- Opowiadanie: maciekzolnowski - Porozmawiajmy o snach

Porozmawiajmy o snach

Delikatne elementy fantasy w wersji onirycznej. Opowiadanie napisane prostym i przystępnym językiem... i mam nadzieję także odpowiednio plastycznym. Nie zawiera fajerwerków, no może jeden maluśki pod sam koniec. Zachęcam do lektury (najlepiej wieczornej, przedspaniowo-pokąpielowej). Ech, żartowniś ze mnie, zresztą sami zobaczycie. ;-)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Werwena

Oceny

Porozmawiajmy o snach

– Posłuchajcie – rozpoczął Szaweł. – Opowiem wam sen. Zaczęło się od tego, że lekko się upiłem. Ludzka rzecz. Starając się to ukryć przed matką, z którą mieszkam, a którą bardzo szanuję, mówię jej, że jeszcze dziś żenię się z Esterą, koleżankę ze szkolnej ławy, której nie widziałem całe wieki. Wiem, że to głupie, ale… Staram się w ten sposób odciągnąć uwagę rodzicielki od nieciekawego stanu, w jakim się znalazłem. Trzeźwiejąc z wolna, stwierdzam, że nie mam najmniejszej ochoty, by żenić się z kimkolwiek, a już na pewno nie z rówieśniczką, osobą przecież niemłodą, której na dodatek nie znam. Albo inaczej: pamiętam, ale tak jak przez mgłę. Co robić, skoro się raz rzekło. A słowo w moim śnie jest cholernie ważne. Chcę się zabić, ale miast do siebie strzelam do wiszących zegarów, które przypominają o upływie czasu i zbliżającym się nieuchronnie weselu. Panikuję. Na szczęście mam plan. Jest plan – klawo jak cholera. I oto wdrapuję się na wieżę, by zatrzymać największy czasomierz w mieście, włażę tam i włażę. Wreszcie stoję na samym szczycie, ale miast wycelować w tarczę i ją zestrzelić, decyduję się skoczyć z wysokości i ze sobą skończyć. Prawda jakie proste? Teraz najlepsze. Tuż przed upadkiem, jakby w zwolnionym tempie, spostrzegam w locie twarz dziewczyny. To Estera, moja niedoszła partnerka, która miała zabrać mi kawalerską swobodę. Przed ślubem jej nie widziałem. Okazuje się, że jest o wiele ładniejsza niż sądziłem. Niestety dla mnie jest za późno. Bum! Krew tryska i ginę. Taki to koszmarek mi się przyśnił, ładny bardzo. I teraz to sam nie wiem, co gorsze: mara czy samo życie.

– Paskudny – powiedział ktoś.

– Tragedia. Sen, dramat i horror w jednym – ocenił ktoś.

– Taki trochę niezbyt ten twój koszmarek – mruknął ktoś.

– No niezbyt, ale jaki prawdziwy za to, jaki realistyczny – rzekłem. – Samo życie. Wy tego nie zrozumiecie, boście kochliwi, a na dodatek żonaci. I ja z wami o tym gadać nie będę, o!

– No to nie gadaj, jeśli nie chcesz, kawalerze zatwardziały – skwitował właściciel aksamitnego głosu, po czym rzucił: – Tak czy siak, trzeba powiedzieć, że mi się trafił koszmarek wart zapamiętania. Ale zaczekajcie. Opowiem wam drugi. Kanibale prowadzą kino, w którym uśmiercają swe ofiary. Pewnego razu udaje mi się wyminąć wał przy kanale w Slough, w którego podziemiach znajduje się owe kino. Wyminąłem wał i prawie uszedłem z życiem, prawie! Nagle ktoś mnie bierze pod ramię i wciąga na siłę do mrocznych podziemi przerażającego the cinema. Dalej już nie pamiętam.

– Też paskudny – ryknęli chóralnie.

– Paskudny do kwadratu – oznajmił ktoś.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało, a w rozgrzanym piecyku monotonny trzask zwracał na siebie uwagę zebranych, zwracał, ale nie absorbował zanadto uwagi. Każdy oddychał swobodnie w ciemności i każdy nasłuchiwał aksamitnego głosu z atencją, bo to był bas piękny, który nadaje głębi wypowiadanym przez siebie treściom za sprawą li tylko tego, w jaki sposób owe treści artykułuje. A jak zaczął nieśpiesznie, tak o snach mówił, a mówił tak:

– Śni mi się, że jestem seryjnym mordercą, który jeszcze dziś wieczór spodziewa się w domu gości. Ogarnia mnie niepokój. Lekki dyskomfort to chyba za mało powiedziane, ale właśnie… niepokój to dobre słowo. Muszę szybko zatuszować ślady krwawych zbrodni, jakich się dopuściłem, by przybyli niczego podejrzanego nie zauważyli, co wcale nie jest proste, bo oto za szybą, na dworze, znajduje się coś jakby ukryty wymiar, który może mnie pogrążyć w każdej jednej sekundzie. Nagle rozlega się dźwięk – kołatanie do drzwi. Goście przybywają. Siadamy w saloniku, rozmawiamy, tego, śmego, pijemy winko, gadka szmatka, a czas płynie. Nagle ogarnia mnie jeszcze większy niepokój, który narasta z każdą chwilą, a z zewnątrz dobiega jakby drapanie o ścianę. Właśnie tego się obawiałem. Powstałe na skutek licznych zabójstw monstra starają się za wszelką cenę przedostać do naszej rzeczywistości, zwracając na siebie uwagę, wynurzając się z mroku, stukając o szyby okienne, drapiąc w ściany. Goście są przerażeni. Podchodzę do okna i otwieram je na oścież, wyglądam na zewnątrz. Wreszcie daję się ukatrupić tak licznie przybyłym potworom, moim ofiarom, których pełno na dworze, a których zęby połyskują w księżycowym blasku. I nagle mam święty spokój jako trupek właśnie.

– Paskudny – ocenił ktoś.

– Istny horror – powiedział ktoś.

– Horror do kwadratu – oznajmił ktoś.

– Nie za fajny, ale za to jaki filmowy, jaki dramatyczny – rzekłem.

– To teraz ja, posłuchajcie. Jadę nocnym pociągiem z Bieguna Północnego do Opola na dwa sposoby: najpierw przez Warszawę, potem przez Wrocław. Obserwuję tory. To mój ulubiony kolejarski konik, przedmiot kontemplacji i doznań estetycznych. Dostrzegam sporą ilość wietrznych i opustoszałych zupełnie korytarzy i podziemnych tuneli. Zastanawiam się nad rentownością nordyckiej i polarnej magistrali. W Gdańsku – dłuższy postój, jedyny zresztą. Wyskakuję na sekundę z pociągu i kupuję w kiosku czekoladę. Jest tak samo czarna jak wnętrza arktycznych tuneli nocą. Gryzę kawałek i od razu też wypluwam. Smakuje trupem.

– Paskudny.

– Istny horror.

– Horror do kwadratu.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało. Tymczasem przemówił kolejny:

– Moje dwa sny są takie. Pierwszy. Handlarze spotykają się w obszernej dziupli prastarego dębu. Nakładają charakterystyczne czapki. Z tego, w jaki sposób je nakładają można wydedukować, co i ile poszczególni członkowie sprzedali i jaką pozycję zajmują w spółdzielczej hierarchii. To rodzaj dziwnego rytuału, ta cała zabawa z nakryciami. Jeden ze spółdzielczych ludków ma zamiar pożegnać się i odejść na dobre. Obserwuję to z uwagą, a następnie schodzę żółtym szlakiem z Żarnowca do Skoczowa. Jest to ten sam, co znajdujący się w rzeczywistości szlak, tyle, że bardziej stromy. I może jeszcze kolorek znakowania jest inny – dokładnie nie wiem, nie pamiętam. Idąc wzdłuż strumyka, natykam się na turystkę, z którą ucinam sobie pogawędkę o tutejszych nazwach ulic. Znajdują się tu na przykład ulice imienia Kiszczakowa, Urbanowa, Jaruzelskowa i tym podobnych „bohaterów”. Sen nie jest może jakoś bardzo straszny, ale zastanawiające są owe ludki i ich ciemne cechowe sprawki. A drugi jest taki: podstępem wymykam się czarownicy kanałowo-dziuplowej. Przemierzam ośnieżone zakątki Nibylandii i jakieś ciemne zakamarki. Pomaga mi w tym moje ulubione zwierzątko – nie wiem, co to za zwierzątko. Tymczasem w lesie, niedaleko od siedziby wiedźmy, trwa właśnie narada ogrów. Zamierzam wmieszać się w tłum i uratować skórę. Mam świadomość, że ktoś jeszcze w dziupli pozostał i jest przez wiedźmę torturowany, obdzierany ze skóry, podtapiany i duszony. Ja natomiast jestem bacznie obserwowany. I czuję, dosłownie czuję na sobie w sposób namacalny przeszywający jej wzrok.

– Paskudny.

– Istny horror.

– Horror do kwadratu – zawyrokowałem. – No to teraz moja kolej. Jest to sen o wspólnej wędrówce po górach. Ja i kompan się rozdzielamy, co wzbudza we mnie nieokreślony żal. Po pewnym czasie dowiaduję się, że mój towarzysz był pięć godzin temu na tej właśnie górze, w której wnętrzu znajduje się ten tajemniczy dom towarowy. Idę jego schodami, a wnętrzem góry… aż wychodzę na sam szczyt. Wchodzę w las i odczuwam coś w rodzaju nostalgii, poszukując w tym lesie sam nie wiem czego. I oto, bez wyraźnej przyczyny, manifestuje się cały potencjał możliwości wędrowania. Jaki to dar, gdy można robić wszystko, co się chce. Wolno znieruchomieć albo iść naprzód i wędrować to tu, to tam. I przebywać jednocześnie w wielu miejscach. Będąc wszędzie, można być sytym i zarazem głodnym, pijanym i trzeźwym, można zjeść ciastko i mieć ciastko. I wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby nie ów żal przerażający i zastanawiający. A drugi jest taki: kupuję z rodzicami na spółkę tratwę, która po roku nieprzerwanego użytkowania wygląda na dość już zniszczoną. Chcę więc ją za wszelką cenę komuś odsprzedać, na co nie godzą się z kolei bliscy. Mimo złego stanu, nadal funkcjonuje jako statek wycieczkowy, który przyjmuje w porywach – uwaga – do pięciu aut. Ma się niekiedy wrażenie, że na płaski pokład przedostaje się woda. Ludzie nurkują wtenczas wokół tratwy, bawią się, pluskają, a ich amfibie i auta poruszają się tam i z powrotem, z promu i na prom, z promu i na prom, i to nawet podczas rejsu, ku niezadowoleniu mojej mamy, która zauważa liczne uszkodzenia, spowodowane przez owych łobuzów. No dobrze, rozumiem, że ten sen nie jest straszny, ale może być odebrany jako nieprzyjemny.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało. Tymczasem przemówił następny:

– Ten będzie straszny, obiecuję. Posłuchajcie. Moi sąsiedzi, państwo Łotoccy mieszkają na miejscu Bąbenków. Nie chcemy ich niepokoić, więc włazimy, ja i moi kumple, ukradkiem na potężne wzgórze ulokowane w ogrodzie pani Staszyńskiej, naszej sąsiadki oraz sąsiadki Bąbenków, to znaczy teraz już Łotockich. Włamujemy się do drewnianej chatki, znajdującej się na samym szczycie tegoż wzgórza, by odnaleźć psa, który – może to dziwnie zabrzmi – wybuchł albo miał wybuchnąć. Wybuchowy pies, ot co. Być może ze złości na kota pies jest pirotechnicznie aktywny, że tak się wyrażę. Bo tak się mówi nieraz, że ktoś pęka ze złości albo zazdrości. Nie wiemy, co dokładnie odnajdziemy i czy to coś nadal żyje. Trudno wleźć do środka, bo drzwi, okna, ściany i całą resztę przesypały zwały śniegu i przyozdobiły bielą. Drugi sen jest taki: zdobywam szczyt znajdujący się w pewnym mieście. Moi koledzy alpiniści są już daleko, daleko przede mną, ale ja się nie śpieszę. Niepokoi natomiast piaszczyste, sypkie podłoże pod stopami, a także niebywała stromizna w pobliżu samego wierzchołka. Okazuje się, że zdobyte przeze mnie wzniesienie nie jest tym samym, które sobie pierwotnie upatrzyłem. Co gorsza nie udaje mi się również odnaleźć towarzyszy.

– Sen mara, Bóg wiara – powiedział ktoś.

– Ale gdzie tutaj masz Boga, kolego? Gdzie? – zaprotestował inny ktoś.

– Moja kolej. Śni mi się, że złotnika dom podwójny ze złotnikiem w środku należy teraz do mnie. A jest tam przejście sekretne, które wypadałoby czym prędzej zamurować, by nie dzielić spraw nieswoich ze swoimi. A z tego domu pełnego tajemnic rozpościera się widok na wierch, wierch w tak gęstym gąszczu zieleni skryty, że nikt nań nie łazi, choć przecież górka to niewielka i symetryczna. Ku dołowi brukowana la strada opada, a przy niej znajduje się sklep z piweczkami w małych butelkach, drogich i o dziwnych kształtach… jakby po szamponach. Na samym dole zaś rynek się mości, bo to miasteczko, choć całkiem malutkie. Drugi koszmarek jest bardzo malarski. Jest to sen, w którym dominują żółć i zieleń, zwłaszcza zaś zieleń. Ta droga, te lasy, bliższe i dalsze, ech! A dokoła tego wszystkiego nic, tylko żółć. Okoliczne, bliższe nieco uprawy – to jest właśnie owa żółć. A wśród tych pól i tych lasów biegnie sobie dróżka, po której wędruję. I jestem sam, chyba. Ptaszki śpiewają wesolutko, a sceneria jest uroczysta. Słyszę, jak na polach pękają dojrzewające ziarenka pszenicy. Z początku nie potrafię rozpoznać delikatnych dźwięków, ale później udaje mi się załapać. Załapałem i rozeznałem się w mowie polno-leśnej. I wszystko to pięknie, ładnie, ale gdzieś coś się czai złego, niewypowiedzianego wśród tych żółtych kłosów i łodyg. Oj, boję się, tylko nie wiem jeszcze czego.

– Sen mara, Bóg wiara – powiedział ktoś.

– Masz rację. Nawet życie nie jest nigdy aż tak podłe i przerażające jak najmroczniejszy koszmar, koszmar wyzuty z bożej obecności. Sen mara, Bóg wiara, a życie to jest nadzieja na lepsze jutro. 

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało, a w rozgrzanym piecyku monotonny trzask zwracał na siebie uwagę zebranych, zwracał, ale nie absorbował za bardzo. Nagle do baraku wpadł esesman i ryknął:

– Ej, Żydy! Zbierajcie się no na prysznic, ino migiem, bo Bóg nie znosi przecież brudasów! Sen mara, Bóg mara, życie mara.

Wstali, poszli i już nie wrócili.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Fantastyki to tu nie za dużo. Fabuły jeszcze mniej.

Sny prawie nigdy nie są tak ciekawe, jak to się wydaje opowiadającemu.

Puenta jest od czapy. Pewnie ma szokować, ale jeśli tak, to nie bardzo pasuje do patronów ulic. Do korporacji chyba też nie.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz.

Pewnie ma szokować, ale jeśli tak, to nie bardzo pasuje do patronów ulic. Do korporacji chyba też nie.

Na tym właśnie polega element fantastyczny, bo sny bywają prorocze. :-) Ale tak poważnie – poprawię to.

ani do galerii handlowej ani do piątego wymiaru :P Niektóre opisy snów nawet intrygujące, ale za dużo ich tak jeden po drugim i zaczęły nudzić. Końcówka z zupełnie innej bajki, nie zaskakuje ani nie szokuje, tylko zwyczajnie nie pasuje.

Już się wylogowałam, ale zauważyłam Twoje nowe opowiadanie i zajrzałam. Nie przeczytałam go uważnie, ale, kolejne ale – tym razem na – nie. Ciekawa treść, ale (to już trzecie – ale, acz pierwsze było bardzo na plus), lecz  “udupiona” narracją “ja”. 

Końcówka, od czapy, niepotrzebna.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za konstruktywną krytykę. Zakończenie nie byłoby “od czapy”, gdyby w trakcie pojawiły się jakieś, jakiekolwiek odwołania do kultury i symboliki żydowskiej. Pomysł i związany z nim potencjał na opowiadanie ewidentnie zmarnowałem, ale może gdyby wszystkie sny łączyła postać wspólnego bohatera albo gdyby te koszmarki składały się na zwartą i rozwijającą się historyjkę z własnym punktem kulminacyjnym i puentą, to jeszcze byłoby o czym rozmawiać, a tak pozostał zwykły niedosyt, więc biję się w pierś. Kuleje również moja ulubiona strona obyczajowa – nie znamy nawet imion poszczególnych podmiotów lirycznych, a zatem kupa, że się brzydko wyrażę. I jeszcze jedno: płynie w moich żyłach około dwudziestu procent krwi żydowskiej, ale naprawdę nie wiem, o czym śnić mogą wygłodniali obozowicze (o chlebie?, o żydowskich kobietach, jeśli śniącym jest mężczyzna?, o państwie żydowskim? – cóż, po prostu nie wiem). I tak, faktycznie – “Porozmawiajmy” jest przydługawe i nie zawiera fantastyki, a przecież mogłoby zawierać (przykład z “Iron Sky” z 2012 roku i tamtejszą ciemną stroną księżyca jest chyba odpowiedni; przynajmniej nie byłoby problemu z nazwami ulic). ;-) 

 

Zauważyłam Twoje nowe opowiadanie i zajrzałam.

Dzięki! Miło mi.

Ech, Maćku, jak lubię Twoje opowiastki, tak ta zupełnie, ale tak naprawdę zupełnie, nie przypadła mi do gustu. Pewnie dlatego, że cudze sny są ostatnią rzeczą, którą chciałabym poznać/ przeczytać.

Finał wprawił mnie w osłupienie.

 

pi­je­my winko, gadka, szmat­ka, a czas pły­nie. ―>…pi­je­my winko, gadka szmat­ka, a czas pły­nie.

 

a któ­rych zęby po­ły­sku­ją w bla­sku nowiu. ―> Księżyc w nowiu jest zwrócony ku Ziemi częścią nieoświetloną, więc nic nie może połyskiwać w jego plasku. :(

 

Cięż­ko wleźć do środ­ka… ―> Trudno/ Niełatwo wleźć do środ­ka

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie to mogłabym się podpisać pod komentarzem Reg. :(

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

A ja się cieszę i jestem szczęśliwy, że mogę liczyć na szczere i konstruktywne słowa krytyki z Waszej strony. Wiem, Reg, że nie przepadasz za historyjkami o snach i obiecuję, że to była ostatnia tego typu z mojej strony. Po prostu miałem taki, a nie inny pomysł na “opko” i chyba szkoda mi było nie wykorzystać paru koszmarów, które uznałem za szczególnie dziwne i barwne. Tak, wiem, że to moja subiektywna ocena. A choć niewiele to zmienia, to miło mi donieść, że “babole” poprawiłem – że tak powiem – w podskokach (aha, no głupia wpadka z tym księżycem BTW). Pozdrawiam serdecznie już w Nowym Roku! 

Dziękuję, Maćku, i również pozdrawiam noworocznie. ;)

Sny, jak już wspomniałam, są zdecydowanie poza kręgiem moich zainteresowań, ale gdyby kiedyś przyszedł Ci do głowy pomysł na opowiadanie Porozmawiajmy o dupie Maryni, to czytałabym, oj, czytałabym. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł na opowiadanie o Maryni właśnie przyszedł mi do głowy, ale myślę, że mogłabyś póki co sięgnąć, Reg, po “Łzy sołtysa i inne opowiadania”, jeśli jeszcze nie czytałaś Himilsbacha. Polecam zwłaszcza “Florkę” oraz “Srokę” – obyczajówka, jakby powiedziała Finkla Finklińska, gębą pełną, i to nie tylko wódki. Fuj, jak ja nie znoszę wódki, tak na marginesie marginesu. ;-) 

Himilsbacha czytałam, co prawda wieki temu i już nie pomnę co, ale szczególnie dobrze zapamiętałam Monidło. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To Himilsbach był pisarzem?

Babska logika rządzi!

Finklo, zapytaj raczej, kim to Himilsbach nie był. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, “Monidło”. “Łzy” są późniejsze i jeszcze jest “Przepychanka”, też późniejsza, ale nie tak bardzo. Niby to wszystko traktuje o dupie Maryni, ale za to w jaki intrygujący i zabawny sposób, to znaczy jeśli ktoś oczywiście lubi “obyczajówkę”, bo jeśli nie, to… Jakbym właśnie tak zaczął pisać, to nie mam na “Nowej” czego szukać po prostu. A nawiasem mówiąc, piszę, usiłuję skrobnąć teraz coś w stylu “Ostatniego do raju”. Dialogi mam już gotowe, no prawie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Finklo, Himilsbach się chwalił, że jakieś tam jego wiersze bardzo spodobały się Hłasko. I że to on właśnie namówił aktora, scenarzystę i kamieniarza w jednej osobie do pisarstwa. Ale to tylko plotki, przechwałki samego Himilsbacha. Nie wiemy, jak było naprawdę. 

Bellatrix wspominała coś o piątym wymiarze, teraz dopiero sobie przypomniałem. Postanowiłem zmienić piąty na ukryty wymiar w “Porozmawiajmy o snach”. Nie wiem, jaka jest dokładnie historia tego wyrażenia, ale z tego co pamiętam, to w literaturze te inne dziwne wymiary znajdziemy zarówno u Schulza (to te fragmenty traktujące o odnogach, odgałęzieniach czasu), jak i u Lovecrafta (np. w “Snach w domu wiedźmy”). Ciekawa też jest historia wymiarów w fizyce: najpierw była teoria grawitacji w pięciu wymiarach stworzona przez G. Nordströma w 1914 roku, później pojawiła się teoria Kaluzy-Kleina, w 1919 oraz 1921 roku, a jeszcze później inne teorie, ze współczesnymi włącznie (teoria superstrun, M-teoria). Oznacza to ni mniej, ni więcej, że jednak tuż przed II wojną światową coś na ten temat wiedziano. Ja wiem, że to jest detal, ale nie dawało mi to spokoju. 

Podobają mi się opisy snów, jest w nich coś niepokojącego. I… dobrze się czytało :)

Dzięki, Katiu! Wydaje mi się, że tekst o babci-sklerotyczce bardziej by Ci się mógł spodobać. Tutaj niestety zastosowałem technikę szycia i łatania, a zwłaszcza łatania. Nie chciałem po prostu skazać niektórych swoich snów na niebyt i zapomnienie, więc je podrasowałem i spisałem. Pozdrawiam! :-) 

Jak wiadomo, styl to najlepsze co masz. Literacko, ma się rozumieć :-) Zatem lektura była przyjemnością, bo choć, istotnie, język nieco uprościłeś w porównaniu do większości Twych popisów, to wciąż Maciek wyglądał, szczerząc się, zza każdego zdaniowego węgła. I dobrze – gdy ma się własny, rozpoznawalny i, co najważniejsze, bardzo fajny styl, to należy się nim chwalić. To jak z posiadaniem Lamborghini – nie kupujesz go, by trzymać w garażu. 

A treść – tu już wszystko wiesz, wszystko napisali przedpiścy. I ja nic nowego do dodania nie mam. Twój tekst przypomina to:

https://youtu.be/00N_w0PFIS8

Rzecz w tym, że jako przerywnik taka scenka jest super, ale cały film, zbudowany w ten sposób… Nuda, panie. I, mimo że czytało się to wszystko bardzo dobrze, właściwie opowiadanie do niczego nie prowadzi. To znaczy prowadziłoby – bo ten dziwny tłist na końcu może być nawet sensowny, taki kontrast; rozmówcy straszą się drobnymi koszmarkami swych onirycznych eskapad, w totalnym zaprzeczeniu, zanegowaniu prawdziwego, przerażającego koszmaru, jakim jest ich życie. Jak gdyby nigdy nic, jakby strach przed ożenkiem naprawdę miał znaczenie, jakby życie wciąż coś znaczyło, jakby analizowanie surrealistycznych, sennych wizji było ostatnią linią obronie przed realnym obłędem… 

Tylko żeby to ładnie wybrzmiało, należało od początku, konsekwentnie budować nastrój, sugerować, że coś jest nie tak, pokazywać płetwę rekina, przygotowywać czytelnika na to, co ma nastąpić, zmienić kompozycję i nie skupiać się na samych sennych historyjkach, a wtedy końcówka zrobiłaby należyte wrażenie. Ale doskonale o tym wiesz, co tam będę pisał :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo Ci dziękuję, Piotrze, za niezwykle życzliwą recenzję. A że “nuda, panie”, to wiadomo… no cóż. Wykorzystałem moment do zaprezentowania co ciekawszych i nieco upiększonych snów, i tylko tyle, nic ponadto, więc biję się uczciwie w pierś. Jakiś pomysł na opowiadanie był, zabrakło tylko wspomnianego rekina. Jestem na bakier, jak widać, z morskimi stworami, z oceaniczną florą i fauną. Pozdrawiam serdecznie! ;-)

Kurczę, końcówka nadal wydaje się od czapy, choć łapię chyba jaki za tym stał zamysł i doceniam. Na odczapność przymykam oko i klikam z satysfakcją bibliotekę. 

Przegadane to, nic się nie dzieje, sny – wiadomo, nuda. Tylko że wcale nie. Ani chwili się nie nudziłam. Opowiadaj mi o czym chcesz, ale takim językiem jak tutaj, a nie przestanę słuchać. Albo czytać. Zresztą, to nie tylko kwestia języka, stylu, to też dzięki temu, że czuć w Twoim pisaniu jakąś prawdę, jakiś drobiazgowo odmalowany kawałek rzeczywistości – choćby tej wyśnionej. No mi się bardzo podobało.

Przeczytałem w ramach dyżuru, cóż jednak mogę napisać mądrzejszego od komentarzy przedpiśców? Faktycznie opowiadanie jest przegadane i zakończone od czapy, ale to jest zbyt dobry pomysł, żeby go w ten sposób zmarnować. Rekina nie zabrakło, rekin by tu wszystko zepsuł, zabrakło natomiast związków: między wewnętrznymi opowiadaniami-snami, między wszystkimi tymi opowiadaniami a zakończeniem oraz między treścią snów a światem opowiadania. Pierwszy z tych problemów można by rozwiązać wprowadzając na przykład wymóg, aby kolejni opowiadający prezentowali coraz bardziej przerażające sny. Wtedy zastosowana puenta byłaby sugestywnym zwieńczeniem całości.

He, he, “rekina nie zabrakło, rekin by tu wszystko zepsuł” (jeśli ktoś nie czytał Twojego ostatniego komentarza o rekinie, niechaj żałuje). Czasem myślę, że posty na “Nowej” są o wiele ciekawsze i zabawniejsze od samych opowiadań. ;-) Może po jakimś czasie powrócę do pomysłu ze snami i zacznę przy nim dłubać albo napiszę coś podobnego, lecz nieprzegadanego, bo że “Porozmawiajmy” jest przegadane, no to wiadomo. I tutaj pełna zgoda. Można by także stworzyć “opka” z samych posklejanych postów, zebranych z forum “NF”. Pomysł jakiś jest… do przemyśleń, w każdym razie…

 

Dzięki Werweno, że mi czasem miód lejesz na serce. Aż sobie wynotowałem to i owo z tych miodowych (miodnych?) słodkości:

[Opek zawiera] jakąś prawdę, jakiś drobiazgowo odmalowany kawałek rzeczywistości… [i] to nie tylko kwestia języka, stylu… [a więc] klikam z satysfakcją bibliotekę…

Nowa Fantastyka