- Opowiadanie: Realuc - Utopię smutek w kałuży własnej krwi

Utopię smutek w kałuży własnej krwi

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Utopię smutek w kałuży własnej krwi

Ze wszystkich możliwości pozbawienia siebie życia wybrałam spluwę.

Przystawiam lufę do skroni, palec na spuście drży. Laser czternastka szybko załatwi sprawę. Nie czuję strachu, żalu, niczego. Wszystkie pieprzone uczucia wyparowały ze mnie już dawno temu. To nie jest pierwsza próba pożegnania tego syfiastego, zrujnowanego świata. Ale pierwsza, podczas której jestem aż tak zdeterminowana.

Jedna sekunda i wszystkie problemy znikną. Przecież to takie proste.

Kurczowo dociskam powieki. Lekki napór na spust. Nogi zaczynają się uginać. Chyba zaraz zleję się w spodnie. Kurwa, przecież tym razem to miało być takie proste!

– Loka!

Do namiotu wpada Wiko. Niech go szlag!

– Oszalałaś, tak? Żarty sobie stroisz, mam rację?

Siedzę po turecku. Lufa laserowego pistoletu wciąż chłodzi skroń. Ani myślę go odłożyć.

– Odłóż to, proszę cię. Nie rób sobie jaj…

– Jaja to będą zaraz, jak będziesz zbryzgany moją krwią. Wyjdź natychmiast! – cedzę przez zęby.

– Loka… – Wiko przybliża się niepewnie o jeden krok. Biedak zakochał się w zimnej, pozbawionej uczuć suce. Oszczędzę mu chociaż widoków.

– Powiedziałam, żebyś wyszedł. Tym razem nie powstrzymasz mnie ani ty, ani nikt inny.

– Chcesz nas tutaj zostawić? Samych, na tej pierdolonej pustyni? Dobrze wiesz, że jesteś dla wszystkich ostatnią nadzieją.

– Nie udawaj, że przejmujesz się tą zgrają. Przyznaj, że myślisz tylko o sobie. Jak każdy na tym świecie.

Wiko stawia jeszcze jeden krok.

– Więc dlaczego to wszystko robisz? Po co prowadzisz nas przez to gówno już tyle czasu? Miałaś w tym jakiś egoistyczny cel!?

Wkurza się i robi purpurowy. Chyba zapomniał, że w każdej chwili mogę rozwalić sobie głowę.

– Wyjdź – rozkazuję.

– Powiedz chociaż, dlaczego? – Rozkłada ręce i stawia trzeci krok. Stoi tuż nade mną.

– Jeśli nie mam już nikogo i niczego, to dla kogo i dla czego miałabym żyć?

– Nie wiem, dla mnie?

– Tylko się pieprzymy.

Zamyślam się. Ręka ze spluwą nieco opada, odpływam w przewijające się w głowie obrazy. Wiko od razu to wykorzystuje. Delikatnie acz pewnie wykręca mi dłoń, wytrąca pistolet. Chcę kopnąć tam, gdzie zabolałoby go najbardziej, jednak okazuje się szybszy. Przygniata mnie do podłogi unieruchamiając ręce. Mogłabym uwolnić się bez większego trudu. W końcu nie bez przyczyny jestem przywódczynią ludzi spod ciemnej gwiazdy. Teraz jednak czuję jak trzymanie cholernej broni przy skroni pozbawiło mnie wszelkich sił. Jakbym przebiegła wzdłuż całą Czerwoną Pustynię.

Bezradność. Wilgoć na policzkach. Bezradność.

– To szefowa potrafi uronić łzę? Niech mnie…

– Jeśli komuś piśniesz choć słówko, to…

Wiko przystawia kciuk do moich ust. Patrzę w przenikliwie błękitne oczy, które spozierają spod czarnej, długiej grzywki.

Niech go szlag!

 

 

*

 

 

Idziemy przez ruiny miasta, którego nazwy już nawet nikt nie pamięta.

Zgliszcza monumentalnych wieżowców, niegdyś podniebnych osiedli, oraz wszystkiego tego, do czego doszedł człowiek.

I chuj wszystko strzelił.

Miotany wiatrem piasek drażni. Przywykłam. Do tego, tak jak i do zasranego, niekończącego się gorąca, do pragnienia, do głodu. Zakrywamy twarze chustami i brniemy w kierunku tego, co pozostało z budynku metrolotu. Wind wynoszących na podniebną strefę już dawno nie ma, tak samo jak tych śmiesznych, latających pociągów, ale są za to jedne z nielicznych czterech ścian wraz z dachem, które ostały się w tym mieście.

– Loka… – zagaduje Wiko.

– Jesteśmy – przerywam, ujrzawszy opierającego się o filar Garbatego.

– Znowu medytowałaś w tym swoim prehistorycznym namiocie na obrzeżach? – rzuca na powitanie.

– Ta. Gdzie reszta?

– W środku.

– To idziemy.

Kolejny raz to samo. Znowu tego nie zrobiłam. Za co zostałam skazana na tułaczkę po tym beznadziejnym świecie? Dlaczego i tym razem zabrakło mi odwagi, aby docisnąć palec odrobinę mocniej? Zaraz stanę przed tymi, którzy oczekują ode mnie cudów. A co ja mogę? Co ja, kurwa, mogę?

Cała jakże wspaniała trójka siedzi przy stole ustawionym na samym środku hali wejściowej. Grają w hologramowe karty. Po szklanym blacie pomyka czworonożny droid wielkości chomika i na bieżąco sprawdza, czy aby przypadkiem nikt nie oszukuje.

– Loka! – wydziera się Bagi i wszyscy stają na baczność jakbym była jakimś pieprzonym generałem. Na szacunek trzeba zasłużyć. Tak ludzie mawiali, mawiają, i jeśli przetrwają, mawiać będą. Ja się starałam. Starałam się, bo chciałam mieć w końcu rodzinę.

– Jakieś wieści? – pytam na wejściu.

Przed szereg wychyla się Nerw. Jedyny z nas wszystkich, który wbrew trudnym warunkom zachował posturę godną boksera wagi ciężkiej. Przeczesuje skołtunioną brodę i zaczyna wywód:

– Wykorzystaliśmy już wszystkie możliwości, do kurwy nędzy! Prędzej znajdziemy burdel na tej obsranej piaskownicy niż…

– Nerw, pozwól. – Przed łysego brodacza wdziera się Łuna. Jedyna, prócz mnie, kobieta w bandzie. Dobrze zna jego zdolności do wyolbrzymiania. Ten chłop jest jak wielka góra, w środku której drzemie małe dziecko.

– A więc? – ponaglam.

– Wróciły dziś ostatnie zwiadowcze drony. Niestety, w promieniu stu kilometrów wykorzystaliśmy już wszystko, co było możliwe. Zapasów jedzenia zostało może na góra dwa tygodnie. Czas się stąd wynosić, Loka.

– Dokąd? – pytam, choć nie oczekuję żadnej odpowiedzi.

– Nie wiem. Wiem jednak, że jeśli tutaj zostaniemy, umrzemy z głodu. Zawsze znajdywałaś wyjście. Z każdej sytuacji. Wierzymy w ciebie i tym razem.

Zajebiście. Uwielbiam taką presję.

– Dajcie mi czas do jutrzejszego wieczoru. Po świcie idę do źródła numer dwa, przyniosę tyle wody, ile udźwignie R-T4. Podczas wędrówki przemyślę wszystko i wspólnie… podejmiemy jakąś decyzję. Tak swoją drogą, Bagi, naprawiłeś R-T4?

– Powiedzmy. Zabrakło mi pewnych części, ale jest zdolny do pracy. Jedyny defekt jest taki, że nie będzie nic gadał. Musiałem odciąć jedno złączę, żeby móc…

– To nawet dobrze – przerywam kościstemu majsterkowiczowi. – Paplał zdecydowanie za wiele. A teraz wybaczcie, muszę odpocząć.

Zostawiam wszystkich i idę do jednego z dawnych szarych, ponurych pomieszczeń pracowniczych, które stały się naszymi pokojami. Siadam na wyleżanym materacu, ukrywam twarz w dłoniach i myślę nad tym, czy istnieje większa beznadziejność od tej?

Świat zrujnowany po wojnie totalnej i chemicznym armagedonie.

Klimat na całym globie rodem z Sahary.

Walka o przetrwanie.

I wspomnienia. Te przeklęte wspomnienia…

– Loka, mogę?

Nie, znowu on.

– Cholera, Wiko! Jakbyś zapomniał, dwie godziny temu próbowałam się zabić więc nie jestem w nastroju do rozmów!

– Pomyślałem, że samotność nie będzie dziś twoim sprzymierzeńcem.

– A kiedyś była, Wiko? Czy kiedyś, kurwa, była?

– Dobra, pójdę jeśli tego…

Wzdycham, po czym przerywam:

– Zostań. Skoro już jesteś, zerżnij mnie tak, jak jeszcze nigdy. Potrzebuję choć na chwilę o wszystkim zapomnieć.

Na tym kończymy konwersację i przechodzimy do czynów. Sili się na subtelność i namiętność. Muska mi kark opuszkami palców, całuje szyję, obojczyk, powoli rozpina żołnierski kombinezon. Przyspieszam wszystko, rozbierając się sama, następnie jego. To nie jest dzień na takie pieszczoty. Popycham go, upada na materac. To co trzeba jest w gotowości więc siadam. Opieram dłonie na smukłej klatce piersiowej kochanka, spinam biodra w równym tempie. Po chwili przyspieszam. Szybciej i szybciej. Zaczynamy drapać, gryźć, krzyczeć. Kochamy się dziko i bez opamiętania, niczym zwierzęta, które prawie już wymarły.

Mój krzyk, jego jęk. Koniec. Szybko, acz wspaniale. Jedna, krótka błoga chwila. Przytulam się do niego, zasnął. Miałam tego nie robić. Miałam nie dopuścić Wiko do szczątek, które pozostały z mojego serca, a jednak leżę i słucham z ukojeniem spokojnego oddechu kochanka.

Niech cię szlag! Mieliśmy się tylko pieprzyć!

 

 

*

 

 

R-T4 jest niezwykle użyteczny i sprawny jak na droida sprzed stu lat.

Dźwiga w sumie aż sześć baniaków, w każdym po dwadzieścia litrów wody. Stawia sztywne kroki na czerwonym piasku i jakimś cudem ani razu nawet się nie potknął. Może to kwestia czterech nóg i sześciu rąk? Równowaga i te sprawy, nie wiem.

Na całe szczęście dostrzegam obrzeża ruin naszego miasta, gdyż zdaje się, że zbliża się burza. I to nie byle jaka. Niebo czernieje, wzmagający się wiatr coraz mocniej wzburza drażniące drobinki tworząc piaskowe fale. Poprawiam chustę na twarzy, brnę przed siebie. Tuż za mną niezłomny R-T4, który z pewnością chciałby jakoś skomentować zaistniałą sytuację, jednak na całe szczęście nie może tego zrobić. Patrzę na zbliżającą się masakrę, następnie na miasto. Zdążymy. Z palcem w tyłku.

Chyba, że dwa cholerne Skorpiony pokrzyżują plany.

Wyłaniają się nagle, zza jednej z nawianych wydm. Nie mam wątpliwości z kim będę mieć do czynienia. Brązowe kamizele nałożone na nagie, wytatuowane torsy, białe gacie z niskim krokiem przypominające pampersa, karabiny laserowe. Nim zaczną mi grozić odzywam się pierwsza:

– Panowie, pomożecie strudzonej wędrowczyni? Zaraz przyjdzie tutaj okropna burza.

– Ta, strudzona to ty będziesz, jak cię Mały wyrucha. Robota bierzemy, razem z wodą. I jak mi się wydaję, nie jesteś sama, co? Ile was jest w tych ruinach? Ile zapasów macie? Gadaj, a może Mały będzie łagodniejszy!

Mały wcale nie jest taki mały. Tatuaż skorpiona, który noszą wszyscy członkowie tego przeklętego gangu, rozciąga się na jego napompowanym bicepsie. No nic, tak jak myślałam, z nimi nie ma gadki. Trzeba działać.

– Dobrze już, dobrze. Wszystko wam powiem…

Wypowiadając te słowa sięgam ukradkiem za pas, wyjmuję pistolet. Dwa szybkie strzały. Idioci, zlekceważyli mnie. Karabiny skierowane do ziemi nie zdążyły nawet drgnąć. Jeden laserowy promień przelatuje na wylot przez głowę Małego, drugi przez klatkę piersiową tego, który miał taką wspaniałą propozycję nie do odrzucenia. Ciała lada moment znikną pod pierzyną nawiewanego piasku. Czerwonego piasku, który wymiesza się z równie czerwoną krwią.

Patrzę na swój zbryzgany, żołnierski granatowy kombinezon. Nosili takie ci od zadań specjalnych, z Unii Bałtyckiej. Cienkie, idealne na te upały, jednocześnie specjalne mikrowłókno dorównuje najlepszym kamizelkom. Mieliśmy farta znajdując je w zgliszczach bazy wojskowej. Zostawiam za sobą trupy, popędzam R-T4 i kontynuujemy marsz. A ten, zważywszy na coraz to silniejszą zawieruchę, staje się cholernie trudny. Zasłaniam oczy przed wirującym wszędzie piaskiem. W tym momencie czuję zapach świeżej krwi Skorpiona.

I wracają wspomnienia, których obrazy widzę w szalejącej burzy.

O największym skurwysynie, jakiego kiedykolwiek znałam, czyli moim ojcu. O krwi, którą musiałam tak często oglądać, będąc jeszcze małą dziewczyną. O wiecznie maltretowanej i bitej matce, której nie potrafiłam pomóc. O jej śmierci, zakatowaniu przez własnego męża, i o samobójstwie tego psychola także.

O biorącej prochy siostrze, jej ponacinanym ciele, pustym wzroku. W końcu o ośrodku, do którego trafiła, a z którego nie zdążyła wyjść nim wszystko pierdolnęło.

O gwałtach, których nie tylko byłam świadkiem, lecz także niejednokrotnie ofiarą.

Ale ja, w przeciwieństwie do pozostałych członków rodziny, straciłam wszystko, nim świat uległ zagładzie. Jakby chciał mnie przygotować na najgorsze. I od zawsze towarzyszy mi ta przeklęta krew. Stworzyłam pseudo rodzinę z bandytów, wmawiając sobie, że jesteśmy dla siebie ważni. W świecie, który zrujnowany przez ludzi, zatoczył koło. W świecie, w którym ci, którzy przeżyli, wrócili do pierwotnych instynktów.

Pożywienie, picie, seks. Jednym słowem: przetrwanie.

Otrząsam się, staram się dostrzec cokolwiek w szalejącej burzy. Zdaje mi się, że widzę kontury pierwszych budowli. Zaraz będę na miejscu…

Upadam raz. Zaraz drugi, i kolejny. R-T4 chce mi pomóc, ale jak by to powiedzieć, brakuje mu ręki. Biedak jest jednozadaniowy. Jak faceci.

Czyjaś dłoń wyłania się jednak z ciemności. Znam ją. Znam przebieg jej żył oraz źle zrośniętego serdecznego. Znam przede wszystkim ten dotyk.

– W ostatniej chwili! Zaraz rozpęta się tutaj piekło! – przekrzykuje zawieruchę Wiko, po czym przejmuje od R-T4 jeden baniak i razem, obejmując mnie w pasie, prowadzą do kryjówki w gmachu metrolotu.

 

 

*

 

 

– Jestem w ciąży – mówię wprost. Od paru dni dziwnie się czułam, po powrocie z wyprawy po wodę postanowiłam to sprawdzić. I stało się.

– W sensie będziesz… będę…

– W sensie możemy mieć dziecko. A dokładniej to córkę. Test wykazał już płeć.

Wiko obejmuje mnie i całuje w czoło.

– To wspaniale!

– Wspaniale? – Nie podzielam jego entuzjazmu. – Myślisz, że co możemy jej zagwarantować? Kochającą się rodzinkę? Przytulny dom na podniebnym osiedlu? Psa w ogródku? Nie, Wiko. Wcale nie jest wspaniale.

– Chyba nie zamierzasz…

– Jeszcze nie wiem.

– Nie możesz…

– Powiedzieć ci coś, Wiko? Gdyby mnie ktoś dziś zapytał, czy wolałabym się nigdy nie narodzić, a co za tym idzie nie musiała przeżywać tego wszystkiego, czego doświadczyłam, myślisz, że wybrałabym życie?

– Loka, zawsze działasz pocho…

– Znaleźliśmy to! Wybawienie! Cud! – wrzeszczy Nerw na całą halę.

Bez słów dajemy sobie do zrozumienia, że dokończymy tę rozmowę później, i szybko udajemy się do reszty bandy. Bagi siedzi przy stole i nerwowo przegląda mapę hologramową, którą wyświetla latający nad blatem dron zwiadowczy. Majsterkowicz pokazuje paluchem na czerwony punkt i mówi podniecony:

– Nie uwierzycie. To najprawdziwsza, w pełni sprawna, drukarka jedzenia! I to jeden z nowszych modeli, z prawie pełnym naładowaniem. Hamburgerów starczy na co najmniej trzy miesiące dla wszystkich!

– Mamy to! – wrzeszczy Łuna.

– Mamy! – dołączają pozostali.

Wszyscy wiwatują, cieszą się jak z głównej wygranej na loterii. Ja też niby się cieszę. Gdzieś tam w głębi, skrycie, choć sama do końca nie wiem z jakiego tak naprawdę powodu.

– Daleko? – pytam, przerywając entuzjastyczne okrzyki.

– Jedyne czternaście kilometrów. Parę domów na krzyż, które wyłoniły się po burzy piaskowej. W jednym z nich to cacko!

– Nie traćmy czasu. Zawijamy dupy i ruszamy natychmiast. Drony oświetlą nam drogę w nocy.

– Słyszeliście, zbieramy się! – dodaje Łuna i wszyscy zaczynają szykować manatki.

Idę w kierunku swoich tobołów, pochowanych w blaszanych skrzyniach. Ktoś chwyta mnie za ramię. Obracam się. Wiko.

– Nie możesz iść. Damy sobie radę, zostań proszę.

– Nie ty tutaj rozkazujesz.

– Loka, do cholery! Wiesz, co wczoraj przeżywałem, kiedy wypatrywałem cię w burzy? Nie wyobrażałem sobie, żebyś mogła się tam nie pojawić. Nie wrócić. A teraz mam dwie. Dwie kobiety, za które jestem gotów oddać życie. I nie mydl mi oczu gadając o pieprzeniu bo wiem, że też nie jestem ci obojętny. Powtarzam: zostajesz.

Nie odpowiadam. Zaskoczył mnie stanowczością i pewnością siebie. Siadam na skrzyni jak skarcona dziewczynka i patrzę beznamiętnie na uśmiechy szykujących się do wyprawy ludzi. Widzę chwilowe zmieszanie załogi po tym, jak dostrzegają moją bierność. Wiko coś im tłumaczy, kiwają tylko głowami i wracają do krzątaniny.

Będę mieć córkę. Znaleźliśmy drukarkę jedzenia. Wiko, można powiedzieć, wyznał mi właśnie miłość. W zasadzie powinnam mieć niejeden powód, aby radować się tak jak pozostali. Z jakiejś przyczyny jednak nie mogę. Kubek gorącej wody nie zagrzeje wanny wypełnionej zimną.

– Tatuś przyniesie szamę, Lila.

Wiko kuca nagle przede mną i kładzie dłoń na lekko wydatnym już brzuchu.

– Co powiedziałeś?

– Kiedyś mówiłaś, że podoba ci się to imię, prawda? Mi też. Wszyscy w bandzie mamy przydomki. Odrzuciliśmy dawne imiona, żegnając się tym samym ze starym światem. Niech ona będzie zwiastunem lepszego jutra.

– O niczym jeszcze nie zadecydo…

– Kocham was – mówi Wiko i odchodzi, ponaglany przez resztę.

Zostałam sama. Albo i nie.

Lila. Tak, Lila brzmi pięknie.

 

 

*

 

 

– Loka, usiądź. – Łuna chodzi tam i z powrotem, reszta stoi jak słupy i patrzy pusto w podłogę. Nigdzie nie widzę Wiko.

– Gdzie on jest?

– Loka…

– Gdzie on jest!?

Łuna bierze głęboki oddech, przeczesuje krótko przystrzyżone włosy i mówi drżącym głosem:

– Skorpiony. Ubiegli nas. Sprzątnęli drukarkę sprzed nosa. Wiko próbował gonić skurwieli, wpadł w szał. Mieli snajpera…

– Pierdolisz głupoty. Powiedz, że gadasz pieprzone farmazony!

Nie odpowiada. A ja dobrze wiem, bo znam ich w końcu jak własną rodzinę, że są śmiertelnie poważni. Biegnę. Wpadam do pokoju, rygluję drzwi. Choć wiem, że stąd również usłyszą mój krzyk, wyję. Jak zaciągnięte w pułapkę zwierzę. Drapię paznokciami metalową ścianę, targam włosy, krzyczę. Nie płaczę. Limit łez został przekroczony. Czuję ból. W podbrzuszu. Okropne skurcze. Coś cieknie mi po udach. Zdejmuję spodnie. Krew wymieszana z czarnymi skrzepami.

Ból.

Skurcz.

Chlusta krew.

Mdleję.

 

 

*

 

 

Minęły dwa tygodnie. Kończy się jedzenie. Jestem cieniem. Nie ma już we mnie nic z człowieka. Ale mam jeszcze jeden cel. Ostatni. Na wieki wieków. Amen.

Podjęłam decyzję.

Spotykamy się standardowo przy szklanym stole. Witają mnie posępne miny i tłumione szepty.

– Bogi, wiemy już dokąd Skorpiony zabrały drukarkę? – pytam. Sama już nie poznaję własnego głosu.

Specjalista od robotyki mówi coś do drona i po chwili cały blat pokrywa hologramowa mapa Czerwonej Pustyni. Wskazuje na wielki hangar okrążony wieżami strzelniczymi.

– Tutaj. Trzymają tam nie tylko drukarkę. Około cztery tuziny ludzi. Snajperzy na wieżach, zasieki. Jednym słowem: nie mamy szans.

– Mamy jeszcze bombę laserową, prawda?

– Tak, ale to… ostatnia sztuka. Nasza broń ostateczna, trzymana na czarną godzinę.

– A ta jest, kurwa, jaka? Różowa?

– Co zamierzasz? – pyta Łuna.

– Przebiorę się za włóczęgę. Będę udawała samotną ocalałą, która chce do nich dołączyć. Kiedy wpuszczą mnie do środka, przy pierwszej dogodnej okazji zamontuję bombę pod maskującym polem. Idealny zasięg na taką wielkość budynku. Laserowe wiązki reagują jedynie na ludzkie ciało, więc zrobią masakrę, nie uszkadzając przy tym drukarki ani innego sprzętu. Gdy wyjdę i do was dołączę, uruchomimy konia trojańskiego. Zostaną tylko ci na wieżach. Ale w końcu potraficie trzymać spluwy, prawda?

Wysłuchali mnie w ciszy. Patrzą po sobie, niektórzy nawet się uśmiechają.

– Jest w tym jakiś sens – stwierdza Nerw.

– Ale i wielkie ryzyko – dodaje zazwyczaj milczący Garbaty.

Wchodzę na stół depcząc po błękitnej, hologramowej pustyni.

– Słuchajcie. Jestem kurewsko dumna, że mogłam wami dowodzić. I nie, nie żadnymi bandytami, jak zwykliśmy się zwać. Czy w świecie, w którym trzeba walczyć o przetrwanie, kradzież i zabijanie można uznać za przestępstwo? Czy doktor androtyki mordujący własną żonę jest mniejszym bandytą od wyrzutków, którzy nie mają innego wyjścia? Nie! Jesteśmy ludźmi, po prostu, i jeśli mamy umrzeć, umrzemy jako ludzie. Idziecie ze mną!?

– Tak! Loka! Loka! Loka! – zaczynają wrzeszczeć wszyscy.

Nerw wdrapuje się na stół i zaczyna mną podrzucać. A ja wcale nie chłonę tej chwili. W końcu jestem tylko cieniem. Cieniem, który prócz tego, co powiedział na głos, myśli jeszcze o jednym.

O zemście za dwie osoby, które stracił tak samo szybko, jak szybko pokochał.

 

 

*

 

 

Podchodzę ostrożnie do wysokich zasieków.

Włóczę nogami, udaję ledwo żywą. I wcale bardzo nie mijam się z prawdą. Brudne, pełne łat białe ponczo zakrywa skutecznie żołnierski kombinezon, którego dolną część przerobiłam na krótkie spodenki. Staję, gdy tylko strażnik na wieży mnie dostrzega. Rozkładam ręce w pokojowym geście. Czekam.

Po pięciu minutach zjawia się łysa kobieta z kolczykiem w nosie. Mierzy mnie wzrokiem, w końcu puszcza bez słowa. Przechodząc przez wąskie przejście w zasiekach zahaczam o sterczący drut. Ranię nogę, boli jak cholera. Zaciskam zęby, idę za pogwizdującą pod nosem laską.

Przechodzimy przez bramę. W hangarze panuje półmrok. Skorpiony kręcą się po wszystkich kątach, jest ich chyba więcej niż twierdził Bogi. Pełno skrzyń, worów, dziwnych przedmiotów. Smród potu. Duszno jak cholera. Łysa kobieta mówi do siedzącego na skrzyni gościa z zielonym irokezem:

– Zbłąkana owieczka.

Domniemany herszt tutejszej bandy szczerzy sztuczne, srebrne zęby i pyta:

– Skąd przychodzisz?

– Znikąd. Błąkam się od dawna usiłując kogoś znaleźć. I znalazłam. Bardzo chciałabym do was dołączyć. – Staram się być przekonująca.

– No pewnie, kto by nie chciał? – śmieje się siedzący na skrzyni. – Sprawdzimy cię na parę sposobów. Jak się spiszesz, przemyślę twoją aplikację, ha ha!

W jednej chwili zaczyna głupkowato rechotać, w drugiej natychmiast poważnieje wpatrując się w moją nogę.

I wszystko dzieję się szybko.

Zwieszam wzrok na ułamek sekundy. Przez roztargane na zasiekach ponczo widać fragment żołnierskich spodenek. Na dodatek ten kawałek, na którym jest znaczek Unii Bałtyckiej. Zostaję okrążona. Kilkadziesiąt karabinów skierowanych w moją stronę. Gościu z irokezem zeskakuje ze skrzyni, wydobywa spod kamizelki krótką maczetę i powtórnie szczerzy zębiska.

– No no no, szybko wyszło szydło z worka, co? Należysz do tej bandy, co to niedawno zabiła dwójkę naszych? Wszystko już wiemy, nasze szpiegowskie drony zlokalizowały waszą kryjówkę. Obserwowaliśmy was i dobrze kojarzę strój, który masz na sobie. Więc jak będzie, maleńka? Wyszczekasz wszystko? Albo nie, czekaj. Nic nie mów. – Przytyka ostrze do ust, oblizuje. – Powiedziałaś już za wiele. A ja nie znoszę kłamstw. Dlatego pierwszą karą dla owieczki będzie własny język we własnej dupie. Co ty na to?

Lepszy moment się nie trafi. Wszyscy zgromadzili się wokół mnie. Tym razem nie będę się wahać. Nie mam już powodów, dla których palec miałby zadrżeć. Wyciągam spod poncza bombę. Skorpiony naciskają na spusty. Laserowe pociski rozbijają się na barierze, którą uruchomiłam chwilę wcześniej ukrytym w kombinezonie mechanizmem.

Mam całe pięć sekund.

Za Wiko.

Cztery sekundy.

Za Lilę.

Trzy sekundy.

Za Łunę, Nerwa i resztę.

Dwie sekundy.

W końcu to zrobię. Utopię smutek w kałuży własnej krwi.

Jedna sekunda.

Aktywuję bombę.

 

Koniec

Komentarze

Opowiadanie-koncentrat idealny. Jest w nim wszystko: teraźniejszość i przeszłość, wyraźny, czytelny, spójny rysunek psychologiczny zarówno głównej postaci, jak i tych drugoplanowych. Zwarta, precyzyjnie poprowadzona fabuła. Mocny, satysfakcjonujący czytelnika i jedyny bezdyskusyjnie możliwy do przyjęcia finał. Trafiające do wyobraźni tło wydarzeń. Nie jestem miłośniczką fantastyki w jakiejkolwiek odmianie, więc nigdy nie widziałam sensu w ciągnięciu fabuły i wymyślaniu komplikacji przez czterysta stron albo dziesięć sezonów, skoro i tak z reguły zmierza ona do fatalnego końca. (Oczywiście, nie licząc wersji z amerykańskim światełkiem pełgającym w tunelu). Tu muszę dodać, że zrozumiem oburzenie i uzasadnioną pogardę zagorzałych wielbicieli gatunku. A więc z góry: Pardon, ale tak mam i trudno mi coś z tym zrobić. Dlatego właśnie opowiadanie Realuca zrobiło na mnie duże wrażenie – jak dla mnie powiedział wszystko, co było do powiedzenia, nie pozostawił czytelnika bez refleksji lub w obojętności do bohaterów. Zaprezentował styl i język adekwatny to treści. I na zakończenie: Z góry nie zgadzam się z ewentualnymi zastrzeżeniami typu – pomysł nienowy, pojawiał się wielokrotnie itp. Od czasu powstania tragedii antycznych i mnóstwa mitologii do dziś – było już wszystko. Dlatego dla mnie liczy się głównie umiejętność potrząśnięcia odbiorcą i to właśnie dostałam od autora. Jeszcze raz – wyrazy uznania.

 

PS

Czasem zamiast „e” wskakiwało ci „ę” w końcówkach czasowników. Nawet jeśli były jakieś inne felery, absolutnie ich nie dostrzegałam – byłam zbyt zaabsorbowana treścią.

w_baskerville, bardzo Ci dziękuję za ten potok miłych słów. Cieszę się, że dostrzegłaś w tym tekście wszystko to, o czym wspomniałaś, gdyż wiele czasu mu poświęciłem. Chyba żadne inne moje opowiadanie nie leżakowało tak długo jak to. A co do gatunków nadmienić muszę, że raczej rzadko, albo wręcz prawie w ogóle nie piszę sf. Raczej zawsze sięgam w tył, nie wprzód, dlatego też tekst ten jest swojego rodzaju eksperymentem o podwyższonym stopniu ryzyka…

Przyjrzę się końcówką, dzięki za uwagę.

No i bardzo się cieszę, że udało mi się Tobą potrząść :D

Pozdrawiam :)

 

Bardzo dobre, ponure opowiadanie. Tytuł świetny, od razu zwraca na siebie uwagę i jest klamrą spinającą fabułę. Solidnie zarysowana postać głównej bohaterki. Świat po wojnie będący tłem przedstawiony w wystarczającym stopniu, dzięki czemu czuć klimat, a jednocześnie nie widziałem zbędnych dłużyzn. Satysfakcjonujące zakończenie. Warsztat również bardzo dobry, nie wyłapałem błędów, poza wspomnianymi wyżej końcówkami, w których czasem coś zgrzyta, np. tu:

Ranię nogę, pieczę jak cholera.

 

herox, Tobie również dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że opowiadanie się podobało. Do nieszczęsnych końcówek przysiądę jeszcze dziś!

Pozdrawiam :)

Bardzo dobre. Jest świetny klimat i do tego wzbudza emocje. Podobała mi się główna bohaterka, jest wyrazista. W sumie to smutno troche… Ale tak to już bywa czasami.

Patryku, dzięki za wizytę. I owszem, trochę smutno, ale jakoś łatwiej przychodzą mi ostatnio takie teksty… Pozdrówka ;)

Pomysł nienowy, pojawiał się wielokrotnie… a tak serio to bardzo porządne typowe postapo.

Przypadła mi do gustu główna bohaterka, silna osobowość, którą przy życiu trzyma odpowiedzialność za innych. Nawet jej śmierć to poświęcenie się dla grupy. Wiko również wiarygodnie odmalowany. Mimo, że nie poznajemy całej gruoy, udaje ci się sprawić, że czytelnik interesuje się ich losem. 

Cały tekst jest wypełniony fatalizmem, nawet liedy dajesz nam nieco nadziei, zaraz zabierasz jeszcze więcej – ten element nieuchronnosci tragicznego losu jest najmocniejszym elementem tekstu. 

Gekikara, hej! Powiem Ci, że najbardziej obawiałem się reakcji i stosunku do głównej bohaterki. Ale póki co widzę, że jednak jest pozytywny odbiór co bardzo mnie cieszy :) Dzięki za komentarz!

Opowiadanie dobrze się czytało. Sprawnie łączysz znane motywy w dynamiczną historię.

Niestety, główna bohaterka mnie nie przekonała. Widzę pewną niekonsekwencję: Loka najpierw klnie, a zaraz potem mówi jak “grzeczna dziewczynka”, np. kiedy Wiko wchodzi do namiotu i zastaje ją przy próbie samobójstwa. Woła: “wyjdź natychmiast”, “wyjdź”. Tu przydałoby się mocniejsze wyp*aj! lub coś w tym stylu. Ta niekonsekwencja powtarza się w tekście.

Nie przekonuje mnie też, że młoda kobieta została szefem bandy w przedstawionym świecie. Gdyby miała jakąś specjalną zdolność, prędzej uwierzyłabym w jej pozycję. Jednak w tego typu rzeczywistości władzę objąłby prawdopodobnie najsilniejszy fizycznie mężczyzna.

Zabrakło garści przecinków w tekście. Tu bym zmieniła:

Miałam nie dopuścić Wiko do szczątek, które pozostały z mojego serca -->szczątków

Próbuję wyobrazić sobie drukarkę jedzenia, ale nie potrafię. ;)

Cześć, Ando. Cieszę się, że dobrze się czytało. A teraz trochę będę się jednak bronił.

 

Widzę pewną niekonsekwencję: Loka najpierw klnie, a zaraz potem mówi jak “grzeczna dziewczynka”

Według mnie nigdzie nie mówi jak grzeczna dziewczynka. A to, że nie przeklina co drugie słowo, i w chwili bezradności mówi wyjdź zamiast wypierdalaj świadczy tylko o tym, że nie jest jedynie rzucającą mięchem laską. 

Nie przekonuje mnie też, że młoda kobieta została szefem bandy w przedstawionym świecie.

Po pierwsze wydaję mi się, że nigdzie nie jest napisane, że jest młodą kobietą. W ciążę zajść mogła równie dobrze po 40-stce. Po drugie, parokrotnie zaznaczam w tekście, choćby w dialogach, że członkowie bandy wiele jej zawdzięczają. Że nieraz uratowała ich z opresji i znajdywała wyjście z trudnych sytuacji. To chyba cenniejsze niż męski osiłek bez pomysłu na przetrwanie?

 

Próbuję wyobrazić sobie drukarkę jedzenia, ale nie potrafię. ;)

Ando, nie musisz sobie nic wyobrażać. Użyj googli. Takie cudeńka istnieją już w dzisiejszych czasach :)

 

Dzięki za komentarz i pozdrawiam.

“Drukarki jedzenia” istniejące dzisiaj to urządzenia ozdabiające/ udziwniające potrawy. Jeśli brakuje jedzenia, szuka się najprostszych rzeczy, a nie skomplikowanych urządzeń. Sama maszyna nie gwarantowała zaspokojenia głodu, potrzebne były półprodukty.

Żeby postać była wiarygodna, powinna reagować typowo, zgodnie z własnym charakterem. Dotyczy to też wypowiadania się w tym samym stylu. Zauważ też, że w silnych emocjach człowiek ma większą skłonność do przekleństw niż wtedy, gdy się kontroluje. A jeśli nie przekleństw, to bardziej bezpośrednich zwrotów.

Nie przekonuje mnie Twoja argumentacja odnośnie przywództwa bohaterki. Oczywiście, wolę czytać o silnej postaci kobiecej niż o osiłku, ale takie rozwiązanie warto poprzeć argumentami. Jeśli Loka uratowała bandę, można podać przykład, jakiś strzępek wspomnienia lub pokazać jej wyjątkową cechę, która zapewniła jej przewagę nad pozostałymi.

Mówimy jednak nie o drukarkach dzisiejszych lecz o drukarkach za kilkaset lat. Myślę, że wtedy nie będą jedynie pełnić funkcji ozdobnej, gdyż świat idzie w kierunku pełnej wygody.

Co do pozostałych kwestii rozumiem Twoje spostrzeżenia i będę miał w przyszłości na uwadze.

Dobrej nocki

Cześć Realucu,

Bez ściemy – to najlepszy Twój tekst (z tych które znam). Jest dobrze zakomponowany, napisany bardzo fajnym językiem i, jak zwykle u Ciebie, krwawy :P

Że klasyczne postapo? Co z tego, to konwencja, każdy ma prawo sobie spróbować (się nieźle zgraliśmy, bo ja wrzuciłem tekst postapo dzień przed Tobą). Że sa bandy, herszci tych band i że walczą ze sobą o zasoby? Bardzo dobrze. A że jeszcze dolałeś sosiku psychologizuezującego, który, wydaje mi się, trzyma się kupy – tym lepiej.

Same plusy?

Nie.

Dialogi mi nie leżą. Państwo są elokwentni, mówią do siebie “przyznaj”, mówią o “wykorzystanych możliwościach”, że “sobie nie wyobrażają” i tak dalej. Jest trochę nienaturalnie i, mimo przekleństw – jakoś tak grzecznie. Poupychałeś w dialogach sporo informacji, może to dlatego?

 

Drobnostki:

 

Pocisk laserowy – Nie znam się, ale czy laser to nie promień po prostu, a pocisk to, no wiesz, kawałek metalu?

 

I tu: Cienkie, idealne na te upały, jednocześnie specjalne mikro włókno dorównuje najlepszym kamizelką

 

Z przyjemnością klikam Biblioteke :)

Zdawałoby się, że podobnych historii było już wiele, ale ta, Realucu, wywarła na mnie naprawdę dobre wrażenie, zwłaszcza że została opowiedziana niezwykle oszczędnie, a jednocześnie nie pozostawiła żadnych wątpliwości tak w części wydarzeń bieżących, jak i przeszłości.

Trochę zaskoczyło mnie, że grupą dowodziła dziewczyna, ale z drugiej strony, dlaczego nie – czy zawsze musi dominować napakowany byczek? Odniosłam wrażenie, że Loka byłą mądrą, odważną i doświadczoną kobietą, zaradną i dbającą o swoich ludzi, a takich przywódców ceni się i chętnie przyjmuje ich zwierzchnictwo. Ponadto, jeśli dobrze zrozumiałam, to ona zorganizowała grupę.

Zakończenie smutne, ale nie wyobrażam sobie, aby mogło być inne.

Klikam, bo wiem, że poprawisz usterki. ;)

 

uj­rzaw­szy pod­pie­ra­ją­ce­go się o filar Gar­ba­te­go. ―> …uj­rzaw­szy o­pie­ra­ją­ce­go się o filar Gar­ba­te­go.

Podpierać można się czymś, np. laską. O coś można się oprzeć, np. o ścianę, o drzewo.

 

Przed ły­se­go bro­da­cza wdzie­ra Łuna. ―> Chyba miało być: Przed ły­se­go bro­da­cza wdzie­ra się Łuna.

 

spe­cjal­ne mikro włók­no do­rów­nu­je naj­lep­szym ka­mi­zel­ką. ―> …spe­cjal­ne mikrowłók­no do­rów­nu­je naj­lep­szym ka­mi­zel­kom.

 

Zdaję mi się, że widzę kon­tu­ry pierw­szych bu­dow­li. ―> Literówka.

 

R-T4 chce mi pomóc, ale jakby to po­wie­dzieć… ―> R-T4 chce mi pomóc, ale jak by to po­wie­dzieć

 

W za­sa­dzie po­win­nam mieć nie jeden powód… ―> W za­sa­dzie po­win­nam mieć niejeden powód

 

– Skor­pio­ny. Ubie­gły nas. Sprząt­nę­ły dru­kar­kę sprzed nosa. ―> Piszesz o ludziach, którzy przybrali taką nazwę, więc: – Skor­pio­ny. Ubie­gli nas. Sprząt­nę­li dru­kar­kę sprzed nosa.

 

Za­gry­zam zęby, idę za po­gwiz­du­ją­cą pod nosem laską. ―> Zaciskam zęby, idę za po­gwiz­du­ją­cą pod nosem laską.

Nie wydaje mi się, aby zęby można zagryźć.

 

Lep­sze­go mo­men­tu nie znaj­dę. ―> Czy moment można znaleźć?

Może: Lep­sze­go mo­men­tu nie będzie. Lub: Lep­szy mo­men­t się nie trafi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łosiot,

Wow, cieszę się, że tak dobrze przyjąłeś ten tekst :)

Co do dialogów to masz rację z tym, że rzeczywiście wiele informacji chciałem zawrzeć właśnie podczas wypowiedzi bohaterów. Co za tym idzie możesz mieć również rację z tym, że podczas tego zabiegu naturalność wypowiedzi mogła miejscami nieco uciec. Przyjrzę się temu i może uda się coś dopracować.

A co do Twego tekstu, nie dość, że również postapo, to jeszcze niemal taka sama ilość znaków :D Z pewnością je przeczytam, może nawet zaraz :)

Dzięki za klik!

 

Reg,

Niezwykle się cieszę, że tym razem udało mi się Ciebie zadowolić moim tekstem :D

Co do bohaterki to Twoje interpretacje są bezbłędne. Nic dodać, nic ująć.

Ustereczki poprawiłem jak tylko wstałem z łóżka więc dziękuję za klik! :)

Realuc

Moje następne opowiadane to jednak nie będzie o Wielkiej Wojnie o Władze, ale postaram się żeby była.smiley

Ok smiley

I ja się cieszę, Realucu, że dane mi było przeczytać ciekawe, porządne opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O jej, ale mi zafundowałeś huśtawkę emocji, Realucu. 

Po pierwsze czyta się dobrze, płynnie. Akcja rozwija się proporcjonalnie do długości tekstu. Na początku, podobnie jak inni, zdziwiłam się, że bandzie przewodzi kobieta. Ale po tym, co przeszła, musiała stać się naprawdę twardą sztuką i tak właściwie, to dlaczego nie? Nieźle ci wyszła ta narracja. Bałam się, czy sobie poradzisz jako kobieta, ale ci wyszło. :p 

Ładnie przedstawiłeś relację Loki z Wiko. Zajebista scena, kiedy ona siada potulnie jak mała dziewczynka, mimo że wcześniej zdawała się być niezlękniona i nie przejmowała się nikim i niczym. Taka kobieca natura chyba już jest. Do mnie to przemówiło bardzo. 

Dalej tekst jest tak napakowany emocjami, rzekłabym, że to jakiś pieprzony rollercoaster. Fajnie opisałeś scenę seksu. A i jak prawdziwe wydają się być myśli bohaterki i jej zachowanie. Kobieta to kobieta, choćby się zapierała, zawsze podczas stosunku towarzyszą jakieś emocje. Może nie zawsze miłość, ale przynajmniej jakieś emocjonalne przywiązanie. Tak myślę… Lol.

Teraz trochę pomarudzę: przedstawiony świat nie jest nowy, gdzieś już się przewijały takie motywy, ale wybrnąłeś z tego, podobnie zresztą jak Łosiot (czytałam go wczoraj), obronną ręką. Postawiłeś na emocje, cechy osobowości, relacje międzyludzkie. Dlatego tekst nie nuży, mimo braku innowacyjności. Takich światów może być wiele, ale umiejętnie opisana historia wciągnie. Wydaje mi się, że właśnie kluczowe są tu emocje. Szkoda, że uśmierciłeś kilka osób. 

Całość odbieram pozytywnie i wciąż się trzęsę. Udane opowiadanie.

 

Bibliotekuję.

 

Hej, Saro!

Bardzo się cieszę, że tekst wzbudził w Tobie tyle emocji, naprawdę :) Starałem się jak mogłem wczuć w rolę kobiety więc fajnie, że jako kobieta uważasz, że nie zawaliłem na tej płaszczyźnie :D A co do świata przedstawionego wcale nie siliłem się na żadną innowacyjność. Skupiłem się na tym, co sama podkreśliłaś. Świat był więc tylko tłem dla potrzeb opowiedzenia historii. Tłem, które oczywiście chciałem namalować rzetelnie, lecz bez szczegółów i wdawania się w niespotykane krajobrazy :)

Dziękuję Saro i pozdrawiam!

yes

Nie przedłużając G E N I A L N E!

Bardzo mi się podobało zarówno fabuła jak i opisy, wszystko się ze sobą zgrywa.

Nie jestem tylko pewien czy głodni, często zmęczeni upałem i nie tylko ludzie mieli by ochotę się tak bzykać. Chyba że mają wystarczająco jedzenia [mało ale wystarczająco] a zmęczenie i gorąc nie są aż tak dokuczliwe. Pamiętaj że im człowiek bardziej walczy o swoje życie tym mniej chce się rozmnażać bo podobno kosztuje to sporo energii.

Nie licząc tego drobnego szczegółu jest świetnie!

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

aKuba, dzięki za komentarz, cieszę się, że się podobało :) Co do bzykania to jest tak samo naturalną czynnością człowieka jak jedzenie. I skoro pierwsi na świecie ludzie się bzykali, zapewniam, że ostatni też by to robili. Wbrew trudnym warunkom. Choć te oczywiście mogłyby zmniejszyć częstotliwość stosunków :) Pozdrawiam.

Hm, zastanawiam się czy to nie mój ulubiony z Twoich tekstów, które udało mi się do tej pory przeczytać. Przez opowiadanie przebrnęłam z zainteresowaniem od początku do końca. Dobrze nakreśleni bohaterowie, a także relacje między nimi. W tekście jest dużo emocji, ale czy to źle, w moim odczuciu na pewno nie. Opisy, dialogi, fabuła też na plus. Oczywiście klikam bibliotekę.

Dobre. Bohaterka bardzo mi się spodobała, twarda dziewczyna, ale jednocześnie jest w niej coś bardzo kruchego, kobiecego. Jest taka rozdarta między nadzieję, a poczuciem klęski. Wspomnienia wiele o niej mówią i dobrze, że ten element pojawił się w opku.

Sam postapokaliptyczny świat dobrze przedstawiony. Mam wrażenie, że tu postawiłeś na minimalizm i dobrze, bo przez to Twoja wizja robi większe wrażenie.

Masz trochę bardzo typowych dla postapo elementów, na przykład rywalizujące gangi, ale mimo tego jakoś się wyróżnia to Twoje opko.

Wysyłam do Biblioteki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki dziewczyny za kliki i pozytywne opinie! Bardzo miło, prawie tak na dobranoc :)

Jeśli chodzi o światotworzenie, to mam poczucie, jakbym wszystko już gdzieś wcześniej czytał, natomiast sposób, w jaki wykreowałeś główną bohaterkę bardzo przypadł mi do gustu. Sporo w tekście emocji, każda, albo prawie każda scena przedstawiona bardzo dynamicznie – konsekwentnie przez całe opowiadanie. Zainteresowanie rosło w miarę czytania.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Muszę przyznać, że opowiadanie wprost połknąłem – wciągające od początku, aż do samego końca. Trochę dokuczały mi wulgaryzmy, ale to już taki mój mały bzik. Kawał dobrej roboty Realuc :)

Podobało mi sie w zasadzie wszystko. Bohaterowie i ich emocje, przedstawiony świat, naprawdę dobrze to opisałeś – nie za krótko, nie za długo. Po lekturze nasunęła mi się tylko jedna wątpliwość. Dlaczego w świecie, w którym żywność i woda są tak ciężkie do zdobycia i ograniczone, Skorpiony chcą zrekrutować jakąś przybłędę, która podlazła im pod płot? Przecież to tylko kolejna gęba do wykarmienia. Chyba, że to ma być takie źródło żywności na czarną godzinę :P

Gratuluję świetnego tekstu i pozdrawiam :)

Nevazmiło, że wpadłeś i cieszę się, że mimo znanych elementów świata zainteresowała Cię historia i bohaterowie.

 

Rogas, dzięki wielkie za miłe słowa! Super, że tak Ci się podobało :) Co do rekrutacji nowej osoby do gangu, cóż. Opcji jest wiele. Może mieli w tym hangarze taki asortyment albo znali takie sposoby, że nie obawiali się braku żywności i wody. Mogli też wykorzystać nowego członka na wiele sposobów. Jako mięso armatnie w razie jakichś konfliktów, jako zwiadowcę do bardziej niebezpiecznych rejonów itp. W końcu zanim zdecydowali się ją przyjąć miała przejść próbę testów aby mogli sprawdzić, do czego mogłaby się nadawać. Choć Twoja koncepcja brzmi chyba najbardziej interesująco :D

Pozdrawiam Was panowie serdecznie!

Mam nowe opowiadanie. Wejdź na nie jeśli chcesz

Nawet niezłe to twoje opowiadanie

smiley

Fajne :)

Przynoszę radość

:)

Jak nie chodzi o pieniądze/ wyjątkowo/, to chodzi o pieprzenie. Tyle zrozumiałem.

Osoba, która chce popełnić samobójstwo. a potem dowodzi dzielnie grupą wiedzącą o jej rozdarciu jest niewiarygodna. Sorry.

Użyłeś słowa rozdarcie. W nim masz odpowiedź na zarzucaną niewiarygodność.

A skoro uważasz, że cały tekst jest tylko o pieprzeniu, to cóż… nie ma nad czym dyskutować.

 

Bardzo dobrze skonstruowana historia i taka życiowa, gdyż szybko się zaczyna i kończy…

Ech, to bardzo dobre opowiadanie, Realucu. I chociaż bardzo rzadko ingeruję w treść, tym razem muszę powiedzieć, że podobałoby mi się bardziej, gdybyś nie napisał trzech ostatnich fragmentów. I całkiem możliwe, że tak na nominację. Potwierdza się stara prawda, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. ;)

A tak na poważnie, po przeczytaniu słów “Loka, usiądź” wiedziałem już, o czym będzie do końca, a to znacznie, znacznie osłabiło emocje i fun z lektury.

Trochę szkoda, żeby nie powiedzieć bardzo szkoda.

Na pocieszenie dodam, że sprawdziłem Twój profil i nie masz jeszcze piórka, ale to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Agunia, dzięki za komentarz. Darcon, myślę, że mimo tego, iż od pewnego momentu wiadomo do czego wszystko zmierza, to jednak fragmenty, które byś wyciął, są potrzebne. Oczywiście według autora, więc osobiście niczego w tej kwestii bym nie zmienił. Ale każdy oczywiście ma własne odczucia więc dzięki, że wpadłeś i podzieliłeś się swoimi. A co do piórka to bardzo się cieszę, że tak uważasz. Wiele to dla mnie znaczy i mam nadzieję, że Twoje słowa się ziszczą :)

Hmmm. Nie w moim stylu opko, ale rozumiem, że może się podobać miłośnikom gatunku.

Dobrze napisane, wierzę ludziom, że da się poczuć emocje i związać z bohaterką.

Wprawdzie ja w tych miejscach widzę sztampowe wyciskacze łez i próbę manipulowania moimi odczuciami (ha! Najpierw trzeba je znaleźć!), ale nie jestem typowym czytelnikiem, więc możesz się nie przejmować.

Babska logika rządzi!

Finklo, dzięki za odwiedziny. Może kiedyś dokopię się również i do Twoich uczuć i poruszę je choć odrobinę w nienachalny sposób :)

Powodzenia. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka