- Opowiadanie: killman - Wołając z własnego grobu

Wołając z własnego grobu

Lasy, góry, ruiny, groby...  

A wcześniej wesoły (nie dla wszystkich) wypad na wycieczkę za miasto. 

Jako dodatek - kryptocytat z tej wielkiej polskiej powieści z epoki.

 

Tekst powstał jako dodatek do skończonej przeze mnie jakiś czas temu powieści, której akcja rozgrywa się właśnie w tym uniwersum. Bazą konceptualną dla konstrukcji świata przedstawionego jest oczywiście wiek XIX, ale, zaznaczam, to nie steampunk. Jest za to magia, tajemnice, baśniowość, a na marginesie nawet pewne tematy społeczne z epoki.

Fabuła nie łączy się w żaden sposób z fabułą wspomnianej powieści. 

 

Samo opowiadania jest raczej długie, jak na tutejsze standardy, ale proszę się nie zrażać, bo bardzo szybko się czyta. Stoi głównie dialogami i akcją. Naprawdę starałem się wszystko jak najbardziej skondensować, na ile to było możliwe. 

 

Z góry dziękuję za przeczytanie i wszelkie komentarze. Liczę, że się spodoba.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Wołając z własnego grobu

Ludzie tłoczyli się na ulicach miasta.

Zapowiedziany festyn odbywał się w Parku Ostatecznego Kompromisu i teraz każdy, kto mógł, zmierzał w tamtym kierunku, chcąc posmakować wszystkich zapowiadanych atrakcji.

– Mają mieć watę cukrową!

­– Panowie będą czynili pokazowe walki na pięści!

­– A burmistrz zapowiedział specjalne stoiska, gdzie będą serwować darmowe piwo!

­– Pewnie rozwodnione.

­– A! To na pewno! Ale zawsze…

Nerwowe podniecenie obywateli i obywatelek miasta Merwen udzielało się trójce młodych mężczyzn w studenckich, ciemnoniebieskich uniformach, którzy z posępnymi minami siedzieli w ustawionym na poboczu powozie. Duszność i letni gorąc wydawały się szczególnie dokuczliwe w miejskich murach, a każdy z nich marzył już tylko o świeżych aromatach i spokoju, jakich mieli doświadczyć podczas swojej wyprawy za miasto.

­– Plebs się bawi ­– rzucił kąśliwie pan Kacper Mauris, obserwując mijające ich przekupki z targu. Kobiety ubrane były w odświętne, to znaczy ordynarnie wielokolorowe suknie i rozłożyste kapelusze, przypominające bardziej abażury lamp z domów publicznych, niż cokolwiek innego, co by się nadawało do wyjścia na ulicę. 

Kacper Mauris, obecnie student w Akademii Powszechnego Dostatku, gdzie uczęszczał przecież nie z własnej woli, ale na wyraźne polecenie swojego ojca, odgarnął z czoła włosy. Było mu tak gorąco i nieprzyjemnie, że zapomniał nawet, aby pilnować ich odpowiedniego ułożenia. Owa charakteryzująca go nieszkodliwa mania wynikała nie tyle z błahej męskiej próżności, ile ze smutnego przymusu. Mimo młodego wieku pan Mauris, zwyczajem wszystkich mężczyzn w swoim rodzie, zaczął dość wcześnie łysieć, co przyprawiało go o istotny rozstrój nerwowy.

–­ Lecą do taniej rozrywki jak ćmy do światła ­– dodał z typowym dla siebie niezadowoleniem.

– Co chcesz: im tańsza, tym lepsza ­– odrzekł leniwie pan Robert Katz, przyglądając się jednocześnie swoim paznokciom.

­– To twoje gusta. –­ Kacper uśmiechnął się wyniośle.

Robert Katz, również student, siedział ulokowany dokładnie naprzeciwko pana Maurisa. Jego gęste rude włosy, nazywane przez życzliwe mu ciotki kasztanowymi, były częstym tematem docinków ze strony kolegów, którymi wręcz manifestacyjnie się nie przejmował. Ten wesołek o zadziornym usposobieniu stanowił niejako przeciwwagę dla wiecznie posępnego pana Maurisa.

­ – Na szczęście za moment już nas tu nie będzie ­– zakrzyknął tym razem energicznie, widząc, że Kacper zabiera się do wyrzucenia z siebie kolejnej fali narzekań, od których zaczynała już boleć go głowa.

Nagle jakby zdał sobie z czegoś sprawę i obrócił głowę w kierunku siedzącego obok młodego mężczyzny, który trwał na swoim miejscu milczący i… nudny.

Cóż, Oliver Moradzky z pewnością nie był osobą, którą można było uznać za duszę towarzystwa, ani za nikogo, kogo marzyłoby się zabrać ze sobą na kawalerską (co nie znaczy, że pozbawioną obecności pań) wyprawę za miasto.

Sam pan Moradzky najlepiej zdawał sobie z tego sprawę. Jeszcze kilka godzin wcześniej siedział schowany w jednej z rzadko używanych sal, nazywanej nie bez przyczyny Pajęczarnią, gdzie sprawdzał długie wypracowanie historyczne o nietolerancji wobec Istot Magicznych w czasach drugiego średniowiecza, napisane, a raczej wymęczone, przez jednego z uczniów, którego miał przyjemność (to jest nieprzyjemność) być korepetytorem.

Cóż, kto może wybrzydzać na pracę, ten tak naprawdę nie potrzebuje żadnej.

Moradzky zwykł przyjmować, co dawali, z pocałowaniem ręki. Wypracowanie na 6 arkuszy miało trafić na biurko nauczyciela historii w przyszłym tygodniu. To oznaczało, że poza własnymi studenckimi obowiązkami przyjdzie mu jeszcze zapoznać się ze szczegółami historii drugośredniowiecznej nietolerancji.

Właśnie w takich okolicznościach został zaproszony, by towarzyszyć kolegom z roku w ich dwudniowym relaksacyjnym wypadzie za miasto. I był to, co tu kryć, całkowity zwrot w jego dotychczasowym życiu towarzyskim. Emocjonalnie – nieszczególnie przyjemny, zwłaszcza dla takiego introwertyka, jakim był Moradzky. Rozumowo natomiast ­ jak najbardziej wyczekiwany.

No, przecież nie był głupcem i wiedział, że jeśli jego los ma się kiedykolwiek odmienić, to potrzebuje dobrze ustosunkowanych towarzyszy. A takich nie znajdzie, przesiadując w bibliotece, co lubił najbardziej, ale właśnie w trakcie godnych pożałowania, głośnych i obfitujących w sprośności i alkohol zabawach kolegów, pochodzących z dobrze sytuowanych mieszczańskich rodzin.

A zatem bez należytej ochoty, ale w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku, starając się okazywać sztuczne zadowolenie, z miną rasowego socjopaty wysłuchiwał żałosnych dykteryjek o najbardziej szalonych pijatykach i najsłodszych dziewczętach, z którymi koniecznie muszą go niebawem zapoznać.

­– Wszystkiego cię nauczymy ­– oznajmił radośnie kolega Katz. – To już najwyższy czas, aby i pan, panie Moradzky, zaznał tego, co można bez cienia przesady nazwać dogłębną koedukacją ludzi wszelkich stanów i płci, czego ja osobiście od dawna jestem wielkim zwolennikiem.

Zaraz po wypowiedzeniu tych słów i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, z łoskotem otworzył drzwiczki powozu, wychylił się i machając energicznie wolną ręką, wrzasnął na całe gardło, wprost do ucha przypadkowego przechodnia:

–­ No ileż można na państwa czekać! Jeszcze trochę i zamkną przed nami bramy tego jakże świętego przybytku miejskiego!

Swoje oburzenie kierował ku, zmierzającemu w ich stronę (wcale niespiesznie), długo wyczekiwanemu Augustowi Hartowi o czarnych włosach i bladej, romantycznej fizjognomii. Jego spojrzenie, które ćwiczył długie godziny przed lustrem i którym zwykł obrzucać wszystkie młode panienki, napotkane na ulicach Merwen, stało się wręcz legendarnym na mieście. Zwłaszcza zaś w kręgach pensjonarek, które pośród ogólnych chichotów i westchnień opowiadały sobie niestworzone historie z panem Hartem w roli głównej.

Tego dnia również prowadził za sobą wianuszek dam, co spotkało się z ogólnym aplauzem ze strony jego kolegów. Wszystkie trzy, dobrze znane Robertowi i Kacprowi, wyjątkowo kochliwe, pracowały na co dzień w miejscu, w którym cała trójka mężczyzn była częstymi gośćmi.

Gdy tylko Oliver Moradzky zrozumiał, z kim będzie mieć do czynienia, natychmiast zaczerwienił się na twarzy.

­– Halo! Tu jesteśmy! ­– Katz nie przestawał popędzać roześmianą grupkę.

­– Ale ja nie jadę ­– zaczęła już na wstępie jedna z pań: błękitnooka i błękitnowłosa Eliza. ­– Jak pan nas tak od razu popędza… ­– mówiła, podając jednocześnie swoją pulchną dłoń tak, by pan Katz pomógł jej wsiąść do powozu.

–­ Ale to nie ze złości –­ odpowiedział Robert. –­ To absolutnie nie ze złości, jedynie z troski, byśmy zdążyli dotrzeć na miejsce o właściwym czasie.

–­ Wszyscy tylko gdzieś gonią i gonią. –­ Te słowa wypowiedziała cudowna Marianna, najstarsza z całej trójki pań do towarzystwa, co absolutnie w niczym nie odbierało jej uroku. Wręcz przeciwnie, do bogactw urody dodawało jeszcze bogactwo doświadczenia.

Marianna zajęła miejsce naprzeciwko Olivera Moradzky'ego, którego zmierzyła wnikliwym spojrzeniem.

Ostatnia do powozu trafiła najmłodsza i zdaniem niektórych najmniej zmanierowana Konstancja. Natychmiast zaczęła ekscytować się nowym znajomym.

­– Ależ pan ma cudowne włosy! – mówiła do Moradzky’ego. – Całkiem jak nasz kochany pan Kacper. Tylko znacznie gęstsze – dodała bez złośliwych intencji. – Ja wprost ubóstwiam blondynów!

–­ Czy możemy już wyjechać z tego piekła? Czy też czekamy do kolejnego wieku? ­– zapytał ze skargą w głosie Kacper Mauris.

­– Niestety jeszcze nie. –­ Katz wyglądał na skruszonego.

­– Co to ma znaczyć? Każ woźnicy ruszać! ­– Mauris wypowiedział słowo woźnica takim dziwnie zmienionym tonem, jakby było w nim coś nieprzyzwoitego.

­– Czekamy na jeszcze jedną damę.

To wyznanie nie spodobało się siedzącym już w powozie paniom: Elizie, Mariannie i Konstancji. Za to panowie August i Kacper zareagowali z ożywieniem.

­– Ja mówiłam, że wysiadam! Ja od razu mówiłam, że nigdzie nie jadę! ­– zapiszczała Eliza.

­– A co to za czwarta dama? –­ zainteresowała się Marianna.

Karol Katz wytłumaczył. Entuzjazm panów opadł.

­– Ach! To będzie zajmujące! ­– rzekła uczciwie Konstancja. –­ Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo takiego!

­– Ale czy to legalne? Nie chciałabym być wmieszana w jakiś nowy skandal ­– zareagowała Marianna.

–­ Jak tak, to wysiadam.. Mówiłam od razu… ­– Eliza poruszyła się niespokojnie, jakby zamierzała opuścić powóz. Trwało to jednak bardzo krótko, po czym, dostawszy w ręce jeden z piknikowych koszy, wróciła na swoje miejsce.

Oliver Moradzky jako jedyny nie zareagował w żaden sposób. Zastanawiał się tylko, co oznacza to niezwykłe zaproszenie. Wyglądało na prowokację, a on od podobnych rzeczy wolał trzymać się jak najdalej.

Kacper Mauris zasugerował, aby wyruszyli natychmiast. Tego typu zachowanie naturalnie nie wchodziło w grę, chociaż sam pomysł zdawali się popierać wszyscy zgromadzeni. Wkrótce do powozu weszła ostatnia, przez nikogo tak naprawdę nieoczekiwana i niechciana, pani wycieczkowiczka. Katz dał znak zgarbionemu woźnicy i wyruszyli w drogę.

 

–­ Co to właściwie oznacza? –­ zapytała Konstancja, starając się brzmieć możliwie dostojnie –­ że uczęszcza pani do Akademii na prawach studenta?

–­ Czy to znaczy, że ma pani pierwszeństwo w wyborze męża z Akademii? ­– dopytała Eliza, wsuwając jednocześnie do ust kolejną czekoladkę z piknikowego kosza.

Maria Levit, studentka, uśmiechnęła się wyrozumiale.

Była ubrana zwyczajnie, w prostą, skromną suknię, która w niczym nie mogła równać się z wytwornymi toaletami trzech pań. Na jej kręconych, brązowych włosach, osadzony był słomiany kapelusz. Spojrzenie miała bystre i przenikliwe. Może nawet zbyt bystre i zbyt przenikliwe jak na kobietę, jak powiedzieliby niektórzy, stąd też powszechnie uznawano ją za zimną i suchą, a ponieważ dodatkowo nigdy, przenigdy się nie wdzięczyła również za nudną i nieatrakcyjną.

­– Pobieram nauki, jak wszyscy pozostali panowie. Na końcu otrzymam dyblom ukończenia uczelni, który pozwoli mi podjąć pracę w stosownym miejscu.

Eliza aż się zakrztusiła.

­– Ukończy pani uczelnię jako mężczyzna?

Wydawało się przez moment, że panna Levit nie rozumie pytania.

­– Raczej jako kobieta ­– odrzekła niepewnie.

–­ To jest po prostu nie do wiary! Jaki ten świat bywa zaskakujący!

Damy nie mogły się nadziwić studenckiemu statusowi Marii Levit. Wydawały się jednak uspokojone faktem, że nie okazała się ani złośliwa, ani piękna, ani, co najważniejsze, zalotna.

–­ Ja na przykład nie mogłabym być żadną studentką –­ obwieściła dumnie Eliza. ­– Te wszystkie książki, które trzeba by było czytać. Od tego przecież psuje się cera! A potem jeszcze obsługiwać ludzi w urzędzie, albo na poczcie! Przecież to takie upokarzające!

­– Ja, co najwyżej, mogłabym być aktorką w teatrze. To zawód, tak sądzę, całkiem odpowiedni dla kobiety.

­– Ale aktorki-artystki również muszą czytać książki – wytłumaczyła panna Levit, obserwując spod oka rozbawione miny panów, którzy nawet nie starali się ukryć własnych kpiarskich uśmiechów. Jedynie Oliver Moradzky od samego początku siedział milczący w całkowitym odosobnieniu, wciśnięty w kąt powozu.

–­ Aktorki muszą czytać książki? ­ zdziwiła się Konstancja. ­– Czy też zdają później egzaminy na uczelniach? Czy tam właśnie kształci się z aktorstwa?

–­ Aktorstwa nie można się nauczyć. To talent i powołanie. Ale rzeczywiście najpierw trzeba wyuczyć się na pamięć kwestii z dramatów scenicznych, odtwarzanych potem na scenie.

Panna Konstancja wreszcie zrozumiała, o co chodzi.

–­ Ach, w takim razie ja byłabym innym rodzajem aktorki. Byłabym taką, która nie ma na scenie do wypowiedzenia żadnych kwestii. Najwyżej jakieś krótkie, których nie trzeba się wcześniej uczyć. Po prostu stałabym na scenie i robiła różne rzeczy z pełną gracji postawą i pozą.

–­ Kochana, taką aktorką już jesteś! – zareagowała natychmiast Marianna, klaszcząc w dłonie. ­– I rzeczywiście doskonale radzisz sobie bez kwestii mówionych.

–­ O tak – dołączyła Eliza. ­– Choćby taki młody Hauser, który nas niedawno odwiedził. Poszło ci z nim po prostu szast-prast. Wystarczyło, że zamrugałaś oczami.

Konstancja wyglądała na zawstydzoną.

­– Odwiedzał was młody Hauser? ­– zainteresował się Kacper. –­ Z TYCH Hauserów?

­– Przyprowadził go ojciec. Chciał, abyśmy nauczyły go… –­ Zamiast dokończyć zdanie panna Eliza zachichotała znacząco.

– Panna Konstancja już go nauczyła – dopowiedziała Marianna.

­– O! Ona jest wybitną nauczycielką –­ przyznał entuzjastycznie Katz.

– Wszyscy to wiemy, Robercie – zauważył kwaśno Mauris.

Panna Konstancja nie wyglądała na zachwyconą podobnymi pochwałami. Spuściła wzrok, starając się przez skromność nie patrzeć w kierunku „obcych”, to znaczy w kierunku Moradzky'ego i panny Levit, którzy też ze swojej strony zaczęli naraz bardzo interesować się letnim krajobrazem za oknem.

– Bardzo żałuję, że mój tatko nie jest tak dbały w kwestii wykształcenia swoich latorośli –­ dodał łobuzersko Robert Katz. –­ Co więcej jest nawet przeciwny. Proszę sobie wyobrazić, że muszę mu podkradać pieniądze z jego portfela na kolejne tak ważne przecież korepetycje u pani profesor Konstancji.

W tym momencie panna Levit, cała blada na twarzy, zakaszlała znacząco i ogłosiła, że chciałaby się przesiąść na górę powozu, gdyż tu w środku, z racji ogólnej ciasnoty i duszności, robi jej się cokolwiek słabo.

Towarzystwo wydawało się zadowolone z podobnego obrotu sprawy. Gdy jeszcze Oliver Moradzky stwierdził, że i on również wolałby zająć miejsce obok woźnicy, wszyscy byli po prostu niewniebowzięci.

­– Co za szczęście, że woźnica, którego najął nasz pan Robcio to malutki gnom ­– zaszczebiotała prostodusznie Konstancja. ­– Bez trudu znajdzie się dla państwa miejsce na jego ławce.

­– Nie gnom tylko goblin –­ sprostował Robert Katz. –­ Nie musiałem go najmować, bo pracuje w naszej rodzinie już od dawna.

–­ Tym większy powód dla waszej rodowej hańby – wycedził przez zęby Kacper Mauris.

Wszyscy pozostali zamilkli nieco zniesmaczeni bezpośredniością podobnej uwagi.

 

Obydwoje, panna Levit i pan Moradzky, zajęli miejsce obok furmana-goblina, który wykonywał swoje zadanie z całkowitym oddaniem. Jeśli Oliver zakładał, że Maria Levit, jako panienka z dobrego domu, będzie miała jakiekolwiek opory, by usiąść obok podobnej Istoty, to zaskoczyła go ona bardzo pozytywnie. Nie tylko bez wahania usiadła obok goblina, ale nawet zagaiła rozmowę, pytając, czy wolno jej będzie, choćby przez krótki moment, powozić jego wehikułem.

Goblin odrzekł coś niewyraźnie, jednak sens jego wypowiedzi był więcej, niż zrozumiały. Nie ma mowy o żadnym kierowaniu pojazdem przez nikogo prócz niego samego.

Moradzky odetchnął z ulgą.

­– Nic nie szkodzi ­– odrzekła niewzruszona Maria Levit. –­ I tak podoba mi się tu o wiele bardziej niż w środku tego pudła na kółkach.

Zresztą co miałoby się tu nie podobać?

Wszystko było na miejscu, jak trzeba w trakcie wiejskiej rozrywki. Słońce hojnym gestem dzieliło się ze światem swoim blaskiem i ciepłem, wszelka drobina kwietna obsypywała łąki rozłożone wzdłuż piaszczystej drogi, drzewa szumiały zielonymi liśćmi, a czysty błękit obejmował to wszystko, nieniepokojony nawet najmniejszą z białych chmur.

Ten wiejski krajobraz przywiódł ku Moradzky'emu wspomnienia z czasów dzieciństwa, spędzonego w jego rodzinnej wsi. Przypomniał też sobie słowa z ostatniego listu, jaki przed kilku dniami otrzymał od matki. List pisany był ręką samego starosty, jedynego piśmiennego człowieka w całej okolicy.

Pozdrawiała go, życzyła dobrej nauki i aby strzegł się przed całym złem tego świata, tak ludzkim, jak i nie-ludzkim. Zwłaszcza zaś przed strzygami, wampirstwem, wilkołactwem, dziwożonami i wiedźmami.

Zapamiętał całość bardzo dobrze, bo zaraz potem list wylądował w ogniu. Nie chciał, aby po wpadnięciu w niepowołane ręce, stał się przyczynkiem do niewybrednych żartów z jego pochodzenia.

Z zamyślenia wyrwały go słowa panny Levit:

­– A więc i pana ciągnie do zapomnianych ruin?

­– Co takiego? –­ zdziwił się.

­– Pan Robert zabiera nas na zwiedzanie ruin. Przecież musiał o tym wspominać…

Widząc jego zawahanie, Maria Levit zaczęła tłumaczyć.

­– Na tym właśnie polega cały koncept naszej wycieczki w plener. Będziemy zwiedzać malownicze ruiny, podobno nawiedzone, które znajdują się na wzgórzu w granicach niedawno nabytych przez państwa Katzów dóbr ziemskich.

­– Nawiedzone ruiny… –­ Głos Moradzky'ego brzmiał co najmniej sceptycznie. – I nie zniechęciło to pani?

–­ Wręcz przeciwnie! To był główny powód, dla którego zdecydowałam się skorzystać z niespodziewanego zaproszenia. Uwielbiam takie ekscytujące przygody.

–­ Zaproszenie było dla pani niespodzianką?

Na twarzy Marii pojawił się złośliwy uśmieszek.

­– Powiedzmy, że przyjęcie zaproszenia było niespodzianką dla pana Roberta, który nie wiedział nawet, że je wystosował.

–­ Jak to możliwe? –­ Moradzky zmierzył ją ciekawym spojrzeniem.

­–Ależ to szalenie proste. Wręcz prostackie, choć wcale mi to w niczym nie przeszkadza. Usłyszałam, jak się przechwala o tych ruinach, więc zagaiłam rozmowę. Odpowiadał grzecznie i oględnie. Oczywiście, że nigdy nie zaprosiłby mnie z własnej woli, ale że akurat przechodził obok – zakaszlała znacząco – pan rektor Levit, a ja wtedy zaczęłam nastawać na swój udział w wyciecze… –­ Urwała w pół zdania.

Moradzky nie potrzebował wiedzieć nic więcej. Ot, kolejny przykład na to, jak znajomości i odpowiednie pochodzenie mogą ułatwić życie, jak się okazuje, w naprawdę wielu kwestiach. Tak w zostaniu przyjętą na studia jako jedyna kobieta na uczelni, jak i w kwestii wzięcia udziału w rekreacyjnej wyprawie za miasto. Pan Robert Katz po prostu nie miał odwagi odmówić pyskatej i pewnej siebie córce rektora.

 

Na miejsce dojechali późnym popołudniem.

Był to urokliwy zakątek w zakolu rzeki, której szmaragdowe fale leniwie obmywały obrosłe zielenią brzegi. Stała tam drewniana chatka. Wręcz wymarzone miejsce na letnisko.

Sama droga, którą tu dojechali, wiodła dalej przez las, w stronę wybrzuszającego się ku niebu wzgórza, zamykającego całą przestrzeń najbardziej charakterystycznym i imponującym elementem krajobrazu: górującym nad okolicą szczytem, na którym, wprost nad skarpą, wyodrębniał się poszarpany zarys kamiennych ruin.

Zbocze góry, przynajmniej od strony drewnianego domku na plaży, wyglądało na łagodne i przyjazne dla niewprawionych do wspinaczki turystów. Mimo to panna Eliza od razu zaznaczyła, że nie ma zamiaru wchodzić na żadną górę. Następnie razem z innymi paniami udała się do wnętrza chatki, aby zobaczyć, jak prezentuje się ich dzisiejsze schronisko. Trochę kręciły nosem na brak szczególnych wygód. Dały się jednak udobruchać i zajęły się zanoszeniem do kuchni wiklinowych koszy z jedzeniem, które furman wystawiał z dachu wozu na ziemię.

Widząc, że jego obecność wciąż drażni nieprzychylnie nastawionego do wszelkich magicznych Istot Kacpra Maurisa, pan Robert, nakazał goblinowi, aby ten spędził noc w oddalonej od chaty szopie i nie pojawiał się przed popołudniem kolejnego dnia, na kiedy zaplanowany był powrót do miasta.

Spiesząc się, aby zdążyć przed zmrokiem, całe towarzystwo natychmiast udało się na wzgórze, aby zwiedzić, tak romantycznie spoglądające na nich ze szczytu, ruiny zamku.

Panna Eliza protestowała. Szła jednak potulnie, zabawiana opowieściami pana Roberta o nawiedzonych ruinach. Pozostali chłopcy – oprócz ma się rozumieć, ciągnącego z tyłu Moradzky'ego – wyśmiewali się, że Robert jest teraz prawdziwym ziemianinem i że niedługo nie będzie chciał nawet patrzeć na takich mieszczuchów jak oni.

Katz wysłuchiwał żarty z pełną wyrozumiałością.

­– Nawiedzenie ruin jest faktem, który potwierdzają wszyscy, mający jakąkolwiek styczność z tym miejscem. Jak myślicie? Dlaczego niby chatka na plaży stoi od tylu lat pusta?

Ostatnie zdanie, zwłaszcza na paniach, zrobiło należyte wrażenie.

­– Ostatecznie ja nie mam zamiaru zwiedzać żadnych ruin ­– zaczęła niepewnie panna Eliza, zbliżając się instynktownie w kierunku Kacpra Maurisa.

­– Podobno nocami z krypty słychać jakieś upiorne zawodzenie ­– kontynuował Katz nastrojowym tonem.

Gdy stanęli na szczycie, na własne oczy przekonali się, kto tak naprawdę włada tym miejscem – całkowita pustka i rozpanoszone wszędzie szarobure zielska. Dawniej wysokie mury były teraz jedynie zaznaczone kilkoma, obrośniętymi gęstwiną, kamieniami. I tylko korpus wieży wznosił się, jak przed laty, dumnie ku górze.

­– Z daleka wyglądało to bardziej malowniczo –­ zauważył grymaśnie Kacper Mauris.

­– To przez skarpę i wieżę, która, wciąż nie wiadomo jakim cudem, trzyma się resztek muru. Z bliska zdaje się, że to tylko poszarpane przez czas i doszczętnie zmarnowane rumowisko.

Przeszli na dawny dziedziniec, a stamtąd Robert poprowadził ich ukrytym wśród zarośli przejściem wprost do wykopanego w podziemiach tunelu, który – jak zapewniał – z całego zamku zachował najwięcej posępnej oryginalności.

Chropowate i popękane ściany lochu obejmowały bezwzględną ciemność podziemi i tylko rosnące w niektórych miejscach, niczym nie niepokojone, skupiska grzybów, rzucały wokół fosforyczny, zielonkawy blask. Prowadzące w dół, schody wiodły do najszerszej kondygnacji lochów, w których to mieściła się główna, przewidziana na dziś wieczór atrakcja: grobowce.

­– Były najmniej wystawione na niekorzystne warunku pogodowe – powiedziała do idącego obok niej Augusta Harta panna Levit. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi, a po chwili zniknął gdzieś w jednej z odnóg podziemnych tuneli razem z panną Marianną.

­ – Ja już nie idę dalej! ­– zaczęła swoje zawodzenie Eliza.

­ – Ależ musimy! –­ nalegał Karol. –­ Przecież chcecie zobaczyć nawiedzoną kryptę.

–­ Ja wcale nie chcę!

­ – A ja chcę! –­ Maria Levit przyspieszyła kroku.

Katz i Mauris wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenie.

­– Ona chyba naprawdę myśli, że przyszliśmy tu na poszukiwanie duchów –­ mruknął jeden do drugiego.

­– Żałosne –­ skwitował drugi.

Po drodze mijali niewielkie komnaty, w których na wzniesieniach stały urny z prochami. Robert Katz, trochę niepewnie, jakby musiał dopiero znaleźć odpowiednią drogę, pokierował ich w stronę klaustrofobicznej, znajdującej się chyba najgłębiej pod ziemią, celi z niskim sufitem i pleśnią na ścianach.

­– Czy ktoś widział pannę Marię? –­ zainteresowała się Konstancja, gdy wszyscy już stali ściśnięci w środku. – ­ Wydawało mi się, że skręciła w niewłaściwą stronę.

­ – Sama jest sobie winna –­ mruknął Mauris. –­ Mogła nie wysuwać się na prowadzenie, skoro nie znała drogi.

Na dnie celi, której ściany wyłożone były zimnymi jak lód głazami, leżała, wyróżniająca się grubością i wykonaniem, stara kamienna płyta, z wykaligrafowanymi, trudnymi do odczytania, znakami.

­– To właśnie w tym miejscu zakopano go żywcem –­ wyjaśnił Robert.

­– Przecież nie możesz tego wiedzieć – zauważyła całkiem rozsądnie panna Eliza.

­– Cicho! – syknął Mauris. –­ Nie psuj nastroju!

­– Jeżeli nie wierzycie, możemy odsunąć pokrywę i zajrzeć do środka. Zobaczysz mury grobu poszarpane przez paznokcie, gdy nieszczęśnik zdzierał je do krwi, starając wydobyć się ze swojego więzienia.

­– Nie mam zamiaru patrzeć do żadnego grobu ­– jęknęła panna Eliza.

–­ A ja mam zamiar ­– ogłosił z werwą Kacper Mauris do stojącej obok damy. – Panowie, trzeba raz na zawsze rozwiązać zagadkę tego miejsca ­– ogłosił i dał znak, by Moradzky i Katz pomogli mu odsunąć pokrywę.

­– Ale gdzie jest panna Maria? – zaczęła znowu swoje Konstancja.

Pokrywa okazała się niemożliwie ciężka. Trójce mężczyzn udało się jednak z wielkim trudem uchylić otwór do czarnej, zadziwiająco głębokiej jak na grób, jamy.

Uderzył ich odór śmierci: zatęchła słodycz zgnilizny i ziemistość pleśni.

­– Może zapadł się od dołu ze starości –­ zastanowił się na głos Moradzky. –­ Wygląda jak zejście do podziemi, jakby bez dna…

–­ To trzeba sprawdzić –­ przerwał mu głos Augusta Harta zza pleców i dokładnie w tym samym momencie Moradzky poczuł jak czyjeś silne ręce z pełnym zdecydowaniem chwytają go za kark i zrzucają wprost do dziury w całości wypełnionej odrażającym odorem. Upadając uderzył się w głowę o twardy kamień, a lewą rękę trafił w coś miękkiego i kleistego. Wysoko nad nim stało trzech mężczyzn w studenckich uniformach. Twarze ich wykrzywiały się w grymasie samozadowolenie z dobrze wykonanego zadania.

­– Aha –­ zawołał jeden z nich –­ widzisz, jak trudno bez schodów wyjść z piwnicy? A tobie od razu zachciało się doskoczyć na sam uniwersytet… – Wyjdźże, kiedyś taki mądry…

Oliver wysunął ręce ku górze, ale nie miał szans. Grób był zbyt głęboki.

To nie był grób, lecz pułapka.

­– Spróbuj teraz wydobyć się o własnych siłach… Bez protektorów i ich wielkopańskich kaprysów… Albo pomędrkuj sobie, gdzie jest, czyje miejsce i gdzie, kto powinien żyć, mieszkać i szukać szczęścia. Masz na to całą noc, ludowy bohaterze.

Moradzky zagryzł wargę ze złości. Jeżeli miał nadzieję, że któraś z dam wstawi się zanim, zawiódł się. Te milczały, nie wiadomo zaciekawione, czy zażenowane całą sytuacją. Żadna nie zdecydowała się zainterweniować.

On sam początkowo nie wierzył, że naprawdę zdecydują się go zostawić w tym miejscu. Od smrodu, którym całkiem już przesiąknęło jego ubranie, a jak mu się zdawało nawet skóra i wnętrzności, robiło mu się niedobrze i czuł, że zaraz dostanie torsji.

A miało być jeszcze gorzej.

Dżentelmeni na górze poszeptali między sobą, po czym doszli do wniosku, że ich żart nie jest jeszcze skończony. Z wysiłkiem zasunęli kamienną pokrywę, wprost nad głową nieszczęsnego i w gruncie rzeczy oniemiałego z powodu przydarzającej mu się niegodziwości, Moradzky'ego.

W tym momencie do celi weszła Maria Levit.

­– Musiałam pomylić kierunki… –­ zaczęła i przyjrzawszy się zaciętym twarzom mężczyzn, stojących nad grobem, z którego dochodziły okrzyki kolegi Moradzky'ego od razu odgadła, czego właśnie jest świadkiem.

–­ To niemożliwe! Domagam się, abyście go panowie natychmiast wypuścili! Przecież to barbarzyństwo! –­ krzyknęła oburzona.

­– To tylko koleżeński żart –­ uśmiechnął się do niej pobłażliwie Robert Katz. –­ Proszę się nie awanturować!

­– To sprawa między studentami-mężczyznami, pani, z całym szacunkiem, tego nie zrozumie.

­ – Takie żarty to nie żarty! Przecież choćby elementarna przyzwoitość wymaga, aby…

–­ Elementarna przyzwoitość ­– przerwał jej ze złością Mauris -­ polega na tym, aby nie wbijać się na siłę tam, gdzie cię nie chcą. Co dotyczy, zdaje się, tak naszego kolegi Moradzky'ego, jak i innych osób w naszym towarzystwie.

Maria Levit uniosła wysoko głowę

­ – Żądam, abyście go panowie natychmiast wypuścili!

­– Bardzo dobrze ­– odpowiedział z zimnym uśmiechem Kacper Mauris.

Po czym wszyscy, jeden po drugim, opuścili podziemny grobowiec.

Panna Levit przełknęła urażoną dumę i pobiegła namawiać ich do powrotu. Nic nie wskórała. W każdym razie nic poza otrzymaniem dobrej rady, że skoro tak bardzo jej zależy na koledze, to ostatecznie może mu towarzyszyć w jego nocnym poszukiwaniu duchów.

Nie wiedząc, co powinna uczynić, ale z silnym poczuciem, co jest właściwie, a co nie, wróciła do krypty. Usiadła na krawędzi kamiennej pokrywy i w poczuciu całkowitej bezradności słuchała, jak Oliver Moradzky stara się wydostać na zewnątrz. W końcu nachyliła się i powiedziała donośnym tonem:

–­ Musi tam coś być, co panu pomoże dostać się na górę! Proszę tylko poszukać! Proszę się nie poddawać!

–­ Szukam… zapałek –­ usłyszała w odpowiedzi. Głos mężczyzny był zimny i pozbawiony emocji. Jak głos trupa.

Złości się, pomyślała ze zrozumieniem.

–­ Miałem je w którejś kieszeni –­ mówił dalej. ­– Wypadły w trakcie upadku.

­– Czy jama jest bardzo głęboka?

Oliver nie raczył odpowiedzieć. Zamiast tego doszło ją szuranie i chlupot błota, gdy przetaczał znajdujące się wewnątrz grobowca kamienne bryły. Wiedziała, że nawet we dwójkę – ona od góry, a on od spodu – nie dadzą rady uchylić ciężkiej pokrywy.

Wzięła głęboki wdech.

­– Jest jeszcze jeden sposób ­– rzekła, zastanawiając się, czy dobrze robi.

Wyjęła z zawieszonej na ramieniu torby niewielki przyrząd, który w nagłym natchnieniu podkradła od swojego stryja, komendanta policji merweńskiej.

– Tak się jakoś złożyło, że zupełnym przypadkiem zabrałam ze sobą antymagiczną różdżkę –­ wyjaśniła na głos.

Odpowiedziała jej cisza.

­– Pomyślałam, że jeśli mamy prześwietlać starożytne ruiny może się okazać przydatna.

Znów cisza.

Wreszcie dobiegł ją surowy głos Moradzky'ego.

­ – Nie powinna pani tego ze sobą zabierać. To niebezpieczny sprzęt. Mogą panią zaaresztować.

­– Przecież wiem o tym ­– odrzekła niezadowolona, że ją strofuje. –­ Zapewne pan nie zauważył, ale chodzimy na te same wykłady z prawa antymagicznego. Muszę przyznać jednak, że martwienie się o moje bezpieczeństwo w pana obecnej sytuacji należy uznać za wyjątkowo rycerskie zachowanie. Gdyby jeszcze wyzbyć się tego zbędnego protekcjonalizmu… Doprawdy jest pan prawie dżentelmen.

­ – Dziękuję. Wezmę to prawie za komplement ­– usłyszała spod kamiennej pokrywy.

­ – A więc teraz najważniejsze pytanie, panie Moradzky, czy jeśli użyję różdżki, aby uchylić przy jej pomocy kamienną pokrywą, napisze pan na mnie donos do urzędu policji merweńskiej?

–­ To bardzo poważne naruszenie prawa…

Co za formalista, pomyślała z niechęcią.

­– W pana sytuacji radziłabym wykazać się odrobinę większą praktycznością.

Moradzky zaczął powoli cedzić słowa:

­– Myślę, że można stwierdzić, biorąc pod uwagę moje obecne położenie, że nie jestem świadkiem łamania przez panią prawa.

–­ W takim razie to wielkie szczęście, że został pan zamknięty w tym kamiennym grobowcu. Inaczej nie mogłabym pana uratować.

Maria Levit z całych sił skupiła umysł na antymagicznym artefakcie i z jego pomocą starała się wpłynąć na położenie kamiennej płyty. Antymagia, która miała chronić ludzi przed zakusami nadnaturalnych Istot, była dozwolona do użycia jedynie osobom, posiadającym państwowe licencje. W praktyce nie otrzymywał ich nikt poza funkcjonariuszami policji, zwanych antymagami dla podkreślenia, że nie mają nic wspólnego z tradycyjną magią.

Kurs podstawowy z antymagii wykładano na uczelni, było to jednak zbyt mało, aby panna Levit mogła skutecznie uruchomić, ukryty w przyrządzie potencjał. Po dłuższym czasie, licznych przerwach i wyrzekaniach, musiała w poczuciu głębokiego rozczarowania przyznać, że nie da rady nikogo uratować.

Zanim jednak zdążyła zakomunikować cokolwiek, usłyszała dochodzący z dołu głos Moradzky'ego

­– Wydaje mi się, że coś znalazłem. Tu są jakieś zaryglowane drzwi. Może to przejście…

Już chciała krzyknąć:

­ – Nie otwieraj!

Ale powstrzymała się w porę. Byłoby to zachowanie godne jakiejś przesądnej idiotki, która obawia się upiorów z grobu. Oczywiście, że powinien spróbować je otworzyć i znaleźć jakieś alternatywne wyjście.

Doszedł ją głuchy, rytmiczny dźwięk tarcia kamieniem o kamień.

Właściwie to nawet ciekawe, kto taki został tu pochowany, zamyśliła się.

Odgłosy tarcia ustały.

­– Otwarte… – usłyszała spod ziemi.

­ – I co jest w środku? Znalazł pan te zapałki?

–­ Zamokły ­– odpowiedział niemrawo. –­ Po prostu pójdę i sprawdzę. To tunel…

­– Prowadzi w górę?

­– W dół… – Była to ostatnia rzecz, jaką usłyszała. Przywoływała go jeszcze przez chwilę, ale nie odpowiadał. Nie mając ochoty bezczynnie siedzieć i czekać wyszła na dziedziniec zamku. Ze zdziwieniem spostrzegła, że jest już noc.

Noc, ruiny, groby i ona sama na środku pustkowia… Przez chwilę wydawało jej się, że widzi, jak coś porusza się między drzewami. Może to chłopcy wrócili, aby wydobyć nieszczęsnego Moradzky'ego z pułapki? Gdyby to byli oni, gotowa byłaby im wybaczyć, a nawet śmiać się razem z nimi z okrutnego żartu. Gdyby to byli oni… Nikt jednak się nie pojawił. Zwykłe złudzenie, o które łatwo w podobnych okolicznościach. Zła na siebie za ten sentymentalny odruch wróciła z powrotem do podziemnego grobowca.

Przywoływanie go na nic się nie zdało. Moradzky przepadł i teraz ona po raz pierwszy poczuła się równie osamotniona i porzucona.

­ Nie mogę się poddać. Inaczej zacznę się bać ­ powiedziała do siebie.

Tym razem już bez chorobliwej chęci udowodnienia czegoś samej sobie, za to z pełną determinacją i wielkim pragnieniem otworzenia grobu zajęła się szeptaniem zaklęć w kierunku różdżki. Opuszkami palców dotykała, wtopionych w nią, kamieni, w których zapisana była – przynajmniej tak twierdzono na wykładach – moc, łącząca ich świat z setkami innych, z których pobierano potężną energię.

Walcząc z narastającą dekoncentracją, nareszcie poczuła, że w jej głowie pojawia się jakiś całkiem nowy, nieznany jej wcześniej zapis myśli, nawet nie słów, ale niewyraźnych obrazów i znaków. Dała się pokierować i w końcu usłyszała jak ciężki płaski kamień, zakrywający szczelnie dziurę w podziemnej krypcie, zaczyna przesuwać się, wydobywając z siebie niemożliwie piskliwe odgłosy. Gdy szczelina w ziemi zrobiła się na tyle szeroka, aby mógł przejść przez nią dorosły mężczyzna, wzięła głęboki oddech i przerwała połączenie z artefaktem.

Ciało drżało jej z ekscytacji, a umysł stał się nagle senny i otępiały. Trwało to wszystko jakiś czas, podczas którego Maria Levit zaczęła obawiać się, że być może zapada w paraliż, spowodowany faktem, że przywłaszczyła sobie cudzy artefakt antymagiczny. Wreszcie jednak skutki użycia czaru minęły. Odpływały falami, zostawiając ją samą z tym dziwnym poczuciem obcowania z czymś Wyjątkowym i Niematerialnym.

Wzięła kilka głębokich wdechów i schowała urządzenie, obiecując sobie w duchu, że już nigdy więcej nie złamie prawa.

­– Panie Moradzky? –­ Nachyliła się nad czeluścią.

Cisza.

–­ Proszę się odezwać… Jeśli to żarty, to ani mi się śni schodzić tam i pana szukać… –­ przerwała.

Oczywiście, że nie mogły być to żarty. Moradzky, chociaż mężczyzna, nie mógł być aż tak głupi, aby żartować w podobny sposób.

Nagle z czarnego dołu dobiegł ją dziwny odgłos. Było to jak zawodzenie, albo przydługi żałosny skowyt. Dźwięk dochodził z głębi ziemi. Cofnęła się odruchowo.

Zanim jednak zdążyła odsunąć się na bezpieczną odległość, czyjaś lodowata ręką pochwyciła ją bolesnym uściskiem za ramię. Już zdawało jej się, że zostanie brutalnie wciągnięta w dół, ale wydarzyło się coś zupełnie innego. Twarz Olivera Moradzky'ego wyłoniła się z jamy i przy pomocy uszczęśliwionej panny Levit mężczyźnie udało się wreszcie wydostać na zewnątrz.

Całkiem osłabiony, nieumyślnie padł na nią, brudząc jej ubranie jakąś okrutnie śmierdzącą mazią, którą sam był upaprany od stóp do głów.

Do ich uszu doszło kolejne potępieńcze zawodzenie. Tym razem, wydało się być jakby odrobinę bliżej. Moradzky skulił się w sobie.

­ – Czy mogłaby pani teraz użyć swojej różdżki do zakrycia kamiennej pokrywy? ­– szepnął jej wprost do ucha. Zrobił to tak cicho, że ledwo go usłyszała.

­– To bardzo ważne –­ dodał, starając się brzmieć jak najbardziej kategorycznie, tak, by zrozumiałą powagę sytuacji. –­ Obiecuję, że nikomu nie powiem ani słowa o artefakcie.

Maria w odpowiedzi mruknęła tylko, odrobinę tym faktem zawstydzona, że to chyba mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, jakim wyczynem było odsunięcie płyty za pierwszym razem.

Moradzky przełknął ślinę. Przeraźliwie zawodzenie powtórzyło się.

Schwycił ją za ramię i zaczął powoli i bardzo delikatnie, jakby bojąc się spłoszyć ciszę, kierować ich ku wyjściu. Niestety, podziemny labirynt nie ułatwiał im ucieczki. Co chwilę wpadali na jaką skrytą w ciemnościach zapomnianą ścianę, a kolejne przejścia, o które zahaczali głowami, zdawały się wcale nie zbliżać ich w kierunku upragnionych schodów.

­– Czy to duch? ­– odważyła się wreszcie zapytać panna Levit.

­– Proszę nie żartować ­– odpowiedział również szeptem Moradzky. – Duchy nie istnieją.

Następnie skręcili w biegnący w górę tunel, który nieszczęśliwie okazał się ślepą uliczką.

–­ Obawiam się, że to wilkołak –­ rzekł z desperacją w głosie.

Maria Levit pokręciła przecząco głową.

­– Wilkołaki nie wydają podobnych odgłosów.

­– Możliwe, że z powodu długotrwałego zamknięcia w tym grobowcu mógł się w jakiś sposób zdegenerować.

­ – O! To jest już bardziej prawdopodobne! Wilkołaki są w stanie wytrzymać bardzo długo bez jedzenie. Naturalnie oddala je to na dobre od ich utraconego człowieczeństwa.

­ – To bardzo ciekawe, ale…

­ – Zaraz, zaraz… Znalazł pan w podziemiach wygłodzonego wilkołaka i uszedł z życiem… Czyżby też był pan w posiadaniu jakiegoś nielegalnego antymagicznego sprzętu?

­– Nic z tych rzeczy –­ obruszył się. –­ Nie wyczuł mnie z powodu tego gówna… To znaczy chciałem powiedzieć nieczystości, w jakie wpadłem tam na dole. Skutecznie zabiły mój naturalny zapach.

­ – Nie da się ukryć…

Droga ciągnęła się, jakby ktoś magicznie wydłużył wszystkie korytarze. Kilka razy wydawało im się – szczęśliwie było to złudzenie – że gdzieś w oddali majaczy przychylona nisko ku ziemi, węsząca sylwetka kosmatego stwora.

­ – Musiał już się wydostać –­ rzekł Moradzky z obawą w głosie. –­ Pani zapach nas zdradzi.

Maria natychmiast zaczęła zmazywać z niego cały brud i bohatersko wcierać go sobie w ubranie, twarz i włosy.

Błądzili dalej po krętych i wąskich korytarzach, kilkakrotnie wracając w to samo miejsce. Już tylko czysty przypadek sprawiał, że za żadnym razem nie trafili na błądzącego – zapewne tak samo jak oni – potwora. Bo że gdzieś był, wciąż jeszcze otępiały, z umysłem głęboko zanurzonym w czarnej toni własnego szaleństwa, tego mogli być więcej niż pewni.

W momencie, gdy nareszcie udało im się odnaleźć schody, a Maria Levit ochoczo postawiła stopę na pierwszym stopniu, Oliver, tknięty przeczuciem, obrócił głowę i już bez żadnych wątpliwości ujrzał wpatrzone w nich żółte ślepia.

Bestia wyprostowała się i trwała w zdradzieckim bezruchu. Całkiem jakby nie zamierzała atakować. Jakby chciała najpierw ustalić, co to za istoty umykają przed nią w tym dziwnie jej obcym i jednocześnie dziwnie znajomym miejscu.

­– Na górę! –­ zarządził Moradzky i nie przejmując się już robionym hałasem, ruszył pędem przed siebie.

Niestety długa suknia panny Levit przeszkadzała jej w biegu. Szybko też ich nogi zaczęły odczuwać boleśnie tę przyspieszoną wspinaczkę po chybotliwych i nieregularnych stopniach. Nie było jednak co zwlekać. Wygłodzony od nie wiadomo jak dawna ludojad, dygocząc na ciele, zawył tym razem już pełną piersią, dając upust swojej szaleńczej furii.

­ – To nie te schody ­– jęknęła w pewnym momencie panna Levit.

­– Nieistotne –­ odpowiedział jej zdyszany Moradzky.

Za nimi dało się słyszeć miarowe stąpanie i szuranie pazurami po kamiennej bryle. Jedyne szczęście, że unieruchomiony na tak długo potwór nie posiadał swojej dawnej sprawności dzikiego zwierza. Gdy wreszcie znaleźli się na samej górze, Moradzky po raz pierwszy w życiu usłyszał, tak soczyście wypowiadane przez damę, prawdziwą damę, przekleństwo.

–­ Noż kurwa pierdolę… wieża –­ wrzasnęła wściekła panna Levit. – Jebana wieża!

Podbiegli ku krawędzi. Pod nimi była przepaść, zakończona rwącym nurtem rzeki.

Maria nachyliła się, aby zbadać ewentualną możliwość zsunięcia się ze skarpy. Takiej możliwości nie było. Stali przez chwilę w milczeniu, oddychając ciężko, a chłodne powietrze nocy wypełniało im płuca.

Wilkołak był już prawie na górze.

Patrzyli na zmianę to w przepaść, to na zejście do klatki schodowej, z której, nie mogło być inaczej, wyłoniła się przeraźliwie wychudzona i koścista sylwetka wilkołaka.

Może naprawdę miał w sobie jeszcze jakiś cień człowieczeństwa.

Może krył się w jego oczach.

Może w humanoidalnej sylwetce… Ale wyszczerzone zęby i spływająca z jego pyska ślina, nie pozwalały nawet na cień nadziei w kwestii jego zamierzeń.

–­ Czy przypadkiem, panno Levit, boi się pani skakać z wysokości do wody? – bardziej wymamrotał, niż zapytał Moradzky.

Maria Levit zrobiła krok ku krawędzi.

–­ Obecnie nieszczególnie ­– odrzekła słabo.

I w tym samym momencie, nie czekając na jakikolwiek dodatkowy ruch bestii, runęli w dół przepaści. Wściekły wrzask goryczy i rozczarowania, a może po prostu niewyobrażalnego głodu rozniósł się po okolicy.

Żadne z nich już go nie słyszało. Spadali niczym ranne ptaki, utrącone okrutnym strzałem losu, spychane kaskadami powietrza w dół i w dół.

Gdy zetknęli się z zimną wodą, ta objęła ich niczym czuła matka, przyjmująca po długim okresie nieobecności dwójkę długo wyczekiwanych dzieci. Czekała na nich, gotowa zaopiekować się nimi w całej swej niezgłębionej pełni i nigdy już nie wypuścić.

Zalała im usta, nosy i płuca.

Otuliła sobą, sprawiając, że ubrania ich stały się naraz ciężkie i sztywne, ułatwiając tym samym przesuwanie ich do kolejnych głębinowych komnat, jakie czekały już naszykowane od dawna dla wszystkich bezbronnych istot, szukających u niej schronienia przed życiem na powierzchni.

Już sam upadek był tak bolesny, że obydwoje natychmiast utracili przytomność. Byli jak pacynki poruszane przez nurt rzeki, a dno miarowo i bez pośpiechu ciągnęło ich ku sobie.

Pierwsza ocknęła się Maria.

Otworzyła oczy. Zobaczyła czarną toń. Otworzyła usta, by złapać haust powietrza, ale te były już zalane wodą. Natychmiast przebudził się w niej pierwotny instynkt.

Zsunęła buty i kolejne części garderoby.

Zaczęła płynąć ku górze. Może to było złudzenie, ale zdawało jej się, że antymagiczna różdżka jej wuja ciągnie ją w górę niczym koło ratunkowe. W pewnym momencie wpadła na Moradzky'ego, którym zaczęła szarpać, starając się go przebudzić. Udało się. Obydwoje, nie bez trudu, wypłynęli na powierzchnię.

Nurt rzeki, choć silny, nie utrzymał ich w sobie. Dobili do jednego z brzegów i tam padli bez życia na ziemię.

Z trudem łapali kolejne hausty powietrza o zapachu lasu. Dla nich był to zapach życia.

Gdy po kilku godzinach doszli do siebie na tyle, aby móc się poruszać, Maria powiedziała, że nigdy w życiu nikt jej już nie namówi na zwiedzanie jakichkolwiek ruin.

Oliver Moradzky, pomimo tego że czuł się jak wypatroszone i wyżęte z wszelkiego życia zwierzę, zauważył, że o ile mu wiadomo to tym razem nie trzeba było ją specjalnie namawiać. Sama chciała i to wbrew woli innych.

­– To jedynie oznacza, że potrafię się uczyć na własnych błędach – odrzekła.

Ruszyli przez las.

Trzymali się blisko brzegu i kierowali w przeciwną stronę do nurtu rzeki.

Trochę rozmawiali, zresztą dość niemrawo. Starali się jednak zrekonstruować historię zagrzebanego żywcem wilkołaka. Maria Levit sprawiała wrażenie specjalistki w dziedzinie antymagii.

­– Dobrze zaprojektowane klątwy są w stanie zmienić całkowicie naturę człowieka, zawiesić jego istotę między wymiarami, sprawiając tym samym, że żyje wszędzie i nigdzie, a czas jest dla niego tylko jednym z wymiarów, po jakich się porusza. Nic dziwnego, że był w stanie, zresztą nie bez konsekwencji dla swojego ciała, przeżyć, a w każdym razie przehibernować tyle lat w całkowitym zamknięciu.

Czy trwał tam pogrzebany jako człowiek, czy od razu w postaci wilkołaka? Można tylko spekulować. Możliwe, że pod wpływem szoku i głodu wielokrotnie zmieniał swój kształt, aż w końcu obie części jego natury zlały się w jedną całość, przyjmując formę ani prawdziwego wilkołaka, ani prawdziwego człowieka.

Był czymś pomiędzy. Zdegenerowaną formą jednego i drugiego. Było to widać zwłaszcza po jego umaszczeniu. W wielu miejscach wcale nie miał futra, a jedynie zwyczajną łysą skórę.

­ – Bardzo wiele szczegółów z jego anatomii spostrzegła pani, i to pomimo ciemności i wszystkich pozostałych niesprzyjających nam okoliczności – zauważył gderliwie Moradzky.

­– Musiałam przecież zająć umysł czymś pożytecznym. W przeciwnym razie oszalałabym ze strachu.

Droga była długa i męcząca. Gdy dotarli na miejsce, domek wydał im się oazą spokoju i bezpieczeństwa. Daleko w oddali ukazywał się zarys wieży, którą wczorajszej nocy zwiedzali w takim morderczym pośpiechu. Moradzky uchylił drzwi do chatki, mając nadzieję, że nie zobaczą tam niczego szczególnie niestosownego. Sam z siebie nigdy nie miał kontaktów z paniami lekkich obyczajów, ale spodziewał się wszystkiego, co najgorsze…

­– Mam nadzieję, że tego stwora nie ma nigdzie w pobliżu –­ powiedziała panna Levit, rozglądając się niepewnie dookoła.

­ – Cóż, nawet jeśli jest w pobliżu, to przynajmniej nie jest już głodny –­ usłyszała tępy głos swojego towarzysza.

Stanęła obok i momentalnie zrozumiała, co miał na myśli.

Porozrzucane wszędzie sprzęty, ubrania, części ubrań, części ciał ludzkich tworzyły niezapomnianą mozaikę chaosu i brutalności. Porozrywane części ciał wydawały się być dosłownie wszędzie. Z poręczy schodów zwisała noga, sądząc po buciku… którejś z pań. W fotelu wciąż siedział korpus jednego z panów. Brzuch miał rozszarpany, a wnętrzności wypadły na ziemię. Nie było głowy, ani nóg. Tylko jedna ręka. Akurat ta na której zawsze dumnie świecił złoty sygnet, jaki ojciec Kacpra, pan Mauris ofiarował synowi z okazji rozpoczęcia przez niego studiów w Akademii. Ruda, bujna czupryna Roberta Katza pływała w kałuży z krwi i wina, jakie wylało się z roztrzaskanych z impetem o podłogę butelek, a jego oskalpowana głowa potoczyła się pod drewnianą ławę.

Wilkołaka nigdzie nie było.

­ – Prawdopodobnie uciekł wprost do lasu – ­ skonstatowała Maria. ­– Wezwał go zew natury.

­– O tam leży wstążka pani Konstancji. Poznaję, bo miała ją zawieszoną na szyi w trakcie wczorajszej podróży.

­ – A tam w kociołku chyba jej głowa… A nie przepraszam, to głowa… Eee… Trudno tak od razu stwierdzić… Cała jest umazana krwią.

­ – Brakuje też oczu.

Oliver Moradzky otworzył jeden z piknikowych koszy, które stały wciśnięte w kąt, zapomniane i zbędne, ale wciąż pełnie pożywnego jedzenia. Maria Levit zajrzała mu przez ramię do koszyka.

­– Ach, mają ciasto z jabłkami! Uwielbiam ciasta! ­– Zamyśliła się. –­ Ostatecznie ci państwo nie zachowali się wobec nas specjalnie ładnie.

­ – To prawda – przyznał uczciwie Oliver. ­– Tylko, czy to wystarczający powód?

­– Żeby zjeść placek z jabłkami? A czy wystarczającym powodem nie jest to, że nasze głodowanie w niczym im już nie może pomóc?

Wynieśli z domu, w którym naprawdę nieprzyjemnie było już dłużej przebywać, kosze z jedzeniem.

­– Muszę wszystko dobrze zapamiętać –­ powiedziała panna Levit, wpychając sobie do ust, zresztą niezbyt elegancko, kawałek jabłecznika. ­– To doskonały materiał na reportaż do gazety. Takie historyjki wyprzedają się dosłownie na pniu. A jeśli nie zrobimy tego osobiście, zrobi to jakiś marny reporterzyna, wszystko przekłamując, znając życie na naszą niekorzyść.

­– A dużo z tego będzie pieniędzy? – zapytał zaciekawiony Moradzky. Zaraz jednak dodał, że osobiście wolałby mieć z tym artykułem, jak najmniej wspólnego.

­– I dobrze. Gdybym dopisała pana jako współautora wszyscy uznaliby, że ja sama poprawiałam w tekście co najwyżej przecinki.

­– To byłaby wielka niesprawiedliwość. A może mogłaby pani również w samym reportażu przekręcić moje imię i nazwisko?

–­ Najlepiej je całkowicie zmyślę.

Oliver Moradzky odetchnął z ulgą. Gdzieś w oddali zamajaczyła im sylwetka powozu, który zbliżał się w stronę domku na plaży.

­– Przynajmniej odpoczniemy w drodze powrotnej. Ostatecznie o nic więcej nie proszę.

­– Bardzo możliwe. Nie będzie już takiego ścisku– zauważyła Maria Levit, upijając z butelki łyk czerwonego jak krew wina.

 

Koniec

Komentarze

Na razie wstępnie, bo tylko przejrzałam tekst: wrócę z dłuższym komentarzem, jak minie szał opowiadania roku – wyników wiewiórek – betowania – nowości szaleństwa e-learningowego w pracy. Zostawiam znak, żeby wrócić i omówić dokładniej. 

Posłałam na priv listę sugerowanych poprawek do pierwszej części – nie dałam rady z betą, więc nie będę publicznie tej łapanki uskuteczniać.

 

Wrażenia ogólniejsze: jest ta pierwsza część nieco przegadana, gdyby ją nieco skrócić, byłaby bardziej intrygująca. Bohaterów nie musisz ze szczegółami opisywać w ekspozycji, lepiej te ich cechy, które nam podajesz wprost w narracji, pokazać w dalszym działaniu. Owszem, w takiej nieco gawędziarskiej stylizacji to uchodzi, niemniej dzisiejszy czytelnik może ziewnąć na te dickensowskie dygresje ;)

 

Koniecznie wyrzuć karocę i stangreta, ale o tym też pisze na privie.

 

Wrócę, jak dotrę dalej.

http://altronapoleone.home.blog

Ninedin, chętnie przeczytam Twoje uwagi. Pozdrawiam.

 

Drakaina, Ty nawet nie wiesz, jak ja się namęczyłem z tą wstępną sceną, żeby ją skrócić do minimum. Wiadomo, że zawsze można jakoś krócej, ale to już jest chyba poza moimi możliwościami.

 

Co do świętej zasady, żeby charakter i szczegóły dotyczące bohaterów pokazywać w działaniu, a nie w ekspozycji, to oczywiście znam ją doskonale i… Chyba mam do niej takie podejście, że to się jednak nie zawsze sprawdza. Czasem po prostu dobra ekspozycja nie jest zła. Ostatecznie to jest literatura, a nie scenariusz filmowy. Rozumiem, że ogólny konsensus w tej kwestii brzmi całkowicie inaczej.

 

W tym konkretnym przypadku mogę dodać jeszcze takie wytłumaczenie, że na raz wprowadzam tylu bohaterów, że gdybym każdego z nich tak na szybko nie scharakteryzował, to zrobiłaby się z nich wszystkich jedna szara masa. 

Rozumiem, że ogólny konsensus w tej kwestii brzmi całkowicie inaczej.

Raczej preferencje czytelnicze… Dziś Victora Hugo często wydaje się bez dygresji wplatanych w fabułę – w najlepszym razie wyrzucając je na koniec książki.

 

na raz wprowadzam tylu bohaterów, że gdybym każdego z nich tak na szybko nie scharakteryzował, to zrobiłaby się z nich wszystkich jedna szara masa

I tak się robi. Paradoksalnie, gdyby ich charakteryzować w większych odstępach czasu, może byłoby łatwiej ich rozróżnić.

 

Stylizacja na dziewiętnastowieczną prozę może się sprawdzić, może dodać tekstowi uroku vintage, ale ryzykujesz, że czytelnicy się znudzą. Ale próbuj :)

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytałam i od razu na wstępie zaznaczam, że bardzo mi daleko do takich klimatów. Nie lubię wampirów, wilkołaków i innych takich (wyjątkiem od tej reguły nielubienia jest klimat wiedźmina ;) ) 

 

Zmęczyła mnie początkowa ekspozycja postaci – dużo i jakoś specjalnie nie zrozumiałam dlaczego mieliby ci wszyscy panowie nie lubić Moradzkiego tak bardzo, że aż do grobu go wpakowali ;) Sama Levitt jest fajna babka i ona w sumie pociągnęła całą tą historię. Ale zero reakcji na trupy w domku i zainteresowanie się ciastem – trochę cienko. Zawsze człowiek ma jakąś reakcję na trupa… przyśpieszone bicie serca, wymioty, musiało tam strasznie śmierdzieć od tylu trupów i krwi… Końcówka totalnie mnie nie zachwyciła. 

Co jednak osobiście bardzo mi się podobało to niektóre narracyjne zabiegi, tak, że nie zgubiłam się czyja perspektywa jest czyja i dobrze się czytało. 

Skróciłabym jednak początek i rozbudowała emocjonalnie sceny grozy jak i końcówkę. 

 

Ten świat ma coś w sobie takiego przyciągającego i ciekawego… Jestem go ciekawa :) 

N.S.N.P

Co do reakcji na trupy chciałem przez to pokazać pewne zobojętnienie dwójki bohaterów na innych ludzi. No że w gruncie rzeczy oni są im obojętni.

 

Motywacją trójki panów na Moradzky’ego – kwestia klasowych uprzedzeń. Oni nie mieli w planach go zabić, tylko “przeczołgać” w ramach okrutnego żartu, a rano przyjść i go wypuścić.

 

O problemie z początkową ekspozycją pisała mi już Drakaina. Źle to rozegrałem.

Interesująca historia. Do czego może doprowadzić walka klas… ;-)

Długo się rozkręca, ale potem już robi się ciekawie. Fajna zmyłka z tym “Ona chyba naprawdę myśli, że przyszliśmy tu na poszukiwanie duchów“. :-)

Stylizacja na XIX wiek chyba udana. Czym było drugie średniowiecze?

Babska logika rządzi!

Hej, dziękuję za komentarz i za punkt do Biblioteki. Najbardziej cieszę się, że spodobała ci się ta stylizacją na XIX wiek, bo było to dla mnie bardzo ważne w pisaniu tego tekstu. Tak samo jak to udawanie, że czytelnik będzie miał do czynienia z historią o duchach, a tak naprawdę to w sumie taka satyra społeczna w fantastycznym kostiumie.

Co do drugiego średniowiecza, to chodzi o to, że w tym świecie kilka razy doszło do zaciemnienia, czyli odgrodzenia się ludzi od prawdziwej natury ich świata. Starali się odgrodzić od magii i wiedzy o tym, jak bardzo skomplikowany jest świat, w jakim żyją.

No, z tym podobaniem bym nie przesadzała – nie bardzo lubię prawdziwe dziewiętnastowieczne powieści. ;-)

Ale naśladownictwo dobre. I chyba punkt widzenia też taki z XIX wieku – jak z niższej warstwy, to wiadomo, że głupi.

Drugie średniowiecze. Hmmm. U nas chyba każda epoka ma własną nazwę. Może ewentualnie jakiś neoklasycyzm czy neoromantyzm… Ale przy kilku neo– nie wystarcza.

Babska logika rządzi!

Jestem tak jak pisałem :) 

 

 

Wypracowanie na 6 arkuszy miało trafić na biurko nauczyciela historii w przyszłym tygodniu. 

Napisałbym po prostu sześć. 

 

A takich nie znajdzie, przesiadując w bibliotece, co lubił najbardziej, ale właśnie w trakcie godnych pożałowania, głośnych i obfitujących w sprośności i alkohol zabawach kolegów, pochodzących z dobrze sytuowanych mieszczańskich rodzin.

Długie to zdanie. Jest jeszcze kilka takich długich zdań. 

 

Następnie razem z innymi paniami udała się do wnętrza chatki, aby zobaczyć, jak prezentuje się ich dzisiejsze schronisko. Trochę kręciły nosem na brak szczególnych wygód. Dały się jednak udobruchać i zajęły się zanoszeniem do kuchni wiklinowych koszy z jedzeniem, które furman wystawiał z dachu wozu na ziemię.

– Może zapadł się od dołu ze starości – zastanowił się na głos Moradzky.

 

W całym tekście jest sporo się, ja bym spróbował jakoś z tym powalczyć. 

 

Moradzky, chociaż mężczyzna, nie mógł być aż tak głupi, aby żartować w podobny sposób.

Brakuje mi tutaj tego był: “chociaż był mężczyzną, nie mógł być aż tak głupi”. Z drugiej strony mamy wtedy był/być. Nie wiem. 

Zsunęła buty i kolejne części garderoby.

Zaczęła płynąć ku górze.

Nie uwierzyłem w to. Jeśli stracili przytomność, a nie mieli na sobie kapoków tylko ubrania, które ciągnęły ich pod wodę, a ich płuca zalały się wodą, to jedyne co mogło im pomóc to wyciągnięcie przez kogoś i zrobienie reanimacji. 

 

W pewnym momencie wpadła na Moradzky'ego, którym zaczęła szarpać, starając się go przebudzić.

Mając płuca pełne wody szarpała drugiego człowieka, który obudził się pod wodą i zaczął płynąć. Pozostanę sceptyczny. 

 

– Dobrze zaprojektowane klątwy są w stanie zmienić całkowicie naturę człowieka, zawiesić jego istotę między wymiarami, sprawiając tym samym, że żyje wszędzie i nigdzie, a czas jest dla niego tylko jednym z wymiarów, po jakich się porusza. Nic dziwnego, że był w stanie, zresztą nie bez konsekwencji dla swojego ciała, przeżyć, a w każdym razie przehibernować tyle lat w całkowitym zamknięciu.

Początkowo wyglądało to dla mnie na monolog narratora, zwłaszcza, że później jest nowy akapit i dalej jest to kontynuowane. Do ja po czymś takim co się stało, nie miał bym na nic ochoty, a ona jedzie z monologiem. 

 

– Prawdopodobnie uciekł wprost do lasu – skonstatowała Maria. – Wezwał go zew natury.

 

Ta kobieta jest wyjątkowo odporna, ja bym chyba zwymiotował, albo dostał ataku histerii na taki widok. 

 

Powoli się rozkręca, ale potem jest już ciekawiej. Nie wiem czemu główny bohater jest tak nielubiany, a do tego jego koledzy zlali mi się w szarą studencką masę. On sam też nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia (chociaż miałem wrażenie, że coś się za nim kryje – jakaś tajemnica). Za to Levit jest bardzo fajną postacią. Opowiadanie czytało się płynnie i przyjemnie. Poczułem klimat XIX wieku. Skojarzyło mi się z Lalką, tak stylowo i ogólnie. Jednym słowem kawał porządnej roboty :) 

Cześć Patryk,

dzięki za przeczytanie tekstu i za uwagi.

 

Odnosząc się do mało realnego skoku z wysokości do wody i przeżyciu, to zgadzam się całkowicie, to jest kompletna bzdura. Trochę na zasadzie zabili go i uciekł.

 

Wytłumaczę się jeszcze z tego, że Moradzky jest nielubiany przez kolegów. Nie chodzi o to, że jest nielubiany, ale o to kim jest z urodzenia. Oni nie tyle go nie lubią, co nim gardzą, bo nie pochodzi z ich klasy społecznej. Opowiadanie zaczyna się mniej więcej wtedy, gdy zaczyna się ich żart, dlatego można odnieść wrażenie, że go akceptują. Dlaczego Moradzky dał się na to złapać? Nie dlatego, że był za głupi. Tutaj wracamy do postaci panny Levit. To, co łączy tę dwójkę, to bycie outsiderami. Łamią bariery społeczne i żyją na uboczu pogardzani przez resztą społeczeństwa. Oczywiście inaczej to wygląda w praktyce u panny z dobrego domu, a inaczej u pochodzącego ze wsi Moradzky’ego, ale u każdego z nich wzmacnia poczucie nie bycia częścią społeczeństwa i ogólne stępienia empatii. Stąd ich obojętności na losy kolegów i koleżanek.

 

I taki jest właśnie morał tej historii.

 

Dawno nie napisałem tak długiego komentarza jak do Twojego tekstu. 40 min, wypisałem wszystkie plusy jak i minusy, klikam gotowe… error strony albo internetu, wszystko szlak trafił :( Podejmę drugą próbę i wrócę, a teraz w wielkim skrócie: mimo pewnych, jak dla mnie, nieścisłości oraz pewnych ogranych motywów i postaci, tekst mnie wciągnął i z przyjemnością przeczytałem do końca :) P.s. dzięki Twojemu opowiadaniu przypomniał mi się serial dla dzieci z dzieciństwa ,,Gęsia skórka". Taki horror dla młodych. Był tam odcinek w którym była bardzo podobna historia :) Pozdrawiam!

Szkoda, że Twój komentarz się nie zachował. Jeśli chodzi o “Gęsią skórkę”, to oczywiście, że znam. To opowiadanie to faktycznie taka nowelka grozy, więc skojarzenie mnie wcale nie dziwi. 

Killman z tymi reakcjami na trupy -> osobiście mi się wydaję, że jeśli nie mieli wcześniej do czynienia z trupami (prosektorium, udział w krwawych bitwach ;)) to jednak fizjologiczną reakcje by mieli, choćby obrzydzenie, tam musiało okropnie śmierdzieć, tak po prostu… Albo wymioty albo po prostu skrzywienie nosa, cokolwiek. Nie codziennie natrafia się na oderwaną przez wilkołaka rękę ;) to po prostu odruch fizjologiczny… Obojętność w stosunku do innych nie trzymałaby na tyle, żeby powstrzymywać odruch wymiotny…. Tak moim zdaniem ;)

N.S.N.P

Nie wiem, czy wśród krwi, flaków i poszatkowanych części ciał pomyślałabym o zjedzeniu ciasta. Chyba raczej nie. Dziwi mnie, że tatuś zgodził się na udział córki w tej wycieczce, myślę, że byłoby raczej odwrotnie. A ponieważ oboje nie pasują do tego środowiska – Moradzky z racji pochodzenia, a panna Levit z racji tego, że jest kobietą w miejscu, gdzie w opinii większości kobiet być nie powinno – powinni się raczej bać konsekwencji, bo gniew rodzin może się na nich skupić, niż spokojnie czekać na powóz. Generalnie beztroska tej dwójki mocno mi zgrzyta.

Napisane nieźle, choć początek bym trochę skróciła, czytało się też nieźle :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka, dzięki za komentarz. Wydaje mi się, że w tekście pozycja i ogólna sytuacja panny Levit została dość jednoznacznie dookreślona.

Z racji jej pozycji społecznej po prostu wolno jej więcej. Ma ojca, który akceptuje jej liberalne zachowanie i to jest jej tarcza ochronna, który pozwala przebić się przez konserwatyzm społeczeństwa. To nie jest fikcja. Tak się działo w historii świata. Nawet w epokach wcześniejszych niż XIX wiek. W tym konkretnym przypadku resztę załatwia jej osobisty temperament.

 

Tu nie chodzi o jej sytuację społeczną. Myślę, że tatuś po prostu powinien się domyślić, czemu służy ta wycieczka. W końcu sam kiedyś był młody. I bez względu na to, jak liberalny był, pewnie nie zaakceptowałby prostytutek jako towarzystwa dla córci ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka