- Opowiadanie: AdiBielo pps - Lochy i smoki

Lochy i smoki

Witam,

Dawno nic nie wrzucałem, bo po ostatniej nauczce, jaką dostałem po przedwczesnym wrzuceniu niedopracowanej wersji, tym razem wolałem się nie spieszyć (tak na marginesie poprawiłem stare opowiadanie według waszych uwag, ale zostało ono zagrzebane pod konkursem świątecznym i jakbyście byli tak mili wrzucić i tam swoją opinię o tej wersji to jest ona tutaj: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23303 ) i pozwoliłem tekstowi poleżeć, kilkakrotnie go poprawiałem, posprawdzałem błędy, przecinki, powtórzenia itd. Potem zrobiłem to jeszcze raz... mam nadzieję, ze nic nie przeoczyłem i będzie się wam dobrze czytało:)

A co do treści... miałem spory dylemat, czy wrzucić to pod fantasy, czy pod sci-fi, bo to się tu trochę przeplata. Bohater trafia do świata gry komputerowej, wewnątrz którego rozgrywa swoją sesje RPG w świecie fantasy. Jest tam sporo nawiązań do wielu gier komputerowych, zwłaszcza opartych na systemie D&D i schematów obecnych w tego typu produkcjach i mam nadzieję, ze sprawi wam frajdę doszukiwanie się tych easter-eggów.

I na koniec jeszcze jedno małe info – od ponad roku prowadzę kanał na YouTube, gdzie wrzucam swoje teksty w formie audiobooków, tak że jeśli ktoś woli tego tekstu wysłuchać, niż przeczytać – to zapraszam:  https://youtu.be/KP-FUFNEcTc

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Lochy i smoki

Marek był tylko biednym studentem, dlatego nie zastanawiał się nazbyt długo nad skorzystaniem z oferty tego dziwnego gościa, którego spotkał dwa dni temu na mieście. Koleś był ubrany w zdecydowanie za duży płaszcz. Do tego stopnia za duży, że nie było widać ani twarzy skrytej w cieniu kaptura, ani dłoni zakrytych przydługimi rękawami. Dał mu ulotkę i odszedł bez słowa. Marek bezwiednie wrzucił kartkę do plecaka i dopiero dzisiaj w akademiku skojarzył, że ma coś takiego. I już miał ten papier wyrzucić, ale coś go tknęło i jednak przeczytał.

Była to oferta zarobku astronomicznej, jak na jego możliwości kwoty półtora tysiąca złotych, za udział w jakimś teście nowej technologii. Należało się zgłosić do siedziby firmy zlokalizowanej gdzieś pod miastem w sobotę o godzinie dziesiątej rano. Dzisiaj była sobota i dochodziła ósma, tak że nie zastanawiając się wiele ubrał się i wyszedł złapać najbliższy tramwaj, żeby się nie spóźnić. GPS doprowadził go po przesiadce na metro i autobus, gdzieś na Targówek Przemysłowy, gdzie dosłownie w szczerym polu stał szary biurowiec. Wszedł, pokazał ulotkę i został skierowany gdzie trzeba.

Nie spodziewał się tak nowoczesnego wnętrza w tak brzydkim i starym budynku. Został poproszony, żeby usiadł w miękkim, atłasowym fotelu i wypełnił dokumenty. Był tam formularz z danymi osobowymi. Było oświadczenie o zachowaniu poufności. I drugie, którego normalnie by nie podpisał, ale w końcu tysiąc pięćset złotych piechotą nie chodzi, a miał je zarobić zaledwie w kilka godzin.  Dokument ten dotyczył zrzeczenia się praw do jakichkolwiek roszczeń przeciwko firmie, gdyby nastąpiły jakieś komplikacje.

Kiedy już podpisał wszystkie papiery, został wprowadzony do małej salki, z wygodnym miękkim fotelem i wieszakiem na kurtki. Został też poproszony o zdjęcie butów, ustawiono temperaturę, w której było mu dobrze. Jednym słowem miał poczuć się komfortowo. Następnie został poinstruowany na czym polega testowana technologia, zapytany o ewentualne problemy zdrowotne, głównie o serce i to, czy ma rozrusznik. Z racji, że jest zdrowy jak byk rozpoczęto eksperyment.

Miał się przenieść do wirtualnego świata, w którym trafi do gry komputerowej i wcieli się w jedną z postaci. W razie problemów miał śmiało zadawać pytania postaciom niezależnym. Ma się do nich zwracać również kiedy poczuje się niekomfortowo i chciałby zakończyć. Część z nich była obsługiwana przez pracowników firmy, a część przez boty sztucznej inteligencji i elementem testu jest również próba rozpoznania, kto jest kim. Po dwukrotnym potwierdzeniu, że wszystko zrozumiał i jest gotowy do rozpoczęcia, zostało mu pokazane małe urządzenie. Miało ono zostać podłączone do jego skroni i połączyć go z grą bezpośrednim interfejsem komputer – mózg.

Nie pozostawało nic innego jak podpisać ostatni papier, w którym oświadczał, że wszystko zrozumiał. W tym momencie pracownica firmy przyłożyła mu jakieś urządzenie do głowy i momentalnie znalazł się w innym miejscu. Miejsce było dość puste, ale w oddali widział jakąś chatę. Ruszył w tym kierunku. Zobaczył szyld z napisem „Ostatni zajazd po lewej”.

– Ostatni? Przecież tu nie… – nie dokończył zdania, że nie ma tu innych budynków, bo zobaczył, jak się pojawiają jeden po drugim. Mimo wszystko jednak zdecydował się wejść w pierwsze drzwi, które zauważył.

Wnętrze było ciemne, nieco zadymione, ale wzrok szybko przyzwyczaił mu się do tych warunków i widział wszystkie szczegóły bardzo wyraźnie. Już miał podejść do kontuaru, za którym jednak nie było barmana, gdy usłyszał dziwnie donośny głos:

– Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!

– A ty to kto i czego chcesz? – zauważył dziwną, zakapturzoną postać leniwie opartą pod ścianę i skrytą w mroku.

– Jak to kto? Mistrz Gry.

– To może wezmę jednego z tych? Wyglądają na kompetentnych

– Eeeee, to czarodzieje z wybrzeża. Oni tylko w karty umieją grać.

– To może ten? Wygląda na silnego.

– To Baldur i faktycznie jest silny. Ale nie pójdzie z tobą. Jest zajęty ważnym zleceniem. Pracuje jako kowal i wykuwa jakieś wrota dla jakiegoś tajemniczego wędrowca, który ciągle wspomina coś o braciach.

Nagle bardziej poczuł, niż usłyszał, czy zauważył jakiś ruch za swoimi plecami. Bardziej instynktownie, niż świadomie obrócił się na pięcie i…

– Za wolno kochasiu – poczuł na szyi zimny sztylet przymocowany rzemieniami do przedramienia młodej kobiety. – Udało mi się zrobić na tobie wrażenie?

– Taak – powiedział niepewnie, jednocześnie starając się ogarnąć wzrokiem cała sylwetkę stanowiącą przedłużenie ręki ze sztyletem. – Zdecydowanie tak.

Tym razem powiedział to już z pełną świadomością, choć z jeszcze niezbyt dużą pewnością siebie. Nie miał jednak na myśli szoku jaki przeżył na skutek jej ataku, czym rzeczywiście mu zaimponowała, podchodząc go tak cicho i szybko. Dziewczyna bowiem opuściła już broń i mógł zobaczyć ją w pełnej krasie. Ubrana była w zielonkawy, skórzany kaftanik, bardzo mocno opinający wysportowane ciało. Silne uda, jędrne pośladki, płaski, umięśniony brzuch i wyrywające się wręcz na zewnątrz pełne i idealnie krągłe piersi, choć zakryte bluzką ze skromnym kołnierzykiem i bez dekoltu. Strój ten miał jednak przede wszystkim nie tyle podkreślać kształty dziewczyny, a był tak idealnie dopasowany, żeby jak najmniej krępować ruchy i nie szeleścić materiałem podczas poruszania się. Kolor też nie miał skupiać męskiego wzroku na przepięknych zielonych oczach, a maskować postać w terenach leśnych, czy wśród wysokich traw.

Ciężko jednak było nie skupić się na tych oczach, bo tylko te oczy wyglądały spod kaptura i chusty na twarzy. Przynajmniej tak było w pierwszej chwili, bo kaptur wkrótce opadł, a wzrok Marka skupił się na zupełnie innym elemencie wyglądu dziewczyny i nie mógł ani tego wzroku oderwać, ani oprzeć się urokowi obserwowanego zjawiska. Spod kaptura wyłoniły się sprężyste, gęste rude loki. Nie marchewkoworude i nie popadające w czerwień, ale idealnie rude, tą niesamowitą rudością zachodzącego słońca i płonącego ognia jednocześnie. Potrzebował chwili, żeby się otrząsnąć i wrócić do rzeczywistości, uświadamiając sobie, że dziewczyna coś do niego mówi.

– Co mówiłaś?

– Pytałam, czy możemy dołączyć do twojej drużyny.

– My? Czyli kto?

– No ja i mój brat. Gdzieś chyba odleciałeś i nie słuchałeś, co mówiłam. Opiekuję się moim młodszym bratem i nie pójdę na wyprawę bez niego. Jest on dorosłym i silnym chłopakiem, ale ma umysł dziecka, a nawet gorszy, niż dziecka. Jednym słowem poziom jego inteligencji jest minimalny, za to poziom szczęścia jest jakiś niesamowity. Bez niego się nie ruszam.

W tym momencie zobaczył machającego mu łysego osiłka siedzącego przy stole i wydającego przy tym jakieś niezrozumiałe pomruki, zupełnie jakby udawał prymitywnego jaskiniowca sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat. Marka ponownie zamurowało, ale szybko się pozbierał i odpowiedział:

– Chyba rzeczywiście ma ogromne szczęście, bo czymś mnie jednak ujął. Ale nie pytaj czym, bo nie odpowiem. Biorę was oboje. I przepraszam, ale się nawet nie przedstawiłem. Marek jestem.

– Miło mi. Ja mam na imię Talila, a mój brat Kunaj. Gdzie ruszamy?

– Właśnie, gdzie ruszamy? – zwrócił się do Mistrza Gry.

– To twoja przygoda. Ty wybieraj. Tu masz mapę – i rozłożył na stole kawał grubego i wyblakłego pergaminu.

– Dolina Lodowego Wichru? Brzmi intrygująco. Może tam?

– Nigdy zimy nocą jak brzmi stare krasnoludzkie przysłowie. Tam możesz zamarznąć nawet w pełnym słońcu. Wróć tu jak zdobędziesz odpowiedni poziom doświadczenia i z ekwipunkiem lepszej jakości.

– Jaką nocą, przecież jest jede… – nie dokończył podawania godziny, bo nagle w jednym momencie za oknem zrobiło się kompletnie ciemno.

– Mroczną Knieję też mi pewnie odradzisz? – spojrzał na zakapturzonego towarzysza, który wzruszył ramionami i głupio się uśmiechnął. – To pozostaje Daleka Oaza.

Mistrz Gry kiwnął głową na zgodę, zwinął mapę, po czym ruchem trzymanego w ręku kostura utworzył w powietrzu magiczny portal, który wskazał ręką. Marek wszedł pierwszy, za nim Talila, potem jej brat. Ostatni kroczył enigmatyczny kapturowiec, za którym portal się zamknął.

Znaleźli się w przepięknym miejscu. Palmy, bujna zieleń, jeziorko przeczystej wody, cień rzucany przez skały. Obrazek niestety psuła rozciągająca się aż po horyzont pustynia, której ta mała oaza wyrwała siłą kawałek terenu. Zanim jednak Marek zdążył zastanowić się nad swoją pozycją i wybrać kierunek dalszego marszu, zza góry nagle ziejąc ogniem przyleciał smok. Brat Talili niewiele myśląc wyleciał naprzeciw bestii, a ta usiadła na tylnych łapach, wyprężyła łeb i… świat jakby na chwilę zwolnił.

A właściwie wszystko działo się tak jak zwykle, ale na skutek skoku adrenaliny Marek widział wszystko w zwolnionym tempie. Usłyszał spowolniony i rozciągnięty krzyk dziewczyny, chcącej powstrzymać brata. Kątem oka zobaczył jak Mistrz Gry coś mu rzuca, choć już wiedział, że niecelnie i musiał skoczyć w kierunku tej rzeczy. Leciał powoli, jakby płynął nie przez powietrze, a przez morze smoły, ale w chwili gdy jego ręka dotknęła przedmiotu, czas wrócił do normy. Upadł na ziemię i przetoczył się fikołkiem kilka metrów. Zauważył, że w jakiś sposób ubrał się w pełną płytową zbroję, a w ręku trzymał miecz i tarczę.

Spojrzał w stronę smoka zionącego właśnie ogniem w kierunku tłuścioszka, który rzucił się na niego z gołymi rękami. Totalny idiota, który za chwilę będzie już tylko kupką popiołu. Ale co to? Smok nagle się zakrztusił i okazało się, że Kunaj potknął się na kamieniu, przez co nie tylko uniknął płomienia, który tylko delikatnie musnął mu plecy, ale jeszcze wzbudził kłąb piasku. I tym właśnie kurzem teraz krztusił się teraz smok. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, Marek rzucił się z równie irracjonalną furią na potwora, zamachnął się mieczem i… broń zastygła w powietrzu i jakby cały świat się na chwilę zatrzymał. Próbował szarpać, ale nic się nie działo. Broń ani drgnęła. Spojrzał w stronę Mistrza Gry, który rysował tabelkę i pisał jakieś cyfry patykiem po piasku i rzucał jakimiś dziwnymi kośćmi do gry. Miały one nie sześć a ze dwadzieścia ścianek z napisanymi na nich wartościami.

– Co ty właściwie robisz? I czemu czas stanął w miejscu?

– Jak to co? Liczę modyfikatory. A czas stoi, bo gra jest w trybie aktywnej pauzy.

– Co?

– To gra RPG. Zadawane obrażenia i szanse trafienia danym typem broni zależą od modyfikatorów, umiejętności, statystyk oraz elementu losowego. Muszę to obliczyć, żeby wiedzieć, czy uda ci się zabić smoka.

– No dobra, ale dlaczego robisz to ręcznie?

– To wczesna wersja gry i jeszcze nie ma automatycznego skryptu do takich rzeczy. Jakby była dopracowana to nie potrzebowalibyśmy testerów technologii, takich jak ty, ani mojego udziału w całej przygodzie. Obliczyłem!

I czas ruszył, a miecz Marka tylko ześlizgnął się po szyi gada nie robiąc na nim najmniejszego wrażenia. W panice chłopak padł na kolana, skrzyżował przedramiona nad głową tym samym zasłaniając się zarówno tarczą, jak i mieczem. Skulił się jak mógł najbardziej i na wpół do siebie, a na wpół na głos wyjęczał:

– Nie zabijaj mnie!

– Dlaczego miałbym tego nie zrobić?

– Cco? To ty gadasz? – Marek nieśmiało wychylił się zza osłony i spojrzał w górę na smoka.

– To chyba oczywiste. Wszystkie smoki są magiczne i umieją mówić. Ale nie zmieniaj tematu. Przyszedłeś tutaj, atakujesz mnie i dybiesz na pewno na skarby w mojej pieczarze. Dlaczego miałbym cię nie zabijać?

– Po pierwsze nie chciałem cię atakować, a poczułem zagrożenie dla siebie i dla swojej drużyny i chciałem interweniować. A co do skarbów, to wcale nie po to tu przybyłem. Właściwie to póki o tym nie powiedziałeś, nawet nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia. Jestem tu, aby przeżyć przygodę, a spotkanie ciebie na pewno można właśnie mianem przygody nazwać. W ogóle to się nie przedstawiłem. Wybacz. Jestem Marek z rodu Malczewskich z twierdzy Wrocław.

– A moje imię brzmi Fregenruntelsztyc i nadal ci nie ufam i nie widzę powodu, żeby dać ci odejść i dalej żyć. Chociaż…

– Chociaż?

– Jeśli nie zależy ci na skarbie, to możesz zdobyć jeden dla mnie. Tu niedaleko jest grota w skale. To szyb prastarej kopalni kamieni szlachetnych. Zejdziesz tam i przyniesiesz mi jakiś ładny rubin do kolekcji, a zawrzemy przymierze. Strzeż się jednak, żebyś nie postanowił mnie zdradzić, oszukać, czy uciec. Pamiętaj, że smoki są magiczne i nigdy się przede mną nie ukryjesz, a twoja śmierć nie będzie ani szybka, ani bezbolesna.

– W takim razie ruszamy.

I ruszyli. Kiedy w korytarzach kopalnianych atakowały ich nietoperze i pająki nadnaturalnej wielkości, jego kompani, a zwłaszcza Talila, zabijając te poczwary, co jakiś czas rozświetlali się cali na złoto. Kiedy Marek to zauważył raz czy drugi i spojrzał pytająco na Mistrza Gry, ten tylko wzruszył ramionami i powiedział tylko jedno słowo:

– Poziom.

Na to Marek tylko pokręcił głową i zamachnął się mieczem na kolejną bestię, a gdy ta padła i jego miecz rozbłysnął złotym światłem i tym razem sam wzruszył ramionami. Przebili się przez kilka korytarzy i w końcu trafili do rozległej komnaty oświetlonej pochodniami umieszczonymi skośnie przy ścianach. W oczy rzuciły im się od razu klatki z prosiakami, a właściwie jakimiś dzikimi świniami. Nad klatkami wysiały tabliczki z imionami: Pysia, Balbina, Kasia, Basia, Pusia i Hiacynta. Dalej po drugiej stronie mały kuferek wypełniony po brzegi dziwnym sprzętem jak na takie miejsce. Znajdowało się tam ni mniej, ni więcej, jak cała masa metalowych wyciskaczy do czosnku. Ktoś tu chyba lubił aromatyczną kiełbasę, skoro tak sobie urządził komnatę. Tylko dlaczego na dnie kopalni, w tak trudno dostępnym miejscu?

W nieoświetlonej głębi na wysokim tronie, skryty w cieniu siedział jakiś człowiek. Zanim go jednak ktokolwiek zauważył, dał się słyszeć jego głos:

– Witaj Marku, jestem bard Mieciu, a tu wtargnąłeś w moje włości. Ale bardzo lubię zagadki i dlatego dam ci szansę i zadam jedną z nich. Musisz mi odpowiedzieć, co się tutaj znajduje, inaczej będę musiał cię zabić. Ale jeśli zdołasz odnaleźć rozwiązanie odejdziesz wolno, a dodatkowo otrzymasz nagrodę za swój trud. Rubin arcyksięcia.

– To się świetnie składa, bo właśnie po ten artefakt przybyłem. A mogę uzyskać jakąś podpowiedź?

– W zasadzie tak. Posłuchaj pieśni barda:

 

Mistrz Andrzej miał kiedyś życzenie,

Żeby przyrządzić pyszne jedzenie.

Miał na nie przepis z dalekiego kraju,

Z głębi Orientu, z samego Kitaju.

A że nie umiał czosnku dzielić wzrokiem,

Używał maszynki nazywanej smokiem.

 

– Daj mi kilka minut na zastanowienie bardzie.

– Ile tylko sobie życzysz. Będę tutaj czekał, dopóki nie będziesz gotów.

Marek przysiadł na ławeczce pod ścianą, obok niego reszta jego ekipy, a nieco na uboczu Mistrz Gry. Część z maszynkami do wyciskania czosnku była banalnie prosta. Odpowiedź jasno wynikała z przyśpiewki, ale co do tego mają świnie? Ba, nie było nawet pewności, czy to są świnie, czy dziki, czy jeszcze jakieś inne stworzenia. Wzrok Marka prześlizgiwał się od jednego zwierzęcia do drugiego. Patrzył im na ryje, analizował kształt cielska, ogona i uszu, aż nagle spojrzał w górę i go olśniło. Zrozumiał o co chodziło. Imiona wskazywały na to, że były tam wyłącznie samice. I nagle przestało być istotne, czy to żeńskie osobniki świni dzikiej, domowej, czy przedstawicielki zupełnie innego gatunku. Wstał i wykrzyknął na całe gardło:

– Lochy i smoki!

Koniec

Komentarze

Pomysł nieodkrywczy, ale byłby strawny, gdyby nie wykonanie. Długie zdania z nadmiarem informacji, "miał" oraz "który" padało nad wyraz często, i to blisko siebie. Wiele zdań mnie skonfundowało, między innymi "Nagle bardziej poczuł, niż usłyszał, czy zauważył jakiś ruch za swoimi plecami" brzmi to naprawdę źle :/

Kilka uwag:

Koleś był ubrany

“Koleś” nie brzmi za ciekawie

 

duży płaszcz. Do tego stopnia za duży

Powtórzenie. Może “duży płaszcz. Jego wielkość sprawiała że…”?

 

że ma coś takiego. I już miał ten papier wyrzucić, ale coś go tknęło i jednak przeczytał.

Nie podoba mi się to zdanie, jest dość pokraczne ale to tylko subiektywne odczucie

 

Z racji, że jest zdrowy jak byk rozpoczęto eksperyment.

Dwa czasy w jednym zdaniu nie oddzielone nawet przecinkiem…

 

ze sprawi wam frajdę doszukiwanie się tych easter-eggów.

– Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!

Znalazłem!

 

zauważył dziwną, zakapturzoną postać leniwie opartą pod ścianę i skrytą w mroku.

Czy tylko mi skojarzył się z Aragornem?

 

Nagle bardziej poczuł, niż usłyszał, czy zauważył jakiś ruch za swoimi plecami.

 

mógł zobaczyć ją w pełnej krasie

Chyba “klasie”

 

W tym momencie zobaczył machającego mu łysego osiłka siedzącego przy stole i wydającego przy tym jakieś niezrozumiałe pomruki, zupełnie jakby udawał prymitywnego jaskiniowca sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat.

Za długie zdanie. (sam mam do takich tendencję więc nie popełniaj mojego błędu)

 

Ale co to?

Słabo wygląda

 

Cco

Jak chciałeś dać zająknięcie to (chyba) pisze się: “C-co”

 

atakowały ich nietoperze i pająki nadnaturalnej wielkości,

Opisanie tego było by o wiele ciekawsze.

 

Powiem tak, pomysł niezbyt oryginalny ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Uśmiechnąłem się kilka razy co jest na plus (dialog ze smokiem, obliczanie oraz oczywiście zakończenie). Zaletą jest też rymowana zagadka i samo połączenie “papierowego” RPG z tym “cyfrowym”. Dobrze że sprawdzałeś tekst wielokrotnie ale dobrym pomysłem jest też wrzucenie go na betaliste.

(tu masz wyjaśnienia: https://www.fantastyka.pl/loza/17 )

To tyle, powodzenia na dalszej drodze pisarstwa ;)

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

@aKuba139

Oczywiście, że krasie, a nie klasie: https://sjp.pwn.pl/sjp/krasa;2474917.html

 

Co do postaci w ciemności to skojarzeń z przeróżnych dzieł popkultury mogłeś mieć setki. To popularny motyw i dlatego go użyłem. Aczkolwiek pierwszą myślą były w moim przypadku westerny, kiedy wpada rewolwerowiec i kogoś szuka a pod ścianą siedzi i gra w karty, ktoś kto się do niego zwraca, nie ruszając się z miejsca. A drugie skojarzenie to NP{C w Diablo II, który zawoła cię jak jesteś w zasięgu wzroku, ale nie podejdzie.

 

Co do tego trochę homeryckiego porównania – to wbrew pozorom, to nie jest nawet zdanie wielokrotnie złożone, a jedynie najeżone przymiotnikami i jeśli byś znalazł easter-egga to wierz mi, ze byś pomyślał, ze jest w sam raz.

 

Koleś może nie brzmi dobrze w tekście literackim, ale w myślach studenta? Trochę myślałem nad tym słowem i “gość” pasowało mi jeszcze mniej, już nie mówiąc o “pan” czy “człowiek”. Jeśli masz jakąś lepszą propozycję – będę wdzięczny, ale póki co zostaje “koleś”

 

A powtórzenie z płaszczem było zupełnie celowe i miało podkreślić pewien fakt i zwrócić uwagę – ponownie nie zauważyłeś easter-egga ;] 

 

Opisanie walki byłoby ciekawsze – ale przede wszystkim to taki poł-easter-egg – czyli celowe pominięcie tak zwanego grindu – czyli wbijania poziomów zabijając setki identycznych stworów. Rzecz zajmująca wiele czasu i strasznie nudna na dłuższą metę. Coś co zajmuje dużą część przygody RPG, ale kompletnie nie jest dla niej istotne – a stanowi zaledwie wypełniacz. Dlatego to pominąłem i skupiłem się tylko na fabule. Poza tym, jak widziałeś we wstępie tekst poszedł też jako nagranie i zbyt długi by nie przeszedł – optymalnie, jak przetestowałem jest wrzucać nagrania między 10 a 15 min, a to wyszło już i tak 16-minutowe, a nie chciałem dzielić na 2 części, celowo wstawiając gdzieś w połowie clifhanger (w tym przypadku urwał bym na tym smoku ziejącym ogniem i zaczął część 2 od momentu, gdzie Kunaj przeżył).

 

I tak na podsumowanie – na betalistę nie wrzucam, bo dla mnie to i tak jest wersja ostateczna, która leci na kanał w formie audio i to zapewne jest mój największy problem – umiem opowiadać historię, ale nie ejstem najlepszy w ich zapisie, a przy “audiobookowaniu” tych tekstów nigdy nie miało to znaczenia. Jak zacząłem się bawić z wrzucaniem tego tu na forum – musiałem nieco się przestawić, przede wszystkim skracając zdania;] A pomysł nie był oryginalny, bo to tak na dobrą sprawę tekst na prośbę jednego z moich widzów na kanale, choć był on dość luźny “Napoisz coś w świecie Dungeons and Dragons” (najpierw miał być Warhammer, ale jak stwierdziłem, ze go po prostu nie zam padło na D&D). No i jakoś do tego świata trzeba było wskoczyć… Zresztą nie zawsze dobry tekst musi być oryginalny;] I dzięki za życzenia na dalszą drogę, po to tu jestem, żeby się rozwijać i uczyć dalej. Teraz na tapet leci konkurs “Serce Kapsuły Czasu” – bo i tak miałem napisać taki tekst, a konkurs to tak przy okazji – niemniej dorzucił wyzwanie czasowe i trzeba się będzie sprężyć:)

Hej

Oczywiście, że krasie, a nie klasie

Wybacz mój błąd

 

Co do tego trochę homeryckiego porównania – to wbrew pozorom, to nie jest nawet zdanie wielokrotnie złożone, a jedynie najeżone przymiotnikami i jeśli byś znalazł easter-egga to wierz mi, ze byś pomyślał, ze jest w sam raz.

Możliwe, ale mówię co czuje nie znając go. (a nie możesz założyć że każdy zna)

 

Jeśli masz jakąś lepszą propozycję – będę wdzięczny, ale póki co zostaje “koleś”

Jak dla mnie “facet” brzmi nieźle

 

Opisanie walki byłoby ciekawsze[…]

Ja tylko wyrażam subiektywną(!) opinie.

 

Zresztą nie zawsze dobry tekst musi być oryginalny

Zgadzam się ale miło by było.

 

To ty jesteś autorem i decydujesz o swoim tekście. Easter-eggi są spoko, natomiast dla takiego kogoś jak ja kto nie łapie ich wszystkich mogą być różnie odbierane.

 

Teraz na tapet leci konkurs “Serce Kapsuły Czasu”

Powodzenia!

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Hmm… Facet brzmi lepiej. To dalej nie to, o co by mi chodziło, ale lepiej, niż koleś:)

 

Nie będę cytował – wiadomo do czego się odnoszę. Sam napisałeś – ja jestem autorem i decyduje o swoim tekście, tak że brak opisu walki wygląda lepiej. To moja subiektywna opinia i mam do niej prawo, tak jak ty do przeciwnej. I wiem, że ten tekst nie jest dla wszystkich – ale jak zaznaczyłem we wstępie, powstał on głównie na mój kanał na YT i jest kierowany głównie do osób, które to jednak łapią. Jest krótko po premierze i jeszcze mało wyświetleń, ale za to póki co 100% ocen pozytywnych, czyli cel osiągnięty.

 

A co do samego nawiązania w przypadku tego naszego tłuścioszka. To jest jeden z najmniej polecanych i najdziwniejszych buildów postaci w Falloucie 2, kiedy dajesz postaci tylko 1 punkt inteligencji, ale za to przynajmniej 7 w szczęście i 6 w siłę. Ta postać jest tak głupia, że z nikim nie potyrafi się dogadać i jej linie dialogowe brzmią np: “Ughhh”, ale za to niesamowite wręcz szczęście powoduje, ze wszystko mu mimo to idzie dość gładko. To nie jest łatwe do wyłapania, ale jak już wyłapiesz to przywołuje ciepłe wspomnienia z retro gier i automatyczny uśmiech na twarzy. Jednym słowem w tym zdaniu musiały znaleźć się te wszystkie epitety, bo wbrew pozorom to jest zdanie podrzędnie złożone i jedyne orzeczenia to “zobaczył” i “udawał”, reszta to przymiotniki odczasownikowe, jednak dalej przymiotniki: “Machający, “siedzący”, “wydający” itd.

Hmm… Facet brzmi lepiej.

Ciesze się.

 

powstał on głównie na mój kanał na YT i jest kierowany głównie do osób, które to jednak łapią. Jest krótko po premierze i jeszcze mało wyświetleń, ale za to póki co 100% ocen pozytywnych, czyli cel osiągnięty.

Rozumiem i dobrze że im się spodobał.

 

To jest jeden z najmniej polecanych i najdziwniejszych buildów postaci w Falloucie 2

Słyszałem ale właśnie, tylko obiło mi się o uszy.

 

Dzięki bardzo że tak obszernie odpowiadasz na moje komętarzę, miło mi.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Mi miło, że piszesz komentarze, a wcześniej uważnie przeczytałeś mój tekst :)

 

I tak swoją drogą pisanie pod to, żeby ładnie brzmiało jest trochę innym pisaniem. Dla przykładu nic tak nie dynamizuje czytanego tekstu, jak przewaga długich zdań i wtrącenie kilku krótkich i szybkich od czasu do czasu. To zupełne przeciwieństwo np tego, co robił Andrzej Sapkowski, który kiedyś zapytany w wywiadzie jak się czyta jedno, czy drugie imię z jego książek powiedział: “Pojęcia nie mam, użyłem go, bo ładnie wygląda w tekście”. Mi wygląd trochę wisiał, ważne jak brzmi – stąd dużo dźwięcznych głosek i pewna rytmika, celowe powtórzenie i przestawienia szyku zdań itp. No i niestety łapie się na tym, ze niektóre rzeczy bardziej wybrzmiewają z mojej intonacji przy czytaniu, nie z samego tekstu, a to duży problem, nad którym staram się bardzo mocno pracować.

Nie umiem ocenić opowiadania, bo nigdy nie grałam w żadną grę i zupełnie się na nich nie znam. Natomiast nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to co przeczytałam, jest zaledwie fragmentem czegoś większego – brakuje mi opisania dalszych przygód Marka, dokończenia historii i wiadomości, czy Marek zarobił wspomniane na początku pieniądze.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

nie było widać ani twa­rzy skry­tej w cie­niu kap­tu­ra, ani dłoni za­kry­tych przy­dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …nie było widać ani twa­rzy skry­tej w cie­niu kap­tu­ra, ani dłoni schowanych w przydługich rękawach.

 

sko­ja­rzył, że ma coś ta­kie­go. I już miał ten pa­pier… ―> A może: …zobaczył, że ma coś ta­kie­go. I już chciał ten pa­pier

 

Była to ofer­ta za­rob­ku astro­no­micz­nej, jak na jego moż­li­wo­ści kwoty… ―> Była to ofer­ta za­rob­ku astro­no­micz­nej, jak na jego wyobrażenie, kwoty

 

także nie za­sta­na­wia­jąc się wiele ubrał się i wy­szedł… ―> …tak że nie myśląc wiele, ubrał się i wy­szedł

 

Miało ono zo­stać pod­łą­czo­ne do jego skro­ni i po­łą­czyć go z grą… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

bez­po­śred­nim in­ter­fej­sem kom­pu­ter–mózg. ―> …bez­po­śred­nim in­ter­fej­sem kom­pu­ter – mózg.

 

Ru­szył w trym kie­run­ku. ―> Literówka.

 

wy­ku­wa ja­kieś wrota dla ja­kie­goś ta­jem­ni­cze­go wę­drow­ca, który cią­gle wspo­mi­na coś o bra­ciach.

Nagle bar­dziej po­czuł, niż usły­szał, czy za­uwa­żył jakiś ruch za swo­imi ple­ca­mi. Bar­dziej in­stynk­tow­nie, niż świa­do­mie… ―> Powtórzenia.

 

po­czuł na szyi zimny szty­let przy­mo­co­wa­ny rze­mie­nia­mi do przed­ra­mie­nia mło­dej ko­bie­ty. ―> W jaki sposób można poczuć, że szty­let był przy­mo­co­wa­ny rze­mie­nia­mi do przed­ra­mie­nia mło­dej ko­bie­ty?

 

sta­ra­jąc się ogar­nąć wzro­kiem cała syl­wet­kę sta­no­wią­cą prze­dłu­że­nie ręki ze szty­le­tem. ―> Czy sylwetka na pewno jest przedłużeniem ręki?

 

na sku­tek jej ataku, czym rze­czy­wi­ście mu za­im­po­no­wa­ła, pod­cho­dząc go tak… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Ubra­na była w zie­lon­ka­wy, skó­rza­ny ka­fta­nik, bar­dzo mocno opi­na­ją­cy wy­spor­to­wa­ne ciało. Silne uda, jędr­ne po­ślad­ki, pła­ski, umię­śnio­ny brzuch i wy­ry­wa­ją­ce się wręcz na ze­wnątrz pełne i ide­al­nie krą­głe pier­si, choć za­kry­te bluz­ką ze skrom­nym koł­nie­rzy­kiem i bez de­kol­tu. ―> Czy to znaczy, że, poza kaftanikiem i bluzką, dziewczyna nie miała na sobie nic więcej i dlatego silne uda, jędr­ne po­ślad­ki i pła­ski umię­śnio­ny brzuch, były tak dobrze widoczne?

 

Cięż­ko jed­nak było nie sku­pić się… ―> Trudno jed­nak było nie sku­pić się…

 

wzrok Marka sku­pił się na zu­peł­nie innym ele­men­cie wy­glą­du dziew­czy­ny i nie mógł ani tego wzro­ku ode­rwać… ―> Czy poza tym wzrokiem, miał jeszcze tamten wzrok?

 

Nie mar­chew­ko­wo rude i nie po­pa­da­ją­ce w czer­wień… ―> Nie mar­chew­ko­worude i nie po­pa­da­ją­ce w czer­wień

 

zo­ba­czył ma­cha­ją­ce­go mu ły­se­go osił­ka… ―> …zo­ba­czył ma­cha­ją­ce­go do niego ły­se­go osił­ka

 

ręku ko­stu­ra utwo­rzył w po­wie­trzu ma­gicz­ny por­tal, który wska­zał ręką. ―> Powtórzenie.

Może: …który wska­zał dłonią.

 

Brat Ta­li­li nie­wie­le my­śląc wy­le­ciał na­prze­ciw be­stii… ―> Brat Talili miał skrzydła?

 

A wła­ści­wie wszyst­ko dzia­ło się tak jak zwy­kle, ale na sku­tek skoku ad­re­na­li­ny Marek wi­dział wszyst­ko w zwol­nio­nym tem­pie. ―> Powtórzenie.

 

I tym wła­śnie ku­rzem teraz krztu­sił się teraz smok. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

pisał ja­kieś cyfry pa­ty­kiem po pia­sku i rzu­cał ja­ki­miś dziw­ny­mi… ―> Powtórzenie.

 

na wpół do sie­bie, a na wpół na głos wy­ję­czał… ―> Na czym polega jęczenie na wpół do siebie, a wpół na głos?

 

po­czu­łem za­gro­że­nie dla sie­bie i dla swo­jej dru­ży­ny… ―> …po­czu­łem za­gro­że­nie dla sie­bie i mojej dru­ży­ny… Lub: …poczułem, że ja i moja drużyna jesteśmy zagrożeni

 

jego miecz roz­bły­snął zło­tym świa­tłem i tym razem sam wzru­szył ra­mio­na­mi. ―> Czy dobrze rozumiem, że miecz miał ramiona, którymi sam wzruszył?

 

Znaj­do­wa­ło się tam ni mniej, ni wię­cej, jak cała masa… ―> Znaj­do­wa­ła się tam ni mniej, ni wię­cej, tylko cała masa

 

W nie­oświe­tlo­nej głębi na wy­so­kim tro­nie, skry­ty w cie­niu sie­dział jakiś czło­wiek. ―> Skoro nie był oświetlony, to zrozumiałe, że siedział w cieniu.

 

Zanim go jed­nak kto­kol­wiek za­uwa­żył, dał się sły­szeć jego głos… ―> Skoro nikt go nie zauważył, to skąd wiadomo, że to był jego głos?

 

– Witaj Marku, je­stem bard Mie­ciu… ―> – Witaj Marku, je­stem bard Mie­cio

Nikt nie przedstawia się ani w miejscowniku, ani w wołaczu.

 

tu wtar­gną­łeś w moje wło­ści. ―> …ty wtar­gną­łeś na moje wło­ści.

 

Rubin ar­cy­księ­cia.

– To się świet­nie skła­da, bo wła­śnie po ten ar­te­fakt przy­by­łem. ―> Czy rubiny są artefaktami, czy raczej wytworami natury?

 

Cześć z ma­szyn­ka­mi do wy­ci­ska­nia czosn­ku była ba­nal­nie pro­sta. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość

@regulatorzy sama piszesz, ze nie grywasz w gry, nie znasz ich i dlatego wskazujesz na błędy tak, gdzie ja tylko podkreślam i opisuję absurdy gier, robiąc z tego trochę pastisz.

Przede wszystkim – kaftan z definicji to strój względnie pełny – i Talila mogła spokojnie mieć pod spodem gołe nogi i być zakryta nawet do kolan. Na początkowym etapie gry, przy słabym ekwipunku, dziewczyna mogła nie mieć butów, niemniej skupiałem się na tym co wiedział Marek i robiło na nim wrażenie. Pełna charakterystyka nie była potrzebna. Poza tym brak widocznych stóp też jest czymś charakterystycznym dla wielu gier. A co do tego, jak to mogło wyglądać – przykładowa grafika z gry: https://raidshadowlegendsbuild.com/wp-content/uploads/2019/08/Skirmisher-Build-1024x473.jpeg

 

To też miało w pewien sposób wyśmiać kwestię przeseksualiozowania postaci kobiecych w grach i tego, że nawet w stalowej zbroi widać odciśnięty kaloryfer bohatera męskiego, jakkolwiek absurdalne by to nie było pod względem logiki.

W jaki sposób można poczuć sztylet przymocowany rzemieniami? Po prostu można, poproś kolegę, aby tak właśnie zrobił, a zobaczysz. Jest różnica w nacisku, kącie, długości itd miedzy takim umiejscowieniem ostrza, a trzymanym za rękojeść dłonią.

W grze jak coś się nazywa po prostu “rubin” ewentualnie z przymiotnikiem typu “doskonały rubin” “nadkruszony rubin” – co określa w tym przypadku jakość – to jest to kamień szlachetny. Jednak jak coś się zwie typu “rubin arcyksięcia”, “szmaragd smoczej królowej” “szafir Edenu” – to jest to zawsze kamień obrobiony i oprawiony w formie pierścienia, amuletu itd – w każdym razie jak coś już ma swoją konkretną nazwę to jest to jedyny taki przedmiot w grze i jest on nazywany artefaktem. Ponownie nie wymyślam motywów, a podkreślam ich absurdy.

Bard Mieciu to nawiązanie i tak się on przedstawia, tak że nie mogłem tu użyć formy wołacza, bo to ksywka, która formy wołacza nie posiada, bo jest nieodmienna. To tak jakby padło “mów mi Zdzichu” – co nie jest jednoznaczne z “Mam na imię Zdzisław”. On jest bard Mieciu, nie Miecio, tyle…

 Z tą ręką i kosturem to nie wstawię tam dłoni a skreślę rękę – portal, który wskazał – i to wystarczy moim zdaniem, nie musi być określenia czym, a powtórzenia unikniemy.

Co do pozostałych powtórzeń, to zdecydowana większość jest celowo i podobne zabiegi znajdziemy nawet w dziełach wybitnych pisarzy. To utwór fantasy, a nie matura z języka polskiego i czasem trzeba nagiąć zasady. dla przykładu coś w tonie:

wzrok Marka skupił się na zupełnie innym elemencie wyglądu dziewczyny i nie mógł ani tego wzroku oderwać

można znaleźć u Andrzeja Sapkowskiego. Oczywiście daleko mi do jego stylu, niemniej jednak…

Ale, żeby nie być gołosłownym, cytat z “Sezonu burz”:

Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono.

 

Aha i na koniec to, co piszesz na początku – o wrażeniu braku zakończenia. Jeśli czytelnik może się go doskonale domyślić, to po co go na koniec zanudzać? Poza tym ponownie – znając się na grach, zauważyła byś tu najlepsza możliwą klamrę na koniec. Nawiązanie do systemu Dungeons and Dragons, bez którego współczesne gry RPG by nie istniały, a to czy Marek dostał kasę jest zupełnie nieważne. Aczkolwiek w domyśle tak – dostał kasę.

@re­gu­la­to­rzy sama pi­szesz, ze nie gry­wasz w gry, nie znasz ich i dla­te­go wska­zu­jesz na błędy tak, gdzie ja tylko pod­kre­ślam i opi­su­ję ab­sur­dy gier, ro­biąc z tego tro­chę pa­stisz.

AdiBielo pps, zauważyłeś, że przyznałam się do nieznajomość gier i spraw z nimi związanych, więc dlaczego zarzucasz mi, że nie zorientowałam się, że opisujesz absurdy, a tekst jest pastiszem?

Pokaż choć jeden punkt w łapance, w którym zarzucam Ci popełnienie błędu. Co najwyżej wyrażam wątpliwość, czy aby dobrze odczytałam zdanie, czy dobrze rozumiem to, co napisałeś.

Owszem, wskazuję powtórzenia, nadmiar zaimków, literówki i zdania, co do których miałam wątpliwości, ale wyłącznie od Ciebie zależy, czy zechcesz skorzystać z tych uwag i coś poprawić, czy też pozostaniesz przy własnych sformułowaniach – to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane, to Ty odpowiadasz za jego kształt.

 

Przede wszyst­kim – ka­ftan z de­fi­ni­cji to strój względ­nie pełny – i Ta­li­la mogła spo­koj­nie mieć pod spodem gołe nogi i być za­kry­ta nawet do kolan.

Tyle że Ty użyłeś zdrobnienia KAFTANIK, a to sugeruje niewielkie rozmiary raczej kusego stroju, sięgającego, co najwyżej, do pępka, zwłaszcza że Marek mógł podziwiać Silne uda, jędr­ne po­ślad­ki, pła­ski, umię­śnio­ny brzuch… Jak mógłby to widzieć, gdyby kaftan zasłaniał dziewczynę po kolana?

Mylisz się też, twierdząc że kaftan jest z definicji strojem względnie pełnym, bo tak nie jest. I nie wmówisz mi, że skórzany kaftanik Talili był długą szatą wierzchnią, pochodzącą ze wschodnich krain.

Za SJP PWN: kaftan 1. «luźna kurtka używana jako ubranie robocze» 2. «ubranie wierzchnie z rękawami, sięgające poniżej pasa, będące częścią stroju ludowego» 3. «dawniej górna część ubioru męskiego, wkładana pod odzież wierzchnią» 4. «u ludów Wschodu: długa szata wierzchnia»

 

Bard Mie­ciu to na­wią­za­nie i tak się on przed­sta­wia, tak że nie mo­głem tu użyć formy wo­ła­cza, bo to ksyw­ka, która formy wo­ła­cza nie po­sia­da, bo jest nie­odmien­na.

Na pewno? A gdyby Marek postawił bardowi piwo, to napisałbyś: Marek postawił piwo Mieciu, czy raczej: Marek postawił piwo Mieciowi? A gdyby Marek wysłuchał pieśni barda, napisałbyś: Marek wysłuchał pieśni Mieciu, czy może: Marek wysłuchał pieśni Miecia? – że na tym poprzestanę.

Ksywki, tak jak imiona, można i należy odmieniać.

 

Do pozostałych zarzutów nie odniosę się, bo jak już wiesz, nie znam się na grach i pewnie już nigdy znać się nie będę. Po prostu przyjmuję do wiadomości to, co napisałeś na ich temat. Mogę natomiast przyrzec Ci, że jeśli w przyszłości zdarzy mi się przeczytać Twoją opowiadanie, na pewno nie pokuszę się o zrobienie łapanki.

No i życzę Ci sukcesów w dalszej pracy Twórczej.

 

edycja

AdiBielo pps, jeśli zmieniasz brzmienie komentarza, dodajesz nowe cytaty i podmieniasz autora, na którego się powołujesz, oczekiwałabym że dodasz też wzmiankę, że komentarz był edytowany.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na wstępie zaznaczę, że jestem potencjalnym targetem tego opowiadania, gram i mistrzuję w RPG od 93 roku, a na cRPG zjadłem zęby. Cóż z tego, skoro ten tekst jest po prostu słaby. Nikły warsztat, dużo błędów. Fabularnie to sztampa i nie zachwyca. Moim skromnym zdaniem daleka przed Tobą droga, co wskazała w komentarzach regulatorzy. Jakbym miał podkreślić dobitnie, jednym wyrazem, uczucie jakie mi towarzyszyło w czytaniu, to – zażenowanie. Powodzenia i pozdrawiam.

Myślałem, że zdążyłem edytować na tyle szybko, że nikt nie zdążył się do tego odnieść… po prostu u Sapkowskiego zdążyłem to znaleźć szybciej,. To jest pierwsza strona pierwszego rozdziału. U Doyle’e też były takie cytaty, ale mniejsza z tym. Na przyszłość będę zaznaczał edycje, nawet robione dosłownie pięć minut po opublikowaniu komentarza.

Hmm…

Ogólnie lubię opowiadania/filmy związanie z wirtualną rzeczywistością, także początek mnie wciągnął. Wstęp niezły, wprowadzenie do gry i wybór postaci również wyszedł dobrze. Pauza w grze – również wyszła okej, ale dalej jakoś się zgubiłem. Mimo że czasami gram w gry (co prawda nie RPG), końcówka jest dla mnie niezrozumiała. Tak więc połowa mi się podobała, a druga połowa niekoniecznie. Ja również odniosłem wrażenie, że jest to część jakiejś dłuższej historii – pewnie dlatego, że nie załapałem zakończenia? Być może. 

Napisane całkiem dobrze – mi przynajmniej czytało się sprawnie. 

Pozdrowionka!

Cześć, AdiBielo. Na początek to, co na plus. Bardzo fajnie, że posiedziałeś i popracowałeś nad opowiadaniem, jak napisałeś we wstępie. Podobał mi się pomysł nawiązywania do gier cRPG (wychwyciłem Baldury, Icewind Dale i Neverwinter Nights), ale moim zdaniem pomysł trochę za mało rozwinięty. Z ciekawością przeczytałem, jak bawisz się z tym konceptem szerzej i głębiej. Podobała mi się zagadka i jej rozwiązanie, powiało dość absurdalnym humorem. Aktywna pauza i inne mechaniki z cRPG też wywołały uśmiech. Niestety, główny bohater jest dla mnie dość nijaki (utrzymując komentarz w konwencji opowiadania: jak z generatora), widziałbym nakreślenie go od początku jako, np. zakręconego nerda, trochę więcej tła. Niekiedy nie trzymasz klimatu, jeżeli w założeniu, ma to być normalna gra, to np. "bard Mieciu" mi nie pasuje. Chyba że grze bliżej do, dajmy na to Bard's Tale, niż Baldurów. Pozdrawiam.

Otóż Filipie bard Mieciu to była pierwsza inspiracja i od niej wynikł cały ten smok… Oczywiście to nikt inny, niz słynny Mieciu Mietczyński, a dokładnie piję tu do jego serii kulinarnej, w której to komentował gotowanie Artura Barcisia (do dzisiaj nie mam pojęcia, czemu w piosence barda zapisałem imię Andrzej, nie Artur, ale już niech będzie jak jest, skoro tak poszło na YouTube’a). Pół odcinka polegał na gagu z tego, ze pan Artur nazywał maszynkę do wyciskania czosnku smokiem robiąc chińskie danie (z tą wiedzą przeczytaj raz jeszcze pieśń barda, a zupełnie inaczej ją załapiesz). Zresztą to jest bliższe “Królowie Edypowi”, niż grze RPG.

A grze nie miało być blisko do niczego – miała być raczej zlepkiem wszystkiego i prześmiewać najpopularniejsze motywy (wieczne czekanie na zakończenie questa, mimo groźby śmierci, jak go nie wykonasz, opcja przegadania przeciwnika, zamiast walki, doczytywanie tekstur na początku, jak się inne domki pojawiły po czasie, natychmiastowe zmiany pory dnia). Bard’s Tale to nawet nie kojarzę… znaczy wiem, że była taka gra – ale nie widziałem nawet trailera, nie mówiąc o gameplayu.

PS serio – znalazłeś Newerwitera, a Diablo II nie? tajemniczy wędrowiec ciągle gadający o braciach i kilka lokacji z I i II aktu padło w tekście…

Jest też nieoczywiste nawiązanie tutaj:

– Eeeee, to czarodzieje z wybrzeża. Oni tylko w karty umieją grać.

Znajdziesz pasującą grę?

I skok w zwolnionym tempie to efekt bullet time’u, który nie zachodził w grach cRPG (przynajmniej z tego co wiem), ale w Maxie Payne oczywiście…

Aaa, bo w Diablo II nie grałem. A gra z cytatu to Magic: the Gathering? ;) 

Dokładnie:) To trudna zagadka, bo nie kaźżdy kojarzy twórców tej karcianki – Wizards of the coast, czyli czarodziejów z wybrzeża:)

Przeczytałam tekst bez bólu, ale też bez zachwytów. Pomysł rzeczywiście nie z kategorii najbardziej unikatowych, ale mimo tego mi się podobał. Trochę styl Ready Player One. Zgadzam się z Reg, że ma się trochę wrażenie urwania w połowie, ale ma to też swój urok. 

Nie wychwyciłam na pewno wszystkich easter-eggów, ale też nie jestem aż taką wielką graczką. 

Ogólnie raczej na plus, ale też bez fajerwerków (NWM sorry za kradzież formułki)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nie czytało się źle, nie czytało się też dobrze. Jest monotonnie, wszystko jest relacją i to w dodatku bardzo drobiazgową, brakuje napięcia, bohater mocno nijaki, przydałoby mu się trochę inicjatywy. “Growy” charakter tekstu zawęża grupę odbiorców; o ile znajomość gier nie jest konieczna do zrozumienia tekstu, to nieznajomość sprawia, że to, o czym piszesz jest dla takiego czytelnika raczej obojętne – brakuje tu po prostu angażującej historii i ciekawego bohatera.

Warsztatowo jest dość poprawnie, nie miałam jakichś większych potknięć przy czytaniu, ale też tekst nie powala na kolana od strony językowej – składniowo dominują zdania z miał i był, często częstujesz czytelnika nieistotnymi/ dającymi się wywnioskować z kontekstu informacjami, zdarzają się jakieś literówki czy inne usterki.

Dream big.

Nowa Fantastyka