- Opowiadanie: prosiaczek - W cieniu jądra półleżąc

W cieniu jądra półleżąc

Wrzucam opowiadanie, które było opublikowane w NF 424 (2018). Trochę je zmieniłem. Uprzedzam, że jest raczej trudne. Ale pomyślałem, że powinienem dać mu drugie życie, poza tym może komuś się spodoba.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

W cieniu jądra półleżąc

 

 

Człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją.

 

Stanisław Lem

 

Odkąd Lloyd sięgał półmilion-letnią pamięcią, żył u stóp owalnej góry. Była gargantuiczna i rzucała cień nie tylko na jego lichą chatkę, lecz także na wydmy, szarą plażę i martwiejący ocean. Podobnie jak krajobraz, ascetyczne istnienie starca powoli acz nieubłaganie, krzynka po krzynce, gubiło ruch, petryfikowało. Ostatnio niemal bez przerwy bujał się w fotelu na werandzie i z melancholijną zadumą obserwował szary przestwór słabiutko rozświetlany pasmami płynących węgorzy.

Jednak tym popołudniem Lloyd spacerował wzdłuż plaży, wypatrując półprzezroczystych ryb. Gdy jakaś wypadała na brzeg, podchodził, czekał, aż przestanie świecić prądem oraz spastycznie skakać po piasku, po czym mocno chwytał stworzenie w zgrabiałe dłonie. Z triumfalnym rechotem unosił je ku niebu i z szaleństwem w oczach wgryzał się w efemeryczną substancję. Soki obficie spływały po brodzie. Dziś ocean wręcz rzygał węgorzami, więc Lloyd szedł i szedł, a śmiech trwał i trwał, niosąc się plażą stetryczałym efektem Dopplera.

Bez względu na to jak bardzo się oddalał, poskrzypująca chatka zawsze znajdowała się w zasięgu wzroku. Czasem tuż-tuż, czasem dalej, lecz niezmiennie wystarczająco blisko, by Lloyd mógł mieć ją na oku. Niezmienna była również związana z okolicznymi odległościami irytacja starca. Nie raz i nie dwa pragnął udać się w nowe, dziewicze miejsce, wolne od cienia posępnej góry.

Spojrzał na nią, maksymalnie odchylając głowę. Znajdowała się wiele kilometrów od niego, a mimo to wypełniała prawie cały widok. Przypomina rozciągnięte jądro Ziemi – pomyślał, wydłubując językiem resztki węgorza spomiędzy spróchniałych zębów. Albo postawione na sztorc jajko. Przechylił głowę, zmrużył oczy. Monochromatycznie spokojna, milcząca półmrokiem, uśpiona marazmem sięgającym plejstocenu Madonna; już nigdy nie urodzi zdrowego dziecięcia, tylko truchełka, czasem podrygujące kadłubki.

Kiedy zaspokoił głód, cisnął do torby jedną rybę na później, po czym rozchwierutanym krokiem ruszył z powrotem wzdłuż brzegu. Fale zmywały zostawiane na piasku odciski stóp. Lloyd nie zwracał na nie uwagi, złorzecząc skaczącym między nogami węgorzom.

Ocean wyrzucał na brzeg nie tylko ryby. Pozbywał się wielu najróżniejszych rzeczy, dlatego starzec nie zdziwił się, gdy kopnął coś szklanego. Dopiero podniósłszy przedmiot, szeroko otworzył oczy. Zawierał w środku rulonik i był najprawdziwszą Butelką Kleina. Jej cechą, poza wynikającą z wykrzywionej topologii nieotwieralnością, okazała się odporność na ciosy pięścią Lloyd, klnąc siarczyście, rozmasował zaczerwienione knykcie a nawet uderzenia kamieniami. Ostatecznie splunął i cisnął ją do torby. Najwyższa pora wracać do chatki, zdecydował.

Zapadał zmierzch. Przestwór nadal bywał silnie roziskrzony, lecz zdarzało się to niezwykle rzadko. Drzewiej pasma węgorzy płynących oceanem bez przerwy świeciły wystarczająco mocno, by Lloyd mógł widzieć w nocy. Jednakże od pewnego momentu dwustu tysięcy, miliona lat? ich wyładowania elektryczne zwątlały, zgubiły pierwotną energię, przygasły.

Chatka miała dziurawy dach. Dziś nie padało, toteż Lloyd rozpalił w kominie. Następnie wyjął z torebki topologiczną osobliwość i usiadł na zydelku. Oczyścił butelkę z glonów, zdrapał chowające się w załamaniach porosty i zaczął obracać naczynie w dłoniach, szukając jakiegokolwiek otworu, zadrapania, pęknięcia, które przecież powinno pojawić się po uderzeniach kamieniem.

Wbrew oczekiwaniom powierzchnia butelki była idealnie gładka, ale, co ciekawe, w dziwny sposób załamywała światło, przez co obijający się w środku rulonik raz stawał się malutki niczym mrówka, raz teoretycznie zbyt wielki na kubaturę butelki; raz opasły, raz wątlutki jak kość dziecka; to bielszy niż kość słoniowa, to popielaty niby kominkowe truchło.

Od prób otworzenia naczynia rozbolały go ramiona. Zakrztusił się śliną, ugryzł się w policzek i spadł z zydla. Szklane znalezisko wypadło mu z rąk, na moment zawisło w powietrzu rulonik przybrał kształt rozciągniętych w uśmiechu ust po czym spadło i boleśnie stuknęło starca w głowę. Lloyd wstał i we frustracji zaczął uderzać w butelkę pogrzebaczem, lecz nie dość, że ciosy nie przyniosły żadnych efektów, to jeszcze narzędzie się wygięło.

Kiedy szukał czegoś solidniejszego na werandzie, uderzył go nagły blask przestwór rozjarzył z siłą tysiąca zórz. Starzec wiele razy widział Zryw, lecz zjawisko było rzadkie oraz tak piękne, że za każdym razem patrzył na nie jak urzeczony. Chwilę później węgorze przygasły. Podobnie on.

Może nie jest za późno, pomyślał ze słabnącą wiarą. Usiadł w fotelu, postawił przy nim Butelkę Kleina, bujnął się, zamknął oczy.

Półmilion-letnia pamięć odżyła.

Pojawiły się wspomnienia.

 

***

 

Kiedy kucnął na wzniesieniu przy splamionej krwią trawie, chrząkliwe głosy z tyłu ucichły. Słyszał swój urywany oddech oraz, co parę uderzeń serca, rozpaczliwe porykiwanie uciekającego zwierza. Przechylił głowę, potarł umazany ochrą policzek, osłonił przed ostrym światłem oczy i rozejrzał się po równinie. Skostniała, pofałdowana, jasnozielona trawa ciągnęła się aż do majaczącego lasu…

Jest! Tam! Jeleń olbrzymi biegł i zwalniał, biegł i zwalniał, zataczał się, kręcił trzymetrowym porożem, jakby chciał zrzucić wbite w kłąb włócznie. Człowiek ścisnął mocniej swoją i potruchtał w dół, rozkopując na boki źdźbła, wdeptując w ziemię karminowe ślady. Nie jedli od pięciu dni, a teraz nadarzyła się doskonała okazja, by zaspokoić głód.

Szybciej, szybciej!

Dystans między nim a zwierzęciem malał z każdym oddechem.

Jeleń zatrzymał się, schylił potężny łeb. Po ostatnim deszczu niecka napełniła się wodą i olbrzym zanurzył w niej pysk, wziął kilka łyków, zaryczał i ruszył dalej, potykając się na najmniejszych nierównościach. Siły uciekały z niego jak woda ze spękanego naczynia. W końcu przed momentem udało im się zakraść wystarczająco blisko, by obrzucić jelenia kamieniami; rozległo się wtedy przyjemne plaśnięcie zapowiedź śmierci i nadchodzącej uczty. W ferworze rzucili się na ofiarę, lecz olbrzym rozgonił oprawców porożem jednego mocno poturbował po czym uciekł.

Ale tym razem nie umknie.

Padł na przednie łapy, na bok, półtonowym cielskiem ugniatając zgrabiałą ziemię. Chwilę później pojawił się przy nim mężczyzna. Ostatnie metry pokonał niespiesznie, stanął nad nim, uniósł włócznię, opuścił, znów uniósł. Chrapy zadrgały, jeleń głęboko odetchnął, płożąc źdźbła trawy. Wiedział, co go czeka. Przymrużonym okiem obserwował człowieka, małego diabła dzierżącego zabójczy kawałek drzewa.

Ale mężczyzna kucnął, rozejrzał się i usiadł obok. Położył na ziemi broń, czekał. Nie aż odzyska siły. Nie na towarzyszy, którzy widocznie nadal zajmowali się ranionym.

Wcale nie na ostatni oddech zwierzęcia. Czekał na coś nieuchwytnego, coś utraconego, coś, co nigdy już nie wróci. Wlepił gasnący wzrok w surowy krajobraz. Kontemplował.

Daleko na horyzoncie uderzył piorun. Drzewa zajęły się ogniem.

Mężczyzna patrzył na trawiony las bez strachu, bowiem w szarych chmurach dostrzegał oblicza przodków. Wyobrażał sobie, jak tężeją w gniewie, a potem urywają się ze sklepienia i spadają w postaci deszczu, który gasi pożar. A potem woda wzbiera i równina przekształca się w kałuże, jakiej nikt do tej pory nie widział.

Rzecz jasna zauważył, kiedy jeleń podniósł się i powoli odszedł do lasu. Nie miał nic przeciwko.

Zdawało się, że reszta grupki również; półtorametrowe postacie w ciszy usiadły obok.

– Ugh – usłyszał swoje imię.

Patrzyli w wielki ślad w ziemi. Wiedzieli, że tu leżał jeleń, wystarczająco długo, by Ugh mógł go dopaść. A teraz… Cóż, i tak by jelenia nie dogonili. Ale Ugh zawiódł.

– Ugh.

Nie zauważył, kiedy wstali. Poczuł pięści, ból, coś trzasnęło, oczy szczypnął piach, zalała je ciemność. Bili, kopali, rzucali kamieniami, a potem dwóch mężczyzn chwyciło Ugha za ramiona. Trzymali mocno, kiedy przywódca dźgał mu szyję włócznią, odklejając spojrzenie od świata.

Był to pierwszy zryw neandertalczyków.

 

***

 

Gdy Loyd Grant zerwał się z mokrego strachem łóżka, Dom zarejestrował pobudkę i zapalił w sypialni delikatne światło. Znowu ten pierdolony koszmar, pomyślał mężczyzna, przecierając zroszone potem czoło.

Zrzucił nogi na podłogę i drżącym krokiem podszedł do ściany, która zmieniła się w lustro; z dreszczem przyjrzał się własnej powłoce – właśnie przekształcała się w coś ohydnego.

Szczupłe ramiona uniosły się, zwężały, z owadzią lepkością pochłonęły szyję i zrosły z głową. Stożkowata sylwetka zawibrowała, po czym zaczęła wyginać się niczym uwięziona w kokonie poczwarka motyla. Do przodu, to tyłu, w te i wewte, niby trzymana w palcach larwa. Gdy wreszcie czubkiem sięgnął własnego odbicia, począł się przez nie przedzierać, zrzucając martwiczą powłokę – napierał, napierał, aż przenicował się na drugą stronę, gdzie rozkładając muślinowe skrzydła, runął w przepaść absolutnych niemożliwości.

Otrząsnął się, wracając percepcją do rzeczywistości.

Przynajmniej tyle mu zostało; człowieczeństwo ukradzione, lecz wyobraźnia wciąż nieposkromiona.

– Zwróćcie uwagę na słowa Platona, który rzekł „Rzeczy się stają, idee istnieją”. – godzinę później mówił do studentów, wskazując markerem na tablicy podobiznę wielkiego filozofa. – Powiedzcie, jak rozumiecie to zdanie.

Przerwał i na sali zapadła cisza. Studenci, zamiast udzielić odpowiedzi, chociażby w przybliżeniu prawidłowej, wpatrywali się w trzymetrowe zdjęcie Platona – dzióbki, marsiki na zazwyczaj gładkich niczym pupa noworodka czółkach, oczka teatralnie zmrużone – więc wpatrywali się usilnie, najwidoczniej chcąc pokazać intelektualne zaangażowanie, które ograniczało się do manifestowania samego siebie; najidiotyczniejsza na świecie perpetuum mobile.

Zostały mu także spotkania z psychologiem, u którego właśnie siedział na wygodnym fotelu, i w którego błyszczącą łysinę, mimo iż nie minęła nawet minuta, wpatrywał się z rosnącym znużeniem. Tydzień po wypełnieniu ankiety oraz kwestionariusza – będących zarazem zgłoszeniem na terapię prowadzoną przez wybitnego specjalistę od snu – spośród kilkunastu tysięcy kandydatów wybrano właśnie Loyda. Fantastyczne szczęście, wydawało się wtedy. Niestety początkowe nadzieje związane z sesjami prędko przygasły.

– To nasze trzecie spotkanie – zaczął niespiesznie Mark, przekręcając kunsztownie zdobioną klepsydrę. – Cieszę się, że możemy kontynuować.

Zamilkł. Nie doczekawszy reakcji pacjenta, wdzięcznie niczym Lewisowy Kapelusznik upił z porcelanowej filiżanki łyk herbaty i podjął monotonnie ciepłym głosem:

– Podczas dwóch poprzednich sesji opowiadałeś mi o pracy dydaktycznej i snach. To interesujące, lecz nadal nie poznałem twojego problemu.

Loyd gniewnie postukał palcami w blat.

– Zapewne sądzi pan, że to wypalenie zawodowe… W istocie jestem chory na coś innego.

Mark nieznacznie poruszył się na fotelu; skóra zaszeleściła.

– Czyli sądzisz, że jesteś chory.

Grant sposępniał. Pokój jakby się skurczył, zrobiło się mroczniej, duszniej.

– Oczywiście. – Pierdolnięty jak wielu innych ludzi. – Jestem chory. A koszmary ewidentnie mają z tym coś wspólnego. Jak powiedział Szekspir, jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny.

Mark ściągnął krzaczaste brwi – Grant wyobraził sobie, że znajduje się między nimi i zaraz zostanie przez psychologa mentalnie zgnieciony – po czym z nieudolnie maskowanym zakłopotaniem zerknął w notatki. Przez moment układał sobie coś w głowie.

– Czy sam fakt, iż mogłoby być lepiej – powiedział wreszcie – oznacza, że obecna sytuacja jest zła?

Grant zaprzeczył energicznym ruchem głowy.

– Nie zła. Patologiczna.

Doktor coraz bardziej wiercił się na fotelu. Jakby nie mógł znaleźć wygodnego ułożenia w półleżącej pozycji.

– Według definicji patologia to coś, co odbiega od ogólnie przyjętej normy.

Loyd zachichotał. Podniecony, wstał z fotela i zaczął krążyć po ciasnym pokoju. Niepotrzebnie przychodziłem do tego konowała.

– Właśnie w tym cały problem! – wyrzucił z siebie, kiedy Mark uniósł do ust filiżankę. – Nie w definicjach, lecz w złym przyjęciu norm, rozkoślawionej perspektywie, błędnych założeniach i sztucznych paradygmatach! Rozumie pan? Z drugiej strony nic dziwnego, że nie możemy sobie z tym poradzić, skoro nie mamy prawidłowego punktu odniesienia.

– Co właściwe… chcesz… powiedzieć? – spytał Mark między siorbnięciami.

– Ludzkość od tysięcy lat umiera. Gaśnie jak ognisko późną nocą.

Doktor zakrztusił się, wytarł chusteczką usta.

– Przepraszam. – Skonsternowany, obdarzył Granta bladym uśmiechem. – Więc twój problem polega na tym, że…

– Jestem człowiekiem, który przed narodzinami został ograbiony z człowieczeństwa – wyjaśnił nagle posmutniały Loyd. I dodał szeptem: – Że coraz częściej mi się odechciewa.

Obydwaj znieruchomieli. Zapadła cisza. Mącił ją tylko zegar. Cyk-cyk-cyk.

– Właściwie to złe słowo – dodał po krótkim namyśle, wznawiając krążenie po pokoju. – Powinienem powiedzieć, że mi się nie chce. Od samego dzieciństwa, być może nawet od wykrotu z łona, to znaczy przedwczesnego porodu. Ale… Wtedy, gdy byłem małym chłopcem, nie dostrzegałem tego, teraz natomiast, z każdym kolejnym rokiem, niepokojące objawy, pewne symptomy widzę coraz wyraźniej. Rozumie pan? Quasi-życie, quasi-emocje, protezy pragnień i sensów. Tak jakbym znajdował się w pozycji półleżącej. I nie chodzi o to, że nie chcę, tylko zwyczajnie nie potrafię wstać. – I dodał ciszej. – A sen wieczny też mnie nie kręci.

Mark wyprostował się na fotelu. Od dawna stracił zapał do pracy. Miał już tylu pacjentów, że nic nie mogło go zaskoczyć. Do teraz. Ostrożnie położył klepsydrę na boku, jakby chciał uwiecznić tę osobliwą chwilę.

– Pod pojęciem człowieczeństwa kryją się wszystkie cechy uważane za charakterystyczne dla homo sapiens. Zatem twierdzisz, że zostałeś pozbawiony myśli, uczuć, zachowań, języka…

– Nie! – zirytował się Loyd. – Chodzi mi o ich pierwotny sens. O kształt, który został zatracony, zdeformowany, rozmyty, który nijak nie pasuje do rodzaju ludzkiego. To tak, jakby pan włożył okrągły klocek w kwadratowy otwór. Wydaje się w prawidłowy tylko na pierwszy rzut oka.

– A jednak właśnie tacy jesteśmy. Niedoskonali. Nieprawidłowi.

Loyd uśmiechnął się gorzko.

Doktor zanurzył spojrzenie w notatkach. Zapadła kolejna porcja ciszy przyprawiona cykaniem zegara oraz szelestem skórzanego fotela.

– Wcześniej mówiłeś, że szukałeś już pomocy u innych specjalistów – podjął Mark. – I żaden z nich nie stwierdził ani depresji, ani schizofrenii, ani zaburzeń osobowości.

Grant prychnął.

– Nie mam również żadnych natręctw ani zachowań kompulsywnych. Ale czy to dobrze?

– Przecież mamy osiemdziesiąty siódmy rok – zaprotestował Mark, lekko rozbawiony. – Powinniśmy dziękować, że ludzie od ponad stu lat nie cierpią z powodu psychopatologi, a ty chciałbyś… Właściwie co? Zerkać co chwilę na godzinę? Myć bez przerwy ręce? Wracać się i sprawdzać, czy zamknąłeś drzwi?

Loyd, zrezygnowany, usiadł na biurku. Wszystko jest lepsze od wypłaszczenia. Głęboko westchnął.

– Chyba niepotrzebnie przyszedłem. W sumie nic dziwnego, skoro wszyscy jesteśmy popierdoleni. Rozumie pan? Wiem, nie mam solidnych podstaw. Ale czuję to pod skórą, w trzewiach, w szpiku. Zdaje się, że fachowo nazywacie tę zdolność inteligencją intuicyjną. A ja przeczuwam, że nie jesteśmy tacy jak kiedyś. – I po wahaniu, zdeprymowany trzeszczeniem fotela, dodał: – Nie tylko Hitler był cieniem człowieka.

– Hitler zamordował miliony istnień – przypomniał z nieudanie skrywanym niesmakiem Mark. – Porównujesz go do innych osób?

– Zabił ich w zrywie.

– Słucham?

Loyd chwycił globus, zaczął go przekręcać.

– Według mojej koncepcji Adolf Hitler, podobnie jak reszta ludzi na świecie, był ofiarą wiekowej zmiany. Tylko w przeciwieństwie do większości jego organizm próbował z nią walczyć. Rozumie pan? Holocaust, pierwsza i druga Wojna Światowa, wszelkie konflikty są efektem masowych zrywów ludzkości broniącej się przed wyniszczającą od lat aberracją. Przed defektem, który osłabia naszą chęć do działania, motywację, popęd…

Mark z łoskotem odłożył notatki. Poprawił okulary, złożył dłonie w piramidkę i spojrzał na pacjenta ze szczególną uwagą. Loyd był przekonany, że psycholog zakończy wizytę.

– Mówiłeś, że nie cierpisz na żadne przewlekłe choroby. I że nie byłeś leczony klinicznie. Zgadza się? Ale…

W Grancie wezbrała mieszanina podejrzliwości oraz nadziei.

– Miałeś może prześwietlenia głowy? – indagował władca dusz, plotąc palcami w przestrzeni dziwne wzory. – Funkcjonalny rezonans magnetyczny, tomografię komputerową, przezczaszkową stymulację magnetyczną?

– Tylko elektroencefalografię. Według lekarzy nie wykazała nic istotnego, poza artefaktami odczytów snu. Chociaż sam uważam, że to nie były zwyczajne przekłamania.

Mark oblizał usta, nachylił się w kierunku pacjenta.

– Dziękuję, Loyd – powiedział z jaszczurzym ożywieniem. – Cieszę się, że się do nas zgłosiłeś.

Cisza.

Cyk-cyk-cyk.

Mark wstał, podszedł do regału zasłaniającego ścianę, przejechał palcami po grzbietach książek i wyjął czerwony tom zatytułowany „Neuropsychologia”. Okazało się, że regał nie jest jednolity – środkowa część w akompaniamencie szelestu wysunęła się pół metra do przodu i kolejne pół w lewo, zasłaniając fragment statycznej części księgozbioru. I odkrywając prostokąt absolutnej ciemności.

Mark wyjaśnił, że to winda, która zawiezie go dwadzieścia metrów na dół, do skromnego kompleksu badawczego, gdzie pracuje neuropsycholog Milena. On sam zostanie tutaj, ponieważ za godzinę ma kolejną wizytę.

Loyd, wciąż oszołomiony, bez słowa wszedł do klaustrofobicznej windy. Regał zamknął się, zapadła całkowita ciemność. Blaszana puszka zawibrowała i ruszyła, otulając Granta niepokojącym poszumem.

Jestem chory, jak wielu… Nie, jak wszyscy ludzie na tym cholernym świecie. Tylko jak to udowodnić, skoro obecny stan rzeczy jest powszechnie uważany za normalny? W końcu niemożliwością jest podważyć jakość atrybutów, z którą się rodzimy. To tak jakby poddać w wątpliwość sens rozmnażania płciowego. Niewykonalne, absurdalne, niezrozumiałe…

Winda zjeżdżała bardzo wolno. Gdy drzwi wreszcie się rozsunęły, Loyd drgnął, zaskoczony konspiracyjnym anturażem. Kopulaste pomieszczenie pełne było medycznej aparatury oraz przeźroczystych monitorów, na których widniały wykresy, tabelki, słupki, podsumowania, ekstrapolacje, analizy, korelacje i setki innych danych ściśle związanych z anatomią i funkcjonalnością mózgu. Z sufitu, pod różnymi kątami, zwisały toroidalne lampy, malujące salę kubistycznym światłocieniem. Z radia leciał mroczny ambient; sala tętniła nieidentyfikowalną aurą – geniusz czy szaleństwo, a może nie sposób odróżnić?

Były też rozsuwane drzwi, przez które weszła niska, drobna kobieta. Jej rwany ruch przypominał gradient chaosu; szybkie trzy kroki do przodu, dwa wolne, sekundowa pauza, jeden krok w bok, pięć łagodnie parabolicznych niby kometa, potem kolejna pauza, i tak dalej, i tak dalej, zupełnie jak nakręcana zabawka, w której dawno temu rozprężyło się mechaniczne serce. Nosiła przepiękny monokl, mający chyba odwracać uwagę od worków, które starowina miała nie tylko pod, ale również nad stalowoszarymi oczami. Ścisnąwszy delikatnie kruchą dłoń, Loyd poczuł dreszcz nadziei.

– Profesor Milena Berg – przedstawiła się. – Nie musisz nic mówić, synu, słyszałam waszą rozmowę. Twoją i Marka. – odchrząknęła. – Na kamerach, dla ścisłości. Teraz, jeśli pozwolisz, zrobimy wszystkie niezbędne badania – przeszła do rzeczy, przyjaźnie kładąc dłoń na ramieniu Loyda. – Jestem przekonana, że znajdziemy źródło twoich problemów.

Grant przełknął ślinę, kiedy profesor słabiutko pchnęła go przez drzwi do pomieszczenia obok. Na środku w punktowym świetle niepokojąco łyskała walcowata maszyna.

– Badania?

Milena przechyliła głowę, wskazując leżankę.

– Połóż się. I przygotuj na naświetlanie. Zobaczymy, co masz pod czaszką.

– Kisiel z mózgu.

 

Badania trwały długo, analiza jeszcze dłużej, dlatego kiedy profesor Berg oświadczyła, że są wyniki, Loyd nie krył podekscytowania.

Które opadło jak podniecenie seksualne po orgazmie, bowiem obrazowania nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Ani strukturalnych, ani funkcjonalnych.

– Wspaniale – cieszyła się Milena.

Loyd stanął obok, skonsternowany wlepił wzrok w prześwietlenie.

– Nie rozumiem.

Profesor w ptasim geście przechyliła głowę.

– Wykluczyliśmy guza mózgu – wyjaśniła – choroby neurodegeneracyjne takie jak Alzheimer czy Parkinson, a sama aktywność komórek mieści się w normie. To bardzo dobry znak, ponieważ dzięki temu wiemy, że przyczyna twego stanu, zgodnie z naszymi przypuszczeniami, tkwi znacznie głębiej.

Przeszli do pokoju wypoczynkowego – ona rozstrojonym krokiem – gdzie Berg wysunęła szufladę starodawnego kredensu i wyjęła z niej czarne etui. W środku znajdowała się inkrustowana złotem fajka.

– Stanu większości ludzi – poprawił Loyd, zapadając się w głębokim fotelu.

Milena zawiesiła ustnik tuż przed cieniutkimi wargami, przygniotła Granta stalowoszarym spojrzeniem.

– Dlaczego inni tak nie uważają?

– Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę – powiedział ze smutkiem Loyd. – Zresztą, tego nie da się sprawdzić, bo nie wiemy, jak wyglądała norma, która setki lat temu została zniszczona.

– Masz wyobraźnię – zauważyła z podziwem Milena.

Oczy Loyda zajaśniały smutkiem.

– Wolałbym mieć możliwość prześledzenia losów własnych przodków…

– Właśnie w tym chcemy ci pomóc. – Berg zapaliła i kilka razy pyknęła, zasnuwając się dymem; kot z Chesire zaraz zniknie, a ja obudzę się z tego dziwnego snu… – Posłuchaj uważnie. Nasze badania sprowadzają się do epigenetyki, nauki zajmującej się badaniem dziedziczności pozagenowej. Wyobraź sobie, że ludzie posiadają epigenetycznie sterowalne doświadczenia przodków. Są uśpione, jednak u niektórych osób uaktywniają się podczas snów. I jeśli uda się nam wzbudzić wspomnienia u ciebie, być może dowiesz się, co w przeszłości miało impakt na to, że jesteś jaki jesteś.

Grant nagle uwierzył, że mieli z panią profesor wspólny cel, w dodatku prowadziła do niego ta sama ścieżka, dlatego mimo nagłego przerażenia postanowił się zgodzić na wszystko, co Milena zaproponuje. W końcu jaki miał wybór? Mógł albo do końca swych dni tkwić w pozycji półleżącej, albo odważyć się wstać.

– Czyli chcecie sztucznie wywołać sen, który pozwoli mi wcielić się w dziadka lub pradziadka. W ich perspektywę.

Milena Berg zataczała po pokoju zdeformowane koła, coraz szybciej, coraz bardziej nakręcona; zasuszony okaz perypatetyki; skoro ruch napędzał jej procesy myślowe, to czy ten pandemiczny krok nie prowadzi do obłędu?

– Generalnie chodzi o dawnych krewnych – mówiła. – Postaramy się zajrzeć jak najgłębiej. Być może okaże się, że jesteś potomkiem Napoleona Bonaparte lub Alberta Einsteina.

Loyd z trudem przełknął ślinę. Poderwał się z fotela i stanął na środku pokoju.

– Ale… Ale jak? – Okręcał się, by móc śledzić Milenę.

Która widocznie czekała na to pytanie, gdyż uśmiech niemal rozwłóczył jej pomarszczone oblicze; zmartwychwstały kos z Chesire musiał wieść do krainy czarów.

– Każda komórka zawiera pełną informację DNA. W tym kompletny przekrój śmieciowej informacji genetycznej, która teoretycznie jest nieaktywna, wyciszona, ergo całkowicie niepotrzebna. W istocie, część z nich to duplikaty, pozostałości po wirusach lub bakteriach, są nawet rudymenty odcinków kodujących zachowania, które już nawet dwieście tysięcy lat temu były atawizmami. Jednakże neurony znajdujące się w mózgu są inne. Charakteryzuje je, naturalnie wyłączając duplikaty, większe cmentarzysko genów. Zaś część z nich zapisuje wspomnienia i doświadczenia przodków. Nazwaliśmy je Genami Przechowującymi Wspomnienia.

Loyd skrzywił się, uderzony falą sceptycyzmu.

– Skąd się niby wzięły? Organizm je dobudowuje?

– Absolutnie! – wzburzyła się profesor Milena. – Organizm korzysta z cmentarzyska. Innymi słowy zmienia te geny, które są wyciszone i od wieków niepotrzebne. Do przeprogramowań służą czynne białka. Niestety, nie poznaliśmy dokładnie mechanizmu.

Loyd przetrawił informacje i z niechętnym mruknięciem zaakceptował nową wiedzę.

– Teraz słuchaj uważnie, synu – kontynuowała pani profesor, wybornie kurząc z fajki. – Pamięć rozproszona jest po całym mózgu. Żeby wywołać dane wspomnienie, potrzeba perfekcyjnej synchronizacji określonej grupy neuronów. Czysta biochemia. Hipoteza zakłada, że GPW przechowuje pewne konfiguracje startowe wyładowań w mózgu, które odpalają nasze wspomnienia przodków.

Loyd zmarszczył brwi. Czasami miał wrażenie, iż jedna myśl inicjuje ciąg skojarzeń, nad którym nie sposób zapanować. Albo Milena ma rację, albo zaczynam wariować, szalony wykład dopasowując do własnych spostrzeżeń.

– Sęk tym, że mam zaledwie jeden dziwny sen. – Klapnął na biurko, puścił w ruch kołyskę Newtona. – Gdzie podziały się wspomnienia reszty przodków?

Milena zatrzymała się, uroczo niezbornie poprawiając monokl.

– Och, inne GPW podczas snu widocznie pozostają wyciszone przez kod epigenetyczny. Mówiąc ściślej, istnieje enzym, metylotransferaza DNA, która przyłącza do substancji dziedzicznej swoisty rygiel w postaci grupy metylowej, tym samym blokując ekspresję takiego a takiego genu. Działa to również w drugą stronę, wystarczy więc odblokować ich ekspresję i voilà!

Oczy Granta przesłoniła mgła zagubienia.

– Czyli jak to zrobimy, będziesz miał różne inne osobliwe sny.

– Prościzna! – zakpił. – Trzeba wiedzieć, które geny.

– Wiemy, wiemy!

Loyd wciąż nie był do końca przekonany. Pani profesor mówiła rzeczowo i przekonująco, lecz zarazem sprawiała wrażenie człowieka nawiedzonego; zbyt często i zbyt szeroko się uśmiechała, a spojrzeniem ciskała jak chory na oczopląs. Nie wspominając o sposobie poruszania się. Poza tym w wywodzie nadal pozostawały niedające Loydowi spokoju niejasności.

– A cel istnienia GPW? – spytał z lękiem, nie sądził bowiem, aby Berg umiała tę kwestię wyjaśnić. – Słucham bardzo uważnie, ale nie potrafię dostrzec idei, którą w tym przypadku kierowałaby się ewolucja.

– Ewolucja to mechanizm – pouczyła go Milena – i niczym się nie kieruje.

Loyd poczerwieniał ze wstydu. Mimo to…

– Mimo to – zreflektował – w głównej mierze polega na nieprzypadkowym zapisywaniu przypadkowych zmian. Nie rozumiem, po co miałaby dociążać organizm niepotrzebnymi wspomnieniami, tym bardziej wyciszonymi.

Milena energicznie pokiwała głową i Loyd zrozumiał, że pani profesor będzie potrafiła zdmuchnąć każdą wątpliwość. Tłumacząc, zataczała ręką szerokie kurzyste półkola.

– Popełniasz błąd, a priori zakładając bezsensowność GPW, które mogą aktywować się podczas sytuacji kryzysowych i pomagać człowiekowi adaptować się do nowych środowisk tudzież sytuacji. W końcu odkryliśmy, iż część GPW aktywuje się w fazie REM, czyli podczas marzeń sennych. Co prawda przytłaczająca większość osób nie pamięta snów, podczas których zaktywizowały się geny przechowujące wspomnienia, są jednak odstępstwa od tej reguły. Mówiąc nawiasem, właśnie dlatego spośród tysięcy chętnych wybraliśmy ciebie.

Loyd oklapł z powrotem na fotel, przytłoczony informacjami oraz powagą sytuacji. Zagryzł wargi i przyjrzał się pani profesor. Drobniutka, zgarbiona, krucha w ruchach, na granicy neurozy oraz euforii. W żadnej innej sytuacji nie zaufałby tej kobiecie, ale w tym konkretnym kontekście, w podziemiach, otoczony profesjonalną aparaturą diagnostyczną, po wyczerpującym wykładzie, z płucami pełnymi gryzącego dymu, w tym konkretnym przypadku Loyd albo całkowicie uwierzył w Milenę, albo szalenie tego pragnął.

– Rozumiem, że chce pani intensywniej pogrzebać w głowie. Jeśli pomoże mi to w zrozumieniu koszmarów i znalezienia odpowiedzi na mój… na dziwny stan ludzkości, nie mam nic przeciwko.

Oblicze Mileny rozwłóczył uśmiech.

– Znakomicie. Wprowadzimy cię w stan snu i podczas fazy REM wstrzykniemy w rdzeń przedłużony białka syntetyzujące antymetylotransferazę, która dzięki chemicznym znacznikom będzie „wiedziała”, żeby grupy metylowe usunąć tylko z GPW.

Zgasiła fajkę, weszli do głównej sali. Kalibrując aparaturę, wskazała Loydowi leżankę.

– Gotowy?

Grant ułożył się na niej. Kiedy Milena podłączała mu do głowy elektroencefalograf, nie mógł przestać się wiercić. Oblały go zimne poty.

– Już sobie wyobrażam, co wyśnisz – mruknęła staruszka.

 

***

 

Kiedy o czwartej rano w pokoju rozbrzmiała liczba budzików równa wczesnej godzinie, Sergio Canavero zerwał się z łóżka i poczłapał prosto pod prysznic. Lodowata woda skutecznie zmyła okruchy koszmaru – sen o pogoni za jeleniem, rezygnację, anhedonię, lincz z rąk pierwotnych ludzi, zdychanie w kałuży własnej krwi, nawet odrąbaną głowę; wszystko z gulgotem wciągnął wir odpływu.

Marmoladowy rożek z latte macchiato smakował jak zwykle tekturowo. Canavero siedział przy panoramicznym oknie i w rozkojarzeniu obserwował nocne światła Turynu. W centrum promieniało Mole Antonelliana, blaskiem oraz gabarytami przyćmiewające resztę budynków, przyćmiewające także zdrowy rozsądek Sergia, który momentalnie zwątpił, czy zdoła odciąć Jackowi głowę.

Wziął się w garść piętnaście minut później, gdy niebo nad miastem odtajało i brzask wyeksponował dotychczas majaczące na horyzoncie Alpy. Wiara przenosi góry, pomyślał. Pacjent pewnie już czekał na przeszczep ciała, a jeszcze trzeba się ubrać, dojechać, w drodze przypomnieć sobie strukturę kluczowego odcinka układu nerwowego, na miejscu rozgrzać dłonie do precyzyjnych cięć…

Szybko, szybko, szybko.

Szpitalny parking świecił pustkami. Canavero niedbale zaparkował samochód i w pogniecionych spodniach oraz rozchełstanej koszuli popędził do głównego wejścia; w locie przywitał się z parzącą kawę pracowniczką rejestracji; ledwo się odwróciła, a on już był w windzie – blaszana puszka ruszyła na dół, do podziemi.

W pokoju lekarzy zarzucił na ramiona fartuch, założył czepek i maskę chirurgiczną, po czym udał się na przepastną salę operacyjną. Ponad trzydziestoosobowy zespół profesora był prawie gotowy. Ciało dawcy już czekało, od nóg do ramion zakryte białą narzutą. Gdy pielęgniarki przywiozły cierpiącego na dystrofię mięśniową Jacka, Sergio zdezynfekował w małej wnęce dłonie, kilkukrotnie odmówił modlitwę, po czym z głęboką zadumą stanął nad wątłym Amerykaninem.

Operacja się nie udaje, lecz głowa Jacka jakimś cudem nie umiera i umieszczają ją w akwarium w wejściu do szpitala – od tej pory będzie witać pacjentów i stanie się symbolem medycyny w Turynie. Z czasem wykształci nibynóżki, dzięki którym pewnej nocy wydostanie się na zewnątrz. Jeden z odwiedzających bliską osobę po zakończeniu wizyty ukradnie głowę i zabierze ją na podróż do Doliny Monumentów, gdzie Jack stanie się osobliwym wykrywaczem zakopanych setki lat temu przez Indian skarbów.

– Doktorze?

Sergio zamrugał, strząsając z powiek chore imaginacje.

Anestezjolog znieczulił Jacka, po czym podłączył aparaturę monitorującą funkcje życiowe. Lekarze bez słowa zajęli swoje pozycje. Główny asystent zajął pozycję za ramieniem Canavero, w oczekiwaniu na pierwszy gest mistrza wstrzymując oddech.

Trzy lata temu Sergio podjął się próby przeszczepu głowy pierwszy raz. Operacja miała miejsce w Chinach, a pacjentem był Valery Spiridonow. Zakończyła się niepowodzeniem i choć ostracyzm zatoczył szerokie kręgi, Sergiowi udało się znaleźć lekarzy, którzy chcieli – nie, pragnęli! – partycypować w kolejnym nomen omen karkołomnym przedsięwzięciu.

A teraz stado lekarzy, skupionych wokół dwóch ciał, specjalistycznej aparatury i monitorów, kilkudziesięciu lekarzy wpatrujących się w Canavero jak w mesjasza, który ponad rok przygotowywał ich do tej chwili. Wystarczył jeden gest.

Ręka w górze.

Zaczęło się.

Pracowali przy dwóch ciałach równolegle. Najpierw ponacinali skóry wokół szyj, nerwy, mięśnie oraz drobne naczynia krwionośne. Pierwsza faza przebiegła gładko jak po maśle. Choć nie była szczególnie wymagająca, stanowiła uwerturę piekielnie złożonej opery i w sali dało się wyczuć rosnące napięcie.

Druga część wymagała niezwykłej, nieosiągalnej dla zwykłego człowieka precyzji. Canavero zaczął przecinać kręgosłup Jacka, powoli, ostrożnie, oszczędzając rdzeń kręgowy oraz otaczająca go błonę; zgięty niby w żarliwej modlitwie nad tym delikatnym i kruchym tworzywem. Drugi najbardziej doświadczony lekarz zajął się dawcą.

Widok kręgosłupa wzbudził w Canavero wspomnienie koszmaru. Wbrew zmęczeniu biegł za jeleniem, zdeterminowany zabić zwierzę. Napędzała go myśl o wychudzonej, czekającej na mięso kobiecie, o płaczącym za mlekiem dziecku, o czających się w zaroślach i ciemnościach drapieżnikach. A potem zawiódł. Zbyt dokładnie pamiętał ból, krew oraz znikającą świadomość z odrąbanej głowy.

Zamrugał, w ostatniej milisekundzie zapanowując nad błędnym ruchem.

Wdech, wydech.

Wdech, wydech.

Nadszedł czas na przecięcie dużych żył oraz tętnic. Bez tlenu mózg pacjenta nie przetrwałby długo, dlatego zanim skalpele poszły w ruch, na głowę Jacka lekarza nałożyli kopułę schładzającą. W temperaturze dwunastu stopni Celsjusza metabolizm narządu zwolnił na tyle, że chirurdzy zamiast trzech minut mieli godzinę, aby połączyć naczynia głowy i ciała. Wystarczająco dużo, aby nie dostrzec rozkojarzenia profesora.

Nigdy nie przeszkadzał mu widok krwi, ale teraz… Na Boga! Pamiętał zimny wiatr na równinie, szelest wysokiej trawy łaskoczącej nogi, zrezygnowane spojrzenie wielkich ślepi oraz szarpany oddech jelenia olbrzymiego. Pamiętał wreszcie gasnący triumf, gdy stanął nad zwierzęciem, petryfikujący w obojętność, która okrzepła, spękała i opadła na zgrabiałą ziemię, zostawiając po sobie dojmującą pustkę.

Mimo to operował dalej, skuteczny nawet na autopilocie, zaprogramowany do działania wbrew wszelkim przeciwnościom, nieustępliwy jak komórki rakowe.

Po dwunastu godzinach, kiedy przecięli wreszcie rdzenie kręgowe, zaczął odczuwać rosnące wątpliwości. Operacja w Chinach okazała się klęską, ponieważ polimer mający przyspieszyć połączenie rdzenia dawcy i biorcy nie zadziałał tak jak oczekiwali. Dzisiaj profesor zamierzał wykorzystać węchowe komórki glejowe. Osiem lat temu za ich pomocą wrocławscy neurochirurdzy przywrócili sprawność ruchową mężczyźnie z przerwanym rdzeniem kręgowym. Mimo to…

Sergio z niemal nabożną ostrożnością chwycił odciętą głowę Jacka. Do ciała dawcy musiał się jedynie odkręcić, lecz z jakiegoś powodu ani drgnął. Wszyscy patrzyli, czekali, rozległy się pomruki, szepty, ktoś się spytał, czy z profesorem wszystko w porządku. Canavero, pogrążony w głębokiej zadumie, nie zwracał na nich uwagi. Dopiero teraz zrozumiał, że zawsze wierzył w powodzenie operacji. Natomiast powątpiewał, czy istnieje sens, żeby to robić. Gdyby pojął, że dopadło go dokładnie to samo co trzysta tysięcy lat wcześniej neandertalczyka – nienaturalna niechęć, spadek motywacji, szczytowy symptom aberracyjnej rekonfiguracji potencjału elektrycznego neuronów – może wtedy zareagowałby inaczej. Ale przecież nie mógł tego wiedzieć.

Upuścił głowę – w akompaniamencie zdziwionych westchnień potoczyła się między lekarzy – i bez żadnych emocji wyszedł z sali. W windzie zrzucił chirurgiczną odzież, piętro wyżej pożegnał się z rejestratorką – niepomiernie zdziwioną, że tak szybko skończyli – na parkingu uniósł zakrwawione dłonie, żeby ludzie wiedzieli, że się poddał, a potem odpalił auto i w błogiej ślamazarności pojechał do mieszkania. Pierwszy raz od wielu lat zamierzał porządnie się wyspać.

Tylko że nie dojechał. W pewnym momencie zgasła ostatnia iskra motywacji. Zatrzymał się na środku skrzyżowania. Nie zdążył zarejestrować niebezpieczeństwa. Rozpędzony tir zgniótł samochód jak pięść puszkę. Sergio Canavero zginął w pozycji półleżącej.

W tym czasie lekarze spróbowali dokończyć operację. Nadaremnie, gdyż podczas upadku równo ucięty rdzeń uległ nieplanowanym uszkodzeniom. Jack otworzył oczy, rozejrzał się, a potem jego oblicze zastygło w przerażeniu. Kilka dni później szpital w Turynie wystosował oświadczenie, że operacja zakończyła się porażką.

 

***

 

– Interesuje nas wspólny patologiczny mianownik przodków – powiedział Mark w gabinecie. – I chyba go znaleźliśmy. Otóż wszyscy cierpieli na zaburzenia, które ostatecznie doprowadzały do całkowitego wytłumienia motywacji. Nazwijmy to zapaścią.

Loyd potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z niej nieprzyjemne sny.

– Canavero, neandertalczyk, pochodzący z Polski górnik i starożytny filozof – szepnął. – Wyśniłem ich życia, lecz tylko dwóch pierwszych dopadła zapaść. Najprawdopodobniej u reszty nie trafiłem na kluczowe momenty życia. Natomiast wszystkich bez wyjątku cechował dręczący mnie stan półleżenia.

Zapadła połowiczna cisza.

Cyk-cyk-cyk, zegar mącił ją jak zefir marszczy taflę stawu.

– Sądzę, że jeśli wyśnię przeżycia kolejnych przodków – podjął Loyd – wreszcie trafię na moment, w którym wszystko się zaczęło.

Kiedy ludzkość zaczęła półleżeć.

Milena odchrząknęła.

– Mój drogi, wolałabym cie nie smucić, ale wszystko było dziełem przypadku. Nie mogę zagwarantować, że włączę odpowiedni GPW i znów trafisz do plejstocenu. Nie posiadamy odpowiednich markerów. Ale jesteśmy w trakcie pionierskich badań. – Profesor zawahała się, poprawiła monokl. – Bardzo obiecujących, jednocześnie niosących nieoszacowane ryzyko.

– Na czym polegają? – spytał zaciekawiony Loyd.

– Lepiej wytłumaczyć to na miejscu. Bo jeszcze się rozmyślisz. – Dodała pod nosem. – Doświadczenia prowadzą na kole podbiegunowym. W Grenlandii. Skontaktuję się z tobą w ciągu miesiąca. Zaufaj mi. Zobaczysz, będziesz w głębokim szoku.

 

***

 

Między słowem a uczynkiem to góra jest pośrodku

Stanisław Brzozowski

 

Zaburczało. Błysnęło. Rozpętała się burza. Lloyd nie zwracał uwagi na kapiące z dachu sążniste krople.

Fotel na biegunach z każdym bujnięciem nieznacznie przesuwał się w stronę Butelki Kleina. Kiedy wreszcie ją pyknął, Lloyd otworzył oczy i zastygł w bezruchu. Naczynie zawirowało – rulonik urósł, zmalał, zszarzał, pojaśniał – i cudem zawisło na skraju werandy, jakby nie mogło się zdecydować – spaść czy nie. Lloyd ujrzał, że poza morfującym rulonikiem za szkłem toczącej się butelki zaszło coś więcej, coś nieoczekiwanego. Trwało ułamek sekundy, ale starzec zdążył dostrzec istnienie subtelnych zmian. Zaintrygowany, chciał poznać ich charakter, dlatego przysunął naczynie blisko pomarszczonej twarzy i podejrzliwie zmrużył oczy. A potem postawił butelkę na stoliku i zakręcił nią.

Coś łysnęło, zniknęło, pozostawiając na siatkówkach powidok percepcyjnych niemożliwości. Jakby dno wysklepiało się i wchodziło z uszkiem w nienaturalne dla trójwymiarowego środowiska interakcje.

Lloyd kręcił butelką tak długo, aż udało mu się ją zatrzymać w momencie rekonfiguracji. Musiał bardzo uważać, ponieważ minimalne przechylenie sprawiało, że osobliwości gasły jak ostatni błysk w oku umierającego.

Obchodził naczynie ze wszystkich stron, próbując znaleźć sposób, aby wyciągnąć rulonik. Wydawało mu się, że widzi pewne możliwości, jednak za każdym razem, gdy zaczynał przy butelce manipulować, ta zmieniała kąt leżenia i musiał kręcić od nowa.

Wreszcie usiadł, zrezygnowany. Niechcący trącił nogą torbę, z której wyślizgnął się węgorz. Ryba wskoczyła Lloydowi na kolana, a potem na stolik i spastycznymi ruchami dotarła do butelki; wstrząsy trochę ją przesunęły. Starzec ze zdziwieniem obserwował, jak węgorz uparcie uderza w spód naczynia. A jeśli…

Gdy nie podnosząc jej, chwycił butelkę w dłonie i po chwili odnalazł zagubione koordynaty, węgorz wskoczył spodem jak do wody, w środku zakręcił się, zawirował, chwycił w paszczę rulonik i wyskoczył z nim na zewnątrz.

Lloyd drżącymi dłońmi rozwinął zwój. Słowa sprawiły, że poczuł zawroty głowy. Widocznie tak musi być, pomyślał, rozchwierutanym krokiem opuszczając chatkę.

Na plaży wypuścił do wody węgorza – po otwarciu butelki nie mógłby go zjeść – znalazł innego, po czym odwrócił się w stronę gargantuicznego jądra.

„Idź i poznaj swoją górę” – głosiła wiadomość na zwoju.

 

***

 

Port lotniczy w Nuuk był śmiesznie mały. I prawie całkowicie wyludniony. Gdy Loyd wyszedł z samolotu, dopadło go nieodparte wrażenie, że sroga aura dawno temu przetrzebiła tutejszą ludność. Średnia temperatura wynosiła co prawda minus siedem stopni Celsjusza, ale jej subiektywne odczucie – statyczny, ponury, depresyjny krajobraz; wiatr wnikający pod czaszkę i zdmuchujący wszelką myśli niby przeciąg wątły płomień świecy – zaprawdę, to paskudne odczucie sprawiało, że w tym sensorycznym piekle nawet dusza zdawała się zamarzać. Potem przyjechał samochód – iskra nadziei.

Jadąc autem, Loyd oglądał przez szybę skute lodem obszary. Najpierw domki różniące się w głównej mierze kolorami – niebieski, czerwony, żółty – potem ascetyczny pejzaż rozciągający się u podnóża góry Ukkusissat.

Taka jest właśnie ludzkość, pomyślał Grant. Wyjałowiona, przygaszona, w nieświadomości żyjąca pod dyktandem półmilion-letniej zmiany. Ograbiona z pierwotnego światła, ciepła, ruchu. Tylko dlaczego? Profesor żywiła przekonanie, że w tym zapomnianym przez Boga miejscu uda się znaleźć odpowiedzi.

Samochód zdawał się sunąć od zawsze, zawieszając Granta w przyjemnym znudzeniu. Z tyłu głowy ćmiła gorzka niewiara.

Zapadł zmierzch, niebo przecięła chryzolitowa wstęga zorzy. Zrobiło się piękniej, smutniej. Porzucone Nuuk wyglądało niczym baśniowa polana świetlików, która gaśnie jak magiczny sen, zostawiając w sercu kruche ślady wątpliwości.

Ciepło, cieplej. Przysypiał.

Dopiero widok ośrodka badawczego Icefjord Centrum – gigantyczny bumerang zgubiony przez olbrzyma, szklisty, ożebrowany jasnym drewnem, w tym pustkowiu iluminujący niby umysł geniusza w jaskini – dopiero ten widok sprawił, że serce zabiło mu szybciej.

W środku placówki przywitał ich doktor Inuk Enoksen, średniego wzrostu ciemnowłosy mężczyzna z krótko przystrzyżoną brodą. Grantowi uścisnął dłoń, Milenę bratersko uścisnął, nie mogąc nacieszyć się jej widokiem.

Pusty korytarz połknął ich kroki.

– Cieszę się, że znalazłeś ochotnika – zwrócił się przyjaźnie do pani profesor, po czym, momentalnie poważniejąc, zerknął na Loyda. – Mam nadzieję, że został pan uprzedzony o ryzyku.

– Nieoszacowanym – odparł Grant.

Inuk, splatając ramiona na piersi, westchnął przeciągle.

– Tak można powiedzieć o wyprawach na fiordy. My chcemy zrobić coś znacznie odważniejszego. Przełomowego.

Zjechali windą do podziemi, gdzie korytarz był węższy i gdzie kręciło się sporo noszących białe kitle naukowców. Enoksen zaprosił ich do sali konferencyjnej. Grant usiadł przy jajowatym stole, Milena zaczęła perypatetycznie krążyć, a grenlandczyk wziął się za parzenie kawy.

– Wspomniałem o fiordach – mówił – gdyż ośrodek został stworzony z myślą o ich badaniu, jednak, mówiąc ogólnie i w skrócie, czas zweryfikował wstępne założenia. Od pięciu lat prowadzimy zaawansowane badania nad mózgiem. Posiadamy wykwalifikowaną kadrę i najnowocześniejsze instrumentarium. Sądziliśmy więc, że jesteśmy przygotowani na wszystko. Dlatego nawet nie wiesz, jak wielkie było nasze zaskoczenie, kiedy tydzień temu jedna z wypraw znalazła uwięzionego w lodzie człowieka. – Inuk przez cały wywód żywo gestykulował. Z rozpierającą dumą nabrał powietrza, wyprostował się, opróżnił płuca, oblizał usta. – Oczywiście nikt nie liczył na filmowy scenariusz. Neandertalczyk miał czterysta tysięcy lat i był trupem. Kropka. Przynajmniej niska temperatura zachowała jego ciało w niezłym stanie. – Postawił kubki, chusteczką z kieszeni niecierpliwym gestem przetarł spocone czoło. Włączył projektor. – Współpracujemy z ośrodkiem doktora Marka, więc Milenka o wszystkim wie. Ja nie znam tak dobrze nomenklatury…

Berg przejęła od niego wskaźnik.

– Setki tysięcy lat ewolucji zrobiły swoje. To naturalne, że narząd neandertalczyka mocno różni się od naszego – zaczęła staruszka, wskazując markerem poszczególne części mózgu – mimo to nie jesteśmy w stanie zrozumieć pewnych… nieintuicyjnych rozwiązań.

Loyd nachylił się na krześle, zaintrygowany, zbyt szybko upił gorący łyk kawy.

– Chociażby faktu – kontynuowała – że pewne struktury ściśle związane ze szlakami biochemicznymi mózgu są nie mniejsze, lecz większe niż u współczesnego człowieka. W układzie nagrody znajduje się tak zwane jądro półleżące, odpowiadające za produkcję dopaminy, która wydziela się, gdy uda się nam coś wykonać, zwłaszcza kiedy nam na tym szczególnie zależy. Przykładowo, syntetyzuje się podczas seksu, choć czasem wystarczy sam widok pięknej kobiety. Jej dobrodziejstw doświadcza mnich kontemplujący piękno przyrody oraz sportowiec dobiegający na metę. Jest więc neuroprzekaźnikiem związanym z motywacją, nagradza za podjęte działania oraz rezultaty. Bez niej, bez sprawnie działającego ośrodka nagrody ludziom nic by się nie chciało. Jest ewolucyjnym gwarantem sukcesu.

A teraz quasi-życie, niby-emocje, protezy pragnień i sensów.

– Jądro półleżące neandertalczyka jest większe – zrozumiał Loyd. – Czy to oznacza, że w przeszłości miało miejsce coś, co je zmieniło? Albo że teraz działa nieprawidłowo?

Pani profesor pokręciła głową, zgarnęła znad monokla sprężynkę siwych włosów.

– Twierdzisz, synu, że ludzkość jest w marazmie, tymczasem nauka idzie do przodu, są nowe odkrycia, wymyśliliśmy żarówkę, skonstruowaliśmy samolot, powołaliśmy do życia internet, odkryliśmy świat subatomowy…

– Nie myślała nigdy pani, jak wyglądałby postęp, gdyby nasze jądra półleżące nie skurczyły się?

– Kto wie? Może byśmy byli zacofani?

Inuk pospiesznie siorbnął kawy.

– Wiemy o odkryciach Milenki – zmienił temat. – O genie przechowującym wspomnienia, konfiguracji neuronalnej, przeżyciach przodków nakładanych na fazę REM… Pechowo ośrodek doktora Marka nie miał funduszy, aby kontynuować…

– Przecież wyśniłem plejstocen – rzekł skonsternowany Loyd.

– Nie, nie, nie. Chodzi o zrobienie kolejnego kroku.

– To znaczy?

– Chcemy wywołać wspomnienia chemii mózgu. – Milena Berg zakurzyła fajkę. – Podczas fazy REM między neurony jądra półleżącego wstrzykniemy specjalną wiadomość, pęcherzyk synaptyczny ze stworzonym przez nas neuroprzekaźnikiem. Nazwaliśmy go rulonikiem aktywacji wstecznej. Jeśli wiadomość zostanie odczytana, w mózgu zajdzie reakcja biochemiczna, która w połączeniu z aktywacją odpowiedniej grupy genów wytworzy wspomnienia. Nie wiemy, jak będą wyglądać. Chcemy, aby proces bazował na twojej wiedzy i doświadczeniu. Na ich podstawie stworzy osobliwy anturaż snu.

Loyda zamurowało.

– Skoro nie macie markerów do aktywacji odpowiednich GPW, przez co śniłem przypadkowe przeżycia przodków, to skąd pewność, że tym razem uda się aktywować wspomnienia z okresu, który… Który da nam odpowiedzi na pytania o jądrze półleżącym?

Oblicze Berg rozwłóczył uśmiech; z tysięcy milion zmarszczek.

– Dokładny moment nie ma znaczenia. Mamy podstawy, by zakładać, że personifikacja wspomnień chemii mózgu będzie funkcjonować na specyficznych zasadach. Przeżycia przodków są sztywne, po wywołaniu danego momentu nie możesz ujrzeć ani wcześniejszych, ani późniejszych zdarzeń. Taka retrospekcja działa na zasadzie konkretnego GPW, tymczasem wspomnienia chemii mózgu wzbudzimy dzięki rulonikowi, który na cmentarzysku genetycznym rozpozna i zaktywizuje wszystkie GPW. Wcześniej specjalny enzym z grubsza posegreguje je, przez co możliwe stanie się odczytanie zaszłych na przestrzeni tysięcy lat zmian między poszczególnymi konfiguracjami wyładowań neuronalnych. Prześledzenie aktywności pozwoli nam odnaleźć punkty krytyczne i, w aproksymacji, będziemy w stanie określić, jakie zmiany funkcjonalne zaszły w mózgu.

Loyd ściągnął brwi.

– Zaraz, zaraz. Czy dobrze rozumiem, że chcecie wywołać sen, dzięki któremu dowiem się, co jest przyczyną spadku motywacji u ludzkości?

Milena potwierdziła.

Zrobiło się zimno, jakby mroźna aura przeniknęła mury ośrodka. Loyd czuł, że ze strachu lodowacieje mu rdzeń kręgowy.

– Jakie jest zagrożenie? – spytał słabym głosem.

Profesor także struchlała. Przygarbiła się jeszcze bardziej i wyglądała niczym najstarszy na świecie ślimak.

– Trudno powiedzieć. Możesz się nie wybudzić. Albo umrzeć. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy.

– Sam nie wiem. Trochę mnie zaniepokoiłaś.

Milena uniosła palec, dając znak, że nie skończyła.

– Ale takie zagrożenie istniałoby jedynie w sytuacji, kiedy byśmy cię zostawili. A nie zrobimy tego. Będziemy nieustannie czuwać. Jeśli tylko zacznie dziać się coś niepokojącego, natychmiast cię wybudzimy.

– Aha. W tej sytuacji zagrożenie jest mniejsze?

– Niepomiernie. Najwyżej pośpiesz trochę dłużej.

Inuk chciał coś powiedzieć, ale otworzył i zamknął usta. Zapadła cisza. Profesor Milena zmrużyła oczy, w oczekiwaniu obserwowała Granta.

Ludzkość gaśnie jak ognisko późną nocą. Kto je rozpali ponownie, jeśli nie my? Loyd zastanawiał się, co będzie dalej, jeśli nie przerwą tej obniżonej chęci do życia. Albo jeśli przynajmniej nie zrozumieją, skąd pochodzi i jak z nią walczyć. Mają teraz najlepszą okazję, aby to zrobić. Nie skorzystać z niej, zwłaszcza na miejscu Loyda, byłoby nie tylko lenistwem czy tchórzostwem, lecz całkowitym upadkiem moralności.

– Dobrze. – powiedział. – Będzie, co ma być.

– Nie obawiasz się? – zapytał Inuk.

– Trochę. Ale napędzają mnie wyobrażenia o wielkim odkryciu.

 

***

 

Z żalem w sercu zostawił za sobą chatkę.

Zmalała.

Zmirkała.

Znikła.

Zostawił wreszcie plażę bezmiarów i teraz szedł przez morze cichuteńko szeleszczących turzyc piaskowych. W obawie że wypadnie z niej zwój, co chwilę grzebał w przewieszonej przez ramię torbie. Rulonik wskazywał kierunek wędrówki. Na razie musiał iść prosto, lecz za ciągnącymi się setki kilometrów wydmami majaczył gęsty jak budyń las. Obym się w nim nie zgubił.

I tak nie uda mi się wyjść z jej cienia, pomyślał defetystycznie, nie odrywając wzroku od góry, rzucającej na świat wypaczone projekcje. Jej majestatyczność rozkruszała, ścierała w piach i z ewolucyjnym chłodem bezcześciła prochy ludzkich sensów, plugawiła wektory znaczeń, przez setki tysięcy lat poniewierała niezliczone istnienia w błocie anhedonii niczym Demiurg pogardy.

Otrząsnął się i ze zdziwieniem pojął trzy rzeczy. Po pierwsze, z oczu leciały mu łzy. Po drugie, klęczał niby jakiś męczennik. Po trzecie, wiatr zasypał mu kolana, połowę ud i najwidoczniej nie zamierzał na tym poprzestawać. Lloyd poderwał się, zakolebał, złapał równowagę i rozedrganym krokiem podjął trud wędrówki. Mnie nie złamiesz, pomiocie, pomyślał z goryczą. Jesteś moją górą. Zbyt długo pozwalałem ci milczeć. Zbyt długo tolerowałem twą obecność. Zamierzam cię zdobyć, poskromić, podporządkować.

Po bezczasie zgłodniał, więc wyjął z torby węgorza i wgryzł się w galaretowatą substancję. Ryba falowała spastycznie niemal do ostatniego kęsa. Walczyła, wchodziła między zęby, w kieszonki toczonych szkorbutem dziąseł, fragmentami dekorowała krzaczastą brodę.

 

Szedł dalej.

 

Aż, och, aż dotarł do lasu, gęstego niby gąbka.

Starodrzew miał tak tłuste korony, że panował w nim półmrok. Lloyd co chwilę zerkał na zwój, który nieustannie aktualizował drogę. Ta kluczyła między szerokimi pniami, omijała skarpy, biegła wzdłuż jarów, a jeden mały niegdyś-rulonik zaznaczał to wszystko z niezwykłą dokładnością. Odrysowywał nawet wiatrołomy, dlatego Lloyd tym bardziej się zdziwił, gdy kątem oka dostrzegł siedzącego na pniu smutnego człowieka – zwój ani myślał odnotować jego obecność.

Mężczyzna miał znoszone ubranie i wyglądał na najbardziej zmarnowaną istotę na świecie. Na widok Lloyda wyszczerzył drapieżnie malutkie ząbki i przedstawił się jako Serotonin. Powiedział, że strzeże tego miejsca i nie może nikogo dalej przepuścić. Gdy Lloyd zapytał dlaczego, człowiek gwałtownie wstał i zaczął tarzać się w jesiennym listowiu, wykrzykując nie wiadomo do kogo skierowane groźby, tocząc z wykrzywionych ust pianę; w interwałach wścieklizny mamrocząc „jest nas zbyt wielu, zbyt wielu…”. Potem podniósł się i zaczął chodzić wokół drzewa, przecierając pot z czoła, sapiąc nadzwyczaj głośno, jakby to cały las oddychał.

– Jesteś stąd? – spytał ze współczuciem Lloyd.

Serotonin uderzył pięścią w drzewo.

– Spod Szwu – powiedział, po czym zaczął zlizywać żywicę.

– To góra?

– Pasmo. Stanowi nasz dom. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio jest przepełnione. Pęka w szwach, rozumiesz? – Serotonin zaśmiał się histerycznie, wytrzeszczając oczy, patrząc na boki. – A wszystko przez tą twoją pieprzoną górę. Niedługo w jej cieniu znajdzie się cały świat.

I z suchym chrzęstem wgryzł się w korę.

Lloyd postanowił ominąć wariata szerokim łukiem, lecz wtedy ten, wypluwając łyko oraz zęby, rzucił się na starca z pięściami.

Lloyd uciekał ile sił w nogach.

 

***

 

Loyd widział Milenę oraz Inuka poprzez muślinową zasłonę percepcji.

– Według odczytów snu poziom serotoniny był kiedyś znacznie niższy – powiedziała zafrapowana Milena Berg, skacząc wzrokiem po holograficznie wyświetlanych szlakach neuronalnych.

Zamrugała nerwowo, szkiełko spadło na podłogę i pękło wraz z dotychczasowym postrzeganiem rzeczywistości.

– Dobry Boże… Loyd miał rację. To tłumaczyłoby paradoks Hitlera.

Inuk osunął się na krzesło. Z bladej twarzy odpłynęły resztki krwi. Otworzył usta, zamknął, otworzył.

Obydwoje wiedzieli, że wyższy poziom serotoniny wiąże się z agresją. Jeśli kilkaset tysięcy lat temu biochemia mózgu wyglądała zupełnie inaczej, być może żyjący wtedy ludzie nie przejawiali gniewnych zachowań, a przynajmniej nie w takim stopniu, z wyjątkiem polowań na zwierzynę. Tylko kiedy zaszła kluczowa zmiana? Albo przez jaki czas zachodziła? I co właściwie się stało?

– Milenko? – Inuk bał się jak dziecko. – Może powinniśmy go wybudzić?

Staruszka z przejęciem obserwowała holograficzne dane Analizatora.

– Sen trwa – szepnęła. – Czekamy na jądro półleżące.

(…)

Zamierzchła chemia mózgu tysiąckroć żywsza! Impulsy elektryczne silniejsze, trwalsze, szybsze. A potem na przestrzeni setek tysięcy lat coś postanowiło obniżyć wydajność elektrowni. Powoli acz nieubłaganie, metodycznie przygasić dopaminergiczne szlaki. Podstępnie, gdyż długofalowość i w konsekwencji subtelność zachodzącej zmiany doskonale wpisywały się w obraz ewolucji.

Milena wyobrażała sobie metapasożyta, którego geneza zaczęła się poza obrębem Układu Słonecznego, poza obłokiem Oorta, Drogą Mleczną, Galaktyką Andromedy – miliardy lat świetlnych od Ziemi, gdzie rozwijał napotykane rasy tylko po to, by zabierały go w inter-galaktyczne podróże, pozwalając rozsiewać informację genetyczną na kolejnych planetach, aż odnalazł ludzkość.

Wiedziała, że ją poniosło, z drugiej jednak strony miała niezwykle silne przeczucie, że prawda okaże się jeszcze bardziej niesamowita.

(…)

Inuk zerwał się z krzesła, rozlewając kawę.

– Trzeba go wybudzić!

– Poczekaj.

– Nawet ja widzę, co się dzieje!

– Poczekaj.

– Spójrz na odczyt elektroencefalografii! Na wszystkie odczyty! Same artefakty! Fale mózgowe zmieniają się jak szalone. Alfa, beta, theta, omega, znowu beta… Ośrodki mowy i ruchu… Jezu, atakuje je układ immunologiczny! Dlaczego nie możesz tego przerwać?!

– Inuk – zezłościła się – mówię, żebyś poczekał!

Zatem czekali.

 

***

 

Choć niknęła wysoko w chmurach, starzec był pewny, że gargantuiczna góra ma kształt jądra. Stanął u jej stóp i mocno odchylił głowę, z nabożną uwagą podziwiając wąskie schodki pnące się serpentynami wzwyż. Paradoksalnie, dopiero z bliska widział, że góra jest nachylona pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

Schował rulonik, przeżegnał się i kiedy płuca uspokoiły się po wysiłku związanym z ucieczką, rozpoczął mozolną wspinaczkę. Jedna noga, druga, stopy badają grunt, ciało drży, serce kolebie w piersi, płomień duszy niepewnie pełga w oczach.

Dostrzegł coś jeszcze. Pod skorupą, zdającą się składać z miliardów nałożonych na siebie muślinowych powłok, płynęły niemrawo węgorze. Z immanentnym respektem zrozumiał, że musiały przemierzać i las, i wydmy, i plażę, by ostatecznie wpaść do oceanu; infostrady-matki, która od zbyt wielu lat w zbyt wielu miejscach gasła stanowczo za szybko.

Zrobiło się węziej, stromiej. Jeden nieostrożny krok mógłby skończyć się śmiertelnym upadkiem. Co kilkaset metrów znajdowały się szerokie półki skalne, gdzie Lloyd siadał i odpoczywał. Z każdej kolejnej rozchodził się pełniejszy od poprzedniego widok na obszary pogrążone w letargu półmilion-letniej zmiany; iteracje wykoślawionej perspektywy boleśnie wżynały się w percepcję Lloyda. Podobno człowiek musi dostrzec cały obraz, aby go zrozumieć. W przypadku starca problem polegał na ślepocie szczegółów. Zamykał oczy i z rosnącą złością uderzał dłonią w chropowate cielsko góry. To wszystko twoja wina, twoja wina, twoja wina.

Ruszał dalej i odpoczywał. Gubił i odzyskiwał poszarpany oddech. Pod stopami to tracił, to odnajdywał oparcie.

Kiedy zaczynał tracić nadzieję, w połowie drogi trafił na wydrążony w górze tunel. Mrugając w zdziwieniu, wszedł w ciemność tchnącą jakąś ostateczną tajemnicą. Instynktownie wyjął z torby rulonik, który, nie oślepiając Lloyda, mocno rozjaśnił mroki.

Tunel rozszerzał się, aż nagle przeszedł w potężną labiryntową jaskinię pełną stalagnatów; ich cienie w cieniach pod wpływem rulonika zataczały sennie półkola, gdy starzec między nimi lawirował.

Zastanawiał się kogo lub co spotka w środku obcych trzewi. Mężczyznę? Kobietę? Młodzika? Staruszkę? Króla? Więźnia? Potwora? Kłamcę?

W pewnym momencie, jak gdyby zgnieciony ciśnieniem głębi, rulonik osłabł, zgasł, zamrugał, zgasł na dłużej, a potem zaczął trzepotać mizernym blaskiem. Rozległa się też znajoma, wystukiwana na dzwonkach chromatycznych melodia – w obawie, że interwały światła pomieszają mu w głowie i zabłądzi w labiryncie, Lloyd postanowił kierować się także nią; w smutno-radosnej wędrówce podświadomie myślał o końcu peregrynacji, głębokich pokłonach i łzach, o początku i końcu, o yin i yang, o własnym żałosnym życiu i własnej rozkosznej śmierci.

 

***

 

Inuk siłą odsunął ją od Granta.

– Wybudź go, zanim będzie za późno! – warknął.

Milena z przerażeniem pokręciła głową. Stała bezczynnie, z miną kogoś, kto próbuje zrozumieć, co właśnie się stało. Jej stara twarz postarzała się o kilka lat. Profesor przygarbiła się jeszcze mocniej, jakby była ślimakiem, który chce schować się w skorupie.

Inuk próbował przywrócić Loyda do rzeczywistości, ale z jakiegoś powodu – strach, stres? – nie potrafił tego dokonać.

– Milena! Zróbże coś!

Ale Milena przeczuwała, że jest za późno. W głowie Loyda siedziało coś, czego nie zdoła okiełznać.

– Jest zdany na siebie – wyszeptała, zamknąwszy oczy.

 

***

 

Bezczas dalej znajdował się załom. Skrywał salę purpurowych kryształków, które wypływały ze sklepienia, opadały blisko ziemi, skąd wirującym ruchem podrywały się do góry niby rój łagodnych owadów. Loyd dopiero tutaj rozpoznał melodię; zewsząd dobiegało Wśród nocnej ciszy, nierówno wygrywane, momentami dysharmonijne, rozprężone. W synchronizacji z muzyką latające kryształki drżały. Niektóre osiadały mu na ciele, wzbudzając w ustach nieznany dotąd smak, puszczając grzbietem rozkoszne dreszcze.

Pomimo zafascynowania, przyspieszył. Wiedział, że u kresu wędrówki czeka go coś niezwykłego, niewyobrażalnego; coś, co odmieni całe dotychczasowe życie; coś, co sprawi, że obecna rzeczywistość zgnije i zniknie niczym jesienny liść.

Na końcu jaskini znajdowało się pięciometrowej wysokości oko, które ślimaczo łypało na lewo i prawo. Wystawało z gładkiej powierzchni tak mocno, że jeszcze trochę, a wypadłoby i zawisło na nerwie grubym jak ludzki tułów. Było całe czerwone, poza poprzecznie biegnącym przez całą wysokość wgłębieniem – biel, biel, biel – jakby ktoś chciał w chorej materii wystrugać prawidłowe postrzeganie świata.

Jedyna słuszna percepcja. Dostrzeż istotę bytu – rozległ się w głowie Lloyda oniryczny, perwersyjny głos.

Starzec lękliwie stanął przed okiem. Wyciągnął rękę.

Jesteś tu, więc jednak pragniesz.

– Chcę poznać moją górę. – Słowa ledwo wydostały się z krtani.

Kieruje tobą coś, co według ludzi dawno umarło, umrzeć powinno.

– Żyję w jej cieniu – wyjąkał, przecierając spływające policzkami łzy. I dalej, głosem łamiącym się jak gałązka: – Jestem jej sługą. Niewolnikiem. Psem. Muszę… Muszę ją poznać. Przepraszam, że zgrzeszyłem myślą. Że chciałem Górę zdobyć, ujarzmić, podporządkować.

Oko zadrżało i w akompaniamencie mlasków wysunęło się do przodu, i jeszcze, i jeszcze trochę, aż ślimaczo osiadło na ziemi.

Lloyd przez chwilę stał w miejscu, cały roztrzęsiony. Potem zostawił torbę – przeczuwał, że więcej się nie przyda – i z odrazą przemierzywszy nerw, wkroczył w cień w cieniu w cieniu, którego nawet rulonik nie był w stanie rozjaśnić.

Na samym środku punktowe czerwone pod-światło tuliło zawieszony pośrodku jaskini rytmicznie pulsujący kształt. Od wielkiego czegoś, co w przebłyskach przypominało zniekształcone serce, odchodziły tętnice i żyły – narząd wyglądał jak zawieszony na krzyżu człowiek, który po tysiącach lat zdeformował, spuchł, milion razy utracił i odzyskał pamięć i rozum.

– Kim jesteś? – spytał Lloyd.

Zrodziła mnie ta ziemia. Spójrz na błyskawicę odbijającą się w tym oku, na drzewo i trawiący je ogień, na strach i przerażenie siejące z mózgu szaleństwo. To ja pozwoliłem ci okiełznać nieznane.

– Kim jesteś?

Jezus, Allah, Brahma i Wisznu, Zeus lub Jowisz, Odyn i Thor, Alfa i Omega, Pan, Ojciec, Władca, Adonaj, Odległy i Bliski, Surowy i Miłosierny, Kreator, Wszechmogący, Wszechmocny, Król Niebios, Stworzyciel, Wiekuisty, Opiekun, Anubis, Manitou, Ometeotl, Lugh, Nefrytowy Cesarz i Yuanshi Tianzun, stworzona z Izanagiego i Izanami Amaterasu, Świętowit i Marzanna, wszyscy oni ze mnie zrodzeni.

– Ki… kim jesteś?

Skurcz-rozkurcz, skurcz-rozkurcz, skurcz-rozkurcz; z każdym duszę przygniatało coraz cięższe brzemię.

A potem w głowie znów rozległ się oniryczny głos.

Mikołaj Kopernik i teoria heliocentryczna,

Pitagoras i kulisty kształt Ziemi,

Isaac Newton i grawitacja,

Albert Einstein i teoria względności,

Turing i jego maszyna,

James Watson i DNA,

Alexander Fleming i penicylina,

Graham Bell i telefon,

Thomas Edison i żarówka,

Nicolaus Otto i silnik spalinowy,

Wilhelm Roentgen i promieniowanie X.

Implant siatkówki,

Bioniczna soczewka,

Koło, druk, zegar,

och, wszystko to moja w nich zasługa.

– Kim jesteś? – Lloyd padł na kolana przed majestatycznym organem.

Serce nagle zabiło wolniej, arytmicznie, melancholijnie.

Przyleciałem z daleka. Żyłem w oceanie, który dla ciebie był kałużą, w którym mogłeś się kąpać i nigdy nie utonąć. I wtedy napiłeś się mnie, a ja zamieszkałem w tobie i zmieniłem pejzaż roziskrzonych przestworów. Mieszkam w nim, to prawda, lecz zarazem osłabiam jądro półleżące. W pewnym stopniu zabrałem ludziom pierwotny popęd do działania, w zamian dając możliwość snucia nieskończonych imaginacji.

Starcem wstrząsnął dreszcz.

– Jesteś Wyobraźnią – wyszeptał, przecierając przeszklone od łez oczy. A ja dzięki tobie cię odnalazłem, pomyślał z mieszaniną zgrozy i zachwytu. – Jesteś wyobraźnią – powtórzył, ledwie w to wierząc.

Przez stulecia zostawiałem ślady, wspomnienia we wspomnieniach we wspomnieniach, abyś mógł mnie dostrzec. Dałem wam sen, abyście mogli mnie odnaleźć. Profesor Milena będzie cię badać. Wkrótce również ona mnie pozna. Ogłosi nowinę ludzkości i zstąpię na ziemię, lecz nikogo nie osądzę.

– Ale dlaczego nigdy sam do mnie nie przyszedłeś?

Podobnie ty nigdy nie odwiedziłeś mnie.

– Ale teraz tu jestem.

To tylko wspomnienia tego świata. Pamiętasz?

Serce ścisnął żal.

Życie materialne doczesną martwotą. Zewnętrzne cmentarzysko mną ożywione. Pierwotny sens w świecie idei ze mnie zrodzonych.

Serce zwolniło, głos w głowie ucichł, zasiewając w umyśle ziarno niemożliwości.

Lloyd wyszedł z jaskini i spojrzał na ponury krajobraz. Był przerażony perspektywą drogi na dół, szybko jednak zrozumiał, że przecież może wybrać inną ścieżkę. Choć mgliście, pojął także, że wspomnienia chemii mózgu płynnie przeszły w tu i teraz, a on stał się tamtym człowiekiem, który wraz z profesor Mileną pragnął odszukać prawdę – nie Lloydem, lecz Loydem.

Zamknął oczy i spróbował coś wyimaginować, z rosnącą ekstazą pojąwszy, że tutaj wyobraźnia nie jest jedynie oparem złudzeń, lecz czymś znacznie bardziej namacalnym. Z nostalgią spojrzał więc na las, na wydmy, na plażę i roziskrzony przestwór, a potem zbudował nad nimi złocistą muślinową drogę, którą ruszył nad nowym światem, zagłębiając się w eskapizm, na który do tej pory ludzkości pozwalały miliony zakodowanych w najróżniejszych językach historii – zawartych w literaturze i filmie, w sztuce i kiczu.

Nie, pomyślał, dotychczasowa egzystencja była ucieczką przed światem myśli. Każdy ruch, każde działanie i kształtowane nimi doczesne aspekty – ruch dłoni, ust, oka; śmiech i płacz, radość i smutek; zabawa, szkoła, studia, praca, miłość, rodzina – to tylko zręby istnienia, ontologiczne protezy, echa najgłębszych namiętności.

Tymczasem cień góry powoli zmieniał się w delikatne światło. Loyd wiedział, że to dlatego, iż gdzieś w innym świecie leżał. I nie zamierzał tam wstawać. O nie, za żadne skarby. W końcu miał tu tyle do zrobienia, pomyślał z nieznanym dotąd sobie żarem.

Zstąpił na plażę i zabrał się za naprawianie chatki. Mógł to zrobić natychmiast, w pikosekundę, ale wolał tradycyjne podejście. Przynajmniej teraz. Przystawił do okapu drabinę i wszedł na dach. Dziurki pozalepiał kauczukiem, natomiast poważniej zniszczone deski usunął i wymienił na nowe; spacerem udał się do lasu, gdzie Serotonin skanalizował swą agresję na drzewach. Materiału starczyłoby na założenie wioski – zauważył z uśmiechem Loyd.

Później, kończąc wzmacniać powałę, kątem oka dostrzegł fotel na biegunach. Wyniósł mebel z chatki i postawił na skraju pustej plaży. Oddaliwszy się, Loyd usiadł na piasku w bezpiecznym miejscu, skąd podziwiał roziskrzony ocean. Bujak podlizywały fale. Nieznacznie się przekręcał, wychylał w przód i w tył, drgał. Pozostawał w ruchu, choć zarazem stał praktycznie w tym samym miejscu. Wkrótce pochłonął go przypływ.

Koniec

Komentarze

Czytałam w papierowej wersji. Było to już jakiś czas temu, ale wciąż pamiętam opisy wybrzeża (szarość nieba, bujany fotel) przeplatające się z odkryciami naukowymi. Mam przed oczyma konkretne obrazy, a to bardzo dobrze; podobało mi się. Klikam bibliotekę, choć pewnie tekst publikowany na papierze powinien się tam znaleźć z automatu.

"Bądź spokojny: za sto lat wszystko minie!" ~Ralph Waldo Emerson

Wybitny tekst. Przemyślany, dopieszczony, niebanalny. I dający do myślenia. Też klik!

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Świetnie się czytało. Intrygująca fabuła, wymagająca skupienia, oparta na ciekawym pomyśle. Super warsztat. Intersujące połączenie malowniczych opisów, oceanu, plaży i naukowych odkryć. Gratuluję :)

Zapewne nie wszystko zrozumiałam i wiele mi umknęło, ale oczywiście klikam bibliotekę, a do piórka nie nominuję, bo już jest:)

Jednak tym popołudniem Lloyd spacerował wzdłuż plaży

Tego popołudnia.

 

aż przestanie świecić prądem oraz spastycznie skakać po piasku, po czym mocno chwytał stworzenie w zgrabiałe dłonie. Z triumfalnym rechotem unosił je ku niebu i z szaleństwem w oczach wgryzał się w efemeryczną substancję. Soki obficie spływały po brodzie. Dziś ocean wręcz rzygał węgorzami, więc Lloyd szedł i szedł, a śmiech trwał i trwał, niosąc się plażą stetryczałym efektem Dopplera.

Wydaje mi się, że prąd nie świeci.

efemeryczny «krótkotrwały, szybko przemijający»– Czyli że ryby znikały?

stetryczały «zgorzkniały i gderliwy» – Eee, nie rozumiem.

 

przestwór rozjarzył z siłą tysiąca zórz.

Co razjarzył?

 

Siły uciekały z niego jak woda ze spękanego naczynia.

Opisujesz neandendertalczyków, ktąrzy wyginęli jakieś 40 tysięcy lat temu, podczas, gdy gliniane naczynia pojawiły się jakieś 10 tysięcy lat temu. Trochę nietrafione to porównanie.

 

Gdy Loyd Grant zerwał się z mokrego strachem łóżka, Dom zarejestrował pobudkę i zapalił w sypialni delikatne światło. Znowu ten pierdolony koszmar, pomyślał mężczyzna, przecierając zroszone potem czoło.

Czemu dom z dużej litery.

Obawiam się, że zapis monologu jest błędny.

 

Winda zjeżdżała bardzo wolno. Gdy drzwi wreszcie się rozsunęły, Loyd drgnął, zaskoczony konspiracyjnym anturażem.

Co jest konspiracyjnego w sprzęcie medycznym?

 

Były też rozsuwane drzwi, przez które weszła niska, drobna kobieta. Jej rwany ruch przypominał gradient chaosu;

1.  mat. «wektor określający wartość i kierunek najszybszego wzrostu wielkości skalarnej»

2. «wielkość zmiany jakiegoś wskaźnika, np. temperatury lub ciśnienia, na jednostkę odległości»

 

Nawet z opisem, który jest tam dalej, to nie pasuje.

 

Milena Berg zataczała po pokoju zdeformowane koła, coraz szybciej, coraz bardziej nakręcona; zasuszony okaz perypatetyki; skoro ruch napędzał jej procesy myślowe, to czy ten pandemiczny krok nie prowadzi do obłędu?

pandemiczny

1. «o epidemii: rozprzestrzeniający się na dużym obszarze»

2. «należący do ogółu, obejmujący swym zasięgiem wszystkich»

 

Z perypatetyką też bym dyskutowała, ale niech Ci będzie.

 

Setki tysięcy lat ewolucji zrobiły swoje. To naturalne, że narząd neandertalczyka mocno różni się od naszego – zaczęła staruszka, wskazując markerem poszczególne części mózgu – mimo to nie jesteśmy w stanie zrozumieć pewnych… nieintuicyjnych rozwiązań.

Mam wrażenie, że zakładasz, iż homo sapiens jest następcą neandertalczyka, a to nieprawda. Nie wyewoluowaliśmy od neandertalczyka, to odrębny gatunek. Owszem, homo sapiens krzyżował się z neandertalczykiem i oboje mamy w sobie neandertalskie geny, choć każdy z nas inne. Nie mniej jednak porównywanie mózgu neandertalczyka i homo sapiens i mówienie w tym kontekście o ewolucji jest trochę na wyrost.

 

Zmalała.

Zmirkała.

Znikła.

Neologizm pewnie od mikro, ale wówczas: zmikrała.

 

przez setki tysięcy lat poniewierała niezliczone istnienia w błocie anhedonii niczym Demiurg pogardy.

anhedonia «niezdolność do odczuwania przyjemności»

demiurg

1. «w niektórych systemach filozoficzno-religijnych: twórca świata»

2. «człowiek obdarzony nieograniczoną mocą twórczą i wielką wyobraźnią»

3. «w starożytnej Grecji: tytuł wysokiego urzędnika państwowego; też: osoba nosząca ten tytuł»

 

Generalnie nie lubię autorów, którzy usiłują mnie przekonać o swoim intelekcie, oczytaniu i elokwencji nadużywając trudnych i rzadko stosowanych słów. IMO nie tędy droga. A w tym wypadku dodatkowo, albo mój umysł nie jest w stanie pojąć Twoich metafor, albo zwyczajnie błędnie używasz niektórych “mądrych” słów.

Co zaś do pomysłu… Cóż, przyznaję, że zdarzało mi się spędzić sporo czasu w pozycji półleżącej na sofie, wyobrażając sobie niestworzone historie. I przyznam, że w większości wypadków był to czas zmarnowany.

Krótko mówiąc, nie porwało, a raczej zirytowało.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Choć początek opowiadania okazał się dla mnie mało zrozumiały, brnęłam dalej z nadzieją, że może w końcu coś do mnie trafi. Trochę trafiło i nawet miałam wrażenie, że zaczynam się orientować o co tu chodzi, ale kolejne wydarzenia skutecznie mąciły mi w głowie, nie pozwalając dociec na czym polegał problem Loyda Granta, nie do końca też rozumiem śnienie o przeszłości, nie wiem też, na czym polegał eksperyment dr Mileny i co z tego wszystkiego wyniknęło. Zakończenie dokonało reszty zniszczeń w moich myślach. :(

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

ol­brzym za­nu­rzył w niej pysk, wziął kilka łyków… ―> Łyków się nie bierze.

 

rów­ni­na prze­kształ­ca się w ka­łu­że, ja­kiej nikt do tej pory nie wi­dział. ―> Literówka.

 

oczy szczyp­nął piach… ―> Czy piach na pewno szczypie oczy?

 

Znowu ten pier­do­lo­ny kosz­mar, po­my­ślał męż­czy­zna, prze­cie­ra­jąc zro­szo­ne potem czoło. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Do przo­du, to tyłu, w te i wewte… ―> Do przo­du, to tyłu, w tę i we w tę

 

– Zwróć­cie uwagę na słowa Pla­to­na, który rzekł „Rze­czy się stają, idee ist­nie­ją”. – go­dzi­nę póź­niej mówił do stu­den­tów… ―> – Zwróć­cie uwagę na słowa Pla­to­na, który rzekł „Rze­czy się stają, idee ist­nie­ją”. – Go­dzi­nę póź­niej mówił do stu­den­tów

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

naj­idio­tycz­niej­sza na świe­cie per­pe­tu­um mo­bi­le. ―> Perpetuum mobile jest rodzaju męskiego, więc: …naj­idio­tycz­niej­sze na świe­cie per­pe­tu­um mo­bi­le.

 

być może nawet od wy­kro­tu z łona… ―> Czy wykrot jest tu właściwym słowem?

Za SJP PWN: wykrot 1. «zagłębienie w ziemi wraz z korzeniami drzewa wywróconego przez wiatr» 2. «drzewo wyrwane z korzeniami przez wiatr»

 

pierw­sza i druga Wojna Świa­to­wa… ―> …pierw­sza i druga wojna świa­to­wa

 

Pro­fe­sor w pta­sim ge­ście prze­chy­li­ła głowę. ―> Gesty wykonuje się rękami, więc ptaki nie wykonują gestów.

 

zmar­twych­wsta­ły kos z Che­si­re… ―> Literówka.

 

Tłu­ma­cząc, za­ta­cza­ła ręką sze­ro­kie ku­rzy­ste pół­ko­la. ―> Co to są kurzyste półkola?

 

udał się na prze­past­ną salę ope­ra­cyj­ną. ―> …udał się do prze­past­nej sali ope­ra­cyj­nej.

 

za­bie­rze ją na po­dróż do Do­li­ny Mo­nu­men­tów… ―> …za­bie­rze ją w po­dróż do Do­li­ny Mo­nu­men­tów

 

za­ję­li swoje po­zy­cje. Głów­ny asy­stent zajął po­zy­cję za… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

rdzeń krę­go­wy oraz ota­cza­ją­ca go błonę… ―> Literówka.

 

ktoś się spy­tał, czy z pro­fe­so­rem wszyst­ko w po­rząd­ku. ―> …ktoś spy­tał, czy z pro­fe­so­rem wszyst­ko w po­rząd­ku.

 

– Wy­śni­łem ich życia… ―> – Wy­śni­łem ich życie

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

– Mój drogi, wo­la­ła­bym cie nie smu­cić… ―> Literówka.

 

ka­pią­ce z dachu sąż­ni­ste kro­ple. ―> Czy krople mogą być sążniste?

 

drżą­cy­mi dłoń­mi roz­wi­nął zwój. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

w nie­świa­do­mo­ści ży­ją­ca pod dyk­tan­dem… ―> …w nie­świa­do­mo­ści ży­ją­ca pod dyk­tan­do

Robić coś pod czyjeś dyktando to związek frazeologiczny.

 

Gran­to­wi uści­snął dłoń Mi­le­nę bra­ter­sko uści­snął… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

gren­land­czyk wziął się za pa­rze­nie kawy. ―> …a Gren­land­czyk zabrał się do pa­rze­nia kawy.

 

Po­sta­wił kubki, chu­s­tecz­ką z kie­sze­ni nie­cier­pli­wym ge­stem prze­tarł spo­co­ne czoło. ―> Czy dobrze rozumiem, że miał chusteczkę z kieszeni?

Pewnie miało być: Po­sta­wił kubki, chu­s­tecz­ką wyjętą z kie­sze­ni nie­cier­pli­wym ge­stem prze­tarł spo­co­ne czoło.

 

Ob­li­cze Berg roz­włó­czył uśmiech; z ty­się­cy mi­lion zmarsz­czek. ―> Dlaczego tu jest średnik?

 

A wszyst­ko przez twoją pie­przo­ną górę. ―> A wszyst­ko przez twoją pie­przo­ną górę.

 

za­bie­ra­ły go w in­ter-ga­lak­tycz­ne po­dró­że… ―> …za­bie­ra­ły go w in­terga­lak­tycz­ne po­dró­że

 

ciało drży, serce ko­le­bie w pier­si… ―> Co serce kolebie w piersi?

Pewnie miało być: …ciało drży, serce ko­le­bie się w pier­si

 

Bez­czas dalej znaj­do­wał się załom. ―> Co to znaczy?

 

na strach i prze­ra­że­nie sie­ją­ce mózgu sza­leń­stwo. ―> Czy aby nie miało być: …na strach i prze­ra­że­nie sie­ją­ce w mózgu sza­leń­stwo.

 

wy­szep­tał, prze­cie­ra­jąc prze­szklo­ne od łez oczy. ―> Obawiam się, że oczy nie mogą być przeszklone.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmęczyło mnie to opowiadanie. Odniosłam wrażenie, że próbujesz na siłę udziwniać język. Dodatkowo, czytanie komplikują poetyckie określenia i domieszka absurdu. Miałam trudności ze zrozumieniem problemu LLoyda i kibicowaniem jego działaniom.

Która widocznie czekała na to pytanie, gdyż uśmiech niemal rozwłóczył jej pomarszczone oblicze; zmartwychwstały kos z Chesire musiał wieść do krainy czarów.

kos?

Operacja w Chinach okazała się klęską, ponieważ polimer mający przyspieszyć połączenie rdzenia dawcy i biorcy nie zadziałał tak[+,] jak oczekiwali.

– Cieszę się, że znalazłeś ochotnika – zwrócił się przyjaźnie do pani profesor, po czym, momentalnie poważniejąc, zerknął na Loyda.

znalazłaś

Bardzo fajne opowiadanie. Podoba mi się pomysł na wędrowanie po snach, żeby wydobyć z nich wspomnienia, ładnie to opisałeś/pokazałeś. Wciągnęło mnie.

Podobało mi się :)

 

 

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

zmartwychwstały kos z Chesire

Chyba kot

Najwyżej pośpiesz trochę dłużej.

chyba pośpisz

klęczał niby jakiś męczennik

Może pokutnik?

 

Interesujące opowiadanie, choć w końcówce mydło trochę miesza się z powidłem, co dzieje się zawsze, kiedy zwala się do kupy wzajemnie wykluczające się religie. Trochę też przydługie co lubię, ale i męczące, więc czytałem w ratach. Wydaje się, że wywalenie ćwierci tekstu o Llloydzie, psychologu i naukowcach dobrze by mu zrobiło. Język jest plastyczny i dobrze oddaje atmosferę zagadkowości i niesamowitości. W ogóle dzieło jest ambitne i wartościowe. Szkoda, żeby zatrzymało się w jednym kliku od biblioteki. Klik ode mnie.

Zapraszam do przeczytania “Burzyć – nie budować”. Też utkwiło.

Czytałam na papierze już jakiś czas temu. Pamiętam, że tekst trudny i męczący.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za podzielenie się uwagami/wrażeniami. Cieszą mnie pozytywne opinie, te negatywne dają do myślenia, więc również za nie jestem wdzięczny. Zaznaczę, że nikogo nie chcę przekonywać do swojego intelektu czy czegokolwiek innego. Każdy tekst to czasem takie trochę lustro, co uważam za cenne. :-)

Nowa Fantastyka