- Opowiadanie: Ganomir - Opowieść ze statku "Szkarłatna Róża"

Opowieść ze statku "Szkarłatna Róża"

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieść ze statku "Szkarłatna Róża"

Niesamowicie przepięknym widokiem przywitał nas wszechświat znany wszystkim jako droga mleczna, musicie jednak wiedzieć że gdy zapisywałem się na program lotów międzyplanetarnych by wraz z moimi nowymi kompanami zostać pierwszymi ludźmi na Marsie, w życiu bym nie pomyślał że będąc teraz w tym a jakże cudnym kawałku najnowszej technologii jakim jest ten statek kosmiczny coś będzie jeszcze w stanie mnie w tym życiu zaskoczyć i jak zwykle to bywa jeśli chodzi o kosmos, zaskoczyło mnie absolutnie wszystko.

Zapomnijcie o tych wszystkich filmach, książkach i grach, kosmosu nie da się opisać słowami, dźwiękiem czy obrazem, to coś niesamowitego i jak ktoś bardzo mądry kiedyś powiedział, faktycznie można poczuć się jak mrówka w wielkiej piaskownicy zwanej istnieniem.

Właściwie to nie wiem ile już podróżowaliśmy przez bezkresne obszary pełnych gwiazd i asteroid gdy nagle zdałem sobie sprawę że od początku lotu nikt z naszej załogi nie odezwał się nawet słowem!

Postanowiłem to oczywiście zmienić i czym prędzej zmusiłem wszystkich milczków do opowiedzenia swojej krótkiej historii i dlaczego postanowili zostać pierwszymi ludźmi na Marsie:

-Nazywam się Jimmy – rzekł największy z całej naszej czwórki – Uwielbiam chodzić na siłownię i biegać, postanowiłem przejść szkolenie na astronautę ponieważ od zawsze chciałem się dowiedzieć czy ufoludki naprawdę istnieją!

W jego głosie słychać było niesamowity entuzjazm, aczkolwiek powód dla którego zechciał wziąć udział w tej przełomowej dla ludzkości misji jest co najmniej śmieszny! „Dowiedzieć się czy ufoludki naprawdę istnieją” A to dobre!

Do głosu doszedł zdecydowanie mniejszy uczestnik naszej wyprawy:

-Edgar Philips, jestem prostym rolnikiem z małej wsi nieopodal Teksasu, nie mam żadnych zainteresowań a do programu dołączyłem w zasadzie tylko po to by zabić nudę – powiedział to z widocznym znudzeniem rysującym się na jego bladej, chudej twarzy.

Matko jedyna! Jeden gorszy od drugiego, całe szczęście że jest jeszcze trzeci astronauta który wyglądał na takiego który faktycznie zna się na rzeczy.

-Herman Davis, lubuję się w majsterkowaniu, pracuję nad wydobyciem i przetwarzaniem paliwa rakietowego a dostałem się tu właściwie przez przypadek, można by rzec że na zastępstwo

Motyla noga, czyli tylko ja tu jestem w zasadzie z jakiegoś konkretnego powodu, nie uśmiecha mi się użeranie z bandą zamkniętych głów które nie wiedzą nic o przepięknej sztuce jaką jest astrologia, poznawaniu nowych gwiazd i lubowaniu się w tym przepięknym krajobrazie ciemnej nicości wydobywającej się z pokładu naszej maszyny, zwykła ludzka przyzwoitość nakazała mi jednak bycie dla tych półgłówków miłym gdyż tylko współpraca mogła nas uratować z opresji, w końcu nie wiedzieliśmy co zastaniemy na czerwonej planecie prócz kilku odczytów z wielu łazików które zostały wysłane na Marsa.

W końcu jednak przyszła kolej na to abym ja się przedstawił:

-Henry, kosmos a w szczególności Mars zawsze były w centrum moich zainteresowań, przeszedłem wiele testów i badań abym mógł wziąć udział w tym projekcie a więc liczę na to że będziemy razem zgłębiać tajemnice tej fascynującej planety – powiedziałem to z bardzo słyszalnym, wymuszonym do granic możliwości tonem grzeczności.

Reszta zareagowała gromkim śmiechem czym wprawili mnie w niemałą irytację aczkolwiek po chwili od razu się opanowałem, w końcu wielu takich ignorantów niepotrafiących docenić czegoś tak pięknego jak zgłębianie tajników kosmosu spotkałem na swojej drodze i pewnie spotkam jeszcze dziesiątki długo, długo po tym jak ta ekspedycja dobiegnie końca.

Po tej całej sytuacji właściwie przez długie miesiące może nawet lata właściwie wymienialiśmy do siebie pojedyncze słowa gdyż właściwie żaden z nas nie przypadł sobie do gustu i byłem z tej sytuacji bardzo rad, siedząc w mojej kabinie i czytając właśnie znakomitą lekturę z czasopisma które było już dawno po terminie wydania, nagle wszystko zaczęło się trząść i spadać z półek, uczucie niepokoju i zdziwienia przerwały wyraźnie słyszalne kroki członka mojej załogi.

Do pokoju wszedł Jimmy, jego twarz zdobił radosny uśmiech ekscytacji i podniecenia, ledwo słyszalnym głosem wyrzucił z siebie:

-Henry, to już, już wylądowaliśmy!

W tym momencie i ja poczułem niesamowitą falę radości przechodzącą przez moje ciało, czym prędzej zerwałem się z łóżka i ubrałem swój skafander napełniony tlenem i wybiegłem na mostek naszego statku.

Gdy dotarłem już na miejsce naszej zbiórki okazało się że Jimmy, Edgar i Herman dawno już tam byli i tak jak ja nie mogli się doczekać otwarcia śluzy.

Brama dzieląca nas od poznania tajemnic tej przepięknej planety zaczęła powoli otwierać się z piskiem i dymem wydobywającym się z ram wyjścia statku, powoli i z należytą ostrożnością wyszliśmy na zewnątrz.

Widok był onieśmielający, pustynia zdawała się niemieć końca a przepiękne skały z bazaltu kontrastowały z kompletnie czerwonym piaskiem podobnym do wymalowanej szkarłatnej róży na naszym statku, czym prędzej zaczęliśmy poszukiwania czegoś interesującego ale na horyzoncie nie było niczego co mogło by zwrócić naszą uwagę. Podróżowaliśmy więc przed siebie z cichą nadzieją że zaraz poinformujemy naszych przełożonych o czymś przełomowym lecz z wielkim zawodem stwierdziliśmy że na razie musimy przysiąść i odpocząć, postanowiliśmy więc wrócić na pokład.

Maszerowaliśmy dobrą godzinę gdy wreszcie nasza maszyna pojawiła się na horyzoncie, stanęliśmy przed wejściem i wypowiedziałem komendę głosową otwierającą drzwi myśląc już o ciepłym łóżku i jakimś posiłku.

Z wielkim zdziwieniem patrzyliśmy na właz który nawet nie drgnął, zastanawiając się dlaczego technologia odmówiła nam posłuszeństwa, lekko poirytowany Jimmy wystąpił przed szereg i powtórzył kod głośno i wyraźnie:

-Komenda 44 – rzekł to pewnie i z wyraźną satysfakcją.

Ku naszej wielkiej uciesze drzwi puściły opadając powoli z tym samym piskiem i tańczącym dymem wokół co zwykle, nagle coś zaświeciło się na końcu korytarza statku przykuwając naszą uwagę, jakieś dziwne przeczucie kazało mi jednak uciekać jak najdalej i jak najszybciej więc czym prędzej rzuciłem:

-Uciekajcie od statku, natychmiast!

Edgar i Herman pognali za mną podczas gdy Jimmy dalej stał przed wejściem na pokład, zdążył jedynie wykonać gest wielkiego zdziwienia gdy cały statek wybuchł a niego samego objął całun płomieni, nie było szansy by go uratować, cały statek łącznie z naszym kompanem to już przeszłość…

Patrząc się na wywołany eksplozją pożar naszego całego dobytku na tej planecie nie mogliśmy uwierzyć w to co się właśnie stało, co to ma znaczyć, czy to jakiś spisek?, mieliśmy wiele pytań na które nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi jednak naszą zadumę przerwał ledwie słyszalny głos Edgara:

-Może powinniśmy – zaczął powolnym głosem – Może powinniśmy go pochować albo coś.

Wspólnie z Hermanem przytaknęliśmy głowami, co prawda Jimmy nie należał do grona osób za którymi przepadałem, jednak każda istota we wszechświecie zasługiwała na godny pochówek a nasz zmarły kompan dostąpi przecież niesamowitego zaszczytu, zostanie pierwszym człowiekiem pochowanym na Marsie.

Zabraliśmy się więc do pracy, poszedłem w okolice dymu wydobywającego się z miejsca gdzie jeszcze niedawno stała nasza maszyna, potrzebowaliśmy w końcu wydobyć ciało lub to co z niego zostało z wraku statku, znaleźć coś co mogło zastąpić nam nagrobek i nóż, mnie przypadło chyba najgorsze zajęcie i chyba już domyślacie się jakie, przedzierając się przez ostre jak brzytwy i zwęglone po eksplozji części kadłuba i walające się po ziemi rzeczy które należały niegdyś do nas uderzyło mnie jedno, zapasy, było ich zdecydowanie za mało jak na czteroosobową załogę która ma spędzić bardzo długi okres na praktycznie nie znanej planecie, wszystko to było takie dziwne, w głowie miałem taki natłok myśli że potknąłem się o coś czarnego wystającego z ziemi, przeraziłem się gdyż była to ludzka, zwęglona stopa, sam widok obrzydził mnie do takiego stopnia że pobiegłem do moich kompanów i kazałem im szukać dalszych „części” Jimmy’ego.

Wrócili po jakimś czasie z jedna ręka, kawałkiem brzucha i połową głowy, wszystko było oczywiście czarne od sadzy i odrażające z wystającymi wnętrznościami, w tym czasie ja wykopałem wielką dziurę a na części statku służącej nam jako nagrobek wyryłem nożem słowa:

„Tu spoczywa Jimmy, Najsilniejszy człowiek jaki kiedykolwiek stąpał po Marsie”

Złożyliśmy szczątki do rowu i zasypaliśmy je czerwonym piaskiem i odmawiając krótką modlitwę, wspominaliśmy naszego towarzysza podróży, niewątpliwie największego entuzjastę jakiego w życiu spotkałem.

Po tym wszystkim usiedliśmy nieopodal miejsca naszego lądowania i zaczęliśmy dosyć niepewną rozmowę:

-Słuchajcie chłopaki – zacząłem lekko podejrzliwym tonem – Jak przebiegało wasze szkolenie i testy?

Moi kompani wyraźnie się zmieszali, widać było że nie powiedzieli mi całej prawdy na statku, więc znów przemówiłem:

-Nie mieliście żadnych testów ani szkolenia prawda? – Teraz w moim głosie zabrzmiała nuta wściekłości.

Po krótkiej ciszy która zdawała mi się dłużyć w nieskończoność, przerwał przestraszony do granic możliwości Edgar:

-Zmusili nas byśmy wzięli w tym udział, powiedzieli że mają nasze rodziny, że jeśli tego nie zrobimy to zginiemy i my i oni.

-Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę ale nasze chwile są już policzone, tlenu w skafandrach starczy nam co najwyżej na kilkanaście godzin i jeśli szybko czegoś nie wymyślimy, podzielimy los Jimmy’ego.

Cała dwójka zrozumiała chyba o co mi chodzi, musieliśmy znaleźć z tych nic już niewartych szczątków coś czym moglibyśmy skontaktować się z Ziemią, by ludzie poznali prawdę że nie przylecieliśmy tutaj badać nową planetę tylko zginąć w najbardziej bestialski możliwy sposób, zginąć daleko od domu…

Niestety szczęście nam nie sprzyjało, nie znaleźliśmy nic co by nam pomogło lecz niewątpliwie pomógł nam wyjątkowy talent Hermana do składania i majsterkowania, po kilku minutach zdołał on stworzyć małą elektroniczną mapę do najbliższego łazika znajdującego się na Marsie, było to konieczne gdyż te maszyny z NASA mogły wysyłać sygnał na naszą planetę, po odpowiedniej kalibracji moglibyśmy skontaktować się z ONZ.

Po kilku godzinach spędzonych na przedzieraniu się przez pięknie wyrzeźbione skały i wyjątkowo uporczywy wiatr, dotarliśmy do punktu wskazywanego przez mapę, widok był dosyć dziwny, zastaliśmy nagrobki, ale nienależące do ludzi, to nagrobki łazików wysłanych na Marsa, cmentarzysko należące do maszyn stworzonych przez człowieka, w takim razie kto je chował? Same łaziki? Moje przemyślenia przerwały jednak zduszone okrzyki moich kompanów, skończył im się tlen w skafandrach! Próbowałem im jakoś pomóc ale nawet nie wiedziałem jak, po prostu patrzyłem jak czynności życiowe powoli ustają i po chwili która zdawała się trwać wieczność, i jeden i drugi udusili się zostawiając mnie samego na Marsie.

Toż to jakiś horror! Myślałem wtedy o samych najgorszych rzeczach, czułem że powoli wariuje a gdy zacząłem płakać stało się dla mnie jasne że chyba lepiej zdjąć hełm i podzielić los Edgara i Hermana niż dalej ślęczeć tutaj czekając na koniec tlenu. Nagle coś tryknęło mnie w plecy, gdy obejrzałem się za siebie zauważyłem nadgryziony względem czasu łazik, który na obudowie napisane miał „Opportunity” ledwie widocznym drukiem, startym przez te wszystkie lata kiedy to uznany został przez ludzi za zmarłego w burzy piaskowej.

Łazik jakby kazał mi wstać więc tak zrobiłem a następnie ruszył przed siebie więc poszedłem wolnym krokiem za tym małym szmelcem, po około 2 godzinach dotarliśmy przed rzecz którą kompletnie bym się nie spodziewał a szczególności tutaj, była to budowla! A więc Jimmy miał racje, na pewno istnieje tu jakieś życie bo nikt mi nie powie że jeden łazik zrobił to wszystko.

Wszedłem więc sam do tego ledwie oświetlonego budynku wodzony ogromną falą ciekawości, gdy spostrzegłem w końcu słabo rysującą się postać na końcu korytarza serce mi zamarło, a więc to prawda, prawdziwy Marsjanin! Moja wyobraźnia przez te kilka sekund szalała jak diabli lecz gdy podszedłem bliżej całe moje życie przewróciło się do góry nogami.

Przede mną stał najzwyklejszy w świecie człowiek, chudy z ciemnymi włosami, patrzący się swoim przenikliwym wzrokiem, badając zapewne każdy centymetr mojego ciała, tak jakbym był pierwszą osobą jaką zobaczył od długiego czasu, w głowie miałem tyle pytań więc zacząłem prosto z mostu:

-Witam, wiem że to trochę głupie ale kim jesteś? Jak to możliwe że jakiś inny człowiek dotarł tu przed nami, niebyło wcześniej przecież lotów na Marsa, odpowiedz mi proszę!

Brunet jednak nie odpowiedział, podszedł tylko powolnym krokiem w moją stronę i gdy był już bardzo blisko dotknął mojego czoła swoimi palcami.

W tym momencie zrozumiałem wszystko, rząd, prezydent, te misje, całe NASA, kończąc na tych wszystkich doniesieniach o UFO, to wszystko było tylko po to abyśmy nigdy nie dotarli na Marsa, byśmy nigdy im nie przeszkadzali, nie miałem wtedy wątpliwości że to prawdziwy Marsjanin i że na pewno jest ich więcej, ta misja od początku była przygotowana byśmy mieli zginąć, by w mediach mogli o nas napisać że umarliśmy bohaterską śmiercią a tak naprawdę była to misja samobójcza! Nie rozumiałem jednak dlaczego wybrano mnie, jedynego który przeszedł testy normalnie, nie miałem na to jednak czasu, czując że powoli świruje wybiegłem stamtąd i uciekałem ile sił w nogach by w końcu upaść i powoli czekać na śmierć, w momencie gdy to piszę nie zostało mi wiele czasu, powoli czuję już że poziom tlenu osiąga stan krytyczny, jeśli kiedykolwiek ktoś znów odwiedzi Marsa i znajdzie ten list niech wie, że cała ziemska rzeczywistość to nieprawda…

Tekst ten dedykuję pamięci Oppy, bohaterskiemu łazikowi który zginął lecz w naszej pamięci na zawsze pozostanie żywy.

Koniec

Komentarze

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

W każdym zdaniu brakuje ze stu przecinków i ogonków, ale rozumiem, że tak miało być, bo przecież tlen się kończył… Fajne opowiadanie, trochę oniryczno-groteskowe, a jak doszłam do:

a nasz zmarły kompan dostąpi przecież niesamowitego zaszczytu, zostanie pierwszym człowiekiem pochowanym na Marsie.

to już śmiałam się w głos i od razu stanęła mi przed oczami Walentyna Tierieszkowa.

Może nie miało być to wesołe, może miało powiać grozą, nie wiem. Mnie to szczerze ubawiło łącznie z interpunkcją.

 

Również nie odniosę się do przecinków, bo uznaję, że taki był zamysł Autora, coby bardzo długie i rozbudowane zdania oddawały kompletny chaos w głowie bardzo poddenerwowanego narratora się toczący ;).

 

Mi się średnio spodobało, winę ponosi za to głównie zakończenie. Było na tyle chaotycznie napisane, że musiałam 2 razy przeczytać, by zrozumieć, co się wydarzyło. Tekst cierpi na taki “syndrom pierwszego rozdziału powieści” – na końcu, w scenie z brunetem obiecujesz wielkie rozwinięcie akcji i wytłumaczenie tajemnicy lotów, a zaraz potem tekst się kończy. Jest różnica między zakończeniem otwartym a niesatysfakcjonującym.

Gdyby tekst był trochę lepiej stylistycznie napisany, byłabym dość kontent z końcówką bo mam słabość do takich. Ale nie ma wytłumaczenia do takiego braku przecinków, a brak tlenu narratora nic nie tłumaczy, w każdym razie nie dla mnie. O wiele więcej tekst by zyskał z większą liczbą zdań – więc nie tyle dopisać przecinki, co pododawać kropki. Tekst stałby się bardziej dynamiczny i bardziej adekwatny do wybranego tematu.

Podejrzewam, że niedotlenie natchnęłoby do rwanej narracji, a nie strumienia świadomości. W końcu ostatni rozdział “Ulissesa” przedstawiał przeżycia wewnętrzne pani Bloom, raczej dotlenionej :P

Wybacz, Ganomirze, ale ten tekst jest bez sensu. Kto wysyła na Marsa czterech ludzi tylko po to, żeby tam umarli? Prościej i taniej byłoby ich wepchnąć pod samochód, cokolwiek.

Wykonanie jest tragiczne. Przecinki, powtórzenia, kilometrowe zdania, zapis dialogów. 

Brak logiki.

Bohaterowie nie istnieją.

Nic tu nie ma.

Nie chcę być okrutna, ale czytaj, człowieku, czytaj i się ucz, bo nie jest dobrze.

Przynoszę radość

Niestety, już pierwsze zdanie odrzuca czytelnika. Jest za długie i wkładasz w nie kilka różnych myśli. Potem ten sam problem pojawia się notorycznie – za długie zdania, które aż się prosi podzielić. Interpunkcja nie istnieje. Są błędy ortograficzne (niemieć, niebyło) i błędy rzeczowe (bohater pasjonuje się astrologią, a nie astronomią; kosmonauci chcą się skontaktować z ONZ zamiast z NASA) i liczebniki zapisywane cyfrą. Fabuła też się nie broni, mało logiczna z mało ciekawymi bohaterami.

 

a nasz zmarły kompan dostąpi przecież niesamowitego zaszczytu, zostanie pierwszym człowiekiem pochowanym na Marsie.

To zdanie akurat niezłe :)

Przykro mi to pisać, ale to jest złe opowiadanie, w dodatku szalenie chaotyczne i raczej pozbawione sensu. Pomysł dość wątły, wykonanie wręcz fatalne i, podejrzewam, to wcale nie przypadek, ani, jak sugerują niektórzy wcześniej komentujący, celowy zabieg Autora.

Ganomirze, Twoje poprzednie opowiadanie także było napisane bardzo źle, ale nie skorzystałeś choćby z jednej uwagi, więc tym razem nie ma łapanki, albowiem zwyczajnie szkoda mi czasu na pracę, która nie jest Ci do niczego potrzebna, szkoda mi też czasu dla kogoś, kto nie ma zwyczaju odpowiadać na komentarze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No co ja mogę powiedzieć, oprócz podpisania się pod opiniami reg, Anet i Zygryfryda89? Problem z twoim tekstem jest potrójny. Na pierwszym poziomie to są wspomniane już problemy językowe – stylistyka, ortografia, interpunkcja. One wbrew pozorom utrudniają czytanie, po poprawkach tekst będzie zdecydowanie przystępniejszy.

Po drugie, sposób narracji. Masz narrację w pierwszej osobie, co powinno ją indywidualizować i skupiać na doznaniach jednej postaci. U ciebie niestety to nie działa, bo opowiadasz streszczając. Nie mamy czasu przejąć się losem postaci, ich emocjami, pożałować ich albo trzymać za nie kciuki, bo są nam podane w postaci opisu jak z encyklopedii standardowych bohaterów. 

Po trzecie, fabuła i jej wewnętrzna logika, a raczej jej brak. Literatura jest literaturą, nie streszczeniem faktów, i dobremu autorowi sprawnie napisanego tekstu nieraz ujdą jakieś nielogiczności i braki w koncepcji, jeśli je odpowiednio zamaskuje i jeżeli nie będą one zbyt wielkie. U ciebie niestety forma nie jest na tyle błyskotliwa, by zamaskować dziury w logice tekstu, a sama dziura jest na wielkim i podstawowym poziomie. Zorganizowanie misji kosztującej pewnie jakoś w 500+ milionów dolarów tylko na krótką metę i wymagającej ogromnego zaangażowania, żeby posłać tam trzech nieprzygotowanych, przypadkowych typków i jednego naiwnego wielbiciela kosmosu, po czym natychmiast ich zabić? Po co? Jak? Kto o tym zdecydował? Ten dziury w fabule nie zamaskujesz, i ona naprawdę, naprawdę przeszkadza w lekturze. 

Te rzeczy wymienione przeze mnie powyżej to nie jest superwiedza, dostępna tylko dla fachowców po kursach. Nad tym można pracować, a jak się to zrobi, to kolejne teksty będą lepsze do czytania i lepiej przyjęte. 

Ganomirze, szkoda, że nie przejrzałeś opka przed wrzuceniem na portal, a jeszcze większa szkoda, że nie reagowałeś na podpowiedzi innych użytkowników. Miałeś czas, by popoprawiać przecinki i babole, ale nie zrobiłeś nic w tym kierunku.

Sama treść jest kompletnie nieprawdopodobna. Sorry, ale nikt nie wyda takiej kasy tylko po to, żeby nie było lotów na Marsa. I w jaki sposób ci Marsjanie dogadali się z ziemskimi rządami w tej sprawie? Tu się po prostu nic nie klei.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No, mnie też nie przekonało.

Masa różnych błędów; od wymienianego już ogromnego logicznego w konstrukcji do zapisu dialogów i interpunkcji.

ubrałem swój skafander napełniony tlenem i wybiegłem na mostek naszego statku.

Ubrań się nie ubiera. Skafander po założeniu raczej jest wypełniony człowiekiem. Podejrzewam, że tlen trzyma się w butlach. I to niekoniecznie czysty.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka