- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Lipkovskie Chochliki

Lipkovskie Chochliki

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lipkovskie Chochliki

 

Obu­dził się nagle i otwo­rzył oczy, bo do­pa­dło go dziw­ne prze­czu­cie. Już wie­dział, co ono zna­czy, ale mimo to mu­siał wyjść na ze­wnątrz, żeby się prze­ko­nać. W od­da­li słoń­ce le­d­wie roz­świe­tla­ło czar­ne niebo i jesz­cze nikt nie na­zwał­by tego zja­wi­ska świ­tem, mimo to w ni­kłym bla­sku i tak bez trudu można było do­strzec sre­brzy­ste płat­ki śnie­gu. Do­strzec i po­czuć. Zimny i mokry spadł mu na nos, pierw­szy tej zimy. Chcąc de­li­kat­nie opaść na zie­mię wi­ro­wał setki me­trów w dół z wy­so­kiej ciem­nej chmu­ry, aby do­łą­czyć do swo­ich ko­le­gów two­rzą­cych pie­rzyn­kę na ziemi, a tym­cza­sem za­koń­czył swój żywot na cie­płym nosie i się roz­to­pił. Śmia­łek uśmiech­nię­ty wy­cią­gnął rękę po wię­cej.

– Ko­smat­ko – za­wo­łał. – Zima, zima wresz­cie wró­ci­ła!

Nie chciał ni­ko­go bu­dzić, ale ra­dość ma swoje prawa. Ru­szył przed sie­bie lek­kim truch­tem i za­czął tań­co­wać po­śród płat­ków śnie­gu, wciąż nieco sza­rych o tej porze po­ran­ka i jakby po­zba­wio­nych magii. Nie za­uwa­żył nawet, jak Ko­smat­ka, wciąż za­spa­na, sta­nę­ła nie­da­le­ko i pa­trzy­ła na niego z lek­kim po­li­to­wa­niem. W końcu na Śnież­ce śnieg leży śred­nio od paź­dzier­ni­ka do maja. To nie­od­łącz­ny ele­ment ich kra­iny i eg­zy­sten­cji, który spo­wsze­dniał jej tak bar­dzo, że nie po­tra­fi­ się nim cie­szyć tak jak Śmia­łek. Dla niego jed­nak to jest naj­lep­szy czas. Uwiel­bia bie­gać po bia­łym puchu, uwiel­bia jak ni­czym nie­zmą­co­ny błysz­czy w świe­tle słoń­ca jak sre­brzy­sty koc, uwiel­bia też, jak wiatr two­rzy ze śnie­gu prze­róż­ne formy, ma­lu­jąc pięk­ne kra­jo­bra­zy.

– Śnież­ku mój drogi, jak długo z nami zo­sta­niesz? – Śmia­łek zła­pał w locie pła­tek śnie­gu na rękę, ale wiatr szyb­ko po­rwał go dalej i dalej, aż wi­ru­jąc spadł w końcu na śpią­cy li­stek.

Jesz­cze zanim od­le­ciał, Śmia­łek usły­szał ci­chut­ki głos, brzmią­cy jak ma­lut­ki dzwo­nek „do wio­sny”. Ucie­szył się jesz­cze bar­dziej. Trol­le, czy jak kto woli, gnomy, kra­sna­le albo skrza­ty, mają nie­sa­mo­wi­ty kon­takt z na­tu­rą, o któ­rym lu­dzie mogą tylko po­ma­rzyć. Po­tra­fią roz­ma­wiać ze słoń­cem, śnie­giem i wia­trem, do­sko­na­le ro­zu­mie­ją gór­skie stru­my­ki, a wszyst­kie krze­win­ki, które są ich domem, są także ich przy­ja­ciół­mi. Śmia­łek wiele razy za­sta­na­wiał się, co by zro­bi­li lu­dzie, gdyby tylko mogli usły­szeć na­tu­rę, a nie je­dy­nie ją zo­ba­czyć. Czy nadal zry­wa­li­by list­ki? Cho­wa­li się przed wia­trem do schro­ni­ska, za­miast wsłu­chać się w mu­zy­kę, którą wy­gry­wa? Ubie­ra­li kurt­ki prze­ciw­desz­czo­we, za­miast po­czuć cie­pło kro­pli desz­czu na swo­jej twa­rzy? Czy też bie­ga­li­by na bo­sa­ka po ka­mie­niach, go­niąc pierw­sze płat­ki śnie­gu py­ta­jąc je, jak długo zo­sta­ną?

Śmia­łek po­chy­lił się nad swoim nowym ko­le­gą, który opadł na li­stek, i sze­ro­ko do niego uśmiech­nął. Bar­dzo lubił zimę, miała w sobie sporo uroku, a przy tym za­ła­twia­ła klu­czo­wy dla niego pro­blem – ogra­ni­cza­ła ruch tu­ry­stycz­ny. Nie­któ­re szla­ki wy­łą­cza­no z ruchu, inne były zde­cy­do­wa­ne rza­dziej od­wie­dza­ne, a dzię­ki temu Śmia­łek kom­plet­nie nie­zau­wa­żo­ny mógł sobie bie­gać nie­mal wszę­dzie, gdzie tylko chciał. Zbiec na dół o świ­cie i pod­glą­dać nar­cia­rzy na par­kin­gu, by zaraz potem wbiec z po­wro­tem na górę roz­ma­wia­jąc po dro­dze z cho­in­ka­mi i po­pi­ja­jąc zimną wodę z Łom­ni­cy. Cza­sem wolał po­biec środ­kiem lasu razem z li­sa­mi, cza­sem ska­kał z ka­mie­nia na ka­mień mię­dzy ludź­mi. Być może nie było to ostroż­ne, ale Śmia­łek lubił nieco igrać z losem. Wie­dział z do­świad­cze­nia, że nawet jeśli ktoś go zo­ba­czy, to po­my­śli, że to tylko przy­wi­dze­nie, ewen­tu­al­nie jakaś mała mysz­ka. Lu­dzie już tak dawno prze­sta­li wie­rzyć w magię, że nie do­strze­ga­ją jej nawet, jak prze­sko­czy im pod nosem. Do­słow­nie.

– Śmiał­ku, wra­caj! – usły­szał głos Ko­smat­ki, zanim od­da­lił się na dobre. Ale chciał jesz­cze tro­chę po­bie­gać i po­czuć na skó­rze mróz po­ran­ka, więc udał, że już jej nie sły­szy.

– Witaj, Świ­stek – za­wo­łał do góry. Kto jak kto, ale tylko Śmiał­ko­wi wiatr po­zwa­lał się tak zdrob­nia­le na­zy­wać. O wiele bar­dziej wolał do­stoj­ną nazwę Po­chwist, która od­da­wa­ła jego po­tę­gę i moc. A moc miał ogrom­ną i lubił się nią po­pi­sy­wać.

– Co dzi­siaj tak wcze­śnie wsta­łeś, Śmiał­ku? – spy­tał wiatr i zawył mię­dzy drze­wa­mi.

– Już w środ­ku nocy po­czu­łem, że zima wraca i nie mo­głem się do­cze­kać wscho­du słoń­ca, żeby prze­ko­nać się, że to praw­da – za­wo­łał Śmia­łek i ob­ró­cił się trzy razy wokół sie­bie. – Tak się cie­szę, nawet jeśli dzi­siaj je­steś taki chłod­ny!

– Oj je­stem, dzi­siaj to sobie po­la­tam, nie mogę się do­cze­kać – od­parł wiatr i zadął jesz­cze bar­dziej, jakby chciał udo­wod­nić Śmiał­ko­wi, że z nim nie ma żar­tów. Nie mu­siał mu jed­nak o tym przy­po­mi­nać, kto mógł wie­dzieć o tym le­piej niż Śmia­łek, miesz­ka­niec gór, któ­rych Po­chwist jest sym­bo­lem i gdzie jego magia jest naj­moc­niej­sza?

– Oszczędź tylko nasz domek, Ko­smat­ka de­ner­wu­je się, gdy za­głu­szasz Wie­czor­ne Opo­wie­ści. – Śmia­łek mru­gnął okiem, bie­gnąc coraz bar­dziej w dół. Dom zo­stał da­le­ko w tyle, a niebo ro­bi­ło się coraz ja­śniej­sze. To zna­czy ro­bi­ło­by się, gdyby nie szara czapa pa­da­ją­ca z nieba.

– Prze­proś Ko­smat­kę, cza­sem się za­po­mi­nam – przy­znał Po­chwist ze wsty­dem. – Widzę, że bie­gniesz na dół, ja tym­cza­sem udam się na górę za­wi­ro­wać tro­chę pierw­szym śnie­giem dla za­ba­wy!

Do­pie­ro wtedy Śmia­łek zdał sobie spra­wę, jak bar­dzo zbiegł na dół. Był już pra­wie przy budce, w któ­rej tu­ry­ści ku­po­wa­li bi­le­ty wstę­pu do parku na­ro­do­we­go, na szczę­ście było jesz­cze za wcze­śnie, by kto­kol­wiek się tam po­ja­wił. Śmia­łek zwol­nił i ro­zej­rzał się po oko­li­cy. Wokół stru­my­ka pły­ną­ce­go bo­kiem już wczo­raj wie­czo­rem po­ro­bi­ły się so­pel­ki lodu, a woda ude­rza­jąc w nie plu­ska­ła zu­peł­nie innym dźwię­kiem niż latem, jakby wie­dząc, że to jej ostat­nie chwi­le wol­no­ści i wkrót­ce znik­nie pod grubą sko­ru­pą lodu. Śmia­łek nie chciał prze­ry­wać tego kon­cer­tu, tak do­brze sły­sza­ne­go, od kiedy Po­chwist po­le­ciał do góry. Przy­kuc­nął przy stru­my­ku i za­mknął oczy, wsłu­chu­jąc się w kro­pel­ki wy­dzwa­nia­ją­ce pięk­ną me­lo­dię, jedna za drugą. Woda nigdy nie od­zy­wa się jed­nym gło­sem, każda kro­pla ma swoją opo­wieść i trze­ba do­brze na­sta­wić uszu, żeby wy­łu­skać z wielu hi­sto­rii tę naj­dźwięcz­niej­szą. Śmia­łek uwiel­bia to robić.

Słu­cha­nie wody to nie jest bułka z ma­słem, jed­nak opa­no­wał tę sztu­kę już za młodu. Trze­ba po pro­stu otwo­rzyć się całym sobą na dźwię­ki, na to, żeby nawet lekki szum za­czął brzmieć tak gło­śno, jak me­lo­dia grana na for­te­pia­nie, a plusk wody jak dzwon na wieży. Wszyst­ko inne prze­sta­je mieć zna­cze­nie, gdy za­czy­nasz roz­mo­wę z dźwięcz­ny­mi kro­pel­ka­mi. Kiedy w tej ciszy, która za­czy­na roz­brzmie­wać jak kon­cert w fil­har­mo­nii, ktoś nagle za­cznie wy­da­wać zwy­kłe od­gło­sy, brzmi to pra­wie jak wy­buch. Trzask! Śmia­łek aż za­tkał uszy z bólu. Na nowo zna­lazł się w ci­chym lesie bez wia­tru, w któ­rym sły­chać było tylko lek­kie plum­ka­nie ma­łe­go stru­my­ka. Ale i coś jesz­cze. Strasz­li­wy hałas na dole. Lu­dzie. Tak wcze­śnie? Co oni tutaj robią? Jest mróz, słoń­ce jesz­cze nawet nie wsta­ło do końca, dla­cze­go tu przy­je­cha­li? Śmia­łek po­czuł, jak za­le­wa go złość. Jego pierw­szy dzień zimy i względ­nej wol­no­ści zo­stał wła­śnie znisz­czo­ny. Drze­wa za­szu­mia­ły zło­wro­go, wy­czu­wa­jąc jego na­strój.

– … no ja nie wiem, czy to nie bę­dzie tro­chę za dużo? – usły­szał głosy z dołu.

– Za­wsze mo­że­my za­trzy­mać się potem w schro­ni­sku i ogrzać cie­płą her­ba­tą.

– Albo grzań­cem.

– No to już chyba, co kto woli.

Śmiech. Ale nie Śmiał­ka. Po­iry­to­wa­ny po­sta­no­wił zejść niżej i zo­ba­czyć, kto śmiał prze­rwać mu po­ran­ną de­gu­sta­cję po­cząt­ku okre­su zi­mo­we­go, nadal nie do­wie­rza­jąc, że lu­dzie mogli po­ja­wić się tutaj tak wcze­śnie rano. Zbiegł mię­dzy cho­in­ka­mi tak, że już tylko kilka kro­ków dzie­li­ło go od miej­sca, w któ­rym lu­dzie za­zwy­czaj zo­sta­wia­li swoje sa­mo­cho­dy i wy­ru­sza­li pie­szo do samej góry, lub jed­nak czę­ściej – tylko do wy­cią­gu na Kopę. Scho­wa­ny za ko­na­rem drze­wa, do­strzegł trzy osoby zbyt lekko ubra­ne jak na zi­mo­we wy­pra­wy i już wie­dział, że to są bie­ga­cze. Przez wiele lat obec­no­ści w gó­rach na­uczył się od­róż­niać spa­ce­ro­wi­czów od bie­ga­czy i szcze­rze mó­wiąc, więk­szą sym­pa­tią pałał do tej dru­giej grupy. W gó­rach prze­by­wa­li zde­cy­do­wa­nie kró­cej, niż po­zo­sta­li tu­ry­ści, a po dru­gie sam prze­cież cią­gle bie­gał w górę i dół, i ko­chał góry, czuł więc pewną nić po­ro­zu­mie­nia z ludź­mi, któ­rzy ro­bi­li do­kład­nie to samo. Co wcale nie zna­czy, że teraz ucie­szył się na ich widok i uśmiech­nął pod nosem, o nie. Nadał był zły.

Bie­ga­cze z ha­ła­sem pa­ko­wa­li się do ma­łych ple­ca­ków. Jeden z nich, naj­wyż­szy i naj­chud­szy, wy­ja­śnił, jaką trasą będą bie­gli i Śmia­łek w my­ślach na­zwał go „prze­wod­ni­kiem”. Drugi bie­gacz był rów­nież szczu­pły, choć nieco niż­szy, a trze­cim bie­ga­czem była dziew­czy­na w ja­skra­wej ko­szul­ce. Śmia­łek za­sta­na­wiał się, jakim cudem to chu­cher­ko może wbiec na Śnież­kę, nogi miała jak pa­tycz­ki i przy­po­mi­na­ła bar­dziej jedną z tych tu­ry­stek, które wolą sko­rzy­stać z wy­cią­gu. Do­dat­ko­wo iry­to­wa­ła go ta ja­skra­wa ko­szul­ka, po­sta­no­wił więc tro­chę za nimi po­ga­niać, żeby się prze­ko­nać, jak lu­dziom wy­cho­dzi to całe bie­ga­nie. Wia­do­mo, że byli od niego w tej dzie­dzi­nie o wiele gorsi, jed­nak cza­sem zda­rzy­ły się jed­nost­ki, które wzbu­dza­ły po­dziw Śmiał­ka. Były to jed­nak rzad­kie przy­pad­ki, ale w końcu lu­dzie nie bie­ga­ją i nigdy nie będą bie­gać tak, jak małe i zwin­ne trol­le.

Po­biegł do góry szyb­ciej niż oni i znowu scho­wał się za ko­na­rem, ob­ser­wu­jąc bie­ga­czy. Oni tym­cza­sem truch­ci­kiem mi­nę­li wciąż za­mknię­tą budkę, w któ­rej po­win­ni kupić bi­le­ty do parku na­ro­do­we­go, i ru­szy­li w górę, opo­wia­da­jąc o śnie­gu, śmie­jąc się i ro­biąc hałas.

– Co oni tak wcze­śnie? – mruk­nął cicho Po­chwist, lekko szu­miąc tuż nad uchem Śmiał­ka. – Może zmio­tę ich na prze­łę­czy?

– Też je­stem zdzi­wio­ny, zo­ba­czy­my co to za cwa­nia­ki – po­wie­dział Śmia­łek i prze­biegł środ­kiem szla­ku cho­wa­jąc się po dru­giej stro­nie.

Scho­wa­ny za ka­mie­niem ob­ser­wo­wał bie­ga­czy za­pa­trzo­nych w swoje buty. Za­wsze za­sta­na­wiał się, jak można bie­gać w taki spo­sób, żeby pa­trzeć tylko pod nogi? Ten Niski to chyba ani razu nie pod­niósł głowy do góry, pew­nie też bał się, że śnieg mu wpad­nie w oczy. Tylko Ja­skra­wa Ko­szul­ka roz­glą­da­ła się do­oko­ła, ona jedna wy­glą­da­ła jakby cie­szy­ła się z tego, gdzie się wła­śnie znaj­du­je. Nawet pod­nio­sła oczy do nieba, być może po­dzi­wia­jąc wi­ru­ją­ce płat­ki śnie­gu, przez co zaraz się po­tknę­ła. Śmia­łek par­sk­nął.

– Sły­sze­li­ście to? – za­py­ta­ła.

– Co?

– No, jakby śmiech?… – po­wie­dzia­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka, ale ostat­nie słowo pra­wie wy­szep­ta­ła, uzmy­sła­wia­jąc sobie ab­sur­dal­ność swo­je­go zda­nia.

Śmia­łek zdrę­twiał. Czyż­by go usły­sza­ła? Prze­cież to nie­moż­li­we. Lu­dzie nie wie­rzą w magię, więc jej nie do­strze­ga­ją. Śmia­łek, choć Star­szy­zna nie­ofi­cjal­nie tego za­bra­nia, wie­lo­krot­nie prze­bie­gał tuż pod no­ga­mi ludzi i jakoś nigdy go nie wi­dzie­li. Tro­chę ina­czej było z dzieć­mi, w ich przy­pad­ku trze­ba było na­praw­dę uwa­żać. Raz zda­rzy­ło się, że wy­pa­trzył go mały chło­piec, ale kiedy za­czął mówić wszyst­kim do­ro­słym o kra­sno­lud­ku, jakoś nikt mu nie uwie­rzył. Dla Śmiał­ka jest nie­zro­zu­mia­łe, dla­cze­go lu­dzie do­ro­śli trak­tują ma­łych ludzi, jakby ci mali nic nie wi­dzie­li o świe­cie, kiedy było do­kład­nie na od­wrót. Zda­niem Śmiał­ka, żaden z do­ro­słych nie po­tra­fi do­strze­gać na­oko­ło sie­bie pięk­nych rze­czy tak, jak dziec­ko.

Śmia­łek prze­sko­czył na drugi ka­mień i wbiegł nieco w las, śle­dząc bie­ga­czy po­mię­dzy drze­wa­mi i pod­słu­chu­jąc ich roz­mo­wy. Oka­za­ło się, że mimo swo­ich chu­dych nóg Ja­skra­wa Ko­szul­ka do­trzy­mu­je tempa chło­pa­kom, tylko miała nieco więk­szą za­dysz­kę i po pię­ciu mi­nu­tach już się pra­wie nie od­zy­wa­ła. Ku zdzi­wie­niu Śmiał­ka, nadal roz­glą­da­ła się na boki, pa­trzy­ła na drze­wa, na góry, znowu przez to się po­tknę­ła, ale jakoś nie prze­sta­ła po­dzi­wiać przy­ro­dy. Po­dzi­wiać. Śmia­łek był pe­wien, że to robi, widać to było w jej oczach. Całą ra­dość, którą można mieć w sobie prze­by­wa­jąc na łonie na­tu­ry, Ja­skra­wa Ko­szul­ka ze­bra­ła w swo­ich nie­bie­skich źre­ni­cach i błysz­cza­ły przez to ina­czej niż oczy tu­ry­stów, któ­rych Śmia­łek do­tych­czas miał oka­zję pod­glą­dać. Złość nieco mu mi­nę­ła, ustę­pu­jąc miej­sca cie­ka­wo­ści. Może nawet po­czuł do niej ciut sym­pa­tii?

– Zo­bacz­cie, jak jest pięk­nie! – za­krzyk­nę­ła do ko­le­gów, gdy mi­nę­li punkt in­for­mu­ją­cy, że wła­śnie zna­leź­li się na wy­so­ko­ści 1000 me­trów nad po­zio­mem morza. Roz­cią­ga­ła się stąd pięk­na pa­no­ra­ma, obec­nie mniej wi­docz­na z uwagi na gęst­nie­ją­cy śnieg, ale mimo to wciąż dało się po­dzi­wiać zarys gór i lasu.

– Może i jest, ale ten śnieg to nas chyba zaraz za­sy­pie – ro­ze­śmiał się Niski. Śmia­łek dał mu za to w gło­wie mi­nu­sa.

– Ja uwiel­biam pierw­szy śnieg – po­wie­dzia­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka, zła­pa­ła od­dech i po­bie­gli dalej.

Jak to, uwiel­bia pierw­szy śnieg? My­ślał, że lu­dzie nie lubią śnie­gu, bo zimno, mokro, śli­sko, że je­dy­ny śnieg jaki lubią, to ten z ar­ma­tek na sto­kach. A Ja­skra­wa Ko­szul­ka wła­śnie po­wie­dzia­ła coś, co wpra­wi­ło go w osłu­pie­nie. „Uwiel­biam pierw­szy śnieg” to są słowa Śmiał­ka, to są słowa Dzwon­ka, Ma­cie­rzan­ki, takie słowa wy­po­wia­da Prze­tacz­nik roz­po­czy­na­jąc Wie­czor­ne Opo­wie­ści oraz inne trol­le, które za­miesz­ku­ją góry. Te słowa to za­klę­cie, bo prze­cież wia­do­mo, że w gó­rach jest cała magia, a trol­le sta­ra­ją się ją tylko okieł­znać. Po­wiedz płat­ko­wi śnie­gu, że go uwiel­biasz, a prze­sta­nie być chłod­ny ni­czym lód i de­li­kat­nie po­ło­ży się pie­rzyn­ką na ziemi, za­miast wi­ro­wać sma­ga­ny Po­chwi­stem z prawa do lewa. Śmia­łek po­czuł, że tak jak i on, tak zdzi­wi­ły się wszyst­kie płat­ki śnie­gu, nie bar­dzo wie­dząc, czy re­ago­wać na to za­klę­cie; bądź co bądź wy­po­wie­dział je czło­wiek. Przez mo­ment jakby za­wi­sły w po­wie­trzu nie wie­dząc co robić, po chwi­li jed­nak Po­chwist po­de­rwał je do góry wyjąc „nie ufaj­cie czło­wie­ko­wi” i po­le­ciał do góry, wy­prze­dza­jąc bie­ga­czy i zo­sta­wia­jąc ich zmro­żo­nych.

– Ale wieje – po­wie­dział Prze­wod­nik. – Nie wiem, czy to wej­ście na Śnież­kę nam się uda, ale mam na­dzie­ję, że tak. Jeśli nie, to naj­wy­żej za­trzy­ma­my się w Domu Ślą­skim na chwi­lę, a potem po­bie­gnie­my szla­kiem w dół do Sa­mot­ni, co wy na to?

– Jak to, być pod Śnież­ką i nie wejść na Śnież­kę? – po­wie­dzia­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka z uśmie­chem.

– Wa­run­ki, że tak po­wiem, nie do końca zo­sta­ły prze­ze mnie prze­wi­dzia­ne. Nie są­dzi­łem, że bę­dzie tak wiało.

Bie­ga­cze za­trzy­ma­li się na roz­dro­żu, otwo­rzy­li jakieś ba­to­ni­ki i za­czę­li je jeść. Śmia­łek miał tylko na­dzie­ję, że nie zo­sta­wią pa­pier­ków, a ko­rzy­sta­jąc z ich nie­uwa­gi, po­sta­no­wił sobie prze­biec środ­kiem szla­ku za dro­go­wskaz i potem już świe­żo spa­dłym śnie­giem do góry, zo­sta­wia­jąc ich lo­so­wi i być może cze­ka­jąc na nich pod Domem Ślą­skim. Skoro wie­lo­krot­nie prze­bie­gał pod no­ga­mi tu­ry­stów, wi­dzą­cych w gó­rach nic poza czub­kiem swo­je­go nosa lub ewen­tu­al­nie buta, to nie czuł żad­ne­go stra­chu. Wy­biegł zza drze­wa i śmia­ło ru­szył przed sie­bie. Trol­le nie są więk­sze niż wie­wiór­ka, ale mają bar­dzo silne nogi. W nie­któ­rych opo­wia­da­niach wy­obra­ża się je jako zie­lo­ne zwie­rząt­ka, tak jest bo­wiem im ła­twiej ukryć się w tra­wie. Jed­nak te gór­skie, w tym za­miesz­ku­ją­ce Śnież­kę, mają białą skórę i praw­dę mó­wiąc, cięż­ko by­ło­by je do­strzec na śnie­gu, nawet jeśli by się w nie wie­rzy­ło. Je­dy­ne co je wy­róż­nia, to zie­lo­ne oczy, które po­tra­fią lśnić ni­czym szla­chet­ne ka­mie­nie na dnie je­zio­ra i kiedy za­pa­da noc, gasną świa­tła, a magia idzie spać, te oczy świe­cą spod krze­wów ni­czym gwiaz­dy na nie­bie.

Śmia­łek nie pa­trzył na bie­ga­czy, tylko szyb­ko prze­bie­rał no­ga­mi, kiedy tknę­ło go dziw­ne prze­czu­cie. Prze­czu­cie o wiele sil­niej­sze niż to, które obu­dzi­ło go rano jesz­cze przed wscho­dem słoń­ca. Nie­mal na sto pro­cent wie­dział, że jest ob­ser­wo­wa­ny. Więc kiedy mijał nie­bie­skie buty, nie mógł się po­wstrzy­mać i spoj­rzał do góry. Ja­skra­wa Ko­szul­ka pa­trzy­ła pro­sto w jego twarz.

Spa­ni­ko­wał. Opu­ścił głowę i za­mknął oczy, żeby wto­pić się w śnież­ne tło, po czym wło­żył wszyst­kie swoje siły w to, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się za pierw­szym lep­szym drze­wem. Scho­wał się za pniem i za­czął cięż­ko dy­szeć, jed­nak nagle zdał sobie spra­wę, że Ja­skra­wa Ko­szul­ka może go usły­szeć i za­sło­nił usta ręką. Po­czuł, jak płat­ki śnie­gu przy­glą­da­ją mu się prze­stra­szo­ne za­da­jąc py­ta­nia, któ­rych nie mógł usły­szeć, bo serce biło mu za gło­śno. Gdzie był Po­chwist, kiedy go po­trze­bo­wał? Dla­cze­go cho­in­ki wciąż spały, skoro słoń­ce już pra­wie wsta­ło? Dla­cze­go nie po­słu­chał Ko­smat­ki i zbiegł na sam dół? Bie­ga­cze dalej pro­wa­dzi­li roz­mo­wy i sze­le­ści­li pa­pier­ka­mi, po­my­ślał więc, że być może tylko mu się to przy­wi­dzia­ło. Nie ma ta­kie­go czło­wie­ka, który do­strzegł­by trol­la, a tym bar­dziej na śnie­gu (no, poza tym jed­nym chłop­cem dawno temu). Śmia­łek sta­rał się uspo­ko­ić, ale żadne tłu­ma­cze­nia do niego nie tra­fia­ły. Do­pie­ro, kiedy usły­szał od­da­la­ją­ce się kroki, i za­pa­dła cisza, po­sta­no­wił wyj­rzeć zza drze­wa.

Spoj­rzał w lewo i do­strzegł już tylko buty Prze­wod­ni­ka, jak zni­ka­ją za drze­wa­mi. Spoj­rzał w dół na miej­sce, w któ­rym jesz­cze nie­daw­no stali bie­ga­cze i z ulgą stwier­dził, że nie zo­sta­wi­li za sobą żad­nych pa­pier­ków. Jed­nak to cięż­kie jak belka na bar­kach prze­czu­cie znowu go do­pa­dło i zdrę­twia­ły spoj­rzał w prawo. Ja­skra­wa Ko­szul­ka klę­cza­ła przy drze­wie i nie­bie­ski­mi, jak let­nie niebo ocza­mi, pa­trzy­ła się wprost w oczy Śmiał­ka.

– Hej – po­wie­dzia­ła cicho, jakby nagle zdała sobie spra­wę, że Śmia­łek jest zbyt mały, żeby mówić do niego z taką samą ilo­ścią de­cy­be­li, jaką zwra­ca się do in­nych ludzi.

Śmia­łek zdrę­twiał, po raz pierw­szy w życiu nie po­tra­fił się ru­szyć. Za­zwy­czaj w chwi­li za­gro­że­nia ucie­kał tak, że nawet sarna nie po­tra­fi­ła go do­go­nić, tym razem jed­nak po pro­stu stał nie­ru­cho­mo, jakby te nie­bie­skie oczy rzu­ci­ły na niego jakiś urok. Ale to w końcu tylko czło­wiek, a nie żaden cza­ro­dziej. Lu­dzie nie znają się kom­plet­nie na magii, nawet jeśli, po­dob­nie jak Ja­skra­wa Ko­szul­ka, zda­rza im się zu­peł­nie nie­świa­do­mie wy­po­wie­dzieć ja­kieś za­klę­cie.

– Nie bój się, nic ci nie zro­bię – szep­nę­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka.

Jej twarz przy­po­mi­na­ła mu ni­zin­ne trol­le. Skóra była cie­płe­go ko­lo­ru, jak oświe­tlo­ny słoń­cem pia­sek nad je­zio­rem, usta czer­wo­ne ni­czym ma­li­ny, a oczy ko­lo­ru nieba i tliła się w nich le­d­wie wi­docz­na iskier­ka. Gdyby ją zmniej­szyć, je­dy­ne co by ją od­róż­ni­ło od trol­li, to te chude nogi. Choć pa­mię­tał, co Po­chwist wy­gwiz­dał jesz­cze nie tak dawno, „nie ufaj czło­wie­kowi”, to jed­nak ta iskier­ka w jej oczach spra­wia­ła, że im dłu­żej w nie pa­trzył, tym mniej oba­wiał się Ja­skra­wej Ko­szul­ki. A im dłu­żej tak klę­cza­ła przy drze­wie, tym bar­dziej przy­sy­py­wał ją śnieg i tym mniej wy­da­wa­ła się groź­na.

– Mam na imię Kasia, a ty? – po­wie­dzia­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka.

– Kasia? – za­gwiz­dał Po­chwist i dmuch­nął tak, że cały śnieg z ple­ców Ja­skra­wej ko­szul­ki po­szy­bo­wał cha­otycz­nie w górę. Ja­skra­wa Ko­szul­ka zmru­ży­ła oczy.

– Twój ko­le­ga chyba lubi po­sza­leć, ale ja nie ubra­łam się za do­brze – uśmiech­nę­ła się i sku­li­ła z zimna. – Zaraz muszę ucie­kać do ko­le­gów, po­wie­dzia­łam im tylko, że po­trze­bu­ję się za­trzy­mać za po­trze­bą – ro­ze­śmia­ła się.

Nie wie­dzieć czemu, wszyst­kie płat­ki śnie­gu ro­ze­śmia­ły się razem z nią i w po­wie­trzu za­brzmiał pięk­ny kon­cert, jakby obu­dzi­ło się ty­sią­ce ma­łych dzwo­necz­ków. A ty­sią­ce ma­łych dzwo­necz­ków obu­dzi­ło wszyst­kie cho­in­ki, które wy­da­wa­ły się zgi­nać swoje ga­łę­zie w stro­nę Ja­skra­wej Ko­szul­ki. Chy­ląc się w dół szep­nę­ły do Po­chwi­sta, żeby się uspo­ko­ił, bo chcą zo­ba­czyć, co to za czary, które po­tra­fią do­pro­wa­dzić na­tu­rę do ta­kie­go wrze­nia. Po­chwist nadal nie wie­rzył w te bred­nie, mimo to scho­wał się za jed­nym z drzew i ob­ser­wo­wał w ciszy bieg wy­da­rzeń. W jed­nej chwi­li wszyst­ko się uspo­ko­iło, Śmia­łek pa­trzył na to wszyst­ko ze zdu­mie­niem, wciąż nie po­tra­fiąc się ru­szyć z miej­sca.

– Czy ty je­steś Śmia­łek ? – szep­nę­ła Ja­skra­wa Ko­szul­ka, przy­glą­da­jąc mu się bacz­nie. Zdrę­twia­ły ski­nął głową na tak. – Mam coś dla cie­bie.

Śmia­łek ze­sztyw­niał, gdy Ja­skra­wa Ko­szul­ka się­gnę­ła do kie­sze­ni kurt­ki. Po­chwist za­alar­mo­wa­ny gwizd­nął prze­cią­gle, aż śnieg za­wi­ro­wał mię­dzy ga­łę­zia­mi, jakby chciał zwią­zać cho­in­ki srebr­ny­mi nit­ka­mi. Jed­nak prze­czu­cie mó­wi­ło mu, że nie ma się czego oba­wiać, więc ręką uspo­ko­ił wszyst­kie ży­wio­ły i w tym samym mo­men­cie, na dłoni Ja­skra­wej Ko­szul­ki, którą wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni i wy­su­nę­ła przed sie­bie, błysz­cząc lek­kim zie­lo­nym bla­skiem, po­ja­wił się uśmiech­nię­ty Waw­rzy­nek. Król Ślęży.

 

*

 

– Śmiał­ku, wszyst­ko w two­ich rę­kach – za­koń­czył swoją opo­wieść.

W małej ja­ski­ni, na szczy­cie drew­nia­ne­go stołu, sie­dział Król Śnież­ki, Bie­drze­niec, w oto­cze­niu Star­szy­zny. Po jego pra­wej stro­nie, będąc go­ściem, usiadł Waw­rzy­nek, Król Ślęży, a na samym końcu stołu stał za­sko­czo­ny Śmia­łek, trzy­ma­jąc kurczowo Ko­smat­kę za rękę. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Waw­rzy­nek był jego wuj­kiem, stąd pew­nie ta po­ufa­łość, ale po­wie­rzać mu takie za­da­nie? Był tylko zwy­kłym trol­lem, lu­bią­cym sobie po­bie­gać wokół Śnież­ki, po­wspi­nać na Sło­necz­nik, zo­ba­czyć co sły­chać w Małym Sta­wie, po­wy­głu­piać z Po­chwi­stem i tyle. Ko­smat­ka miała o wiele wię­cej mocy do po­dej­mo­wa­nia się cięż­kich zadań, w końcu to ją Star­szy­zna wy­bra­ła na pro­wa­dzą­cą Wie­czor­ne Opo­wie­ści. Co­dzien­ny ry­tu­ał, który miał opa­no­wać wszel­kie ży­wio­ły i całą sza­le­ją­cą magię, za­go­nić do noc­ne­go od­po­czyn­ku i za­po­biec wszel­kim ka­ta­kli­zmom, które mogą przy­tra­fić się w gó­rach, gdy tylko któ­ryś z ży­wio­łów roz­bu­cha się za bar­dzo. Dla­cze­go więc to on po­wi­nien, zda­niem Waw­rzyn­ka, udać się na Śnież­nik, a do­dat­ko­wo prze­ko­nać jego kró­lo­wą, Ostróż­kę, że to on jest tą osobą, która może jej pomóc ujarz­mić uwol­nio­ne na Trój­mor­skim Wier­chu cho­chli­ki? Jak niby miały w ogóle tego do­ko­nać? I kim była Ja­skra­wa Ko­szul­ka? Tyle pytań kłę­bi­ło mu się w gło­wie, że nie wie­dział, od czego za­cząć.

– Śmiał­ku – po­wie­dział Bie­drze­niec. – Widzę twoje prze­ra­że­nie i zwąt­pie­nie. Jed­nak nie obar­cza­li­by­śmy ciebie za­da­niem, gdy­by­śmy sądzili, że nie zdo­łasz go wy­ko­nać.

– Wiesz do­brze, synku, że kto jak kto, ale tylko ty się do tego na­da­jesz – dodał Waw­rzy­nek. – Ja nie ro­zu­miem się ze stru­my­ka­mi tak jak ty. Prze­cież wiesz, że u mnie są tylko nie­zbyt wart­kie, spo­koj­ne rzeki, któ­rym żadne sza­leń­stwa w gło­wie. Pa­nu­ją­cy tu szla­chet­nie Bie­drze­niec nie może na­to­miast zo­sta­wić Śnież­ki samej teraz, kiedy za­czy­na się wasz naj­go­ręt­szy w se­zo­nie okres, i kiedy trze­ba za­pa­no­wać nad wszyst­kim, zwłasz­cza nad Po­chwi­stem. Zo­sta­jesz tylko ty, a wszy­scy do­brze wiemy, jak świet­nie ro­zu­miesz się z każ­dym ru­cza­jem, jak po­tra­fisz się weń wsłu­chać, zro­zu­mieć jego po­trze­by i być może je za­spo­ko­ić, uspo­ko­ić i ura­to­wać w grun­cie rze­czy sporą część na­sze­go świa­ta.

– Trój­mor­ski Wierch to w końcu je­dy­ne miej­sce w Pol­sce, gdzie zbie­ga­ją się zle­wi­ska trzech mórz, Bał­tyc­kie­go, Pół­noc­ne­go i Czar­ne­go – wy­ja­śnił Bie­drze­niec. – Nie mo­że­my sobie po­zwo­lić na to, by Cho­chli­ki ro­bi­ły tam co chcia­ły! Jest to zbyt duże za­gro­że­nie dla nas wszyst­kich, także trol­li ni­zin­nych, już nie mó­wiąc o lu­dziach, któ­rych za­in­te­re­so­wa­nie zja­wi­skiem skut­ko­wać bę­dzie na­pły­wem cie­kaw­skich tłu­mów, de­wa­sto­wa­niem na­sze­go śro­do­wi­ska i na długi czas za­go­ni trol­le głę­bo­ko poza ludz­ki za­sięg, jeśli nie pod krza­ki na wiecz­ne czasy, to nawet i do pie­czar i nor. Jeśli zaś okaże się, że wy­sy­cha­ją źró­dła gór­skie, po­myśl, co się sta­nie na ni­zi­nach. Raz uwol­nio­na z gór magia jest nie do za­trzy­ma­nia, to dla­te­go tak pie­czo­ło­wi­cie, co noc, tym samym ry­tu­ałem od­pra­wia­nym na każ­dej górze, sta­ra­my się ją uspo­ko­ić i wy­ci­szyć. W trak­cie Wie­czor­nych Opo­wie­ści. Co praw­da, Waw­rzy­nek na Ślęży ma nieco wię­cej ro­bo­ty, w końcu to góra ma­gicz­na i o dziwo, nawet lu­dzie tak o niej mówią, jed­nak każdy z nas, miesz­kań­ców Trój­ką­ta, ma tu swoją ro­bo­tę do wy­ko­na­nia każ­de­go wie­czo­ru.

– Ktoś mu­siał po­peł­nić błąd, nie wsłu­chaw­szy się w me­lo­dię źró­dła, a uwol­nio­ne teraz Cho­chli­ki roz­ra­bia­ją i Ostróż­ka nie po­tra­fi nad nimi za­pa­no­wać – Waw­rzy­nek zwie­sił głowę w dół. – Tym­cza­sem ja pa­mię­tam, jak będąc jesz­cze małym chłop­cem roz­ma­wia­łeś z Czar­ną Wodą do­sko­na­le ro­zu­mie­jąc jej prze­sła­nie, kiedy my mu­sie­li­śmy wy­tę­żać słuch o wiele bar­dziej, żeby do­wie­dzieć się, co do nas mówi. Je­steś po pro­stu do tego stwo­rzo­ny. Do za­pa­no­wa­nia nad Cho­chli­ka­mi na Trój­mor­skim Wier­chu.

Śmia­łek spoj­rzał na Ko­smat­kę. Jej błysz­czą­ce zie­lo­ne oczy nie wy­glą­da­ły jak ra­dość i na­dzie­ja, mimo to wy­czuł w nich siłę i wspar­cie. Chyba jed­nak nie do końca miał wybór, skoro i tak wszy­scy już po­sta­no­wi­li, że to wła­śnie on na­da­je się do tego naj­bar­dziej. Mało tego, prze­ko­na­li nawet ludz­ką isto­tę, żeby po­mo­gła im się ze Śmiał­kiem skon­tak­to­wać. To wszyst­ko przy­tło­czy­ło ma­łe­go trol­la, który choć wie­rzył w magię, umiał ją opa­no­wać i okieł­znać ży­wio­ły, jakoś wciąż nie po­tra­fił prze­tra­wić, o co pro­szą go Kró­lo­wie Trzech Gór, a po­pie­ra Star­szy­zna.

Trzy Góry – Śnież­ka, Ślęża i Śnież­nik, nie­przy­pad­ko­wo za­czy­na­ją­ce się tą samą li­te­rą, two­rzą­ce Trój­kąt Su­dec­ki, to jedno z bar­dziej ma­gicz­nych miejsc na ziemi. Choć w pa­mię­ci ludzi je­dy­nie Ślęża za­cho­wa­ła się jako miej­sce kultu, to za­pew­ne tylko dla­te­go, że po­zo­sta­łe góry przez wieki po­zo­sta­wa­ły nie­zba­da­ne i nie­zdo­by­te. Tym­cza­sem cały Trój­kąt Su­dec­ki to wy­jąt­ko­we miej­sce – pełne róż­no­rod­nych skał, mi­ne­ra­łów i po­zo­sta­ło­ści ak­tyw­no­ści wul­ka­nicz­nej, pełne wód mi­ne­ral­nych i uzdro­wi­sko­wych, zaś pasmo Kar­ko­no­szy na­le­ży do naj­bar­dziej wietrz­nych gór na na­szym kon­ty­nen­cie. To dla­te­go tak silne moce mają trzy ży­wio­ły za­miesz­ku­ją­ce w tym re­gio­nie – zie­mia, woda i po­wie­trze, i to dla­te­go pa­no­wa­nie nad nimi i ich wza­jem­na rów­no­wa­ga jest tak istot­na dla świa­ta. Lu­dzie przez wiele lat mnie­ma­li, że góry za­miesz­ku­ją po­nadna­tu­ral­ne isto­ty i przez stu­le­cia po­zwa­la­li tym isto­tom nie­po­dziel­nie w gó­rach rzą­dzić. Do­pie­ro kil­ka­set lat temu prze­sta­li wie­rzyć w magię, a wszyst­kie ry­tu­ały za­czę­li trak­to­wać jak za­bo­bo­ny, przy­stą­pi­li więc do zdo­by­wa­nia gór. Na­tu­ral­na, pa­nu­ją­ca od lat rów­no­wa­ga, zo­sta­ła za­chwia­na. To wtedy spo­łecz­ność trol­li zmu­szo­na zo­sta­ła do prze­or­ga­ni­zo­wa­nia się i obar­czo­no ją za­da­niem za­pa­no­wa­nia nad zde­ner­wo­wa­ną bądź co bądź na­tu­rą.

Wielu ludzi mówi o niej Matka Na­tu­ra, ale za­po­mi­na, że tak jak każda matka, Na­tu­ra rów­nież po­tra­fi być su­ro­wa i wy­mie­rzać sro­gie kary. Uspo­ko­je­nie jej, opa­no­wa­nie ży­wio­łów, to za­da­nia, któ­rych trol­le uczą się od dziec­ka, naj­czę­ściej w za­kre­sie swo­jej spe­cja­li­za­cji. Trol­le Śnież­ki od lat uważa się za wład­ców po­wie­trza i wia­tru, Trol­le Śnież­ni­ka za wład­ców wody, a trol­le Ślęży – wład­ców ziemi. Nie­któ­rzy z nich jed­nak wy­ka­zu­ją po­nad­prze­cięt­ne zdol­no­ści ko­mu­ni­ka­cji z ży­wio­ła­mi spoza za­kre­su owego władz­twa. Taki był Śmiałek od uro­dze­nia. Wszyst­ko co mokre, co pły­nie, co za­ma­rza i roz­ma­rza, od za­wsze po­tra­fił się z tym po­ro­zu­mieć jak nikt inny. Po­tra­fił prze­sia­dy­wać przy źró­deł­kach ślę­żań­skich całe dnie i jakoś nigdy nie na­wią­zał z zie­mią ta­kie­go po­ro­zu­mie­nia, jak z wodą. To wła­śnie dla­te­go Waw­rzy­nek wy­słał go pod opie­kę Ko­smat­ki na Śnież­kę, aby roz­wi­jał swoje zdol­no­ści w bar­dziej sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku, peł­nym źró­deł, rzek, desz­czu, śnie­gu i top­nie­ją­ce­go śnie­gu, a jed­no­cze­śnie wspo­mógł w Wie­czor­nych Opo­wie­ściach trol­li Śnież­ki, któ­rzy bądź co bądź naj­le­piej jed­nak do­ga­dy­wa­li się z wia­trem. A teraz, Kró­lo­we po­sta­no­wi­li po­wie­rzyć mu misję, z którą nie radzą sobie trol­le Śnież­ni­ka. Śmia­łek po­wi­nien czuć się do­ce­nio­ny i dumny, a jed­nak od­czu­wał strach. Wie­dział, że z magią nie ma żar­tów, a uwol­nio­ne cho­chli­ki po­tra­fią wy­rzą­dzić wiele zła dla czy­stej za­ba­wy. Z tego stra­chu znowu za­pra­gnął być małym dziec­kiem, które sa­mot­nie roz­ma­wia ze ślę­żań­skim źró­deł­kiem i kiedy nikt nie prosi go o takie he­ro­icz­ne wy­czy­ny.

– Jak niby miał­bym się do­stać na Śnież­nik? – za­py­tał roz­sąd­nie.

– W taki sam spo­sób, w jaki ja do­sta­łem się tutaj – od­po­wie­dział Waw­rzy­nek z uśmie­chem.

– Trol­le nigdy nie ko­rzy­sta­li z po­mo­cy ludzi… – za­czął nie­pew­nie Śmia­łek, my­śląc, że może to spro­wa­dzić na nich jakąś klą­twę.

– To nie do końca praw­da, Śmiał­ku – wtrą­ci­ła się Ma­cie­rzan­ka, czło­nek Star­szy­zny. Ma­cie­rzan­ka była do­świad­czo­nym, sta­rym trol­lem, tak sta­rym, że blask i kolor jej oczu przy­gasł, czy­niąc je nie­mal bia­ły­mi. Wszy­scy spoj­rze­li na nią z za­cie­ka­wie­niem – W na­szej hi­sto­rii zda­rza­ły się przy­pad­ki, kiedy mu­sie­li­śmy ko­rzy­stać z po­mo­cy ludzi. Ludzi, któ­rzy wie­rzy­li w magię i siły nad­przy­ro­dzo­ne, któ­rzy nie wąt­pi­li w moce i siły na­tu­ry. Tych przy­pad­ków nie było wiele, a przy­to­czyć można choć­by zamieranie lasu kilkadziesiąt lat temu – wszy­scy słu­cha­cze na­sta­wi­li uszu. – Pamiętacie te kwaśne deszcze? I powstałe wskutek nich tok­sycz­ne śro­do­wi­sko dla przy­ro­dy, dla drzew, które osła­bio­ne sta­no­wi­ły dobrą po­żyw­kę dla wszyst­kich szkod­ni­ków i osta­tecz­nie, umie­ra­ły. Umie­ra­ły po­ro­sty, msza­ki, umie­ra­ła flora, nie­mal czte­ro­krot­nie zmniej­szy­ło się za­gęsz­cze­nie pta­ków. Le­d­wie kil­ka­na­ście lat temu pro­ces de­fo­re­sta­cji udało się nieco za­trzy­mać, i to tylko wła­śnie z po­mo­cą ludzi.

– Skoro lu­dzie po­tra­fią tak wiele, to niech sobie sami radzą! – obu­rzył się Śmia­łek. Wiele lat uczo­no go, że lu­dziom nie można ufać, słowa Ma­cie­rzan­ki brzmia­ły jak bluź­nier­stwo.

– Lu­dzie radzą sobie ze zwy­kły­mi, ludzkimi rze­cza­mi, ale nie z po­tę­gą na­tu­ry i magii – Macierzanka spojrzała na Śmiałka groźnie – Przypomnij sobie Śmiałku, wielki huragan w Karkonoszach, który przez kilka dni łamał drze­wa jak za­pał­ki, skrę­cał je i wy­ry­wał z ko­rze­nia­mi, i który znisz­czył drze­wo­stan świer­ko­wy, oga­ła­ca­jąc z szaty le­śnej ogromne po­wierzch­nie gór­skie. To był Sza­lo­ny Fen, nieokiełznany w trak­cie jed­nych z Wie­czor­nych Opo­wie­ści. Znisz­czył nie tylko całe po­ła­cie lasu, ale także ne­ga­tyw­nie wpły­nął na wiele lat na przy­ro­dę, na trol­le i na ludzi. Czy wie­cie, że pod­czas wy­stę­po­wa­nia fenów czy wia­tru hal­ne­go, ob­ser­wu­je się wzrost licz­by kon­flik­tów, wy­pad­ków, a nawet zbrod­ni? Nie bez racji po­zo­sta­je zatem po­wie­dze­nie lu­do­we: „wieje ja­ko­by się kto po­wie­sił”. Mówię to tylko dla­te­go, żeby uzmy­sło­wić wszyst­kim, jak wiel­kie szko­dy przy­no­szą ży­wio­ły na wol­no­ści – nam, lasom, zwie­rzę­tom, lu­dziom, wszyst­kim na­oko­ło. Tak wiele zro­bił Sza­lo­ny Fen, Śmiał­ku, co bę­dzie, gdy po­zwo­li­my śnież­nic­kim Cho­chli­kom Lip­ko­vskim na za­ba­wę?

Śmia­łek słu­chał z prze­ję­ciem, w końcu hi­sto­rię Sza­lo­ne­go Fena trol­le opo­wia­da­ją mię­dzy sobą ku prze­stro­dze już od lat. Na co dzień dość spo­koj­ny brat Po­chwi­sta, zo­stał za­po­mnia­ny w trak­cie jed­nej z Wie­czor­nych Opo­wie­ści i gdy wszy­scy po­szli spać, Fen rósł w siłę sza­le­jąc coraz bar­dziej, aż osią­gnął apo­geum, sta­jąc się nie do opa­no­wa­nia i zdo­by­wa­jąc przy­do­mek Sza­lo­ny. Któż mógł wie­dzieć, że takie szko­dy wy­rzą­dzi cie­pły je­sien­ny wia­te­rek, kiedy tylko mu się na to po­zwo­li? Kró­lo­wie Trój­ką­ta mu­sie­li po­łą­czyć swoje siły, a Biedrzeniec wykazać niesamowitą siłą i odwagą, aby Fen znalazł uko­je­nie, jed­nak szko­dy, które wy­rzą­dził na wol­no­ści, do­bit­nie świad­czy­ły o tym, jaka moc drze­mie w na­tu­rze, jaki cię­żar spo­czy­wa na bar­kach trol­li i jak bar­dzo lu­dzie są tego nie­świa­do­mi. A teraz? Teraz ten cię­żar miał spo­cząć na bar­kach Śmiał­ka. Czuł, jak wszy­scy na­oko­ło wbi­ja­ją w niego wzrok, zwłasz­cza wujek, który jako pierw­szy do­strzegł w nim ta­lent do ko­mu­ni­ka­cji ze wszyst­kim, co po­tra­fi plu­skać.

– Śmiał­ku, nie zo­sta­niesz z tym sam – po­wie­dział Waw­rzy­nek, jakby czy­tał w jego my­ślach. Śmia­łek od za­wsze wie­rzył, że Król Ślęży to po­tra­fi, jed­nak tak dawno się nie wi­dzie­li, że cał­kiem o tym za­po­mniał.

Po raz pierw­szy od dłu­gie­go czasu, po­czuł spo­kój na duszy i nie­znacz­ne uśmiech­nął się. Znał Cho­chli­ki Lip­ko­vskie ze sły­sze­nia, wie­dział, że da­le­ko im do mocy Sza­lo­ne­go Fena, z któ­rym zresz­tą miło ga­wę­dził o po­ran­ku nie dalej jak kilka dni temu. Wie­dział, że rze­czy­wi­ście wy­star­czy, aby uważ­nie wsłu­chał się w opo­wieść cho­chli­ków i wplótł ją w Wie­czor­ne Opo­wie­ści raz, góra dwa razy, aby te uspo­ko­iły swoje za­pę­dy i wró­ci­ły do sze­re­gu, za­pew­nia­jąc rów­no­wa­gę w świe­cie i trol­li i ludzi. Uwie­rzył w to, że jest w sta­nie zro­bić wszyst­ko, czego Kró­lo­wie od niego ocze­ku­ją i kto wie, być może będą kie­dyś po­wta­rzać o nim hi­sto­rię tak samo, jak opo­wia­da­ją o Bie­drzeń­cu w przy­pad­ku hi­sto­rii o Sza­lo­nym Fenie? Do­stą­pi za­szczy­tu spo­tka­nia Kró­lo­wej Śnież­ni­ka, ale co bar­dziej go nę­ci­ło, to Ja­skra­wa Ko­szul­ka i per­spek­ty­wa jej po­zna­nia. Może do­wie­dział­by się, jak można tak do­brze bie­gać na ta­kich chu­dych nóż­kach i skąd ta iskra w jej oku? Od za­wsze był cie­ka­wy świa­ta, chce wie­dzieć i zro­zu­mieć wszyst­ko, nie bez po­wo­du rów­nież nosi imię Śmia­łek. Niestrasz­ne mu ży­wio­ły ani lu­dzie, kto mógł­by się le­piej nada­wać do wy­ko­na­nia tego za­da­nia?

– Do­brze, zro­bię to – po­wie­dział cicho, lecz wy­raź­nie.

Star­szy­zna ode­tchnę­ła z ulgą, a kro­ple wody drą­żą­ce ja­ski­nię, w któ­rej prze­by­wa­li, po­nio­sły tę wieść jak plot­kę da­le­ko, da­le­ko przed sie­bie.

Koniec

Komentarze

Kuleje nieco zapis dialogów, radziłam rzucić okiem na linki zamieszczone tutaj https://www.fantastyka.pl/loza/14

Przykładowo w tym miejscu powinna się znaleźć kropka:

“– Kosmatko – zawołał. – Zima, zima wreszcie wróciła!”

 

A tutaj jest coś pomieszane z szykiem zdania:

“– Już w środku nocy poczułem, że zima wraca i nie mogłem się doczekać wschodu słońca, żeby przekonać się, że to prawda – zawołał Śmiałek zawołał i obrócił się trzy razy wokół siebie. – Tak się cieszę, nawet jeśli dzisiaj jesteś taki chłodny!”

 

“Wielkoobszarowe zamieranie lasu w Sudetach miało miejsce na przełomie lat 70tych i 80tych i spowodowało wylesienie 39 tysięcy hektarów, a to głównie przez immisje przemysłowe.” – Poczułam się nieco jakbym czytała fragment encyklopedii, więc wygooglowałam to zdanie. Wiele się nie myliłam, bo znalazłam te same sformułowania tutaj: http://www.pzits.not.pl/docs/ksiazki/Ekotoks_2008/Jadczyk%20139-146.pdf

Moim zdaniem korzystanie ze źródeł jest niezwykle ważne, ale nagłe podawanie takich suchych faktów w opowiadaniu zupełnie do niego nie pasuje i psuje klimat.

 

Co do całości, czytało mi się tę bajeczkę całkiem przyjemnie, ale brzmi ona dla mnie nieco jak wstęp do czegoś większego. Historia urywa się właściwie w momencie, w którym zaczęło się coś dziać.

 

Przeczytane. :) Ehh, te nieznośne chochliki, zawsze były z nimi kłopoty.

Zbędna gwiazdka przed początkiem opowiadania.

 

W pierwszym akapicie gubi się podmiot zdania.

 

Śmiałek uśmiechnięty wyciągnął rękę po więcej.

w języku polskim przymiotnik, poza paroma wyjątkami, zawsze stoi przed rzeczownikiem

 

nawet, jak Kosmatka

tak, jak Śmiałek.

zbędne przecinki

 

Uwielbia biegać

jeśli całe opowiadanie piszesz w czasie przeszłym, to trzymaj się tego

 

zakończył swoja opowieść.

swoją

 

pomyśl [+,]co się stanie na nizinach

dwa orzeczenia zawsze rozdziela przecinek

 

– Ktoś musiał popełnić błąd, nie wsłuchawszy się w melodię źródła, a uwolnione teraz Chochliki rozrabiają i Ostróżka nie potrafi nad nimi zapanować[+.] – Wawrzynek zwiesił głowę w dół[+.] – Tymczasem ja pamiętam

Błędny zapis dialogów, nie tylko tutaj. Zapoznaj się z poradnikiem i sprawdź pozostałe dialogi.

 

Wielu ludzi mówi o miej Matka Natura

niej

 

Uspokojenie jej, opanowanie żywiołów, to zadanie, którego trolle uczą się od dziecka,

czy zadania można się uczyć? zbędny przecinek, zła liczba rzeczownika.

Proponuję: Uspokojenie jej i opanowanie żywiołów to zadania, które trolle wykonują od dziecka,

 

miało miejsce na przełomie lat 70tych i 80tych i spowodowało wylesienie 39 tysięcy hektarów

Liczby w tekście zapisujemy słownie!

 

wiejąc z prędkością do 200 km na godzinę

zdumiewające, jak technologicznie zaawansowane są trolle! Ciekawe, czym to zmierzyły :)

 

Błędów jest bardzo dużo, nie wypisałam nawet części z nich. Sugeruję ponowne przejrzenie tekstu.

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu.

Dziękuję za wszystkie komentarze. Niestety, nie jestem polonistą, kropki, przecinki, poprawiam wszystko, ale kiedy przymiotnik powinien stać za czy przed rzeczownikiem, a kiedy jest od tego wyjątek to przepraszam, nie ogarniam. Tak więc przyjmijmy, że jeśli chodzi o szyk zdań, jest on zamierzony. Jeśli chodzi o źródła, to owszem, korzystam :)

Uwielbia biegać

jeśli całe opowiadanie piszesz w czasie przeszłym, to trzymaj się tego”

 

Tego akurat nie rozumiem.

 

“Co do całości, czytało mi się tę bajeczkę całkiem przyjemnie, ale brzmi ona dla mnie nieco jak wstęp do czegoś większego. Historia urywa się właściwie w momencie, w którym zaczęło się coś dziać”

 

Limit znaków, ale to chyba znaczy, że było ciekawie, ale resztę już musi dopowiedzieć własna wyobraźnia :)

 

 

 

To nieodłączny element ich krainy i egzystencji, który spowszedniał jej tak bardzo, że nie potrafiła się nim cieszyć tak jak Śmiałek. Dla niego jednak to jest najlepszy czas. Uwielbia biegać po białym puchu, uwielbia jak niczym niezmącony błyszczy w świetle słońca jak srebrzysty koc, uwielbia też, jak wiatr tworzy ze śniegu przeróżne formy, malując piękne krajobrazy.

W pierwszym zdaniu, podobnie jak w całym opku masz czas przeszły, w drugim znienacka przechodzisz na czas teraźniejszy. To wytrąca czytelnika z rytmu. Tak się po prostu nie pisze. Albo historia rozgrywa się teraz, albo kiedyś, nie da się zjeść ciasteczka i mieć ciasteczka.

 

– Oszczędź tylko nasz domek, Kosmatka denerwuje się, gdy zagłuszasz Wieczorne Opowieści (+.)– Śmiałek mrugnął okiem, biegnąc coraz bardziej w dół. Dom został daleko w tyle, a niebo robiło się coraz jaśniejsze. To znaczy robiłoby się, gdyby nie szara czapa padająca z nieba.

Błędny zapis dialogu, brakuje kropki. W ogóle wyrzuciłabym myślnik i zaczęła od nowego akapitu.

 

Tych przypadków nie było wiele, a przytoczyć można choćby deforestację Sudetów wskutek kwaśnych deszczy – wszyscy słuchacze nastawili uszy. – Wielkoobszarowe zamieranie lasu w Sudetach miało miejsce od początku lat osiemdziesiątych i spowodowało wylesienie prawie czterdzieści tysięcy hektarów, a to głównie przez immisje przemysłowe. Wskutek tego powstało toksyczne środowisko dla przyrody, dla drzew, które osłabione stanowiły dobrą pożywkę dla wszystkich szkodników i ostatecznie, umierały. Umierały porosty, mszaki, umierała flora, niemal czterokrotnie zmniejszyło się zagęszczenie ptaków. Ledwie kilkanaście lat temu proces deforestacji udało się nieco zatrzymać, i to tylko właśnie z pomocą ludzi.

Rany trolle gadają jak encyklopedia. To tu po prostu nie pasuje w żaden sposób. Nawet zakładając, że Macierzanka jest stara i mądra, to wie przecież do kogo mówi.

 

Za Wikipedią:

Immisja – działanie właściciela nieruchomości na własnym gruncie, którego skutki odczuwalne są na gruncie sąsiedzkim. Wyróżnia się:

immisję pośrednią (dźwięk, cień), materialną (zapach, dźwięk) i niematerialną (wpływają na odczucia sąsiada, np. gromadzenie materiałów wybuchowych)

immisję bezpośrednią (np. porzucenie nieczystości).

 

Czy o to Ci chodziło?

 

Opko urywa się w najciekawszym momencie. Właściwie to nie wiem, czy to jeszcze opowiadanie, czy już fragment. A szkoda, bo jestem ciekawa, co dokładnie miał zrobić bohater i co z tego wynikło.

Hm z tym czasem przeszłym i teraźniejszym, Kosmatce śnieg już dawno spowszedniał, a Śmiałek go nadal uwielbia. Historia rozgrywa się teraz, ale nawet teraz nie da się o wszystkim opowiadać, jakby było teraz, bo czasem opowiadamy o tym, co było. Poprawiłam to “nie potrafiła” i zapis dialogu.

 

Moje Trolle są mądre ;)

Tak, immisje to są te wszystkie dokuczliwe rzeczy z sąsiedniego gruntu, dokładnie o to chodziło.

 

Dziękuję za uwagi i cieszę się, że historia zaciekawiła :) Celowo została tak urwana, można się oczywiście rozpisać na całą książkę, ale myślę, że to, co zostało powiedziane, podpowiada, co stało się później :) Pozdrawiam!

 

Szczerze mówiąc, podobało mi się i przeczytałam z przyjemnością. Mówię o tym dlatego, że zaraz zacznę narzekać na detale, a nie chciałabym, żeby ta dalsza część zrobiła wrażenie, że nic mi w tym tekście nie przypadło do gustu. 

Zgadzam się z Irką_Luz w kwestii czasu – serio, to przeszkadza czytelnikowi. Podobnie jak Irka sugeruję też wyrzucenie tych wikipediowych kawałków – zwłaszcza tych o huraganie, z wyliczeniem ilości metrów sześciennych drewna. Naprawdę, do niczego to nie jest potrzebne (z pierwszych zdań tego kawałka już wiemy, że to był BARDZO GROŹNY HURAGAN, cytowanie rocznika statystycznego nie powiększy tego poczucia!), a ten fachowy język bardzo rozbija baśniowy nastrój opowieści.

Zakończenie. Też jestem rozczarowana. Nie, nie to jest tak, że się można domyślić, co będzie dalej – to znaczy można, pewnie, b o takie baśniowe fabuły mają swoje stałe zasady, ale literatura chyba nie do końca tak działa. Dajesz nam, Anonimie, chochliki w tytule, a potem je, mówiąc brzydko, olewasz, nie rozwiązując akcji.

Natomiast sam początek tekstu – dokładnie do momentu ujawnienia, że bohater ma misję do wykonania – jest IMHO przeuroczy, bardzo sympatyczny i naprawdę dobrze się sprawdza jako baśń dla raczej młodego czytelnika. Postacie mają określone charaktery, świat magii-przyrody opisujesz z sercem i z wyobraźnią, masz pomysł na jego funkcjonowanie… Tę część tekstu przeczytałam naprawdę z dużą przyjemnością.

Dziękuję za komentarz. Szczerze mówiąc, plan przewidywał pociągnięcie tematu chochlików dalej, jednak ze względu na limit znaków ten utwór musiał zakończyć się w taki, a nie inny sposób. A dokładnie w taki, żeby każdy chciał wiedzieć, co będzie dalej, chciał otworzyć następny rozdział, był ciekawy, a nie jedynie spełniony. Wydaje mi się jednak, że czytelnikowi udaje się poznać Śmiałka na tyle, że sam może dopisać zakończenie. Jeśli zaś chodzi o fachowy język, to zaraz go nieco wygładzę ;) Pozdrawiam

A może już pozakonkursowo napiszesz kontynuację? Osobne opowiadanie o tym samym świecie i postaciach? Ja bym z wielką przyjemnością przeczytała.

Zimny i mokry spadł mu na nos, pierwszy tej zimy.

To ile nosów tej zimy będzie miał?

Rozbawiło mnie to zdanie.

Czytało się przyjemnie :)

Bardzo mi się podobało!:)

Opko jest niewymuszone, prawdziwe i kocha przyrodę, to czuć. Bieganie też czuć, chodzenie po górach i kochanie – też:))) Skojarzyło mi się z Muminkami i z moim własnym pierwszym wejściem na Śnieżkę. Również, w Domu Śląskim kilku zrezygnowało, chociaż było niedaleko i czasu mieliśmy dość.

Piękne dźwięki są w tym opowiadaniu:) Kocham takie postaci:) Naprawdę myślę, że istnieją :DDD

 

Jest jakiś kłopot z czasem teraźniejszym i przeszłym, mijają się zbyt blisko, kilka przykładów znajdziesz poniżej, nie wszystkie wypisałam. Druga rzecz – jeszcze kilka słów bym pousuwała, ale to pewnie ja. 

Opowieść jest bardzo urokliwa.

 

A tutaj, wypisałam niektóre zatrzymania:

Nie musiał mu jednak o tym przypominać, kto przecież mógł wiedzieć o tym lepiej jak nie Śmiałek

Tu chyba coś lekko chrobocze? Może podmienić kto na któż (lecz wtedy być może będzie jakaś aliteracja z przecież – nie znam się na tym), albo dać „niż” zamiast „jak nie”.

trochę z tym biegnięciem na dół, w dół– polikwidowałabym, ale jestem szalona, zdaje się pod tym względem.

biegał w górę i dół (+,) i kochał góry

tu, chyba przed drugim „i” dałabym przecinek. Jeśli coś, powtarzasz, dajesz przecinek, ale pewna na sto procent nie jestem, bo może są wyjątki.

Dla Śmiałka jest niezrozumiałe, dlaczego ludzie dorośli traktują małych ludzi, jakby ci mali nic nie widzieli o świecie

Tu, najłatwiej byłoby pójść w mpz, tj. zacząć od „Niezrozumiałe” lub chyba? użyć „było”, a drugie było zamienić na „jest”, ale nie wiem, za mało wiem. Kolejne zdanie też dałabym w czasie przeszłym.

których nie mógł słyszeć

usłyszeć?

tylko mu się to przywidziało.

to, chyba niepotrzebne, zobacz?

z taką sama ilością

literówka

trzymając kurczliwie Kosmatkę

kurczowo? albo po prostu mocno

że to on jest tą osobą, która może jej pomóc ujarzmić

żeby uniknąć powtórzenia „on” i uprościć, podmieniłabym na „że jest tym, który pomoże jej…”

obarczalibyśmy się zadaniem

cię, ciebie?

Raz uwolniona z gór magia jest nie do zatrzymania, to dlaczego tak pieczołowicie, co noc, tym samym rytuałem odprawianym na każdej górze, staramy się ją uspokoić i wyciszyć. W trakcie Wieczornych Opowieści.

dlatego?; chyba bez kropki

to właśnie od nadaje się do tego najbardziej

on, literówka

To wszystko przytłaczało małego trolla, który choć wierzył w magię, umiał ją opanować i okiełznać żywioły, jakoś wciąż nie potrafił przetrawić

chyba konsekwentnie w narracji stosowałabym czas przeszły, więc „przytłoczyło”

 

Klikam, znaczy skarżę się w wątku:)

pzd srd:)

a

Staruch tu był!

Pierwszy kawałek – przesympatyczny i uroczy. Od pojawienia się biegaczy nastrój nieco spada, ale jest nadal nieźle, do spotkania z Koszulką. Potem niestety dostajemy streszczenie problemu i to momentami brzmiące jak przepisywane z wikipedii czy innych stron i lekko jedynie stylizowane na naturalną wypowiedź. Podejrzewam, że zawinił tu limit – po dość długim wstępie Anonim uznał, że nie zmieści historii z Chochlikami w pozostałej mu/jej liczbie znaków, więc streścił. A tymczasem gdyby wyciąć infodumpy i nieco skrócić część pierwszą, można by całą historię opowiedzieć.

Tak że – po wielce obiecującym wprowadzeniu baśniowym nastąpiło pewne rozczarowanie, choć sam pomysł ma potencjał. Klik na zachętę.

 

Co do kwestii bardziej technicznych. Zacznę od kwestii czasu w inkryminowanym fragmencie – nie zgadzam się bowiem z przedpiśczyniami. Mamy tu do czynienia z mową pozornie zależną, te wypowiedzi w czasie teraźniejszym to nie są obiektywne stwierdzenia, ale de facto myśli Kosmatki, więc wtręt w czasie teraźniejszym jest jak najbardziej uzasadniony. Nie jest natomiast w innym miejscu:

 

“Przykucnął przy strumyku i zamknął oczy, wsłuchując się w kropelki wydzwaniające piękną melodię, jedna za drugą. Woda nigdy nie odzywa się jednym głosem, każda kropla ma swoją opowieść i trzeba dobrze nastawić uszy, żeby wyłuskać z wielu historii tę najdźwięczniejszą. Śmiałek uwielbia to robić.”

Tu uwagi o wodzie są przemyśleniami Śmiałka i czas teraźniejszy jest ok, natomiast potem wraca zwykła narracja i nic nie uzasadnia czasu teraźniejszego.

 

Ubierali kurtki przeciwdeszczowe, zamiast poczuć ciepło kropli deszczu na swojej twarzy?

Kurtka średnio chroni akurat twarz… Już pomijam fakt, że silna grupa łódzka zaraz Ci wypomni, że ubrań się nie ubiera, choć ja oczywiście jako krakowianka popieram ich ubieranie ;) Jeśli tak się mówi na Dolnym Śląsku, to bym zostawiła, jeśli nie – nie.

 

Słuchanie wody to nie jest bułka z masłem, jednak opanował tę sztukę już za młodu. Trzeba po prostu otworzyć się całym sobą na dźwięki, na to, żeby nawet lekki szum zaczął brzmieć tak głośno, jak melodia grana na fortepianie, a plusk wody jak dzwon na wieży. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, gdy zaczynasz rozmowę z dźwięcznymi kropelkami. Kiedy w tej ciszy, która zaczyna rozbrzmiewać jak koncert w filharmonii, ktoś nagle zacznie wydawać zwykłe odgłosy, brzmi to prawie jak wybuch.

Porównania wydały mi się tu nieco zbyt “ludzkie”, zwłaszcza to o filharmonii, bo skąd trolle mają to wiedzieć? Chyba że to celowo narrator wszechwiedzący, bajkowy?

 

Śmiech. Ale nie Śmiałka. Poirytowany postanowił zejść niżej i zobaczyć, kto śmiał

Średnio to wygląda.

 

Oni tymczasem truchcikiem minęli wciąż zamkniętą budkę, w której powinni kupić bilety do parku narodowego[+,] i ruszyli w górę, opowiadając o śniegu, śmiejąc się i robiąc hałas.

 

w Domu Ślaskim 

→ Śląskim (literówka)

 

Biegacze zatrzymali się na rozdrożu, otworzyli jakieś batoniki i zaczęli coś jeść.

Zaimki-śmieci. No i nie wiem, czy batoniki się otwiera?

 

– Trójmorski Wierch to w końcu jedyne miejsce w Polsce, gdzie zbiegają się zlewiska trzech mórz, Bałtyckiego, Północnego i Czarnego

Trolle myślą w kategoriach współczesnych granic? Sprawdziłam, że tak stoi w wikipedii, ale postawiłabym na drugą zawartą tam informację: jedno z sześciu w Europie, a w ogóle to dała “jedno z sześciu”, bo poza Europą nie ma szans na takie miejsce

Bardzo dziękuję za wszystkie uwagi, na poprawki chyba już za późno, więc pozostaje mi tylko przeprosić za błędy, literówki, niejasności, nieścisłości, zaimki śmieci lub jeśli coś średnio wygląda. Czasem coś gra w duszy i musi wylecieć, mój błąd, że nie poprawiłam/poprawiłem tego, co wyleciało. Drakaina masz trochę racji, leciało, leciało i ups, limit, ale jednak był to pewien zamysł, zwrot akcji, lubię piękne baśniowe rzeczy, ale więcej emocji wprowadza “trudna sytuacja” niż baśniowy świat. Wydaje mi się, że bez pierwszej części druga nie byłaby taka … dramatyczna, a bez drugiej części pierwsza byłaby tylko mdła. Dziękuję Ninedin za chęć doczytania kontynuacji pozakonkursowo, to najmilsze co można powiedzieć heart Rozważę tę propozycję, choć nieco obawiam się teraz sprostać wymaganiom! Pozdrawiam wszystkich!

Ja też chętnie bym przeczytała dalszy ciąg opowieści o trollach :) Bo niestety infodumpy pochłonęły historyjkę…

 

Poprawki będzie wolno znów wprowadzać po ogłoszeniu wyników, ale akurat w kwestii fabularnej lepiej napisać kontynuację :)

Dziękuję Drakaina, to bardzo miłe! To chyba znaczy, że choć jedno mi się udało – zaciekawić :) Postaram się spełnić wasze oczekiwania.

No cóż, Anonimie, przykro mi to pisać, ale opowiadanie, niestety, nie przypadło mi do gustu. Z trudem przebrnęłam  przez pierwsza część, która okazała się niezbyt ciekawa, w dodatku przegadana i rozwleczona ponad miarę. Ile można czytać o trollu biegającym z góry na dół tudzież w tę i we w tę i zachwycającym się śniegiem… Natomiast część druga – garść wiadomości przemyconych w przemówieniach Starszyzny, zdała mi się opowiadaniem o sprawach, które powinny być dobrze znane zgromadzonym trollom.

Szkoda, że wątek trojga biegaczy, skoro już się pojawił, urwał się nagle i bezpowrotnie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.  

 

uwiel­bia też, jak wiatr two­rzy ze śnie­gu prze­róż­ne formy, ma­lu­jąc pięk­ne kra­jo­bra­zy. ―> Wiatr, moim zdaniem, raczej rzeźbi, nie maluje. 

 

brzmią­cy jak ma­lut­ki dzwo­nek do wio­sny”. ―> Albo cudzysłów, albo kursywa.

 

Ubie­ra­li kurt­ki prze­ciw­desz­czo­we… ―> W co ubierali kurtki? Kurtek się nie ubiera!

Winno być: Ubierali się w kurtki przeciwdeszczowe… Lub: Wkładali kurt­ki prze­ciw­desz­czo­we

 

mógł sobie bie­gać nie­mal wszę­dzie, gdzie tylko chciał. Zbiec na dół o świ­cie i pod­glą­dać nar­cia­rzy na par­kin­gu, by zaraz potem wbiec z po­wro­tem na górę roz­ma­wia­jąc po dro­dze z cho­in­ka­mi i po­pi­ja­jąc zimną wodę z Łom­ni­cy. Cza­sem wolał po­biec środ­kiem lasu… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

– Witaj, Świ­stek – za­wo­łał do góry. ―> – Witaj, Świ­stku! – za­wo­łał do góry.

Choć zdaję sobie sprawę, że Śmiałek może nie wrażać się zbyt poprawnie.

 

i trze­ba do­brze na­sta­wić uszy… ―> …i trze­ba do­brze na­sta­wić uszu

 

– … no ja nie wiem… ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

kto śmiał prze­rwać mu po­ran­ną de­gu­sta­cję po­cząt­ku okre­su zi­mo­we­go… ―> Obawiam się, że to nie była degustacja.

Proponuję: …kto śmiał prze­rwać mu po­ran­ną kontemplację po­cząt­ku okre­su zi­mo­we­go

 

lu­dzie nie bie­ga­ją i nigdy nie będą bie­gać tak, jak małe i zwin­ne trol­le.

Po­biegł do góry szyb­ciej niż oni i znowu scho­wał się za ko­na­rem, ob­ser­wu­jąc bie­ga­czy. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

prze­biegł środ­kiem szla­ku cho­wa­jąc się po dru­giej stro­nie.

Scho­wa­ny za ka­mie­niem… ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Ukryty za kamieniem

 

ani razu nie pod­niósł głowy do góry… ―> Masło maślane – czy można podnieść głowę do dołu?

Wystarczy: …ani razu nie pod­niósł głowy… Lub: …ani razu nie spojrzał wyżej

 

uzmy­sła­wia­jąc sobie ab­sur­dal­ność swo­je­go zda­nia. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Całą ra­dość, którą można mieć w sobie prze­by­wa­jąc na łonie na­tu­ry, Ja­skra­wa Ko­szul­ka ze­bra­ła w swo­ich nie­bie­skich źre­ni­cach… ―> Od kiedy źrenice są niebieskie?

Czy oba zaimki są konieczne?

 

na wy­so­ko­ści 1000 me­trów nad po­zio­mem morza. ―> …na wy­so­ko­ści tysiąca me­trów nad po­zio­mem morza.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

wyjąc „nie ufaj­cie czło­wie­ko­wi i po­le­ciał do góry… ―> Albo cudzysłów, albo kursywa.

 

prze­bie­gał pod no­ga­mi tu­ry­stów, wi­dzą­cych w gó­rach nic poza czub­kiem swo­je­go nosa… ―> Pewnie miało być: …prze­bie­gał pod no­ga­mi tu­ry­stów, niewi­dzą­cych w gó­rach nic poza czub­kiem swo­je­go nosa

 

praw­dę mó­wiąc, cięż­ko by­ło­by je do­strzec na śnie­gu… ―> …praw­dę mó­wiąc, trudno by­ło­by je do­strzec na śnie­gu

 

zie­lo­ne oczy, które po­tra­fią lśnić ni­czym szla­chet­ne ka­mie­nie na dnie je­zio­ra… ―> A kto widział szlachetne kamienie na dnie jeziora?

 

pa­trzy­ła się wprost w oczy Śmiał­ka. ―> …pa­trzy­ła wprost w oczy Śmiał­ka.

 

mówić do niego z taką sam,ą ilo­ścią de­cy­be­li… ―> Co tu robi przecinek?

 

wy­gwiz­dał jesz­cze nie tak dawno, nie ufaj czło­wie­kowi”… ―> Albo cudzysłów, albo kursywa.

 

– Zaraz muszę uciekać do kolegów, powiedziałam im tylko, że potrzebuję się zatrzymać za potrzebą – ro­ze­śmia­ła się. ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: – Zaraz uciekam do kolegów, powiedziałam im, że muszę się zatrzymać za potrzebą – ro­ze­śmia­ła się.

 

W jed­nej chwi­li wszyst­ko się uspo­ko­iło, Śmia­łek pa­trzył na to wszyst­ko ze zdu­mie­niem… ―> Powtórzenie.

Wystarczy: W jed­nej chwi­li wszyst­ko się uspo­ko­iło, Śmia­łek pa­trzył na to ze zdu­mie­niem

 

– Czy ty je­steś Śmia­łek ? ―> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

Skąd dziewczyna wiedziała, jak troll ma na imię?

 

Jed­nak prze­czu­cie mó­wi­ło mu, że nie ma się co oba­wiać… ―> Jed­nak prze­czu­cie mó­wi­ło mu, że nie ma się czego oba­wiać

 

W małe ja­ski­ni, na szczy­cie drew­nia­ne­go stołu… ―> W małe ja­ski­ni, u szczytu drew­nia­ne­go stołu

 

trzy­ma­jąc kurcz­li­wie Ko­smat­kę za rękę. ―> Poznaj znaczenie słowa kurczliwy.

 

Ko­smat­ka miała o wiele wię­cej mocy do po­dej­mo­wa­nia się cięż­kich zadań… ―> Ko­smat­ka miała o wiele wię­cej mocy do po­dej­mo­wa­nia się trudnych zadań

 

Pa­nu­ją­cy tu szla­chet­nie Bie­drze­niec… ―> Czy tu aby nie miało być: Pa­nu­ją­cy tu szla­chet­ny Bie­drze­niec

 

Waw­rzy­nek zwie­sił głowę w dół. ―> Masło maślane – czy mógł zwiesić głowę w górę?

Wystarczy: Wawrzynek zwiesił głowę.

 

prze­ko­na­li nawet ludz­ka isto­tę… ―> Literówka.

 

A teraz, Kró­lo­we po­sta­no­wi­li po­wie­rzyć mu misję… ―> Literówka.

 

– Trol­le nigdy nie ko­rzy­sta­li z po­mo­cy ludzi… ―> Troll jest rodzaju męskozwierzęcego, więc: – Trol­le nigdy nie korzystały z po­mo­cy ludzi

 

wszy­scy słu­cha­cze na­sta­wi­li uszy. ―> …wszy­scy słu­cha­cze na­sta­wi­li uszu.

 

Nie strasz­ne mu ży­wio­ły ani lu­dzie… ―> Niestrasz­ne mu ży­wio­ły ani lu­dzie

Cóż chyba na szczęście każdy na tym świecie ma różny gust i podoba mu się zupełnie coś innego. Mnie osobiście moje opowiadanie nie wydaje się przegadane i rozwleczone, a bardziej rażą te mnie opowiadania i książki, gdzie opisane są tylko suche fakty i dialogi, jakby to był tylko scenariusz filmowy. Z wyobraźni trzeba korzystać. Dlatego też zastrzeżenia takie jak:

 

zielone oczy, które potrafią lśnić niczym szlachetne kamienie na dnie jeziora… ―> A kto widział szlachetne kamienie na dnie jeziora?

 

mają ją właśnie poruszyć. Czytelnik powinien wyobrazić sobie szlachetne kamienie na dnie jeziora, a nie zastanawiać się, w którym jeziorze widział kamienie, tak jak nie zastanawia się, czy trolle w ogóle istnieją. Kiedy ruszy się swoją wyobraźnią, wtedy historia układa się w całość – nie zawsze trzeba wszystko powiedzieć, czasem można czytelnikowi zostawić pole do popisu.

 

– Czy ty jesteś Śmiałek ? ―> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

Skąd dziewczyna wiedziała, jak troll ma na imię?

 

Skąd więc dziewczyna wiedziała, jak troll na na imię? Hm. Może dlatego, że przyszła do niego z Wawrzynkiem. A może Pochwist wyszeptał jej to do ucha? A może od wielu wielu lat przyjaźni się z trollami i dlatego właśnie chciała im pomóc, a o Śmiałku ze Śnieżki słyszała wiele razy od innych trolli? Najlepsza historia to taka, w którą można też włożyć coś od siebie. I za każdym razem udowadnia to każda ekranizacja którejkolwiek z książek – nie wiem czy znajdzie się osoba, która powie “Ojej, dokładnie tak to wszystko widziałam w swojej głowie”, zazwyczaj film nie oddaje tego, co widzieliśmy, czytając książkę. Właśnie dlatego, że gdy czytamy, to głowa tworzy własne obrazy i dopowiada to, co nie wynika wprost z historii, i to jest dla mnie w czytaniu NAJPIĘKNIEJSZE.

 

 

kto śmiał przerwać mu poranną degustację początku okresu zimowego… ―> Obawiam się, że to nie była degustacja.

Proponuję: …kto śmiał przerwać mu poranną kontemplację początku okresu zimowego

 

Tutaj również upieram się przy degustacji, ponieważ Śmiałek, jako troll, zupełnie inaczej odczuwa przyrodę niż ludzie, potrafi rozmawiać z wodą, wiatrem, czuje zapach śniegu nosem, dla niego przyroda ma i smak i zapach i nie tylko ją “kontempluje” jak obraz na ścianie.

 

Za dostrzeżenie literówek bardzo dziękuję i pozdrawiam :)

Czy­tel­nik po­wi­nien wy­obra­zić sobie szla­chet­ne ka­mie­nie na dnie je­zio­ra, a nie za­sta­na­wiać się, w któ­rym je­zio­rze wi­dział ka­mie­nie…

Bardzo nie lubię, Anonimie, kiedy Autor mówi mi, co mam sobie wyobrażać, podczas lektury jego tekstu. Wyobraźnia jest moja i absolutnie niezależna od woli Autora. A na dnie jeziora to mogę sobie wyobrazić co najwyżej warstwę mułu, ale nie drogie kamienie.

 

Skąd więc dziew­czy­na wie­dzia­ła, jak troll na na imię? Hm. Może dla­te­go, że przy­szła do niego z Waw­rzyn­kiem. A może […] to głowa two­rzy wła­sne ob­ra­zy i do­po­wia­da to, co nie wy­ni­ka wprost z hi­sto­rii, i to jest dla mnie w czy­ta­niu NAJ­PIĘK­NIEJ­SZE.

Miło, Anonimie, że zaznaczyłeś, co dla Ciebie jest najpiękniejsze w czytaniu, ale nie wymagaj, żeby moje oczekiwania wobec lektury były tożsame z Twoimi.  

 

Tutaj rów­nież upie­ram się przy de­gu­sta­cji…

Cóż, zrobisz jak zechcesz, Anonimie. To w końcu Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego jedna osoba może wyrazić swoje zdanie, a inna nie?

Ja napisałem/napisałam tylko, jakie opowiadania lubię i dlaczego i wcale nie mówię ci, co masz sobie wyobrażać na jeziora. Jak również, napisałem/napisałam, co jest dla mnie najlepsze w czytaniu i wcale nie wymagam, żeby inni podzielali moje zdanie. Nie wiem, skąd to oburzenie, a dodam, że a) to ty skrytykowałeś mój tekst, a nie ja ciebie b) a ja ucieszyłem/ucieszyłam się, że na szczęście każdy ma inny gust na tym świecie.

Ja na­pi­sa­łem/na­pi­sa­łam tylko, jakie opo­wia­da­nia lubię i dla­cze­go i wcale nie mówię ci, co masz sobie wy­obra­żać na je­zio­ra.

Twoje słowa (podkreślenie moje): „Czy­tel­nik po­wi­nien wy­obra­zić sobie szla­chet­ne ka­mie­nie na dnie je­zio­ra, a nie za­sta­na­wiać się, w któ­rym je­zio­rze wi­dział ka­mie­nie…” – świadczą o czymś innym. Jasno mówisz, co powinien czytelnik.

 

…i wcale nie wy­ma­gam, żeby inni po­dzie­la­li moje zda­nie.

No to kamień z serca.

 

Nie wiem, skąd to obu­rze­nie…

Oburzenie??? A gdzież Ty je dostrzegłeś, Anonimie, skoro mnie nawet w głowie nie postało, aby się na cokolwiek oburzać?

Dokładnie. Moim zdaniem czytelnik powinien użyć wyobraźni i autor powinien mu stworzyć do tego warunki. Takie jest właśnie moje zdanie. Nie było nigdzie powiedziane, że ty musisz to czy tamto. Moim zdaniem ludzie powinni się do siebie uśmiechać, ale czy to znaczy, że każę ci to robić? Rób co uważasz, ale zostaw również te swobodę innym.

 

Wytknąłeś mi błędy i brzydkie opowiadanie, a kiedy ja nie zgodziłem/zgodziłam się z tą opinią, to dokładnie to wyczytałem/wyczytałam – oburzenie, że można mieć inne zdanie. Ale nie będę tu przytaczać słowa po słowie, bo chwytanie za pojedyncze słówka bardziej pasuje mi do forum internetowego niskich lotów. 

 

A kiedy dorzucasz sarkazm pt. “No to kamień z serca”, sam udowadniasz, że jednak coś cię w mojej wypowiedzi zabolało ;) Pozdrawiam. 

 

 

Cholipciuś, Reg, Anonimie. Spieracie się, a to dobrze i źle. Rozsądzić nie potrafię, bo sprawa za trudna oraz ja na to patrzę inaczej.

Czasami uwagi dotyczące poprawności/realizmu mają sens, ale nie zawsze, gdyż Autor musi podążać swoją drogą. Równoczesna praca nad indywidualnym stylem i pilnowanie poprawności, zrozumiałości jest cholernie trudne. Czasami poprawność może utrudniać Autorowi budowanie kolejnych wizji, obrazów, usztywniać w gorsecie pisania jak wszyscy. W skrajnym przypadku idziemy w kierunku czytelnej instrukcji, a nie o to chodzi, ponieważ wtedy znika czar, magia, opowieść.

 

Reg, z większością uwag się zgadzam ze swojego czytelniczego widzenia, a z innymi polemizowałabym. Chyba najbardziej jestem na “nie” z bieganiem Śmiałka “tam i z powrotem”. W końcu Hobbit też był w gruncie rzeczy “tam i z powrotem”. Wiem, nie ta opowieść, ale… 

Z kolei z kamieniami – racja, lepiej byłoby podrzucić czytelnikowi jakieś szmaragdy, albo inne.

Co do Śmiałka – dla mnie było zrozumiałe, podobnie z degustacją – to inna istota i smakuje góry.

 

Anonimie, we mnie masz czytelnika! Rozumiem Twoje opowieści, mają dla mnie duży urok i czar. Sama nie wiem – dlaczego. Nie, sprostuję, domyślam się dlaczego, ale rozpisywania w tym momencie nie będzie.

W opku zdarzyły się kiksy i jest lekkie przegadanie, ale o nie strasznie łatwo przy tej długości i szybkości oraz samotności pisania. Na każdy tekst patrzę niejako potencjalnie, czy iskra została wskrzeszona. W Twoich tekstach to znajduję.

Jeśli przydałoby się oko zewnętrzne, które lubiłoby ten rodzaj tekstu, pisze się:D Po wielokroć przekonałam się, że nie sposób samemu. W każdym razie, łatwiej z kimś drogę przemierzać. Pisz, a ja z chęcią podumam, daj mi na betę. Błędów interpunkcyjnych z pewnością nie wskażę, wiele rzeczy ujdzie mojej uwagi, ale pokombinujemy wspólnie. Są różne preferencje. Zawsze czytałam to, co mi w ręce wpadło, instrukcje przez wielce poważną literaturę, potem zagadki matematyczne i quizy oraz baśniowe alegorie. Dziwak. Opisywana przez Ciebie rzeczywistość pulsuje, bawi i przenosi przekaz mimowolnie:)

 

Dobrze, to by było tyle.

Pozdrawiam srd, obie strony:)

a

Anonimie, bardzo proszę – pozostań przy swoim zdaniu, miej własne wyobrażenie o mnie, pisz co chcesz, a nawet trwaj w przekonaniu, że Twoja twórczość powinna podobać się wszystkim.

Chciałabym móc złożyć obietnicę, że w przyszłości powstrzymam się od komentowania napisanych przez Ciebie opowiadań, ale dopóki pozostajesz anonimowa/ anonimowy, niczego nie mogę przyrzec.

 

Miło się z Tobą gawędziło, Anonimie, ale cóż, dalsza wymiana zdań zdaje się nie mieć sensu.

Asylum, to ładnie z Twojej strony, że podejmujesz się roli „rozjemczyni”, ale powiedziałam Anonimowi już wszystko i nie zamierzam mówić nic więcej.

Ciągle jeszcze, dobry wieczór:)

No dobrze, jak się powiedziało A, to jeszcze B. Dalej już ciągnąć nie będę.

 

Wiem, Reg:), musicie się ułożyć, po swojemu. Dadzą czas i przestrzeń – bogowie – to się uda. 

Jeśli nie, trudno, pewnie nie ten czas, moment. Równoległe wymiary. Jesteś uczciwa, piszesz wprost i to jest bezcenne. Ja już wiem, że nic nikomu nie narzucasz, tylko dzielisz się swoją wiedzą, pytaniami, doświadczeniem tysięcy tysięcy przeczytanych tekstów.

Sorry, za hiperbolizację z “bezcennym”, ponieważ domyślam się, że nie przepadasz za takimi słowami w określonym kontekście, ale tak sądzę i nawet, gdy “nadmiarowe” to nic na to  nie poradzę – odczucie, w dodatku silne, a za praca na NF – tytaniczna. Tak, wiem, kolejne – niepotrzebne i już z tym kończę:)

Myślę sobie, że same litery mogą “zmylać” intencję, a ponieważ “tłukę się” z tym “dzeń w dzeń” i doświadczam tego, że tak może być. Jednak nigdy jeszcze, nie zaangażowałam się (tak silnie) w jednym zmyśle – wzrok. To dla mnie nowość – tylko przez znaki.

 

Wiem, no raczej domyślam się, dumam, Anonimie:), musicie ułożyć się po swojemu. Nic tu po mnie w gruncie rzeczy.

Rzekłabym – tak, musisz pozostać sobą i to jest nienegocjowalne. Część poprawiasz i zmieniasz, a część nie. Ja, jeszcze chyba nie potrafię tego w wystarczającym stopniu, dlatego nie wstawiłam opowiadań na bieżące konkursy. Lustro osób, które znają Ciebie tylko z liter jest ważne, bo próbka. Zgoda, nie reprezentatywna, ale dialog. Zderzaj się, bo odbiór jest różny i wybieraj. Mi tam zależy na tym, aby Ciebie czytać, a na portalu, o niebo łatwiej!

 

PS. Przepraszam za offtopy i wtrącanie się w obiadowy jadłospis: przekąska, zupa, danie główne i deser.

Dobrej nocy:)

a

Dzisiaj znajomi przesłali mi zdjęcie zorzy z okolic Tromsø. Była – dowodem są fotki, chociaż nie powinna, bo prognozy – 2% podawały. Kiedy przyjadą, wypytam:)

Dziękuję Asylum. Za miłe słowa i za spojrzenie z boku na moje przekomarzanki z Regulatorzy. Osobiście, nie czuję, żebym był/była z kimkolwiek w jakimkolwiek sporze, nie chowam żadnej urazy i na pewno nie trwam w przekonaniu, że moja twórczość powinna podobać się wszystkim, przecież od początku pisałem/pisałam coś innego – że każdy ma swój gust na szczęście. Jedni lubią kolor czerwony, inni zielony, ale gdyby zmieszać te dwie barwy, żeby dogodzić wszystkim, to by wyszedł sraczkowaty ;) Wymiana myśli to tylko wymiana myśli, a nie koniec świata i naprawdę, dziękuję ci Regulatorzy, że pokazałaś inny punkt widzenia. Pozwoliłam się z tym nie zgodzić, ale nie uznaję tego za spór, który trzeba rozstrzygać czy się godzić :)

Asylum, obiecałam Ninedin i Drakainie dalszy ciąg, więc z wielką chęcią mogę przemierzyć z Tobą te drogę :) Dziękuję.

Odniosę się do kamieni szlachetnych na dnie jeziora. Otóż potrafię sobie je wyobrazić, szczególnie, gdy patrzę oczmi trolla z podnóża Śnieżki. Bo jakie jeziora może znać taki troll? Ano górskie, polodowcowe z krystalicznie czystą wodą, gdzie nie ma mułu, są za to skalne głazy w których owszem, mogą tkwić kolorowe minerały. Nie zmienia to faktu, jak wspomniała Reg, że w typowych jeziorach zwykle mamy tylko muł i piach, a o kamienie szlachetne tam niezwykle trudno.

Jeśli chodzi o te szlachetne kamienie na dnie jeziora, to tak naprawdę nie chodzi o to, czy na dnie jeziora są szlachetne kamienie czy muł. Tj. nie chodzi o fakt, a o efekt. Szlachetne kamienie błyszczą pięknie i jednolicie, ale to miał być po prostu inny blask. Może łatwiej będzie z monetą – taki blask, jak moneta w sadzawce, niby jest, niby tam sobie błyszczy, ale widać to tylko pod pewnym kątem, kiedy zaświeci słońce, wiatr poruszy taflą itd. Dokładnie tak miały błyszczeć oczy trolla – “potrafią lśnić niczym szlachetne kamienie na dnie jeziora” – nie stałym zielonym porażającym oczy blaskiem, nie jak diament, ale właśnie jakby ktoś wrzucił ten szlachetny kamień na dno jeziora, jakbyśmy patrzyli na niego przez metry czystej wody i widzieli tylko żywą zieleń, ale pod pewnym kątem, przy załamaniu promieni, dopiero wtedy dostrzegali błysk. I w nocy, kiedy świeci księżyc i odbija się od tafli, cichnie wiatr, te kamienie na dnie jeziora migoczą jak małe ledwie widoczne na niebie gwiazdki. Taki był zamysł na kolor oczu trolli :) To po prostu miał być wyjątkowy kolor, nie zwykły zielony (bo zero w nim magii), ani nadzwyczaj błyszczący zielony (bo przecież wtedy łatwiej byłoby je dostrzec), tylko coś pomiędzy (dlatego postanowiłam ten blask przykryć warstwą wody).

 

Co do zasady, wszelkie porównania i opisy zastosowane w opowiadaniu to nie jest zbiór przypadkowych nielogicznych słów, a mam wrażenie, że właśnie to zostało mi przypisane. Ogólnie, rozumiem zastrzeżenia co do literówek, przecinków, form gramatycznych, ale zarzuty odnośnie treści powinny zostać pominięte, ponieważ są subiektywne i każdy ma swój gust i lubi co innego. To pewnie dlatego w jury jest kilka osób, aby te gusta się wymieszały i wyłoniły opowiadanie, które uderza w każdą strunę, a nie tylko jedną. Ja jednak, jak dobrze dostrzegłeś, Chrościsko, jestem osobą spoza portalu i chyba nie do końca zrozumiałem/am, co jest tutaj do zaakceptowania, a co nie, czy na krytykę trzeba reagować miło, czy się bronić, czy opowiadanie poprawiać w nieskończoność pod naporem uwag, czy też nie. Nie znam stąd nikogo i nie znam zasad, które tu panują. Postanowiłem/am wziąć udział w konkursie, ponieważ temat bardzo mi się spodobał i odpowiednia historia sama powstała w mojej głowie. Nigdy nie myślałem/am, że cokolwiek wygram, ale po trochu liczyłem/am na krytykę konstruktywną. Dlatego niektóre z ostrych słów, niepotrzebnych, nieuzasadnionych, bardzo mnie zabolały, tak jak wytykanie słówek, których czyimś zdaniem nie powinienem/powinnam użyć, bo nie. Mimo to, jestem wdzięczny/na za wszystkie uwagi, te dla mnie może niemiłe i te wszystkie pozostałe, i wszystkie je wziąłem/wzięłam pod uwagę, ale ostatecznie postanowiłem/am pozostawić to tak, jak powstało w mojej głowie, z całym szacunkiem dla wszystkich na portalu. I życzę powodzenia wszystkim uczestnikom :) Pozdrawiam.

To Twój tekst i tylko od Ciebie zależy jego ostateczny kształt :) Masz prawo się nie zgadzać z komentującymi, masz prawo bronić swojej wizji i swojwgo zdania. Chyba o to wlaśnie tutaj chodzi. Ostatecznie komentarze to tylko niezależne opinie czytelników, subiektywne i napewno nie nieomylne. Co nie zmienia faktu, że wiele osób ma tu olbrzymie doświadczenie i warto nad ich uwagami się pochylić, nawet jak się z nimi nie zgadzamy. :)

Bardzo młody tekst, rozkoszny urokiem świeżo wyklutego pisklaka, który nie bardzo jeszcze wie, co się robi łapką, a co dziobkiem. Konstrukcja leży: na początku budujesz fabułę wokół pączkującej przyjaźni Śmiałka z Kasią, a potem porzucasz ten wątek i posyłasz Śmiałka na ratowanie świata, ale i to robisz w pośpiechu, bo przecież limit. A wspólna wyprawa trolla i człowieka – to by mogło być coś! Heroizm udało Ci się tylko zapowiedzieć, bo przecież limit. Kurczę, chciałabym poczytać dla odmiany coś o ratowaniu świata… Język jest niezręczny. Widać, że fajnie Ci się pisało, ale poprawiać już się nie chciało.

 

Jeśli interesują Cię szczegóły, proszę o adres na priv.

Fabuła:

Super tytuł. Kojarzy się z Rumcajsem ;).

Co do fabuły, to jest to piękna bajka, ale ma bardzo poważny szkopuł. Zakończenie, którego właściwie nie ma, bo urywasz historię w połowie. Dlaczego?

Początek również mógłby być lepszy. Pierwsze zdanie jest słabe. Jednak po kilku akapitach ten z pozoru nieporadny styl z nadmiernie złożonymi zdaniami przestaje przeszkadzać, staje się spójny z opowieścią i płynie się przez opowiadanie z niekłamaną przyjemnością. Środkowa część naprawdę mnie urzekła i w tym momencie ten tekst był już wśród moich faworytów. A potem to urwane zakończenie i niedowierzanie, jak można tak fajną opowieść zostawić w takim momencie. No jak? Przecież miałeś, autorze, jeszcze kilka tysięcy znaków zapasu, co więcej, śmiało można było kilka akapitów wyciąć bez straty dla tekstu, bo gdzieniegdzie zdążają się przydługie opisy.

Szkoda, wielka szkoda, bo tekst w porównaniu do konkurentów oryginalny, z bardzo pięknym, bajkowym klimatem, subtelny, pogodny i urokliwy.

 

Styl i język:

Styl dopasowany do gatunku. To co normalnie by mi przeszkadzało, czyli złożone zdania, długie opisy, powoli tocząca się akcja, tutaj sprawdza się znakomicie. Oddaje osobowość trolli, ich pojmowanie świata, ich spójność z naturą. Wszystko to pięknie gra.

Problemem są infodumpy, które brzmią jak wycinki z Wikipedii.

 

Wielkoobszarowe zamieranie lasu w Sudetach miało miejsce na przełomie lat 70tych i 80tych i spowodowało wylesienie 39 tysięcy hektarów, a to głównie przez immisje przemysłowe. Wskutek tego powstało toksyczne środowisko dla przyrody, dla drzew, które osłabione stanowiły dobrą pożywkę dla wszystkich szkodników i ostatecznie, umierały. Umierały porosty, mszaki, umierała flora, niemal czterokrotnie zmniejszyło się zagęszczenie ptaków. Ledwie kilkanaście lat temu proces deforestacji udało się nieco zatrzymać, i to tylko właśnie z pomocą ludzi.

 

Raz, że to zbyt szczegółowe, dwa, zawierające słownictwo nie pasujące do bajki i do trolli. Czy troll, nawet stary, wie co to hektar, czy wie co do deforestacja? To język ludzki i do tego język naukowo-techniczny. Psuje opowieść. Wybija z rytmu. Brzmi nienaturalnie, szczególnie w porównaniu z bardzo naturalnymi opisami przyrody, malowanymi jakby oczami dziecka.

Nadużywasz też słowa „biegacze”. Warto by zastosować czasem zamiennik, choćby „ludzie”, bo głównie nimi są dla naszego trolla.

 

Tematyka:

Tekst zgodny z tematem. Są góry, wszystkie trzy, jest fantastyka, jest pokazane ich piękno. Heroizm również. Tutaj nie mam obiekcji.

 

Potencjał motywacyjny:

Niewielki. Tekst jest delikatny i raczej wzruszający, niż pobudzający do działania.

 

Efekt wzruszenia:

Twoja bajka miejscami wzrusza. Dużo miejsca poświęciłeś, autorze, na przedstawienie wrażliwości oraz emocji Śmiałka i zrobiłaś to tak, że choć jest stworkiem wyimaginowanym, to staje się wiarygodny. Wiarygodność zaś sprawia, że jako czytelnik spoglądam na świat jego oczami, cieszę się tym, czym on się cieszy, smuci mnie to samo co i jego, oraz wzruszam się, gdy sytuacja ku temu sprzyja. Mocny element opowiadania.

Ps. Skąd ten tytuł? Szukałem Lipkova w Masywie Śnieżnika i nie znalazłem.

 

Moja punktacja konkursowa: Top10 (3.5)

Ocena portalowa: 4.9/6

 

PS. Przyznam się, że odrobinkę przeszacowałem tę ocenę, ale nie mogłem inaczej. Zdajesz się być początkująca, a zarazem w Twoim pisaniu jest zalążek wielkiego talentu. Szlifuj ten diament, nie zniechęcaj się krytyką, doceniaj ją, bo choć boli, to daje więcej niż tysiące pochwał. Bardzo bym nie chciał, by ten konkurs w jakikolwiek sposób zniechęcił Cię do pisania. Byłaby to wielka strata.

W konkursie, w ocenie zbiorczej, zajęłaś 11 miejsce. Było bardzo, bardzo blisko. Gdyby tylko ta kompozycja była w bardziej domknięta. Nieco wyraźniejsze zakończenie. Szkoda.

"Ludzie nie znają się kompletnie na magii, nawet jeśli, podobnie jak Jaskrawa Koszulka, zdarza im się zupełnie nieświadomie wypowiedzieć jakieś zaklęcie."

– Jaskrawej Koszulce

 

"wiejąc z prędkością do dwieście km na godzinę"

– do dwustu kilometrów

 

Głównym atutem opowiadania jest jego niesamowita lekkość, ale tez to, że udało się połączyć wątek biegaczy z czymś, co jest od tego wątku kompletnie odmienne. Czytając tekst nabrałem oczekiwań co do wrażeń końcowych, a tu nagle, ni z tego, niż owego, starszyzna skrzatów wygłasza wykład niezbyt skrzatowym językiem. Po chwili okazuje się, że wykład się ciągnie, a skrzaty reagują na ten język formalny jak na wciągającą opowieść. Rozumiem, że intencją było przemycić do opowiadania trochę wiedzy i historii i to jest ok, wręcz bardzo fajne. Gorzej niestety z wykonaniem – wypadałoby jednak trochę zmienić język na bardziej skrzatowy. Czy ten wykład starszyzny był pisany na podstawie Jadczyka?

 

Potem kończy się wykład i… okazuje się, że opowiadanie balansuje na krawędzi między czymś, co jest jednocześnie „samodzielnym tekstem i równocześnie fragmentem”, a właśnie samym tylko fragmentem. Czy może prequelem? Szkoda. Że limit znaków? Można było albo bardziej skompresować albo wykorzystać pomysł w pełnej formie poza konkursem.

 

Trochę ociężała forma ścierała się z lekkością treści – nad tym zdecydowanie warto popracować.

 

Podobał mi się wątek pokazania różnego podejścia biegaczy – jedni słuchający własnego organizmu, inni obserwujący przyrodę dookoła.

 

Przyznam, że z punktu widzenia jurorskiego mam dylemat z tym tekstem. Z jednej strony jak wspomniałem to bardziej prequel czegoś, żeby nie powiedzieć fragment. Z drugiej – w porównaniu z pozostałymi tekstami wprowadza zupełnie inny klimat…

 

Anonimie, będzie jakaś kontynuacja?

 

A do początkowych scen może pasować taka ścieżka dźwiękowa:

https://www.youtube.com/watch?v=sfmvNYx4ckQ

 

Macie całkowitą rację z zakończeniem, chyba jest nieco “ciosany”, choć niezależnie od limitu znaków ta historia miała się urwać. Miły wstęp, zbudowanie napięcia i pozostawienie czytelnika z “ach, co miało być dalej”. Nooo.. jak widać, nie wyszło to zbyt zręcznie. Mój błąd. Przelewanie myśli i uczuć na papier też jak widać trzeba porządkować, więc dziękuję za wszystkie uwagi, bo bardzo mi pomogły, zwłaszcza na przyszłość. Nawet jeśli nie poprawiałam za wiele w tekście (poza literówkami, błędami gramatycznymi), to nie z czystego lenistwa, ale … uważam, że byłoby to trochę nie fair, wrzucić coś swojego pod ocenę, a następnie zmieniać formę opisy, użyte sformułowania.. trochę jakby nauczyciel kazał już oddać kartkówkę, a ja bym jeszcze poprawiała zerkając, co ma kolega obok w ławce.

 

Aha, wyjaśniam pochodzenie nazwy Lipkovskie Chochliki. Chochliki mieszkały na Trójmorskim Wierzchu w Masywie Śnieżnika, gdzie swoje źródła mają : Nysa Kłodzka, dopływ Odry w zlewisku Morza Bałtyckiego, Lipkovski potok jako dopływ Cichej Orlicy, dorzecze Łaby, w zlewisku Morza Północnego i Morava, dopływ Dunaju w zlewisku Morza Czarnego.

 

Jeśli chodzi o kontynuację, to obiecałam, że będzie, jednak tymczasem Śmiałek gdzieś się schował i nie chce wrócić :( Pożyjemy, zobaczymy. Pozdrawiam :)

A, Anonimie, wyniki już są, więc można już się odanonimizować :-)

Zapomniałam na śmierć, a miałam wytknąć – co to za niepolskie litery, hmm? To “v”? Bracia Czesi przywieźli? :)

Wstęp obowiązkowy!

“Niestety mało czasu u mnie ostatnio. Toteż moje komentarze będą krótkie, kilkuzdaniowe. Zaręczam jednak, że teksty przeczytałem z taką uwagą i starannością, na jaką było mnie stać!”

 

Kto jest podmiotem w pierwszym akapicie? Dalej też problemy z podmiotami.

Skąd skrzat wiedział, co słychać w filharmonii?

 

Czepialstwo:

– “gdyby nie szara czapa padająca z nieba” – dopiero po spadnięciu czapa jest czapą;

– “dziewczyna w jaskrawej koszulce” – zima była?;

– “znowu schował się za konarem” – schować to się można za pniem; za konarem tylko podczas lewitacji;

– “swoich niebieskich źrenicach” – źrenice są czarne, bo to otwory są;

– “w Domu Ślaskim” – literówka;

– “otworzyli jakieś batoniki i zaczęli coś jeść” – nie coś, tylko właśnie baroniki;

– “widzących w górach nic poza czubkiem swojego nosa” – w tym wyrażeniu: “własnego nosa”;

– “ W niektórych opowiadaniach wyobraża się je” – raczej: są przedstawiane;

– “na szczycie drewnianego stołu” – u szczytu, ale to i tak kulawo brzmi;

– “proces deforestacji” – chochliki się tym zargonem posługują??

 

Za dużo infodumpów i fachowego słownictwa. Tekst kończy się tam, gdzie właściwie powinien się zacząć. Ale poza tym – bardzo fajna bajka, którą się dobrze czytało :)!

Jeden z fajniejszych tekstów w konkursie!

A czy zamiast się odanimizować, mogę to usunąć?

Ale dlaczego chcesz usunąć? Trafiłaś do tutejszej bibioteki, jest to wyróżnienie dla tekstu, tym bardziej cenne, że debiutanckiego. Miej też na uwadze, że jak to opowiadanie usuniesz, to stracisz wszystkie komentarze. Nie szkoda by Ci było? Nawet te krytyczne są przejawem tego, że ktoś bezinteresownie poświecił swój czas. :)

My tylko tak groźnie wyglądamy :D naprawdę jesteśmy słodcy i puchaci i lubimy czekoladę z pianką.

Prawo do usuwania jest zawsze, choć możesz też zwyczajnie przestawić z “opublikowane” na “kopia robocza” i wtedy mozesz potem przywrócić razem z komentarzami.

ALE

To przeciez nadal sympatyczne opowiadanie, które przyciągnęło trochę czytelników. W dodatku jest to też trochę czasu i wysiłku komentujących, którzy przecież mogliby nie dzielić się uwagami, a jednak poświęcili czas i rozpisali się (tak jak np. Regulatorzy, Ninedin, Drakaina, czy Asylum) – jak usuniesz tekst, to trochę jakbyś dała im do zrozumienia, że komentarze były niepotrzebne. Zobacz, ile tekstów tu pozostało :) 

Wszystko, co mogłabym powiedzieć, powiedział już wilk, więc na fali listy przebojów wkleję tylko przebój. I – hej. Głowa do góry.

Usuwać coś fajnego?

Jakaś masochistyczna nowa tradycja czy cuś?

Nie usuwaj! Zostaw!

Dla mnie nie ma znaczenia, czy w pierwszej dziesiątce, czy poza nią. Chropowatość mi nie przeszkadza. Pisz dalej o Śmiałku bądź o kimś innym.

pzd srd:)

a

– sporym orzeźwieniem jest opowiadanie, które nie mówi o mężczyźnie w średnim wieku biegającym po górach i rozmyślającym o przeszłości; przyznaję punkty za oryginalność

 

– tekst zawiera mnóstwo błędów gramatycznych i interpunkcyjnych; pomijając ogólną poprawność, tekst napisany jest chaotycznie i w nienaturalny sposób (np. „Jej błyszczące zielone oczy nie wyglądały jak radość i nadzieja” – a jak wyglądają radość i nadzieja? Jak można wyglądać jak coś, co nie ma wyglądu? albo „Jest to zbyt duże zagrożenie dla nas wszystkich” zamiast prostego „zagrażają nam”), co utrudnia lekturę

 

– dużo infodumpów i opisywania, zamiast pokazywania (show; don’t tell)

 

– jednostki miary, których trolle raczej nie powinny znać; solidny research, ale podany w nieakceptowalny sposób

 

– opowiadanie jest prologiem do historii; rozmową poprzedzającą ciekawą akcję – szkoda, że ta nie następuje. To ryzykowne, urywać tekst w miejscu, w którym powinien się zaczynać, jako że pozostawia czytelników z niedosytem

 

– spełnienie warunków konkursowych jest, mamy góry, jest solidny research, istnienie heroizmu kwestionowałabym

 

– ogólnie przyjemna historia, wydaje mi się, że autor stawia dopiero pierwsze kroki – życzę powodzenia i mam nadzieję, że dodasz na forum niedługo kolejne opowiadanie :)

Pod wieloma względami zgadzam się z przedpiścami: sympatyczne opowiadanie, ale konstrukcja zachwiana – początek nieśpieszny i szczegółowy, a potem po łebkach. Co się stało z Kasią? Na plus walory edukacyjne, szkoda, że zostały podane w formie ciężko przyswajalnego infodumpu.

Ubierali kurtki przeciwdeszczowe,

No i czemu kurtki nadal ubrane? Przecież ostrzegali przed desantem z Łodzi, że się będzie czepiał. ;-)

Nowa Fantastyka