- Opowiadanie: Marianna - Jej własny Trójkąt

Jej własny Trójkąt

Kobieta niemłoda i losem sterana

Podopieczną śle na poszukiwania 

Walczy, choć życie mocno się naprzykrza 

To Małgorzata bez swojego Mistrza

 

                                                     kam_mod

 

Ano­nim, wzo­rem in­nych Ano­ni­mów, na wszel­kie po­chwa­ły, za­rzu­ty, czy też pu­ka­nia się w czoła od­po­wie po za­koń­cze­niu kon­kur­su ;)

Edy­cja: oczy­wi­ście dro­bia­zgi (typu łącz­ni­ki) wy­ła­pa­ne przez ko­men­ta­to­rów po­pra­wiam od ręki.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jej własny Trójkąt

Z otwar­ciem skrzyń za­cze­ka­li, aż usta­nie drże­nie, w które wpra­wia­ły bazę sil­ni­ki star­tu­ją­ce­go promu. Wa­ha­dłow­ce z za­opa­trze­niem rzad­ko tra­fia­ły na Vli­per­diu­sa. Po­ma­rań­czo­wy ka­rzeł o wdzięcz­nym imie­niu „So­la­ris” leżał w od­da­li od uczęsz­cza­nych mię­dzy­gwiezd­nych szla­ków, a księ­ży­ce Ti­che­go, dru­gie­go z obie­ga­ją­cych go jo­wi­szo­wych gi­gan­tów, nie na­le­ża­ły do tak sko­lo­ni­zo­wa­nych, jak sa­te­li­ty Pirxa. Na Vli­per­diu­sie, ósmym z pięt­na­stu księ­ży­ców Ti­che­go, dia­beł mówił do­bra­noc.

Po­se­gre­go­wa­li ła­du­nek zgod­nie z prze­zna­cze­niem, spraw­dzi­li każdy ele­ment do­sta­wy, po czym śla­ma­zar­nie, ale bez jed­ne­go zbęd­ne­go słowa roz­nie­śli wszyst­ko w od­po­wied­nie miej­sca. Mał­go­rza­ta, okry­wa­jąc stare kości wy­słu­żo­nym ple­dem, śle­dzi­ła ich oto­czo­na ol­brzy­mim ekra­nem w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Po­dzie­li­ła go na mniej­sze kwa­dra­ty, z któ­rych każdy prze­zna­czy­ła na jedno po­miesz­cze­nie, by nic jej nie umknę­ło. Za­wsze lu­bi­ła po­rzą­dek i kon­tro­lę, a na je­sie­ni życia ce­ni­ła je bar­dziej niż kie­dyś.

– Do­star­czy­li­śmy go­ścia do am­bu­la­to­rium. – Z gło­śni­ków po­pły­nął głos „Ka­zi­ka”. – Roz­pa­ko­wać, Gosiu?

– Tak – od­par­ła słabo. – Sprawdź­cie też sto­pień na­ła­do­wa­nia ogniw. Jeśli trze­ba, pod­łącz­cie do uzu­peł­nie­nia, ale nie ini­cjuj­cie wy­bu­dze­nia. Zaraz tam przyj­dę. Ach, i jesz­cze jedno, „Kaziu” – do­da­ła, z sa­tys­fak­cją ce­dząc każde słowo do daw­ne­go prze­ło­żo­ne­go: – Po­sprzą­taj mi ten bur­del po roz­ła­dun­ku, że­by­ście się nie po­ty­ka­li o puste skrzy­nie, jak ostat­nim razem!

„Zaraz” w jej wieku nie ozna­cza­ło szyb­kie­go przy­by­cia. Naj­pierw kil­ko­ma ru­cha­mi drżą­cych dłoni po­więk­szy­ła tę ko­mór­kę ekra­nu, na któ­rej wid­nia­ło am­bu­la­to­rium bazy. Kuś­ty­ka­jąc po ko­ry­ta­rzach, stra­ci­ła­by ten widok, a tak mogła być świad­kiem, jak pod­opiecz­ni roz­sz­czel­nia­ją skrzy­nię, zdej­mu­ją wieko, de­mon­tu­ją uprząż za­bez­pie­cza­ją­cą za­war­tość przed prze­miesz­cza­niem się w trans­por­cie, a potem ostroż­nie prze­no­szą na stół ope­ra­cyj­ny po­stać, zwi­nię­tą w kłę­bek ni­czym młoda kotka.

Kogoś bez prze­szło­ści, kogo Mał­go­rza­ta bę­dzie mogła ukształ­to­wać od pod­staw.

*

– Na­ła­do­wa­na? To odłącz ją, skar­bie. – Zmę­czo­na drogą do am­bu­la­to­rium, z ulgą za­ję­ła miej­sce w le­kar­skim fo­te­lu, który przy­nie­śli dla niej z ga­bi­ne­tu i ski­nę­ła głową w po­dzię­ko­wa­niu, gdy „Piotr” okrył jej nogi kocem. – Podaj mi kość roz­ru­cho­wą. A wy się wy­no­ście. Wy­stra­szy­cie ją. Wy­glą­da­cie jak… cho­dzą­ce trupy. Bo prze­cież nie żywe, do tego trze­ba mieć w sobie tro­chę ikry!

Mach­nę­ła laską na trzy au­to­ma­ty, spo­glą­da­ją­ce zza prze­szklo­nej tafli do sali szpi­tal­nej. Nie wy­ko­na­ły po­le­ce­nia, jakby go nie usły­sza­ły, choć przej­ście do ga­bi­ne­tu po­zo­sta­wa­ło otwar­te. Dwa – „Kazik” i „Marta” – były co praw­da kopią czło­wie­ka, ale przy­po­mi­na­ły ra­czej ru­cho­me skle­po­we ma­ne­ki­ny niż an­dro­idy. Ostat­ni, „To­masz”, wy­glą­dał jakby po­skła­da­no go z czę­ści róż­nych ma­szyn. Jego głowa, po­zba­wio­na imi­ta­cji twa­rzy, przy­po­mi­na­ła czasz­kę ko­ścio­tru­pa, a me­ta­lo­wy ko­ściec opla­ta­ły ni­czym nie osło­nię­te prze­wo­dy.

Wes­tchnę­ła gniew­nie, bo nawet „Piotr” stał jak słup soli i gapił się na go­ścia. Czasy, kiedy na­le­żał do no­wo­cze­snych mo­de­li, dawno mi­nę­ły. Mał­go­rza­ta ser­wi­so­wa­ła go su­mien­nie, dokąd zdro­wie jej po­zwo­li­ło. Cza­sem tylko wy­rzu­ca­ła sobie, że prze­sa­dzi­ła z ser­wi­so­wa­niem jego umy­słu.

Pod­nio­sła laskę i szturch­nę­ła go koń­ców­ką. Do­pie­ro wtedy „Piotr” się oży­wił. Od­wró­cił się i spoj­rzał na Mał­go­rza­tę wy­bla­kły­mi ocza­mi zra­mo­la­łe­go an­dro­ida.

– Yyyy… Woda dziś zimna, skar­bie – po­wie­dział. – Mam pod­krę­cić ogrze­wa­nie?

– Nie. Odłącz ją. – Znów unio­sła laskę i, ce­lu­jąc w brzuch, pchnę­ła go w stro­nę daw­ne­go stołu ope­ra­cyj­ne­go z le­żą­cą po­sta­cią. Ob­ser­wo­wa­ła, jak od­pi­nał z portu za pra­wym uchem go­ścia jeden z kabli zwi­sa­ją­cych z su­fi­tu. Wy­pusz­czo­ny z jego dłoni prze­wód cof­nął się z sy­kiem w górę, po­zo­sta­jąc na wy­cią­gnię­cie ręki. Potem do­da­ła: – Wy­no­ście się wszy­scy. Po­móż­cie „Ka­zi­ko­wi” sprzą­tać.

Ode­tchnę­ła, gdy miesz­kań­cy bazy opu­ści­li am­bu­la­to­rium. Się­gnę­ła do kie­sze­ni ka­mi­zel­ki po małą, czar­ną płyt­kę palm­bo­xa, wpię­ła do niej kość roz­ru­cho­wą prze­sył­ki. Nad urzą­dze­niem wy­kwitł wir­tu­al­ny ekran, trząsł się jed­nak mocno w drżą­cej dłoni, więc sta­rusz­ka po­ło­ży­ła płyt­kę na ko­la­nach.

Usta­no­wi­ła bez­prze­wo­do­we po­łą­cze­nie z por­tem an­dro­ida. Ode­bra­ła dane iden­ty­fi­ka­cyj­ne, ra­port zgod­no­ści i ra­port stanu. Wy­ga­si­ła pro­gram kształ­tu­ją­cy, pro­wa­dzą­cy mniej obe­zna­nych użyt­kow­ni­ków przez kon­fi­gu­ra­cję oso­bo­wo­ści. Prze­szła do usta­wień za­awan­so­wa­nych, szu­ka­jąc ję­zy­ka. Nie zna­la­zła pol­skie­go w stan­dar­dzie. To nic, zo­sta­ły jej pliki po po­przed­nich an­dro­idach. Do­da­ła naj­póź­niej­szy, choć wcale nie naj­now­szy, a po nim, wgra­ła go­ścio­wi sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­ną bazę da­nych. Gdy pro­gram in­sta­lo­wał i do­pa­so­wy­wał en­gra­my prze­two­rzo­ne na elek­tro­nicz­ny zapis, ucię­ła sobie drzem­kę. Zbu­dził ją pisk, sy­gna­li­zu­ją­cy po­wo­dze­nie pro­ce­su.

Zer­k­nę­ła na wiel­ki, ana­lo­go­wy zegar pod su­fi­tem: wie­dza i do­świad­cze­nia wy­bra­ne z dłu­gie­go życia skur­czy­ły się do dwóch go­dzin trans­mi­sji da­nych. Do­pie­ro wtedy uni­kal­nym kodem za­ini­cjo­wa­ła roz­ruch ma­szy­ny. Z po­cząt­ku nic się nie dzia­ło. Długo cze­ka­ła cier­pli­wie, ale w końcu znowu zmo­rzył ją sen, tym razem głę­bo­ki i pełen ma­ja­ków. Śniła ten sam kosz­mar, który na­wie­dzał ją od lat.

Umie­ra­ła wraz z Pio­trem w oce­anie. Świa­tło po­ma­rań­czo­we­go karła nie prze­ni­ka­ło przez grubą lo­do­wą sko­ru­pę po­wierzch­ni księ­ży­ca, ale, jeśli uru­cho­mi­ło się od­po­wied­nią apli­ka­cję, na­kład­ka na wi­zjer sy­mu­lo­wa­ła w od­da­li kon­tu­ry trzech szczy­tów, no­szą­cych nazwy su­dec­kich od­po­wied­ni­ków na da­le­kiej Ziemi. Ba­ty­skaf opa­dał w głę­bi­ny. Od­le­głe szczy­ty od­da­la­ły się, choć Piotr – ten zie­lo­no­oki, bro­da­ty pla­ne­to­log o szel­mow­skim uśmie­chu, nie an­dro­id ochrzczo­ny potem jego imie­niem – zmu­szał sil­ni­ki do coraz więk­sze­go wy­sił­ku. To nic, że Mał­go­rza­ty nie było wtedy na po­kła­dzie, że to­wa­rzy­szył mu tylko robot, że nie miała bla­de­go po­ję­cia, jaki ko­niec ich spo­tkał. Nie prze­szka­dza­ło jej to prze­ży­wać we śnie prze­ra­że­nia, gdy ci­chły sil­ni­ki, ga­sły lamp­ki kon­tro­lek, a z pra­daw­ne­go oce­anu za­czął są­czyć się mróz. Gdy każdy od­dech wy­wo­ły­wał ból.

– Zimno! – jęk wy­bu­dzo­ne­go an­dro­ida wy­rwał Mał­go­rza­tę z kosz­ma­ru. – Jak zimno!

Za­trzę­sło nią, jakby upa­dła z wy­so­ko­ści. Palm­box z wy­ga­szo­nym już ekra­nem zsu­nął się z kolan na pod­ło­gę. Unio­sła po­wie­ki: dy­go­cą­ca an­dro­id­ka naj­now­szej ge­ne­ra­cji, nie­odróż­nial­na od czło­wie­ka, sie­dzia­ła na stole ope­ra­cyj­nym, przy­cią­ga­jąc nogi do pier­si i pró­bu­jąc roz­grzać dłoń­mi bose stopy. Cien­ki ma­te­riał ochron­ny, któ­rym było po­wle­czo­ne jej ciało, nie dawał żad­ne­go cie­pła. Wci­ska­jąc brodę w szcze­li­nę mię­dzy ko­la­na­mi, wpa­try­wa­ła się w sta­rusz­kę sze­ro­ko otwar­ty­mi, sza­ry­mi ocza­mi. Mał­go­rza­ta po­chy­li­ła się, z wy­sił­kiem wy­ma­ca­ła le­żą­cą na pod­ło­dze laskę i pod­nio­sła się z fo­te­la, by na­rzu­cić koc na plecy go­ścia.

– Witaj w „Her­ma­szew­skim”, Mar­ga­ret – po­wie­dzia­ła.

*

– Gdy In­sty­tut wy­co­fał się z pro­jek­tu, bazę kupił syn Marty i Ka­zi­ka. Pro­wa­dził do­brze pro­spe­ru­ją­cą firmę, in­sta­lu­ją­cą ukła­dy pod­trzy­ma­nia życia na księ­ży­cach Pirxa, stać go było na taki gest. Cho­ciaż, gdyby wie­dział, jak to skoń­czy, pew­nie sto razy by się za­sta­no­wił… – Mał­go­rza­ta za­wie­si­ła głos. – Usta­no­wił fun­dusz do opie­ki nad nami, ale potem po­ło­ży­ły na nim łapy jego dzie­ci i trud­no wy­dę­bić od nich choć parę gro­szy. – Stu­ka­jąc laską, po­wo­li po­ko­ny­wa­ła głów­ny ko­ry­tarz bazy, a Mar­ga­ret wlo­kła się z nią. – O kogoś ta­kie­go jak ty pro­si­łam ich dzie­sięć lat.

An­dro­id­ka ski­nę­ła głową. Odzie­dzi­czy­ła wspo­mnie­nia tej ko­bie­ty, ale nie wszyst­ko z nich zro­zu­mia­ła. W końcu były to mi­gaw­ki z cu­dze­go życia i nie było pewne, że wszyst­kie. Im bar­dziej sta­ra­ła się je upo­rząd­ko­wać, tym mniej do sie­bie pa­so­wa­ły.

– Dokąd idzie­my? – spy­ta­ła.

– Zje­dzie­my pod po­wierzch­nię. – Mał­go­rza­ta opar­ła się na przed­ra­mie­niu an­dro­id­ki i wska­za­ła laską na windę w cen­trum bazy.

„Her­ma­szew­ski” skła­dał się z dwóch po­zio­mów: gór­ne­go, roz­lo­ko­wa­ne­go na po­wierzch­ni księ­ży­ca i dol­ne­go, za­nu­rzo­ne­go w we­wnętrz­nym oce­anie. Łą­czył je szyb, bie­gną­cy przez pra­wie dwa ki­lo­me­try lodu. Gdy tylko Mar­ga­ret roz­su­nę­ła za­bez­pie­cza­ją­cą kratę i otwo­rzy­ła drzwi, uj­rza­ła stare krze­sło, po­zo­sta­wio­ne w rogu wa­go­ni­ka.

– Ka­za­łam „Ka­zi­ko­wi” po­sta­wić je dla mnie. – Mał­go­rza­ta wgra­mo­li­ła się do windy, nie­mal po­ty­ka­jąc się na progu, i od razu usia­dła. – Strasz­nie tym sta­rym pu­dłem trzę­sie. Za­wsze trzę­sło.

Mar­ga­ret ski­nę­ła głową, za­su­nę­ła kratę i za­mknę­ła drzwi. Potem, ma­chi­nal­nie się­ga­jąc dło­nią, na­ci­snę­ła od­po­wied­ni przy­cisk i winda z hur­ko­tem po­mknę­ła na dół.

– Pa­mię­tasz. – Sta­rusz­ka ski­nę­ła głową z za­do­wo­le­niem i po­now­nie pod­ję­ła opo­wieść: – Przez bazę w ciągu tych lat prze­wi­nę­ło się wielu na­ukow­ców. In­sty­tut przy­sy­łał ich i od­wo­ły­wał, nie­któ­rych na­zwisk sama już nie ko­ja­rzę. Na końcu zo­sta­ło tu tylko pię­cio­ro za­pa­leń­ców: Oce­ano­graf Kazik, jego żona astro­bio­log Marta, pla­ne­to­log Piotr i kon­ser­wa­tor To­masz. I ja, ro­bo­tyk. Byłam naj­młod­sza. – Zro­bi­ła pauzę, po czym spy­ta­ła nagle: – Pa­mię­tasz Mar­tę-czło­wie­ka? Za­du­fa­na w sobie żona szefa, zołza ja­kich mało.

Mar­ga­ret prze­krzy­wi­ła głowę. Wi­dząc nie­pew­ność pod­opiecz­nej, sta­rusz­ka mach­nę­ła ręką.

– Spo­koj­nie, przy­po­mnisz sobie. In­sty­tut za­mknął pro­jekt, bo mimo po­szu­ki­wań nie zna­leź­li­śmy tu nawet bak­te­rii. Wy­sta­wi­li tę ruinę na sprze­daż, ale to już wiesz. – Za­mil­kła i za­my­śli­ła się mocno. – Przez jakiś czas żyłam tu z Pio­trem jak mąż i żona, taki, wi­dzisz, ko­smicz­ny ro­man­tyzm.

Mar­ga­ret ma­chi­nal­nie ski­nę­ła głową. Na mo­ment zo­ba­czy­ła twarz zie­lo­no­okie­go bro­da­cza tuż przy swo­jej twa­rzy, po­czu­ła jak obej­mu­je usta­mi jej wargi, jak włosy z jego brody ła­sko­czą jej po­licz­ki, szyję, biust. Od­ru­cho­wo za­ci­snę­ła dło­nie na pier­siach i zaraz cof­nę­ła je, za­sko­czo­na swoją re­ak­cją.

– Ha, to pa­mię­tasz! – Po­now­nie oży­wi­ła się sta­rusz­ka i na­tych­miast spo­waż­nia­ła. – Było nam do­brze razem, ale su­kin­syn wolał góry. Miał ob­se­sję, jak tych troje przed nim: chciał, w ciągu jed­nej misji, opły­nąć wszyst­kie trzy szczy­ty Trój­ką­ta Neo­su­dec­kie­go. Dla czło­wie­ka to trud­ne, pra­wie nie­wy­ko­nal­ne cza­so­wo. Ba­ty­skaf ma zapas po­wie­trza na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, plus awa­ryj­ny zbior­nik po­wie­trza kom­bi­ne­zo­nu ter­micz­ne­go, teo­re­tycz­nie po­win­no wy­star­czyć, jeśli nie zda­rzą się żadne nie­spo­dzian­ki. – Za­mil­kła na mo­ment. – Pio­trek nie wró­cił. Nigdy go nie zna­la­złam, choć wra­ca­łam do Trój­ką­ta raz po raz, wy­sy­ła­łam ro­bo­ty i sondy, póki jesz­cze dzia­ła­ły.

Wa­go­ni­kiem za­ko­ły­sa­ło. An­dro­id­ka opar­ła plecy o ścia­nę i osu­nę­ła się na pod­ło­gę, by usiąść jak dziec­ko, za­słu­cha­ne w opo­wie­ści babci. Gdzieś spo­śród cu­dzych wspo­mnień przy­pły­nął do niej zegar, od­li­cza­ją­cy mi­nu­ty do wy­czer­pa­nia czy­je­goś za­pa­su po­wie­trza.

– A ja mam go zna­leźć – po­wie­dzia­ła.

– Tak – od­par­ła Mał­go­rza­ta. – My­ślisz jak my i mo­żesz czuć jak czło­wiek. Prze­ka­za­łam ci wszyst­ko, czego bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła.

Ude­rze­nie wa­go­ni­ka o dno sta­cji otrzeź­wi­ło Mar­ga­ret z ob­cych ob­ra­zów. Do­pie­ro teraz zro­zu­mia­ła, czego ocze­ku­je od niej ta ko­bie­ta. I jak bar­dzo bę­dzie to nie­bez­piecz­ne.

– To na­praw­dę ma ja­kieś zna­cze­nie? Po tylu la­tach? – spy­ta­ła, za­dzie­ra­jąc głowę. Ople­cio­na pa­ję­czy­ną lampa na su­fi­cie wa­go­ni­ka za­mru­ga­ła nie­pew­nie. An­dro­id­ka otwo­rzy­ła usta ze zdzi­wie­nia, zda­jąc sobie spra­wę, jak bar­dzo jest zna­jo­ma.

– Dla mnie ma – od­par­ła Mał­go­rza­ta. – A dla cie­bie do­pie­ro go na­bie­rze. Zo­ba­czysz.

Mar­ga­ret nie uwie­rzy­ła, ale za­cho­wa­ła to dla sie­bie.

*

Pod­po­wierzch­nio­wą część bazy wy­peł­nia­ły nie­czyn­ne la­bo­ra­to­ria, ma­ga­zy­ny za­pcha­ne bez­war­to­ścio­wy­mi już czę­ścia­mi mor­skich sond i an­dro­idów, sta­ry­mi kom­bi­ne­zo­na­mi ter­micz­ny­mi, za­po­mnia­ny­mi prób­ka­mi mi­ne­ra­łów, ska­ta­lo­go­wa­ny­mi przez lata okru­cha­mi skał, ko­lek­cja­mi kości pa­mię­ci z fa­cho­wą li­te­ra­tu­rą i te­ra­baj­ta­mi ra­por­tów, świa­dectw mrów­czej pracy za­ło­gi „Her­ma­szew­skie­go”. Nawet za­pach na tym po­zio­mie in­ten­syw­niej przy­po­mi­nał o cza­sie, po­wo­li po­że­ra­ją­cym sta­cję. Pło­nę­ła co trze­cia lampa, a świa­tłu tych, które dzia­ła­ły, da­le­ko było do ja­sno­ści.

An­dro­id­ka i sta­rusz­ka za­trzy­ma­ły się przed jed­nym z ar­chi­wów. Drzwi do niego za­bez­pie­cza­ła blo­ka­da, dez­ak­ty­wo­wa­na kodem. Mał­go­rza­ta ujęła ramię Mar­ga­ret i wska­za­ła ru­chem głowy na panel.

– Znasz hasło – zwró­ci­ła się do pod­opiecz­nej. – To data za­gi­nię­cia Piotr­ka.

Jak na za­wo­ła­nie, przez głowę Mar­ga­ret prze­mknę­ły od­po­wied­nie cyfry. Wy­cią­gnę­ła rękę i wzbu­dzi­ła ekran, by bez za­sta­no­wie­nia wy­brać je z wir­tu­al­nej kla­wia­tu­ry. Wskaź­nik blo­ka­dy zmie­nił kolor, świad­cząc o po­praw­no­ści kodu. Otwo­rzy­ła drzwi: we­wnątrz pa­no­wa­ła pust­ka, a półki je­dy­ne­go re­ga­łu, usta­wio­ne­go przy ścia­nie na wprost wej­ścia zaj­mo­wa­ły czte­ry urny. An­dro­id­ka wi­dzia­ła je pierw­szy raz w życiu, ale dzię­ki prze­ka­za­nym danym wie­dzia­ła, do czego służą.

– Chodź. – Sta­rusz­ka moc­niej za­ci­snę­ła palce na ra­mie­niu pod­opiecz­nej i razem prze­kro­czy­ły próg. – Po­znasz na­szych bo­ha­te­rów.

– Bo­ha­te­rów? – po­wtó­rzy­ła bez prze­ko­na­nia Mar­ga­ret. – Czy bo­ha­ter w ludz­kim ro­zu­mie­niu to nie ktoś, kto do­ko­nał wiel­kich czy­nów?

– Cza­sem to tylko ktoś, kto zgi­nie, pró­bu­jąc. – Sta­rusz­ka pu­ści­ła ramię an­dro­id­ki i opar­ła palce o brzeg me­ta­lo­wej półki przy pierw­szej parze urn. – Kazik i Marta, lu­dzie, pró­bo­wa­li dwu­krot­nie. Upar­li się, że zro­bią to razem. Pierw­szym razem prze­rwa­li wy­pra­wę, gdy zdali sobie spra­wę, że dadzą radę opły­nąć Trój­kąt, ale na po­wrót do bazy nie star­czy im po­wie­trza. Kom­bi­ne­zon ter­micz­ny to nie ska­fan­der ko­smicz­ny z po­jem­nym ple­ca­kiem, awa­ryj­ny zapas tlenu nie star­cza na długo, a liczba za­bie­ra­nych po­jem­ni­ków ogra­ni­cza cia­sno­ta w kok­pi­cie. Dru­gim razem przy­go­to­wa­li się jesz­cze sta­ran­niej i o mały włos a by im się udało, ale krio­erup­cja Neo­ślę­ży rzu­ci­ła ich sta­tek na skały. Prze­ży­li ka­ta­stro­fę, zdo­ła­li jesz­cze pchnąć ku sta­cji sondę SOS z lo­ka­li­za­cją i za­pi­sem misji, ale opa­dli za głę­bo­ko, a uszko­dze­nia po­szy­cia uła­twi­ły spra­wę ci­śnie­niu. Piotr z To­ma­szem od­na­leź­li ich ba­ty­skaf i od­ho­lo­wa­li do bazy. Po­win­naś pa­mię­tać, jak ich wy­cią­ga­li…

– Wo­la­ła­bym nie pa­mię­tać – od­par­ła cicho an­dro­id­ka i prze­szył ją dreszcz.

Sta­rusz­ka wy­czu­ła go, ale uzna­ła za objaw zimna.

– Zmniejsz sobie czu­łość tem­pe­ra­tu­ro­wą, bo zmar­z­niesz – po­le­ci­ła, po­krę­ci­ła głową nad nie­fra­so­bli­wo­ścią pod­opiecz­nej i prze­su­nę­ła dłoń ku na­stęp­nej urnie. – To­masz obrał inną tak­ty­kę: by zre­du­ko­wać stra­ty tlenu, za­brał an­dro­ida, ale zbyt dużo czasu stra­cił w ko­ry­ta­rzach lo­do­two­rów, a łatwo się tam zgu­bić. Mógł prze­rwać próbę i za­wró­cić do bazy, ale albo po­czuł się zbyt pew­nie, albo nie­do­tle­nie­nie ode­bra­ło mu ja­sność my­śle­nia, bo jak naj­dłu­żej pró­bo­wał od­dy­chać po­wie­trzem z kok­pi­tu. Zanim an­dro­id od­pro­wa­dził sta­tek do bazy, Tomek wy­czer­pał wszyst­kie awa­ryj­ne po­jem­ni­ki po­wie­trza, no i wiesz, jak to się skoń­czy­ło…

Za­wie­si­ła głos, cze­ka­jąc na re­ak­cję pod­opiecz­nej.

– Nie prze­żył – do­po­wie­dzia­ła Mar­ga­ret.

– Pa­mię­tasz. Do­brze. – Gdy pod­opiecz­na ski­nę­ła głową, Mał­go­rza­ta opar­ła palce przy ostat­nim z na­czyń. – Ta jest pusta.

– Prze­zna­czo­na dla Pio­tra – od­ga­dła Mar­ga­ret, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić z myśli ob­ra­zy tam­tej tra­ge­dii, które do tej pory nie były dla niej cał­kiem jasne: bez­wład­ne­go czło­wie­ka w kom­bi­ne­zo­nie ter­micz­nym, wy­cią­ga­ne­go z ba­ty­ska­fu przez pod­opiecz­nych Mał­go­rza­ty. Czy robot wy­szedł o wła­snych si­łach, nie umia­ła sobie przy­po­mnieć. Ba, nie pa­mię­ta­ła nawet który an­dro­id uczest­ni­czył w wy­pra­wie.

– Tak – przy­zna­ła Mał­go­rza­ta. – Pio­trek sta­ran­nie się przy­go­to­wy­wał, wy­zna­czył krót­szą trasę, prze­li­czył wszyst­ko po kilka razy. Po­mo­głam mu nawet opra­co­wać sy­mu­la­cję lotu na pod­sta­wie da­nych z pa­mię­ci „Ka­zi­ka” i za­pi­sów tam­tych misji. Długo to trwa­ło, bo długo cze­ka­li­śmy na nowy ba­ty­skaf. Za­brał ze sobą ro­bo­ta. Niby do­piął wszyst­ko na ostat­ni guzik, ale gówno mu to dało. Nie wy­słał nawet sondy SOS i tak zo­sta­łam na ponad pół życia z ta­jem­ni­cą do roz­wią­za­nia. – Wes­tchnę­ła i znów ujęła ramię an­dro­id­ki, by po­pro­wa­dzić ją ku drzwiom. – Może teraz ła­twiej ci bę­dzie ze­brać moje wspo­mnie­nia do kupy.

– A ich wspo­mnie­nia? – Mar­ga­ret ostat­ni raz obej­rza­ła się na urny. – Prze­cież prze­ka­za­łaś je ro­bo­tom. Bo skoro je odzie­dzi­czy­ły, to pa­mię­ta­ją…

Nie do­koń­czy­ła, ude­rzo­na kon­klu­zją, któ­rej nie zdo­ła­ła wy­po­wie­dzieć.

– Nie my­ślisz, dziec­ko – ofuk­nę­ła ją stara. – Czło­wiek nie ma­szy­na, po śmier­ci nic z niego nie wy­cią­gniesz. Każdy z nich pod­da­wał się ma­po­wa­niu en­gra­mów przed wy­pły­nię­ciem. Na wszel­ki wy­pa­dek, żeby coś po sobie zo­sta­wić. – Sta­rusz­ka zro­bi­ła pauzę i ode­tchnę­ła gło­śno. – Nie, an­dro­idy nie pa­mię­ta­ją śmier­ci swo­ich ludzi, jeśli o to py­tasz.

An­dro­id­ka mil­cza­ła, po­zwa­la­jąc pro­wa­dzić się ko­ry­ta­rza­mi sta­cji. Tak, wła­śnie o tym my­śla­ła, ale od­po­wiedź Mał­go­rza­ty jej nie wy­star­czy­ła.

– A ten, który po­dró­żo­wał z To­ma­szem? – spy­ta­ła w końcu. – Wi­dział jego śmierć.

– Też nie – od­par­ła twar­do sta­rusz­ka. – Temu do­kład­nie wy­czy­ści­łam pa­mięć.

*

Ostat­ni spraw­ny ba­ty­skaf od dawna spo­czy­wał w doku. Mar­ga­ret po­de­szła do ba­lu­stra­dy, oka­la­ją­cej zej­ście do ma­szy­ny i zer­k­nę­ła w dół. „Pły­wak-3”, gło­sił pra­wie za­tar­ty napis na bur­cie. Sta­rusz­ka sta­nę­ła obok pod­opiecz­nej i pod­trzy­mu­jąc się wolną dło­nią po­rę­czy, wska­za­ła laską na właz ma­szy­ny.

– Zejdź na po­kład – po­le­ci­ła.

An­dro­id­ka po­wo­li ru­szy­ła wzdłuż ba­lu­stra­dy. Pa­mię­ta­ła ten dotyk zim­ne­go me­ta­lu; echa emo­cji, które mu to­wa­rzy­szy­ły, nie na­le­ża­ły do naj­przy­jem­niej­szych. Nie­po­kój na­si­lił się jesz­cze, gdy po­ko­ny­wa­ła stop­nie dra­bin­ki i gdy po­sta­wi­ła stopy na pły­cie, oka­la­ją­cej właz. Minął na mo­ment, gdy go otwie­ra­ła, ale spoj­rze­nie w ciem­ną cze­luść wnę­trza ma­szy­ny obu­dzi­ło inne wspo­mnie­nie, choć Mar­ga­ret nie umia­ła go na­zwać. Roz­cza­ro­wa­nie? Żal? Trud­no okre­ślić uczu­cia, któ­rych do­świad­cza­ło się pierw­szy raz w życiu, zwłasz­cza po­cho­dzą­ce z dru­giej ręki.

– No, dalej. – Otrzeź­wił ją głos sta­rusz­ki. – Ro­zej­rzyj się. Nie bój się, nie wy­pusz­czę cię dziś do oce­anu. Jesz­cze nie.

An­dro­id­ka ski­nę­ła głową i ze­szła pod po­kład. Lampy w klau­stro­fo­bicz­nej ka­bi­nie za­pło­nę­ły au­to­ma­tycz­nie, spra­wia­jąc, że zo­ba­czy­ła w oknie swoje nie­wy­raź­ne od­bi­cie. Za­sty­gła na mo­ment, skon­ster­no­wa­na, bo widok wła­snej twa­rzy nie pa­so­wał do wspo­mnień. Potem po­wo­li wci­snę­ła się na jeden z fo­te­li i, bez­wied­nie do­ty­ka­jąc od­po­wied­nie­go miej­sca na kon­so­li, wy­łą­czy­ła świa­tła. Jej od­bi­cie znik­nę­ło; za wy­pu­kło­ścią okna zo­ba­czy­ła tylko szarą ścia­nę ba­se­nu.

Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. Znów au­to­ma­tycz­nie wy­cią­gnę­ła rękę w in­tu­icyj­nie wy­bra­nym kie­run­ku i pod­świe­tli­ła przy­rzą­dy kon­so­li, ale prze­zna­cze­nia po­szcze­gól­nych wskaź­ni­ków, prze­łącz­ni­ków i dźwi­gni nie po­tra­fi­ła od­gad­nąć.

A potem, nagle, w ka­bi­nie po­ciem­nia­ło. Pod­nio­sła wzrok na okno i zro­zu­mia­ła, że w hali zga­sły lampy. Prze­rwa w za­si­la­niu, czy spraw­ka Mał­go­rza­ty? Wtedy, przez jej myśli jak bły­ska­wi­ca prze­mknął obraz: ten sam mrok, te same ko­lo­ro­we pod­świe­tle­nia kon­tro­lek, dro­bi­ny skal­ne, tań­czą­ce w sno­pach świa­teł re­flek­to­rów przed ło­dzią. I nagle wy­ła­nia­ją­cy się z mroku lo­do­wy „osta­niec” wi­docz­ny na gra­ni­cy ich za­się­gu. Wpa­trzo­na w mrok Mar­ga­ret bez za­sta­no­wie­nia wy­bra­ła z kon­so­li przy­cisk, który włą­czał głów­ne re­flek­to­ry stat­ku, żeby zo­ba­czyć wy­raź­niej.

Ka­bi­nę za­la­ła ja­sność, od­bi­ta od ścian doku. Mar­ga­ret od­ru­cho­wo za­sło­ni­ła oczy przed­ra­mie­niem.

– Brawo! – Przez otwar­ty właz niósł się z góry głos Mał­go­rza­ty. – Przy­po­mi­nasz sobie!

*

Do pierw­sze­go zej­ścia do oce­anu Mar­ga­ret przy­go­to­wa­ła się sta­ran­nie pod czujnym okiem Mał­go­rza­ty. Za­pi­sa­ła w pa­mię­ci wszyst­kie mapy re­gio­nu, ko­or­dy­na­ty punk­tów orien­ta­cyj­nych i ob­sza­ry, prze­szu­ka­ne już przez au­to­no­micz­ne sondy „Her­ma­szew­skie­go” i te, które Mał­go­rza­ta prze­mie­rzy­ła oso­bi­ście w ba­ty­ska­fie. Masyw Neo­su­dec­ki po­dzie­lo­ny zo­stał na kwa­dra­ty. An­dro­id­ka w każ­dej chwi­li mogła wy­wo­łać z pa­mię­ci ich siat­kę, ozna­czo­ną ko­lo­ra­mi, sym­bo­li­zu­ją­cy­mi te­re­ny już prze­szu­ka­ne, te, któ­rych re­ko­ne­sans po­zo­sta­wiał coś do ży­cze­nia i zu­peł­nie nie­tknię­te. Opty­mi­zmem nie na­pa­wał fakt, że przez te wszyst­kie lata nie­wie­le z nich udało się prze­trzą­snąć do­kład­nie. Roz­le­gły, po­fał­do­wa­ny teren z trze­ma od­le­gły­mi szczy­ta­mi Neo­ślę­ży, Neo­śnież­ni­ka i Neo­śnież­ki za­zdro­śnie strzegł swych ta­jem­nic.

Pierw­sza po­dróż przez ocean nie przy­nio­sła Margaret żad­nych od­kryć. Po­dob­nie druga, trze­cia i czter­dzie­sta. Dzień po dniu an­dro­id­ka skru­pu­lat­nie prze­szu­ki­wa­ła dno, ka­ta­lo­gu­jąc w pa­mię­ci ko­lej­ne z od­wie­dzo­nych par­tii grani, grzbie­tów, ko­tłów i prze­łę­czy. Tych nie­prze­szu­ka­nych miejsc zda­wa­ło się jed­nak nie uby­wać i Mar­ga­ret zdała sobie spra­wę, że to za­da­nie nie na mie­sią­ce, a na lata. Ro­zu­mia­ła też, że sta­rusz­kę trzy­ma­ła przy życiu już tylko de­ter­mi­na­cja.

A może ra­czej ob­se­sja?

Potem od­kry­ła, że po­szu­ki­wa­nia nie były je­dy­ną ob­se­sją Mał­go­rza­ty. W jed­nym z nie­licz­nych mo­men­tów sa­mot­no­ści, gdy an­dro­id­ka z za­mia­rem prze­trzą­sa­nia za­so­bów sta­cji udała się do po­ko­ju mul­ti­me­dial­ne­go, na­tknę­ła się na „Martę”. Ma­szy­na ła­do­wa­ła ogni­wa w try­bie „stand-by” ko­rzy­sta­jąc z bi­blio­tecz­ne­go portu i wy­da­wa­ło się, że igno­ru­je Mar­ga­ret, więc an­dro­id­ka po­łą­czy­ła się zdal­nie z bazą da­nych i za­czę­ła prze­glą­dać za­so­by w po­szu­ki­wa­niu za­pi­sów z daw­nych misji ba­ty­ska­fu. Za­miast tego, zna­la­zła mapę sta­rej Ziemi z od­po­wied­ni­ka­mi trzech Neo­su­dec­kich gór. Zmie­ni­ła tryb na zdję­cie sa­te­li­tar­ne i, za­sko­czo­na nie­wi­dzia­ną wcze­śniej ro­ślin­no­ścią, wy­bra­ła Ślężę i za­żą­da­ła pod­glą­du ze szczy­tu. Oszo­ło­mio­na błę­ki­tem nad głową, po­tę­gą prze­strze­ni, nieco roz­my­tym sza­ro­nie­bie­skim łań­cu­chem na ho­ry­zon­cie i pla­ma­mi zie­le­ni w od­da­li, me­cha­nicz­nie ob­ró­ci­ła się wo­ko­ło, jakby na­praw­dę po­dzi­wia­ła ob­ra­zy, które pro­gram ge­ne­ro­wał w jej umy­śle. Wtedy przez sieć sta­cji przy­pły­nę­ło do niej py­ta­nie:

Ty też bę­dziesz grze­bać nam w gło­wach?

An­dro­id­ka prze­ana­li­zo­wa­ła sy­gna­tu­rę prze­ka­zu, od­kry­wa­jąc, że wy­sła­ła go „Marta”.

Nie za­mie­rzam, od­par­ła za­sko­czo­na.

Obie­cu­jesz?

Mar­ga­ret się za­wa­ha­ła. A jeśli w ich umy­słach kryły się od­po­wie­dzi, któ­rych nie umia­ła od­na­leźć w odzie­dzi­czo­nych wspo­mnie­niach? Ostroż­niej było nic nie obie­cy­wać.

Pamię­tasz an­dro­ida, który po­pły­nął z Pio­trem? za­da­ła py­ta­nie, które jakby od­blo­ko­wa­ło coś w ob­wo­dach „Marty”, bo za­czę­ła nada­wać jak na­ję­ta:

Tak, pa­mię­tam Pio­tru­sia. Dobry chło­pak, ale nie umiał go­to­wać, gdy przy­cho­dzi­ła jego kolej, nie było co jeść. No to Kazik po­sta­no­wił, że go na­uczy. I wiesz co, Gosiu? Zła­pał bak­cy­la! Wiesz już skąd umie sma­żyć na­le­śni­ki, którymi tak cię cza­ru­je?

– Tu je­steś. – Pełen żalu głos Mał­go­rza­ty od progu spra­wił, że Mar­ga­ret czym prę­dzej prze­rwa­ła po­łą­cze­nie z „Martą” i wy­lo­go­wa­ła się z ob­ra­zu Ziemi. – Nie lubię, gdy nie mó­wisz, dokąd idziesz.

Sta­rzy lu­dzie są jak stare ro­bo­ty, po­my­śla­ła an­dro­id­ka, a gło­śno spy­ta­ła:

– A gdy­bym spró­bo­wa­ła opły­nąć Trój­kąt?

– Nie spro­wa­dzi­łam cię po to, żebyś biła re­kor­dy! – Sta­rusz­ka gniew­nie za­stu­ka­ła laską w pod­ło­gę.

– To nie tak – uspra­wie­dli­wi­ła się Mar­ga­ret. – Za­gi­nio­nych znaj­du­je się prze­cież po­dą­ża­jąc po ich śla­dach. Mogę la­ta­mi prze­trzą­sać te oko­li­ce w bez­sen­sow­nych po­szu­ki­wa­niach, albo spró­bo­wać – jak to się mówi? – wejść w skórę Pio­tra. Po­ka­żesz mi sy­mu­la­cję trasy, którą dla niego przy­go­to­wa­łaś?

Mał­go­rza­ta zer­k­nę­ła na nią z po­pło­chem, jakby wi­dzia­ła pod­opiecz­ną pierw­szy raz w życiu i an­dro­id­ka po­ję­ła, że w tym spoj­rze­niu czaił się strach. Tylko przed czym? Może przed tym, że zbyt wcze­śnie do­pro­wa­dzi po­szu­ki­wa­nia do fi­na­łu i nie bę­dzie już miała po co żyć?

A może przed tym, że pod­opiecz­na nie wróci?

*

Przed wy­pra­wą Mar­ga­ret w hali ba­ty­ska­fu ze­bra­li się wszy­scy miesz­kań­cy „Her­ma­szew­skie­go”. Stali i pa­trzy­li w mil­cze­niu, gdy scho­dzi­ła pod po­kład i nagle do­tar­ło do niej, że mimo iż tego nie pa­mię­ta­ła, za­pew­ne tak samo mu­sie­li kie­dyś że­gnać Pio­tra i jego to­wa­rzy­sza.

I że jej też nie da­wa­li wiel­kich szans.

Nie roz­trzą­sa­ła tego zbyt długo; lu­dzie za­pew­ne uzna­li­by taką pa­ra­dę przed grupą ży­wych wra­ków za zły omen, ale jed­nym z plu­sów nie­by­cia czło­wie­kiem jest to, że ma się gdzieś wszyst­kie prze­są­dy.

No, może pra­wie wszyst­kie. Spo­tka­nia z „To­ma­szem” sprzed kilku dni trud­no było nie uznać za nie­do­bry znak. Gdy Mar­ga­ret za­pu­ści­ła się na pod­lo­do­wy po­ziom sta­cji i za­mknąw­szy się w jed­nym z ar­chi­wów, prze­grze­by­wa­ła ki­lo­gra­my kości pa­mię­ci, usły­sza­ła me­ta­licz­ne czła­pa­nie i zgrzy­ty za­tar­tych za­wia­sów. Uzna­ła, że nie ona jest przy­czy­ną wi­zy­ty sta­re­go ro­bo­ta, gdy minął ar­chi­wum i kroki za­czę­ły cich­nąć. Wra­ca­ły jed­nak raz po raz, i Mar­ga­ret zro­zu­mia­ła, że au­to­mat albo jej szuka, za­pew­ne na po­le­ce­nie Mał­go­rza­ty, albo za­pę­tlił się na ja­kiejś ko­men­dzie. Głę­biej wci­snę­ła się mię­dzy re­ga­ły ar­chi­wum i wpi­na­jąc w port na nad­garst­ku ko­lej­ne kości pa­mię­ci, ska­no­wa­ła ich za­war­tość do czasu, gdy z głębi po­zio­mu do­biegł prze­raź­li­wy rumor, jakby pękł jakiś wspor­nik czy ru­nę­ła ści­na­na, albo, co gor­sza, urwa­ła się winda. An­dro­id­ka za­czę­ła na­słu­chi­wać, ale czła­pa­nie sta­re­go ro­bo­ta uci­chło. Wyj­rza­ła na ko­ry­tarz, i, pró­bu­jąc od­gad­nąć, skąd po­cho­dził hałas, ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nia.

„To­ma­sza” zna­la­zła w pu­stym doku. Wy­glą­da­ło na to, że ślepy au­to­mat z nie­spraw­ną echo­lo­ka­cją spadł do nie­uży­wa­ne­go ba­se­nu, przy­pad­kiem tra­fia­jąc w miej­sce, w któ­rym koń­czy­ła się ba­rier­ka. Mar­ga­ret ucze­pi­ła się dra­bin­ki i ze­szła na dół, na­wią­za­ła zdal­ne po­łą­cze­nie z kom­pu­te­rem ro­bo­ta i za­żą­da­ła ra­por­tu uszko­dzeń.

Muszę popły­nąć w góry, nadał nagle an­dro­id. Zabierz mnie.

Po co? ode­sła­ła py­ta­nie i za­głę­bi­ła się w dane. Uzna­ła, że bę­dzie mu­sia­ła użyć dźwi­gu, bo au­to­mat nie da rady opu­ścić doku o wła­snych si­łach.

Żeby odna­leźć „To­ma­sza”, od­po­wie­dział.

Toma­sza”? po­wtó­rzy­ła. Ty je­steś „To­ma­szem”.

Inni też byli, padła od­po­wiedź.

Inni? Wtedy przy­szło jej do głowy, by, choć­by po­bież­nie, przej­rzeć jego pa­mięć. Od­kry­ła, że za­pi­sy za­czy­na­ją się po da­cie-ha­śle do ma­ga­zy­nu z urna­mi. Ten skła­dak stał się tym, kim jest do­pie­ro po za­gi­nię­ciu Pio­tra, za­pew­ne w miej­sce in­ne­go „To­ma­sza”. Nie­ja­sne ob­ra­zy wie­lo­krot­ne­go grze­ba­nia w mó­zgach ro­bo­tów, któ­ry­mi na­kar­mi­ła ją sta­rusz­ka, za­czę­ły na­bie­rać sensu.

Po co? spy­ta­ła.

Mam lukę w pa­mię­ci. Pa­mię­tam rze­czy dawno i rze­czy póź­niej. Nie pa­mię­tam po­mię­dzy. On pa­mię­ta.

Inni… po­my­śla­ła. A może pa­mię­tał wię­cej „in­nych”?

A inni też byli Ma… – za­wa­ha­ła się. Mną?

Tego nie ma w mojej pa­mię­ci, padła od­po­wiedź.

Prze­rwa­ła po­łą­cze­nie, wy­do­sta­ła się z doku i po­de­szła do pa­ne­lu ste­ro­wa­nia ra­mie­niem dźwi­gu, któ­rym pod­no­szo­no i opusz­cza­no ba­ty­ska­fy. Ak­ty­wo­wa­ła i opu­ści­ła ramię urzą­dze­nia nad pusty dok, my­śląc, czy an­dro­idem, któ­re­go za­brał na po­kład Piotr, mógł być ten sam robot, który po­dró­żo­wał z Tom­kiem? Za­fra­po­wa­ło ją to, dla­cze­go we wspo­mnie­niach Mał­go­rza­ty w tym miej­scu była luka. Ale skła­dak nie mógł tego pa­mię­tać. Kto w takim razie?

„Kazik”, uzna­ła, gdy wró­ci­ła do doku, by pod­piąć skła­da­ka do za­cze­pów. O ile kró­lo­wa ma­rio­ne­tek za głę­bo­ko nie grze­ba­ła mu w pa­mię­ci, po­my­śla­ła, gdy robot za­wisł w po­wie­trzu. Potem ostroż­nie opu­ści­ła go na pod­ło­gę i po­wę­dro­wa­ła do ma­ga­zy­nu, w któ­rym wi­dzia­ła czę­ści sta­rych ro­bo­tów, pewna, że wie, czego szu­kać.

I że wie, jak tego użyć.

Zna­la­zła „Ka­zi­ka” w po­kła­do­wej kuch­ni; przy­go­to­wy­wał jakąś breję nie ob­cią­ża­ją­cą cho­rych jelit Mał­go­rza­ty. Uda­jąc, że myje ubru­dzo­ne sma­rem ręce, an­dro­id­ka otwo­rzy­ła łącze.

Pamię­tasz, z kim wy­pły­nął To­masz? spy­ta­ła.

Peters­son-Wolfe WXR-750, model na­uko­wy, ode­słał od­po­wiedź „Kazik”.

Nie miał imie­nia?

Do­stał. Potem.

Jakie?

To­masz”.

Mar­ga­ret ledwo po­wstrzy­ma­ła się od kla­śnię­cia w dło­nie.

Czemu po­pły­nął z Pio­trem? spy­ta­ła.

Tego nie ma w mojej pa­mię­ci, od­po­wie­dział an­dro­id i dodał nagle: Zabierz mnie do oce­anu.

Po co? spy­ta­ła.

Chcę do­koń­czyć po­dróż. Nie będę bez­u­ży­tecz­ny. Po­mo­gę ci prze­pły­nąć la­bi­rynt.

Mam sy­mu­la­cję, od­par­ła.

Nie ufaj jej. Lo­do­two­ry się zmie­niały, ostrzegł.

Tak jak twoja pa­mięć, nada­ła, a wi­dząc, że an­dro­id zdej­mu­je na­czy­nie z płyty i prze­le­wa za­war­tość do miski, do­da­ła: Ja jej to za­nio­sę.

Prze­rwa­ła po­łą­cze­nie, po­sta­wi­ła miskę na tacy, po­ło­ży­ła obok łyżkę i po­wę­dro­wa­ła do kwa­te­ry Mał­go­rza­ty. Czuła, że muszą coś sobie wy­ja­śnić.

Sta­rusz­kę za­sta­ła pod­czas to­a­le­ty. Sie­dzia­ła po­chy­lo­na, pół­na­ga, na fo­te­lu przy łóżku, a „Piotr” ob­my­wał jej plecy, przy­ci­ska­jąc de­li­kat­nie wil­got­ną gąbkę miej­sce przy miej­scu. Wi­dząc prze­raź­li­wie chude ciało, ob­le­czo­ne ob­wi­słą, jakby o roz­miar za dużą, po­marsz­czo­ną skórą, Mar­ga­ret za­sty­gła, za­sko­czo­na, z tacą w dło­niach.

– No co? – żach­nę­ła się Mał­go­rza­ta. – To się na­zy­wa sta­rość. Czego chcesz?

An­dro­id­ka po­de­szła do koi, po­sta­wi­ła tacę na po­sła­niu i usia­dła obok.

– Chcę wie­dzieć, dla­cze­go ska­so­wa­łaś pa­mięć an­dro­ido­wi, który po­pły­nął z To­ma­szem. I dla­cze­go Piotr potem za­brał go ze sobą. I dla­cze­go aku­rat tych wspo­mnień mi nie prze­ka­za­łaś.

Sta­rusz­ka ob­ró­ci­ła fotel, by le­piej wi­dzieć pod­opiecz­ną i wy­pro­sto­wa­ła się zbyt ener­gicz­nie, jak na swoje nie­do­łę­stwo, nie­mal wy­trą­ca­jąc ro­bo­to­wi z dłoni gąbkę.

– Star­czy, „Pio­trek”. – Prze­rwa­ła na mo­ment, gdy wy­cie­rał jej plecy ręcz­ni­kiem, a potem po­mógł za­ło­żyć ko­szu­lę. – Za­wsze ze­ru­ję pa­mięć an­dro­ida przed wpro­wa­dze­niem en­gra­mów czło­wie­ka. To wspo­mnie­nie aku­rat ci prze­ka­za­łam, nie uda­waj idiot­ki.

– Myślę, że to nie był je­dy­ny powód – stwier­dzi­ła Mar­ga­ret. – Mia­łaś wtedy inne au­to­ma­ty, któ­rym mo­głaś wgrać wspo­mnie­nia To­ma­sza. Czemu aku­rat on? Bo opły­nął Trój­kąt, tak?

Za­pa­dła cisza. Oby­dwie Mał­go­rza­ty mie­rzy­ły się wzro­kiem jak prze­ciw­ni­cy na ringu.

– Bo su­kin­syn pobił re­kord kosz­tem czło­wie­ka – przy­zna­ła wresz­cie sta­rusz­ka.

– Może taki otrzy­mał roz­kaz – za­uwa­ży­ła Mar­ga­ret.

– Bro­nisz go? Nie pró­buj, bo gówno wiesz!

– Gówno wiem, bo nie wgra­łaś mi tych wspo­mnień – od­gry­zła się an­dro­id­ka.

Sta­rusz­ka gniew­nie za­stu­ka­ła laską w pod­ło­gę.

– Gówno wie i jesz­cze się sta­wia! Nie tak cię pro­gra­mo­wa­łam!

– Nie­da­le­ko pada jabł­ko od ja­bło­ni. – Mar­ga­ret bez­wied­nie użyła wcze­śniej nie sły­sza­nej sen­ten­cji, po czym mach­nę­ła dło­nią. – Nie­waż­ne. Czemu Piotr go za­brał?

– Bo to był cho­ler­ny ro­man­tyk, gór­ski ide­ali­sta – prych­nę­ła po­gar­dli­wie Mał­go­rza­ta. – I miał ja­kieś chore po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści. Zupa mi przez cie­bie wy­sty­gnie!

An­dro­id­ka wsta­ła, się­gnę­ła po tacę i po­da­ła ją „Pio­tro­wi”, jed­no­cze­śnie otwie­ra­jąc łącze.

Powie­dzia­łeś mu? wy­sła­ła za­py­ta­nie.

Komu? Nie zro­zu­miał.

To­ma­szo­wi”.

O czym?

De­men­cja an­dro­ida za­czę­ła dzia­łać Mar­ga­ret na nerwy.

O tym, co mu ode­brała, nada­ła.

Tego nie ma w mojej pa­mię­ci, od­parł an­dro­id.

Ko­lej­na luka, po­my­śla­ła Mar­ga­ret, ale nie zdo­ła­ła za­py­tać o nic wię­cej. Od­sko­czy­ła od­ru­cho­wo, zanim Mał­go­rza­ta pchnę­ła ją laską.

– Ej, nie nada­wać tam za moimi ple­ca­mi! – wark­nę­ła sta­rusz­ka. – Idź już. Chcę spać.

An­dro­id­ka wy­szła bez słowa, bo­gat­sza o nowe dla niej uczu­cie: gniew.

Mimo to, przed wy­pły­nię­ciem, zanim za­mknę­ła za sobą właz, po­ma­cha­ła miesz­kań­com „Her­ma­szew­skie­go” na po­że­gna­nie.

Nie zo­ba­czy­ła już, jak Mał­go­rza­ta pod­nio­sła rękę i zro­bi­ła to samo.

*

Za­nu­rzo­na w od­wiecz­nym mroku oce­anu po­dą­ża­ła trasą, wy­zna­czo­ną lata wcze­śniej przez Pio­tra i Mał­go­rza­tę. Zdała się na śle­dze­nie ścież­ki, za­pi­sa­nej we wła­snym umy­śle, na kon­tro­lę pręd­ko­ści i głę­bo­ko­ści, na od­czy­ty z echo­lo­ka­cji, prze­sy­ła­ne bez­po­śred­nio do jej zmy­słów. Naj­mniej ufała oczom i ob­ra­zom za szybą ba­ty­ska­fu, ale nie wy­łą­czy­ła re­flek­to­rów, bez­wied­nie śle­dząc ta­niec skal­nych dro­bin w stru­gach ich świa­teł. Pły­nę­ła na głę­bo­ko­ści, na któ­rej nie po­win­na na­po­tkać żad­nych sta­łych prze­szkód, a jed­nak wie­lo­krot­nie nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że za za­się­giem lamp ciem­ność for­mu­je ścia­ny, a moc re­flek­to­rów kru­szy je, czy­niąc wyłom w nie­wi­dzial­nym.

Ciecz ota­cza­ją­ca łódź nie była zwy­kłą wodą. Za­wie­ra­ła do­dat­ki, bez któ­rych za­mar­z­ła­by na kość, zmie­nia­jąc cały księ­życ w lo­do­wą kulę. Roz­grze­wa­ły ją także siły pły­wo­we ga­zo­we­go gi­gan­ta Ti­che­go, ale nie na tyle, by uczy­nić ocean zdat­nym do życia. Z kosz­ma­rów Mał­go­rza­ty Mar­ga­ret za­pa­mię­ta­ła prze­raź­li­we zimno, które prze­nik­nę­ło­by do ba­ty­ska­fu, gdyby z ja­kie­goś po­wo­du padło za­si­la­nie. Pa­mię­ta­ła też dziw­ne, lo­do­we rzeź­by, ster­czą­ce z za­mro­żo­ne­go stro­pu ni­czym sta­lak­ty­ty, choć wie­dzia­ła, że w oko­li­cach Neo­ślę­ży ich jesz­cze nie spo­tka, tu ra­czej gro­zi­ły jej pływy, po­wo­do­wa­ne przez erup­cje krio­ko­mi­nów z dna. Wszyst­kie trzy szczy­ty Trój­ką­ta lu­dzie na­zwa­li tak ze wzglę­du na wy­so­kość, zbli­żo­ną do ziem­skich od­po­wied­ni­ków, choć od­le­gło­ści nie od­po­wia­da­ły tym na Ziemi. Neo­ślę­ża była naj­niż­sza.

Gdy umysł Mar­ga­ret prze­two­rzył dane z echo­lo­ka­cji na obraz mi­ja­ne­go wła­śnie, ła­god­ne­go zbo­cza i pła­skie­go szczy­tu i od­ha­czył zwią­za­ny z nim punkt kon­tro­l­ny sy­mu­la­cji, sprzę­że­nie mózgu an­dro­id­ki z kom­pu­te­rem po­kła­do­wym pchnę­ło ba­ty­skaf w stro­nę nie­wi­docz­ne­go Neo­śnież­ni­ka. Osią­gnię­cie dru­gie­go szczy­tu, o ponad po­ło­wę wyż­sze­go od Neo­ślę­ży, wy­ma­ga­ło stop­nio­wej re­duk­cji głę­bo­ko­ści. Pręd­kość zma­la­ła bar­dziej, niż za­kła­da­ła to sy­mu­la­cja i Mar­ga­ret z cie­ka­wo­ści spraw­dzi­ła stan za­pa­su po­wie­trza: sys­tem pro­gno­zo­wał pię­cio­pro­cen­to­we praw­do­po­do­bień­stwo wy­czer­pa­nia go przed koń­cem po­dró­ży. Mało ją to obe­szło, a jed­no­cze­śnie za­fra­po­wa­ło, co w tej sy­tu­acji po­sta­no­wił­by czło­wiek. W końcu uzna­ła, że nie prze­rwał­by misji. Jesz­cze nie.

Im bar­dziej się wzno­si­ła, tym wię­cej lśnią­cych, za­mar­z­nię­tych dro­bin wi­ro­wa­ło przed ba­ty­ska­fem. Pręd­kość spa­da­ła coraz bar­dziej, sy­mu­la­cyj­ny pro­cent wy­czer­pa­nia za­pa­su po­wie­trza rósł nie­ubła­ga­nie, i gdy osią­gnę­ła punkt kon­tro­l­ny Neo­śnież­ni­ka, wy­no­sił już dzie­sięć pro­cent. Dal­sza droga ozna­cza­ła ko­lej­ne wzno­sze­nie ku od­le­głej Neo­śnież­ce, nie tak stro­me, ale zwią­za­ne z omi­ja­niem gi­gan­tycz­nych lo­do­two­rów.

Wkrót­ce echo­lo­ka­cja fak­tycz­nie za­czę­ła ostrze­gać ją przed na­wi­sa­mi z lo­do­wej po­kry­wy księ­ży­ca. An­dro­id­ka mo­ni­to­ro­wa­ła cią­gle ma­le­ją­cy dy­stans do nich, aż w końcu po­tęż­ne bryły o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach po­ja­wi­ły się w za­się­gu wzro­ku. Nie mi­nę­ła nawet go­dzi­na, a Mar­ga­ret mu­sia­ła ma­new­ro­wać ło­dzią, by omi­jać twory, przy­po­mi­na­ją­ce odwrócone szczy­ty. Prze­mknę­ło ko­lej­ne dwie i pół umow­nej go­dzi­ny i ba­ty­skaf zna­lazł się między lodowym stropem a skalnym dnem, błą­dząc w nim jak w la­bi­ryn­cie i nik­nąc w jego ko­ry­ta­rzach jak lo­do­we dro­bi­ny w ciem­no­ści. To wy­ma­ga­ło nie­ustan­nej czuj­no­ści, zwłasz­cza w mo­men­cie, gdy oby­dwa łań­cu­chy za­czę­ły zbli­żać się do sie­bie, a wloty do wnęk i szcze­lin w mon­stru­al­nych, od­wró­co­nych pi­ra­mi­dach można było wziąć za puste prze­strze­nie i wpły­wa­jąc do nich, uszko­dzić ba­ty­skaf. Tak jak ostrze­gał „Kazik” sy­mu­la­cji nie mogła do końca za­ufać. Lo­do­two­ry zmie­nia­ły się też szyb­ciej niż skały i mię­dzy ścież­kę a rze­czy­wi­stość za­czę­ły wkra­dać się róż­ni­ce. Sa­mot­ne „ostań­ce”: wolne, dry­fu­ją­ce bryły lo­do­we, czę­sto o wiele więk­sze od jej ma­szy­ny, zja­wia­ły się na dro­dze Mar­ga­ret bez żad­ne­go ostrze­że­nia.

Pręd­kość zma­la­ła tak znacz­nie, że pro­cent nie­po­wo­dze­nia misji wzrósł nagle do pięć­dzie­się­ciu, ale Mar­ga­ret parła dalej. Tu już nawet nie cho­dzi­ło o Pio­tra i jego an­dro­ida, a o widok, który tak nie­wie­lu wi­dzia­ło przed nią. O dwa z na­wi­sów, na stałe zro­śnię­tych ze sto­ka­mi Neo­śnież­ki.

Od­na­la­zła je, prze­pły­nę­ła przez igiel­ne ucho, utwo­rzo­ne przez lo­do­two­ry nad gra­nią, pro­wa­dzą­cą do szczy­tu i za­pa­dła się w ko­ry­ta­rzach la­bi­ryn­tu, szu­ka­jąc szlaku w dół, ku Neo­ślę­ży. Gdy prze­strzeń mię­dzy oboma łań­cu­cha­mi za­czę­ła się roz­sze­rzać, pręd­kość ba­ty­ska­fu na chwi­lę nie­znacz­nie wzro­sła, by znowu spaść, bo na dro­dze Mar­ga­ret znowu wy­ro­iły się „ostań­ce”. Sy­mu­la­cja jak zwy­kle ich nie uwzględ­nia­ła; we­dług mapy, w tym miej­scu Mar­ga­ret miała na­po­tkać ostat­ni po­tęż­ny lo­do­twór. Pro­cent sza­co­wa­ne­go nie­po­wo­dze­nia misji wzrósł do sześć­dzie­się­ciu.

Po­szy­bo­wał do stu, gdy Mar­ga­ret zwol­ni­ła pra­wie do zera, utrzy­mu­jąc sil­nik na ja­ło­wych ob­ro­tach, za­in­try­go­wa­na przez pik pro­mie­nio­wa­nia nad mi­ja­ną bryłą. Czło­wiek mógł­by to prze­oczyć, ale jej zmy­sły, zin­te­gro­wa­ne z czuj­ni­ka­mi stat­ku, wy­chwy­ci­ły go w lot. Pod­pły­nę­ła tak bli­sko, jak tylko się dało, by od­kryć frag­ment ja­kie­goś urzą­dze­nia za­klesz­czo­ny w spę­ka­niach lodowej wyspy. Uru­cho­mi­ła wy­szu­ki­wa­nie w sprzę­żo­nej pa­mię­ci i kom­pu­ter po­kła­do­wy szyb­ko pod­po­wie­dział, na co pa­trzy­ła.

Na za­trzy­ma­ną w cza­sie, tylną część ka­dłu­ba sondy SOS.

Piotr i „To­masz” mu­sie­li tu do­trzeć. Czy ich ba­ty­skaf roz­trza­ska­ły bloki cie­lą­ce­go się lo­dow­ca? Mar­ga­ret wy­wo­ła­ła z pa­mię­ci ob­ra­zy te­re­nu, roz­cią­ga­ją­ce­go się po­ni­żej. Krą­ży­ła tu wcze­śniej, ale nic nie zna­la­zła. Wy­sy­ła­ła sondy prze­szu­ku­ją­ce dno; wra­ca­ły z ni­czym. Teraz uwol­ni­ła je po­now­nie i na­sta­wi­ła się na od­biór ich od­czy­tów. Trzy „me­du­zy”, nie­wiel­kie pły­wa­ją­ce czuj­ki o ogra­ni­czo­nym za­się­gu roz­pro­szy­ły się w mroku mię­dzy podwodnymi wyspami. Sta­tek po­wo­li po­pły­nął za nimi.

Pro­centy po­szy­bo­wa­ły jak sza­lo­ne. Spraw­dzi­ła, ile to czasu do wy­czer­pa­nia za­pa­su tlenu: czte­ry go­dzi­ny.

Czas prze­stać od­dy­chać.

Wy­su­nę­ła prze­wód-łącznik z pa­ne­lu i wcze­pi­ła go za ucho. Prze­sta­wi­ła swój me­ta­bo­lizm na za­si­la­nie z ogniw stat­ku. Za­mknę­ła oczy, wy­łą­czy­ła re­flek­to­ry i zbęd­ne sys­te­my. Stała się ba­ty­ska­fem, ser­cem ato­mo­we­go po­two­ra.

Nie spo­dzie­wa­ła się, że każde ude­rze­nie czy otar­cie lo­do­wej bryły o po­szy­cie bę­dzie spra­wiać jej fi­zycz­ny ból, a każdy spa­dek mocy sil­ni­ków od­czu­je jak spazm. Że za­cznie li­czyć czas jako in­ter­wa­ły mię­dzy ko­lej­ny­mi por­cja­mi cier­pie­nia. I że, pa­ra­dok­sal­nie, bę­dzie coraz mniej czuła się „czło­wie­kiem”. Czy to samo czuł Pe­ters­son-Wolfe WXR-750, który potem stał się „To­ma­szem”? Ten, który do­stał za­da­nie: opły­nąć Trój­kąt. Za wszel­ką cenę. Jej wy­zna­czo­no inne za­da­nie. Sama wy­zna­czy­ła sobie inne: od­na­leźć go. Za wszel­ką cenę.

Jeden pik. Nie, fał­szy­wy alarm. Nie po­wtó­rzył się już.

Znowu pik. Słaby, na­tu­ral­na pro­mie­nio­twór­czość.

Potem długo nic.

Dłu­gie serie ude­rzeń, bi­czu­ją­cych ciało sprzę­żo­ne z ma­szy­ną.

Prze­rwa na ła­do­wa­nie „meduz”.

Kilka fał­szy­wych na­dziei.

Ła­do­wa­nie „meduz” i lo­do­we dro­bi­ny obi­ja­ją­ce się o po­szy­cie jak igły.

Uciec. Prze­rwać, od­po­cząć.

Nie!

Znowu garść nie­przy­dat­nych od­czy­tów.

Ła­do­wa­nie „meduz”.

Nic. Nic. Nic.

Stra­ta jed­nej czuj­ki. Sil­ni­ki stop! Ból, jakby coś szar­pa­ło trze­wia. Chwi­lo­we za­mro­cze­nie, ośle­pie­nie, odłą­cze­nie.

Ła­do­wa­nie po­zo­sta­łych.

Nic. W bazie pew­nie spi­sa­li ją na stra­ty.

Aż wresz­cie pik pro­mie­nio­wa­nia, silny, wy­raź­ny. Wola Mar­ga­ret po­pchnę­ła sta­tek w jego kie­run­ku. Unie­sie­nie po­wiek ak­ty­wo­wa­ło re­flek­to­ry: świa­tła od­bi­ły się szcząt­ko­wym ry­ko­sze­tem od po­gnie­cio­nej burty „Pły­wa­ka-2”, wci­śnię­tego w pio­nie w lo­do­wą wnękę, jakby wpra­so­wa­nego ude­rze­niem o sie­bie dwóch „ostań­ców”. Nie­sio­ny po­wol­nym dry­fem blok od­pły­wał w nie­byt wraz ze swoim ma­ka­brycz­nym tro­feum. Mar­ga­ret ozna­czy­ła go i za­mknę­ła oczy. Pchnę­ła „Pły­wa­ka-3” w drogę do bazy. To nie był dobry czas na po­dą­ża­nie ku Neo­ślę­ży. Pal licho ludz­kie re­kor­dy!

Czuła, że opły­nę­ła wła­sny Trój­kąt.

Koniec

Komentarze

„Pływak–3”

 

„stand–by”

łącznik zamiast półpauzy

 

zakleszczony w spękaniach „ostańca.

 

 

Przeczytałam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

 

Przeczytałem :)

SF mnie ściągnęło, a że sierotka nie ma jeszcze żadnego komentarza (poza jurorskimi meldunkami), to napocznę.

Pobrzmiewają mi echa inspiracji Lemem, czuję powiew “Solaris” (btw. ładne wykorzystanie nowoodkrytej planety), “Terminusa”, troszkę “Odruchu warunkowego” i pewnie czegoś jeszcze. Nie jest to absolutnie zarzut, bo opowiadanie idzie w swoją stronę.

Początek trochę wydał mi się przeładowany – imo lepiej byłoby rozpocząć z chwilą podłączenia Margaret do “prądu”, albo jeszcze lepiej – opisem koszmaru tonięcia, żeby czytelnika ‘wessać’ i wrzucić od razu w akcję. A zaoszczędzone znaki przeznaczyć na opisanie wiarygodnego motywu, który pchnął trójkę ludzi do efektownego samobójstwa. Tego mi zabrakło – dlaczego, mimo ryzyka, chcieli koniecznie opłynąć te szczyty (i dlaczego Małgorzata nie).

Podoba mi się wykreowany świat, podobały mi się podwodne opisy – poza dwoma zgrzytnięciami:

"Ciecz otaczająca łódź nie była zwykłą wodą. Zawierała dodatki, bez których zamarzłaby na kość" – woda z "dodatkami" to nadal woda.Lepiej było użyć 'roztwór', 'mieszanina', 'rozpuszczone w wodzie sole (czy coś innego)', no i woda zamarza w 0 stopni pod ciśnieniem 1 ziemskiej atmosfery. Przy innym ciśnieniu temperatura zamarzania wody też się zmieni.

" bloki cielącego się lodowca" – naprawdę się cielił? Chyba miało tu być coś innego.

Spodobała mi się też końcówka, połączenie Margaret ze statkiem i zignorowanie “misji”.

Klik się, imo, należy.

 

PS. Ale tytuł słaby :P

"Cielenie się lodowca" to termin naukowy. Chyba miało być tak, jak jest. Choć lodowce cielą się przy powierzchni wody na kontakcie lodowiec/otwarty akwen, czy pod wodą to już kwestia do dyskusji.

A, to przepraszam i wycofuję uwagę, człowiek się uczy całe życie :)

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość

Podobało mi się. Ciekawe wykorzystanie konkursowych tematów w konwencji SF, w której w oczywisty sposób pobrzmiewają inspiracje Lemem (i ładne wykorzystanie niedawnego nadania obiektom astronomicznym Lemowskich nazw). Efektowna i wiarygodna kreacja obu bohaterek, Małgorzaty i Margaret. Stylistycznie dobre, zatrzymały mnie tylko ostańce – nie wiem, czy jest sens wrzucać je w cudzysłów, ja wiem, że to termin techniczny, tu użyty nieco metaforycznie, ale w zasadzie czemu by go nie poszerzyć.

Jest parę drobnych błędów interpunkcyjnych, brakujących przecinków (”Czasy, kiedy należał do nowoczesnych modeli[,] dawno minęły”), gdzieniegdzie coś nie działa z zapisem dialogów. Ale po poprawieniu tych niedoróbek kliknę Bibliotekę z przyjemnością.

Mnie też się podobało. Miałeś, Anonimie, fajny pomysł z przeniesieniem sudeckich gór na inną planetę. Dało Ci to sporo nowych możliwości, które dobrze wykorzystałeś. Bardzo mi się podoba podwodny świat. Dobrze nakreśliłeś relacje między Małgorzatą a Margaret. Trochę mi brakuje w zakończeniu Małgorzaty. Chętnie dowiedziałabym się, jak przyjęła odkrycie androidki i czy przyniosło jej ono wreszcie spokój. Ale rozumiem, że limit ;)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Fajny pomysł z przeniesieniem miejsca akcji i aluzjami do polskiego odpowiednika. Do tego całość okraszasz tajemnicą kasowań pamięci i obsesji Małgorzaty. Podoba mi się ich konfrontowanie – obie mają niby te same wspomnienia, ale de facto patrzą na nie z zupełnie różnej strony.

Technicznie nic nie przeszkadzało czytać, choć to tu, tot am coś zachrobotało.

Otwarte zakończenie na swój sposób pasuje, choć nie powiem, oczekiwałem kapkę więcej ;)

Jak dal mnie bardzo dobry koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Bardzo dobry tekst. Przeniesienie Trójkąta na inną planetą, zaowocowało podejściem do tematu z innej, w moim odczuciu oryginalnej i w pewnym sensie ciekawszej strony. 

Warsztat, fabuła, bohaterowie też na plus, więc oczywiście klikam bibliotekę :)

Anonim pięknie dziękuje wszystkim Bibliotekarzom, dzięki którym opko trafiło do Biblioteki :)

http://silmaris.pl/

Ktoś zasugerował, że to może być moje opowiadanie, więc rozwiewam wątpliwości ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

A kto to Przyszedł? Pan maruda Niszczyciel dobrej zabawy ;P 

Ja nie użyłbym nazwy “androidka” ;P

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy Ty chcesz wezwać Naz do dyskusji pod tym wątkiem? ;P 

 

Edit: poniekąd wątek emancypacji androida-kobiety by mógł być jej…

Nie spodziewałam się wymaganego trójkąta na innej planecie, ale muszę przyznać, że pomysł nader mi się spodobał, zwłaszcza opisy podwodnych wypraw Margaret. Jednocześnie chcę wyznać, że nie bardzo wiem, co kazało kolegom Małgorzaty mierzyć się z próbą opłynięcia podwodnych gór – czy to rodzaj sportu, jakiegoś współzawodnictwa? Dlaczego nie towarzyszyła im Małgorzata i dlaczego tak usilnie dąży teraz do odnalezienia Piotra?

Chyba powinnam mieć żal do siebie, że nie wszystko zrozumiałam, skutkiem czego lektura – choć opowiadanie czytało się naprawdę nieźle – nie przyniosła spodziewanej satysfakcji.

 

– Zimno! – Jęk wy­bu­dzo­ne­go an­dro­ida wy­rwał Mał­go­rza­tę z kosz­ma­ru. ―> – Zimno! – jęk wy­bu­dzo­ne­go an­dro­ida wy­rwał Mał­go­rza­tę z kosz­ma­ru.

 

po­ło­ży­ły na nim łapy jego dzie­ci i cięż­ko wy­dę­bić od nich choć parę gro­szy. ―> …po­ło­ży­ły na nim łapy jego dzie­ci i trudno wy­dę­bić od nich choć parę gro­szy.

 

W końcu były to mi­gaw­ki z cu­dze­go życia, a i to nie było pewne… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pierw­szą po­dróż przez ocean Mar­ga­ret nie przy­nio­sła żad­nych od­kryć. ―> Czy tu aby nie miało być: Pierw­sza po­dróż Margaret przez ocean nie przy­nio­sła żad­nych od­kryć.

 

Pamię­tasz an­dro­ida, który po­pły­nął z Pio­trem?, za­da­ła py­ta­nie… ―> Po pytajniku nie stawia się przecinka. Ten błąd pojawia się wielokrotnie:

Po co?, ode­sła­ła py­ta­nie

Toma­sza”?, po­wtó­rzy­ła.

Toma­sza”?, po­wtó­rzy­ła.

Pamię­tasz, z kim wy­pły­nął To­masz?, spy­ta­ła.

Czemu po­pły­nął z Pio­trem?, spy­ta­ła.

Po co?, spy­ta­ła.

Powie­dzia­łeś mu?, wy­sła­ła za­py­ta­nie.

Komu?, nie zro­zu­miał.

 

Inni…, po­my­śla­ła. ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Wiesz już skąd umie piec na­le­śni­ki―> Naleśników nie piecze się, naleśniki się smaży.

 

Od­kry­ła, że za­pi­sy za­czy­na­ją się po dacie–haśle do ma­ga­zy­nu z urna­mi. ―> Od­kry­ła, że za­pi­sy za­czy­na­ją się po dacie-haśle do ma­ga­zy­nu z urna­mi.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

jej zmy­sły, zin­te­gro­wa­ne z czuj­ni­ka­mi stat­ku, wy­chwy­ci­ły go lot. ―> Pewnie miało być: …wy­chwy­ci­ły go w lot.

 

Potem długo nic.

Dłu­gie serie ude­rzeń… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marasie, a jakbyś napisał o żeńskiej formie androida? Android?

Opowiadanie mi się podobało. Bohaterowie z charakterem, ta z krwi i kości i te niekoniecznie. Pomysł przeniesienia Trójkąta Sudeckiego w kosmos ciekawy, podobnie jak tej dla mnie niezrozumiałej górskiej gorączki, która ludzi w nie pcha wbrew rozsądkowi.

Androidówna? Androidzina? Androitywka?

Android to maszyna o nazwie android. O cechach zewnętrznych żeńskich lub męskich. Ale wciąż maszyna. Tak jak lalka to lalka. Dla mnie Ken jest lalką a nie lalkiem.

I żeby było jasne. Uważam że formy takie jak posłanka, sędzina czy biolożka itd. są jak najbardziej w porządku i nie mam z nimi problemu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ok. Rozumiem.

Anonimie, Twoje opowiadanie zostało nominowane do piórka. Zgodnie z wymaganiami konkursu, pozostań anonimem do czasu ogłoszenia wyników (jeszcze kilka dni). Aby zachować jednocześnie szansę na piórko, ujawnij swoją tożsamość przed 15 lutego.

Marasie, a jakbyś napisał o żeńskiej formie androida? Android?

Gynoid.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Anonimie, Twoje opowiadanie zostało nominowane do piórka.

Cytując klasyka:

 

Po cóż tyle fatygi… Dziękuję uprzejmie!

 

;-)

 

A poważnie, dziękuję pięknie i cieszę się, że tekst się podoba.

 

Zaś w temacie emancypacji, inny cytat z klasyka:

 

Mówił mi jeden kuzyn, co to w Ameryce był… Znaczy jak mógł mówić, bo on się tam w tej Ameryce przez pomyłkę na kacu kwasu solnego napił… Więc jak mógł mówić, to mi opowiedział, że ichni konstruktor też wymyślił takiego robota-kobitę. Podobno była jak żywa! Ale jednego nie przewidział. Otóż jak tę pudernicę udaną w miasto puścił, to po jakimś czasie ona z brzuchem wróciła. I nawet się wyskrobać nie dała, bo powiada że jest praktykująca.

http://silmaris.pl/

Staruch tu był!

(acz Bella przeszkadzała w lekturze :P )

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Skoro już można, podziękuję wszystkim, jurorom za głosy, komentatorom za opinie, bibliotekarzom za kliki. Bardzo się cieszę, że tym kilku znaczącym dla sprawy osobom się spodobało – bo zastanawiałam się po napisaniu, czy w ogóle je dodawać, teraz widzę, że nie jest takie znowu najgorsze. Zapewne teraz ujawnią się ci, którym opko się nie podobało – za ich opinie też będę wdzięczna, i oczywiście wszystkie zarzuty wezmę pod uwagę.

Co do wątpliwości “czemu nie jest wyjaśnione czemu tamci popłynęli, a Małgośka nie”, mogę odpowiedzieć tylko tyle, że będąc osobą która gór nie znosi (przepraszam jurorów, ale tak mam i już), i której żadnym kijem by w góry nie wygonił, przyjmuję to za zupełnie naturalne, że jedni w góry lubią chodzić, a inni nie i do głowy mi nie przyszło, że padną takie pytania.

Dziękuję :)

http://silmaris.pl/

mogę odpowiedzieć tylko tyle, że będąc osobą która gór nie znosi (przepraszam jurorów, ale tak mam i już), i której żadnym kijem by w góry nie wygoni

 

:D :D :D

Postoję z tobą na dole, Marianno ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Racja! Na dole też jest przyjemnie, a nad morzem to już raj. A w ogóle, zróbcie kiedyś konkurs o morzu ;)

http://silmaris.pl/

:D :D :D

Ja gór również nie cierpię…

 

<co ja tu właściwie robiłem??>

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Co ci ten Chrościsko obiecał, żeby cię namówić na konkurs? ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Tajemnica. Gdybym powiedział, jeden z nas musiałby zginąć. A najlepiej obaj ;)

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Szkoda by było takich zacnych jurorów :)

 

A przy okazji Kam_mod, czy mogę sobie wkleić Twój wierszyk w pole “od autora”?

http://silmaris.pl/

Oczywiście, będę zaszczycona :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki!

Pierwszy raz ktoś napisał wiersz o moim tekście :)

http://silmaris.pl/

Nic tylko brać udział w forumowych konkursach za takie nagrody :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Fabuła:

Tytuł mógłby być lepszy. Nic nie mówi, na nic nie wskazuje, bez znajomości tekstu są to puste słowa.

Góry i ocean w jednym? Ktoś tu chciał się mi podlizać? I bardzo dobrze :), wszystkie chwyty dozwolone.

 

Bardzo ciekawe opowiadanie, czytałem z zapartym tchem. Jest podwodny świat, tajemnica, dramat, rywalizacja, a w tle echo ziemskich przygód. Pod względem atrakcyjności świata przedstawionego jest to jedno z lepszych opowiadań w konkursie.

Dużo miejsca też poświęcasz Małgorzacie, choć nie ukrywam, że nie do końca potrafiłem zrozumieć jej pobudki. O ile początkowo tekst zapowiadał tajemniczy wypadek, spisek lub cokolwiek, co należało ukryć, a później te przypuszczenia były podsycane przez manipulacje w umysłach androidów, to zakończenie wybrzmiało nad wyraz mizernie. Albo go nie zrozumiałem. Bo z tego co zrozumiałem, to nie było tam żadnych spisków, ani niczego co należałoby ukryć, poza brawurą Piotra, który ryzykował coraz bardziej, pomimo że powinien zawrócić.

Pokazuje to bezsens tej pierwotnej misji w obliczu logiki, a jednocześnie ułomność ludzkiej natury. Przypomina ziemskich himalaistów, którzy decyzję o zawróceniu podjęli o kilka chwil zbyt późno i zostali w górach na zawsze.

Czy taki miał być przekaz?

 

Styl i język:

Wykonanie, pomimo pewnych potknięć w końcówce, trzyma wysoki poziom, taki zahaczający o piórko. Poniżej kilka uwag.

 

Margaret musiała manewrować łodzią, by omijać twory, przypominające szczyty gór, zawieszonych do góry nogami (niezbyt fortunne określenie dla czegoś, co nie posiada nóg, a do tego powtórzenie)

Przemknęło kolejne dwie i pół umownej godziny i batyskaf znalazł się jakby w odwróconym masywie górskim, (znów nie brzmi za dobrze, i kolejne powtórzenie)

 

Sugeruje coś w tym stylu: „Batyskaf znalazł się pomiędzy dwiema poszarpanymi powierzchniami, lodowym stropem i skalnym dnem, łączącymi się stopniowo w jeden masyw/twór/labirynt.” NB. Iście jak Błędne Skały i Szczeliniec w połowie drogi między Śnieżką a Śnieżnikiem ????

 

Tu już nawet nie chodziło o Piotra i jego androida, a o widok, który tak niewielu widziało przed nią, a o dwa z nawisów, na stałe zrośniętych ze stokami Neośnieżki. (Coś tu poszło nie tak w tym zdaniu).

 

Odnalazła je, przepłynęła przez igielne ucho, utworzone przez lodotwory nad granią, prowadzącą do szczytu i znów zapadła się w korytarzach labiryntu, szukając drogi w dół, ku Neoślęży. Gdy przestrzeń między oboma łańcuchami zaczęła się rozszerzać, prędkość batyskafu na chwilę nieznacznie wzrosła, by znowu spaść, bo na drodze Margaret znowu wyroiły się „ostańce”. (To zdanie też przydałoby się wypolerować).

 

Szkoda, że tak czas gonił, bo pierwsza część wymuskana, wręcz perfekcyjna, a im dalej, tym coraz więcej chropowatości. Choć rozumiem, że opisy podmorskich głębin to nie jest łatwa rzecz.

 

zaintrygowana przez pik promieniowania radioaktywnego na mijanej bryle. (Promieniotwórczość i radioaktywność to synonimy, więc niezbyt fortunne wyrażenie, choć zdaję sobie sprawę, że w mowie potocznej często używane. Do tego pik był raczej „nad mijaną bryłą”, bo przecież batyskaf przepływał obok, więc dokonywał pomiaru zdalnie, a nie in situ).

 

Często używasz słowa ostaniec. Przydałby się czasem jakiś synonim. Może podwodna wyspa/wierzchołek/skała/głaz?

 

Tematyka:

Tekst spełnia wymogi konkursowe. Odniosłem nawet wrażenie, że dość dosłownie została potraktowana moja sugestia z wątku konkursowego.

 

Potencjał motywacyjny i efekt wzruszenia:

Tu niestety mogłoby być lepiej. Sfera emocjonalna tekstu jest problematyczna. Małgorzatę poznajemy co prawda dość dobrze, ale do końca nie wiemy, jakie były jej pobudki i o co jej chodziło. W drugiej części tekstu narracja jest już pisana z punktu widzenia androida, a tu Małgorzata wypada na zołzę i manipulantkę. Dochodzi więc do sytuacji, że z dwóch osób, wokół których można by gromadzić ładunek emocjonalny, jednej czytelnik nie ufa, a druga zaś jest działającą racjonalnie maszyną. Ciężko budować wzruszenie z takimi zasobami, i choć cała otoczka sprzyja, to ostatecznie tekst stoi bardziej na światotwórstwie i podwodnych przygodach, niż na emocjach.

 

Moja punktacja konkursowa: Top10 (4.1)

Ocena portalowa: 5.15/6 (nominacja piórkowa)

No, tego się nie spodziewałam, choć Chrościsko explicite pozwalał. Ale zdecydowanie jest co czytać: staroszkolne opowiadanie a'la James Tiptree Jr., napisane właśnie takim, jak u Tiptreego stylem, wciągające i psychologicznie wiarygodne. Siedziałam w tym batyskafie. Coś tu jest nie tak ze strukturą, ale nie bardzo potrafię określić, co dokładnie – może chodzi o to, że Margaret nie tyle się zmienia, co dopiero staje sobą? Nie zwalcza w sobie niczego, tylko dopiero się rodzi? Mam też jakiś niedookreślony niedosyt w końcówce.

 

Jeśli masz ochotę poczytać moje złośliwości, proszę o adres na priv.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Ciekawe podejście, bardzo udane opowiadanie. Trochę obawiałem się, że jeśli ktoś sięgnie po akcję w kosmosie, to mocno odbije od motywu górskiego, ale tutaj, choć jest balansowanie na granicy, to granicy w moim subiektywnym odczuciu nie przekracza. Tak więc duży plus za udane kombinowanie w tym zakresie.

 

Treść? Bardzo udana. Jest i kombinowanie z Lemem i kombinowanie z androidami bardziej ludzkimi od ludzi. Nie wiem na ile mocno to ostatnie zamierzone, ale jest. Zresztą… Tekst nie ma nic z Blade Runnera, a jednak widać, że Anonim zdecydowanie Blade Runnera oglądał (tak, wiem, że to stwierdzenie może dziwić).

 

No właśnie, to ludzkie odczuwanie androidów, ich lęki (np. przed grzebaniem w pamięci), ich ambicje (widać u Margaret). Niby Małgorzata w początkowej części opowiadania jest główną bohaterką, a jednak bardzo szybko zaczyna się jako główną bohaterkę odbierać Margaret – i to jeszcze zanim fabularnie punkt ciężkości przejdzie na nią. W ogóle dość charakterystyczne, że wszystkie inne androidy mają imiona polskie i w cudzysłowie, a jedna Margaret niby dla poczucia odrębności z punktu widzenia Małgorzaty ma imię po angielsku, ale… jakby Małgorzata miała jednak opory przed „cudzysłowiem” dla swojego odpowiednika. Czy Anonim powie, czy ta podwójna różnica względem innych imion była celowa nie tylko na poziomie niemylenia czytelników? :-) Choć nawet jeśli tylko ten poziom, to i tak efektem ubocznym uzyskano tu więcej.

 

Ogólnie dużo tu klimatyczności, tekst mocno działa na wyobraźnię. Są pewne nieścisłości, np. to, że całość wygląda tak, jakby misja badała tylko bezpośrednią okolicę (a co z sondami autonomicznymi płynącymi dalej?), ale to akurat bardzo łatwe do wytłumaczenia (że zwyczajnie nie ma to znaczenia dla fabuły, a sama fabuła nie neguje istnienia czegoś oprócz elementów opisanych).

 

Podoba mi się to „uczłowieczenie” androida, a jednocześnie wcale nie taka identyczność z ludzkim wyobrażeniem „uczłowieczenia”. Androidka myśli, ma cele, zdaje się mieć coś w rodzaju emocji, a jednak różnice też są znaczące. Końcowe "Pal licho ludzkie rekordy" jest tu naprawdę dobitne i zastanawiam się czy tekst nie wyszedłby bardziej dosadnie, gdyby przesunąć to zdanie dalej, być może nawet na sam koniec (choć wymagałoby to jeszcze kilku przesunięć i modyfikacji, żeby zawrzeć te same myśli z finału i nie wyciąć niczego z obecnie tam istniejących).

 

Ciekawe jest to ignorowanie „samodzielności” emocji androidów przez Małgorzatę. Niby można powiedzieć, że widocznie to cecha „najnowszych” modeli, ale słowotok „Marty” jednak rozbija ten trop – nawet jeśli logicznie analizując tekst mogłoby to być jedynie nagłe odtworzenie zapisów z pamięci androidki.

 

Nawiązania do Lema i do polskiej astronautyki też łade.

 

Subiektywnie: bardzo udany tekst. Jeden z dwóch moich „ulubionych” z tego zbioru.

 

Natomiast w kontekście konkursowym mam pewien problem. Góry jak napisałem blisko krawędzi, ale się mieszczą w tematyce. Trochę gorzej z kryterium motywacyjnym/heroicznym. Jest ono obecne (szukanie własnych celów), ale nie aż tak mocno. Wydaje mi się jednak, że tkwi ono głównie we fragmencie, w którym androidka zespala się z batyskafem i pada wzmianka o tym, że zacznie mniej czuć się jak człowiek. Niby chłodno, niby kalkulując, ale ten fragment tekstu brzmi jak lekka obawa, którą bohaterka próbuje – jakkolwiek by to nie brzmiało w przypadku androidki – zracjonalizować. Nie wiem czy taki bł cel w tym fragmencie, ale tak go czytam. Niestety to poczucie, że „odrobinę za mało” blokuje mi tu przyznanie maksymalnej liczby punktów, ale jednoczesnie jest na tyle wyraźne, że ocena tego opowiadania powinna być wysoka.

 

Choć jak wspomniałem, niezależnie od konkursu, subiektywnie tekst cholernie dobry.

 

 

 

"a i to nie było pewne, że wszystkie"

– trochę dziwnie brzmi.

 

"ilość zabieranych pojemników"

– liczba.

 

"pod okiem nieodstępującej jej prawie ani na krok"

– do przeredagowania.

 

"Pierwszą podróż przez ocean Margaret nie przyniosła żadnych odkryć."

– do przeredagowania. Zdanie poprawne, ale jest chwila dezorientacji czy to "ocean Margaret", chyba lepiej by zabrzmiało "(…) nie przyniosła Margaret (…)".

 

"Tych nieprzeszukanych zdawało się jednak nie ubywać"

– androidowi?

 

"a o widok, który tak niewielu widziało przed nią, a o dwa z nawisów"

– to podwójne "a o" do poprawy.

 

Sposób pisania cudzysłowiów pod koniec się rozjechał. Najpierw były „takie”, a później “takie”.

 

 

Zostałem ubiegnięty z nominacją do piórka, ale planowałem takową złożyć. Tak wiec wychodzi na to, że będę głosować na TAK.

Chrościsko,

 

tytuł mogę zmienić, o ile regulamin konkursowy pozwala. Pierwotnie tekst miał nosić tytuł „Luka w pamięci”, ale jakoś mi w końcu słabo pasował do fabuły, a na inny jakoś nie mam pomysłu. W każdym razie pożenienie gór z morzem wynikło nie z chęci podlizania się, ale z tego, że piszę właśnie inny tekst, dziejący się w głębinach księżyca „europopodobnego”, i w sumie pomyślałam, że czemu na tam nie być podwodnych gór. No i są, proszę bardzo :)

 

Finał bardzo dobrze zrozumiałeś. Tu od razu proszę Cię o wyrozumiałość i zaznaczam, że nie chcę w żadnym wypadku obrazić ani Ciebie, ani żadnego wielbiciela gór, będzie to tylko mój subiektywny punkt widzenia, po prostu są na tym świecie ludzie tacy jak ja, którzy gór nie rozumieją i do nich te góry nie przemawiają. Tak, napomknienie o himalaizmie to dobry trop. Dla mnie osobiście, ryzykowanie życiem przez himalaistów nie ma nic z heroizmu i ogólnie, pchanie się w góry wbrew rozsądkowi, czyli to, o czym pisała Ocha, jest rzeczą trudną do pojęcia. Natomiast heroizmem dla mnie jak najbardziej jest postawa ratowników. Innymi słowy, mogli siedzieć z dziećmi przy kominku, w szpitalu przy chorej żonie czy cokolwiek innego, a ruszają, nawet wbrew sobie, żeby kogoś wyciągnąć z kabały, chociaż sami mogą nie wrócić. Tak, dla mnie to jest heroizm, i to starałam się w jakiś tam sposób przekazać w tekście.

 

Elementy do poprawki które wskazałeś – poprawię (dziękuję za ich wskazanie), i ponownie masz rację: czas gonił.

 

Odnośnie braku wzruszania, to tak sobie wymyśliłam, że obie bohaterki stoją wobec siebie w jakim rodzaju opozycji i jedna drugiej do końca nie ufa. No bo pomyśl: budzisz się na jakiejś stacji, z dziwnymi obrazami w głowie, których nie rozumiesz, potem odkrywasz luki w tej odziedziczonej pamięci. Kto wie, czego nie pamiętasz? Może jakiejś zbrodni? Pierwotnie tekst był dłuższy, pewne motywy z niego wyleciały ze względu na limit i chyba „niekonieczność dla górskiej fabuły tekstu”. Tak jak ten, że Małgorzata, czując zbliżający się koniec, zamierza uczynić z Margaret swoją następczynię, a Margaret pozostaje rozdarta: zostać i być tym, kim jej przeznaczono, albo odejść, ale czy wtedy poradzi sobie sama w szerokim świecie z samymi tylko fragmentami wspomnień z lamusa. Nie wiem, czy byłoby to zresztą bardziej wzruszające. Ja chyba nie umiem wzruszać.

 

Tarnino, poproszę :)

 

Wilku-zimowy,

 

Anonim oglądał oba Blade Runnery i Anonimowi się podobało. Anonim lubi także uniwersum „Obcego”, ale z opowiadaniem zamierzał podryfować raczej w klimaty retro sci-fi. Nie zamierzałam stylizować Margaret na żadną Analee Call. Bardziej obawiałam się, że przesadzę z klimatami lemowskimi, ale na razie chyba nikomu to nie przeszkadza, więc chyba nie przesadziłam.

 

Dodam jeszcze ciekawostkę: w słowotoku „Marty” pierwotnie była tez sugestia mniej więcej taka: co robisz na tej zapomnianej stacji, uciekaj. Ty poradzisz sobie sama na zewnątrz, dla nas jest już za późno. Cóż, limit :(

 

Tak, Margaret, a nie „Małgorzata” była celowa, ale raczej z tego względu, że Małgorzata, jak to starsze panie mają, może być nieco przesądna, a do tej pory nadawała imiona w cudzysłowach po śmierci kolegów, więc to byłoby jak zaproszenie osobiście wysłane kostusze. Coś w ten deseń. Druga sprawa: pisałam wyżej. Pierwotnie miał być motyw „następstwa”: młoda władczyni marionetek mogła w perspektywie zastąpić na tronie starą. Trzecia sprawa: „kogoś bez przeszłości, kogo mogła ukształtować od postaw”. Stworzyć nową siebie, ulepszoną, nieco inną. Jak dziecko, na które przelewamy własne ambicje: nam nie udało się nauczyć grać na pianinie, ale moja córka na pewno tego dokona. Mniej więcej tak, choć nie do końca, bo ile razy myślimy: „gdybym mogła zacząć życie od nowa, starałabym się nie być taka obrażalska”.

 

Sondy. Gdzieś miałam zdanie, że „wysyłałam sondy, póki jeszcze działały”, ale nie wiem, czy w ferworze skracania nie wysłałam go w kosmos.

 

A wiesz, że rozważałam też wersję z ostatnim zdaniem brzmiącym: „Pal licho ludzkie rekordy”? Ale zrezygnowałam, wszak w konkursie chodzi o piękno zdobywania gór i tak dalej, więc uznałam, że może to zabrzmieć zbyt „pod prąd”, żeby nie powiedzieć, bezczelnie.

 

Finał: tu chodziło mi o heroizm tego rodzaju, o którym nieco pisałam już wyżej. Wykonać zadanie, ocalić kogoś (albo przynajmniej czyjąś pamięć) nawet za cenę bólu, cierpienia, ryzyka, że przyniesie to zmiany nie do odwrócenia, w ciele, w osobowości. Co w zestawieniu z wcześniejszym pytaniem Margaret: „czy to ma znaczenie, po tylu latach?” chyba odpowiada na konkursowe pytanie o heroizm (a przynajmniej w moim rozumieniu heroizmu się mieści).

 

Poprawek dokonam, jak tylko ochłonę.

 

Cieszę się, że Wam się podobało na tyle, byście umieścili to opko na czwartym miejscu zestawienia. Prawie dostałam Oskara :)

 

Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

tytuł mogę zmienić, o ile regulamin konkursowy pozwala.

Na razie zostaw, by się nam nie myliło. W przypadku gdy antologia dojdzie do skutku, to wówczas się nad tym zastanowimy.

Tu od razu proszę Cię o wyrozumiałość i zaznaczam, że nie chcę w żadnym wypadku obrazić ani Ciebie, ani żadnego wielbiciela gór

Ale przecież nie napisałaś nic obraźliwego. Kwestia sensowności wypraw wysokogórskich i narażania w nich swojego życia jest dyskusyjna i nie ma nic niestosownego w mówieniu o tym głośno. Sami himalaiści zapewne są świadomi tego, że trudno w logiczny sposób wytłumaczyć, po co robią to, co robią.

„Pal licho ludzkie rekordy”? Ale zrezygnowałam, wszak w konkursie chodzi o piękno zdobywania gór i tak dalej, więc uznałam, że może to zabrzmieć zbyt „pod prąd”, żeby nie powiedzieć, bezczelnie.

Bezczelność ma swój urok. :) Nie kaprysiłbym na takie zakończenie.

Chrościsko,

Fajnie. W takim razie, jeśli mój tekst zostanie wybrany do antologii, zmienię tytuł i wtedy też, za pozwoleniem jurorów oczywiście, mogę przesunąć to bezczelne zdanie na koniec.

Cieszę się, że nikogo nie uraziłam, nie okazując zrozumienia dla himalaizmu ;)

http://silmaris.pl/

W sumie rozszyfrowanie autorstwa powinno być proste. Oczywiście piszę to już po odanonimowaniu, ale dopiero teraz potrafię określić i odnaleźć oczywiste podobieństwa stylu i narracji do np. “Ogrodnika”. Przyznam też, że przez chwilę podejrzewałem o autorstwo Bellatrix, głównie przy tematykę, przynależność gatunkową (s-f) i te podwodne wojaże pozaziemskie (vide "Encephalodus…").

Wracam jednak do tematu. Otóż moim zdaniem opowiadanie cierpi na swoiste zagęszczenie. Zagęszczenie wszystkiego. Zagęszczenia narracji, stylu, wydarzeń, odniesień do przeszłości, intencji bohaterów i nadmiaru postaci (są androidy i ich ludzcy protoplaści, a gdy piszesz o “Kaziku”, potem o byłym przełożonym Małgorzaty, który jak się potem okazuje nie żyje, a chodzi o jego “kopię” zapisana w androidzie itd. itp. miałem zawieszkę). Przyznam się, że troszkę się pogubiłem w tych imionach ludzi, zastępujące ich androidy itd. Ogólnie mówiąc jakiś chaosik towarzyszył mi podczas całej lektury.

Trochę uwierało mnie również samo "prowadzenie" bohaterów przez Autora. Ich motywacje i zachowanie nie zawsze wyglądają wiarygodnie albo zrozumiale (głównie Małgorzaty, ale i wcześniejsze samobójcze wyprawy kolejnych członków załogi).

Historia jest dosyć prosta, jednak sposób jej przedstawienia, na poziomie słownictwa, zdań, kompozycji, narracji i fabuły, mocno ją komplikuje w odbiorze. Nie umiem tego wyjaśnić i ująć w proste słowa, ale mam wrażenie, że zbyt wiele dzieje się w głowie Autora i on niejako z automatu ogarnia całość, tylko ma drobny problem z przelaniem tego na prozę w sposób sprzyjający odbiorcy. A może chodzi zwyczajnie i po prostu o długie, wielokrotnie złożone i rozbudowane zdania ustawione jedno za drugim? Albo może to odkrywanie przeszłych wydarzeń, niby sekretów z przeszłości, które ma nam (i Margaret) rozjaśniać sytuację i dopowiadać historię nie rozjaśnia jej tylko gmatwa i plącze? I może dzieje się tak z winy Autora, który niejasno to wszystko przedstawia? Z braku umiejętności? Z powodu cięcia tekstu pod limit? Z chęci zawarcia w opowieści więcej niż jest w stanie pomieścić? Nie wiem.

Już wcześniej zauważyłem (przy okazji wspomnianego “Ogrodnika”) lubisz pozornie zawiłe fabuły, w których bohaterowie kierują się dosyć pogmatwanymi motywacjami. Tutaj mamy Małgorzatę, która niby coś ukrywa, niby coś pielęgnuje w pamięci, a jednak chce o czymś zapomnieć, czy może coś wymazać. Ja nie bardzo kupuję jej motywację. Jej działania nie są mi w pełni rozjaśnione i przekonująco uzasadnione i nie do końca rozumiem, o co jej naprawdę chodziło. Poniekąd właśnie z powodu zawiłej narracji i sposobu prezentacji jej postępowania. A przecież na jej zamiarach i działaniu opiera się cała historia.

Nie bardzo też rozumiem ideę i problem z owymi rekordami do pobicia, zdobywaniem podwodnej, “górskiej” trasy. Przecież według tego, o czym wspominasz kilka razy, ryzyko sprowadza się głównie do tego, czy zabierze się wystarczającą ilość butli z tlenem. Kończy się tlen i dopiero robi się naprawdę niebezpiecznie. Ktoś (czytaj człowiek) zabiera za mało butli i jest udupiony i wie o tym już przed startem. Jak się więc mają do tego androidy, które tlenu nie powinny w ogóle potrzebować? Jaki ma sens ta cała rywalizacja, jaki ma sens zawiść Małgorzaty, która wymazuje osiągnięcie androida, skoro on w żaden sposób nie rywalizował faktycznie z ludźmi? I jak ma się do tego “ryzyko” wyprawy Margaret? Czy niebezpieczeństwem miało być ukształtowanie terenu? Ciśnienie? Zimno? Przeszkody? Ruchy lodowca? Cokolwiek innego? Wszystko naraz? Ok, dla człowieka tak, zwłaszcza gdy wyrusza z zapasem tlenu, o którym wiadomo, że jest zbyt mały. Ala dla maszyny, która potrafi dosłownie zjednoczyć się z batyskafem, przestać oddychać, odbierać sygnały z otoczenia przyszłościowymi urządzeniami i sensorami pojazdu? Może się czepiam, może coś przeoczyłem, ale coś mi tu nie gra.

I z jednej strony więc podoba mi się cały entourage, sztafaż, gadżety znane miłośnikom science-fiction, kosmiczny oddech opowieści, podobają mi się opisy środowiska, podwodne krajobrazy, a z drugiej strony jakby zabrakło klarowności, płynności w tej historii i musiałem się trochę przez nią przedzierać, czasem cofać o kilka kroków, by upewnić czy dobrze zrozumiałem intencje, czy nie zgubiłem bohatera lub wątku.

Jednocześnie technicznie jest więcej niż dobrze, ale z zastrzeżeniem, bo jak wspominałem, także w formie widzę jakieś zagęszczenie. Zawiłe, gęste, napakowane zdania, których czytanie czasem przypomina przedzieranie się z maczetą przez dżunglę. Niby wszystko jest ok, ale idzie to jakoś wolno i ciężko w porównaniu do lektury tekstów pisanych lżej i oszczędniej, prościej i przejrzyściej w formie i narracji.

Doceniam postępowanie bohaterki w finale, to wycofanie się, po osiągnięciu własnych, a nie czyichś celów. To opamiętanie. Troszkę mi to przypomina postępowanie Pirxa w opowiadaniu “Wypadek” (“Opowieści o pilocie Pirxie”). Tam było odwrotnie – człowiek odpuścił i nie poszedł o ten jeden krok za daleko, krok, który zgubił wcześniej wspinającego się wyżej i wyżej robota. Ty odwracasz tę sytuację. Być może nawet świadomie nawiązujesz do tego tekstu, bo chyba gdzieś tutaj padło nazwisko Lem w komentarzach.

Ale mimo to, że je doceniam, to i tak zakończenie wydało mi się jakby ucięte. Nie wybrzmiało z zadowalającą mnie jako czytelnika siłą.

Było dosyć blisko, ale będę na NIE.

Po przeczytaniu spalić monitor.

 

oczywiste podobieństwa stylu i narracji do np. “Ogrodnika”

Marianna, to ta od starych bab w kosmosie?

 

Ale poważnie: pewnie chciałam upchnąć za dużo w limitowanej objętości. A może tak mam że wychodzi mi zawile, bo sama lubię zawiłe czytać? Jak napisałam powieść, to w wydawnictwie powiedzieli, że trzeba wywalić połowę wątków, taka ciekawostka. Co do Lema, to nie chodziło mi o konkretne teksty, raczej o klimat i dobór rekwizytów.

Było dosyć blisko, ale będę na NIE.

Spoko, ja się nie obrażam :)

 

Dziękuję za wizytę i komentarz, mr.marasie. Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

– początek nużący, trudno jest zaciekawić czytelnika infodumpem w pierwszym akapicie

 

– natomiast punkty za oryginalność za główną bohaterkę, kobietę w średnim wieku, oraz światotwórstwo

 

– oryginalne podejście do tematyki konkursowej, bardzo mi się podoba

 

– wspaniale wykorzystany motyw heroizmu jako konsumującej cię od środka obsesji – brawo

 

– interesująco skontrastowana postawa androida (logika) z zachowaniami ludzi

 

– kawał dobrego tekstu, literacko poprawnie, kilka zgubionych przecinków, poza tym jednak – świetne napisany tekst

 

– to żeby nie było tak słodko, coś czego się muszę przyczepić – tytuł to żeś, panie, dowalił jak z romansu niskich lotów ;)

 

– w moim prywatnym rankingu była to ścisła czołówka, jak wiesz, nominowałam cię również do piórka – świetny tekst, przyniósł mi dużo satysfakcji i przyjemności z lektury – gratulacje!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Interesujący tekst. Porządne SF.

Piękna kreacja świata. Oczywiście, mocno kojarzyło mi się z “Encephalodusem” Belli. Zamarznięty księżyc z płynną wodą w środku, wyprawa w celu znalezienia poprzedników…

Oryginalne podejście do konkursu. No, powiew świeżości po prostu. Jak chłodny prąd w przegrzanym oceanie. Bo kto powiedział, że Ś-szczytów nie można zdobywać batyskafem? Byle to uzasadnić i wszystko miało ręce i nogi.

Faktycznie, można by rozjaśnić pobudki Małgorzaty. Ale nie upieram się – jak jest, też akceptuję. Ludzie nie zawsze zachowują się rozsądnie i konsekwentnie. Zresztą, jeśli jest na tym księżycu sama z androidami, nie dziwię się, że zaczyna świrować.

Wciągnęło, byłam ciekawa, czy Margaret da radę. A co się dzieje z batyskafem, któremu wyczerpie się energia?

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Kam_mod, dziękuję!

 

Nie było to przeze mnie zamierzone, ale przyznasz, że tytuł zwraca uwagę ;P

Kobietę opisałam raczej w podeszłym niż średnim wieku i w moich opkach to już druga postać “zdobywająca kosmos” na jesieni życia. Jakoś tak wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek zaczniemy badać galaktykę, to te stacje kosmiczne i statki międzygwiezdne będą zapełniać nie tylko młodzi i wygimnastykowani adepci sztuki Jedi.

 

Bardzo się cieszę, że Ci się podobało!

 

Finkla,

 

Bo mojej tfurczości na drugie imię “jużgdzieśtowidziałam”, ale takie rzeczy mi się najfajniej pisze, a o to w tym całym moim pisaniu chodzi (edit: oczywiście nie oznacza to, że inspirowałam się konkretnie opowiadaniem Belli). Batyskaf wymarzyłam sobie atomowy, więc prędko mu się nie wyczerpie. W tym miejscu powinnaś spytać, czemu nie wymarzyłam sobie batyskafu z “life support system”, ale jakoś nie pasowało mi to do takiej maszyny. Dzięki za wizytę i głos!

http://silmaris.pl/

Wstęp.

“Niestety mało czasu u mnie ostatnio. Toteż moje komentarze będą krótkie, kilkuzdaniowe. Zaręczam jednak, że teksty przeczytałem z taką uwagą i starannością, na jaką było mnie stać!”

 

Czepialstwo:

– “Małgorzata oparła się na przedramieniu androidki” – tak się da? a nie na ramieniu? ciężko mi to sobie wyobrazić;

– pięcioro zapaleńców: Oceanograf Kazik” – oceanograf;

– “musiała manewrować łodzią” – batyskaf nie jest łodzią; może pojazdem?;

– “przestrzeń między oboma łańcuchami zaczęła się rozszerzać” – przestrzeń się rozszerza, tak, ale w skali kosmicznej; tu może się powiększać odległość;

– “bloki cielącego się lodowca?” – to jest celowe?

 

Ciekawe! Lubię takie oldskulowe SF. Jest Lem, jest i Bellatrix z piórkowego opowiadania.

Trochę mało wybrzmiały androidy, a mogłoby być coś na kształt Lemowego Terminusa. W każdym razie – naprawdę dobre, choć nie bez wad!

Jednak… Z tym tekstem miałem największą zagwozdkę. Bo, mimo uwag Chrościska, osądziłem, że zbyt daleko oddala się od tematu konkursu. Samo nazewnictwo nie wystarczy.

Toteż punktów nie przyznałem, choć jest to jeden z lepszych tekstów w konkursie.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ani jednego, małego punktu? Podziwiam :)

Do Lema się przyznaję, do Bellatrix – nie. Dzięki za dobre słowo!

 

Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Ale trudno Belli nie skojarzyć, jeśli się czytało.

Aha, zapomniałam wspomnieć, że jeszcze mi się podobało zrobienie z Neoślęży czegoś podobnego do wulkanu. :-)

Babska logika rządzi!

Ani jednego, małego punktu? Podziwiam :)

Za co? Gdyby to był tekst Helski albo Bornholmski, przyznałbym bez wahania ;)

Do Lema się przyznaję, do Bellatrix – nie.

Och, to nie są tzw. zrzynki, tylko wskazówki, z czym mi się tekst skojarzył.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Finkla,

 

No dobrze, że wszystkim się kojarzy,ale jak wcześniej pisałam, ten motyw księżyca z oceanem wziął mi się z dłuższego tekstu, który właśnie piszę, a to z kolei wzięło mi się z portali astronomicznych (no dobra, z Wikipedii ;P ). Mam go rzucić w cholerę i zacząć odnowa? Na planecie pustynnej? No nie, to też było. Planeta ze śniegiem? Było. Za co się nie wezmę, to już było :(

A wulkan na Neoślęży to trochę takie oczko puszczone do czytelników :)

 

Staruchu,

podziwiam stanowczość :)

http://silmaris.pl/

podziwiam stanowczość :)

Wiesz, zrobilem taki eksperyment myślowy – nazwijmy żółwia morskiego Opportunity, a plażę na Malediwach – Marsem. Czy opko o żółwiu na plaży będzie tekstem o łaziku na Czerwonej Planecie? Nie!

I stąd ta stanowczość :)!

Sorry, bo Twój tekst był naprawdę bardzo dobry!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nie, skąd, nie zmieniaj settingu. Po prostu mówię, że mi się kojarzy. Wcale nie jako zrzynka, tylko dostrzegam podobieństwa. Pamiętaj, że to był bardzo dobry tekst. :-)

Babska logika rządzi!

Hmm. To może przerzucę się na fanfiki. Tam wtórność to zdaje się atut :P

 

nazwijmy żółwia morskiego Opportunity, a plażę na Malediwach – Marsem.

Dobry pomysł, Staruchu :)

 

 

http://silmaris.pl/

Jeśli chcesz iść tą drogą, to pisz harlekiny. Jeden typ fabuły, ale jeszcze za to płacą… ;-)

Babska logika rządzi!

Tam to nawet fabuły bym nie musiała zmieniać, co najwyżej imiona bohaterów i miejsca reumatycznych schadzek :P

http://silmaris.pl/

Toż mówię, że jeden typ. Najpierw jedno chce, a nie chce drugie, potem się zamieniają, a na końcu wreszcie schodzą i żyją długo i szczęśliwie.

Babska logika rządzi!

Dobra rada! Od jutra zaczynam ;)

http://silmaris.pl/

Ach, miałem wrócić do wątku “androidki”, a potem mi wyleciało z głowy. W większości przypadków faktycznie “android żeński”, tak jak “lalka męska”, ale tu nie mamy przypadku “większościowego”, bo jednak fakt posiadania przez maszynę wczytanej osobowości z funkcją jej ewoluowania daje inny punkt widzenia na tę sprawę. Z drugiej strony można jako kontrargument przypomnieć to, że ludzie (czy wszyscy, to osobna sprawa, w opowiadaniu nie pokazano świata szerzej) tutaj ewidentnie wypierają to, ze androidy z tymi osobowościami zaczynają mieć dążenia i lęki.

Dobra rada! Od jutra zaczynam ;)

I tak Marianna została milionerką…

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

I tak Marianna została milionerką…

A potem całą fortunę wydała na książki :D

 

Wilku-zimowy,

 

maszyna miała damską osobowość i szczerze mówiąc, do tej pory nie rozumiem, dlaczego przechodzi nazwanie kobiety ministra ministrą, a damskiego robota androidką już nie.

 

Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Maras to starannie wyjaśnił, pisząc, że lalka Ken to lalka Ken, a nie lalek Ken. I ma to sens, bo manekin o kobiecych kształtach to dalej manekin, tak jak figurka o kształtach męskich to dalej figurka. Tylko właśnie – granica miedzy przedmiotem a czymś* z osobowością tworzy różnicę.

 

*) Czymś czyli bytem (nie bytką) lub istotą (nie istotem) :-)

No to zrobię tak: jeśli jakimś cudem jury drugiej instancji zakwalifikuje mój tekst do antologii i korekta mi to zakwestionuje, zmienię. A jeśli nic takiego się nie wydarzy – to pozwolę sobie zostawić tę formę jako wyraz widzimisię autorki :P

http://silmaris.pl/

Ale czemu chcesz zmieniać? Tu serio fakt posiadania osobowości uzasadnia żeńską formę :-)

 

Nie napisałam, że chcę…

http://silmaris.pl/

Korekta to nie kaci, nawet jeśli zakwestionują (mam nadzieję, ze nie), to zawsze możesz korekcie uargumentować dlaczego uważasz, ze tak powinno być.

Korekta ma zawsze rację ;)

Ale serio, dobrze, że nie miałam tam cyborgów – bo by była cyborżka…

http://silmaris.pl/

Albo cyborgini. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A potem całą fortunę wydała na książki :D

To można wydawać na coś innego? Gasp!

do tej pory nie rozumiem, dlaczego przechodzi nazwanie kobiety ministra ministrą

Nie przechodzi, to sztuczne, pretensjonalne i wyszukujące problemy tam, gdzie ich nie ma.

Tu serio fakt posiadania osobowości uzasadnia żeńską formę :-)

Popieram.

Korekta ma zawsze rację ;)

Chyba, że akurat nie ma XD

dobrze, że nie miałam tam cyborgów – bo by była cyborżka…

Ojeju, strach się bać :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Albo cybordżka :P

http://silmaris.pl/

Kobietobot?

http://silmaris.pl/

Kobietron.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

To kobietron jest? Mnie wygląda na męskiego robota.

Babska logika rządzi!

To jest robot płciowo nieokreślony :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Taka zakonspirowana roboniewiasta ;)

http://silmaris.pl/

Fajnie byłoby się rozpisać o walnąć wyczerpujący komentarz, wielgachny i heroiczny, niczem sam trójkątny konkurs. Zajęcia jednak gonią, a i tak już dwa tygodnie po głosowaniu, zatem będzie krótko. 

Decyzja to była trudna, bo tekst cudownie, przepysznie, klasycznie sajensfikszynowy, zarówno pod względem dekoracji, sztafażu, jak i pomysłu oraz fabuły. Poza tym jest coś niezwykle fascynującego, fascynującego w zły, niewłaściwy, mroczny sposób w tym kleceniu androidów ze złomu, wgrywaniu im wspomnień i fragmentów osobowości zmarłych towarzyszy i zmuszaniu tych patchworkowych tworów do szwendania się po niemal opuszczonej, nikomu niepotrzebnej stacji badawczej. Coś przerażającego i demonicznego jest w stojącej za czymś takim postaci, niezależnie od jej intencji, coś niemal horrorowego, na granicy szaleństwa. I gdybyś wydestylowała tę atmosferę dusznego, tajemniczego thrillera i na niej oparła swój tekst, to śpiewałbym pieśń pochwalną na całe gardło. 

Wszystko jednak jakoś tak się rozmyło. Może trochę przez nieco zbyt złożony styl (takie opowiadanie aż prosi się o prostą, konkretną narrację) może przez niejasne tłumaczenie który android czyje miał wspomnienia, po co i dlaczego, w jakim celu jednemu wszczepiano fragmenty pamięci kogoś tam, innemu usuwano… 

No i jeszcze nie bardzo rozumiem motywacje badaczy. Himalaiści, freediverzy, pokręceni biegacze w stylu Wilka czy Chrościska… Ale zwykli naukowcy? Dlaczego nagle zapragnęli opłynąć cośtam, ryzykując życie, ba, niemal popełniając samobójstwo? 

Może gdyby wrzucić tam nieco mistycyzmu, jakiś niewytłumaczalny zew, który każe ludziom podejmować tak ryzykowną wyprawę… Do tego jakieś niebanalne, ciekawe zakończenie, tłumaczące ten dziwny pęd do pobicia rekordu, którego nikt nie ustalił i który nikogo innego nie obchodzi… 

To bardzo dobre opowiadanie, ale przez cały czas miałem wrażenie, że jest to zmarnowany potencjał na coś znakomitego. Przede wszystkim pod względem fabuły i jakiegoś naprawdę satysfakcjonującego rozwiązania, bo to, które istnieje… Jest jakieś takie miałkie. Rozmyte i mało czytelne, jak zresztą cały tekst. 

Dlatego głosowałem na NIE. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ale zwykli naukowcy? Dlaczego nagle zapragnęli opłynąć cośtam, ryzykując życie, ba, niemal popełniając samobójstwo?

Podpowiem możliwą i realistyczną interpretację. Nie wiem czy zgodną z założeniami Marianny, ale interpretacja ta jest prosta i życiowa: niewielka grupa osób znalazła się bardzo daleko od domu. I żyła w bardzo małym środowisku no ograniczonym zakresie bodźców zewnętrznych.

 

Hej, Thargone.

Pewnie będziesz po tym co napiszę jeszcze bardziej na NIE, ale doszukujesz się w tym tekście rzeczy, których tam nie ma. Nawet nie pomyślałam, by pchać tekst w kierunku mistycyzmu, bo mnie mistycyzm do kosmosu pasuje jak pięść do oka. Osobiście uważam, że zwykła ludzka szajba jest gorsza od wszystkich ciemnych mocy, a najgorsza ze wszystkiego jest szajba poparta przekonaniem o jakiejś misji do wykonania albo dążeniem do naprawiania błędów przeszłości czy też ratowania świata. Czy to takie dziwne, że starsza kobieta, która nie ma nikogo w całym Wszechświecie, i co jeszcze gorsze – nie ma dokąd pójść, szuka towarzystwa, choćby i kolegów zamkniętych w ciałach składaków?

A druga wątpliwość: a czemu nie naukowcy? Mało to wariatów (przepraszam wszystkich tego pokroju wariatów), którzy chcą opłynąć sami kulę ziemską, dotrzeć na biegun, czy wleźć na najwyższą górę świata? I kurcze, nikt nie pyta, czemu. Bo tak mają i już, toż to herosi. Postawili sobie jakiś cel, dla mnie osobiście totalnie niezrozumiały, i do niego dążą.

Wilk też ma rację: stację zamknięto, projekty zawieszono. A człowiek musi mieć cel.

Pozdrawiam, dziękuję za opinię i za głos :)

http://silmaris.pl/

Naukowcy to też ludzie… swoje szajby mają.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Nawet nie pomyślałam, by pchać tekst w kierunku mistycyzmu, bo mnie mistycyzm do kosmosu pasuje jak pięść do oka.

To jasne. I ja, uchowaj Azazelu, nie opieram swojej opinii i głosu na NIE na tym, że "gdybyś zrobiła tak, jak mnie się podoba, to tekst byłby lepszy i głosowałbym na TAK".

Chciałbym widzieć ten tekst pociągnięty w stronę czegoś horrorowo niesamowitego, ale to nie ma nic do rzeczy :-) 

Dałem NIE, dlatego że prosta w gruncie rzeczy fabuła została przedstawiona w sposób niepotrzebnie zagmatwany, skomplikowany, zagęszczony, mimo świetniej techniki i stylu, w jakim opowiadanie napisałaś, czytanie przypominało brnięcie przez błota, tudzież głęboki śnieg, po to, by dotrzeć do niezbyt odległego celu. Był taki odcinek Top Gear, w Ameryce Południowej. Mieli trzema starymi terenówkami przejechać ze środka boliwijskiej dżungli, przez Andy, do Chile i wybrzeża Pacyfiku. Auta zjechały z pokładu barki na brzeg rzeki i żeby dostać się do jakiejkolwiek drogi, trzeba było przedrzeć się przez gęsty las deszczowy. Dramatyczna muzyka, montaż i sceny w stylu filmów przygodowych sugerowały, że ludzie i samochody, z heroicznym wysiłkiem wycinają, wykopują, wygniatają i pokonują kolejne kilometry w zielonym piekle. Wtedy Clarkson stwierdził, że zgubił nad rzeką telefon i musi go odzyskać. Zawrócić nie było można, więc ruszył na piechotę. Po kilkunastu sekundach rozległ się głos:

"Nie pamiętam gdzie go zostawiłem!" 

"Chyba na tym dużym, płaskim kamieniu!" odkrzyknął Hammond. 

"Okej, już znalazłem, dzięki!" rozległa się odpowiedź. 

W czasie lektury Twojego tekstu miałem podobne wrażenie. Sporo wysiłku, po to by osiągnąć… No właśnie co? Zagmatwanie wątków poszczególnych postaci i ich kopii, zamieszanie ze wspomnieniami i ich brakiem, zbyt skompikowany styl narracji powodował, że intencje, cele i sposoby działania bohaterów stawały się niejasne, to co osiągnęli mało zrozumiałe, a wymowa całego tekstu rozmyta. Nawet zakończenie wydało się jakieś takie pośpieszne i mało wymowne – to co w końcu osiągnęła zainfekowana cudzymi wspomnieniami androidka (he, to fajne słowo) i o co jej chodziło? Zresztą chyba o tym samym pisał Maras, wyjaśniając sprawę zdecydowanie przystępniej, niż ja :-) 

Mało to wariatów (przepraszam wszystkich tego pokroju wariatów), którzy chcą opłynąć sami kulę ziemską, dotrzeć na biegun, czy wleźć na najwyższą górę świata? I kurcze, nikt nie pyta, czemu.

Wydaje mi się, że włażenie na ośmiotysięcznik i to, co robili bohaterowie Twojego tekstu, to zupełnie inne poziomy szajby. Zdobywając szczyt Czomolungmy czy innej Czupakabry udowadnia się samemu sobie zdolność do dokonania czegoś totalnie ekstremalnego, oraz pokazuje całemu światu, że należy się do tych nielicznych, którzy to potrafią. Bijąc rekord głębokości bez aparatu również pokazuje się wszystkim, że jest się najlepszym. Docierając jako pierwszy na biegun, tudzież w inne, niedostępne miejsce, osiąga się właśnie to – pierwszyznę, zrobienie czegoś, czego nie dokonał jeszcze nikt. A co takiego chcieli (i mogli) osiągnąć Kazik i spółka? Opłynąć jakiś wymyślony przez siebie obszar, pobić wymyślony przez siebie rekord, bez odniesienia do czegokolwiek, dokonać czegoś, co kompletnie nikogo (poza nimi) nie obchodzi i nie interesuje, zdobyć coś, co nie ma sensu? A do tego jeszcze ryzyko – wspinanie się na K2 jest cholernie ryzykowne. Ale himalaista robi co może, by osiągnąć sukces, nie zginąć i stara się w jak najmniejszym stopniu powierzyć swoje życie ślepemu losowi. A Twoi bohaterowie? Do batyskafu wchodzi tyle tlenu, że wystarczy "na styk", by przepłynąć Trójkąt. Ale gdy tylko zdarzy się coś nieprzwidzianego, ot, góra lodowa na kursie, to dupa blada. Gra w rosyjską ruletkę jest bardziej sensownym i zdecydowanie mniej pracochłonnym sposobem popełnienia samobójstwa. 

Oczywiście to wszystko można wyjaśnić szaleństwem. Rzecz w tym, że czytelnik (najczęściej) szalony nie jest, zatem szajba bohatera musi być… Powiedzmy – oswojona. Choć trochę zrozumiała. Bo inaczej czytelnik się gubi. Ot, prosty przykład (tak, wiem, masz dość tych porównań, ale co zrobić, że setting taki podobny) Encefallusa Belli. Tam ludzie robili szalone rzeczy, płynęli nie wiadomo gdzie, ginęli, bo zostali "zakażeni" obcą formą życia, próbującą nawiązać kontakt. Oszaleli w sposób logiczny i zrozumiały, z jakiegoś konkretnego powodu. U Ciebie takiego powodu nie ma i między innymi dlatego pojawiły się opinie, że motywacje bohaterów niejasne. I dlatego pomyślałem sobie, że przydałby się jakiś konkretny, choć tajemniczy i "mistyczny" zew Trójkąta, pchający badaczy do szalonych wypraw… :-) 

Wilk też ma rację: stację zamknięto, projekty zawieszono. A człowiek musi mieć cel.

Ha, to sorki, bo chyba po prostu nie czytałem wystarczająco uważnie – wydawało mi się, że dopiero po śmierci naukowców stację zamknięto, a miejsce wykupiono dla Małgorzaty, by mogła prowadzić swoje "poszukiwania". 

Ech, rozgadałem się, i mam wrażenie, że krytykując niejasności i niepotrzebne skomplikowanie, sam ględzę mętnie i nie na temat :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone,

bo ja lubię proste fabuły przedstawione w skomplikowany sposób :) Wydaje mi się, że często stosuję ten zabieg, raczej nieświadomie niż świadomie. Wiem, że nie musi się to podobać, ale ja piszę (głównie) dla siebie i od jakiegoś czasu tylko rzeczy które sama lubię, bo na nic innego nie mam czasu. Tak jak na śledzenie opek na NFie, nawiasem mówiąc. Tak, oznacza to, że mogę popełniać teksty podobne do tutaj zamieszczanych – ale, z drugiej strony, przecież przerzucam się na Harlequiny, więc nie mam się czym martwić XD

Oczywiście rozumiem i uznaję Twój punkt widzenia na rosyjską ruletkę, ale dla mnie każde zdobywane Czupakabry ma w sobie coś z samobójstwa, więc pozostanę przy swoim zdaniu, czego wyrazem jest właśnie ten tekst.

Pozdrawiam i dziękuję za obszerny komentarz!

:)

 

Tarnino,

naukowcy jeszcze bardziej niż zwykli ludzie ;)

http://silmaris.pl/

Nowa Fantastyka