmary o morzu krwi?

Przejechałam czubkiem języka po górnych zębach. Morze krwi przechodziło w morze rdzy – pomyślałam, ale na głos odparłam:

– Ostatnio nie miewam żadnych koszmarów. W ogóle nic mi się nie śni, a na jawie też… – Na moment zamilkłam, po czym dodałam, siląc się na spokojny ton: – Nic sobie nie wyobrażam.

– Świetnie. – Gardi zmarszczył nos i otworzył szerzej oczy, które w tej konkretnej chwili wydały mi się bardziej czarne niż szafirowe.

– Czy… – Nie dokończyłam. Chciałam zapytać, czy mogę już wrócić do celi, ale on spojrzał na mnie tak jakoś władczo i rozkazująco, że poczułam gulę w gardle.

– Sali, weź głęboki oddech i… zrelaksuj się, pomyśl o czymś przyjemnym, o marsjańskim wschodzie słońca albo o wydmach. Lubisz je prawda?

– Tak, ale…

Zrobiło mi się zimno, mimo iż w pomieszczeniu z pewnością było więcej niż dwadzieścia stopni Celsjusza.

– Zamknij powieki… Dobrze. A teraz spróbuj przypomnieć sobie tamten wieczór. Dzwonek. Schodzisz po schodach. Otwierasz drzwi. Widzisz młodego mężczyznę. Kto to jest, Sali?

Zaczęłam pocierać dłońmi ramiona. Okropny pełzający po biurku chłód. Dlaczego on pozwolił mu tu wtargnąć? Przecież w szpitalu powinni dbać o temperaturę.

– Sali?

– To był… Nie widziałam jego twarzy. On dostarczył mikser dla matki.

– Odebrałaś paczkę i co dalej? Sali, co stało się po tym, gdy wzięłaś od niego pakunek?

Na Marsie nigdy nie było życia. Od milionów lat skuwał go lód. Czułam, jak zamarza krew w moich żyłach.

– Sali?

– Zaprosiłam go do środka. Chciałam złożyć podpis… – Suche, mroźne powietrze szczypało mnie w oczy. – Był… Jego twarz falowała. Myślałam, że to brat. Zaproponowałam mu kawę i ciastka. Poszliśmy do salonu. Jego twarz była moją twarzą. Upuściłam filiżankę, a on powiedział, że musi iść, by dostarczyć kolejną paczkę, że nie ma czasu na ciastka.

Przycisnęłam jedno kolano do drugiego, napięłam mięśnie ud, popatrzyłam na doktora.

To z jego szafirowych oczu emanowało zimno. Może Gardi nie przybył na Czerwoną Planetę z Ziemi? Może on urodził się na Marsie? Przeszywający ból, ciągnący się od górnych zębów aż po czaszkę. Chciałam wracać do celi.

– Sali, ale ty wiesz, że nigdy nie miałaś brata bliźniaka?

Pokiwałam głową, przenosząc wzrok z Gardiego na gaśnicę.

– Sali, mów dalej.

– Wrzasnęłam, że nie pozwalam mu iść, że jest częścią mnie i musi ze mną zostać na zawsze, ale on nie dawał za wygraną. Na podłogę spadła kolejna filiżanka. Kawa szybko wsiąknęła w beżowy dywan.

Spuściłam wzrok. Te kolory, brąz i beż ładnie ze sobą współgrały. Na Marsie prawie nie było beżu, przynajmniej w tym odcieniu, który dominował w salonie rodziców.

– Rozbiła się druga filiżanka i?

– I złapałam brata, to znaczy, tego chłopaka za rękę, pocałowałam go w policzek i zaczęłam błagać, żeby został. Odepchnął mnie i nazwał wariatką. Chwyciłam mosiężną figurkę aniołka, którą kiedyś ojciec kupił matce i… ja… ja…

– Spokojnie Sali, spokojnie. Weź głęboki oddech i dokończ opowiadać.

– Ja… ja z całej siły uderzyłam brata statuetką w głowę. Jedno ze skrzydeł wbiło się w skroń. Krew… morze krwi…

 

***

 

Wróciłam wreszcie do celi. Było tu ciepło i bardzo czerwono. Położyłam się na pryczy, podkuliłam nogi, zamknęłam powieki. Czułam się jak robak, jak obrzydliwa larwa żywiąca się martwym ciałem. Zabiłam niewinnego człowieka, a to przecież ja powinnam umrzeć. Ścisnęłam dłońmi głowę. Okropny ból, którego nie dało się usunąć. To przez ten czerwony proszek, to on zwrócił mi świadomość. Oddał prawdę, z którą nie byłam w stanie dalej żyć.

 

***

 

Mijały kolejne gorące dni, które spędzałam, siedząc na ławce pod metalową miotłą, i chłodne noce, w trakcie których przewracałam się z boku na bok, nieskutecznie walcząc z demonami przeszłości.

– Ej, czemu taka smutna jesteś?

Niczym spod ziemi wyrósł przede mną chłopak z opaską na oku. Barki – z trudem przypomniałam sobie jego imię. Tym razem trzymał w ręku nie grabie, lecz spryskiwacz. Nic nie odpowiedziałam, westchnęłam tylko ciężko.

– Myślałem, że maheal zrobi cię szczęśliwą, a nie zamieni w ponuraka. Ej, uśmiechnij się, mała.

Podszedł do mnie i deliaktnie pstyrknął w ramię. Nie zareagowałam. Usiadł obok i wyszeptał:

– Przestań pić ten syf, to ci się poprawi. Wszyscy po nim jacyś tacy ogłupiali się robią.

– Ja nie jestem ogłupiała. Ja… ja po prostu czuję się winna. Ja… nienawidzę samej siebie.

– Przestań ciągnąć czerwone dragi, to znowu się pokochasz. Uwierz mi. – Poklepał mnie po kolanie, a ja… nie miałam nawet siły wstać i odejść.

 

***

 

– Sali, to dla ciebie. – Pielęgniarz postawił na podłodze obok łóżka butelkę z wężykiem, po czym ruszył w stronę drzwi, ale zanim wyszedł, jeszcze na moment się zatrzymał i krzyknął: – Wstawaj! Późno już!

Powoli się podniosłam i sięgnęłam po napój. Wyjęłam wężyk, odstawiłam butelkę. Kręta rurka skojarzyła mi się z długimi rurami, które widziałam w marsjańskim centrum badawczym. Czy Gardi rzeczywiście zamierzał wysłać mnie tam po zakończeniu terapii? Czy były to jedynie kolejne kłamstwa z serii „O nic się martw” i „Wszystko będzie dobrze”, a tak naprawdę leczenie nigdy się nie skończy?

A poza tym, czy ja wciąż chciałam badać przeszłość Marsa? Czułam się wyzbyta z wszelkiej energii. Czy miało jakiekolwiek znaczenie, czy dawno temu płynęły tu porywiste rzeki, czy żyły tu jakieś zwierzęta albo istoty nam podobne? Czy nie liczyło się jedynie, to co teraz? Grzebanie w historii nie zawsze prowadzi nas tam, gdzie chcielibyśmy dojść. Wbijanie szpili zbyt głęboko w mózg czasem niszczy serce.

Wstałam i wylałam zawartość butelki do służącego mi za toaletę otworu.

 

***

 

Nie piłam ich napoju już ponad dwa tygodnie. Powoli wracała do mnie życiowa energia, ale wraz z nią nadciągało też wzburzone morze. Tak czy inaczej, wciąż było w nim więcej rdzy niż karmazynu.

– Nabrałaś rumieńców. Lepiej się czujesz? – Gardi stał oparty o ścianę, na której parę dni temu pojawiło się zdjęcie Miskiego, człowieka odpowiedzialnego za odkrycie mahealu. Miski, podobnie jak mój ojciec, nigdy nie stanął na czerwonej Planecie, ale to właśnie łaziki należące do jego drużyny jako pierwsze natrafiły na magiczny proszek.

– Tak. Daleko stąd do kopalni imienia Miskiego?

– Nie. Chciałabyś tam dzisiaj pojechać? Kopalnia ciągle działa, ale ma też swoją część muzealną. Miski miał nadzieję na tłumy odwiedzających, ale jak do tej pory wciąż nie organizuje się wycieczek z Ziemii na Marsa. – Doktor wykrzywił wargi w brzydkim uśmiechu, po czym dodał: – I pewnie nigdy nie będzie. Okej, muszę załatwić jeszcze parę spraw… Przyjdzie po ciebie Barki.

Ten kaleka? Dlaczego on? Poczułam nieprzyjemny ucisk w podbrzuszu, zrobiło mi się niedobrze. Szłam za pielęgniarzem, zastanawiając się, czy nie powinnam się jakoś z tego wyjazdu wykręcić. Udać chorą albo… to chyba była jedyna opcja. Po powrocie do celi uklękłam na pryczy i zaczęłam pięściami uderzać w poduszkę. Nad morzem rdzy raz po raz rozbłyskały pioruny gniewu i agresji. Burzę przerwało dopiero nieprzyjemne skrzypnięcie drzwi.

– Hej, Sali. Jesteś gotowa? Fajnie, że się przejedziemy. Wiesz to ta kopalnia, w której straciłem oko.

– To… to ty… ty też jedziesz? – Wymamrotałam.

– Ta… będę wam służył za przewodnika – odparł Barki, po czym głośno się roześmiał.

Skuliłam się pod ścianą i powiedziałam:

– Barki, boli mnie brzuch, może…

– Wstawaj, mała. Brzuch cię boli, bo za dużo na tym wyrku leżysz.

Naprężyłam ciało, zacisnęłam wargi, po czym odburknęłam:

– Nie dotykaj mnie, słyszysz?

 

***

 

Teren muzealnej części kopalni imienia Miskiego ogrodzony był płotem, który udawał węża. Chyba boa, bo zdobiły go plamy w kolorze cynamonu i palisandru. Największe wrażenie, tak czy inaczej, zrobiła na mnie brama wejściowa – rozwarty pysk gada, kły i rozwidlony jęzor.

Jednakże po wkroczeniu w paszczę, „artyzm” szybko przeszedł w industrialną brzydotę. Moim oczom ukazały się pokryte rdzą łaziki, dużo mniej finezyjne od Oppiego i Insighta, takie trochę podobne do ziemskich koparek i dźwigów.

– Mykui. To jego łycha pierwsza trafiła w niezwykle twardy kamień mahealu. Patrzcie, jest uszkodzona. Mykui odkrył magiczny proszek, ale go nie wydobył. Nawet odrobiny. Był zwyczajnie za słaby. – Barki uśmiechnął się złośliwie, jakby czerpał z „porażki” Mykuiego jakąś dziwną satysfakcję. – A obok staruszka, jego młodszy i dużo silniejszy brat Krytutu. Ale ten Misiki wymyślał im nazwy, no nie?

Gardi przytaknął, a ja nic nie odpowiedziałam, przyjrzałam się najpierw Mykuiemu, a potem Krytutu i ruszyłam dalej. Po paru minutach dotarliśmy do wieży, w której znajdowała się winda prowadząca do podziemi. Zatrzymałam się jak wryta i drżącym głosem powiedziałam:

– Nie chcę tam zjeżdżać, boję się.

– Ej, mała, czego się boisz? Taka sama dziura jak twoja jaskinia.

– Nie… – Popatrzyłam prosząco na doktora.

Gardi zmarszczył brwi, po czym zrezygnowanym tonem odparł:

– Barki, objaśnij nam wszystko na makietach.

Opuściliśmy budkę i skierowaliśmy się do budynku w kształcie muchomora. To tam mieściły się wspomniane makiety, a oprócz nich mnóstwo fotografii, narzędzia górnicze, jakieś mechaniczne części, zapewne pozostałości po „martwych” łazikach i inny sprzęt. Przez ponad godzinę Barki opowiadał najpierw o metodach wydobywania mahealowych brył, a następnie o przetwarzaniu ich na proszek. Gdy wreszcie skończył, doktor zapytał:

– Sali, chcesz wracać, czy jeszcze na własną rękę poprzyglądać się muzealnym obiektom? Chyba jeszcze trochę zostaniemy, dobrze?

Przytaknęłam i przez kolejne czterdzieści minut błąkałam się pomiędzy gablotami, odnosząc wrażenie, że Gardi i Barki ciągle o czymś za moimi plecami szepczą.

Kopalnię opuściliśmy, gdy już zaczęło robić się zimno. Zanim wsiedliśmy do R-driva, Barki poważnym tonem oznajmił:

– Chciałem wam jeszcze pokazać szyb, w którym rozpierdoliło mi oko i nogę, ale niestety jest zamknięty dla zwiedzających.

 

***

 

Zaledwie dwa dni później Gardi ponownie wezwał mnie do gabinetu.

– Witaj, Sali, jak się dzisiaj masz?

– Dobrze – odpowiedziałam, próbując wyglądać na przygnębioną, choć tak naprawdę, mimo iż byłam niemalże pewna, że zaraz stanie się coś niedobrego, czułam w sobie przede wszystkim gniew i nienawiść. Ogromną nienawiść, lecz tym razem nie do siebie, tylko do nich.

– A jak się ma twój brat?

– Mój brat? Ja… – Na ułamek sekundy zamilkłam. – Ja nie mam brata.

– A to, kto to jest? – Gardi przytknął mi do nosa lustro.

Odepchnęłam je od siebie, wrzeszcząc:

– Przestań!

Zabrał lustro, jakoś tak dziwnie się uśmiechnął i zapytał:

– Sali, czy ty czujesz się kobietą? Wyglądasz jak kobieta…

Złapałam dłońmi krawędź biurka, nachyliłam się do przodu, ale nic nie odpowiedziałam, a doktor drwiącym tonem kontynuował:

– Pamiętasz, Loren? Twoją współlokatorkę z celi, z ziemskiego więzienia? Pamiętasz, co jej zrobiłaś?

– Ta kurwa… – syknęłam, po czym wstałam i uderzyłam dłonią w blat. Morze już zupełnie odzyskało swój karmazyn.

– Wolisz kutasa niż kija od szczotki? – Doktor położył dłoń na kroczu.

Cofnęłam się pod ścianę.

– Nie bój się, ja cię nie zgwałcę… Ja się tobą brzydzę, ale z pewnością znajdzie się ktoś, kto z chęcią cię wydyma.

Do gabinetu wtargnęło dwóch pielęgniarzy. Przywiązali mnie do krzesła i wbili jeden zastrzyk w szyję i dwa w lewe przedramię. Zawyłam z bólu. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przez moment nic nie widziałam, a gdy odzyskałam wzrok, jak przez mgłę dostrzegłam, że doktor i pielęgniarze wychodzą na korytarz. Zostałam sama, ale nie na długo.

Minęła minuta, może dwie i drzwi znowu stanęły otworem. Ujrzałam uśmiechniętego od ucha do ucha Barkiego.

– Idź sobie! – krzyknęłam.

Kaleka jeszcze szerzej się uśmiechnął i zaczął kuśtykać w moją stronę. Brodził w krwi powoli, ale uparcie.

– Nie, Barki! Nie!

Jego żółta dłoń dotknęła mojej szyi, jego spierzchnięte wargi przywarły do obojczyka. Zaczęłam się szamotać. Łup. Przewróciłam się z krzesłem do tyłu. Ja uderzyłam się w głowę, a krzesło uległo spłaszczeniu, zmieniając w leżankę. Świat zawirował, ale mimo to czułam, jak napastnik ściąga ze mnie spodnie, pozbywa się bielizny, rozszerza nogi. Nie! Nie! Nie!

Nienawiść. Złość. Czerwień. Zemdlałam.

 

***

 

Czy Mars to planeta krwi i nienawiści? Czy Mars to mój mózg? Nie wiedziałam, jak długo byłam nieprzytomna. Gdy się ocknęłam, poza bólem głowy czułam w środku nieprzyjemne pieczenie; coś spływało mi po wewnętrznej stronie ud. Z trudem uchyliłam sklejone ropą powieki i ujrzałam leżącego obok Barkiego. Miał zamknięte oczy, ciężko dyszał.

– Ej, ty, obudź się – wyszeptałam.

Brak reakcji.

– Obudź się – powiedziałam odrobinę głośniej.

Barki obrócił się na bok, wykonał ruch, jakby próbował złapać muchę, po czym szeroko otworzył oczy. Przez moment milczał, aż w końcu powiedział:

– Przepraszam.

– Za co?

Położył dłoń na moim ramieniu.

– Nie jesteś zła?

– Podnieść mnie z ziemi.

Wstał, wciągnął powietrze, pochylił się i… był za słaby. Pewnie ja sama ważyłam więcej od niego, a co dopiero z krzesłem.

– Nie mogę. – Przykucnął tuż obok mojej głowy. Śmierdział chemikaliami.

– Pocałuj mnie – powiedziałam.

– Co?

– Pocałuj mnie.

– Dlaczego? – zapytał.

Uśmiechnęłam się i przymknęłam powieki. Zbliżył usta do moich warg, po czym znieruchomiał.

– Barki, nie bój się, ja nie jestem na ciebie zła. Ja też cię lubię. Razem tkwimy w tym bagnie. Ciebie uszkodziła kopalnia, a mnie maheal. Pozwól… – Przejechałam czubkiem języka po jego policzku.

Ciężko dyszał.

– Barki, rozwiąż sznurki i… Barki, ty… ja…

– Sali, nie mogę. Gardi by mnie zabił.

Objęłam wargami koniuszek jego ucha.

– Nie… nie mogę… nie mogę… – powtarzał, jednocześnie walcząc z liną. Był taki niezdarny.

Na szczęście w końcu mu się udało. Zacisnęłam zęby, naprężyłam mięśnie, pozbyłam się sznurków i powoli wciągnęłam majki, a potem spodnie. Barki stał i po prostu patrzył. Kulawy ślepiec, który… który być może zakochał się w ziemskiej zabójczyni.

Kopnęłam go w krocze i przycisnęłam do podłogi. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wrzasnął, lecz jedynie cicho jęknął.

– Cicho, cicho – wyszeptałam. – Jeśli nie będziesz krzyczał, to wszystko będzie dobrze.

– Sa… Sali, pro… proszę, nie… nie za… zabijaj.

– Rozbierz się, daj mi opaskę i kartę do drzwi.

– Sa… Sali na zewnątrz szaleje burza.

– Wiem.

Policzki Barkiego płonęły karmazynem. To fale mojego morza wdarły się do jego krwiobiegu. Bo moje morze dotarło już wszędzie. Zalało cały wszechświat. Ciało kaleki pokrywały te same plamy, które szpeciły jego ręce. Blizna po straconym oku wyglądała jak zastygłe wymiociny. Przypomniało mi się więzienie – Loren, po tym, jak prawie że udusiłam ją gołymi rękoma, ja nad muszlą klozetową, umierająca na korytarzu szabrownicza w ósmym miesiącu ciąży.

Przebrałam się w ciuchy chłopaka, zasłoniłam prawe oko opaską, do kieszeni spodni schowałam kartę. Było mi gorąco i bardzo czerwono, brakowało tlenu. Tak czy inaczej, musiałam działać. Zdjęłam skarpetę i wepchnęłam ją w usta Barkiego, po czym przywiązałam go do krzesła i powiedziałam:

– Przepraszam.

 

***

 

Wiało jak cholera. Nigdy nie podejrzewałam, że może tak wiać. Czerwony pył zasłonił niebo. Nie miałam pojęcia, dokąd idę. Czy tak samo zginął Oppy?

Koniec

Komentarze

Intrygujące.

Tworzysz w tym tekście bardzo nieoczywistą, niewiarygodną narratorkę – jej ogląd rzeczywistości jest zaburzony, niepewny, jej ocena sytuacji równie niestabilna, jak jej emocje, a ponieważ to jej oczyma spoglądamy, to jako czytelnicy podzielamy te emocje. Przyznam, że ja też się odrobinę pogubiłam, zwłaszcza na początku tekstu. Moim głównym problemem z bohaterką jest to, że ona mnie nie obchodzi. Nie współczuję jej. Nie przeraża mnie jej zbrodnia. Jest mi obojętna – może dlatego, że za mocno tkwimy, jako czytelnicy, w jej głowie, a może dlatego, że nie zawsze dokładnie łapię, co ona robi i co się z nią dzieje?

Całkowicie natomiast kupił mnie twój pomysł na centralną metaforę tekstu: połączenie krwi (przelanej przez bohaterkę) i czerwieni, kojarzonej z Marsem. Ta, że klasyka zacytuję, szkarłatna nitka popełnionej przez bohaterkę zbrodni przeplata się w tekście przez cały czas, powraca w jej wizjach, w całej jej ocenie Marsa, w chaotycznych obrazach, generowanych przez jej umysł. Paradoksalnie, efekt obcości i niesamowitości bardziej tworzy tu obcość świadomości bohaterki-narratorki niż to, że ona fizycznie jest na obcej planecie. To ona jest w tym wszystkim bardziej obca od hipotetycznych Marsjan.

Jak zwykle u Ciebie, rzucasz fantastycznymi pomysłami z zakresu światotwórstwa – inni by budowali na tym całe powieści! Ten cudowny minerał, leczący bogatych, a morderczy dla tych, którzy muszą go wydobywać, to uzależnienie Ziemi od Marsa i refleksje bohaterki o tym, że być może tak umarła cywilizacje Marsa i kiedyś tak, uzależniona od cudownego leku, umrze Ziemia – to są IMHO doskonałe pomysły, które Ty ogrywasz tylko jako tło w swoim świecie, i w każdym kolejnym tekście masz nowe. Zazdroszczę Ci ogromnie tej wyobraźni do takich detali! 

Biblioteka, oczywiście.

 

PS. Nie jestem pewna, czy zaburzenia identyfikacji płciowej mogą dać taki efekt, na jaki cierpi Twoja bohaterka, ale że żaden ze mnie psycholog, to nie będę się czepiać.

Ninedin – bardzo dziękuję za szybkie przeczytanie, komentarz i kliczka :)

 

Odnośnie uwag zacznę od choroby – same zaburzenia identyfikacji płciowej z pewnością nie mogłyby dać efektu, który występuje u Sali. Mój zamysł był taki, że nie do końca wiadomo, na co ona cierpi, a poza tym została poddana różnego rodzaju terapiom eksperymentalnym, które zamiast poprawić, pogorszyły jej kondycję.

Jeśli chodzi o narrację, to w sumie, miała być właśnie taka jak ją odebrałaś, tak jak sama narratorka – trochę chaotyczna, trochę odpychająca, trochę męcząca. I już zabierając się do tego tekstu, miałam poważne obawy, co z tego wyjdzie. Prawdopodobnie lepsza by tu była narracja w trzeciej osobie i ukazywanie świata Sali jedynie w dialogach, ale cóż… Wygodniej mi się pisze w pierwszoosobowej narracji, a poza tym wczuwanie się w dziwne jednostki, stawiam sobie za pewnego rodzaju wyzwanie, jednocześnie będą świadomą, że może sie spotkać z gorszym odbiorem…

 

Jeszcze raz bardzo dziękuje i życzę miłego dnia :)

Nie, nie, ta pierwszoosobowa jest tu świetna, nie o nią chodzi, a o moją niepewność co do wydarzeń na początku. Sam wybór narracji IMHO optymalny dla tego tekstu.

O, to cieszę się :)

Bardzo miły tekst, przyjemnie się czyta. Świetnie napisane, świetnie opisane. Przedstawiasz coś niezwykle subiektywnego, dla większości z nas obcego, i poruszasz się w temacie bardzo swobodnie. I przede wszystkim, w przeciwieństwie do wielu, nie opisujesz choroby psychicznej jako zlepka nieracjonalnych, losowo dobranych procesów; dostrzegasz pewne logiczne zależności, bo w prawdziwym szaleństwie tkwi metoda.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałem i nie jestem do końca pewien, które z opisanych zdarzeń dzieją się na prawdę, a które są przetworzone przez subiektywną optykę bohaterki. Ale zdaje się o to chodzi. Bo nawet sama bohaterka nie jest pewna.

Znalazłem parę drobnych literówek:

Jak to? Nie znasz imienia włsanego lekarz? (własnego lekarza?)

jednocześnie walcząc z linią (linką?)

Nic innego nie udało mi się wypatrzyć. Ogólnie, jak dla mnie, tekst bardzo dobry :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Paradust – bardzo dziękuję za wizytę i miłe słowa i za wyłapanie literówek :) W moim odczuciu granica miedzy “normalnością” a szaleństwem jest bardzo płynna, a czy szaleństwo kieruje się jakąś logiką? Hm, nie wiem. Myślę, że z logiką łatwiej, gdy jesteśmy świadomi swoich zaburzeń. Moja bohaterka na pewnym poziomie zdawała sobie sprawę z własnych problemów, ale tak czy inaczej, obiór rzeczywistości był u niej mocno zniekształcony tym, co działo się w jej głowie…

Pozdrawiam serdecznie :)

Dobry, niepokojący klimat. Fakt, że bohaterka mało sympatyczna, ale w ciekawy sposób ujęłaś jej problem ze sobą. Tylko łaziki trochę mało wyeksponowane. Aż szkoda, że w końcówce nie wzięła ze sobą łazika, niczym psa na spacer ;)

Bella – dzięki za przeczytanie i kliczka :) Wiem, że mało łazików, dlatego w przedmowie napisałam, że boję się, że nie na temat i że jakby coś, to usunę tag… Niech Irka zdecyduje :)

 

Ps. Właśnie jestem w trakcie rysowania ilustracji do Twojego niesamowitego tekstu o grze :) Jeszcze raz serdecznie gratuluję :)

Myślałem kiedyś na ten temat i doszedłem do wniosku, że zarówno szaleństwo jak i szeroko pojęty stan tzw. zdrowia umysłowego kierują się pewnymi dość ścisłymi zasadami. Problem polega na tym, że w przypadku tego pierwszego owe zasady te zauważalnie odbiegają od ogólnie przyjętych norm. Takie moje zdanie, choć pewnie się mylę. Żaden ze mnie psychiatra, a tym bardziej filozof.

Tak jak piszesz, granica między jednym a drugim jest płynna – i to jest w tym zagadnieniu najbardziej fascynujące, przynajmniej z pkt. widzenia czytelnika. Umiejętność oddania tego fenomenu słowami to umiejętność skomponowania ciekawej fabuły, co też jak najbardziej się udało :)

Pozdrawiam!

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Dzięki wielkie Paradust :)

 

To znacczy, zostaje w konkursie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

O, super :)

:)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Katiu, już się nie mogę doczekać Twojej ilustracji :) Ta na baner konkursu jest świetna :)

Generalnie wolę bardziej przygodowe historie, niż takie bardziej psychologiczne, ale mimo to przeczytałem to opowiadanie z dużym zainteresowaniem.

Na początek muszę napisać, że masz niesamowicie plastyczną wyobraźnię wizualną. Twój pomysł na Marsa i to, jak został opowiedziany, może przez to, że tyle w nim poetyckiej subtelności bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnię. Łatwo sobie to wszystko zwizualizować, a co najważniejsze sam w sobie jest bardzo ciekawy. 

 

Sama historia wbrew pozorom dosyć prosta. Kojarzy mi się z filmem Sucker punch, co nie znaczy, że zła, czy nieinteresująca.

 

Trochę mnie martwi, czy z powodu połączenia kwestii bycia osobą trans i włożenia tego po prostu do szuflady “zaburzenia identyfikacji płciowej” oraz zmieszanie z kwestią niepoczytalności narratora/narratorki oraz tym, że zabiła niewinną osobę, tekst nie skręca przez to trochę w stronę transofobiczności. Przypomina mi to sposób opowiadania o homoseksualizmie w XX wiecznych filmach, czyli raczej w negatywnym kontekście bycia zbrodniarzem/psychopatą/szaleńcem. 

Przy czym od razu zaznaczam, że nie zarzucam autorce tekstu transofobii . To tylko moja uwaga na marginesie do analizy opowiadania.

 

Mimo to doceniam sam fakt poruszenia tego tematu, a jeżeli dodać do tego jak bardzo dobrze jest to wszystko napisane, to jednym słowem… BRAWO!!!

Dzięki Bella :) Planuję wykonać wszystkie ilustracje w podobnej konwencji i oczywiście staram się narysować, jak najlepiej… Ale jak coś nie wyjdzie albo się nie spodoba, będę rysować jeszcze raz :)

Killman – dzięki za wizytę i cieszę się, że ogólnie się podobało :)

 

A jeśli chodzi o transfobiczność to… uważam się ogólnie w tych sprawach mocno otwartą i akceptującą i tak szczerze, chciałam tak to w tym opowiadaniu ująć – bohaterce się pogorszyło, bo na siłę próbowano ją uczynić “normalną”. Może gdyby pozostawiono ją taką jak jaką, nie doszłoby do tragedii. Chociaż na tym też się pisząc ten tekst zastawiłam. W którym momencie powinna interweniować medycyna? Co jest normalne, a co nienormalne? Niestety, na stawiane pytania wciąż nie znajduje odpowiedzi. Nie chodzi tu jedynie o transseksualizm, homoseksualizm, ale też o zaburzenia dysocjacyjne… Cóż, przepraszam tylko, że wrzuciłam wszystko do jednego worka. Z pewnością nie chciałam nikogo urazić.

 

Pozdrawiam serdecznie.

katia72,

 

bohaterce się pogorszyło, bo na siłę próbowano ją uczynić “normalną”

Ja też w ten sposób zinterpretowałem wymowę całego tekstu. I ogólnie bardzo cieszę się, że taki wątek został w nim poruszony i bardzo Ci za to dziękuję. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że wrzucanie do jednego worka, jak to ujęłaś, tych wszystkich aspektów, może być nieco podchwytliwe. Zwłaszcza że przecież i transseksualizm i homoseksualizm bardzo długo były postrzegane jako choroby psychiczne. Natomiast z perspektywy psychologicznej zaburzenie dysocjacyjne nie jest jakąś tam nienormatywną formą tożsamości, ale jest zaburzeniem. Jest jednym z mechanizmów obronnych człowieka. 

 

Z jednej strony , to opowiadanie jest z innej bajki niż te, w których gustuję, a jednak wciągnęło mnie tak, że przeczytałem je jednym tchem. Stworzyłaś spójny świat, co zaskakuje, bo widzimy go z poziomu bohaterki o sypiącym się umyśle. W paru miejscach miałem wrażenie lekkiej inspiracji “Diuną” maheal – przyprawa.

Chyba jedyny element niezgodny z naukową wiedzą o Marsie to budynki w kształcie grzybów z powodu tamtejszych huraganów. Z tego co czytałem choć wieją tam szybkie wiatry, to jednak z uwagi na niską gęstość tamtejszej atmosfery, nie są one specjalnie niebezpieczne, bo ich siła jest znacznie mniejsza od ziemskich. Choć jeśli twój Mars jest na zaawansowanym etapie terraformowania to wszystko jest ok. 

Ogólnie jestem na tak

Killman – całkowicie się z Tobą zgadzam, że źle to wyszło :( Zupełnie nie miałam takich intencji. Jak dla mnie też trudno porównywać zaburzenia dysocjacyjne i transseksualizm, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że nie tak dawno temu próbowano z homoseksualistów i transseksualistów, robić osoby chore :(

 

MPJ78 – bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i kliczka :) Jeśli chodzi o Diunę, to muszę się przyznać, że jestem jej fanką i maheal też trochę przypomina mi melanż :)

Jeśli chodzi o budynki w kształcie grzybów, spróbuję znaleźć dla nich inne uzasadnienie…

 

Killman, MPJ78 – pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

I mnie zaskoczyłaś, choć szczerze mówiąc – myślałem, że trudno o aż takie zaskoczenie podczas lektury Twoich opowiadań.

Na początku pobrzmiewało mi echo “marsjańskiego” filmu ze Schwarzeneggerem, jakieś takie klimaty znajome, ale im dalej w las, tym więcej w nim było interesujących drzew, a tak mniej więcej od jednej trzeciej, już tylko czytałem. Z rosnącym zainteresowaniem, przyznam.

Także dlatego, że dotychczas nie widziałem w Twoich opkach aż takiej erupcji brutalności i przemocy (może źle patrzyłem ;), a w tym – i owszem – poszłaś na całość. Krwiożerczy naturalizm po calaku! ;).

No cóż, gotowy scenariusz ja tu widzę, ale … nie hollywoodzkiego zapychacza kin, a kultowego obrazu dla kin studyjnych. ;).

Takiego, co to kultowym robi się stopniowo, a potem jest nim na zawsze.

Do zapamiętania opowiadanie. Dobre, mocne!

 

p.s. Oczywiście klik

p.s. 2. Sporo przeszkadzajek – rozmaitych dropów i chropowatości zauwazyłem, właściwie w całym tekście, nie będę wymieniał, bo nie o to chodzi, tylko zasugeruję Ci za kilka dni – taką dokładniejszą korektę. Wyjdzie opku tylko na dobre. Bo przy tak długim tekście, to jednak przeszkadza i nawet zatrzymuje często gęsto w lekturze (na samym początku zawiesiłem się np. na slowie “guzdrać”. Napisałaś – nie guzdrzcie się. A nie lepiej – nie guzdrajcie się? Albo jakoś inaczej? Sam nie wiem.

O takie dropy mi chodzi.

;)

Pozdrawiam

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku – bardzo dziękuję za komentarz i za kliczka. Oczywiście trzeba by przysiąść nad dropami… Spróbuję się tym w najbliższym czasie zająć :)

Tak czy inaczej, miło mi, że treść się spodobała, a jeśli chodzi brutalność, zdarzyło mi się napisać jeszcze “ostrzejsze” teksty. Jeden nawet na stronie opublikowałam, ale został skatiowany ;)

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Świetne opowiadanie, ciężkie, bo z perspektywy osoby chorej, z zaburzeniami postrzegania, ale i wciągające. Scenerię na Marsie przedstawiasz bardzo wiarygodnie. Ładnie zarysowane postacie głównych bohaterów. Warsztat również na bardzo wysokim poziomie, jedynie parę sugestii bym miał:

kontynuowała na Marsie, to co rozpoczął na Ziemi twój ojciec.

kontynuowała na Marsie to, co rozpoczął na Ziemi twój ojciec.

Nie rozumiem, tylko dlaczego…

Nie rozumiem tylko, dlaczego…

Piekło i bolało, ale moje myśli wydawały mi jakby bardziej uporządkowane.

Piekło i bolało, ale moje myśli wydawały mi się jakby bardziej uporządkowane.

imienia własnego lekarz?

imienia własnego lekarza?

Ten przy­stoj­niak o ciem­no­nie­bie­skich oczach?

Dlaczego to też jest pytanie? Zamienił bym na:

To ten przy­stoj­niak o ciem­no­nie­bie­skich oczach.

albo jeśli już ma być pytanie, to chyba:

Tego przy­stoj­niaka o ciem­no­nie­bie­skich oczach?

Nie. Chciałbyś tam dzisiaj pojechać?

Nie. Chciałabyś tam dzisiaj pojechać?

Grzebanie w historii nie zawsze prowadzi nas tam, gdzie chcielibyśmy dojść. Wbijanie szpili zbyt głęboko w mózg czasem niszczy serce.

A te zdania bardzo mi się spodobały.

 

Herox002 – bardzo dziękuję za wizytę, komentarz i wyłapanie błędów. Zaraz wszystkie poprawiam :) I oczywiście bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :)

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Bardzo dobre opowiadanie, wnikliwe studium szaleństwa młodej kobiety. Fabuła została tak zbudowana, że przyciąga czytelnika i już nie puszcza, aż do ostatniego akapitu. Miałam wrażenie przy czytaniu, że choroba bohaterki pogłębia się na Marsie.

Podobało mi się stwierdzenie: “Szpital dla Marsjan”. Opisujesz wiele procedur medycznych, które brzmią wiarygodnie, zaciekawił mnie też wątek cudownego lekarstwa i kojarzenie czerwieni planety z krwią. Całość zdecydowanie na plus. Idę zgłosić opowiadanie do biblioteki, chociaż pewnie ktoś mnie ubiegnie. :)

Ando – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz i za kliczka, myślę, że tym razem nikt Cię ubiegnie :) Bardzo mi miło, że dostrzegasz w tekście tyle plusów i że ogólnie Ci się podobało :)

Pozdrawiam ciepło i życzę miłego dnia :)

Hej, Katia. Niedawno czytałem twój horror na ciężki dyżur i po lekturze powyższego opowiadania doszedłem do wniosku, że lepiej jest gdy masz więcej znaków do wykorzystania. Umiesz poprowadzić wciągającą narrację.

Krótko na temat wykonania, bo nie trzeba mówić wiele. Tekst napisany na dobrym poziomie, bardzo dobrym. To jest pewnym standardem, do którego przyzwyczajasz czytelników. Zdaje się, że pod dyżurowym opkiem sugerowano tobie, abyś zebrała swoje utwory w antologię. I ja uważam, że to dobra myśl. Jesteś autorką kompletną. Dobrze piszesz i opowiadasz ciekawe historie.

To była fascynująca lektura. Z początku szukałem klucza, chciałem odgadnąć przebieg wydarzeń i byłem nawet rozczarowany, że wyszło jakoś niezrozumiale. Doszedłem do wniosku, że założyłaś pewną dozę niedopowiedzeń. Tekst miał być nieoczywisty. I był.

Wspomniałem na początku horror, bo ten utwór wydał się znacznie mroczniejszy, karmazynowy chciałoby się powiedzieć. Klimat jest silnym elementem tego opowiadania. Fabuła wymyka trochę podczas lektury, jakby żyła własnym życiem. Zakładam, że jest to efekt niedopowiedzeń i szeregu pytań bez odpowiedzi. Motyw psychologiczny wykracza moim zdaniem poza rejestry opiniotwórcze, można mieć pewne wrażenia, ale trudno o zdecydowaną ocenę. Moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne, opowiadanie wzbudziło moją ciekawość i zapewne poświęcę mu chwilę w ciągu dnia na analizę. Mimo to wolę gdy idziesz bardziej w przygodę, a dramat zostaje w tle np. “Ostatni kurs”. Nie dlatego, że radzisz sobie gorzej z czymś, to są moje osobiste preferencje.

 

Mersayake – bardzo dziękuję za odwiedziny i wnikliwy komentarz :) Na antologię jeszcze trochę za wcześnie, wciąż uczę się pisać i dlatego też staram się pisać różnorodnie… A czasem wychodzi lepiej, a czasem gorzej… Jeśli chodzi o “Ostatni kurs” pod względem fabularnym, pewnie trudno będzie mi powtórzyć.

Pozdrawiam serdecznie :)

Chciałam napisać, że fajne i podobało mi się, ale widzę, że brakuje jednego klika (dlaczego?), więc muszę się bardziej postarać ;)

Chyba najbardziej podoba mi się klimat tego opowiadania, potrafisz tak jakoś ładnie zbudować cały świat, że czytelnik w niego wsiąka i już. Nie do końca jestem pewna, które wydarzenia miały miejsce naprawdę, a które są tylko wytworem wyobraźni bohaterki, to wprowadza niepokój, bardzo fajna sprawa.

Gdzieśtam wpadł mi w oko jakiś przecinek, jakaś literówka, ale nie wyłapałam od razu, więc nie wiem, gdzie ;) Ogólnie czytało się świetnie, naprawdę wciągające opowiadanie.

Przynoszę radość

Anet – wielkie dzięki za tak długi komentarz ;) Chociaż ja uwielbiam Twoje “fajne” i “ładne” i nawet wyczuwam między nimi różnicę :) Bardzo się cieszę, że się spodobało, pozdrawiam ciepło i życzę miłego wieczoru :)

Podobało mi się, akcja płynęła wartko, dla mnie nieco może momentami zbyt wartko, ale moze to był zabieg umyślny z Twojej strony, żeby wyeksponować mętlik w głowie bohaterki. Ktos tu powiedział ze dużo zaczynasz ciekawych wątków/smaczków, które potem porzucasz. Tak jak z tym minerałem/proszkiem cudownym, kopalnią itp. Z tego własnie powodu, chociaz opowiadanie oceniam wysoko, ja zakonczyłem je z uczuciem takiego niedosytu, jakoś podswiadomie chciałbym, żeby to wszystko zostało rozwinięte i uwolniło cały swój potencjał. Co do bohaterki to mnie przekonywała i byłem po "jej" stronie, mimo ze morderczyni i niepoczytalna :) Ps. Moze ktoś ją jednak uratuje?

BrunoSiak – dziękuję bardzo za wizytę i komenatrz. Miło mi, że mimo iż niektóre wątki Twoim zdaniem nie zostały wystarczająco rozwinięte, ogólnie Ci się podoabło :) Zakończenie ma odrobinę charakter otwarty…

 

Pozdrawiam serdecznie.

W pewnym aspekcie Twoje opowiadanie, podobne jest do mytrixowego z „Ciężkiego dyżuru”. Genialny koncept i w samym środku wyjaśnienie. 

Zaburzenia dysocjacyjne, ze szczególnym naciskiem na depersonalizację, osobowość wieloraką, stupor i amnezję, brak jednoznacznej tożsamości płciowej, podwyższona skłonność do zachowań agresywnych i aspołecznych. Totalnie zrypane geny, a miałam być geniuszem. I co? Wylądowałam w szpitalu dla Marsjan.

Jak przy wspomnianym wyżej opowiadaniu, trzeba byłoby – moim zdaniem – popracować nad każdą ze scen, aby prowadziły (może ciut wyraźniej) i nie dawać wytłumaczenia. Jest zdecydowanie do domyślenia się. Może silniej wpleść tożsamość, gdyż zaznaczyłaś bardzo delikatnie. Jedna ze stron – ok, druga – niekoniecznie. 

Mam też, ale to tylko moje, kłopot z nagromadzeniem w wyjaśnieniu wyrażeń diagnozujących. Dla mnie za każdym coś stoi i mnie przytrzymuje. Ideę rozumiem, ale nad konkretnymi słowami okropnie chciałabym się pochylić i rozkminić, aby były w punkt. Dawaj mi na betę albo pytanie na priv, jeśli rozważasz jakąś abberację, zaburzenie. Co dwie głowy, to nie jedna  i może udałoby mi się coś wydumać.

Wracając do całości. Historia wstrząsająca. O, jak ja lubię Twoich bohaterów! Końcówka bardzo dobra.

dobrej nocki:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – masz rację, że powinnam coś zrobić z tym fragmentem i nie podawać tylu zaburzeń na tacy, tylko raczej pokazać, że bohaterka jest chora przez jej zachowania. Myślę, że to zmienię, ale już po ogłoszeniu wyników konkursu :)

A poza tym bardzo mi miło, że spodobała Ci się sama historia :) Dzięki wielkie za przeczytanie i za komentarz. Również życzę miłej nocy :)

Ty  mi racji nie przyznawaj, nigdy! :), aczkolwiek w tym przypadku być może ją mam.

I pisz, a ja swoje gadulić będę. Gaduły tak mają, że przestać nie mogą. I jak tu wierzyć testom, żem introwertyk. Nijak.wink

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hm, moim zdaniem można być ekstrawertycznym introwertykiem :):):)

Interesująca bohaterka.

Trochę mi przeszkadzał przeskok w fabule. Leczenie, leczenie, a tu nagle zorganizowany gwałt. Barki ostrzega przed doktorem, a potem bierze udział w orgii przez niego zorganizowanej. Grają razem czy w przeciwnych drużynach?

Babska logika rządzi!

Finkla – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz o takiej, hm, później albo wczesnej porze… :)

 

Barki był nieszczęśliwym chłopakiem, któremu spodobała się Sali. Tak czy inaczej, chłopak nie liczył na to, że ma u niej jakiekolwiek szanse i przez złośliwość namówił bohaterkę na zaprzestanie spożywania mahealu, mimo iż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prawda może łatwo wyjść na jaw, a potem nawet sam zdecydował się poinformować o tym doktora. Gwałt był swego rodzaju nagrodą za doniesienie…

Miałam nadzieję, że pokazałam spisek w tekście, ale cóż chyba nie do końca :(

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Aaa, nie wyłapałam, że Barki to wszystko uknuł.

No, ale jeśli doktor jest prawdziwym lekarzem, to nie powinien się zgodzić na gwałt. Nigdy.

A jeśli nie jest, to Barki powinien o tym wiedzieć i nie wdawać się z nim w takie umowy. Bo pewnie wykorzystywałby dziewczynę do własnych celów, zamiast oddawać komuś innemu.

Pora była normalna, wieczorna, ale padłam przy czytaniu komentarzy.

Babska logika rządzi!

Finkla – cóż, tak to sobie jakoś wymyśliłam…

 

Odnośnie pory dla mnie trzecia to albo ciągle noc, albo wcześnie rano :) Zależy o której uda mi się zasnąć… Pozdrawiam serdecznie :)

A poza tym wykorzystujemy podziemne jaskinie. Wiem, niektórzy narzekają, że zamieniamy się w krety albo jeszcze gorzej, hm, w nicienie, ale…

O, czyżby nawiązanie do “Ostatniego kursu”? ;)

 

Ciężki, bolesny tekst. Narracja charakterystyczna dla Twojej twórczości, ale zarazem oryginalna i odważna jak na tematykę konkursową. Bardzo wciągająca, wyrazista, intensywna (chyba się powtarzam, ale akurat takie określenia zawsze mi się nasuwają, kiedy czytam Twoje opowiadania). Pięknie malujesz barwami, przede wszystkim oczywiście odcieniami czerwieni, ale właściwie każdy opis wrażeń zmysłowych jest niebanalny i działa na wyobraźnię.

Ten rozdźwięk między światem zewnętrznym i wewnętrznym świetnie oddaje obłęd bohaterki (chaos i niedomówienia przekonująco ilustrują wyparcie zbrodni), ale w pewnym stopniu kosztem fabuły. Na przykład niezupełnie zrozumiałam zakończenie, bo najpierw mamy mocno traumatyczną scenę, a potem całość nagle się urywa.

I jeszcze taki drobiazg, ale trochę monotonii się wkradło w imionach postaci, chociaż też nie na tyle, żeby się myliły ze sobą.

A na koniec plus za elementy tła i worldbuildingu, bo mimo że nie jest to Mars w wersji hard SF, odmieniony przez wszystkie przypadki, to jednak nie ma jakiegoś poczucia, że wydarzenia rozgrywają się w próżni (czy po prostu na Ziemi).

Black_cape – bardzo dziękuję za przeczytanie i wnikliwy komentarz . Tekst jest rzeczywiście dosyć “bolesny”, przynajmniej był dla mnie, gdy go pisałam i może trochę zbyt odważny jak na konkurs i jak na stronę fantastyki ;), ale cóż, w takim właśnie nienajlepszym nastroju przyszło mi go pisać.

Odnośnie imion – będę na nie uważać w przyszłości, bo masz rację, że trochę za małą przykładam wagę do ich wymyślania. 

Jeszcze raz bardzo dziękuję, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :) 

Przeczytałem. Szczerze mówiąc, żeby uczciwie ocenić, musiałbym przeczytać jeszcze raz, więc na razie się wstrzymuję. Na pewno doceniam język i gęsty klimat.

Zygfryd – dzięki za przeczytanie, to z pewnością taki tekst nie dla wszystkich…

Z początku bałem się, że pojedziesz w tym tekście jakimś wyuczonym schematem. O co konkretnie mi chodzi? Już piszę. Zwróć uwagę na początki swoich dwóch ostatnich opowiadań konkursowych:

Konkurs Irki:

Dlaczego się zgodziłam? Byłam jedną z wielu. Nie miałam innego wyjścia. Lot albo powolna śmierć. Teraz już za późno na refleksje. Zapadałam w sztuczny sen.

I konkurs czwartkowych:

Po jaką cholerę dałam się na to namówić?

Dyżur przy umierającym Rudianinie. Potrzebowali chętnych, ale czemu ja się musiałam w to angażować? Bo studiowałam pielęgniarstwo i alienologię? Bo nikt inny nie chciał karmić obcych? Bo płacili więcej za jedną noc niż byłam w stanie zarobić w dotychczasowej pracy przez pół roku?

Pierwsze wrażenie jest takie, że jedziesz oklepanym schematem. Taka sama konstrukcja bohaterki, która angażuje się w coś, bo z tego czy innego powodu nie ma żadnego wyboru.

Do tekstu podchodziłem więc z pewną rezerwą. Może nawet obawą, że nie szukasz rozwoju, innych ścieżek. Że próbujesz pisać dokładnie w ten sam sposób, zmieniając jedynie tło. Okazało się, że te obawy były jednak bezzasadne.

Bo tutaj właśnie niejako prezentujesz pewien rozwój swojej twórczości. Znajdujesz coś w rodzaju nowej ścieżki (albo rezerw) dla Twojego stylu pisania. Może to uwaga na wyrost. Nie znam wszystkich Twoich opowiadań. Natomiast rzuca się tu w oczy jednak istotna sprawa. Nieraz pisałem, że masz ten kapitalny fundament w postaci emocji w opowiadaniach. Nieraz też wspominałem, że najlepiej Twoje teksty wypadają wtedy, kiedy połączysz ową warstwę emocjonalną z bogatym światotwórstwem.

Tutaj tymczasem wydeptujesz sobie kolejną ścieżkę, budując opowiadanie wokół zawiłej konstrukcji bohaterki. To już nie jest typ bohaterki ukierunkowany na pobudzanie emocji. Ta bohaterka intryguje. Ciekawi. Więcej. Samą osobowością “dźwiga” całe opowiadanie na swych barkach. Ze wcale niezłym efektem.

Tworzysz bardzo charakterystyczny i złożony na swój sposób rys osobowości. Jednocześnie, co bardzo odważne, nie próbujesz prezentować go z boku, ale niejako przedstawiasz czytelnikowi obraz widziany właśnie z perspektywy Sali. To ciekawe, wciągające. Również ryzykowne, bo tworzysz typ bohaterki, której czytelnik nie może do końca ufać. Której również nie może w pełni zrozumieć. Na pewno jednak wszystko to fajnie działa na czytelnika, bo też te czterdzieści blisko tysięcy znaków przemknęło mi piorunem i to mimo początkowej nieufności, z jaką podchodziłem do tekstu. Powinienem to pewnie jakoś rozwinąć, ale wiesz jak to jest: Jest piątek, jestem po robocie, więc i siłą rzeczy trochę mnie ciągnie, żeby iść na skróty. ;-)

Tutaj pewnie powinno się dla równowagi pojawić parę uwag krytycznych, może jakichś wad tekstu. Ale nie będzie. Nawet nie dlatego, że ich nie ma, bo też, niezależnie od zalet tego opowiadania i czepów pewnie by się trochę znalazło (zawsze jest co poprawiać). Tym nie mniej u CM-a trwa ciągle jeszcze tydzień euforii związany z ostatnim klikiem dla jego pierwszego tekstu, więc marudzenia wyjątkowo nie będzie. :)

Na razie świętujemy. :-)

Zrzędzenie nadrobię następnym razem. ;-)

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – hm, chyba bardzo trudno o Twoim komentarzu napisać, że to pójście na skróty :) I cóż, bardzo się cieszę, że akurat ten tekst Ci się spodobał. Był on dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem i eksperymentem. 

Narracja nie z boku, lecz z środka osoby , która postrzega świata w sposób zaburzony. .. Ja zwykle staram się wczuwać w swoich bohaterów i tworząc kreacje Sali, hm, jakby to określić, to wczuwanie było jednocześnie pasjonujące, ale też chwilami męczące i “dołujące”…

A wady tekstu… Na pewno są wady, tak czy, inaczej, bardzo mi miło, że dobrze się czytało.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego weekendu :)

Katiu, podoba mi się Twój Mars, mniej to, że pokazujesz go oczami Sali. Jej opowieść jest specyficzna, bo wszystko widzi przez pryzmat własnej choroby i tego, co ją spotkało w przeszłości, i tak do końca nie wiem, co dzieje się rzeczywiście, co jest urojeniem dziewczyny, a na co miały wpływ podawanej jej specyfiki.  

Mimo wszystko czytałam z zaciekawieniem – bo Twoje opowiadani zawsze zaciekawiają – choć tym razem wkradło się tu sporo beznadziei, sugerującej, że ta historia nie może skończyć się dobrze.

 

Podnoszę toast za badacza Czerwonej Planety… ―> Wznoszę toast za badacza Czerwonej Planety

Toastu nie można podnieść.

 

wy­ko­na­ny ze skał mag­mo­wych po­mnik Op­por­tu­nie­go… ―> Czy tę nazwę odmienia się? A jeśli tak, to czy tu jest prawidłowa?

 

– Mhm.Przy­tak­nę­łam. ―> – Mhm – przy­tak­nę­łam.

 

Ale jeśli nie za­mie­rza­li umie­ścić wśród mró­wek, to… ―> Chyba miało być: Ale jeśli nie za­mie­rza­li mnie umie­ścić wśród mró­wek, to

 

za­uwa­ży­łam ni­skie­go, krę­pe­go męż­czy­znę o si­wych wło­sach. ―> Masło maślane – ktoś krępy jest niski z definicji.

 

Zro­bił w krok w tył… ―> Literówka.

 

wpa­try­wa­łam się w przy­nie­sio­ną przez pie­lę­gnia­rza bu­tel­kę, a potem, mimo iż opróż­ni­łam całą za­war­tość… ―> …mimo iż wypiłam całą za­war­tość… Lub: …mimo iż ją opróżniłam

Można opróżnić butelkę, ale nie można opróżnić zawartości.

 

zo­stać pierw­szą astro­naut­ką, który cho­dzi­ła po Jo­wi­szu… ―> Literówka.

 

Pod­szedł do mnie i de­liakt­nie pstyrk­nął w ramię. ―> Co zrobił?

Chyba miało być: Pod­szedł do mnie i de­likat­nie pstryk­nął w ramię.

 

Czu­łam się wy­zby­ta z wszel­kiej ener­gii. ―> Czu­łam się wy­zu­ta z wszel­kiej ener­gii. Lub: Czu­łam się pozbawiona wszel­kiej ener­gii.

Można wyzbyć się czegoś, ale chyba nie można wyzbyć się z czegoś.

 

czy dawno temu pły­nę­ły tu po­ry­wi­ste rzeki… ―> Porywisty może być wiatr, ale nie rzeka.

Proponuję: …czy dawno temu pły­nę­ły tu rwące rzeki

 

nie or­ga­ni­zu­je się wy­cie­czek z Zie­mii na Marsa. ―> Literówka.

 

– To… to ty… ty też jedziesz? – Wymamrotałam. ―> – To… to ty… ty też jedziesz? – wymamrotałam.

 

i po­wo­li wcią­gnę­łam majki, a potem spodnie. ―> Literówka.

 

umie­ra­ją­ca na ko­ry­ta­rzu sza­brow­ni­cza w ósmym mie­sią­cu ciąży. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – dziękuję bardzo za komentarz i łapankę, błędy poprawię już po ogłoszeniu wyników konkursu :) A odnośnie samej treści , a zwłaszcza narracji, pisząc to opowiadanie liczyłam się z tym, że nie każdemu może się spodobać snucie historii z perspektywy osoby chorej psychicznie…

Jeszcze raz dziękuję, pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu :)

Bardzo proszę, Katiu. I dziękuję za wyrozumiałość. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

chyba bardzo trudno o Twoim komentarzu napisać, że to pójście na skróty :)

Ja wiem, że pewnie trudno w to uwierzyć, ale naprawdę w tym przypadku streszczałem się jak mogłem. ;-)

Był on dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem i eksperymentem. 

Próbowałbym tego częściej, bo tak, jak pisałem, to znowu fajna rezerwa w Twoim pisaniu. Takie rozszerzenie asortymentu. ;-)

Ja zwykle staram się wczuwać w swoich bohaterów i tworząc kreacje Sali, hm, jakby to określić, to wczuwanie było jednocześnie pasjonujące, ale też chwilami męczące i “dołujące”…

Też nieraz próbuję się tak wczuwać, więc jestem w stanie sobie wyobrazić, ile to czasem potrafi kosztować.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Świetnie potrafisz opisywać rzeczywistość oraz wejść w postać Sali. Masz niesamowitą wyobraźnię, choć akurat to opowiadanie to nie moje klimaty. Wspaniała ilustracja oraz dedykacja:).

 

Powodzenia w konkursie:)

Monique – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz :) Pozdrawiam serdecznie. Cieszę się, że rysunek się spodobał :)

Katiu, ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego Ty się zastanawiałaś, czy to opko pasuje do konkursu. Przecież tu jest wszystko, co trzeba. Opisujesz jak doszło do kolonizacji Marsa, co właściwie sprowadziło ludzi na Czerwoną Planetę. Pokazujesz, jak funkcjonuje to społeczeństwo. Wspominasz łaziki.

Fakt, przekazuje nam tę opowieść kobieta chora psychicznie, ięc może nie wsszystko jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Przyznaję, że odebrałam meheal jako oszustwo. W historii było już wiele cudownych “leków”, które miały radzić sobie z rakiem i innymi groźnymi chorobami. Pojawiały się, ludzie głupieli, a potem po cichutku znikały. I myślę, że w tym przypadku może być podobnie. Jeszcze bardziej utwierdziły mnie w tym przekonaniu metody tego lekarza. Gwałt nie znajduje się wśród technik leczenia chorób psychicznych, czy w ogóle jakichkolwiek.

Straszna to wizja, ludzie wykorzystywani do niemal niewolniczej pracy po to, by inni mogli się bogacić na ludzkiej naiwności. Wizja, jak zwykle u Ciebie, niezwykle plastycznie przedstawiona. Do tego piękna dedykacja :) Koncepcyjnie i językowo to perełka.

Gdybym miała się czegoś czepiać, to diagnozy wystawionej Twojej bohaterce. Pozbierałaś wszystko, co najgorsze, trochę bez ładu i składu i wpakowałaś jednej kruchej kobiecie.

No, i poza tym ten nieszczęsny wiatr na końcu, duch Weira ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka – przede wszystkim bardzo dziękuje za ten konkurs, bo robiąc research naprawdę dużo się naczytałam zarówno o Marsie, jak i lotach w kosmos i o łazikach. Oczywiście masz rację z mahealem, że uzależnienie od niego do niczego dobrego nie mogło doprowadzić… Jeśli chodzi o bohaterkę, to po przemyśleniu zgadzam się z Tobą i Asylum, że rzeczywście przesadziłam z tymi chorobami.

I bardzo się cieszę, że dedykacja się spodobała i muszę się przyznać, że napisałam ją, trzymając w dłoni kieliszek czerwonego wina :)

 

Jeszcze raz wielkie dzięki. Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy.

robiąc research naprawdę dużo się naczytałam zarówno o Marsie, jak i lotach w kosmos i o łazikach.

Tak szczerze mówiąc to trochę o to mi chodziło :)

 

I bardzo się cieszę, że dedykacja się spodobała i muszę się przyznać, że napisałam ją, trzymając w dłoni kieliszek czerwonego wina :)

Narobiłaś mi smaka, chyba zaraz otworzę butelkę ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ja muszę poczekać do jutra, bo teraz jestem w pracy… :( Ale jeszcze raz – zdrowie Oppiego :):):)

Nowa Fantastyka