- Opowiadanie: MPJ 78 - W imię wolności enter

W imię wolności enter

Miało być ciężko i jest ciężko. Bloki tekstu nieskalane dialogami. Bohater też ma ciężką rękę do załatwiania spraw. Komp mi  siadł więc stąd inspiracja. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

W imię wolności enter

 

Wolność kochałem od zawsze, choć urodziłem się w gównianych czasach, gdy władza posłała czołgi na ulice, by skrócić smycz, na której miała społeczeństwo. Rosłem w świece, gdzie było full zakazów i nakazów. „Pamiętaj, o tym co słyszysz w domu nie wolno mówić w szkole”, „Nie wolno kwestionować przewodniej roli partii”, „Nie wolno zapominać, że naszym największym sojusznikiem jest Związek Radziecki”. Tę odrobinę wolności, której rozpaczliwie potrzebowałem by nie oszaleć, znalazłem w Spectrum. Od kiedy opanowałem programowanie, ośmiobitowiec pozwalał mi uciec z niewoli realu.

 

Lata dziewięćdziesiąte dały mi parę ważnych lekcji. Pierwsza brzmiała, „Komputer może ci pomóc i w realnym świecie”. W szkole średniej pewien gnój, który miał: bogatych starych, za dużo siły, za mały IQ, ubzdurał sobie, że może zrobić ze mnie swojego niewolnika. Zbyt kochałem wolność by mu na to pozwolić. Na informatyce wbiłem się po LAN-ie na jego kompa, podmieniłem na dyskietce plik zaliczeniowy. Tekst zaproszenia na konferencję o wzroście gospodarczym zastąpiłem chamskimi insynuacjami, co do romansu informatyka z dyrektorką. Tabela i wykres dotyczący wzrostu PKB dostały wulgarne opisy. Załatwiłem głąba na cacy, nie zostawiając śladów. Para belfrów, która się nie trawiła, dołożyła wszelkich starań, by mój wróg miał przesrane w szkole.

Lekcja druga miała tytuł, „Choć dyskrecja pozwala uniknąć łomotu, liczy się przekaz”. Po załatwieniu bydlaka pozwoliłem sobie odrobinę triumfować. Na korytarzy strzeliłem do gostka z palca i „zdmuchnąłem dym znad lufy”. Po lekcjach od ćwoka i jego tępych kumpli dostałem klasyczny wpierdol. Jeszcze wieczorem tego samego dnia zacząłem mój pierwszy dyżur wolności. Tyranów należy bowiem tępić bez litości. Przejąłem IRC-a gnoja, który mnie dręczył. Reszta poszła w myśl koncepcji false flag. Zaprosiłem mięśniaków którzy mnie z nim prali na gejowskie sex-party. W tamtych czasach coś takiego wystarczyło by typ stracił kumpli. Napisałem do jego dziewczyny, że powinna poważnie wziąć się za odchudzanie, co zakończyło ich związek. Koleś próbował się bronić i udowadniać, że coś się stało z jego kontem, nawet złożył doniesienie na policję. Nie było śladów, nie było dowodów. Wolność zatriumfowała, a głąb wyniósł się z naszego miasta. Jego kumple nigdy więcej nie ważyli się mnie tknąć. Przekaz dotarł.

Zostały jeszcze pewne rachunki krzywd, ale co się odwlecze, to nie uciecze. W zeszłym roku odpaliłem świeczkę na jego grobie. Gnój miał wypadek. Jechał swoim nowym, nasyconym elektroniką dżipem. Ten model wyposażono w zsieciowanego kompa sterującego praktycznie wszystkimi funkcjami auta. Jak ustaliła policja „kierowca nie dostosował prędkości do warunków jazdy”. Taki przypadek…

 

„Wolność moja kochana wolność, moja jedyna” śpiewał któryś discopolowiec. Sieć, w której byłem naprawdę wolny rosła. To był magiczny czas startu najróżnorodniejszych lokalnych projektów: peb.pl, gadu gadu, grono.net, nasza klasa, serwisy społecznościowe, komunikatory, torentownie, strony teorii spiskowych. W tamtej epoce moje dyżury wolności polegały na załatwieniu jakiegoś czepiającego się mnie hejtera, czy innego trolla. Niestety ów wspaniały świat zaczął być niszczony gdy do sieci wlazły banki. Wielkie korpo niszczyły różnorodność i wprowadzały cenzurę pod pozorem walki z mową nienawiści. Fucking shit, wtłaczające ludzi w schemat myślenia sztywny jak pal Azji.

Na dyżur wolności poświęcałem jeden dzień tygodnia. Atakowałem serwery w bankach by przekonać je, że internet jest zły. Nie pomogło, nie złapały przekazu. Czyściłem konta dyrektorów, by dali sobie spokój. Nie powiem, nieźle się na tym obłowiłem, ale co z tego, skoro oni nie zrezygnowali z internetu. Za finansistami do internetu przylazły samorządy i instytucje państwowe. Biurokraci mimo robienia im sieczki z bipów byli równie toporni w zrozumieniu, że ich tu sobie nie życzę, co bangsterzy. Małe serwisy społecznościowe, padały jeden po drugim. Net został opanowany przez fejsa, szpiegującego dla kilkunastu amerykańskich trzyliterowych agencji i ładującego ludziom łopatami do głowy jedynie słuszną propagandę.

 

Chciałem sobie dać spokój, ale to by oznaczało, że zginie ostatnia płaszczyzna mojej wolności. Bo w realu, to nawet nie trzymam pilota od telewizora. No co? Korzystałem z portali randkowych i jakoś tak wyszło. Ona miała właściwy profil osobowości, wiedzę i do tego ten typ urody, który preferuję. Świetnie się uzupełniamy. Ja załatwiam kasę i umowy z dziwnymi firmami, a ona to rozlicza w sposób, który sprawia, że skarbówka nie pyta skąd, dom, basen samochody i tym podobne drobiazgi.

 

W dwa tysiące siódmym okazało się, że nie jestem sam, pojawiło się WikiLeaks. Łapsy dostały szału, sieć zaroiła się od programów szpiegujących. Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy walczyli o kontrolę nad netem. Coraz częściej moje dyżury polegały na żmudnych przygotowaniach do ataku. Niekiedy dla bezpieczeństwa, po sforsowaniu zabezpieczeń ograniczałem się jedynie do stworzenia sobie niewykrywalnych wejść na serwery wroga. Tak powstała baza dostępnych dla mnie: banków, sklepów, samorządów, ministerstw, agencji. Wisienkami na torcie były dostępy do serwerów fejsa i Twittera.

Niestety w beczce miodu pojawiła się i łyżka dziegciu. Rosło zagrożenie, iż stosowane przeze mnie metody zacierania śladów mogą nie wystarczyć. Szukałem więc czegoś skuteczniejszego. Tak trafiłem w Darknecie na człowieka eksperymentującego z cewką Tesli. Jego urządzenie potrafiło robić nie tylko błyskawice, ale także pola elektromagnetyczne zakłócające częstotliwości radiowe, niszczące zawartość kart pamięci w telefonach, mogące nawet zgasić silnik spalinowy. Zrobiłem parę doświadczeń idąc tropem jego eksperymentów. Efektem było stworzenie czegoś na miarę moich potrzeb, bomby atomowej internetu.

 

Spałem spokojniej wiedząc, iż mam broń ostateczną, ale z każdym kolejnym rokiem dyżury wolności były coraz cięższe. Nawet nie chodziło o to, że w sieci roiło się od szpiegowskich bootów i żywych hycli. Po prostu przesłanie nie docierało. Ludzie stawali się coraz głupsi. Prosty przykład. Latem w Kościerzynie straż miejska dała mi mandat za złe parkowanie. Dwadzieścia centymetrów za blisko przejścia dla pieszych, jak ustalił strażnik za pomocą laserowego dalmierza. Mogłem iść do sądu, mogłem żądać sprawdzenia homologacji tej laserowej miarki, ale odżałowałem dwie stówy i zapłaciłem. Wyrównałem rachunki po swojemu, w prezencie gwiazdkowym szyfrując im dane na gminnym serwerze, czyszcząc konto i wysyłając żądanie okupu na konto brodatych siepaczy kalifa. Jak na to zareagowały inne gminy? Kilkanaście, w ramach zabezpieczenia się, zrobiło kopie bezpieczeństwa baz danych i postawiło je na swoich serwerach. To tak jakby bali się, że kieszonkowiec ukradnie im pieniądze, więc rozłożyli je po różnych przegródkach tego samego portfela! Czy ktoś wpadł by kopie danych trzymać na zewnętrznym dysku odpinanym fizycznie po aktualizacji? Nie, za to ileś tam innych samorządów postawiło sobie nowego Windowsa, którego zabezpieczenia może złamać dwunastolatek za pomocą instrukcji z Darknetu.

 

Tydzień temu podczas dyżuru wolności, szperałem na serwerach ABW. Znalazłem listę osób mogących stanowić potencjalne zagrożenie, a na niej moje nazwisko. Jak? Dlaczego? Czy znaleźli jakiś ślady moich dyżurów? Nie, wytypowany zostałem przez cholernego Pegasusa, na podstawie Facebookowych wpisów mojej żony i trójki dzieci. Program szpiegujący uznał mnie za zagrożenie, bo uczyłem rodzinę podstaw internetowego BHP, a oni przekazywali to dalej. Byliśmy podsłuchani przez fejsa w czasie domowych rozmów. Dzieciaki, jak to dzieciaki, olały moje dobre rady i na smartfonach miały Messengera i Facebooka.

Pierwsza myśl skasować listę. Scheise, mają pewnie ją wydrukowaną i wpiętą w segregatory, zresztą Pegasus znów mnie namierzy. Poprosić o to, by rodzinka skasowała swoje profile społecznościowe? Taaaa jasne, już widzę, jak mnie posłuchają. Dziś jak nie ma cię na fejsie, to nie żyjesz. Skasować im je zdalnie? Raz, że będzie jeszcze bardziej podejrzane, dwa szybko założą je znowu. Czy uda mi się dalej walczyć o wolność tak jak dotychczas, gdy będą mi uważniej niż teraz patrzeć na ręce? To nie te czasy, kiedy pod okiem szkolnego informatyka podmieniałem plik na dyskietce. Dziś, jeśli wezmą mnie pod lupę nie umknę. Mógłbym porzucić dyżury, ale wówczas straciłbym resztki mojego bastionu wolności. Jakie by z tego wynikało przesłanie dla innych, „Systemu nie można pokonać”. Nigdy się na to nie zgodzę

 

Dziś czeka mnie najtrudniejszy dyżur w życiu. Wszystko jest gotowe, wystarczy nacisnąć jeden klawisz. Ciągle się waham. Jeśli zrobię to, co planuję, świat nie będzie już nigdy taki sam. Zniszczę serwery wrogów wolnego netu: fejsa, kilkunastu korpo, ze trzy razy tylu rządowych agencji. To bardzo proste. Serwery mają grzejące się procesory. Każdy system chłodzenia: powietrze, woda, borygo, ciekły azot, wymaga wentylatorów z silnikami elektrycznymi, czyli de facto cewkami. Mój wirus manipulując zasilaniem i częstotliwością zamienia je w formę urządzenia Tesli działającego niczym mini bomba neutronowa. Silne promieniowanie fizycznie niszczy wszystkie układy scalone w promieni około metra. Czysta sprawa. Po ataku nie da się ustalić sprawcy. Czy nie przesadzam? Ile smartfonowych zombi popadnie w depresję? Ilu terrorystów umknie łapsom? Ilu dzieciom Neostrady zawali się świat? Jak diabli wezmą banki, to pewnie wybuchnie kryzys w realu. Z drugiej strony, to jak wyzwolenie niewolników. Zdjęcie kajdan najpierw spowoduje stany lękowe, ale potem odkryją wolność małych serwisów społecznościowych, niewielkich portali które ciągle trwają. Może wówczas do nich dotrze, że wirtualny świat, jest delikatny i niepewny, że trzeba o niego dbać, a nie oddawać we władzę monopoli? A co z obecnymi mocarzami, którzy upadną? Czy nie powiedziano, iż drzewo wolności należy podlewać krwią tyranów? Tak więc niech się dzieje wola nieba. W imię wolności, enter.

Koniec

Komentarze

Cześć,

W zasadzie nie wiem co napisać bo jest to tylko wywód sfrustrowanego na brak wolności w internecie hakera. To znaczy rozumiem, że owa frustracja pojawiła się w czasach przed erą sieci, ale zaznaczasz to tylko na początku a potem to już monolog. Osobiście średnio lubię teksty w takiej postaci, bez dialogów, w formie streszczenia wydarzeń, bo ani nie uświadczę żadnych emocji, ani też się w historię nie zaangażuję.

Czy opisany przez Ciebie pod koniec sposób ostatecznej destrukcji internetu jest wiarygodny, nie wiem, bo się nie znam na tych kwestiach.

Jest parę literówek, gdzieś brakuje kropki, przecinka. Tekst jest krótki więc przejrzyj może raz jeszcze.

Pozdrawiam, enter.

Bardziej wywody frustrata, w gruncie rzeczy trochę zahaczające nawet o publicystykę, niż opowiadanie. Jak dla mnie narrator jest tutaj jednocześnie antybohaterem. Zastanowiłbym się też na ile ważny tutaj jest akapit o znalezieniu żony/partnerki. Ma się nijak do głównego tematu.

Ciężko się czytało. Z powodu formy i przeładowania tematem. Też nie mam wiedzy na temat tego, czy przygody Twojego bohatera są możliwe. Zostaje mi tylko przeczucie, że pewnie jakieś anachronizmy się pojawiły. Niech mądrzejsi się wypowiedzą. 

W każdym razie, główny bohater szybko nauczył się, że hakerstwo może być narzędziem zemsty. I całe jego życie jest temu podyktowane. Czyni go to bardzo zgorzkniałym i odpychającym dla mnie, jako czytelniczki. Mówiąc szczerze, nie mam ochoty więcej czytać o nadętych narcystyczno – antyspołecznych bufonach, którzy po prostu tacy są. W życiu Twojego bohatera nie doszło do żadnych większych zmian, a jego jedynym celem było niszczenie ludzi, a potem instytucji. Nie twierdzę, że nie ma miejsca na takich ludzi w opowiadaniach, ale tutaj, niestety, za mała przestrzeń tekstu, aby mnie zaangażować w tak “trudną” postać.

Spójny, dobrze skreślony portret psychologiczny bohatera, a retrospekcje interesujące. Zgadzam się jednak z killmanem, że wtręt romantyczno-fiskusowy niepotrzebny, a nawet wręcz rozbijający wyżej wspomnianą spójność. No bo bohater walczy z systemem, walczy o wolność, a tu się okazuje, że jeśli nie ma dyżuru, to robi lewą kasę… – coś tu się dla mnie nie klei. Napięcie prowadzące do ostatecznej decyzji intensywnie narasta, ale nic by opowiadanie nie straciło, jakby to było mocniejsze, mniej rozmyte osobistą wendetą. Tekst traktuję jako wiarygodne źródło do problemu wolności w necie i za to dzięki! :)

Zazwyczaj piszę opowiadania z lekkim przymrużeniem oka, tu chciałem spróbować czegoś innego. Celowałem w “Ciężki dyżur” tej konwencji podporządkowałem wszystko: strukturę tekstu, charakter bohatera i jego styl działania. Gość miał być ciężki, aspołeczny, psychiczny. Wątek romansowo – fiskusowy, nota bene świetne określenie :D, miał na swój sposób uzupełniać wizerunek bohatera. Z tego co pamiętam cała masa esesmanów zarządzających obozami koncentracyjnymi miała normalne rodziny, dzieci i przy okazji mordowania ludzi na skalę przemysłową wyciągała z tego kasę dla siebie.

 

Temat też jak mi się wydawało dobrałem ciężki. Czy jest na swój sposób publicystyczny? Pewnie tak. Ja się urodziłem w świecie, gdzie na przydział telefonu czekało się latami. Sieć w Polsce rozwijała z kopyta kiedy robiłem studia. Pamiętam gadu gadu, grono.net, tam nawet dochrapałem się czerwonego znaczka/grona moderatora serwisu. Pamiętam start nk.pl. To był wolny internet. Dziś o wszystkim decydują algorytmy cenzorskie. Na youtubie gość dostał bana i zdjęto jego kanał bo omawiał rowery i używał słowa pedał. Przez fejsa przegrałem zakład o browara bo nie wiedziałem, że nawet w prywatnej wiadomości nie da się przesłać linku do obrazka z cyckami. W pracy mam ludziom podtykać pod nos klauzule RODO które “chronią” ich prywatność a tymczasem praktycznie każdy kto ma aplikacje fejsa na smartfonie jest na okrągło śledzony. Dla mnie to bardziej chore niż mój bohater. 

 

 

 

Czy opisany przez Ciebie pod koniec sposób ostatecznej destrukcji internetu jest wiarygodny, nie wiem, bo się nie znam na tych kwestiach.

Też nie mam wiedzy na temat tego, czy przygody Twojego bohatera są możliwe.

Niech mądrzejsi się wypowiedzą. 

Podpinam się. (Jeśli jest to nie możliwe to uznaje to za element fikcji a jeśli możliwe to gdzie element fantastyczny na portalu “Nowa fantastyka”?)

 

Spodobał mi się sposób opowiadanej historii. Uważam natomiast że rozbudowanie lub/i skupienie się trochę bardziej na motywacji bohatera (czemu tak kochał wolność/zemsta za dręczenie w szkole) pomogłaby tekstowi.

 

Powtórzenia. Wiem że “dyżur wolności” oraz “gnój” nie były rażąco blisko siebie ale mógłbyś poszukać synonimów/zamienników.

 

Czy nie powiedziano, iż drzewo wolności należy podlewać krwią tyranów? Tak więc niech się dzieje wola nieba. W imię wolności, enter.

Super zakończenie.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Po przeczytaniu spalić monitor.

Co do wiarygodności metody destrukcji sieci społecznościowych itp. to w dużej mierze fikcja. Tesla budował jakieś wieże do przesyłania prądu. To też w dużej mierze prawda, grono.net przestało istnieć gdy właściciel przestał płacić za serwery i je od nich odłączono. Z dnia na dzień znikło wszystko profile userów, fora dyskusyjne, zdjęcia i całe wirtualne życie. Może z tego powodu mam obsesję robienia kopi zapasowych :D

Ech, czytam Twoje opka i za każdym razem mam wrażenie, że nie doceniasz tego, co masz. W latach 80 za taki tekst mógłbyś trafić do pudła. Teraz możesz pisać, co Ci się żywnie podoba i nikt Cię nie zapuszkuje. A jednak nadal narzekasz na brak wolności. Gdzie tu logika?

Twój bohater jest wyjątkowo antypatyczną osobą i żywym dowodem na to, że idee anarchii nie mają racji bytu. Cóż bowiem robił, jeszcze w czasach, gdy jak sam twierdził, internet był wolny? Ano niszczył ludzi, którzy mu się nie podobali, albo którzy zaleźli mu za skórę. I nazywał to wymierzaniem sprawiedliwości. Sorry, ale nie chciałabym żyć w miejscu, gdzie sprawiedliwość wygląda w taki sposób.

Napisane nieźle, publicystyczny monolog mi nie przeszkadzał, ale całość – z uwagi na treść – zirytowała.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz co do lat 80 to zarazem masz rację i jej nie masz. już tłumaczę i objaśniam. 

  1. Gdy urodziło się w niewoli to kajdany nie kojarzą się ze zniewoleniem a stają się czymś na kształt obowiązkowej części garderoby. Teks więc mógłby nie powstać bo nie czułbym się niewolnikiem. 
  2. Tekst by nie powstał w myśl zasad, które pojawiły się na samym początku opowiadanie “O tym co się mówi w domu nie mówi się poza domem”.
  3. Teks by nie powstał ponieważ w PRL wszystko było reglamentowane i w związku z tym pewnie czekałoby się po 20 lat na podłączenie internetu ;)

A dlaczego nie masz racji?

  1. Na przełomie wieków Internet był znacznie bardziej wolny niż obecne. Bo wolność tak w internecie jak i w gospodarce polega na tym, że jakąś usługę mogę pozyskać od wielu dostawców. Dziś tego nie ma. Z dziesiątków portali społecznościowych został w praktyce jeden monopolista – fejs. Z portali dostarczających amatorskie filmiki jest tylko youtube.
  2. Cenzura internetu jest coraz silniejsza. Tak jak tu pisałem na grono.net dochrapałem się moderatora serwisu. Tam info o naruszeniach sprawdzał człowiek. Najpierw moderatorzy danego podforum. Zazwyczaj jego założyciel i osoby uznane przez użytkowników danego podgrona za godne zaufania. Jeśli user nie zgadzał się z ich wyrokiem jego dawał zgłoszenie do moderatorów serwisu, którzy mieli uprawnienia dostępu nawet do zamkniętych gron/grup tematycznych. Nad nami byli tylko pracownicy. Kończąc przydługi wywód. Moderacja był na zgłoszenie usera weryfikowane przez człowieka. Dziś na fejsie czy youtubie każdy post automatycznie sprawdzają algorytmy SI. Efekty są takie, że nikogo nie interesuje kontekst wypowiedzi, praktycznie nie istnieje odwołanie od decyzji SI. Na dodatek rządzący często gęsto dogadują się z monopolistą i SI blokuje posty dla nich niekorzystne. Angela czy Marcon płacą za to fejsowi gruby szmal.
  3. “Mowa nienawiści” zbitka słów tworząca współczesne kajdany. Coś co odbiera mi wolność słowa, a jednocześnie nie jest sprecyzowane w żadnym kodeksie karnym. Jeszcze 20 lat temu w Polsce coś takiego nie istniało, dziś coraz częściej stanowi argument w przestrzeni publicznej. 

Tak więc może nie tyle nie doceniam tego co mam, co dostrzegam pewne mechanizmy, które coraz bardziej ograniczają to co mam.

I kończąc. Bohater z założenia miał być ciężki, psychiczny, antypatyczny. Tak rozumiałem założenia konkursu :D

 

 

Ciężka forma, bohater raczej odpychający. Temat… Nie z moich ulubionych i dobrze rozumianych. To nie robi dobrze na przyjemność czytania.

Spodobał mi się pomysł na bombę. Chociaż chyba nie powinien zadziałać, ale nie znam się.

Interpunkcja klasycznie – kuleje na obie nogi.

Babska logika rządzi!

Ja też raczej nie pójdę tą drogą, bohater i forma to eksperyment, w poszukiwaniu kogoś kto będzie tyleż odpychający co fascynujący jak Jakub Wędrowycz :D

Wędrowycz jednak stoi po stronie dobra. Chociaż gliniarzy i Bardaków gnębi. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Tak Jakub stoi po stronie dobra: rozwiązuje problem bezdomności zwierząt, problemy alkoholowe, kasuje upiory i wszelkie potwory :D

 

 

Właśnie – kasuje potwory. Czasem diabłu numer wytnie…

Babska logika rządzi!

Ten u mnie walczy o wolność słowa. Tak na marginesie to właśnie zauważyłem, że nawet nie nadałem mu imienia. Podświadomie zrobiłem z niego Anonimusa :D 

 

 

No, nie wiadomo do końca – o wolność słowa czy po prostu mści się na ludziach, którzy mu podpadli, ubierając to w ładną ideologię.

Babska logika rządzi!

Jakoś tak wielu ludzi walczących z systemem przy okazji ładowało swoje kieszenie. ;)

No cóż, monologujący nie wywarł na mnie dobrego wrażenia, z jego wywodu zrozumiałam niewiele, a po lekturze czuję jedynie znużenie. :(

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

odro­bi­nę wol­no­ści… ―> odro­bi­nę wol­no­ści

 

za dużo siły, za mało IQ… ―> …za dużo siły, za mały IQ

 

wbi­łem się po LAN'ie na jego kompa… ―> …wbi­łem się po LAN-ie na jego kompa

 

Prze­ją­łem IRC'a gnoja… ―> Prze­ją­łem IRC-a gnoja

 

na ge­jow­skie sex party. ―> …na ge­jow­skie sex-party/ seksparty.

 

Je­chał swoim nowym na­sy­co­nym elek­tro­ni­ką Je­epem. ―> Je­chał swoim nowym, na­sy­co­nym elek­tro­ni­ką dżipem.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. Używamy pisowni spolszczonej.

 

pa­da­ły jeden po dru­gim. net zo­stał opa­no­wa­ny… ―> Postawiwszy kropkę, kolejne zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Ilu dzie­ciom neo­stra­dy za­wa­li się świat? ―> Ilu dzie­ciom Neo­stra­dy za­wa­li się świat?

 

że trze­ba go dbać… ―> …że trze­ba o niego dbać

Można dbać o coś, ale nie można dbać czegoś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki naniosłem, za opinię dziękuje

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Tekst odebrałem jako apoteozę osoby sfrustrowanej, małostkowej i mściwej. Ktoś mu spuścił łomot, to go zabił, straż miejska wypisała mandat (słusznie, jak wnoszę) to skasował im dane… Od razu nastraja mnie antypatycznie. Maniak walczący o wolność słowa i przy tej okazji nabijający sobie kieszeń – rozumiem, że to skutki uboczne walki z systemem:-) Chce zniszczyć system, z jego dobrymi i złymi aspektami – walczy zatem o wolność czy o anarchię?? I naprawdę liczy, że w ten sposób wszystko powstrzyma? Co najwyżej spowolni.

Ja rozumiem złość bohatera, wynikającą z faktu, że niektórych (może nawet większość) internet zniewala, ogranicza, a przede wszystkim szpieguje. Ale przecież nikt go nie zmusza do korzystania. A pozostałych nie musi uszczęśliwiać na siłę. Myślę, że dla bohatera to po prostu jedyne miejsce, gdzie ma poczucie władzy, czy złudę samodecydowania, skoro w realu nawet nie rządzi pilotem od telewizora:-)

Co do wynalazku Tesli, to może to jest właśnie element fantastyczny, bo nie do końca rozumiem, jak miałoby to zadziałać? Impuls elektromagnetyczny stworzony przez wirusa, manipulując zasilaniem i częstotliwością spali układy scalone?? W sieci, która w większości opiera się na łączności bezprzewodowej stworzy (znikąd) silny impuls elektromagnetyczny? Nie rozumiem…

 

Mnie się czytało ten tekst całkiem nieźle, od strony literackiej, ale zgadzam się – niewiele w nim z opowiadania jako takiego. Podoba mi się koncept bohatera, który, summa summarum, okazuje się przecież czarnym charakterem, choć nie wiem, czy tak był zaplanowany :). Nie przekonuje natomiast fabuła, dość, przyznajmy, szczątkowa – zgadzam się z przedmówcami, że bliżej temu do eseju/publicystyki, niż do opowiadania jako takiego.  

Adler cewka Tesli wytwarza silne promieniowanie, pamięci i dyski z materiału ferromagnetycznego tego nie lubią. Gdyby więc ktoś jakimś cudem sprawił, że zwykły wentylatorek z kompa, laptopa, serwera, wyemituje tyle promieniowania by trwale uszkodzić dane na dysku mógłby zniszczyć cywilizację cyfrową.

Bohater z założenia miał być ciężki w odbiorze, egoistyczny, traktujący świat sieci jako swoją zabawkę. Niektóre doświadczenia z sieciowego armagedonu wiązały się z moimi wspomnieniami ze zgonem grono.net. Całe sieciowe życie, znajomi itd z dnia na dzień znikli.

 

ninedin jak od początku pisałem bohater z założenia miał być ciężki, trudny itd :) 

Struktur tekstu była podporządkowana założeniu że jak konkurs na który to piszę ma być o ciężkim dyżurze to i tekst ma się ciężko czytać. Przedobrzyłem 

Gdyby więc ktoś jakimś cudem sprawił, że zwykły wentylatorek z kompa, laptopa, serwera, wyemituje tyle promieniowania by trwale uszkodzić dane na dysku

 

No właśnie – jakimś cudem…

W Kondensatorze Tesli (zwanego często Cewką Tesli), mówiąc najogólniej, współpracują ze sobą dwie cewki, generując i zwiększając wielokrotnie napięcie. Wentylatorek z kompa nie ma możliwości generowania napięcia, a już na pewno nie w sposób zwielokrotniony.

Ale to takie moje dywagacje na marginesie, w końcu to opowiadanie z elementami fantastyki:-))

 

A tak zupełnie na marginesie i bez złośliwości, skoro Twoi znajomi zniknęli z Twojego życia tylko dlatego, że przestał istnieć grono.net, to może nie traktowali tej znajomości zbyt poważnie…?

W sumie każdy silnik elektryczny to kilka cewek :D

 

W przypadku grono.net to była kwesta swoistego szoku. Po co brać telefon, skoro ktoś jest na grono? Nagle znika serwis i nie masz do tego kogoś znanego ci z nicka żadnego innego kontaktu. Jakby to powiedzieć. Masz konto na fejsie, iluś tam znajomych, a do ilu z nich alternatywne formy kontaktu? Maile, telefony, adres do wysłania zwykłego papierowego listu?

 

Pomijając budowę wentylatorka, jak napisałem, nie sądzę żeby był w stanie wygenerować silny impuls elektromagnetyczny. Do Tesli napisać nie możemy:-), więc nie rozstrzygnie tej dyskusji, zatem zakończmy ją na tym etapie.

 

Nie mam konta na fejsie, ani na żadnym innym portalu społecznościowym. Tak, da się z tym żyć:-D Nie mam też znajomych, których znam jedynie z nicka (co to za znajomi??) A do wszystkich, z którymi utrzymuję kontakt, mam alternatywne formy łączności. Dlatego też nie rozumiem “fenomenu” tych portali, no ale ja jestem z innej bajki. W moim świecie, jeśli chcę się z kimś spotkać, to robimy nasiadówkę przy dobrym jedzeniu i trunkach (częściej lub rzadziej, zależy od możliwości) ale to daje właściwy kontakt i czas na rozmowę. Stąd określenie – znajomi. Czyli znam ich, mogę wiele powiedzieć na ich temat. Jak czasem słyszę, że ktoś ma 350 (i więcej) przyjaciół na fejsie, to pozostaje się uśmiechnąć. W dzisiejszych czasach nadużywamy słowa – Przyjaciel. Trzeba zadać sobie pytanie, ilu z tych “przyjaciół”, kiedy zadzwonisz w środku nocy i powiesz, na przykład, że samochód rozkraczył ci się po drugiej stronie Kraju, wsiądzie w auto i przyjedzie ci pomóc.

Ale to tylko moje zdanie i nie chcę, żebyś przyjmował to jako narzucanie opinii:-)

Nie po to bohater szukał w darknecie szalonych geniuszy, aby zrobienie z wentylatora cewki niszczącej promieniowaniem elektromagnetycznym dyski by to było łatwe :D

 

Co do grono.net to był pierwszy szał sieci społecznościowych, coś jak pierwsza miłość. Nagle można było mieć znajomych z drugiego końca Polski, o takich samych zainteresowaniach, i to wszystko bez ruszania się z domu. Coś jak eksploracja nowego świata. Ja to nie rozumiałem raczej fenomenu fejsa, bo gdy upadało grono.net, to on był znacznie prymitywniejszy. Ba do tej pory bardzo wielu fajnych funkcji z grona nie ma na fejsie, Żaden inny portal nie zadziałał na mnie tak jak grono. Może dla tego tak chętnie wracam do niego wspomnieniami. 

 

Tekst mocny, przerażający pod względem tego, co może zdolny haker zrobić z tymi, którzy mu się jakoś naprzykrzyli czy dokuczyli. Tak, że groza i klimat jest. Troszkę gubiłam się w szczegółach technicznych, ale to już moja wina, bo nie jestem w tych sprawach ekspertem.

Z rzeczy mniej na plus, wątek romantyczny można było sobie podarować, bo niewiele wnosi do i tak już bardzo bogatego portretu osobowościowego głównego bohatera. Zgrzyt możnaby naprawić albo rozbudowaniem go tak, żeby miał większy wpływ na ogół fabuły, albo wycięciem go na korzyść czegoś bardziej mrocznego i skomplikowanego, co lepiej wiązałoby się z całością.

Mnie się czytało nieźle. Nie za bardzo rozumiem narzekań na wątek romansowy, bo zajmuje raptem kilka linijek i jakoś specjalnie się nie narzuca. A przynajmniej wiadomo, że bohater ma jakieś życie prywatne, co w przypadku tego typu osobowości chyba nie jest oczywiste.

Natomiast to nie jest tekst dla mnie. Jakoś tam zdaję sobie sprawę z opisywanych zagrożeń, jednak paranoja i frustracja mnie bardziej irytują niż przekonują. Nie przeczytałam większości komentarzy i nie wiem, Autorze, jakie sam masz zapatrywania na te sprawy i – w gruncie rzeczy – akurat w tym przypadku niewiele mnie to interesuje. Patrzę na tekst jako tekst. A ten, jak już napisałam, czytało mi się nieźle. Chociaż chyba raczej bardziej jako ćwiczenie niż pełnoprawne opowiadanie, bo podobnych monologów frustratów jest w necie pełno, niekoniecznie na portalach literackich.

Zawsze wydawało mi się że jak straszyć to nie kimś kto siedzi w kanałach i nocami wypełza na ulicę, ale gościem który na co dzień jest zwyczajnym nudnym sąsiadem ;)

 

 

No niestety. Nie trafia do mnie zupełnie taka sprawozdawcza "publicystyka" udająca prozę. Monolog bohatera to ciężka forma – łatwo czytelnika znudzić, stracić jego zainteresowanie. Potrzeba naprawdę interesującego pomysłu, zaskoczenia, świeżości. Tymczasem mamy dosyć prostą i mało oryginalną w ogólnym zarysie historię, w której snujesz nużącą story o sfrustrowanym hakerze, potrafiącym zrobić użytek ze swojej wiedzy już od najmłodszych lat.

Opowiadasz o tym wszystkim, wrzucając do tej suchej relacji sporo własnych (jak mniemam) przemyśleń i dygresji, zupełnie niepotrzebnych detali, osobistych anegdot, szkolnych historyjek, które wyglądają jak wyjęte w Twojego dzieciństwa i młodości (co zresztą potwierdzasz w komentarzach). Ale słabo robią za literaturę w opowieści niemal sensacyjnej (przynajmniej w ogólnej wymowie).

Zwyczajnie nie wierzę w tę historię. Nie wierzę w faceta, który może mieć wszystko, okrada banki, przegląda bazy danych światowych agencji rządowych, serwery fejsa, ministerstw, wreszcie konstruuje genialną "bombę internetową" i jednocześnie dostaje mandat od straży miejskiej w Kościerzynie. Mieszasz nieprzystające do siebie światy, ale w sposób nieprzekonujący mnie zupełnie. Mieszasz skale mikro i makro, a to wszystko mi zgrzyta na poziomie logiki.

Ok, dopuszczam ewentualność, że dla bezpieczeństwa, facet z taką wiedzą i władzą trzyma się z boku, ukrywa, udaje normalnego obywatela, ale jednocześnie pokazujesz kogoś, kto może wszystko, kto potrafi zajrzeć wszędzie, oszukać każdego, działa na skalę światową czerpiąc z tego bardzo lokalne korzyści, żyjącego z kobietą poznaną na portalu randkowym, trójka dzieci siedzących na FB itd… by w finale zastosować (w ramach rewanżu? zemsty?) broń globalną… Rozjeżdża mi się ta skala zupełnie. Trąci absurdem, a przecież nie chciałeś napisać tekstu absurdalnego tylko bardzo realistyczny.

Warsztatowo nie jest źle, czyta się płynnie, pomimo kulawej interpunkcji.

Jednak jako czytelnik jestem zwyczajnie poza targetem – taki styl i taka mało literacka "literatura" mnie nie porusza.

Za to bardzo mi się spodobało ostatnie, tytułowe zdanie (w tytule zabrakło przecinka), naprawdę znakomita zagrywka (i przypomniała mi świetne opowiadanie Johna Varleya "Naciśnij ENTER"). Wreszcie jakiś mocny chwyt literacki w tekście. Gdybyś takimi chwytami zagrywał częściej, gdybyś postarał się przedstawić tę historię, zamiast zdać z niej suche sprawozdanie w formie monologu. Gdybyś…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie uwierzysz ale wcięło mi komentarz czyżby zemsta Pegazusa? 

 

Pozorna normalność, zwyczajność bohatera, była wzorowana na starym serialu “Dexter” tam bohater pozornie był nudnym technikiem policyjnym a po godzinach seryjnym mordercą.

 

Czy bohater może wszystko? Nie tyle może wszystko co powoli wypracowuje sobie pozycje a atakuje jedynie gdy jest pewien bezkarności.

 

 

Jurorskie uwagi ;)

Pierwsza osoba w zamkniętej formie wywodu. Super! Tyle tylko, że jest to naprawdę karkołomne zadanie ze względu na fakt, że całą uwagę przykuwa bohater i tak, jak to bywa z tego typu formami literackimi najważniejsze pozostaje, kim jest protoplasta – jaki rys psychologiczny reprezentuje, a co najważniejsze, co tak naprawdę jego wywody zmieniają dla czytelnika. A to już nie taka prosta sprawa. Kto próbował ten wie…

Od pierwszego akapitu bohater jawi się jako mściwy i małostkowy osobnik o niskich instynktach, który jest  świadomy posiadanych możliwości. Własnej przewagi nad całym światem, która paradoksalnie jest na tyle iluzoryczna, że najbliższa rodzina sprowadziła na niego koniec korzystaniem mediów społecznościowych. Ciśnie się na usta: – Taki bystry, a temu nie zapobiegł? Na co mu rodzina? Wpadka? Zmieniłby nazwisko i leżał pod palemką na Kanarach z laptopem na kolanach…

Widocznie taki rys psychologiczny… Tyle tylko w niczym nie zmienia to faktu, że treść opka to raczej pobieżny przekrój czasów od momentu pojawienia się sieci do czasów współczesnych ubrana w mściwego chłopca, który nigdy nie wyrósł ze swoich kompleksów i frustracji, niewielu ciekawych spostrzeżeń i raczej mało przyjemnej narracji w odbiorze, który średnio pasuje mi do faktów z życia protoplasty.

Właśnie. Szkoda, że w tym wszystkim trudno dopatrzyć się jakieś naprawdę ciekawego podłoża jego zachowania. Gdyby u podstaw jego buty leżało coś ciekawszego, a on sam przeszedł faktyczną przemianę, której tu zupełnie nie widać, sprawa jawiłaby się znacznie atrakcyjniej. Bo oczywiście wstęp jakoby dorastał w ciężkich czasach socjalizmu itd. to bez głębszego odniesienia raczej nic nie wnosi i tylko pozornie tłumaczy jego postawę i zamiłowanie do … wolności. Tutaj mam straszliwy zgrzyt, bo słowo wolność w jego ustach staje się bezzasadną kpiną i wypatrzeniem znaczeń. Jest równie skrzywione, jak on sam. Puste.

A co udało mi się wyciągnąć z jego wywodów? Nic. Wszędzie pełno podobnego niezadowolenia, rewizji pojęć, niezrozumienia… Tacy ludzie istnieją i pewnie już trzymają paluch na guziku zniszczenia. Ot, taka prawda. Nie fantastyka… Poza tym mam wrażenie, że dla bohatera to nie był ciężki dyżur, ale długo oczekiwany.

 

Czwartkowy

Mea culpa czy jakoś tak. Po komentarzach już dawno zauważyłem, że bohater mi nie wyszedł za bardzo. Założenia były takie że to ma być z jednej strony ktoś kogo mijamy co dzień na ulicy, z drugiej bestia, która zaatakowana kąsa wyjątkowo boleśnie. Coś jak Chuck Strażnik Teksasu, który w odwecie za kopnięcie mu psa leje pyski połowie miasteczka. Jest absurdalny tak jak świat który nas otacza. 

 

Motyw z Kościeżynem jest jak najbardziej na serio. Po tym jak zhakowano im dane w wielu firmach i gminach podjęto kroki zaradcze. Poziom głupoty, jest jak z tego opowiadania. Mam trochę znajomych informatyków, którzy po wódeczce opowiadają o “geniuszach” karzących im robić kopie danych na tym samym firmowym serwerze. Podobno są inni jeszcze głupsi, którzy wynajmują zewnętrzne firmy do instalacji oprogramowania szpiegowskiego na firmowych komputerach. Wystarczy więc, że w tej zewnętrznej firmie, potną się wspólnicy, albo szef nie da premii i wszelkie hasła z kompów … Kapujesz rozumiesz, wiesz…

 

Skoro więc świat jest chory to i bohater nie musi mieć wszystkich klepek na miejscu. Co do tego że on ma skrzywione rozumienie pojęć. Czy otaczający nas świat jest inny? Non stop w ramach walki z epidemią mówią nam unikaj banknotów i monet, płać bezgotówkowo. A stojąc w kolejce do kasy w markecie zastanów się ilu ludzi przed tobą dotknęło banknot, którym płacą ci resztę, a ilu terminal od wklepywania kodów PIN. ;)

 

 

Nowa Fantastyka