- Opowiadanie: Marianna - Przepowiednia

Przepowiednia

Słowo wy­ja­śnie­nia: tekst po­wstał jako pre­zent w za­ba­wie mi­ko­łaj­ko­wej na innym por­ta­lu, choć może bar­dziej pa­su­je do an­drze­jek niż mi­ko­ła­jek...

edit: tekst jest żartem i nie ma ambicji historycznych ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przepowiednia

 

– Nie prze­po­wia­dam bli­skiej przy­szło­ści. – Alchemik Jo­hann, zgi­na­jąc się w dwor­nym ukło­nie, omiótł pod­ło­gę pió­rem przy­pię­tym do tri­kor­nu, po czym uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co. – Choć za­szczy­tem by­ło­by dla mnie speł­nić każde ży­cze­nie tak ja­śnie oświe­co­nych dam.

Z ust szlach­cia­nek zgro­ma­dzo­nych w sa­lo­ni­ku mar­ki­zy Na­thien wy­do­był się jęk za­wo­du. Pani domu za­pro­si­ła sław­ne­go uczo­ne­go i wróż­bi­tę nie po to, by za­ba­wiał gości opo­wie­ścia­mi o lecz­ni­czych ro­śli­nach ani nawet o ar­ka­nach al­che­mii. Każda z ary­sto­kra­tek pra­gnę­ła po­znać swą przy­szłość, od­kryć czy pręd­ko zdo­bę­dzie ma­jęt­ne­go męża lub czy uda się jej uwieść upra­gnio­ne­go ko­chan­ka.

– Czy więc prze­po­wia­dasz, mę­dr­cze, przy­szłość da­le­ką? – spy­ta­ła mar­ki­za Na­thien, wska­zu­jąc go­ścio­wi miej­sce na szez­lon­gu. – Opo­wiesz mi, jaką będę jako sta­rusz­ka?

– Nie, ja­śnie wiel­moż­na pani. – Uczo­ny mąż z dalekich krain przy­siadł na brze­gu mebla i po­pra­wił ko­ron­ko­wy żabot. – Ale zdra­dzę ja­śnie wiel­moż­nej pani, czym trud­nić będą się jej pra­wnu­ki.

Sta­tecz­ne mał­żon­ki w sa­lo­nie ma­da­me Na­thien wy­da­ły z ust po­mruk za­cie­ka­wie­nia, a na po­licz­ki nie­za­męż­nych dziew­cząt wy­peł­zły ru­mień­ce wsty­du, szyb­ko skry­wa­ne za za­sło­na­mi wa­chla­rzy.

– Niech­że tak bę­dzie! – Mar­ki­za Na­thien ski­nę­ła do­stoj­nie głową. – Czego ci po­trze­ba, uczo­ny mi­strzu?

– Mied­ni­cy z wodą i świe­cy – od­parł Jo­hann. – Sto­li­ka. I nieco mniej świa­tła, ja­śnie wiel­moż­na pani.

– Ger­wa­zy! – Mar­ki­za kla­snę­ła w dło­nie. – Misę z wodą i świecz­nik przy­nieś, a ry­chło! Janie, zgaś świe­ce nad ko­min­kiem!

Sta­ru­szek w li­be­rii lo­ka­ja ukło­nił się i po­kuś­ty­kał z sa­lo­nu, stu­ka­jąc drew­nia­ną nogą, bo swoją stracił za młodu na woj­nie, a nie­wie­le od niego młod­szy Jan ujął ga­si­dło w palce wy­krę­co­ne przez ar­tre­tyzm i wy­cią­gnął drżą­cą dłoń ku świecz­ni­kom. Wkrót­ce w sa­lo­ni­ku za­pa­no­wał pół­mrok. Na środ­ku po­ja­wił się okrą­gły sto­li­czek i dwa krze­sła.

– Która z ja­śnie pań losu swych po­tom­ków cie­ka­wa? – Al­che­mik zajął miej­sce przy sto­li­ku i po­wiódł wzro­kiem po za­ró­żo­wio­nych z emo­cji twa­rzach dam. – Która dość od­waż­na, by o przy­szło­ści, być może nie­chlub­nej, usły­szeć?

– A gdyby tak wpierw na Ger­wa­zym spró­bo­wać? – za­szcze­bio­ta­ła młodziutka hra­bian­ka. – Toż on wojak stary, od­wa­gi mu nie brak!

– Tak! Tak! – roz­le­gły się pod­nie­co­ne głosy szla­chet­nych dam. – Bierz­my Ger­wa­ze­go!

– Więc po­sta­no­wio­ne! – Mar­ki­za Na­thien przy­kla­snę­ła po­my­sło­wi i stary sługa, choć nie chciał, gdy tylko wró­cił z misą do sa­lo­ni­ku, mu­siał pod­dać się jej woli.

Że­gna­jąc się prze­zor­nie, usiadł przy sto­li­ku na­prze­ciw Jo­han­na. Damy pod­nio­sły się z szez­lon­gów i oto­czy­ły ich pół­ko­lem, wzdy­cha­jąc cie­ka­wie. Al­che­mik za­mie­szał wodę dło­nią, po czym długo wpa­try­wał się w od­blask pło­mie­nia świe­cy w zmą­co­nej tafli.

– Widzę… – za­czął i prze­rwał. Zmą­cił wodę po­now­nie i oznaj­mił: – Tak, widzę!

Ger­wa­zy prze­że­gnał się jesz­cze raz.

– Boże, bądź mi­ło­ściw mnie grzesz­ne­mu – wy­mam­ro­tał. – Dia­bel­skie to sztucz­ki!

– Widzę – mówił dalej nie­zra­żo­ny Jo­hann – pra­wnu­ka twego. Staje przy tro­nie bo­ga­to rzeź­bio­nym, przy­odzia­ny niby mąż du­chow­ny i laską, niby bi­sku­pią, o pod­ło­gę stuka!

W sa­lo­ni­ku roz­le­gło się wes­tchnie­nie roz­e­mo­cjo­no­wa­nych pań. Nie spo­sób było w nim jed­nak nie wy­czuć za­zdro­ści.

– Sły­szę jego słowa! – Jo­hann przy­ło­żył dłoń do ucha i po­chy­lił się nad wodą, jakby chciał wy­chwy­cić ledwo sły­szal­ne szme­ry, nio­są­ce się z misy. – Stuka laską i woła!

– Co woła? Co woła? – Szlach­cian­ki wy­cią­gnę­ły przy­pu­dro­wa­ne szyje, by le­piej sły­szeć.

Wa­chla­rze za­sty­gły w bez­ru­chu. Al­che­mik wy­tę­żył słuch, ode­tchnął głę­bo­ko i zmie­nio­nym, no­so­wym gło­sem wy­re­cy­to­wał:

– Wy­łą­czam panu mi­kro­fon, pro­szę opu­ścić mów­ni­cę!

– Cóż to zna­czy? – Mar­ki­za Na­thien zmarsz­czy­ła ja­skół­cze brwi.

– Daruj, ja­śnie oświe­co­na pani, ale nie wiem. – Jo­hann uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co. – Przy­szłość nie­zro­zu­mia­ła i mętna bywa, od­gad­nąć ją trud­no. Ale wy­glą­da na to, że po­to­mek sługi wa­sze­go, ja­śnie pani, ważną per­so­ną zo­sta­nie!

– Nie może to być! – Księż­na Czar­to­ryb­ska wy­chy­nę­ła z kręgu, tup­nę­ła nogą, odzia­ną w atła­so­wy trze­wik i wska­za­ła Ger­wa­ze­mu drzwi. – Won, ciuro, do kuch­ni!

Stary sługa po­słusz­nie ustą­pił jej miej­sca i z ulgą od­kuś­ty­kał na bok. Księż­na usia­dła na­prze­ciw al­che­mi­ka, wbiła w niego dra­pież­ne spoj­rze­nie i za­wo­ła­ła:

– W ży­łach Czar­to­ryb­skich krew ry­cer­ska pły­nie, od­wa­gi mi nie brak, by przy­szłość naszą po­znać! Skoro pra­wnuk Ger­wa­ze­go na waż­nym urzę­dzie za­sią­dzie, mój kró­lem zo­stać musi! Albo przy­naj­mniej kar­dy­na­łem! Prze­po­wia­daj, wasz­mość, a żywo!

Jo­hann skło­nił głowę, zmą­cił wodę w misie i długo badał od­bi­cie świe­cy, peł­za­ją­ce po tafli.

– Widzę – za­czął w końcu. – Widzę! Gmach wiel­ki, ni­czym ka­te­dra. Świa­teł w nim moc i pie­nia aniel­skie sły­chać…

– Ba­zy­li­ka? – Księż­na Czar­to­ryb­ska pra­wie omdla­ła z roz­ko­szy. – W Rzy­mie? Mówże, wasz­mość!

Al­che­mik po­chy­lił się nad misą.

– Nie ba­zy­li­ka. Ra­czej targ wiel­ki, pełen za­mor­skich wik­tu­ałów. I ludzi moc od­święt­nie odzia­nych, z kie­sa­mi w złote de­na­ry za­sob­ny­mi. A twoją, ja­śnie wiel­moż­na pani, pra­wnucz­kę widzę w stro­ju bo­ga­tym, ki­pią­cym zło­tem i czer­wie­nią. I sły­szę, jak mówi… Jak mówi…

– Co mówi? – za­wo­ła­ły chó­rem szlach­cian­ki.

– Za­pra­szam na de­gu­sta­cję jo­gur­tów Ma­ko­ma – za­pisz­czał dziew­czę­cym gło­sem al­che­mik. – Dziś w pro­mo­cji po złoty dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć za czte­ry­sta gram!

Księż­na Czar­to­ryb­ska omdla­ła na­praw­dę. Damy, za­wo­dząc, przy po­mo­cy sług prze­nio­sły ją na szez­long i za­czę­ły cucić so­la­mi trzeź­wią­cy­mi, chło­dzić skro­nie chu­s­tecz­ka­mi zro­szo­ny­mi per­fu­mą i skra­piać jej dło­nie wła­sny­mi łzami.

– Cóż ozna­cza ta prze­po­wied­nia? – Mar­ki­za Na­thien spoj­rza­ła su­ro­wo na Jo­han­na i po­stu­ka­ła brze­giem zło­żo­ne­go wa­chla­rza w kra­wędź misy. – Tylko nie mów mi, mę­dr­cze, że mętna i nie­od­gad­nio­na!

– Ja­śnie wiel­moż­na pani, naj­pro­ściej rzecz uj­mu­jąc, pra­wnucz­ka ja­śnie oświe­co­nej księż­nej nikim waż­nym nie bę­dzie – oznaj­mił cicho i kon­spi­ra­cyj­nie al­che­mik.

Twarz mar­ki­zy roz­pro­mie­ni­ła się w trium­fal­nym uśmie­chu. Am­ba­sa­do­ro­wa usia­dła na­prze­ciw Johanna, roz­wi­nę­ła wa­chlarz i za­żą­da­ła:

– Mów do mnie, mę­dr­cze! Go­to­wam po­znać losy pra­wnu­ków moich!

Jo­hann za­nu­rzył dłoń w wo­dzie. Pło­mień świe­cy za­drgał od prze­cią­gu, za­chy­bo­tał. Kro­ple, spa­da­ją­ce z dłoni uczo­ne­go, za­lśni­ły jak gwiaz­dy na nie­bie.

– Widzę! – szep­nął. – Widzę pra­wnu­ka twego. Mąż to dziel­ny i prawy! Do­sia­da ptaka że­la­zne­go i na jego grzbie­cie ponad chmu­ry się wzno­si! Odzia­ny w białą zbro­ję i hełm zło­tem w słoń­cu błysz­czą­cy, nie­bie­skim prze­wo­dzi za­stę­pom! Ja­śnie pani, on nie­mal­że równy olim­pij­skim bogom! I sły­szę głos jego, jak mówi…

– Co? – wy­dy­sza­ła mar­ki­za Na­thien. – Co mówi?

– Coś jakby… „Ho­uston, mamy pro­blem”… – wy­do­by­ło się z ust Jo­han­na.

Mar­ki­za zmarsz­czy­ła nos.

– Co to jest „hju­ston”? – za­grzmia­ła. – Czy nie plu­ga­we to słowo ja­ko­weś, któ­re­go pa­rob­cy w gnie­wie uży­wa­ją?

Alchemik po­krę­cił głową.

– Nie, pa­rob­cy in­ne­go słowa wtedy uży­wa­ją. Krót­sze­go. To nie wiem co zna­czy. – Mistrz roz­ło­żył ręce. – Ale czy nie brzmi le­piej niż „de­gu­sta­cja”, wiel­moż­na pani?

Mar­ki­za Na­thien strze­li­ła okiem w stro­nę wra­ca­ją­cej do przy­tom­no­ści księż­nej Czar­to­ryb­skiej.

– O wiele le­piej – przy­zna­ła.

Koniec

Komentarze

Czyta się dobrze, dowcipne to opko;). Pomysł ciekawy, w sumie dość udana próba:).

Ale…

Laska marszałkowska (jako przedmiot) znana była w RP już w wieku XIV-XV. Tak że ten…

I druga, poważniejsza sprawa – W wieku XVIII, z tego co wiem, wszelkie seanse typu opisanego groziły jeszcze – i to na powaznie! – ekskomuniką. Jako złamanie I przykazania wprost. Nawet zatem na salonach mówiono o tym, plotkowano, ale jesli odbywano – to absolutnie pokątnie i bez dopuszczania służby. Co więcej – zmuszanie służby – takiego np. Gerwazego – do brania udziału w obrzedzie (wówczas) uważanym za satanistyczny – groziło niewyobrażalnymi konsekwencjami.

Tym bardziej – KANONIK???

Nie, raczej niemożliwe a w każdym razie mało prawdopodobne. Proponuję to i owo pozmieniać. Jednak.;)

Pozdrawiam

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Spokojnie, tekst jest żartem, a do tego dodałam tag “fantasy”. Nie zamierzam udawać, że znam się na epoce. Mogę dorzucić jeszcze “absurd”, żeby nie doszukiwać się sensu za głęboko. Ale coś niecoś jednak pozmieniałam ;)

http://silmaris.pl/

Alchemik – znacznie lepiej;). To nam zarazem (słowo alchemia pod koniec XVIII w. zaczynało powoli trącić myszką;), ale ów Johann sędziwy był w Twoim opku, więc może być – wrzuca tekst w pierwszą połowę wieku XVIII, a nawet w druga XVII;).

Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

W takim razie dobrze, że nie wiesz, co kanonik wyprawiał w swoim poprzednim wcieleniu. Ten tekst poniekąd był też próbą ocieplenia jego wizerunku ;)

http://silmaris.pl/

Fajne, humor jest. Napisane zgrabnie. Podobało się. Pozdrawiam.

wypełzły rumieńce wstydu, szybko skrywane za zasłonami wachlarzy.

albo wypełzały, skoro były skrywane albo szybko skryte, skoro wypełzły – w tej formie jak jest to pomieszanie z poplątaniem.

Pewne zdania też bym nieco inaczej zbudował – na przykład na dzień dobry mamy “Nie przepowiadam bliskiej przyszłości” i cały opis o tym po co pani domu go zaprosiła jest zbędny – wynika z kontekstu. Można było zamiast tego wstawić powiedzmy opis wyglądu alchemika. No i jak na kogoś, kto przewiduje przyszłość itd. to mi w ogóle słowo alchemik nie pasuje. Tym bardziej uczony. Mag, druid, mędrzec… coś w tym kierunku. Zmieniając nazwiska na bardziej wschodnie można się też pokusić o słowo z kultury rosyjskiej – czyli dziad. Alchemia miała przede wszystkim szukać metod zamiany przedmiotów w złoto, leczenia chorób i produkowania eliksiru nieśmiertelności, a nie zabawiania dam przepowiedniami. Choć to na pewno lepsze słowo, niż to, które było wcześniej – czyli kanonik (przynajmniej tak wynika z komentarzy).

Ptak żelazny to też określenie nie pasujące do epoki, bardziej pasujące do ludów prymitywnych, a nie salonowej gawiedzi -prędzej wóz, który jedzie bez konia i podróżuje nie po ziemi, a przez powietrze. Nie mówiąc już o tym, że dało się wypisać więcej szczegółów, wywołujących jeszcze większe zdziwienie zarówno samego wróżbity, jak i tym bardziej obecnych.

Dalej sądząc po stylizacji całość nie dzieje się w takich czasach, aby odniesienia mogły nawiązywać do prawnuków, a co najmniej do potomków w piętnastym pokoleniu, choć i to zapewne za mała skala.

 

Ale pomysł naprawdę ciekawy i oryginalny, choć technicznie zrealizowany przeciętnie, żeby nie powiedzieć słabo. A szkoda, bo mógł być to naprawdę wyśmienity tekst.

Czyli, mimo tylu wprawek w pisaniu, wciąż tkwi we mnie radosny pierwotny grafoman i można by powiedzieć, że wracam do korzeni ;) Co do oryginalności pomysłu – niestety, przyznam, że pomysł z misą i świecą dawno temu widziałam w jakimś filmie, ale niestety nie pamiętam w jakim, fantastycznym czy raczej dokumentalnym (obstawiam jakieś Discovery historia). Choć, z drugiej strony, pewnie nikt w ten sposób nie przepowiadał promocji jogurtu, więc jakiś procent oryginalności udało mi się zachować.

Dziękuję za komentarze i pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Taki dłuższy, ale bardziej subtelny żart. Idea mi się podoba, ale jeśli chodzi o epokę… wiem, wiem, otagowane fantasy i nie chodziło o realia historyczne. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze odniesienia jak np. Houston, wolałabym jednak pewną spójność. I tak zupełnie subiektywnie – dlaczego nie XIX w.? Byłoby o wiele prościej, bo całkiem sporo wiemy o seansach w tamtych czasach, i oczywiście rodził się spirytyzm i spirytualizm (nie są to nazwy zamienne). Nikt by nikogo nie ekskomunikował ;)

Czyta się dobrze.

Bardzo mi się podoba zabieg literacki, którego użyłaś – staropolski język opowiadania, przeplatany współczesnym językiem przepowiedni.

Trochę zawiedziony byłem brakiem wyrazistej puenty.

W zasadzie to nie było żadnego końca. Bez trudu mogłaś napisać ciąg dalszy.

Może spróbujesz? Bo opowiadanie ma zadatki na bibliotekę, tylko moim zdaniem, takie trochę niedokończone jest.

 

Dwa fragmenty to przemyślenia:

drewnianą nogą, utraconą za młodu na wojnie

utracił drewnianą nogę?

Na środku pojawił się okrągły stoliczek i dwa krzesła.

a dlaczego? skoro uczony mąż chciał tylko miednicy z wodą i świecy

Deirdiu,

dlaczego tak, a nie inaczej? Bo autorka miała takie widzimisię, a osoba, dla której tekst był prezentem, ma w awatarze barokową damę. I tyle – nie ma się co doszukiwać głębokiego sensu. Ale, jeśli ktoś inny chciałby wykorzystać ten pomysł, umieszczając go w innej epoce – nie mam nic przeciwko.

 

Fizyku,

z drewnianą nogą rację masz, poprawię w wolnej chwili. Ale miskę z wodą do chlapania na damy trzeba było na czymś postawić, to pojawił się stolik. Co do ciągu dalszego i biblioteki: też pewnie masz rację i dziękuję za podpowiedź, ale, jako że piszę tylko i wyłącznie dla fanu, a nie dla fejmu, i jako że napisanie tego tekstu w takim kształcie jaki ma dostarczyło wystarczającej rozrywki zarówno mnie, jak i osobie, dla której to pisałam, więc niestety, nie będę go rozwijać.

http://silmaris.pl/

Zabawne, podobało mi się. Pewnie na długo mi w głowie nie zostanie, ale mam wrażenie, że nie o to Ci chodziło. Miło spędziłam czas, uśmiechnęłam się i to w zupełności mi wystarcza. A że dobrze napisane, to klikam. :)

 

W takim razie do­brze, że nie wiesz, co ka­no­nik wy­pra­wiał w swoim po­przed­nim wcie­le­niu.

Rozbudziłaś moją ciekawość. Co wyprawiał?

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Marianno, to tylko propozycja ;) Taka wiesz, zaczepka dla “radosnego pierwotnego grafoman” (w ogóle piękne określenie). I powiem szczerze, że właśnie Twój szorciak mnie zainspirował, ale co z tego upichcę, to jeszcze sama nie wiem :) I raczej nie pobiję astronauty z końcówki :D

Autorka ostrzega, że to prezent w zabawie mikołajkowej i żart, więc tak tekst potraktowałem. I jako żart może być, na kliczka zasługuje. Napisany sprawnie i zgrabnie. Humor nienachalny i dosyć prosty. Z krzesła nie spadłem, ale całość wydała mi się sympatyczna.

Nie mam pojęcia, jakimi ścieżkami wędrują myśli podczas tworzenia takich humoresek, bo ten rozstrzał "profetyczny" (marszałek, hostessa, kosmonauta) wydaje się naprawdę spory i zaskakujący. Zwłaszcza że potomek markizy zawędrował do USA (nie mówię, że to niemożliwe) i gada do kontroli lotu w Houston po polsku (to już bardzo dziwne).

Ps. No i z tą nogą to trzeba poprawić zdecydowanie.

Ps. 2. Nie mam za to pojęcia co miał na myśli AdiBielo pps, pisząc o słabym wykonaniu technicznym (o ile pamiętam jego tekst o komarach, sam z techniką miał znacznie większe problemy). No i chyba chciałby, żeby opowiadanie było napisane po “ichniemu” a przecież nie o to w komentarzach chodzi…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Irka_Luz,

Alchemika znajdziesz tutaj: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/21482

Ostrzegam tylko, że to opko grozopodobne. Dzięki za wizytę :)

 

Deirdiu,

Bo astronautów nic nie pobije ;) Jeśli Cię zainspirowałam – cieszę się bardzo, pisz, na pewno wyjdzie coś fajnego. A co do grafomana – ile razy się wysilam, żeby napisać “tak żeby się ludziom podobało”, idzie jak po grudzie i mało takich tekstów w ogóle skończyłam, nie porzucając w trakcie. A jak piszę w stanie “radosnego pierwotnego grafomana”, to z pisania mam samą radość. Dziwny jest ten świat ;)

http://silmaris.pl/

Dzięki, mr.marasie.

Rozstrzał profetyczny w moim przypadku wyjaśnić raczej prosto. To wpływ TV (marszałek), wizyt w supermarkecie (okres przedświąteczny), a na punkcie astronautów i okolic mam przecież zdrowego fioła.

Dziękuję i pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Szalenie zabawny szorcik, okraszony niebanalnym humorem. Spodobał mi się i pomysł, i wykonanie, a lektura okazała się prawdziwą przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po Twych zmianach i poprawkach też kliczek:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Zabawna historia, uśmiechnęłam się przy przepowiedniach, szczególnie przy degustacji jogurtów i wyjaśnieniu słowa “Houston”. Miałaś ciekawy pomysł na połączenie przeszłości z teraźniejszością. Opowiadanie dobrze i szybko się czytało. Zgłosiłam do biblioteki, ale pewnie ktoś mnie ubiegnie z klikiem.

Dziękuję, Regulatorzy, Rrybaku i ANDO :)

http://silmaris.pl/

Dobre :) Uśmiechnęłam się, a do tego nie dość, że humorystyczne, to jeszcze świetnie napisane yes.

Cześć :) Cieszę się, że Ci się podobało. Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Ja też nie będę udawać, że znam się na epoce, więc ograniczę się do uwag tyczących wyłącznie moich odczuć podczas lektury. A czytało się bardzo miło, więc są to odczucia głównie pozytywne. Fajnie skonstruowałaś postacie, ich zachowania można sobie łatwo wyobrazić, a do tego są przerysowane i zabawne. Sam dowcip też przedni i nieraz podczas lektury uśmiechnęłam się do monitora, więc… Cóż, żeby nie przeciągać – fajne. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hej! Właśnie po to pisałam, żeby czytelnicy się uśmiechali i fajnie, że się udało!

Pozdrawiam :)

http://silmaris.pl/

Masz dużą wyobraźnię!!! Pisz dalej, w przyszłości mogę betować Twoje teksty.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Miłe, lekkie i przyjemne wink I gdzieś tam w głębi dające sygnał, że lepiej nie poznawać przyszłości, bo to czasem może zaboleć smiley

Dzięki, Homarze! I co racja, to racja – dobrze, że właściwie to nie da się jej przewidzieć :)

http://silmaris.pl/

Przyjemny tekst. Iskrzy nienachalnym dowcipem. Ładnie napisany. Podobało mi się.

Miło mi :)

Pozdrawiam!

http://silmaris.pl/

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Cieszę się :)

http://silmaris.pl/

Sympatyczny tekścik. Nic wielkiego fabularnie, ale czyta się przyjemnie.

Aleś potraktowała Czartoryską!

Chyba tych prawnuków nie należy traktować dosłownie.

Babska logika rządzi!

Trochę przeterminowana ta moja odpowiedź, ale: dzięki!

 

Prawnuki i Czartorybska miały być tylko symboliczne…

http://silmaris.pl/

Spoko, nie aż tak, jak mój komentarz…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka