- Opowiadanie: Realuc - Pocztówki z Purpurowego Klifu

Pocztówki z Purpurowego Klifu

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, katia72, NoWhereMan

Oceny

Pocztówki z Purpurowego Klifu

Poderwał głowę znad zakurzonego blatu biurka i omal nie spadł z obrotowego krzesła, na którym zasnął. Warkot kosiarki sąsiada okazał się wystarczająco skutecznym budzikiem. Budzikiem, którego Liam wcale sobie nie życzył. Zaczął nerwowo kreślić bohomazy na pomiętej kartce. Za każdym razem myślał, że to go uspokoi. Że dawna miłość i pasja, która z czasem stała się sposobem na życie, zatopi na chwilę smutek w dźwiękach skrobiącego po papierze ołówka. Zamiast wybitnych szkiców i grafik tworzył jednak tylko nic nieprzypominające wzory. Wzory, które w żaden sposób nie przynosiły ulgi.

Do dźwięków kosiarki doszły szczekanie psa tegoż samego sąsiada, kłótnia dzieciaków z ogrodu innego oraz kurzy koncert z zagrody przy domu osiemdziesięcioletniej pani Ellen. Kiedyś uwielbiał każdy z tych odgłosów. Po to zresztą uciekł wraz z rodziną z Dublina na wieś.

Kiedyś.

Teraz wszystko doprowadzało Liama do szaleństwa, jakby obudził się na porządnym kacu. A nie pił już prawie cztery lata, choć w ostatnim czasie każdego dnia ukradkiem spoglądał na spoczywającą za szklanymi drzwiczkami dębowej szafy, butelkę wieloletniego koniaku. Zostawił ją tam umyślnie, w dzień, w którym poczuł się w końcu wolny od alkoholu. Miała umacniać jego wolę i być pewnego rodzaju symbolem zwycięstwa. Wtedy jednak nie myślał, że po tym, co się wydarzy, przeklęta butelka będzie wołać i kusić go jak sam szatan. Chciał wyrzucić cholerstwo. Roztrzaskać, wylać do zlewu zawartość. Nie był jednak w stanie otworzyć drzwiczek. Wiedział, że jeśli to uczyni, nie znajdzie powrotnej drogi.

Domknął rozszczelnione okno i opuścił błękitne rolety. Mimowolnie przypomniał sobie kłótnię z Shannon. Błahą, niepotrzebną, a jakże teraz doskwierającą. To właśnie te z pozoru mało znaczące małżeńskie potyczki wracały do Liama przy prozaicznych czynnościach. Wiedział już, że to wszystko nie powinno mieć miejsca. Że życie jest na tyle nieprzewidywalne, iż nie warto tracić choćby chwili na takie sytuacje. Ale wiedział to dziś, jako samotny ojciec wychowujący dwunastoletnią córkę.

Kosiarka ryczała, pies wył, kury gdakały. Liam zatkał uszy i zaczął kręcić się po pokoju, w którym niegdyś był jego gabinet. Nic nie było na swoim miejscu. Książki i sterty rysunków walały się na każdym kroku. Brudne naczynia zajmowały każdą wolną powierzchnię mebli. Jedynie butelka wieloletniego koniaku stała tam, gdzie parę lat temu. Stała i perfidnie drwiła z gospodarza, jakby chciała mu powiedzieć: Prędzej czy później wymiękniesz, słaby człowieku!

– Tato, wstałeś już?

Na progu pojawiła się Amy. Za każdym razem patrząc na córkę uśmiechał się tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Była jedynym okruchem szczęścia, który pozwalał przetrwać i nadawał życiu sens. Zawsze zadbana, piękna, wbrew wszystkiemu radosna. Długi, rudy warkocz. Piegi na różowych policzkach. Piwne oczy i piękne, wydatne usta.

Wszystko po mamie.

– Tak, Gwiazdko. Przepraszam cię. Wiem, że obiecałem pyszne śniadanie. Która to jest…

– Piętnaście po dwunastej. Ale nie przejmuj się, zamówiłam pizzę z kurczakiem. Zostawiłam ci połowę.

Amy uśmiechnęła się i podeszła do taty, który przywołał ją skinieniem głowy. Był z niej taki dumny. Wstyd go przygniatał, bo wiedział, że nie potrafi się dźwignąć po śmierci żony. Że nie jest takim ojcem, jakim chciałby być. A mimo wszystko Amy radziła sobie świetnie i była dla Liama wsparciem, choć powinno być przecież zupełnie odwrotnie.

– Kocham cię, Gwiazdko. Obiecuję, że jutro zjemy najwspanialsze śniadanie na świecie.

– Nie wyglądasz za dobrze, tato. Martwię się.

– Wszystko będzie dobrze.

– Zawsze tak mówisz…

Nie odpowiedział. Zamiast tego pocałował córkę w czoło i poprosił:

– Pójdziesz na chwilę do swojego pokoju? Przyjdę niedługo i pobawimy się w Pana Stuk Stuka, dobra?

Amy pokiwała tylko głową i wybiegła z gabinetu. Gdy zatrzasnęła za sobą drzwi, Liam nie wytrzymał. Przerosły go irytujące dźwięki, bałagan, zaniedbanie do którego się doprowadził, a przede wszystkim świadomość, że nie jest dobrym ojcem. Że smutek, który zawładnął nim trzy lata temu, trzyma jego życie za sznurki jak marionetkę. Sięgnął po najbliższą książkę zatytułowaną Techniki rysownictwa i cisnął opasłym tomiskiem w okno. Zasłonięta roletą szyba nie ucierpiała, a Liam wcale nie poczuł się lepiej. Skulił się na włochatym, szarym dywaniku niczym kundel i zamknął oczy, chowając się w ten sposób przed rzeczywistością.

Kosiarka przestała warkotać, pies szczekać, kury gdakać. Słyszał tylko swój przyspieszony oddech. I tupanie córki na piętrze, która z pewnością przygotowywała już wszystko do gry w Pana Stuk Stuka.

 

 

*

 

 

Tym razem niechcianym budzikiem okazał się dzwonek do drzwi. Liam wygramolił się z kanapy i wolnym krokiem udał się do przedpokoju. Amy powinna być jeszcze w szkole a nie miewali żadnych gości, tak więc widok na progu w żaden sposób go nie zaskoczył.

– Dzień dobry, poczta – oznajmił listonosz.

– Dzięki, Edwardzie.

Gospodarz odebrał listy i poszedł do gabinetu. Usiadł przy biurku i rzucił stertę papierów na blat. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby było wiadomo, że wszystko to jest przypomnieniami o zaległych rachunkach. Od pół roku nie pracował i utrzymywał siebie i córkę z oszczędności. Z tych samych pieniędzy, które niegdyś odkładał na wymarzone, rodzinne wakacje. Popatrzył na szklane drzwiczki. Zawahał się raz, drugi, trzeci, aż w końcu wstał i podszedł do kredensu. Drżącą dłonią objął srebrną gałkę.

Otworzył.

Wyjął koniak, zakurzoną szklankę i powtórnie usiadł. Odkręcił butelkę a dźwięk temu towarzyszący przyniósł dziwaczne ukojenie. Nalał, powąchał. Uniósł naczynie, przyłożył do ust. W tym samym momencie dostrzegł kolorową kartkę, która ukryła się wśród wezwań do zapłaty. Odstawił szklankę i wygrzebał… pocztówkę. Jedna strona przedstawiała majestatyczne Klify Moheru, na odwrocie zaś… widniał tekst, którego sposób zapisania był Liamowi znajomy. Ręce drżały mu jak szalone a serce waliło coraz mocniej z każdym kolejnym, przeczytanym słowem:

 

 

Kochany,

chcę, abyś wiedział, że u mnie wszystko dobrze. Nie martwcie się, będę na was czekać. Tam, gdzie obiecałam. Opiekuj się Amy i bądź szczęśliwy. Tego tylko pragnę.

 

Twoja Shannon

Purpurowy Klif

 

 

Po dziesiątym przeczytaniu tego krótkiego tekstu schował pocztówkę do zamykanej na klucz szuflady. Strącił przy tym szklankę a ta roztrzaskała się na podłodze. Koniak wsiąknął w walające się po podłodze rysunki. Liam wstał, podszedł do okna i odpłynął we wspomnieniach. Podkrążone oczy zwilżyły łzy. W pierwszej chwili uznał, że oszalał. Że władający umysłem smutek płata figle. Wszystko było jednak takie rzeczywiste. Styl pisania i nawet zapach różanych perfum, których używała Shannon. Zastanawiał się w jaki sposób ta kartka została wysłana. Nie było żadnego adresu, nadawcy, znaczka, nic.

Tego dnia wylał pozostałą zawartość butelki do zlewu i postanowił zabrać Amy do kina. I przyrzekł sobie, że nie powie córce o pocztówce. Przynajmniej w najbliższym czasie. Dobrze się trzymała i nie chciał mieszać jej w głowie.

Zanim poszedł do komputera aby zamówić bilety wrócił jeszcze na moment do gabinetu. Wyjął pocztówkę, przeczytał tekst kolejne dziesięć razy i wypowiedział na głos:

– Nie zawiodę cię, skarbie. Nie zawiodę.

Czuł, jakby stała tuż obok.

 

 

*

 

 

Korzystając z pięknego, słonecznego wiosennego dnia, wybrali się na lody.

Szli boczną uliczką wśród nowoczesnych domów okrążonych tujami. Radowali się ciepłymi promieniami, które w tych rejonach nie należały do częstego zjawiska.

– I jak było na rozmowie? – zagadnęła Amy.

Liam miał nadzieję, że córka nie zada tego pytania. Zawalił trzecią szansę na nową pracę. W ostatnich dniach powróciły koszmary i okropne samopoczucie.

– Prawie mi się udało, Gwiazdko – skłamał.

– Nie wiedzą, kogo tracą, prawda? Nie przejmuj się.

Nie mógł się nadziwić. Była taka wspaniała. Wyrozumiała, wspierająca, najlepsza na świecie.

Doszli do czerwonej budki z kręconymi, ulubionymi lodami Amy. Dołączyli do niemałej kolejki, zastanawiając się nad wyborem smaków. Gdy byli już blisko, tuż przed nich wepchnął się brodaty rudzielec w drogim granatowym garniturze. Liam subtelnie trącił go palcem wskazującym w ramię i rzekł zirytowany:

– Coś się panu przypadkiem nie pomyliło?

Mężczyzna obrócił się i odburknął:

– Nie, bo co? Spieszę się do pracy. Pan z córusią może postać minutę dłużej.

Liam wybuchnął:

– W dupie mam twoją pracę! Wypierdalaj na koniec kolejki korporacyjny gnojku!

– Tato! – Próbowała uspokoić ojca Amy.

Rudzielec ściągnął marynarkę. Napięta od mięśni biała koszula była idealnie wyprasowana. Podwinął rękawy i wysyczał pewnym siebie głosem:

– Stara ci nie daje, zaniedbany, śmierdzący capie? To ja ci zaraz dam, ale po mordzie.

– Tato! – Spróbowała raz jeszcze Amy, szarpiąc Liama za rękaw wytartej kurtki.

Było za późno.

Rzucili się na siebie jak wściekłe psy. Kolejka nagle zniknęła, jakby ktoś krzyknął: lody się skończyły! Liam trafił raz zuchwalca prosto w nos, ale niewiele tym ciosem krzywdy wyrządził. W zamian otrzymał kopniaka wprost w przeponę, tracąc oddech na pół minuty. Nagle przy budce zatrzymał się żółty seat. Wysiadł z niego wielki jak dąb Edward. Nie musiał nawet się odzywać. Gdy tylko brodacz dostrzegł pędzącego w ich stronę potężnego chłopa, pierzchnął do czarnego mercedesa i odjechał z piskiem opon.

– Panie Liam, nic panu nie jest? – zapytał listonosz pomagając pobitemu wstać.

– Będę żył – wystękał Liam, po czym krzyknął na przerażoną kobietę, która chowała się za ladą czerwonej budki: – Duży truskawkowy dla tej damy, proszę!

Amy przytuliła się do taty z całych sił. Popatrzyła na listonosza i powiedziała ze łzami w oczach:

– Dobrze, że pan tędy przejeżdżał. Ludzie są okropni. Wszyscy uciekli, wie pan?

– Tak, wiem… też się cieszę, że mogłem pomóc. A wiecie, akurat jechałem na waszą ulicę. Panie Liam, mam coś dla pana, będzie z głowy.

Edward wyciągnął ze skórzanej torby pocztówkę ze znajomym obrazem.

– Dziękuję – odpowiedział Liam i pospiesznie schował przesyłkę do tylnej kieszeni spodni.

– Od kogo to dostałeś, tato? Nie wyglądało na zwykły list – dociekała Amy podczas powrotu do domu. Kończyła właśnie jeść truskawkowego, kręconego loda.

– To zwykła reklama, Gwiazdko. Nic istotnego.

– Mhm.

Gdy wrócili Liam od razu zamknął się w swoim gabinecie i wyciągnął pocztówkę. Jedna strona była identyczna jak w poprzedniej. Zielone, piękne i złowrogie zarazem, Klify Moheru, a u ich podnóża rozbijające się o pionową skałę fale. Obrócił. Ten sam zapach, to samo pismo, inne litery. Przeczytał na głos:

 

Kochany,

wiem, że miewasz różne dni. Że nie jest ci łatwo. Ale musisz uwierzyć. Uwierzyć w to, co właśnie czytasz. Twój smutek przenika tutaj. Ogarnia mnie i przykrywa klif ciemnością. Ciesz się każdym dniem, a wtedy i ja będę szczęśliwa. Przecież tego byś chciał, prawda?

 

Twoja Shannon

Purpurowy Klif

 

 

 

***

 

 

– Szczerze, doktorze. Proszę jedynie o szczerość.

– Dwa, trzy tygodnie. Maksymalnie miesiąc. Więcej gwarancji panu nie dam. Przykro mi.

Liam otarł łzy i podziękował skinieniem głowy. Podszedł do uchylonych drzwi i zajrzał ukradkiem do sali. Amy siedziała przy łóżku i ściskała dłoń leżącej Shannon. Obie się uśmiechały, mimo cieknących po różowych, piegowatych policzkach łez. Zawsze takie były. Szczęśliwe, wbrew wszystkiemu. Tak bardzo im tego zazdrościł.

– Jeśli miałabyś wybrać najpiękniejsze miejsce, które widziałaś na własne oczy, co byś wybrała? – zapytała córkę Shannon.

– Podczas zeszłych wakacji byliśmy na klifach. Pamiętasz mamo zachód na jednym z nich?

– Jakże mogłabym zapomnieć, kochanie. Cudowna gra świateł sprawiała wtedy wrażenie, że klif, na którym staliśmy, usłany był dywanem purpurowych kwiatów. To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Szczęśliwa rodzina w cudownym miejscu. Czy można mieć lepsze wspomnienia… ach, ale co z tym zachodem, skarbie?

– Nic. Właśnie o to miejsce mi chodziło. Purpurowy Klif. Najpiękniejsze miejsce na świecie.

Liam rozpłakał się jeszcze mocniej bo obrazy z tamtego dnia uderzyły z całą siłą.

– A więc – zaczęła Shannon – kiedyś spotkamy się właśnie tam. Wszyscy razem. Zostaniemy w tym miejscu na zawsze i nic nas nie rozdzieli.

– Obiecujesz? – zapytała dziewczynka.

Mama nie zdążyła odpowiedzieć. Doktor stanowczo pomylił się w swojej prognozie.

 

 

***

 

 

Po otrzymaniu piątej z kolei pocztówki, Liam postanowił wziąć dwa dni wolnego w nowej pracy i pojechać na Klify Moheru. Nie wiedział, na co może liczyć, jednak nie mógł wytrzymać dłużej jednostronnej korespondencji. Jeśli rzeczywiście żona pisze z zaświatów i jest coś po drugiej stronie, to może uda mu się chociaż poczuć jej obecność. Lub cokolwiek innego, co w pełni uświadomi mu, że nie zwariował.

Nadal nie chciał nic mówić córce tak więc pomógł jej spakować małą, purpurową walizkę i postanowił, że mała spędzi te dni u pani Ellen. Staruszka była bardzo sympatyczną osobą i Amy ją lubiła, więc dziewczynka nie robiła żadnych problemów. Liam powiedział tylko, że wyjeżdża służbowo. Gdy wszystko było już przygotowane i stali w przedpokoju gotowi do wyjścia, Amy nagle sobie o czymś przypomniała:

– O nie! Zapomniałam o Panu Stuk Stuk! Pani Ellen też lubi w to grać, wiesz tato?

– Nie ma sprawy, Gwiazdko. Nie ściągaj już butów, przyniosę.

Liam poszedł na piętro do pokoju córki. Panował w nim niebywały jak na dojrzewającą dziewczynę porządek. Zlokalizował pudełko z grą na białej komodzie. Gdy je zabierał, przez przypadek strącił purpurowy notes ozdobiony brokatowymi gwiazdkami. Kucnął, by go podnieść, i… zobaczył, że wypadła z niego znajoma pocztówka. Odwrócił ją przeklinając się w myślach za to, że niedostatecznie zabezpieczył kartki, ale na drugiej stronie widniało tylko jedno słowo:

 

Kochany,

 

Pospiesznie przewertował notes, w którym córka zapisywała złote myśli.

Wyglądała jak mama. Była taka, jak mama.

Pisała również, jak mama.

– Tato, jeszcze ta purpurowa chusta! – Amy stała w progu i zagryzła wargi, gdy zobaczyła trzymającego pocztówkę ojca.

Liam podszedł do córki, przytulił ją mocno i rozpłakał się jak małe dziecko. Nie był w stanie wykrztusić żadnego słowa. Nie był również w stanie się gniewać, bo i o co? Dziewczynka wytarła mężczyźnie łzy i powiedziała drżącym głosem, który tak bardzo przypominał Shannon:

– Przepraszam. Chciałam tylko, abyś znowu był szczęśliwy.

Trwali tak w uścisku, we łzach, w milczeniu. Z ogrodu sąsiada, który był Polakiem, dobiegały słowa puszczonego na cały regulator utworu:

 

 

Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem.

Że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się.

Mimo świata który, kocha i rani nas dzień w dzień.

Gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się.

 

Gdzieś daleko i bardzo wysoko.

Gdzie zwykły śmiertelnik nie stąpa tam nogą…*

 

 

***

 

 

Stała na skraju klifu.

Rozpuszczone loki targane morskim wiatrem, oczy błyszczące niczym światło latarni podczas nocnego sztormu, czerwona suknia z piękną koronką. Dokładnie taka, jaką ją zapamiętał. Kroczył ku niej po łaskoczącej bose stopy trawie, która przeplatała się z dywanem purpurowych kwiatów. Słońce zatrzymało się tuż nad wodą, jakby zachód miał się nigdy nie skończyć. Liam stanął tuż przed Shannon, chłonąc każdą cząstką ciała jej zapach.

– Tęskniłam – wyszeptała.

– Już jestem. Już jestem…

Długo napawali się swym widokiem i bliskością. W końcu Shannon przytuliła męża i rzekła:

– Sześćdziesiąt dziewięć lat. Nie za wiele.

– O trzydzieści lat za dużo. Trzydzieści lat bez ciebie.

– Cholerny rak.

– Cholerny.

– Amy jest szczęśliwą mamą, żoną i kobietą. Wiem o wszystkim. Spisałeś się.

– Starałem się, Shannon. Starałem się jak tylko mogłem. Nie wiem jednak gdzie bym bez niej skończył.

– Jest cudowna…

– Najlepsza.

Mewy skrzeczały tuż nad ich głowami, wtórując każdemu słowu.

– Będziemy tutaj na nią czekać – stwierdził Liam, podziwiając piękny krajobraz.

– Będziemy czekać – przyznała Shannon. – Na naszym małym, wiecznym, Purpurowym Klifie – dodała, całując męża w blady policzek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Przepiękne. Poruszające. Nie mogłam się doczekać wyjaśnienia tajemniczych kartek, które mnie nie zawiodło. Nie jest przesłodzone, jak dla mnie dokładnie w sam raz, żeby ścisnęło za serce.

 

Nie jestem polonistką, więc może moje uwagi nie będą do końca przydatne, ale zanotuję co możnaby poprawić.

“Gdy byli już blisko, tuż przed nich wepchał się brodaty rudzielec w drogim granatowym garniturze.” – nie lepiej wepchnął?

“– Tato! – Spróbowała raz jeszcze Amy, szarpiąc Liama za nogawkę wytartych jeansów.” – Amy ma dwanaście lat, wydaje mi się że jest zbyt wysoka na to żeby szarpać tatę za nogawkę. Może lepiej kurtka/koszula/cokolwiek wyżej?

“Liam otarł łzy i podziękował skinieniem głowy. Podszedł do uchylonych drzwi i spojrzał ukradkiem do sali” – zajrzał brzmi nieco lepiej niż spojrzał.

“Mimowolnie przypomniał sobie kłótnie z Shannon. Błahą, niepotrzebną, a jakże teraz doskwierającą. To właśnie te z pozoru mało znaczące małżeńskie potyczki wracały do Liama przy prozaicznych czynnościach.” – w pierwszym zdaniu piszesz o kłótniach (liczba mnoga, ale pewnie literówka), w drugim o kłótni, a w trzecim znów potyczki w liczbie mnogiej. Może zamiast “te” potyczki, “takie”? Bo “te” wskazuje na konkretne kłótnie, a chyba ta konktretna była jedna w nie wiele.

“Brudne naczynia zajmowały każdą wolną powierzchnię mebli.” – wystarczy wolną, jak sądzę. Każdą wolną powierzchnię i wolną powierzchnię wydaje się mieć to samo znaczenie. Tym bardziej że we wcześniejszym zdaniu już jest “każdą”.

 

To tylko parę sugestii, nie traktuj ich jak porad.

Nie wiem czy to Twoje pierwsze opowiadanie tutaj, bo dopiero założyłam konto, ale z pewnością poszukam innych lub będę cierpliwie czekać na następne. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

Cześć, Djehuty.

Bardzo się cieszę, że opowiadanie Cię poruszyło i że się spodobało :) To nie jest moje pierwsze opowiadanie, wystarczy, że klikniesz na mój nick (profil) i wszystko będzie jasne :) 

Twoje uwagi są bardzo cenne, z pewnością się do nich odniosę i coś pozmieniam.

Dzięki za komentarz! 

Oooo… Ależ to było wzruszające. Nie jestem fanką takich historyjek, ale Twoja mnie urzekła. Może przez to, że ostatnio naczytałam się mrocznych wizji, może przez to, że jest po prostu ładna, dobra, ciepła, dobrze napisana. 

Podobało się. Bardzo ładnie Ci to wyszło. I bohater, i Amy… Kocówka dobra. Prawdziwa taka. Nice.

Klik.

SaraWinter, dziękuję za ciepłe słowa :) Włożyłem w ten tekst sporo emocji, z pewnych względów trochę nawet osobistych, więc cieszy mnie taki odbiór. Pozdrawiam :)

A dla mnie przesłodzone. I za bardzo skoncentrowane na obyczajówce.

Amy to anioł, a nie dziecko. Za to ojciec to dupa wołowa…

Babska logika rządzi!

Finklo, starałem się wyważyć słodycz z goryczą, ale przyjmuję Twoje zdanie. Takie dzieci się zdażają, piszę z doświadczenia. Czasami mamy swojego anioła w postaci człowieka, który wyciąga nas z doła. I nie wiem też, dlaczego z taką łatwością i przekonaniem nazywasz kogoś, kto ma za sobą chorobę alkoholową i śmierć żony, dupę wołową. Każdy człowiek jest inny i radzi sobie z pewnymi sprawami mniej lub bardziej.

OK, może przesadziłam. Ale powinno być na odwrót – to dorosły ma wspierać dziecko. Sam to w którymś momencie stwierdza. Jeśli dziewczynka sobie poradziła ze śmiercią matki, to i jej ojciec mógłby. Tak brutalnie: drugiej matki nie można mieć, drugą żonę da się znaleźć.

Babska logika rządzi!

Właśnie, sam to stwierdza, i dlatego fakt, że sobie nie radzi przygniata jeszcze mocniej. I owszem, teoretycznie mógłby sobie poradzić. Ba, powinien. Ale gdyby wszyscy od tak sobie ze wszystkim radzili życie byłoby bajką a prosesja psychologa jak i wiele innych zbędne. Jak mówiłem, każdy umysł jest inny więc dyskusja o indywidualnych przeżyciach może być tylko subiektywna. Tak czy owak dzięki, że zajrzałaś :)

No cóż, jakoś mnie ta historia niczym nie wzruszyła – ojciec okazał się facetem mało odpornym i niepotrafiącym zebrać się do kupy wobec przeciwności losu i, niestety, nie trafia do mnie pomysł, że nagle, za sprawą osobliwej pocztówki, nastąpiła w nim przemiana. Dziewczynka znacznie lepiej poradziła sobie ze śmiercią mamy, choć tak po prawdzie, wydaje mi się, że jak na dwunastolatkę, to aż za dobrze.

Brakło mi fantastyki.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

omal nie wy­padł z ob­ro­to­we­go krze­sła, w któ­rym za­snął. ―> …omal nie spadł z ob­ro­to­we­go krze­sła, na któ­rym za­snął.

Siedzi się na krześle, nie w krześle, więc nie można z niego wypaść.

 

każ­de­go dnia za­glą­dał ukrad­kiem na spo­czy­wa­ją­cą za szkla­ny­mi drzwicz­ka­mi dę­bo­wej szafy, bu­tel­kę wie­lo­let­nie­go ko­nia­ku. ―> Zagląda się do czegoś, nie na coś. Na coś można patrzeć/ spoglądać.

Proponuję: …każ­de­go dnia spo­glą­dał ukrad­kiem na

 

za­czął krę­cić się po po­ko­ju, w któ­rym nie­gdyś był jego ga­bi­net pra­cow­ni­czy. ―> Co to jest gabinet pracowniczy?

 

Przyj­dę za nie­dłu­go i po­ba­wi­my się… ―> Przyj­dę nie­dłu­go/ niezadługo i po­ba­wi­my się

 

Usiadł przy biur­ku i rzu­cił ster­tę pa­pie­rów na blat. Jeden rzut oka wy­star­czył… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugim zdaniu: Jedno spojrzenie wy­star­czyło

 

kart­kę, która ukry­ła się wśród we­zwań do za­płat. ―> …kart­kę, która ukry­ła się wśród we­zwań do za­płaty.

 

Strą­cił przy tym szklan­kę a ta roz­trza­ska­ła się o pa­ne­le. ―> Czy nie naturalniej brzmi: Strą­cił przy tym szklan­kę, a ta roz­trza­ska­ła się na podłodze.

 

za­pach ró­ża­nych per­fum, które uży­wa­ła Shan­non. ―> …za­pach ró­ża­nych per­fum, których uży­wa­ła Shan­non.

 

Do­łą­czy­li do nie małej ko­lej­ki za­sta­na­wia­jąc się nad wy­bo­rem sma­ków. ―> Do­łą­czy­li do niemałej ko­lej­ki, za­sta­na­wia­jąc się nad wy­bo­rem sma­ków.

 

Ru­dzie­lec ścią­gnął gar­ni­tur. ―> Mam wrażenie, że: Ru­dzie­lec ścią­gnął marynarkę.

Garnitur to marynarka i spodnie, a nierzadko także kamizelka.

 

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dział Liam i po­spiesz­nie scho­wał po­da­ru­nek do tyl­nej kie­sze­ni spodni. ―> Pocztówka wręczona adresatowi przez listonosza nie jest podarunkiem.

 

Ogar­nia mnie i przy­kry­wa klif ciem­no­ścią. ―> Chyba miało być: Klif ogar­nia mnie i przy­kry­wa ciem­no­ścią.

 

Lub co­kol­wiek in­ne­go, co w pełni uświa­do­mi go, że nie zwa­rio­wał. ―> Lub co­kol­wiek in­ne­go, co w pełni uświa­do­mi mu, że nie zwa­rio­wał.

 

Amy stała progu i za­gry­zła wargi… ―> …Amy stała w/ na progu i za­gry­zła wargi

 

Z ogro­du są­sia­da, który był Po­la­kiem, do­bie­ga­ły słowa pusz­czo­ne­go na cały re­gu­la­tor utwo­ru:

Je­stem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem. […] Gdzie zwy­kły śmier­tel­nik nie stąpa tam nogą… ―> Zastanawiam się, Realucu, dlaczego kazałeś Liamowi i Amy słuchać piosenki, której słów nie rozumieli i która zapewne nic dla nich nie znaczyła…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, nie zmienił się od jednej pocztówki, jeno stopniowo, z czasem dostawania kolejnych. I według mnie na każdego działa co innego, a w tym przypadku, coś tak niezwykłego, jak najbardziej mogło się sprawdzić, więc tutaj mam inne zdanie.

Jeśli dziecko było wychowywane w konkretny sposób, tłumaczono mu te kwestie, w szczęśliwej rodzinie, nie widzę powodu dla którego nie mogłoby sobie poradzić z tym lepiej niż dorosły. Tym bardziej, że dorosły ma o wiele większy bagaż doświadczeń życiowych wpływających na przeżycia itd.

O subtelnej fantastyce, zaznaczonej tylko na sam koniec, ostrzegałem w przedmowie. 

Błędy poprawiłem choć do paru uwag się odniosę:

 

Czy nie naturalniej brzmi: Strącił przy tym szklankę, a ta roztrzaskała się na podłodze.

Może i tak. Ale czasami może i warto nakreślić jakieś dodatki światotwórcze miast używać ogólników. 

 

Ogarnia mnie i przykrywa klif ciemnością. ―> Chyba miało być: Klif ogarnia mnie i przykrywa ciemnością.

Nie, ponieważ to zdanie tyczy się poprzedniego, a ogarniał ją smutek, a nie klif. 

 

Zastanawiam się, Realucu, dlaczego kazałeś Liamowi i Amy słuchać piosenki, której słów nie rozumieli i która zapewne nic dla nich nie znaczyła…

Niczego im nie kazałem. Nie włączyli radia. Piosenka leciała sobie w tle i to, czy ją rozumieli, to inna kwestia. A mając za sąsiada Polaka jest wielce prawdopodobne, że jednak coś tam mogli rozumieć.

 

Dzięki!

Reg, nie zmie­nił się od jed­nej pocz­tów­ki, jeno stop­nio­wo…

Nieprawda. Otrzymawszy pierwszą pocztówkę Liam przeczytał ją dziesięć razy, wylał koniak, popłakał się, powziął postanowienie pójścia z córką do kina, ponownie dziesięć razy przeczytał pocztówkę, a na koniec powiedział: – Nie zawiodę cię, skarbie. Nie zawiodę.

 

Niczego im nie kazałem. Nie włączyli radia. Piosenka leciała sobie w tle i to, czy ją rozumieli, to inna kwestia. A mając za sąsiada Polaka jest wielce prawdopodobne, że jednak coś tam mogli rozumieć.

Nie dosłownie kazałeś, ale skoro nagranie było puszczone na cały regulator, musieli je słyszeć, ale wątpię by cokolwiek z tego rozumieli.

 

A mając za sąsiada Polaka jest wielce prawdopodobne, że jednak coś tam mogli rozumieć.

Ech, gdybyż tak sama obecność obcokrajowca mieszkającego za płotem mogła wpłynąć na rozumienie jego języka…

Od pewnego czasu moim sąsiadem jest Grek, a nie rozumiem nawet jednego greckiego słowa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, mnóstwo słów ma greckie korzenie. Na początku był chaos. ;-)

Babska logika rządzi!

No tak, Finklo, pewnie z czasem coś się z niego wyłoni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wtedy rozpoczęła się zmiana, owszem, ale to tylko początek. Kawałek dalej mamy, że znowu ma koszmary, zawala rozmowę itd. Więc nie od jednej pocztówki magicznie się ,,uzdrowił". Bohaterowie w żaden sposób się do piosenki nie odnoszą, jest ona tylko tłem, smaczkiem, nie wpływa na ich reakcje, więc nie widzę wielkiego problemu w jej języku. A co do sąsiadów to widzisz, ja mam inne doświadczenia. Wszystko zależy od tego, jaki mamy z nimi kontakt lub jaki chcemy mieć.

Ładna historia obyczajowa, dużo emocji w tekście, ale używasz bardzo znanego schematu. Jednak wykonanie sprawiło, że opowiadanie czytało się dobrze. Najbardziej podobało mi się wyjaśnienie pomysłu z kartkami.

Trudno uwierzyć, że córka bohatera ma dwanaście lat, zmieniłabym jej wiek na ok. 14-15 lat. Wtedy jej zachowanie wydałoby się bardziej wiarygodne.

Nie podobała mi się postać ojca, jednak taki sposób reagowania na trudne sytuacje wydaje się prawdopodobny, chociaż nieco skrajny.

Ando, dzięki za komentarz :) Cieszę się, że znalazłaś coś, co się spodobało, i że dobrze się czytało.

Dziś dzieci w wieku 10-12 lat są jak jeszcze nie tak dawno dzieci (nastolatki) w wieku 14-15. Wiem to doskonale, bo na co dzień pracuję z takimi grupami wiekowymi. 

Pozdrawiam! :)

Dziś dzieci w wieku 10-12 lat są jak jeszcze nie tak dawno dzieci (nastolatki) w wieku 14-15. Wiem to doskonale, bo na co dzień pracuję z takimi grupami wiekowymi. 

Dwunastolatki, które znam, nie zachowałyby się tak, jak Twoja bohaterka.

Dziecko w wieku 12 lat niekiedy nawet nie zaczęło fazy dojrzewania. Ma za słabo rozwinięte myślenie abstrakcyjne i rozumienie więzi międzyludzkich, za bardzo jest skoncentrowane na sobie.

Moim zdaniem, dwunastolatka nie zachowałaby się w ten sposób i nie pisała takich listów. Przeżywałaby przede wszystkim własny dramat, a nie myślała o problemach ojca.

 

Ej, no, nie wrzucajcie wszystkich dzieci do jednego wora. Dzieci są różne ;)

SaraWinter, dokładnie. Nie mówiąc o tym, że dziecko po takich przeżyciach dojrzewa i zmienia się o wiele szybciej i inaczej niż pozostałe. Ale po komentarzach widzę, że każdy tu generalizuje i widzi dupę wołową, zbyt dojrzałe dziecko itd. Jakby każdy profil człowieka był taki sam. Na nasze zachowania wpływa setki rzeczy, każdy jest inny no ale jest to oczywistość, którą powtarzam któryś raz. No cóż…

Ando, powtarzam, pracuję z dziećmi. 15 lat temu żadna 10 letnia dziewczynka nie powiedziałaby mi takich rzeczy, które słyszę dziś. I nawet nie przytaczam, bo tutaj nie chodzi tylko o podręcznikowy rozwój dziecka a o to, jak wpływa na nie dzisiejszy świat.

Bardzo ładnie napisana historia, taka trochę magiczna, trochę “uskrzydlona”, taka którą bardzo dobrze mi się czytało :) Dużo tu emocji, uczuć i nadziei. Pocztówki pełnią w moich oczach rolę symbolu wewnętrznych przemian, które zachodziły w bohaterze.

Ode mnie kliczek :)

Katiu, bardzo Ci dziękuję za komentarz, miłe słowa oraz klika :)

Pocztówki pełnią w moich oczach rolę symbolu wewnętrznych przemian, które zachodziły w bohaterze.

Trafna i fajna interpretacja :)

Pozdrawiam

 

Bardzo dobrze napisana, emocjonalna opowieść. Jak dla mnie fantastyki jest akurat, nawet, jeśli [SPOILER] na koniec wyjaśnia się, kto jest autorem listów, to i tak jestem bardzo zadowolony z takiego zakończenia. Czytało się płynnie, dobry warsztat. Piosenka bardzo pasuje do treści opowiadania, choć faktycznie zgrzyta mi również odrobinę to, że bohater może nie rozumieć tekstu. Trochę szkoda. A co do dziecka, to miałem wrażenie, że wypowiada się zbyt dojrzale, plus ten pomysł z pocztówkami, faktycznie bardzo abstrakcyjny, ale nie znam się, więc nie będę tego kwestionował.

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

herox, bardzo Ci dziękuję za komentarz i pozytywne słowa :)

Pozdrawiam

Cześć, Realuc, nareszcie udało mi się przeczytać Twoje opowiadanie o przyciągającym tytule.

 

Przyznam, że się wzruszyłam, nie żebym ryczała jak bóbr, ale oczy się zaszkliły…

W kwestii rezolutnych dwunastolatek zgadzam się z tą częścią przedpiśczyń, której zdarzyło się takie dzieci-anioły spotkać. Mam podobne doświadczenie.

Trochę zbiły mnie z tropu “Moherowe Klify” – jako że o geografii Irlandii pojęcie mam marne, pierwsze skojarzenie zboczyło ku “moherowym beretom”. Ale to tak na marginesie.

Zwiodłeś mnie z tą butelczyną: kiedy pojawiła się po raz pierwszy, pomyślałam sobie: “Ty idioto, po co ją trzymasz?! Przecież to elementarny błąd!”. Potem, gdy Twój bohater otworzył szafkę: “I co? A nie mówiłam!”. A potem figa przemądrzałej czytelniczce…

Scena w szpitalu wydaje mi się nieco sztucznie wprowadzona – widać, że już zmierzasz do końca chcesz jakoś wszystkie wątki powiązać i wyjaśnić.

 

Wpadło mi jeszcze w oko kilka potknięć, które umknęły (czy to możliwe?) Reg:

Radowali się ciepłymi promieniami, które w tych rejonach nie należały do częstego zjawiska.

Liam wygramolił się z kanapy i wolnym krokiem udał się do przedpokoju.

I ostatnie, ale to może tylko w moich uszach zazgrzytało:

Jedno spojrzenie wystarczyło, aby było wiadomo, że wszystko to jest przypomnieniami o zaległych rachunkach

Może np. tak:

Jedno spojrzenie wystarczyło, aby było wiadomo, że wszystko to jest to przypomnieniami zaległych nieopłaconych rachunkach

ale się nie upieram.

 

“Kręcone lody”? Tak się mówi? W moim dzieciństwie takie lody nazywano “włoskimi”. “Kręcone lody” niebezpiecznie kojarzą mi się z wyrażeniem “kręcić lody”.

 

Jeszcze raz wyrazy uznania! To fakt, jest schemat, ale czuć, że pisane z bebechów. Schematy nie zawsze są po to, by je przekraczać. Czasem większą sztuką jest wypełnić je czymś autentycznym.

Pozdrawiam smiley

 

 

Facies, cieszę się, że udało Ci się tutaj zajrzeć i że wrażenia z lektury, mimo schematu, wywołały jakieś emocje :)

Co do lodów to u mnie mówiło się kręcone, chyba :P Z kosmosu by mi się ta nazwa nie wzięła… Mogą to być nie tyle włoskie, co takie świderki/amerykańskie czy jak je tam jeszcze nazywają.

Dzięki za wszystie uwagi!

Pozdrówka smiley

Emocjonalna i optymistyczna historia o wyciąganiu się z dna. Widać, że operujesz tutaj na wzbudzenie emocji – to nic złego, ale mnie coś nie chwyciło. Jednak doceniam środki użyte, by wykrzesać odpowiednie reakcje z czytelnika.

Całość czytelna, bohaterowie raczej nie są rozbudowani, ale ich charakterystyka wystarczy do opowiedzenia zamierzonej historii.

Tak więc koncert fajerwerków niezły, ale niestety nie zdołał przebić się przez mój mur obojętności na obyczajówki. Niemniej napisany sprawnie, z dobrze zastosowanymi środkami.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za komentarz NWM! ;)

Mama nie zdążyła odpowiedzieć. Doktor stanowczo pomylił się w swojej prognozie.

stanowczy «umiejący powziąć kategoryczną decyzję; też: właściwy takiej osobie»

Chyba nie o to Ci chodziło.

 

Trochę mi tu proporcji zabrakło. Eksponujesz bardzo mocno cierpienie i żałobę ojca, a jednocześnie córka jest jak anioł. Nie dość, że sobie poradziła ze śmiercią matki, to jeszcze ratuje ojca. A co z jej żałobą, z jej cierpieniem? Nie ma? Ona jest tak doskonała, że aż trudno w to uwierzyć w jej realność.

A jednocześnie ta zamiana ról, bo to przecież ojciec powinien wspierać córkę, a nie na odwrót, sprawia, że początkowo trudno mu kibicować. Później też niełatwo.

Nie chodzi o to, że gość sobie nie radził, bo to się zdarza najlepszym, ale samo rozwiązanie, to, co spowodowało, że się ocknął, jakoś tak nie budzi sympatii do niego. Codziennie widział córkę, żywą, pewnie w głębi duszy nieszczęśliwą. Kochał ją, ale pomogły dopiero pocztówki, które uznał za wiadomości od zmarłej kobiety. Zmarła żona była dla niego ważniejsza od żywej córki. I dziewczynka pewnie zdawała sobie z tego sprawę, bo w pocztówkach, które cytujesz jest o niej tylko krótko sztampowa wzmianka: Opiekuj się Amy. Cała reszta dotyczy jego.

Reasumując, bardziej mi było żal dziecka, niż ojca.

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, bo to taka niezwykle mocna miłość była :) Choć co do proporcji to może i masz rację. Jednak nie chodzi o to, że córki to nie dotknęło. Jedynie wcześniej to w sobie przepracowała. W inny sposób. Co do reszty uwag, z racji, że się powtarzają, odpowiedzi pisałem wyżej. Dzięki za przeczytanie :)

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka