- Opowiadanie: thomasward - Dyliżansem do Whithaven

Dyliżansem do Whithaven

Dziwne opowiadanie, ale może się Wam spodobać! Zaczyna się jak komedia, a potem...

 

Oczywiście będę BARDZO wdzięczny za wszelką krytykę, a szczególnie konstruktywną!

 

PS. 15k znaków to już opowiadanie, czy jeszcze szort?

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

thargone, Werwena, Finkla

Oceny

Dyliżansem do Whithaven

a

 

– Po ile ulgowy do Betelmand?

– Nie sprzedajemy ulgowych.

– Skandal! Walczyłem pod Moorshallon. Należy mi się nadana książęcym dekretem ulga!

– Ale nie w tym księstwie.

– A normalny?

– Sześć srebrników w klasie ekonomicznej.

– Toż to zdzierstwo w biały dzień! Nie godzi się tak rabować uczciwych współobywateli! Dwadzieścia osiem lat w wojsku, w obronie ojczyzny, a tu taka hańba! Nie dałoby taniej?

– Pięć srebrników za bilet w klasie ekonomiczniejszej, cztery za podróż klasą najekonomiczniejszą, trzy za klasę jeszcze bardziej niż najekonomiczniejszą.

– Biorę.

– I jeszcze jeden srebrnik dopłaty za obsługę.

– Że co, kurwa?

– Paragraf osiemnasty regulaminu sprzedaży biletów zakłada dopłatę jednego srebrnika za obsługę osób niepełnosprawnych przez woźniców.

– To powinno być za darmo!

– Za darmo to się pan nawet na dworcu nie wysra, że tak powiem. Srebrnika poproszę.

– Zwrot pieniędzy! Żądam zwrot pieniędzy!

– Paragraf drugi regulaminu sprzedaży biletów zakłada brak możliwości zwrotu biletów.

– Ja biedny weteran jestem, no niech się pani zlituje…

– Paragraf trzeci regulaminu sprzedaży biletów zakłada brak wyjątków od paragrafu pierwszego.

– Granda! Oszustwo!

– Żadne oszustwo. Trzeba było przeczytać regulamin.

– Jak ja czytać nie umiem… – Sprzedawczyni obojętnym wzrokiem spojrzała na jednonogiego mężczyznę, który wyjął z sakiewki kolejnego srebrnika i położył go na ladzie. Wzięła w rękę pióro, zamoczyła w atramencie i nabazgrała na bilecie kilka słów. Weteran spod Moorshallon wziął papierek, wetknął go do sakiewki i złapał za drewnianą, chropowatą laskę. Gdy kuśtykał w kierunku głównego budynku dworca, uważny słuchacz bez problemu dosłyszałby wymrukiwane pod nosem bluzgi. 

– Następny!

Kobieta wyjęła spod biurka wąski skrawek czerpanego papieru. Spojrzała na kolejnego klienta bez cienia zainteresowania na twarzy. Mężczyzna, wysoki, zakapturzony, kilkudniowy zarost, całkiem przystojny, choć młody. Co prawda chodzenie po mieście ubranym w czarny płaszcz w południe było dość dziwne, ale w końcu to była sprawa nie jej, zwykłej sprzedawczyni, a straży miejskiej.

– Dokąd?

– Whithaven.

– Jaka klasa? Zwykła, ekonomiczna?

– Zwykła.

– Osiemnaście srebrników.

Mruknął i położył na blacie złotą monetę. Sprzedawczyni dokładnie jej się przypatrzyła. Stara to rzecz, jeszcze sprzed obecnego króla. Cenna. Dużo w niej złota. Takich już od lat nie wybijają przez chciwość i inflację. Kobieta schowała monetę do kasy, wydała dwa srebrniki reszty. Szybko, niestarannie wypisała bilet i podbiła książęcą pieczęcią. Gdy podawała go klientowi wstrzymała na moment oddech. Zręcznym ruchem drugiej ręki wyjęła z kasy monetę i schowała w fałdy sukienki. Spojrzała na bok, na pilnującego kasy strażnika miejskiego, który patrzył zrezygnowany przed siebie. Nic nie zauważył. Nigdy nie zauważa.

– Proszę pamiętać, że przy biletach klasy zwykłej bezpłatnie ubezpieczamy pana życie na czas przejazdu. Miłej podróży.

Ale tajemniczego mężczyzny już dawno nie było.

 

b

 

Na boku dyliżansu czarną farbą napisano KRÓLEWSKI TRANSPORT KOŁOWY. Mniejszymi literami, pod spodem, można było przeczytać, że pojazd to WŁASNOŚĆ MINISTERSTWA TRANSPORTU I AGROTURYSTYKI EKSTREMALNEJ. Znalazło się też miejsce na koślawo namalowane godło królestwa.

– Że dokąd pan jedziesz? – Woźnica próbował rozczytać niewyraźne zawijasy nabazgrane na bilecie. Od trzech lat pracował w branży, z czego od roku stacjonował w tym zapadłym miasteczku, w którym nawet nie mieli porządnego burdelu. Trzy lata wożenia ludzi tanimi liniami dyliżansowymi pomiędzy trzeciorzędnymi miejscowościami na obrzeżach królestwa. Z takiej pracy nie ma nawet jak odłożyć na emeryturę. I jak tu żyć, panie królu, jak żyć…

– Tu pisze: White Hafen?

– Whithaven.

A to nowość. Dziwnie wyglądający klient, jak dotąd milczący, wreszcie postanowił się odezwać.

– Dobra, wsiadaj pan, zaraz ruszamy. Jakiś bagaż? Nie? To w drogę!

Dyliżans toczył się wolno. W ogóle pojazdy kołowe zazwyczaj poruszają się powoli, głównie dlatego, że drogi, szumnie zwane królewskimi traktami, są błotniste i dziurawe, przez co zbyt szybka jazda obija siedzących (a i często stojących, leżących lub zwiniętych w kłębek) w środku pasażerów. Oczywiście opinia podróżnych obchodziła margrabiego Mahanarwala XXII, ministra transportu i agroturystyki ekstremalnej, mniej niż liczba kurczaków zarżniętych na następną ucztę, ale ministerialni urzędnicy wpadli na pomysł, że powolna jazda po wertepach zmniejsza zużycie i amortyzację pojazdów. Zresztą, tak z drugiej strony, pewna liczba uciążliwych wstrząsów zachęca podróżnych do kupowania najlepszych (w domyśle: najdroższych) miejsc w klasie zwykłej, a właściwie pojedynczego miejsca tuż obok woźnicy.

– Piękną mamy dziś pogodę. Słońce świeci, ptaszek śpiewa, zaraz zesra się tu mewa, hehe. – Woźnica roześmiał się z własnego żartu. – Dobre, co nie?

Tajemniczy podróżny mruknął coś pod nosem, ale woźnica nie zwrócił na niego uwagi.

– Ojciec mnie nauczył. Mieszkaliśmy w takim małym portowym miasteczku nad Morzem Tęczowym. Zna pan może Whiteborrough w księstwie Eeyd?

Brak reakcji pasażera nie zdziwił woźnicy. 

– Nie zna pan. Nikt nie zna. Takie życie. Powiem panu, że straszne pustki dzisiaj w wozie. We dwóch tylko jedziemy. Jakbyś pan nie przyszedł, to bym dziś nie robił i został w miasteczku, ale kurs to kurs, rzecz święta. W ogóle dzień dzisiaj taki brzydki, zimno, za kilka godzin ciemno, ciśnienie nie takie, aż mnie łupie w krzyżu i boli w gardle. Pewno choroba jaka. Zaziębienie. Okropności, panie, okropności!

Woźnica kątem oka spoglądał na siedzącego obok mężczyznę. Czarny, nasunięty głęboko na twarz kaptur utrudniał odczytanie mimiki pasażera.

– A w ogóle to Zenobiusz jestem. Zenobiusz Przewoźnik, hehe. Tak mnie nazwali jak zacząłem wozić ludzi. – Wyciągnął rękę do podróżnika. Ten, po chwili wahania, uścisnął ją.

– Jacek.

– Jacek? I co dalej?

– Nic.

– Tak po prostu Jacek?

– Mhm.

– Eee… Jam to myślał, żeś pan z daleka. Mówicie z dziwnym akcentem, na dodatek niewiele, obcokrajowiec jak nic. Ale, po prawdzie, raz jechał ze mną taki jeden. Jan co prawda, nie Jacek. Bardem był. Utalentowany chłop, nie powiem. Na dodatek z prostego ludu się wywodził i wiedział, jak zabawiać, a nie uprawiać z dupy wyjęte filozofie. Ale że gmin uwielbia dziwy, przyjął wymyślone imię, jak on to nazwał – pseudonim. Grizmollo, czy jakoś tak, nie pamiętam już, bo to z dobry rok temu było. No, nieważne. Wyjął z bagaży lutnię i zaczął rzępolić taką fajną piosenkę o kobitce, co przez las jechała, napadli ją zbójcy, wydupczyli, a była tak dobra i chętna, że w nagrodę jeszcze jej zapłacili złotem. Dobra ballada, skoczna, żywa. A w środku powozu, słuchaj pan, jechała pani, czarodziejka od siedmiu boleści, młoda taka, narwana, co bardzo się zdenerwowała. Cytuję: żaden wychowany mężczyzna nie nazwie kobiety kurwą w obecności damy takiej jak ja. Na to Grizmollo przerwał rzępolenie i odpowiedział: cóż, może i nie jestem wychowany, ale w przeciwieństwie do pani nie jestem też kurwą i damą naraz, po czym dokończył piosenkę. Tamta się obraziła, i słusznie, bo damom ubliżać nie wolno, ale z drugiej strony ludzie dali mu tyle srebrników, że zwrócił się bilet i jeszcze zarobił. A wtedy, proszę pana, taniutko było jeszcze i ludzie tak nie narzekali, bo stać ich było na jeżdżenie po kraju, do rodziny czy w góry. Te pełne były rozbójników, którzy mieli używanie, ale królestwo zarabiało, a ci, co przeżyli, byli zadowoleni. Do czasu. Miało być tanio i dobrze, tak zapewniał król, a wyszło drogo i chujowo. Co zrobić, miły panie, jak pieniędzy brak na nowe wozy i na dobre konie? Te biedulki to tanie szkapy, skonfiskowane niepłacącym podatków wieśniakom. I jak ciągnąć mają takie wozy? Dzisiaj to jeszcze pół biedy, wóz lekki, ale jak święto jakieś jest, to nieraz i niedwa zdychała taka biedna klacz po drodze i był problem. Musieliśmy zatrzymywać się, bo regulamin tak każe, i czekać, aż doślą co trzeba. A ludzie narzekali, krzyczeli, czasem nawet bili. Raz mi powóz porwali i pojechali na trzy konie, ale ich straż złapała i powywieszała na drzewach. To było zaraz przed tym pozwem. A z nim, tak w ogóle, to fascynująca historia była. Odkąd w królestwie szaleje, ta, inflacja, wprowadzili nowe klasy przejazdu. Ekonomiczniejszą oraz najekonomiczniejszą. Niewygodne, ale tanie, więc się ludziska rzucili na bilety jak na wyprzedaż cebuli na targu. Znów rodzinę odwiedzić można, gadali. No ale że ludzi dużo, to i ceny biletów podnieśli. Coś tam, że podaż i popyt, polityka luzowania ilościowego, stopy procentowe, tak mówili urzędnicy z ministerstwa. Za mądrze, nikt nie rozumiał. No i ci, co wcześniej wykupili bilety, zaczęli je drożej odsprzedawać tym, co się spóźnili. Niektórzy to nawet nocami stali, żeby kupić i sprzedać, kupić i sprzedać. Biznes się kręcił, łatwo można było zbić niezły majątek. Ale ci z urzędu stwierdzili: spekulanci źle robią na gospodarkę. Podnieśli ceny i zakazali odsprzedaży. Pamiętam, jak wieszali na latarniach kilku łebków, którzy handlowali mimo zakazu. No i właśnie wtedy wniesiono do sądu ten pozew. Jakby się zastanowić, to zabawne historia, ale wtedy traktowano ją poważnie. Ta organizacja nazywała się, niech się zastanowię… Gildia Gramatyków. Oskarżyli ministerstwo, że nie ma takich słów jak ekonomiczniejszy i najekonomiczniejszy, więc nazwanie tak klasy biletów w królewskim dyliżansie to obraza majestatu króla i inne takie gadki. Zażądali odszkodowania, niemałego podobno. Prawnicy obu stron, gnidy wykształcone, coś tam się kłócili, wysyłali oficjalne pisma, ale sprawę umorzono, a wściekły margrabia Mahanarwal XXII na złość tym pacanom zarządził wprowadzenie kolejnej klasy biletów: jeszcze bardziej niż najekonomiczniejszych. Gramatycy wyłysieli z wściekłości, hehe. A opowiadałem, jak… O kurwa.

Zenobiusz Przewoźnik spojrzał na pasażera, którego głowa leżała na wygodnym, obitym skórą oparciu.

– Akurat musiał zasnąć. To pewnie przez ciśnienie.

W drewnianą ścianę dyliżansu, kilkanaście centymetrów od głowy woźnicy, wbił się bełt.

– Cóż, przynajmniej nie trafili.

 

c

 

Obudził go piskliwy, wręcz skomlący głos Zenobiusza. Śmierdziało gównem, szczynami i łąką. Związano go ciasno, bez szans na oswobodzenie czy przecięcie więzów. Siedział oparty o drzewo, tuż obok spoconego z przerażenia woźnicy.

– Proszę, nie róbcie mi niczego złego. Ja biedny jestem, nie mam nic poza tym wozem. Weźcie go, rzecz jasna, nie jest mi potrzebny, ale darujcie życie. Bierzcie buty, kaftan, nawet spodnie, tylko oszczędźcie mnie, błagam.

– Sklej pizdę, leszczu, bo zaraz cię zabiję.

– Nie, błagam. Zostawcie nas w spokoju, bo… Ten zakapturzony podróżny, którego związaliście, to potężny mag w drodze do stolicy! Zwą go Barabanamanem, Pogromcą Dziecięcych Snów! Idźcie przecz, bo inaczej zamieni was w żaby, wyrwie wam nóżki i zostawi na śmierć!

Związany “mag” obserwował bandytów z zainteresowaniem. Była ich trójka – dwóch milczących, łysych osiłków uzbrojonych w pałki i niezbyt atrakcyjna kobieta z piegami trzymająca w ręku kuszę.

– To prawda? – Kobieta spojrzała na Jacka ze sceptycyzmem.

– Nie.

– Tak myślałam.

– Brawo, panie Jacku, dobra robota. – Zenobiusz płakał i wiercił się niecierpliwie. – Zabiją nas, zakopią żywcem, powieszą na drzewie. Prawie ich przestraszyłem, a ty mi nóż w plecy.

– Co tam mruczysz pod nosem? – Rozbójniczka wciąż gapiła się na Jacka.

– Modlitwę odmawiam – odpowiedział.

– Mądrze. Nikt nie wie, co czeka człowieka po śmierci. Choć słyszałem taką historię…

– MILCZEĆ!

Kobieta wyjęła nóż i podeszła do woźnicy. Złapała go za włosy, podniosła głowę. Wyrywał się i wierzgał, choć niedostatecznie. Wyćwiczonym ruchem podcięła mu gardło. Zenobiusz rzęził jeszcze chwilę w męczarniach, po czym skonał z otwartymi oczami, czerwoną krtanią i niemą pretensją do świata. Rozbójniczka machnęła zakrwawionym nożem przed Jackiem i uśmiechnęła się, prezentując niezbyt atrakcyjne uzębienie oraz równie nieatrakcyjny oddech.

– Pogadamy teraz. Od tego zależy twoje życie.

– Mhm.

– Masz pieniądze? Bogatą żonę, dzieci, wujka, babcię, kochanka? Kogoś, kto zapłaci za ciebie okup?

– Nie.

– Szkoda. Będę musiała ożenić ci kosę w żebra.

– Mam ubezpieczenie.

Roześmiała się.

– Jakie?

– Jako podróżny. On ma bilet. Wypłacą pieniądze na okup.

Skinęła głową na jednego z osiłków, który do pasa przytroczył zrabowaną sakiewkę Jacka. Otworzył woreczek, chwilę grzebał w środku, po czym wyjął z niego zwitek papieru. Podał go rozbójniczce, która spojrzała na bilet po czym podarła go ze śmiechem.

– Widzisz, kolego, bo my właśnie w tej sprawie. Faktycznie, ten bilet jest ubezpieczony przez Ministerstwo Transportu. Ale nie na wypadek porwania, a śmierci podróżnego. Za twój zgon firma dostanie od korony grubą sumę, a nam wypłaci sowity procent, no i do tego to, co zrabowaliśmy. Takie czasy, kolego, takie czasy. Po co być uczciwym bandytą, jak można być nieuczciwym bandytą w zmowie z korporacją i zarabiać podwójnie, albo i potrójnie? Jeszcze kilka lat bandyterki i zarobię tyle, że kupię własną wioskę i osiądę na dworku.

– Szefowo… – Obaj bandyci nerwowo zerkali na drogę. Jak na trakt królewski nie była ona zbyt często uczęszczana, ale lepiej nie ryzykować.

– No, ale dosyć gadania. Szkoda, żeś nawet przystojny, w innych okolicznościach… Tylko ciągle coś mruczysz pod nosem. Możesz przestać? Obiecuję, że zrobię to bezboleśnie.

Już miała złapać Jacka za włosy, gdy ten powiedział:

– Nie.

Rozbójniczka na moment zamarła, a napadnięty podróżny wykrzyknął kilka słów w dziwnym, gardłowym języku, który brzmiał przerażająco. Poczuła swąd dymu i palonej liny. Jacek wstał i otrząsnął się. Z jego rozżarzonych dłoni buchały niewielkie płomienie. Wciąż mamrotał pod nosem zaklęcia. Bandyci, pomimo intensywnych wysiłków, nie mogli się ruszyć. Czarodziej uśmiechnął się.

– Mógłbym was zabić, tu i teraz. Mam takie prawo. Ale wierzę w sądy i ich niezawisłe wyroki. Przesłuchają was, wygadacie wszystko, co wiecie o tym spisku, po czym powieszą was po sprawiedliwym procesie. Wezwałem oddział królewskiej jazdy, będzie tutaj za godzinę. Tymczasem was zwiążę.

 

d

 

Król Partaxis XVI siedział na wygodnym tronie wyłożonym jedwabnymi poduszkami i słuchał sprawozdania jednego ze swoich agentów, który opowiadał rzeczowo, ale też i niezbyt ciekawie. Jednak jeden szczegół przykuł jego uwagę.

– Czarodzieju…

– Wasza królewska mość?

– Nie rozumiem jednej rzeczy. Dlaczego nie użyłeś mocy od razu po schwytaniu przez bandytów? Przez twoje zwlekanie zginął niewinny, płacący podatki obywatel królestwa.

– Chciałem upewnić się, że opowiedzą mi wszystko, co chciałem. Zresztą, wasza królewska mość, tą chwilę zwłoki zrobiłem przysługę królestwu. A przynajmniej pasażerom jadącym do Whithaven…

A więc to jego kuzyn, margrabia Mahanarwal XXII, Minister Transportu i Agroturystyki Ekstremalnej, okradał koronę i wynajmował bandytów, którzy łupili dyliżanse na królewskich traktach. Niewiarygodne. Co z niego za idiota! Naprawdę myślał, że nikt nie zauważy? Że urzędnicy zignorują tak wielką liczbę napadów na królewskie dyliżanse? Cóż, rozwiązanie tej zagadki przynajmniej pomoże zaoszczędzić skarbowi państwa odrobinę tak cennych srebrników…

Bram zamku pilnował wzmocniony oddział strażników. Przed fortecą zebrał się tłum niewiernych poddanych, głośno żądających dwa razy więcej chleba i dwa razy mniej podatków. Żołnierze bez chwili wahania napięli kusze.

Koniec

Komentarze

Fajne opowiadanie, ładnie napisane i przyjemnie się czyta. Na prawdę, ładna narracja.

Niemniej…

Trochę za długie, albo znacznie za krótkie.

Może tylko ja tak mam, że jak za długo czytam i nie wiem o co chodzi to mi się nudzi. I prawie już przerwałem i prawie zacząłem przewijać. Ale solennie sobie postanowiłem, że nie będę tak robił. No i nie zawiodłem się, było dobrze. Ale jakbym zapłacił za to, to bym sie zirytował. Ergo. Dodaj: starcie moralne (np w powozie) albo wywal kasjerkę.

Serdecznie pozdrawiam i było dobrze.

Dziękuję za komentarz. Prawdę mówiąc, postawiłem na pewien eksperyment – chciałem spróbować napisać tekst, w którym konflikt zostaje ujawniony dopiero w drugiej połowie opowiadania, a pierwsza część to głównie monologo-rozmowy. Przepraszam, jeżeli przez tą decyzję się przez część tekstu wynudziłeś. Następne moje opowiadanie (zapewne jakoś w lutym) będzie już znacznie bardziej dynamiczne i normalniejsze (choć i w nim zabawię się formą). 

Raz jeszcze dziękuję za opinię!

Frytki.

SUPER!!! Uśmiałem się po pachy.

 

Dla takich tekstów Bóg stworzył poczucie humoru…

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Pierwsza rzecz, za którą chciałbym najbardziej pochwalić to opowiadanie, to XIX wiek jako podstawka do konstrukcji świata przedstawionego. Ja osobiście uwielbiam właśnie takie fantasy, a jak przy okazji nie bawi się w steampunk to już w ogóle.

Druga rzecz to STRUKTURA! Jaką to opowiadanie ma świetną kompozycję! Bardzo doceniam fakt początkowej podwójnej zmyłki. Gdy spodziewamy się, że narracja pójdzie za pierwszym, wykłócającym się o cenę biletu klientem, to zostajemy przy kasjerce. Potem okazuje się, że ona też nie jest istotna, tylko drugi klient. Bardzo lubię takie ”filmowe” zagrywki. Odwrócenie uwagi przez opowieść woźnicy i wreszcie kulminacyjne wydarzenia, do którego dochodzi relatywnie szybko, bez zbędnego przeciągania akcji. Tak samo finał. Za to wszystko BRAWA!!!

 

Co do samego dość “prostego” poczucia humoru… Cóż, kwestia gustu. Mi on wybitnie nie odpowiadał. Wolę bardziej subtelne rzeczy. Do tego żarty z gwałtu… No jednak mimo komediowej otoczki i powiedzmy, że finalnego “ukarania” Zenobiusza to jest jednak rzecz mocno słaba.

Sama natura zbójecko-korporacyjnego procederu, raczej karkołomna. W sensie trudno uwierzyć, że niby taki rodzaj ubezpieczenia mógłby działać. Sam w sobie jest jak wyrok śmierci.

Osobiście jednak przymykam na te rzeczy oko, bo dwie pierwsze kupiły mnie całkowicie. Do tego fajne smaczki w postaci Gildii Gramatyków.

Dziękuję za dalsze komentarze. Cieszę, że opowiadanie się mniej lub bardziej spodobało.

 

Killman, z tym XIX wiekiem to pojechałeś trochę. :D Pisząc miałem w głowie wczesny wiek XVII, gdy wciąż w użytku był kusze i zamki, ale gdy powstawały już dyliżanse pocztowe i korporacje ubezpieczeniowe. Tym niemniej wpadł mi dzięki tobie do głowy pomysł na tekst osadzony w fantastycznej wersji XIX wieku, więc dziękuję. 

 

Co do kompozycji – prawdę mówiąc tym opowiadaniem chciałem poćwiczyć moje umiejętności właśnie kompozycji, ale także narracji. Opko powstało w ramach ćwiczeń pisarskich, ale na tyle mi się spodobało, że postanowiłem umieścić je tutaj, a nie wrzucić w limbo. Wszak opinie czytelników są bardzo cennym źródłem wiedzy!

 

W kwestii ubezpieczeń – prawdopodobnie masz rację, ale pamiętajmy, że opowiadanie dzieje się w świecie dość nisko rozwiniętym, a ubezpieczenie zapewniane jest przez skarb państwa. Na czymś takim zawsze łatwiej jest robić wałki niż na prywatnych ubezpieczycielach. Co do żartów z gwałtu – cóż, ze wszystkiego śmiać się można, ale nie we wszystkich kontekstach komunikacyjnych. W tym wypadku gdy tworzę świat przedstawiony, który jest patriarchalny, tego typu niesmaczne żarty, szczególnie wśród mniej wykształconych jego przedstawicieli, są na porządku dziennym i immanentnie wynikają z kultury panującej w społeczeństwie. Sam mam lewicowy światopogląd i aktywnie wspieram uświadamianie ludzi odnośnie do przemocy seksualnej… Ale mam też czarny humor. :)

 

A humor… Cóż, wiem, że mój jest dość czerstwy. :D Z natury rzeczy są ludzie, którym się spodoba, a są ludzie, którym się nie spodoba.

 

Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję!

Frytki.

Bardzo mnie zaintrygowała Twoja narracja. Podobają mi się również przekleństwa, jakkolwiek by to nie zabrzmiało… “Sklej pizdę, leszczu” – skąd to w ogole wziąłeś?! :) Uśmiałam się w każdym razie, bardzo fajne opowiadanie.

 

Na to zwróciłam uwagę:

 

mniej niż liczba zarżniętych kurczaków na następną ucztę –

mniej niż liczba kurczaków, zarżniętych na następną ucztę.iej niż liczba zarżniętych kurczaków na następną ucztęniż liczba zarżniętych kurczaków na następną ucz

niej niż liczba zarżniętych kurczaków na następną ucztęmniej niż liczba zarżniętych kurczaków na następną ucztę

– Nie, błagam. Zostawcie nas w spokoju, bo… Ten zakapturzony podróżny, którego związaliście, to potężny mag w drodze do stolicy! Zwą go Barabanamanem, Pogromcą Dziecięcych Snów! Idźcie przecz, bo inaczej zamieni was w żaby, wyrwie wam nóżki i zostawi na śmierć! 

Obserwował bandytów z zainteresowaniem. Była ich trójka – dwóch milczących, łysych osiłków uzbrojonych w pałki i niezbyt atrakcyjna kobieta z piegami trzymająca w ręku kuszę.

 

w tym fragmencie dość ciężko moim zdaniem połapać się kto jest kto – coś bym tu poprawiła w kwestii dialogów. Musiałam się trochę nagłowić, bo brzmiało to dla mnie na początku jakby to Zenobiusz obserwował. 

 

Poza tym monolog Zenobiusza jak dla mnie za długi, ja wiem, że on miał sprawić, żeby Jacek zasnął, ale w tym momencie ja też prawie zasnęłam – może przerwij monolog jakimś dyskretnym ziewaniem Jacka z tyłu, albo czymś w stylu “po 15 min gadaniny woznica odwrocil sie i zobaczył, że Jacek śpi”. Chodzi mi o coś takiego, co pozwoli czytelnikowi odetchnąć od jego gadania bo ciężko mi było przez to przebrnąć :)

 

Poza tym super!

Korupcja i narzekanie na transport publiczny, w tle większa polityka. Obawiam się, że nie jestem targetem. Nie przepadam za taką tematyką, musi to być naprawdę perełka, żeby mi się spodobała. A Ty trochę łopatologicznie podszedłeś do tematu.

Fajny był weteran, choć nie wiem, po co się pojawił. To znaczy rozumiem, że chciałeś pokazać, jak działa system, tylko że później i tak wyjaśniłeś to w przydługawym monologu woźnicy, łopatologicznie. Nie mogłeś wysłać weterana razem z magiem?

Jest tu parę fajnych twistów, na przykład Gilidia Gramatyków. Sam pomysł na przekręt też w sumie niezły, niestety… łopatologicznie wyjaśniony.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziękuję za dalsze komentarze, do uwag technicznych się zastosowałem.

 

Co do monologu Zenobiusza – uważam, że w tym przypadku taka jego forma ma uzasadnienie w treści. Nie planuję tutaj na ten moment nic zmieniać, ale uwaga odnotowana. Przekleństwa, hm… wyobraźnia i codzienne poruszanie się warszawskim zbiorkomem (który swoją drogą jest cudowny!).

 

 Odnośnie do łopatologii – jak się teraz zastanawiam, to faktycznie masz rację, jest jej trochę za dużo. Tak szczerze, ciężko jest znaleźć właściwy balans pomiędzy niedopowiedzeniem a irytującą dosłownością, szczególnie w fantastyce. Weterana z magiem wysłać mogłem, faktycznie, ale wtedy przestałby on być decoy protagonist, a zależało mi na wykorzystaniu tego zabiegu. Może faktycznie lepiej by było, gdyby więcej osób podróżowało dyliżansem. Z drugiej strony, bandyci raczej napadaliby jedynie na te prawie puste pojazdy, bo ubezpieczeni byli i tak podróżnicy “zwykli”.

 

W ogóle, a propos Gildii Gramatyków, to chodzi mi po głowie pomysł na dłuższy tekst, fantastykę ekonomiczną osadzoną w ekwiwalencie XVI-XVII wieku, eksplorującą temat bezsensowności systemu gildyjnego i związanymi z nim absurdami, szczególnie w połączeniu z kilkoma charakterystycznymi dla fantastyki motywami (smoki, alchemicy, nieumarli itd.). Ale boję się, że to będzie za blisko Pratchetta. :)

Frytki.

W zasadzie wszystko jest na swoim miejscu. Fajnie wykreowany świat, trochę westernowy, trochę bajkowy. Dobre dialogi, wyraziste postaci, fajnie prowadzisz narrację, jest dobry, nienachalny twist. Tylko jakoś nie zaiskrzyło pomiędzy mną a tym tekstem. Przeczytałem szybko, ale przez cały czas byłem obok tego tekstu – może złą muzykę sobie wybrałem?

I ten kuternoga z początku opowiadania – pojawił się nie wiadomo po co i zniknął nie wiadomo dlaczego.

Może i jest tu jakiś pomysł, ale cóż, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przeczytałam przydługi i przegadany skecz, który przyjęłam raczej obojętnie. Moje poczucie humoru jest dość odporne na rodzaj zaprezentowanych siermiężnych żartów, więc warstwa humorystyczna opowiadania także niczym nie ujęła.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

– Jak ja czy­tać nie umiem… – Sprze­daw­czy­ni obo­jęt­nym wzro­kiem… ―> Sprzedawczyni jest w sklepie, a na dworcu raczej: – Jak ja czy­tać nie umiem… – Bileterka/ Kasjerka obo­jęt­nym wzro­kiem

 

i zła­pał za drew­nia­ną, chro­po­wa­tą laskę. ―> …i zła­pał drew­nia­ną, chro­po­wa­tą laskę.

 

Spoj­rza­ła na ko­lej­ne­go klien­ta bez cie­nia za­in­te­re­so­wa­nia na twa­rzy. ―> Czy dobrze rozumiem, że twarz kolejnego klienta nie wyrażała nijakiego zainteresowania?

 

Co praw­da cho­dze­nie po mie­ście ubra­nym w czar­ny płaszcz w po­łu­dnie było dość dziw­ne… ―> Istotnie, miasto ubrane w czarny płaszcz może sprawiać dziwne wrażenie – zwłaszcza w południe.

 

to nie­raz i nie­dwa zdy­cha­ła taka bied­na klacz… ―> …to nie ­raz i nie ­dwa zdy­cha­ła taka bied­na klacz

 

Idź­cie przecz, bo ina­czej… ―> Literówka.

 

kupię wła­sną wio­skę i osią­dę na dwor­ku. ―> …kupię wła­sną wio­skę i osią­dę we dwor­ku.

 

chwi­lę zwło­ki zro­bi­łem przy­słu­gę kró­le­stwu. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem to fajne. Tekst zgrabnie napisany, żywa, dynamiczna narracja, dobre dialogi, czy tam monologi :-) Rzeczywiście, trochę tu westernu z tymi dyliżansami i bandytami, trochę parodystycznego fantasy – klimat pół żartem, pół serio, z wyraźnymi komentarzami do współczesności, jest jak najbardziej na plus. Lekko i przyjemnie się czytało, tekst wciąga na tyle, że czytałem doskokowo, akapit po akapicie, w pracy, która to praca angażuje zarówno mózg jak i obie ręce, więc nie są to komfortowe warunki do czytania czegokolwiek na telefonie :-) 

I już za to należy się biblioteka :-) 

Ale kompozycja nienajlepsza. Jak ktoś słusznie zauważył, tekst jest albo za długi, albo za krótki. Za długi, bo zważywszy rozwiązanie akcji i puentę, ten sam efekt można uzyskać wycinając sporo z worldbuildingu, a zwłaszcza z monologów woźnicy – i tak wystarczyłoby tego, by nakreślić realia i umotywować śmierć przewoźnika gadatliwością. Za krótki, bo wstęp i opis świata (to znaczy warunków i okoliczności, w jakich działają bohaterowie) zajmuje większość tekstu i czytelnik (to znaczy ja) spodziewałby się dłuższej i bardziej rozbudowanej akcji, prowadzącej do ciekawej puenty. 

Ale bardzo narzekać nie będę, bo czytało się przyjemnie. Jeśli chodzi o styl i sprawność narracyjną, to właściwie nic nie mam do zarzucenia. 

Pozdrawiam! 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dorzucam klika :)

Zaczynałam lekturę z pewną nieufnością, scena wykłócania się o cenę biletu spowodowała we mnie obawę, że pójdzie to w kierunku dość wymuszonego absurdu. A poszło w stronę dość nieprzewidywalną :)

Czytało się płynnie i z uśmiechem, bez może jakichś zachwytów, ale z przyjemnością. Monolog woźnicy nieco mnie przytłoczył, ale tak tylko umiarkowanie, a pojawiający się na końcu sceny bełt bardzo fajnie zrównoważył rozłażące się w tej gadaninie napięcie.

Z drobnych technikaliów: w scenie rozmowy woźnicy, maga i rozbójniczki pogubiłam się, kto tam właściwie mamrotał pod nosem – z tekstu można wywnioskować, że rozbójniczka pytaniem o to mamrotanie odnosi się do wypowiedzi woźnicy. 

Dopiszę się do obozu twierdzącego, że weteran na początku wygląda dziwnie. IMO, taka zmyłka mogłaby wyglądać dobrze w długim tekście. Ale jeśli jedna czwarta czy piąta znaków idzie na ściemnianie, a następne tyle na przedśmiertny monolog woźnicy, to coś jest nie tak.

Poza tym – spodobała mi się nietypowa tematyka. Nie walka na szpady, nie romans, tylko dyliżans i tropienie oszustów.

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka