- Opowiadanie: Zielonka - Lekarstwo

Lekarstwo

Witajcie na dyżurze bez końca. 

 

P.S. Dla zainteresowanych: Barbara Zdunk była ostatnią kobietą spaloną w Europie, posądzoną o uprawianie czarów, zaś cytat “ostatnia umiejętność ludzkości” pochodzi od Ursuli K. Le Guin.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lekarstwo

To było oczywiste, że Zofia Żagwia będzie oponować. Zmęczony Adam przetarł spocone czoło. Był młodym lekarzem o długoletnim stażu, a także wychowankiem Zofii. Na pewno domyśla się, dlaczego tak bardzo mu zależy, aby sprowadzić ją do szpitala. Ponieważ rozmowa telefoniczna przebiegała przy ordynatorze, musiało paść te kilka oficjalnych słów:

– Wie pan, doktorze, znam dobrze pański szpital. Równie dobrze mogłabym zostać w domu.

– Nie, pani Zosiu. Zapewniam, że bardzo pani się zdziwi.

– Czyżby wynalazł pan jakąś niezwykłą metodę?

– A jakże, zgadła pani. Wszystkiego dowie się pani, pani Zosiu, na moim dyżurze.

Rozmowa miała miejsce dwa tygodnie temu. Zofia przyjęła to wyjątkowe zaproszenie. Rzadko się zdarza, aby miejsce w szpitalu samo czekało na pacjenta. Budynek szpitala imienia Barbary Zdunk jest stary. Starszy niż dom, w którym mieszka wraz z rodziną Zofia. Wyposażony w kamienne, monumentalne wręcz schody prowadzące na piętro, betonowe posadzki, ciemne korytarze. Przy tym wszystkim zadziwiająco wygodne łóżko, ciepło bijące od gorących kaloryferów. Bardzo czysta łazienka. Jedyną niespodziankę stanowią świerszcze. Jest ich dziesięć. Widocznie przyciągnęła je wilgoć, i ciepło. Nikt nie miał serca, aby je zlikwidować i mieszkają tam od lata. Salowa po cichu karmi je. Zapewne nie ona jedna.

Jest środek zimy, Zofia Żagwia ma raka, i – paradoksalnie – pierwszy raz od wielu lat jest szczęśliwa. Wreszcie może wyspać się, i odpocząć.

 

*

 

Budzi ją nad ranem tradycyjny stukot drewnianych chodaków. Z nieznanej przyczyny pielęgniarki noszą je tutaj uparcie. Są jak bębny alarmowe, albo kastaniety. Zofia pstryka delikatnie palcami. Kobiety zaczynają nagle niezdarnie podskakiwać wydając przy tym wściekłe okrzyki. Spod ich butów sypią się złociste skry. Do Żagwi dopiero teraz dociera, że oprócz chodaków, wszystko w szpitalu jest żaroodporne.

Do tego pewnie pod podłogą ukrywają czerwiowe błoto myśli z nadzieją. Nagle czuje świeży podmuch powietrza.

– Ukrywaliby, gdyby trafił się czerw – mówi głośno Adam, który jak zwykle pojawia się znikąd. Nie stosuje technik psi manipulacyjnych. Taką ma zasadę. Jednocześnie tłumi mimowolny śmiech kaszląc w pięść.

– Ładnie to nazywasz: psi manipulacja.

– Pani Zosiu… – Mężczyzna jest nieco zdenerwowany.

– Tak, wiem. Mam wam załatwić robala.

– Robala już mamy. Chodzi raczej o uziemienie kondensatu energii, który się uwolni w momencie jego śmierci.

– To w czym problem? Wystarczysz do tego ty. Przecież tego cię nauczyłam.

– Nie wystarczę. Aby energia uwolniła się potrzeba czegoś równie witalnego, źródła, które zasili granicę ochronną i ukierunkuje moc energetyczną czerwia niczym błyskawicę, trafiającą w nasz utrwalacz. Przynajmniej na parę chwil. Co pani na to?

– Dużo spodziewasz się z tego pożytku?

– Mam nadzieję uleczyć cały szpital, jeśli nie całe miasto, przy jednorazowym wyładowaniu. Do tego zostanie sporo zapasów.

– No cóż, nie mam chyba wyjścia. Wchodzę w to.

Adam radośnie zaciera ręce i odruchowo zakasuje rękawy. Jego skóra wygląda, jakby składała się z samych poparzeń.

Zastanawiające, jak przy takiej dawce codziennego bólu, jaka się z tym wiąże, jest on tak świetnym lekarzem rozważa mimowolnie Zofia.

Czas się przygotować, pani Zosiu. Dzisiaj czeka panią pierwsza próba. Kobieta słyszy głos Adama w swojej głowie, zaś po chwili, z następnym drgnięciem powietrza, doktor znika.

 

*

 

Dziś odwiedzi ją córka.

– Mamo, nie mówiłam ci tego, ale zakochałam się – oznajmia jej Anna, zaraz po przywitaniu.

– No, nareszcie. Kto to? – pyta Zofia nie kryjąc przy tym ekscytacji. 

– Szczęsny Toczeń.

– Czym się zajmuje?

– Prowadzi badania nad postrzeganiem pozazmysłowym – odpowiada Anna. Na chwilę zapada cisza. Zofia czuje nagły niepokój.

– To znaczy?

– Wierzy, że ludzie mają różne zdolności. Coś takiego, jak "ostatnia umiejętność ludzkości". Ja, na przykład, jestem jasnowidzką. – Zofia w tym momencie stara się nie roześmiać. W rezultacie zaczyna się krztusić.

– Nie sądzisz, że powinnaś iść do psychiatry?

– Ale ja naprawdę to potrafię. Rozwiązuję prawidłowo wszystkie testy.

– To oszust. A ty, Aniu, jeśli naprawdę jesteś jasnowidzką, powiedz mi, czego mogę się spodziewać za tydzień o tej samej porze.

Spojrzała na mały wyświetlacz w komórce. Cyfry wskazują godzinę osiemnastą. Córka raptownie blednie. Nagle dociera do niej, że jej matkę czeka jutro rano operacja. Może nie dożyć spotkania ze Szczęsnym. Wpierw usuną guza, później zaś, po zoperowaniu, aż do skutku będą powtarzać naświetlanie oraz podłączać kroplówki z chemią. Mimo tego Anna wspomina Zofii coś o tym, że Szczęsny chciałby bardzo ją poznać. Następnie żegna się i wychodzi. Zofia stara się nie myśleć o Toczniu, gdyż źle kojarzy choćby samo jego nazwisko, tak jak stara się nie rozmyślać o operacji.

Ładnie się Adam postarał myśli, kiedy wracają wspomnienia o czerwiu. Szkoda tylko, że nie powiedział mi o Annie.

Nad możliwością śmierci Żagwia nie zastanawia się wcale. Przez resztę nocy śni sen o dance macabre, w którym proszą ją do tańca wszyscy zmarli bliscy. Naokoło latają pszczoły przywabione zapachem kwiatów, które trzymane są przez umarłych. Gra niesłyszalna dla zwykłego ucha muzyka. Zofia tańczy swobodnie nie czując strachu, gdyż wie, że po tym tańcu powróci do domu.

 

Pamięć powraca. Anna również zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, kim naprawdę jest Szczęsny. Doktor Adam przygląda się jej ze współczuciem.

– Czuję, jakby wysysał ze mnie całą energię.

– Toczeń właśnie "toczy", Aniu. Przykro mi, że jesteś naszą przynętą.

– Wiem. Jednakże nie sądziłam, że z taką łatwością wpoi mi szczep fałszywej miłości.

– Na tym to polega, niestety. Kiedy jego energia już się ulotni odzyskasz spokój. Do tego czasu musisz uważać, aby nasz plan się nie wydał.

– Znowu wymażesz mi kolejne wspomnienie?

– I tak, i nie. Raczej zamaskuję je. Tak będzie bezpieczniej. Wspomnienie powróci, kiedy będzie potrzebne. Przecież wiesz, że Toczeń przejrzy twoją pamięć.

– Co za koszmar. Nie cierpię tego obrzydliwego czerwia.

 

*

 

Zapada noc. Czyste niebo wypełniają gwiazdy. Zbiera się na mróz. Zofia Żagwia jest już po operacji. Naświetlanie ma odbyć się o dwunastej w nocy, gdyż właśnie co naprawiono aparaturę. Zofia jest jedną z wielu w kolejce. Z przerażeniem myśli o tym, że będzie musiała położyć się na zimnym blacie, znosić spokojnie wkłuwanie igieł oraz przymocowywanie diod, a potem leżeć zupełnie nieruchomo przez dwie godziny i starać się nie zasnąć. Nie będzie mogła nawet urządzić teatru ognia i cienia, w który zwykle bawi się, gdy jest czymś strapiona. Najlepiej wychodzą jej ogniste sokoły i uciekające przed nimi dymne gołębie. W takich momentach rozmyśla o przyszłości. Po drugiej stronie placu otaczającego szpital słychać, jak po szynach sunie ostatni tramwaj. Kiedy Zofia próbuje wrócić na oddział, okazuje się, że ktoś zamknął drzwi. Jest druga w nocy. Na szczęście pielęgniarka słyszy brzęczenie dzwonka. Zofia dociera ledwo żywa ze zmęczenia do swojej sali. Nie może zasnąć, gdyż mocno zmarzła. Nad ranem po raz pierwszy od operacji śni.

 

Anna odwiedza ją późnym popołudniem, w towarzystwie Szczęsnego. Zofia nie wie, co powiedzieć. Toczeń również się nie odzywa. Spędzają całą godzinę milcząc. Anna, bliska płaczu, idzie po kawę.

– Bardzo się cieszę, że wreszcie się spotykamy, pani… – niespodziewanie mówi Szczęsny. Jednakże przy próbie wymówienia jej prawdziwego imienia krztusi się i porusza jedynie bezdźwięcznie ustami.

– Przyjemność wyłącznie po twojej stronie. I zapewne nie nazywasz się Szczęsny, jak podejrzewam.

– No cóż, w świecie ludzi zawsze trzeba nosić jakieś imię.

– Moja córka wie kim jesteś?

– Mógłbym ciebie też o to samo zapytać: czy Anna wie.

– Nie wiem tylko, co powinna wiedzieć, i dlaczego przeszliśmy na “ty”.

Toczeń w odpowiedzi uśmiecha się. Zofia nie czeka na powrót córki. Chociaż jest osłabiona, zamierza zabić Tocznia. Ten zdaje się tego domyślać. Niestety, wraca Anna. Szczęsny znika. Jego miejsce zajmuje potwór: rekinia twarz wyszczerzona w upiornym uśmiechu o lśniących bolesną dla oczu bielą zębach, ostrych niczym noże. Jęzor, długi na dwa metry, owinął wokół gardła Anny. Zdaje się tym gestem mówić: widzisz, ona i tak mnie kocha, a ty nic na to nie poradzisz. W porównaniu z nim sylwetka Anny jest drobna, wręcz eteryczna, i bardzo krucha. Staje się jego wybranką. Jeśli nie sprosta wymaganiom Tocznia, zostanie kolacją. Potwór często odrywa swoim miłościom i swoim ofiarom poszczególne części ciała, a one umierają powoli się wykrwawiając. Na szczęście nie wie o pułapce. Myśli tylko o tym, że Anna chce wreszcie urodzić mu młode. Bycie matką jego potomstwa nobilituje. Byłaby bezpieczna, przynajmniej przez dwie najbliższe zimy, jeśli nie dłużej. Może nawet by dożyła kolejnego cyklu Przemiany Nieba. Dołączyłaby do jego stada. Jednakże teraz trochę się zmieniło. Anna zaś roni cicho łzy. Nie chce stać się jedną z wybranek czerwia.

“Szczęsny” – nie, pomyślała:  “czerwco robisz?”

-Jak mnie nazwałaś? W myślach, przed chwilą.

-Tak, jak się nazywasz.

Toczeń blednie. Pierwszy raz w swoim życiu czuje przerażenie. Zwykle widział je w oczach swoich ofiar. Wie już, że to pułapka. Oczekuje ataku od właśnie pojawiającego się Adama. Adam nie mówi nic. W dłoniach dzierży srebrny miecz. Czerw wypuszcza ze szponów Annę, szykuje się do skoku. Nagle słychać głośny szum. Do wnętrza wlewają się fale płomieni, tworząc wir, w którego centrum znajduje się przerażony czerw. Woła swoje plemię, ale ryk ognia zagłusza go. Nie przybywa nikt. Jego strach narasta.

Mówisz coś o plemieniu. To znak, że jest was więcej. Pokaż mi prosi go głos w czaszce. Toczeń mimowolnie ukazuje miejsce pobytu swoich współbraci. Ma przeczucie, iż właściciel głosu na tym nie poprzestanie.

 

Tymczasem Anna, półprzytomna, ułożona na łóżku polowym w pokoju pielęgniarek, po cichu płacze – chociaż nie chce – gdyż po raz kolejny śni o Szczęsnym, jak go trzyma w ramionach, jego kończyny rozwiewają się niczym dym, rozpadają niczym proch, i chociaż ratuje mu życie, czuje się winna. Przychodzi wtedy za każdym razem do swojej matki, która tak naprawdę od dawna jej nie znosi i prosi, błaga wręcz o lekarstwo. Dla niego? Zofia patrzy na nią z niesmakiem. Krzywi lekko usta, co jak jest wiadome jej córce, oznacza przede wszystkim wewnętrzny gniew, a także pogardę. Nagle zapada ciemność i cisza, niczym gęsta i ciężka kurtyna. Nieśmiała myśl przebija się przez zapory umysłu.

Nareszcie jestem wolna. Mamy go.

Niejeden uznałby to za cud.

 

*

 

Zofia ostatni raz idzie do szpitalnej łazienki. Liczy świerszcze. Tym razem jest o jednego więcej. Na jej widok owad stara się błyskawicznie uciec. Zofia mówi "Stop". Insekt zawisa w powietrzu, w połowie skoku. Kobieta zamyka go w starej puszce po landrynkach. Przeczesuje palcami włosy, które jakimś cudem nie wypadły w trakcie leczenia. Po chwili zastanowienia uśmiecha się do lustra. Odbicie w lustrze również odpowiada uśmiechem kiwając na pożegnanie głową.

A jednak wciąż tam jest myśli Zofia nie wiedząc już, czy się śmiać, czy płakać.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Zielonka.

Na błędy nie patrzyłem więc skomentuję jedynie treść. A powiem tak:

Po przeczytaniu przedmowy i początku Twojego opowiadania, tekst bardzo mnie zainteresował. Motyw szpitala o imieniu ostatniej spalonej w Europie kobiety i dziwności, które mają tam miejsce, fajnie. Tylko że…

Nie wiem, czy to przez to, że dopiero wstałem, nie zdążyłem wypić kawy i mój umysł jeszcze się nie rozruszał, ale jak dla mnie strasznie nagmatwany ten tekst jak na taką ilość znaków. Mamy świerszcze, poparzenia niewiadomego pochodzenia, znikającego doktora, jest czerw i jego związek z Anną, jakąś energię, którą należy uwolnić, ludzkie umiejętności i jeszcze inne motywy. Niby fajnie, barwnie, jest fantastyka, ale ja pogubiłem się i za cholerę nie mogę połączyć tego w jedną logiczną całość. Domyślam się jedynie, że to ów czerw był wspomnianym wcześniej robalem, z którego należy wydobyć energię w celu pozyskania lekarstwa.

Reasumując: Czyta się w miarę płynnie, było zainteresowanie, ale w tym wszystkim się trochę pogubiłem. Może jak się obudzę to mnie oświeci :)

Pozdrawiam

Witam!

 

Tekst dla mnie za trudny a przekonałem się o tym w połowie opowiadania. Na początku zaczęło się nudnawo ale potem nawet nie wiedząc co czytam wciągnęło mnie.

 

Pozdrawiam.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Cześć

Przykro mi, przede wszystkim, że masz do czynienia z homiliami – współczuję. Zapewniam Cię, że smutek to nie schizofrenia. Tak samo, jak nowotwór. 

Moje opowiadanie dotyczy rzeczywistości alternatywnej, w której wszystko jest możliwe. Pisząc to, starałam się nie oceniać moralnie sytuacji. Sytuację tą można opisać jako “leczenie raka rakiem”. W normalnej rzeczywistości byłoby to niemożliwe oraz, gdyby Szczęsny istniał w naszym świecie – byłoby to morderstwo.

Na pewien sposób jest to dość przewrotne marzenie o cudownym leku.

W każdym razie: Realuc i dawidiq150 dziękuję za uwagę i przeczytanie.

Nigdy się nie poddawać

Niestety nie zrozumiałem na czym polega intryga Adama z Anną w sprawie czerwia. Zapis dialogów i myśli kursywą też nie pomaga w zrozumieniu. Mimo wszystko opowiadanie ma swój surrealistyczny klimat i czyta się nieźle.

Mam podobne odczucia do przepiśców. Czytało się nieźle, był klimat i pomysł. Jednak pogubiłam się w trakcie czytania. Nie rozumiem zwłaszcza roli czerwia w tej historii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, ja też się pogubiłam. Z jednej strony masz świat, w którym szpital nosi imię czarownicy, lekarza, który potrafi pojawiać się i znikać. Wygląda to tak, jakby w tym alternatywnym świecie czary były czymś normalnym. A jednocześnie pojawia się dialog:

– Czym się zajmuje?

– Prowadzi badania nad postrzeganiem pozazmysłowym – odpowiada Anna. Na chwilę zapada cisza. Zofia czuje nagły niepokój.

– To znaczy?

– Wierzy, że ludzie mają różne zdolności. Coś takiego, jak "ostatnia umiejętność ludzkości". Ja, na przykład, jestem jasnowidzką. – Zofia w tym momencie stara się nie roześmiać. W rezultacie zaczyna się krztusić.

– Nie sądzisz, że powinnaś iść do psychiatry?

– Ale ja naprawdę to potrafię. Rozwiązuję prawidłowo wszystkie testy.

– To oszust. A ty, Aniu, jeśli naprawdę jesteś jasnowidzką, powiedz mi, czego mogę się spodziewać za tydzień o tej samej porze.

który bardziej pasuje do naszego świata. Ja tu widzę sprzeczność.

 

Dodatkowo sporo ilość wątków utrudnia czytanie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witajcie

Nikolzollern, Ando, mr. maras, Irka_Luz: cieszę się, że zainteresowało Was moje opowiadanie. 

 

Właściwie to mam wrażenie, że zostawiłam zbyt duże pole do domysłów. Równie dobrze Zofia mogłaby pełnić rolę przynęty dla Szczęsnego, a nie jej córka Anna – Anna jednakże jest dla niego wymarzonym “pośrednikiem” i jednocześnie rodzajem zakładnika, gdyby Zofia nie chciała współpracować. Przy tym należy dodać, że Anna zostaje “wystawiona” świadomie przez Adama.

Czerw zaś posiada niezwykłe właściwości energetyczne, które są lecznicze, przynajmniej po jego śmierci. Jest też potworem. W rezultacie jego potworności powstaje dodatkowy pretekst zabicia go, który to wykorzystują bohaterowie. Rezultat: całe miasto uleczone.

Rzeczywiście jest to świat, w którym istnieje magia, albo raczej pewne moce umysłu. Nie jest powiedziane, że wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Zofia Żagwia jako taka jest tylko jedna. Jest tam przecież naokoło pełno osób (w domyśle). Tak samo doktor Adam, i Anna.

Mr. Maras – piękne barwy wojenne.

Nigdy się nie poddawać

Opowiadanie czytało się dziwnie. Z jednej strony ciężko, bo jest strasznie pogmatwane i wielokrotnie się gubiłem, o co w ogóle chodzi, a z drugiej tak jakoś wciągnęło, że się oderwać nie mogłem :) Dlatego też nawet nie próbowałem wyłapywać błędów. Jedynie rzuciło się w oczy, że często używasz “gdyż”, może odrobinę za często. Ale ogólnie czytało się płynnie i przyjemnie.

*Przy ponownym przeglądaniu tekstu wyłapałem:

niewypadły

nie wypadły

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Dzięki za wyłapanie błędów. :) herox002. Nie sądziłam, że opowiadanie jest aż tak pogmatwane. Być może spowodował to limit znaków. Musiałam sporo się namęczyć, aby zmieścić się w limicie. Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Witajcie.

Czyżbym Cię czymś obruszyła, Arnubis? Miło, że przeczytałeś.

Dzięki za pozytywną energię, Anet.

 

 

Nigdy się nie poddawać

 

A mnie się podobało. Pewnie, mam jakieś tam uwagi (np. właśnie z tymi poparzeniami, których nie rozumiem), ale generalnie przekonał mnie klimat i niesamowitość pomysłu. Czerw-Toczeń-potwór wyszedł ci IMHO znakomicie, zresztą to klimatem ten tekst stoi. 

Nie wiem, co jest na obrazku, ale możesz go zatytułować “Plama i ja”. Ty to znaczy ten pingwin, Blacktom.

Ninedin, cieszę się, że się podobało.

 

Pozdrawiam :)

Nigdy się nie poddawać

No cóż, nie rozumiem Twojego świata, Zielonko i, mimo wyjaśnień w komentarzach, nie pojmuję tego, co wydarzyło się w szpitalu.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Roz­mo­wa ta miała miej­sce dwa ty­go­dnie temu. Zofia przy­ję­ła to wy­jąt­ko­we za­pro­sze­nie. Rzad­ko się zda­rza, aby miej­sce szpi­ta­lu samo cze­ka­ło na pa­cjen­ta. Bu­dy­nek szpi­ta­la… ―> Powtórzenia.

 

nie kry­jąc przy tym swo­jej eks­cy­ta­cji. ―> Zbędny zaimek – czy mogła chcieć ukryć cudzą ekscytację?

 

– Bar­dzo się cie­szę, że wresz­cie się spo­ty­ka­my, pani … ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

I za­pew­ne nie na­zy­wasz się Szczę­sny, jak po­dej­rze­wam. ―> I za­pew­ne nie masz na imię Szczę­sny, jak po­dej­rze­wam.

 

ślnią­cych bo­le­sną dla oczu bielą zę­bach… ―> Literówka.

 

…ostrych ni­czym na­ostrzo­ne noże. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Jęzor, długi na dwa metry, owi­nął Annie wokół gar­dła. ―> Jęzor, długi na dwa metry, owi­nął wokół gar­dła Anny.

Nie wydaje mi się, aby własny jęzor można owinąć komuś.

 

Zdaje się tym ge­stem mówić… ―> Gesty wykonuje się rękami, nie jęzorem.

 

-Jak mnie na­zwa­łaś? W my­ślach, przed chwi­lą.

-Tak, jak się na­zy­wasz. ―> Brak spacji po dywizach, zamiast których powinny być półpauzy.

 

Ocze­ku­je ataku od wła­śnie po­ja­wia­ją­ce­go się Adama. ―> Nie wydaje mi się, aby atak mógł być od kogoś.

Proponuję: Ocze­ku­je, że zaatakuje go wła­śnie po­ja­wia­ją­cy się Adam. Lub: Ocze­ku­je ataku ze strony wła­śnie po­ja­wia­ją­ce­go się Adama.

 

Czerw wy­pusz­cza ze szpon Annę… ―> Przypuszczam, że miałaś na myśli szpony/ pazury, nie szponę, więc: Czerw wy­pusz­cza ze szponów Annę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo oniryczny tekst, taki z gatunku grozy w stylu sennego koszmaru albo wspomnienia zapisanego strumieniem świadomości. Momentami mnie porwał, momentami te bardzo krótkie dynamiczne zdania nie do końca mi pasowały, bo akcja nie do końca rozwijała się w zawrotnym tempie, ale strumień słów płynął szybciej i szybciej. Coś w sobie jednak ma ta historia, bo nie wypada łatwo z pamięci.

Dzięki za poprawki regulatorzy.

Dzięki za uwagę oidrin. Tekst ten rzeczywiście zawiera wplecione elementy wspomnień bliskiej mi osoby. Zdecydowałam się umieścić go na portalu po tym, jak został przez nią przeczytany. Na szczęście jest to już historia.

Fakt, że tekst mógłby być lepiej dopracowany. 

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

Nigdy się nie poddawać

Tekst ten rze­czy­wi­ście za­wie­ra wple­cio­ne ele­men­ty wspo­mnień bli­skiej mi osoby.

No tak, to co jest jasne i zrozumiałe dla Ciebie, Zielonko, wcale nie musi być takie dla innych. Stąd pewnie zagubienie czytelników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, że o tym piszesz. Zastanawiałam się nad kwestią tego, co nazywacie “strumieniem świadomości”. Odbieram to w ten sposób, że jest to zbyt hermetyczny rodzaj przekazu, w którym nie nawiązuję właściwego kontaktu z czytelnikiem. Muszę wyjść poza ten schemat opowieści. Gubię zwykle ten moment, w którym znów się “zatapiam”. Z tego co wiem, mój sposób pisania jest też tak zwanym pisaniem intuicyjnym i muszę dużo ćwiczyć.

W jaki sposób, nie mówiąc o samym pisaniu, i czytaniu literatury, można nauczyć się pisania? Czy macie jakieś swoje chwyty, którymi możecie chociaż ogólnie się podzielić? 

Dlaczego fantastyka?

 

Pozdrawiam serdecznie 

Nigdy się nie poddawać

Jurorska notka ;)

No proszę. Już po pierwszym akapicie miałem obruszyć się, że realia szpitala przedstawione w opku można miedzy bajki wsadzić… A tutaj niespodzianka. To wyjątkowy szpitalik. Magiczny.

No właśnie. Realia opowiadania. Dlaczego matka śmieje się z córki, gdy ta oznajmia jej, że jest jasnowidzem, i każe jej poszukać psychiatry, skoro akcja toczy się, bądź co bądź, magicznym miejscu? Tak jakby autor nie do końca wiedział jakimi prawami ma rządzić się jego świat, czy utrzymać chociaż miraż realizmu, czy już zupełnie oddać się swawoli wyobraźni.

Oniryczne. To słowo mi najlepiej pasuje do tego opowiadania. Bohaterowie są zawieszeni, nie wzbudzają emocji chociaż temat umierania na raka to bardzo emocjogenne źródło. Nierealni jak widma ze snów. Wydarzenia następujące po sobie stają się niespodzianką. Ktoś jest kimś, ale nie jest. Coś się dzieje, ale nie wiadomo po co. Zamiary są niezrozumiałe, w efekcie czytelnik jest zagubiony i ma mgliste pojęcie, co tak naprawdę się dzieje w opowiadaniu. Zupełnie jakby miał opowiedzieć, co mus się śniło ostatniej nocy…

Jeżeli czytelnik nie nadąży za autorem, czy odbierze właściwie zamiary autora? Nie. Czy to tekst o chorej miłości, czy magiczny sposób na znalezienie przerzutów, czy… bez znaczenia. Czytelnik został porzucony i utonął w domysłach… na śmierć.

A sprawa ciężkiego dyżuru? Kto pełni ów symboliczny ciężki dyżur? Adam, Zofia, Anna przy umierającej matce, a może Toczeń w pokrętnym niemal magicznym wyjaśnieniu?

 

Pozdrawiam

Czwartkowy 

Blacktom: dzięki za jurorską notkę. Z założenia miał być to wieczny dyżur dr Adama. Za mało ten ważny element uwypukliłam. 

Pozdrawiam

Nigdy się nie poddawać

Fajny pomysł na połączenie czerwia z chorobą. Początek mi się podobał.

A potem tekst mnie zgubił – zrobiło się onirycznie, niejasno, zdziwniej i zdziwniej… Tu pułapka, tam zwyczajna operacja i terapia, ówdzie wymachiwanie mieczem… Co z tego jest prawdziwe, a co zmyślone?

Do tego jeszcze wskoczyły mi skojarzenia z Diuną. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj Finkla. Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję.

Zdaję sobie sprawę, że tekst ma braki i zamierzam go poprawić. Założeniem, jeśli chodzi o jego pisanie było to, że w rzeczywistości zwyczajność i “magia” mogą współistnieć. Do tego dodam, że prawie cały świat marzy o cudownych lekach. 

Pozdrawiam.

Nigdy się nie poddawać

Nowa Fantastyka