- Opowiadanie: fizyk111 - Apartament z widokiem na Wawel

Apartament z widokiem na Wawel

Wizja świata w tym opowiadaniu jest dokładną odwrotnością moich poglądów na przyszłość. Osobiście obawiam się, że społeczeństwa będą wymierać, że będzie nas coraz mniej a przeludnienie raczej nam nie grozi. Ale taka wizja przeludnionego Krakowa zrodziła się w mojej głowie i przelała się na papier.

Serdecznie dziękuję betującym - Mersayakowi, Tarninie i drakainie. Dzięki wam bohaterka ma osobowość, bankier charakter a Kraków mieszkańców.

Licznik przekroczony za zezwoleniem Beryla – 7994 znaków wg licznika Worda

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Apartament z widokiem na Wawel

Bronka i Karol Zawiejowie mieszkali z córką i zięciem w skromnym, czteroosobowym mieszkalniku na obrzeżach Krakowa. W młodości, kiedy kryzys demograficzny dopiero się zaczynał, otrzymali kredyt i pozwolenie na dwójkę dzieci. Dziesięć lat później na świat przyszła Justysia. Czasy się jednak zmieniły, przeludnienie narastało w tempie, którego nikt nie przewidywał, a pracy zaczynało brakować. Rok później cofnięto im pozwolenie na drugie dziecko. Na szczęście nie musieli zmieniać mieszkalnika, tak więc, gdy Justyna poznała Staszka, młodzi mogli zamieszkać wspólnie z rodzicami. Pracowali wprawdzie coraz więcej, a pozwalać sobie mogli na coraz mniej przyjemności, ale wciąż udawało się im wiązać koniec z końcem.

Aż pewnego dnia zadzwonił telefon.

– Tak, słucham. – Połączenie odebrał Karol.

– Pan Karol Zawieja?

– Tak?

– Dzwonię ze szpitala okręgowego numer pięć, chciałem poinformować, że dzisiaj, o godzinie piątej, przywieziono do naszej placówki pana matkę, Jagodę Zawieję, z objawami udaru mózgu. Czy zna pan obowiązujące procedury?

Pod Karolem ugięły się nogi, klapnął na taboret.

– Tak, znam.

 

*

 

– Bronisławo. – Karol zwracał się tak do żony tylko w szczególnych okolicznościach. – Nie oddam mamusi do emerytorni. Przykro mi, ale młodzi muszą znaleźć sobie jakiś inny mieszkalnik.

– Jak to, muszą? – bezradnie zapytała Bronka. – Własną córkę wyrzucisz z domu?

– Własną? – Karol spojrzał na żonę tak, że skuliła się w sobie.

– Ty wiesz? – Wbiła oczy w podłogę. – A co zrobisz, jak nie dostaną kredytu?

 

*

 

Justyna i Stanisław pojawili się przed wejściem do Koseks Banku na godzinę przed otwarciem – tak na wszelki wypadek. Pół godziny później pojawiła się mama Justyny. Wyciągnęła z torebki złożoną kartkę.

– Weź to, córeczko, to taki spadek po babci. Trzymałam te dwadzieścia tysięcy na czarną godzinę, jak będzie trzeba, to możecie… No wiecie – powiedziała, ocierając ukradkiem łzę.

 

Gdy weszli do środka, przywitał ich zaskakująco młody pracownik banku.

– Słucham, co państwa do nas sprowadza? – zapytał uprzejmie.

Przez następną godzinę odpowiadali na niezliczoną ilość pytań. Gdy skończył wypełniać dokumenty, poprosił ich o kilka minut cierpliwości. Siedzieli niespokojnie, co rusz spoglądając na blondyna w nienagannie skrojonym garniturze.

– Niestety, po analizie państwa sytuacji nasz system wydał decyzję odmowną – zwrócił się do nich tonem wyrażającym współczucie – gdyby państwo dysponowali jakimś wkładem własnym, to może…

 

– W takim razie mam dla państwa propozycję – powiedział bankier, gdy wyrazili gotowość wpłaty – czy słyszeli państwo kiedyś o KOS-EX?

Gdy pokręcili głowami, kontynuował.

– KOS-EX to nazwa korporacji, która odkryła i rozpoczęła eksploatację złoża energitalu. Surowiec ten, jak państwo wiedzą, pozwala na produkcję taniej i ekologicznej energii, a zapotrzebowanie na niego jest wprost nieograniczone. Mogę zaoferować kredyt w wysokości dwustu tysięcy odnowionych polskich złotych. Za tę kwotę bank, w państwa imieniu, nabędzie tysiąc kilogramów energitalu oraz trzyosobowe pomieszczenie mieszkalne. Spłata kredytu odbywać się będzie poprzez comiesięczną sprzedaż pięciu kilogramów energitalu. Mieszkanie zostanie państwu przekazane w dniu, w którym wpłynie ostatnia rata. Czy wszystko do tej pory jest zrozumiałe?

Po chwili zastanowienia Justyna zapytała – A co, jeśli cena przestanie wzrastać?

– Pani Justyno – odpowiedział uspokajającym tonem bankier – proszę się nie obawiać, istnieje tylko jedno złoże energitalu i nie ma żadnych technicznych możliwości, aby zwiększyć jego wydobycie, dlatego jego cena musi wzrastać.

– Czy rozwiałem już wszystkie państwa wątpliwości? Jeśli tak, to zachęcam do przeanalizowania oferty w domu. – Wstał, uścisnął im dłonie.

– Zapraszam jutro na podpisanie dokumentów – zakończył.

 

*

 

Ceny energitalu spadły na łeb, na szyję dwa lata później. Okazało się, że KOS-EX posiada jeszcze dwa inne złoża, których istnienie ukrywał do czasu, gdy zwiększenie wydobycia stało się bardziej opłacalne od dalszego windowania cen. Koseks Bank ogłosił niewypłacalność i zlikwidował wszystkie oddziały. Justyna i Staszek zużyli swoje dwieście kilogramów energitalu w dziesięć miesięcy i ostatecznie wylądowali w przytułku dla singli, zwanym plastrem miodu.

Każdego ranka, Justyna idąc do pracy powtarzała swoją mantrę. Spraw Panie Boże, aby sprawiedliwa kara dosięgła człowieka, którego zwałam ojcem; człowieka, który sprzedał nam oszukańczy kredyt i człowieka, który to całe oszustwo wymyślił.

Ponieważ nie wierzyła w Boga, musiała sama o to zadbać.

 

*

 

Stała na chodniku, potrącana co chwilę przez ludzi śpieszących do pracy. Wpatrywała się w ciemne, zakurzone okna po drugiej stronie ulicy, za którymi jeszcze niedawno znajdował się Koseks Bank. Powiodła wzrokiem w górę, ku szczytowi zabytkowego „Szkieletora” otoczonego wysokimi, nowoczesnymi biurowcami. Wściekłość już jej przeszła, została tylko zimna nienawiść do ojca, do banku i systemu, który ich w to wpędził. Spojrzała na zegarek, Staszek powinien być już dziesięć minut temu, pewnie metro znowu jest przepełnione, pomyślała.

– Dokąd dzisiaj? – zapytała, gdy się wreszcie pojawił.

– Prądnik Czerwony, Quatro, tam jest ze dwadzieścia kancelarii. – Podał jej kartkę z adresami.

Od jakiegoś miesiąca każdą wolną chwilę spędzali na poszukiwaniu kogoś, kto podjąłby się odzyskania ich pieniędzy. Wszędzie jednak słyszeli to samo. Żeby mieć szansę na wygranie takiej sprawy, muszą udowodnić, że Bank, udzielając im kredytu wiedział o planach uruchomienia dodatkowego wydobycia przez KOS-EX.

Kiedy skończyła przeglądać kartkę z adresami, zauważyła po drugiej stronie ulicy człowieka, który wyraźnie się im przyglądał.

– Czy on nie wygląda znajomo? – spytała Staszka, wskazując nieznacznym ruchem głowy wysokiego mężczyznę w kapeluszu. Gdy ten zorientował się, że go dostrzegli, uniósł kapelusz w geście przywitania, odsłaniając bujną jasną czuprynę i wskazał im drzwi pobliskiego baru, za którymi po chwili zniknął. Justyna ze Staszkiem podążyli za nim. To był dobry człowiek.

 

*

 

– Wysoki sądzie, uważam, że w trakcie przewodu sądowego – kończył przemowę adwokat – obrona, w sposób nie budzący wątpliwości, udowodniła, że w dniu udzielania kredytu Koseks Bank posiadał pełną wiedzę na temat nowych złóż energitalu oraz planów uruchomienia wydobycia w przypadku wzrostu cen minerału. Zeznania świadka koronnego oraz przedstawione przez niego dokumenty jednoznacznie pokazują, że wszystkie udzielone w tym czasie kredyty są zwykłym oszustwem i kradzieżą pieniędzy powierzonych bankowi przez jego klientów.

 

*

 

– Proszę wstać, sąd idzie.

– Sąd Najwyższy, po rozpatrzeniu kasacji w sprawie Zawieja i Poręba przeciwko Koseks Bank, stwierdza całkowitą nieważność umowy kredytowej. Strona powodowa zobowiązana jest zwrócić całość kredytu bez odsetek na rzecz Koseks Banku. Jednocześnie Sąd orzeka całkowity przepadek mienia Koseks Banku i jego spółek zależnych na rzecz skarbu państwa. Majątek ten, tytułem zadośćuczynienia, zostanie rozdzielony pomiędzy wszystkich kredytobiorców, w wielkości proporcjonalnej do udzielonego kredytu. Państwo Justyna Zawieja i Stanisław Poręba otrzymają zadośćuczynienie w postaci dwustu ton energitalu. – Sędzia podniósł wzrok znad pulpitu i stuknął młotkiem, zamykając rozprawę.

 

*

 

Justyna wsunęła wirolot w szczelinę parkingową na sto piątym piętrze apartamentowca w centrum Krakowa. Z dumą powiodła wzrokiem po olbrzymiej powierzchni, prawie trzydziestu metrów kwadratowych. Uaktywniła podział mieszkania, zaprowadziła mamusię do jej własnego pokoju, a potem wzięła Stasia pod rękę i podeszli do okna.

– Pięknie tutaj, Justysiu – wyszeptał i obejmując ją od tyłu położył rękę na lekko zaokrąglonym brzuszku – zawsze marzyłem o takim miejscu.

– Oj, pięknie – odpowiedziała, przytulając się do męża.

Spojrzała w dół, na otoczoną tysiącmetrowymi apartamentowcami starówkę, błonia i Wawel.

A najpiękniejsze jest to, pomyślała, że teraz wreszcie wszystko jest na swoim miejscu – stary pierdoła, zwany jej ojcem, w plastrze miodu, pieprznięta babka Jagoda w emerytorni, a dwieście ton energitalu na jej koncie.

 

Artur Siwek

Koniec

Komentarze

Hej, Fizyku. Pozwolę sobie wkleić tutaj moją opinię, którą już przedstawiłem Tobie podczas betowania. Zatem wyszło bardzo dobre opowiadanie (5/6). Jestem pod niemałym wrażenie tego, jaki poczyniłeś postęp z tym tekstem. IMHO, ułożyłeś przejrzystą kompozycję, opracowałeś bohaterów, uprościłeś wypowiedzi w języku bankowo-prawniczym, z prostego stylu przechodzisz do bardziej złożonego, co tworzy przyjemne tempo czytania, zapisałeś przekonujące dialogi, wykreowałeś ciekawy świat, w którym zawarłeś czytelny pomysł zatłoczonego Krakowa. Zrobiłeś kawał dobrej roboty, aż przyjemnością było podglądać Twoją pracę nad tekstem.

 

Nominować do BiB będę mógł w okolicach marca XD

Dzięki Mersayake za taką piękną laurkę – Twoje uwagi niewątpliwie przyczyniły się do ulepszenia tego tekstu.

Na ile się udało, zobaczymy po komentarzach mniej zaangażowanych portalowiczów. 

Na pewno dobre, ja nie za bardzo mogę komentować bo w większości przypadków można mi powiedzieć, że uczeń chce pouczać nauczyciela. Osobiście wolę opowiadania w których jest więcej fantastyki, jakieś UFO, obce cywilizacje…

 

Podobał mi się pomysł ze złożami energitalu. Fajne, pozdrawiam :)

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Dzięki Dawidzie, że przeczytałeś. Cieszę się, że coś Ci się w tym opowiadaniu spodobało. 

 

PS

Jeśli coś chcesz skomentować w sposób krytyczny, a obawiasz się, że możesz nie mieć racji, to wyraź to w formie pytania. Sądzę, że nikt się nie pogniewa.

OK, jest jakaś wizja, jakiś pomysł na przyszłość.

Jednak rodzi sporo pytań. Skąd ten wyż demograficzny, skoro są przydziały na dzieci? Dlaczego udar babci oznacza konieczność wyprowadzenia młodych?

Największa fantastyka to rozdzielenie majątku banku między kredytobiorców. Jest mnóstwo podmiotów, które byłyby pierwsze w kolejce; fiskus, ZUS, pracownicy…

Babska logika rządzi!

Symboliczna wizja przyszłości, choć mocno osadzona w teraźniejszych problemach. 

 

Czasem zastanawiam się, czy w długofalowym ujęciu ludzką populację też zaczną spełniać założenia równania Lotki-Volterry. Jako że naturalnych drapieżników nie mamy, to rolę czynnika hamującego musiałby przyjąć np. niechęć do rozmnażania uwarunkowana kulturowo, kryzys surowcowy lub wojna. Ciekawe, czy jeśli nie udałoby się efektywnie skolonizować kosmosu, to czy przyszłość cywilizacji byłaby po prostu cyklem kolejnych apokalips, z których po jakimś czasie ludzkość podnosiłaby głowę, by znowu dotrzeć do nieuniknionego punktu zapalnego, w którym wybucha wojna – i tak w kółko, aż nie zdarzy się kataklizm całkowicie wymazujący nasz gatunek.

 

Stylistycznie mogłoby być trochę lepiej, sugestie poprawek:

Na szczęście nie musieli zmieniać mieszkalnika, tak więc, gdy Justyna poznała Staszka, młodzi mogli zamieszkać wspólnie z rodzicami. Musieli wprawdzie pracować coraz więcej i pozwalać sobie na coraz mniej przyjemności, ale udawało się im wiązać koniec z końcem.

Powtórzenie. Drugie zdanie też nie bardzo mi się podoba pod względem konstrukcji, bo przymus jest wymieszany z zezwoleniem: “Musieli wprawdzie […] pozwalać sobie na coraz mniej przyjemności”. Sugeruję zamianę na:

“Pracy było coraz więcej, a przyjemności coraz mniej, ale udawało im się wiązać koniec z końcem”.

 

– Tak, znam.

 

*

 

– Bronisławo.

Wyśrodkuj gwiazdki.

 

– Jak to, muszą? – bezradnie zapytała Bronka – własną córkę wyrzucisz z domu?

Źle zapisany dialog. Mamy tu do czynienia z dwoma odrębnymi zdaniami, więc to powinno wyglądać tak:

 

– Jak to, muszą? – zapytała bezradnie Bronka. – Własną córkę wyrzucisz z domu?

 

– Własną? – zapytał Karol i spojrzał na żonę tak, że skuliła się w sobie.

Powtarza się “zapytał”, a czasownik opisujący mówienie jest tutaj w zasadzie niepotrzebny. Wystarczy;

 

– Własną? – Karol spojrzał na żonę tak, że skuliła się w sobie.

 

 

gdyby państwo dysponowali jakimś wkładem własnym, to może…

 

– W takim razie mam dla państwa propozycję – powiedział bankier, gdy wyrazili gotowość wpłaty

Odstęp pomiędzy akapitami w tym miejscu jest w zasadzie zbędny, gdyż jest zachowana ciągłość narracyjna.

 

– gdyby państwo dysponowali jakimś wkładem własnym, to może…

 

– W takim razie mam dla państwa propozycję – powiedział bankier, gdy wyrazili gotowość wpłaty

Tu przypadkiem nie zostało wycięte jakieś zdanie? Ten przeskok wydaje się dziwny.

 

muszą udowodnić, że udzielając im kredytu Bank wiedział o planach uruchomienia dodatkowego wydobycia przez KOS-EX.

Imiesłów przysłówkowy zawsze wydzielamy przecinkami. Jako że tutaj następuje on bezpośrednio po spójniku, który nie powinno ujmować się z obu stron w przecinki, sugeruję:

 

muszą udowodnić, że Bank, udzielając im kredytu, wiedział o planach uruchomienia dodatkowego wydobycia przez KOS-EX.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Finklo, dzięki za komentarz. 

Skąd ten wyż demograficzny, skoro są przydziały na dzieci?

– To akurat proste, pomyliłaś skutek z przyczyną – najpierw był wyż demograficzny, potem przydziały.

Dlaczego udar babci oznacza konieczność wyprowadzenia młodych?

– To mniej oczywiste, limit nie pozwolił pokazać jak małe są mieszkalniki. W czteroosobowym, piąta się nie zmieści.

Największa fantastyka to rozdzielenie majątku banku między kredytobiorców.

– no tak, kto wie co będzie za sto lat.

Wicked, dzięki za klika, za bardzo ciekawą refleksję na temat przeludnienia (postaram się odnieść do niej później) i wytknięte błędy, które zaraz pośpieszę naprawić.

Ale dlaczego babcia musi zamieszkać z nimi? Pada pytanie, czy bohater zna procedury. Ja nie znam, trochę się zgubiłam w tym momencie.

Babska logika rządzi!

Dlatego, że alternatywą jest oddanie babci do emerytorni, czego najwyraźniej Karol nie akceptuje – to akurat jest w tekście. Procedury są więc takie, że albo zabierasz do siebie, albo oddajesz do emerytorni.

Zgadzam się, że skrótowość troszkę szkodzi zrozumieniu. Taki mamy klimat, niestety. sad

Tak, wiem że emerytornia (ładny neologizm, btw) jest w tekście. Nie wiem, jak się w niej żyje. Nie wiedziałam, jaka alternatywa stoi przed Karolem. Trochę Ci limit nie pozwolił poszaleć.

Babska logika rządzi!

Wartkie, lekko bieżące, ale nie szkodzi:), bo bardzo fajnie poprowadzone. Ciekawe i proste.

Trochę zastanawiałam się nad  – “całkowitą nieważnością umowy prawnej”, bo jeśli unieważnia się czynność prawną (a taką jest zawarcie umowy) jest to ostateczne, a nie stopniowalne, ale jeśli dotyczyłoby zasad współżycia społecznego (pozostając na gruncie polskiego prawa, innego nie znam, a tu w dodatku jest z przyszłości), pewnie można byłoby pokombinować. 

Co do przeludnienia – who knows? Też czasami myślę o eksplozji populacji drapieżników i cyklach.

 

,Jednocześnie Sad orzeka całkowity przepadek

literówka

Skarżę do biblio:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum, lubię takie skarżypytki. smiley

Co do “całkowitej nieważności”, to mam wrażenie, że umowę sąd może unieważnić “w części” – więc nie o stopniowanie tu chodzi, a raczej o jej podział.

Niezbyt odległa przyszłość, ale problemy podobne tym, z którymi borykają się współcześnie żyjący. Czytało się całkiem nieźle. ;)

 

Za kwotę bank… ―> Za kwotę bank

 

Żeby mieć szan­sę na wy­gra­nie ta­kie­go pozwu… ―> Wygrać można sprawę, ale chyba nie pozew.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg za klika i miłe słowo.

Już biegnę poprawić.

Bardzo proszę, Fizyku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobnie jak Wicked odbieram ten tekst nieco symbolicznie, jakkolwiek przedstawiona w nim wizja świata mocno ociera się o problemy współczesne. A poza tym to ciekawe, porządnie napisane opowiadanie, które z pewnością zasługuje na bibliotekę. Klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

Czytało się nieźle, ale nie przekonuje mnie ta wizja. Dlaczego występuje przeludnienie, skoro wprowadzono pozwolenia na rodzenie dzieci? Wątpię też w skuteczność samego zakazu, chociażby ciąże nieplanowane. Jaki był związek między udarem matki a brakiem mieszkania dla młodych? Skoro babcia jeszcze żyła, jak młodzi mogli dostać po niej spadek?

Zazgrzytał mi kryzys demograficzny – to określenie sugeruje zbyt mało ludzi. W procesach cywilnych nie ma świadków koronnych. Zastanawiałam się, gdzie szukać fantastyki w tym opowiadaniu, najwięcej widzę jej w wyroku sądu (dlaczego Sąd Najwyższy, skoro nie było rozpraw przed niższymi instancjami?) i w sposobie podziału majątku upadłego banku i jego spółek.

Katiu, bardzo dziękuje za komentarz i za klika.

 

Jak Cię lubię, ANDO, tak tym razem muszę stwierdzić, że kilka uwag zupełnie nie trafionych.

Skoro babcia jeszcze żyła, jak młodzi mogli dostać po niej spadek?

A druga babcia?

Dlaczego występuje przeludnienie, skoro wprowadzono pozwolenia na rodzenie dzieci?

Pozwolenia są skutkiem przeludnienia i sposobem na walkę z nim.

Wątpię też w skuteczność samego zakazu, chociażby ciąże nieplanowane.

Sposób jak najbardziej skuteczny, co udowodnili Chińczycy. Nieplanowane ciąże kończą się aborcją. Konsekwencje za urodzenie dziecka bez pozwolenia są poważne np. więzienie.

Jaki był związek między udarem matki a brakiem mieszkania dla młodych?

To mniej oczywiste, limit nie pozwolił pokazać jak małe są mieszkalniki. W czteroosobowym, piąta się nie zmieści.

Zazgrzytał mi kryzys demograficzny – to określenie sugeruje zbyt mało ludzi.

Przeludnienie to też kryzys. Ale zgadzam się, że może zgrzytać bo takie rozumienie się utarło.

W procesach cywilnych nie ma świadków koronnych.

To akurat może się bardzo szybko zmienić, a akcja dzieje się w przyszłości

 

Z fantastyki, to taki "energital" był i sto piąte piętro w centrum Krakowa. Nie ma w tym konkursie wymagania, aby spełnione było kryterium brzytwy Lema.

Jeśli coś nie wynika z tekstu bezpośrednio, a jest ważne dla fabuły, czytelnik zaczyna się zastanawiać, o co chodzi. Tak jak z tym spadkiem po babci.

Skoro wprowadzili zezwolenia na dzieci, problem przeludnienia powinien zostać uregulowany.

Edit. Opisujesz zagadnienia, które mnie interesują i które sama analizowałam, stąd dociekliwość.

Podobało mi się. :)

Ciekawy pomysł, czytało się dobrze, bohaterowie interesujący i żywi. Mimo że tekst nie jest długi, da się wczuć w klimat i czas. 

Spodziewałam się innego zakończenia, ale takie też jest satysfakcjonujące :D

 

Dziękuję Saro za komentarz i polecenie. Cieszę się, że dobrze się czytało i jeszcze bardziej z tego, że udało się zaskoczyć na koniec.

Wracam jeszcze raz pomarudzić. ;)

Może za bardzo się czepiałam, ale ta historia mnie poruszyła. W sumie, nie wiem nawet dlaczego, bo frankowiczem nie jestem (tak odczytałam nawiązania do energitalu). Chyba zadziałała bliskość odniesień do dzisiejszego życia.

ANDO, dzięki, że wróciłaś. Ty masz prawo się czepiać, ja mam prawo odpowiadać – to się nazywa dyskusja. Czasami jednak, żeby nie sprawiać wrażenia, że to dla mnie “sprawa życia i śmierci”, zachowuję milczenie.

Miło mi, że Cię ta historia poruszyła. Skoro to jest przyczyną “czepiania się”, to możemy dalej się spierać.

Przyjmijmy, że 500+ i/albo jeszcze inne działania doprowadziły do “baby boomu”. Szóstka dzieci w rodzinie to norma, za lat pięćdziesiąt mamy sto milionów obywateli. Wprowadzamy limity dzieci na rodzinę, najpierw trzy, potem dwa, a wreszcie wprowadzamy pozwolenia na dziecko. Ile czasu minie do momentu, gdy liczba ludności zacznie spadać? Oj duuuużo.

A ta babcia, to naprawdę. Przecież to mówi mama Justyny, to można domyślnie przyjąć, że mówi o swojej mamie.

Po tym wyjaśnieniu nie mam już o co się spierać. Zresztą, bardziej była to ciekawość. :)

– Własną? – Karol spojrzał na żonę tak, że skuliła się w sobie. – chyba zbędne i.

 

Ceny energitalu spadły na łeb, na szyję dwa lata później. – chyba zbędny przecinek.

 

Powiodła wzrokiem w górę, ku szczytowi zabytkowego „Szkieletora” otoczonego wysokimi, nowoczesnymi biurowcami. – Tak się składa, że również mieszkam w Krakowie, i choć dawno nie przejeżdżałem przez Rondo Mogilskie bo nie bywam w tych rejonach to słyszałem, że w końcu ktoś ma się owym budynkiem zająć. Nawet jeśli to tylko plotki, wątpię, aby w dalekiej przyszłości nadal taki straszak stał tuż przy centrum miasta.

 

Jednocześnie Sad orzeka całkowity przepadek mienia Koseks Banku… – W sadzie to ewentualnie jabłka rosnąć mogą, ale czy sad może coś orzekać? Ogonek zgubiłeś :P

 

Hej, fizyku. Czytało się dobrze. Końcówka, wynagradzająca młodym wszystko, usatysfakcjonowała mnie, choć sam tekst jakoś wielce nie porwał. Dobrze napisany tekst jednak bankowo sądowe sprawunki, nawet w przyszłościowej otoczce, nie są dla mnie jakoś zajmujące. Ale to subiektywne odczucie.

Pozdrawiam!

Dzięki Realuc za komentarz i poprawki – wydawało mi się, że ten Sad już zmieniałem.

Co do szkieletora, to dzisiaj wygląda TAK, a już niedługo ma być TAK.

Powiodła wzrokiem w górę, ku szczytowi zabytkowego „Szkieletora” otoczonego wysokimi, nowoczesnymi biurowcami.

Rany, to to tam jeszcze stoi?!

 

Podobało mi się. Rozumiem, że limity na dzieci wprowadzono nieco za późno, a że to przyszłość, to pewnie ludzie żyją nieco dłużej. Sprawę babci i emerytorni przydałoby się bardziej naświetlić. A pozy tym fajne opko, choć niefajna wizja przyszłości ;)

Klikam :)

 

Edytka:

A diabła tam, już w Bibliotece. Przestraszyłam się, bo przez chwilę myślałam, że mi odebrano możliwość bezpośredniego klikania, a to takie wygodne ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki Irko.

Szkieletor stoi i ma się coraz lepiej. Na pewno przetrwa jeszcze sto lat. Możesz zerknąć do linków w moim poprzednim komentarzu.

Jest tu pomysł. Ale tak szczerze – czuć, ze do tej wizji nie masz przekonania :)

Nie powiem, tempo tekst ma zabójcze, ale trudno, by nie miał, by zmieścić taką historię. Tym niemniej dobrze to streściłeś, bo wyszło spójnie. Bohaterka ma jakiś charakter.

Trochę natomiast cierpi światotwórstwo, bo część rzeczy z braku miejsca zostawiasz w domyśle. Jak te limity z przeludnieniem.

Tak więc koncert fajerwerków przyjemny. Taki w sam raz do obiadu ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereManie. Cieszę się, że fajerwerki umiliły Ci obiad.

Jest tu pomysł. Ale tak szczerze – czuć, ze do tej wizji nie masz przekonania :)

Niestety muszę się tu zgodzić z NoWhereManem. Uważam za to, że warsztatowo tekst jest bardzo dobry, a sama fabuła poprowadzona bardzo umiejętnie, jak na takie ograniczenie liczby znaków. 

 

Nie wiem, czy tak miało być, ale bohaterka zrobiła na mnie wrażenie zwyczajnej zołzy. ;)

Zostaw ten żyrandol.

W pierwszej chwili nie przekonałeś mnie, ale zaraz zreflektowałem się, że to opowiadanie na konkurs i to z mocno okrojonym limitem znaków. Patrząc z tej strony na Twoją wizję świata, muszę przyznać, że taka przyszłość jest możliwa. Może największą niewiadomą, jak dla mnie, jest spadek lub wzrost liczby ludności, ale sam skłaniam się do wzrostu. Do tego spekulacje, malutkie mieszkanka – od dawna prorokuję, że zacznie się budować M-3 o powierzchni 30m2, jak za komuny – to wszystko trzyma się kupy. Brzmi tylko trochę zbyt współcześnie, ale kto to naprawdę wie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Verus, dzięki za komentarz.

Według SJP, zołza – dokuczliwa, kłótliwa kobieta; jędza.

Trochę nie pasuje, ale wredna baba to już bardziej.

 

Darkon, dzięki również za docenienie tego opowiadania.

Przy okazji innego opowiadania, wyraziłem swoje przekonania co do przyszłości naszej, ludzkiej populacji. Wraz ze wzrostem poziomu życia i wzrostem “samoświadomości”, dzietność musi spadać. Nasza zachodnia kultura oddzieliła seks od prokreacji i ma to zasadniczy wpływ na populację. Pytanie, kiedy islam dojdzie do tego punktu?

Cześć!

Wpadam marudzić. ;-)

Z komentarzem dotoczyłem się z lekkim poślizgiem. Czytałem kilka dni temu, ale za diabła nie mogłem znaleźć czasu na pełny komentarz, a po łebkach nie chciałem pisać.

Dlatego wpadam dopiero dzisiaj.

Marudzić zaś zamierzam dlatego, że w mojej ocenie zabawiłeś się tutaj trochę w literackiego Kamikaze. Mianowicie w ośmiu tysiącach znaków próbujesz upchnąć określoną wizję świata i jeszcze w dodatku opowiedzieć pewną historię.

Na jedno i drugie brakuje Ci przestrzeni, co niestety wychodzi, bo wyjść musiało.

Ale od początku.

Generalnie problem z opowiadaniami w takim limicie polega na tym, że jeśli Autor uprze się na upchnięcie wszystkiego, to w rezultacie nie opowie do końca niczego. Kiedyś, przy jednym z opowiadań, użyłem takiego określenia: świat widziany zza winkla. I tak to trochę jest z tą Twoją prezentacją pewnej wizji przyszłości.

Ogólnie z tą wizją przyszłości jest tutaj tak, jak z ciekawym, atrakcyjnym miejscem, które zdecydujesz się pokazać jedynie na kilku zdjęciach. Czy to czytelnikowi wystarczy? Ano nie. Wręcz przeciwnie. Gdyby on tego miejsca nie znał, to nawet nie miałby czego żałować. Tymczasem tutaj dostaję kilka konkretnych obrazków zachęcających, ale… na tym się kończy. Nie zabierzesz mnie tam. Nie oprowadzisz. Bo limit.

Widzisz, żebyś ty jeszcze sprawiał w tym opowiadaniu wrażenie, że nie do końca masz koncept. Że panuje w tym jakiś przypadek. Że wszystko jest upchnięte na słowo honoru, trochę według zasady: może jakoś to będzie. Gdyby tak było, to chyba nawet marudziłbym mniej. Napisałbym, że tym razem nie wyszło. Trudno, tak się zdarza. Nie co dzień jest niedziela.

Ty jednak od pierwszych zdań wysyłasz taki bardzo wyraźny sygnał, że masz określony, konkretny pomysł na tę wizję przyszłości. Już mniejsza nawet z tym, czy ona będzie wiarygodna, czy kompletnie fikcyjna. Czy będę się z nią zgadzał, czy może wręcz przeciwnie. To wszystko nie jest aż tak istotne. Ważne, że prezentując mi całą sekwencję wymyślonych obrazów, opowiadając mi o nich, zostawisz mnie z konkretnymi odczuciami. Że będę chciał Ci po lekturze tego tekstu napisać, jak to się zgadzam z taką wizją, albo jak uważam, że to się nie mogło zdarzyć.

Tymczasem tutaj takiej szansy nie mam. Limit na to nie pozwolił. I tak, jak piszę, pół biedy, gdybym nie miał poczucia, że Ty ten konkretny, kompletny pomysł masz. Uznałbym, że nie trafiłem z opowiadaniem, albo w pewnym momencie odpuściłbym lekturę i już.

A tak, pozostaje w sumie taki żal, że nie zobaczę stu procent tego, co tak naprawdę chciałeś opowiedzieć. Od A do Z. Ze wszystkim, co sobie wymyśliłeś i o czym mogłeś mi opowiedzieć.

Podobnie rzecz ma się z samą historią. Ona, ze względu na próbę upchnięcia jej w limicie, sprawia wrażenie streszczenia. Na czym polega streszczenie? Ano przede wszystkim na tym, że dokładnie, punkt po punkcie, poznaję bieg wydarzeń. Niby powinno wystarczyć. A jednak ludzie z jakiegoś powodu wolą przeczytać pełną historię zamiast jej streszczenia. Dlaczego? Dla wnętrza.

Wnętrzem historii mogą być emocje, nawiązanie więzi z bohaterami, jakaś chęć kibicowania im, czytanie o ich zmaganiach w towarzystwie konkretnych emocji. Tutaj nie mam na to szans. Limit pozwala Ci na tyle, żeby powiedzieć: najpierw było tak, a tak; później stało się to i to; wszystko zaś zmierzało do takiego, a takiego końca. Suche fakty. Jako czytelnik nie czuję emocji, nie jestem w żadnym sposób przywiązany do losów bohaterów, bo też nie masz przestrzeni, żeby mnie do tego zachęcić. Żeby krok po kroku tę więź u mnie zbudować. Bo limit. :)

Znów muszę napisać, że nie marudzę, bo chcę się poznęcać, ale marudzę, bo szkoda. Generalnie historia z kredytem nie jest łatwa do “sprzedania” mnie, jako konkretnemu czytelnikowi. Nie jest łatwa, bo mocno haczy o to, co mogę zobaczyć wokół siebie. Bo jest to historia mocno zbieżna z tym, co mogę spotkać w rzeczywistości. Oczywiście, nie jeden do jednego. Tym nie mniej, wiele elementów wspólnych mógłbym znaleźć.

Nie jest to zatem łatwe, ale czy niemożliwe? Nie. Absolutnie możliwe. Zobacz, jaką tu masz przestrzeń do prezentacji emocji. Silnych emocji. Decyzja, kogo z rodziny “pozbyć się” z domu. Oszustwo bankowe, oznaczające konieczność długiej mozolnej walki o swoje prawa. Naznaczonej szeregiem problemów. Potwornych napięć psychicznych. Może i niewiary, że wszystko się dobrze zakończy. Wymieniać można długo, bo tych elementów jest sporo. Każdy mógłby poruszyć czytelnika. Mógłby, gdyby nie limit.

Marudzę sporo i konsekwentnie. Czy zatem uważam to opowiadanie za jednoznacznie złe? Może Cię trochę zaskoczę, ale… nie. Widzisz, ja nieraz powtarzam, że ani nie czuję potrzeby, ani nie sprawia mi frajdy czytanie opowiadań, które mi nie podejdą, właściwie tylko po to, żeby później wpaść z krytycznym komentarzem. Nie jestem dyżurnym, mam pełną dowolność w wyborze opowiadań, więc i wybieram te, które mnie zainteresują. Obecnie czasu mam nieszczególnie dużo i bardzo staranie dobieram opowiadania, bo z wielu innych przyjdzie mi zrezygnować. Z jakiegoś powodu wybrałem jednak Twoje. 

Wybrałem Twoje, bo od pierwszego zdania przekonałeś mnie, że masz konkretną wizję przyszłości, którą chcesz opowiedzieć. Tak, jak pisałem powyżej. Nieważne, czy ja się z nią zgodzę, czy nie. Ważne, że wyrobię sobie zdanie, że pozostanę po lekturze z jakimś poglądem, opinią, odczuciami. Słowem, że lektura Twojego tekstu coś we mnie po sobie zostawi. Niechby tylko na chwilę, to wystarczy.

Wybrałem więc Twój tekst i nie porzuciłem lektury, bo ciekawiło mnie, co stanie się dalej, i jaką wizję przyszłości zechcesz mi przedstawić. Czuję więc raczej silny niedosyt. Niedosyt wymuszony, bo wynikający z limitu. Zdecydowałeś się zmieścić tę historię w limicie i siłą rzeczy musiało mieć to swoje konsekwencje. Dlatego mogę na pewno pisać o niedosycie, ale w żadnym razie nie o straconym czasie. I ważne, żebyś czytając moją opinię miał to na uwadze, bo ja nie zawsze dbam o właściwie proporcje komentarza. Częściej o to, by przekazać Autorowi w danej opinii to, co w mojej ocenie najistotniejsze.

Co więc chcę Ci przekazać? Zaznaczyłem na wstępie, że będę marudził. Właśnie marudził, a nie krytykował. Bo krytykować można to, co zrobione źle. Tymczasem ja niejako prezentuję Ci w swoim komentarzu konsekwencje podjętej decyzji. Nie napiszę, że zrobiłeś coś źle. Bo to nie do końca prawda. Zrobiłeś swoją robotę tak, jak Ci pozwalał na to limit. Krytykować opowiadanie znaczyłoby w tym wypadku tyle, co krytykować decyzję. A tego nie chcę.

Zamiast tego wolę Ci przekazać to, do czego ten komentarz zmierza. A zmierza on do prostego pytania: czy było warto? Czy było warto upychać tę koncepcję w limicie ośmiu tysięcy znaków?

Ważne, żebyś dobrze zrozumiał moje pytanie. Bo ono, wbrew pozorom, niczego nie sugeruje. To nie jest pytanie z zawartą w nim odpowiedzią. Z perspektywy czytelnika odpowiedź jest prosta. Nie. Nie było warto. Tyle że czytelnika obchodzi wyłącznie dobra lektura. Nic więcej. Ja, jako czytelnik, nie muszę wiedzieć, jaki był limit, jaki był temat konkursu, ani nawet, czy to jest tekst konkursowy. Jestem czytelnikiem, więc guzik mnie to obchodzi. Od opowiadania oczekuję tyle że spędzę przy nim miło czas. Reszta nie ma znaczenia.

W przypadku Ciebie, jako Autora, odpowiedź już tak oczywista nie jest. Bo każda decyzja ma swoje konsekwencje. Gdybyś odpuścił konkurs, opowiedziałbyś pełną historię. Z drugiej jednak strony każdy konkurs stymuluje, przynosi nowe pomysły, mobilizuje, w większości przypadków gwarantuje większą ilość czytelników, nieraz obszerne komentarze jurorskie, itp. Słowem, obie decyzje mają swoje wady i zalety.

Ja wpadam do Ciebie z konkretnym obrazem tego, jakie są konsekwencje Twojej decyzji. Tobie zostawiam zadanie sobie pytania, czy było warto? A pytanie to jest niezwykle ważne, bo odpowiedź mocno wpłynie na to, jak będzie postrzegał swoje pisanie w przyszłości. Przed dylematem: czy walczyć z czasem i limitem staniesz jeszcze wielokrotnie. To, co sobie teraz odpowiesz, zbuduje Twoje podejście do podobnych dylematów w przyszłości. Ja, jak pisałem powyżej, nie sugeruję żadnej odpowiedzi, bo też nie istnieje na to pytanie jedna, uniwersalna odpowiedź. Mogę Ci co najwyżej pokazać, jak wygląda odbiór takiego okrojonego tekstu. Bo jeśli masz ważyć wszystkie za i przeciw jednej i drugiej decyzji, to musisz mieć pogląd całościowy.

Ja Ci dorzucam ten jeden brakujący element.

Tyle ode mnie. 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie. ;-)

P.S. Mam szczerą nadzieję, że ten mój komentarz nie jest dłuższy niż sam tekst. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki CM-ie za ciekawy i bardzo wartościowy komentarz. Poruszasz w nim ten aspekt mojego pisania, który obecnie i ja dość intensywnie rozważam. Pytanie “Czy było warto?” bardzo dobrze w te moje rozważania się wpisuje. I co ciekawe, pytanie co zrobić z tym pomysłem, zadawałem na tym portalu gdy tekst miał trochę ponad tysiąc znaków. Na powyższe pytanie nie odpowiem. Mam swój prywatny zestaw argumentów za i przeciw ale wolę to pudełko z kotem Schroedingera pozostawić zamknięte. 

Być może było by mi łatwiej podjąć pewne decyzje, gdybym nie doświadczał takich problemów z motywacją jakich doświadczam – dlatego konkursy pomagają. A z drugiej strony przeszkadzają. Przeszkadzają w rozwijaniu własnych oryginalnych pomysłów, w realizacji pewnych wizji, które gdzieś się po zakamarkach umysłu plątają. Ale znowu, cóż po tych wszystkich pomysłach, gdy się ma takie skłonności do prokrastynacji.

Bardzo się cieszę, że skusił Cię ten tekst, że go przeczytałeś i nad nim pomarudziłeś. Na pewno będzie przyczynkiem do autorefleksji nad moim pisaniem.

Przeludnienie nam nie grozi. Całe obszary ziemi się wyludniają. Regulacja urodzin odbywa się droga naturalną. A natura zorganizuje na nową pandemię…

Neurologu, zgadzam się, że przeludnienie nam nie grozi. Nam, czyli zachodniej, bogatej cywilizacji. Jeśli biedne kraje zaczną się bogacić, to “nam” będzie znaczyć “całej ludzkości”.

Nie wiem co masz na myśli pisząc “Regulacja urodzin odbywa się droga naturalną”? Czy to samo co Wicked, cytując równania Lotki-Volterry.?

Tak, czy inaczej, nie jest to tekst z dziedziny futurologii, a zwykła fantastyka, mocno zalatująca bajką. I to taką klasyczną. wink

dotarłam tu wreszcie, ależ się cieszę! :D

 

fizyku, ja chyba nie miałam okazji wcześniej zapoznać się z twoją twórczością, ale po lekturze “Apartamentu…” chyba jednak to zrobię :) Udany szort, bez fajerwerków, ale przyzwoity. Faktycznie czuć tutaj mocne cięcia ze względu na limit, ale i tak jestem pod wrażeniem, że zmieściłeś tak rozbudowaną historię w 8k znaków :)

Przeczytane z przyjemnością. 

 

Tylko jedno mi wytłumacz – dlaczego zrobiłeś z Justyny taką zimną sucz! :D Okej, babkę zamknęła w emerytorni, a ojca w domu dla singli, ale przecież matka (którą Justyna wzięła do nowego mieszkania) nie sprzeciwiła się wyrzuceniu córki i zięcia z mieszkalnika. Czym babka i ojciec wyjątkowo sobie zasłużyli na tak okrutny los? :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Tak mi się podoba, że muszę sobie zacytować:

dotarłam tu wreszcie, ależ się cieszę! :D

Sy, wielkie dzięki za miłe słowa i zapraszam do mojej biblioteki – sporą różnorodność tam znajdziesz.

Co do bohaterki, to w pierwotnej wersji była dobra i wszystkich zabrała ze sobą, ale bety narzekały, że jakaś taka nijaka. No to nabrała charakteru. A mamusi przecież by nie oddała do emerytorni, no jak?

Zresztą, tatuś nie był naprawdę krewnym…

Babska logika rządzi!

bety narzekały, że jakaś taka nijaka

bruh! Owszem, to że zajęła się oszustami to bardzo dobrze, ale że tak potraktowała babkę i ojca? No nie mogę tego przełknąć :D. Jusia wzbudziła moją szczerą niechęć, ale no hej! Wzbudziła emocję, więc wyszła ci żywa bohaterka! Wredna, ale żywa :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jak już wspominała Tarnina, ojciec to taki nie do końca tatuś był. :)

ale to nie ma nic do rzeczy jak ją całe życie wychowywał ;_;

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

No, jednak ma. Spójrz na to oczyma “ojca”, który przez cały czas nie może żonie wybaczyć “skoku w bok”. Formalnie wszystko jest cacy, ale rana krwawi i gdy przychodzi podjąć decyzję, to wychodzi właśnie tak. Mamusia jest ważniejsza.

Przekręty bankowe, przeludnienie i zemsta – fajny byłby z tego dłuższy kawałek w odcieniu kryminalnym ;) Ale i tak podziwiam, że w takim limicie udało Ci się, Fizyku, ująć spójną wizję przyszłości i zakreślić perypetie bohaterów. 

Deirdriu, dzięki za komentarz. Słowo “podziwiam”, zawsze miłe łechce nawet największe ego.wink

Niezłe. Bardzo współczesne problemy głównych bohaterów. Choć czuć, że limit uwierał i przez to tempo jednak za szybkie i nie wczułem się w tę historię.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy, bardzo dziękuję za “niezłe”. smiley

Szkoda, że nie uwiodło. sad

Hej! Ciekawe i na pewno fajnie napisane, choć sama historia chyba nadaje się na dłuższą formę (przeleciałem przez nią bez specjalnego zaangazowania). Zacząłeś opowiadanie innymi bohaterami niż skończyłeś, nie bardzo więc miałem z kim przejść fabułę, taka zagrywka u mnie spowodowała dystans do całej historii. Dystans, czyli takie wiesz, wzruszenie ramionami trochę. Rzeczy, które spodobały mi się tutaj bardzo: mieszkalnik i emerytornia. 

Bajka o zakręconym tempie, w której nawet za sto lat kredytobiorców się dyma bez mydełka ;-) Ale “emerytornia” to piękne, budzące grozę słowo!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Łosiocie, PsychoFishu, dziękuję za docenienie kreacji i słowotwórstwa. Za przeczytanie i pozostawienie komentarza oczywiście również.

Fajne :)

Przynoszę radość

U hu hu, to musiało się bardzo podobać. Dzięki za komplement Anet.

;)

Przynoszę radość

Napisany poprawnie, acz bez wyżyn literackich, dający do myślenia konspekt tekstu pełnometrażowego. Niestety przyznam, że mi się nie podobało – właśnie z uwagi na fakt, że jest to konspekt.

Lecisz z fabułą na łeb, na szyję – po wstępnym infodumpnym streszczeniu serwujesz dosłownie “migawki”, bo tylko taka forma pozwoliła Ci zawrzeć w przepisowej liczbie znaków bodaj zarys sytuacji. Takie na ogół sprawozdawcze “trzaskawki” nie pozwalają wykrzesać z siebie zainteresowania losami bohaterów. Zanim cokolwiek zacznie ruszać, tekst się kończy.

Widzę tu materiał na uczciwe opowiadanie długości minimum ~40k – ciekawie kreujesz prawno-społeczną osnowę przyszłego życia w Polsce i w ogóle na świecie. Bardzo ciekawie i świeżo dobrane nazewnictwo. Wyraźna paralela do frankowiczów, co traktuję jako plus, bo lubię literaturę będącą zwierciadłem rzeczywistości.

Końcowa linijka opowiadania – mocna, ale niestety nieprzydatna z perspektywy tak zarysowanego opowiadania. Bohaterów znamy tu jedynie z nazwiska i faktu, że mają jakieś powiązania rodzinne oraz potrzeby lokalowe. Nie było miejsca na zarysowanie ich charakterów i zbudowanie konfliktu, wskutek czego finalne “stary pierdoła, zwany jej ojcem, w plastrze miodu, pieprznięta babka Jagoda w emerytorni, a dwieście ton energitalu na jej koncie” nie mówi nam, czy bohaterka okazała się zimną suką, czy może jednak stary pierdoła i pieprznięta babka Jagoda “zasłużyli sobie”, by ich tak potraktowała? Koniec opowiadania jest tak naprawdę jedynym miejscem, w którym odwołujesz się do emocji.

Z przyjemnością przeczytałabym pełną wersję tego tekstu zamiast trialowej – z pełnokrwistymi bohaterami i narastającym pomiędzy nimi konfliktem, który byłby umocowany w nienachalnym worldbuildingu.

Niemniej życzę powodzenia w konkursie, do zobaczenia w apartamencie z widokiem na kapsułę!

Wiktorio, to chyba najlepsze podsumowanie tego opowiadania. Masz rację w każdym jego słowie. Razem z komentarzem CM-a stanowi podstawę do głębokiej refleksji na temat podejścia do dalszej mojej twórczości.

Bardzo mi się podobało Twoje podsumowanie zakończenia, jest w punkt.

nie mówi nam, czy bohaterka okazała się zimną suką, czy może jednak stary pierdoła i pieprznięta babka Jagoda “zasłużyli sobie”, by ich tak potraktowała?

Zabrakło mi tu klimatu przyszłości. Wspominasz o przeludnieniu, ale moim zdaniem niedostatecznie pokazujesz to w scenach. A można by tu dać kilka obrazowych przykładów. Kolejki, ścisk. Małe, klaustrofobiczne pomieszczenia. 

Cała historia poprowadzona jest przyzwoicie. Czepiałbym się tylko tego, że na początku musiałem się cofnąć, by ogarnąć bohaterów. Radzę uważać z wprowadzaniem (niemal jednoczesnym) bohaterów o imionach na tę samą literę, jak tutaj zrobiłeś z Justyną i Jadwigą. A tak poza tym opisałeś całą historię klarownie. 

No i najważniejsze – niestety dla mnie przedstawiony tutaj dramat jest zbyt współczesny. 

Dla mnie największym problemem opowiadania jest chyba to rozwiązanie problemów bohaterów – deus ex machina. Już chyba wolałbym, żeby ta miniatura pokazywała pewną fazę perypetii niż całą historię od początku do końca, skoro ceną za to drugie jest zupełnie niewiarygodna dla mnie przyczyna happy-endu (chyba, że coś przeoczyłem?) Ale przeczytałem z zainteresowaniem

Dzięki za komentarze, cieszę się, że w ten czy inny sposób, jakoś się podobało.

Funie – zabrakło klimatu, zabrakło też paru innych rzeczy, niestety. Wielkie dzięki, za uwagę na temat imion, niezwykle cenna, bo dla piszącego jest to zupełnie niewidoczne.

Klapaucjuszu – być może przeoczyłeś tego, kłaniającego się z drugiej strony ulicy blondyna, w scenie obok “Szkieletora”. Tak, czy inaczej, trudno się nie zgodzić komentarzami dotyczącymi zbytniej kompresji opowiadania.

 

Tak, CMie, ciągle mam w pamięci Twój komentarz. 

Mam problem z tym opowiadaniem. Bo nieźle napisane, jest wizja przyszłości – może nie nadzwyczaj oryginalna, ale brzmiąca prawdopodobnie, z przyszłymi “frankowiczami” łącznie. Ale główna bohaterka (Justysia) imo jest niewdzięczną suką i jakoś nie cieszy mnie, że w końcówce jest szczęśliwa. Czemu ma pretensje do faceta, który “robił” za jej ojca, choć jak wynika z tekstu, Justysia była owocem skoku w bok matki. Czemu nie ma pretensji do matki, że nie umożliwiła jej poznania faktycznego ojca, czemu nie ma pretensji do własnego męża, który nie zapewnił im własnego mieszkania? Końcówka, w której pisze o ‘pieprzniętej’ babce” to gwóźdź do trumny mojego nielubienia tej postaci. I czemu takie opowiadanie pisze facet? :D

Ja się w sumie zgadzam z tym, co napisał powyżej funthesystem: że ten tekst jest mało “przyszłościowy”, mało… bo ja wiem, wizjonerski? Jest spójny, dobrze napisany i ciekawy – to z kolei jego zalety. Summa summarum, czytało się nieźle. 

Nowa Fantastyka