- Opowiadanie: CM - Cmentarz

Cmentarz

Tym razem już bez żadnych kombinacji, eksperymentów, humoru.

Ogromne podziękowania dla betujących za nieocenioną pomoc.

Irko, Asylum, Black_Cape, MaSkrolu: DZIĘKOWAĆ!!!

Za wszelkie błędy i niedociągnięcia odpowiada naturalnie wyłącznie CM.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Cmentarz

I

 

– No, to wyruszamy!

Amri przemknął wzrokiem po twarzach załogi. Malował się na nich ten sam niemy wyraz zrozumienia. Znali to dobrze. Wyjść. Spojrzeć w niebo. Wypełnić płuca mroźnym powietrzem.

Tak długo czekali na światło dnia.

– Uważajcie! – ostrzegł Grenier, kierownik placówki badawczej. – Carill tam zginął!

Technik zwiesił głowę. Odarty z chwilowej beztroski, spojrzał na Besnica – z racji jajowatej głowy nazywanego „Poirotem” – i obaj ruszyli na miejsce wypadku.

 

„Nowy Świat”, francuska stacja polarna, nie potrzebował roku, by zapisać w swojej historii pierwszą ofiarę śmiertelną. Przyczyny tragedii były niejasne. Zdaniem Amriego, jedynego świadka, wyglądało to tak, jakby Carill zderzył się z powietrzem, padając bez życia.

Wątpliwości było więcej. Największy szok wzbudziły słowa o duchu – mlecznobiałej istocie, która miała się pojawić w momencie zderzenia.

Pośpieszna wyprawa przyniosła klęskę. Żadnych oznak działania sił, po duchu nawet jednego śladu, w dodatku dalsze badania musieli odłożyć w czasie. Zaczynała się długa polarna noc.

Antarktyda nie znała litości. Spędzić tu zimę znaczyło z grubsza tyle, co zajrzeć do gardła samej śmierci. Kilka miesięcy pełnego mroku, w zamknięciu, setki kilometrów od najbliższej stacji badawczej. Lodowe więzienie. Tak nazywali „Nowy Świat”. Godziny w laboratoriach, salach astronomicznych – wszystko upchnięte w jednej wysokiej wieży. I tak każdego dnia. Zero wypraw, badań w terenie. Nic, tylko żmudne podtrzymywanie działania stacji.

W takich warunkach przyszło tej garstce osób mierzyć się ze śmiercią Carilla, która tylko z początku dodawała im determinacji. Upadały kolejne teorie. Mrok wwiercał się w psychikę, mieszając lęk z poczuciem bezradności.

Amriemu zdawało się nieraz, że widzi owego ducha. W snach, tym ostatnim bastionie wytchnienia, powracały obrazy z miejsca tragedii. Bywało, że zasypiał zwinięty w kłębek. Zawsze przy włączonym świetle.

Męczyli się. W chwilach wolnych od badań wracali z uporem do “sprawy Carilla”. Odliczając ostatnie dni mroku, omawiali plan przyszłych badań. Nie był to ruch szczególnie karny. Według instrukcji z zewnątrz mieli powstrzymać się od działań do czasu przybycia grupy letniej. Grenier zignorował to jednak. Bezwzględny był ten pomysł, by drżącą o życie załogę zmusić do pełnej bierności.

Musieli coś robić! Nie zwariować!

 

Besnic i Amri nie wracali. Nie powinno to budzić obaw załogi. Zakładali opóźnienia w przypadku jakiegoś odkrycia. A jednak bali się. Wypełniał ich świdrujący defetyzm. Przekonanie, że musiało się coś stać, bo przecież wszystko w tym miejscu było nie tak. Yedlin przerzucał kartki książki. Grenier obserwował wskazówki zegara.

Czekali.

Jakiś czas unosiła się w powietrzu aura fałszywego spokoju, aż w końcu przebił ją ledwo słyszalny odgłos kroków. Grenier poderwał się, ani dbając już o zachowanie pozorów. Yedlin, lekarz, wstał krótko po nim. Obaj zastygli w nagłym bezruchu, niepewni, co powinni zrobić.

Teraz słyszeli dobrze. Był to wolny marsz, wypełniony ciężarem, którego nie potrafili nazwać.

– Coś musiało się stać – mruknął Grenier.

Nie czekał. Włożył buty, kurtkę, pierwszą lepszą czapkę i wybiegł na zewnątrz, ruchem dłoni polecając Yedlinowi to samo. Amri był blisko. Dysząc ciężko, ciągnął wsparte na plecach ciało Besnica, którego długie ręce krzyżowały się na jego piersi.

– Co z „Poirotem”?! – krzyknął Grenier.

– Nie… Nie ma… – wybełkotał Amri.

– Co znaczy: nie ma?! – wrzasnął przerażony Yedlin i wraz z Grenierem przejął bezwładne cielsko.

– To samo, co z Carillem – dokończył technik i zrobiwszy kilka ostatnich kroków, wszedł do stacji, osuwając się na najbliższe krzesło. Drżącą dłonią zrzucił kaptur, chustę, po czym jego ręce opadły bezwładnie na kolana.

 

II

 

Relacja Amriego była niespójna. Mówił krótkimi, szarpanymi zdaniami, to przeskakując z wątku na wątek, to zatracając się w zwykłych drobiazgach. Grenier z Yedlinem usiłowali składać z tych słów jako taki obraz wypadków.

Wyszli przed jedenastą. Zgodnie z planem mieli odtworzyć bieg zdarzeń z chwili śmierci Carilla. Grenier liczył, że może w ten sposób uda się wyjaśnić przyczyny wypadku. Wszystko, rzecz oczywista, jedynie w przybliżeniu. Opierali się wyłącznie na pamięci Amriego.

Do przejścia mieli niecałe pięćset metrów. Szli w milczeniu, wsłuchani w monotonne skrzypienie śniegu. Obaj, niemal ignorując swoją obecność, skupiali wzrok na pustej przestrzeni pokrytej białym, skrzącym się zmrożonym płaszczem, który nauczyli się nienawidzić tak, jak może tylko ten, kto choć raz spędził zimę na Antarktydzie.

Nic się nie działo. Otulony ciszą Amri myślał o tym, jak głupio zginął Carill. Jego wyjście nie wynikało z prowadzonych badań, lecz z takiej czysto ludzkiej potrzeby widoku dziennego światła. Yedlin godził się na te spacery przez wzgląd na psychiczny komfort tamtego. Poza opieką medyczną lekarz badał adaptację załogi do warunków „Nowego Świata”, czym, przez wzgląd na marsjańskie misje, szczególnie interesowała się ESA.

W miarę jak zostawiali stację za sobą, lęk ustępował poczuciu ulgi. Z każdym oddechem, spojrzeniem w jasne niebo, wracało złudne poczucie spokoju. Amri, wpatrzony w biel krajobrazu, dostrzegł w niej gorzki manifest natury. Był to jeden z ostatnich obszarów tak dzielnie broniących się przed człowiekiem. Żadnych dróg, śladów, porzuconych śmieci. Tylko śnieg. I oni.

Dotarli bez przygód. Znajdowali się około stu metrów od miejsca wypadku. Dalej nie chcieli już iść, wierni obietnicy zachowania rozwagi.

Czekali. Amri, odzyskawszy humor, umilał sobie czas żartami z „Poirota”. Ten zaczął w pewnym momencie miotać na oślep śnieżkami, w ten dziwaczny sposób szukając wykrycia sił. Bez skutku.

Mieli już wracać, gdy Amri poczuł lekkie szarpnięcie za rękaw. Zdziwiony, obejrzał się w prawo. I zamarł.

Ledwie pięćdziesiąt metrów od nich ujrzał kroczącą nieporadnie, doskonale podobną do człowieka ułudę.

W tym miejscu Amri urwał opowieść. Blady jak ściana, utkwił wzrok w ściskanym panicznie kubku. Jego oddech był płytki, nerwowy. Źrenice rozszerzyły się. Jakiś czas trwał w tej pozie, obecny na stacji jedynie ciałem. Myślami był „tam”, przeżywając spotkanie ze zjawą.

Ani Grenier, ani Yedlin nie wytrącali technika z letargu. Denerwowali się. Jednym celnym pchnięciem śmierć Besnica przeszyła ich na nowo. Amri ocknął się po minucie. Puściwszy uchwyt, odszukał w pamięci ostatnie zdanie i wrócił do relacji. Znać było, że przychodzi mu to z trudem.

– Duch oddalał się od nas. Musielibyście widzieć jego ruchy. Takie niezdarne. Chaotyczne. Jezu, jak on szedł…! – Urwał. Drżał. Jego ciało przeszył gwałtowny dreszcz. W końcu wznowił: – Chciałem wracać. Ale te pieprzone nogi były jak z lodu! Gapiłem się na marsz ducha. Nie wiem, dokąd szedł. Przecież tam nic nie ma! W końcu trochę puściło. Spojrzałem na „Poirota”. Dukał coś bez składu. Zrozumiałem tylko: „To on!”. Pokręciłem głową, a wtedy Besnic wskazał ręką na zjawę. Gapię się dalej, aż w końcu jakby coś mnie tchnęło. Ten duch… To był…

– Carill?! – Yedlin zerwał się z krzesła.

Amri skinął głową. Potrzebował chwili, by wrócić do siebie. Upiwszy łyk herbaty, podjął:

– Nie miałem pojęcia, co robić. Mówię do Besnica: „Wracamy!”. Ale on biegł już za tym duchem. Nie wiem, co mu odbiło. Pieprzony dureń! Powinienem pewnie go gonić. Ale wy wiecie, jak to jest… Przecież ktoś… ktoś musiał wrócić. – Zamarł. Patrzył na Greniera wzrokiem pełnym łez, jakby szukał u niego rozgrzeszenia. Tamten nie odezwał się, lecz odpowiedział pełnym współczucia spojrzeniem.

Za to właśnie ceniono na stacji tego niskiego, zgarbionego lekko mężczyznę o włosach białych jak śnieg. Była w nim nadzieja zrozumienia. Odzywał się rzadko. Dysponował jednak autorytetem tak wielkim, że na „Nowym Świecie” uchodził za wyrocznię.

– Co było dalej? – spytał Yedlin.

– Co? Ach, dalej… – Amri przymknął na moment oczy. – Besnic był coraz bliżej. Brakowało mu kilku metrów, gdy duch zatrzymał się nagle. Wyglądało, jakby zmieniał kształt. Stał się trochę niższy, szczuplejszy. „Poirot” dopadł do niego, spojrzał w twarz. Nagle zamarł. Nie wiem, co tam się działo. Był dobre sto metrów ode mnie. Duch ruszył po chwili, a wtedy Besnic… On wyciągnął dłoń i… – Technik zawiesił głos.

Dotknięty duch poraził Besnica. Czy Amri wiedział wtedy o jego śmierci? Nie pytali. Ciało zabrałby tak czy inaczej.

Nie zostawia się swoich…

Yedlin, widząc, że nic tu po nim, ruszył w kierunku swojego pokoju. Technik, wstydząc się swojej słabości, utkwił w Grenierze wzrok pełen bólu.

„Nie mogę teraz być sam” – mówiła jego zlękniona twarz.

„Rozumiem” – odparł mrugnięciem tamten. Czuwał przy Amrim do rana.

 

III

 

Nazajutrz odbyli naradę. Decyzje w sprawie ducha podejmowali wspólnie. Ostatnie zdanie należało do Greniera, z czym ten godził się jedynie z konieczności. Nie był typem szefa. Raczej dobrotliwego ojca.

Wieczorem zebrali się we wspólnym pomieszczeniu. Amri usiadł naprzeciw reszty, pewien, że prędzej czy później narada zmieni się w przesłuchanie. Był w końcu jedynym, który widział ducha. Siedział, postukując palcami. Jakby wciąż nie zdawał sobie sprawy, że już nikt więcej nie przyjdzie. Że nie jedno, ale dwa miejsca pozostaną teraz wolne.

– Jakieś propozycje? – zapytał Grenier.

– Musimy badać dalej! – oświadczył technik, czując na sobie zdumione spojrzenia reszty. Był ostatnim, po którym spodziewali się podobnych sugestii.

Amri wsunął dłonie pod stół, dyskretnie zaciskając pięść. Tylko czekał na „głos rozsądku” Yedlina. Nie lubił go. Nikt go nie lubił. Ledwie dwa lata młodszy od Greniera, nie miał w sobie nic z jego charyzmy. Ponury, pedantyczny, gorzki jak piołun.

Ten człowiek nie pozwalał skrócić dystansu.

– Nie możemy… – zaczął tamten. Próżno było szukać w jego głosie pewności.

– Czego?! – wybuchnął Amri. – Na co ty chcesz czekać, człowieku?! Przez ten pieprzony mróz nie przyleci tu teraz żaden samolot. Jeszcze kilka tygodni będziemy zdani wyłącznie na siebie.

Jeśli przeżyjemy, dodał w myślach.

– Amri ma rację – potwierdził Grenier. – Duch krąży kilkaset metrów od nas. Metrów – powtórzył, nie podnosząc głosu. Ważył słowa, dzięki czemu każde trafiało z należytą celnością. – Nie wiemy, co to jest! Nie ma żadnej gwarancji, że tu, na stacji, nic nam nie grozi. Musimy zbadać tę sprawę dla własnego bezpieczeństwa!

Lekarz skinął głową w wyrazie kapitulacji.

– Potrzebujemy planu – stwierdził z rezygnacją. – Nic o nim nie wiemy.

– To nie jest takie pewne… – odparł Grenier w typowym dla niego pozornym zamyśleniu. – Możemy założyć, że nie ma żadnych sił. Całe zagrożenie ogranicza się do tej zjawy. Duch razi z bliska. Może da się go śledzić z dystansu?

Amri zasępił się.

– Nie wiem. Z początku zdawało się, że w ogóle nas nie widzi. Był jak… głuchoniemy. Dopiero gdy Besnic zbliżył się na kilka kroków…

– Duch zmienił kształt – dokończył Grenier. – Po co?

Technik zamknął oczy, przekopując zakamarki pamięci. Nic. Nawet cienia pomysłu.

– Żebym choć wiedział, co „Poirot” tam zobaczył – mruknął, pocierając powieki.

Nieoczekiwanie ożywił się Yedlin.

– Jaki był ten duch po przemianie? Wyższy od Besnica?

– Co? – Amri zdziwił się. – Nie wiem. Chyba… Chyba równy.

Zawiesił głos. Nikt się nie odzywał. Na twarzy Greniera widać było lekki niepokój.

Nagle serce podeszło Amriemu do gardła.

– Besnic – szepnął – patrząc na ducha, zobaczył… siebie.

Yedlin odchrząknął. Grenier ruszył w stronę technika i położył dłoń na jego ramieniu.

– Nic więcej nie wymyślimy – oświadczył kierownik stacji. – Nie pozostaje nam nic innego jak prowadzić dalsze obserwacje. Muszą iść dwie osoby. Żadnych samotnych wypadów!

Technik, mimo lekkiego szoku, uśmiechnął się w duchu na słowa Greniera, który mówił teraz jak gdyby dwupoziomowo. Jeden z nich zostanie na stacji. Nie mógł być to Amri, otoczony szczególną opieką. Oznaczało to jednak kolejne spotkanie z duchem.

– Pójdę! – powiedział bez wahania. Ten trzydziestolatek twarz miał wciąż tak dziecinną, że niektórzy widzieli w nim nastolatka.

– To nie takie proste – oznajmił Grenier. – Wszystko zależy od oceny doktora Yedlina.

Technik przygryzł wargę. Znów ten podwójny przekaz. Grenier sugerował udział lekarza w wyprawie, dając mu jednak szansę wykpienia się medycznym bełkotem, tak by nie wyszedł w ten sposób na tchórza.

Amri pomyślał, że to wszystko jest jakoś szalenie groteskowe. Ludzie gotowi wskoczyć za sobą w ogień nie potrafili przyznać się do strachu.

Trzeba było odpowiedzieć. Yedlin tymczasem trwał w bezruchu, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji.

Wreszcie skinął głową w akcie uległości.

„Zgadzam się” – mówiła jego twarz. – „Zgadzam się wbrew własnej woli”.

 

IV

 

Duch był coraz bliżej. Powolnym, niezgrabnym krokiem zmierzał w kierunku łóżka. Amri walczył z bezwładnym ciałem. Próbował się zerwać. Uciekać! Nie potrafił tego zrobić.

Duch nachylił się nad nim. Obojętna twarz Besnica wbiła w niego lodowate spojrzenie. Chciał krzyczeć. Rozpaczliwy wrzask uwiązł mu jednak w gardle. Zjawa wysunęła mlecznobiałą dłoń, kierując ją w stronę serca ofiary…

– To już – szepnął duch.

Ocknął się, mokry od potu. Zaspany, wbił wzrok w rozmazane cyfry zegarka. Trzecia trzydzieści. Amri otulił się kocem i, wciąż nie w pełni świadomy, przeszedł do jadalni. Grenier, jak co dzień, wstanie koło czwartej. O szóstej zjedzą wspólne śniadanie. Później przejrzy agregaty, zbierze śnieg na wodę i przed jedenastą wyjdą na spotkanie ze zjawą.

“Nowy Świat” nie miał już w sobie nic z wcześniejszego powabu.

Wyprawą zawiadywał Yedlin. Amri ani myślał się temu sprzeciwiać. Wolał raczej słuchać poleceń lekarza, niż podejmować z nim dialog.

Szli równym, niespiesznym tempem, w ciszy pełnej wzajemnej niechęci. Odgłos stawianych kroków irytował jak nigdy wcześniej. Amri budził się z wolna, łaskotany mroźnym powietrzem. Bał się. Oczywiście, że się bał! Nie samego ducha nawet, lecz upiornej wizji Besnica. Besnica, z którym znał się pół życia. I teraz ten morderczy upiór miał być Amriemu jedynym jego wspomnieniem.

Niebawem dotarli na miejsce. Czekali, śledząc wszechobecną nicość. Tak pustą. Niepozorną. A jednak Carill z Besnikiem zginęli tu.

Duch zjawił się nagle. Znikąd. Jakby wychynął zza niewidocznej kotary. Amri poczuł, jak potworna, pełna lęku niemożność pęta jego ciało. Nie mógł się ruszyć. Złapać oddechu. Gapił się, rozedrgany, na widmową sylwetkę zmarłego. Dałby wszystko, by wiedzieć, że tamten był tylko ułudą. Że nie zabije!

Yedlin stał jak wryty. Amri, mimo chęci, nie mógł spojrzeć w jego twarz. Kaptur, gogle, kominiarka – wszystko to zakrywało nie tylko twarz, lecz i emocje. Technik odwrócił wzrok, nie chcąc wzmagać presji na tamtym. W tym miejscu znikały wszelkie animozje.

Ruszyli po kilku chwilach. Pogoń za duchem nie trwała długo. Jego pochód był wolny. Kroki – niepewne. Amri z Yedlinem szli równolegle do trasy zjawy. Jej linia marszu mogła, zdaniem Greniera, kryć w sobie ryzyko porażenia.

Ścigany zmierzał donikąd. Po kwadransie skręcił, zmierzając łukiem do punktu wyjścia. Technik ostrożnie stawiał stopy, jakby bał się, że upiór może ich usłyszeć. Nie słyszał. Podążał wciąż tym samym, niepewnym krokiem, podobnym jedynie do ruchów dziecka.

Po pół godzinie zjawa była u celu. Amri przystanął, pewien, że stanie się coś niezwykłego. Duch wymęczył ostatnie kroki. I znikł. Jak gdyby nigdy nie istniał.

Zamarli. Obaj gapili się w nicość, rozważając, co zrobić dalej. Powrót z tak skromną wiedzą nie posuwał ich naprzód nawet o krok. Dłuższych oględzin odmawiał z kolei Yedlin. Antarktyda nie las, twierdził lekarz, i dłuższe spacery wcale nie sprzyjają tu zdrowiu.

Mając w pamięci zachowanie Besnica, Amri ulepił śnieżną kulkę i rzucił nią w stronę feralnego punktu. Nie doleciała.

Technik chciał podejść bliżej. Yedlin sprzeciwił się zrazu, ulegając dopiero po długich namowach. Amri powoli skracał dystans, aż w końcu jeden z „pocisków” osiągnął zamierzony cel.

Śnieżka nie upadła, jak poprzednie, lecz rozbryznęła się, zderzywszy z pustą przestrzenią. Zamarli. Ich oczom ukazał się okrągły, pulsujący bąbel o cienkiej, przezroczystej powierzchni. Jego wnętrze wypełniała gęsta substancja o różnych odcieniach szarości, przechodzących fragmentami w śnieżną biel. Gdzieniegdzie dało się też dostrzec wąskie pasy o barwie żółtej, ziemistej czy bladozłotej.

Amri oniemiał. Nie odrywając wzroku od bąbla, cofał się na sztywnych nogach.

– Zbierajmy się stąd – szepnął Yedlin.

Zdążyli przejść kilka kroków. Naraz u spodu bąbla pojawiła się wrząca, jasnopomarańczowa kipiel, która w mgnieniu oka pochłaniała szarawą gęstwinę.

– To zaraz wybuchnie! – krzyknął w panice lekarz.

Nie padli. W pierwszym odruchu wyglądali schronienia. Dopiero po chwili runęli zgodnie na ziemię, osłaniając rękami głowy.

Amri nie pamiętał dobrze następnych minut. Leżąc bez ruchu, poczuł ostatni napływ lęku, po czym jego ciało ściął kompletny bezwład.

Z odrętwienia wyrwał go Yedlin.

– Amri! – wycharczał.

Technik powoli uniósł głowę.

– Nic się nie stało? – szepnął zdziwiony.

Zerknął na bąbel. Jego wnętrze znów wypełniała szara gęstwina.

 

V

 

 – Co to, u diabła, może być? – Grenier nie bawił się w ceregiele. Znając dokładną relację, wieczorem zarządził naradę.

– Wiemy tyle, co i ty – odparł Amri.

– Czyli nic. – Yedlin wzruszył ramionami.

W ich słowach wyczuwało się nutę frustracji. Jakby dotarło do nich, że cały wysiłek może pójść na marne.

Grenier przemknął wzrokiem po twarzach załogi.

– Mylicie się. Wiemy sporo – powiedział zdecydowanym tonem. – Duch. Ofiary. Bąbel. Wszystko składa się w pewną całość. Trzeba ją tylko zrozumieć. Może wystarczy jakieś skojarzenie? Myśl, którą uznaliście za nieważną?

Amri poczuł napływ ciepła. Mózg podrzucał kolejne obrazy, składając z nich możliwą całość.

– Te wypadki… – zaczął nieśmiało. – Wyglądają trochę na ostrzeżenia. Ile razy wkraczamy na teren ducha, coś się wydarza. Tylko wtedy. Zupełnie jakby coś wysyłało nam sygnał: nie podchodźcie, a nie stanie się nic złego.

– Co? – zapytał Yedlin.

– Nie wiem. – Amri pokręcił głową. – Ten bąbel przypomina planetę. Najbardziej chyba Jowisza.

– Ale jak mam to rozumieć? Że co, kosmici? – żachnął się lekarz. – Amri, chłopaku! Dorosły facet i taka… – Urwał, pojmując, że jedno słowo dzieli ich od kłótni.

– Nie, nie. Zaczekaj. Od czegoś musimy wyjść – interweniował Grenier. Na jego twarzy próżno było szukać śladu napięcia.

– Potrzeba nam teorii! – upierał się lekarz. – Czegoś, co nawet szalone, pozwoli się jakoś uzasadnić. Nie bajek!

– Jakieś konkrety?! – dociekał Amri. Był wściekły. Nawet w takiej chwili człowiek ten nie potrafił ugryźć się w język.

Lekarz uniósł się, poprawił przekrzywione krzesło i usiadł, rozkładając ręce na stole.

– A co powiecie na zjawisko fizyczne? Owszem, osobliwe, ale przecież tak samo musiano kiedyś postrzegać tęczę.

Amri spojrzał na Greniera, czekając, aż ten oceni tę wizję.

– Duch? Zgoda. Bąbel? Niech będzie. Ale żadne zjawisko fizyczne nie podejmie próby marszu. A jeśli to ułuda, ta z kolei nikogo nie uśmierci.

Grenier mówił cicho. Niemal do siebie. Jakby za wszelką cenę nie chciał dotknąć Yedlina.

– Więc może sztuczny twór? Jakiś porzucony eksperyment?

– Nikt nie porzuciłby czegoś takiego bez wcześniejszego unicestwienia. A już na pewno nie dopuściłby wtedy do powstania „Nowego Świata”!

To ostatnie powiedział Amri, czując satysfakcję z obalenia teorii tamtego. Był to jednak triumf tyleż przyjemny, co dziecinny. W końcu znów wrócili do punktu wyjścia.

Lekarz nie zirytował się. Przeciwnie. Jego ponure piwne oczy lekko się rozszerzyły.

– A może obaj mamy rację? – stwierdził, splatając palce. – A co jeśli ten duch imituje istotę z kosmosu?

Zdumione spojrzenia w jednej chwili spoczęły na twarzy Yedlina.

– Obserwacje astronomiczne, badania zmian klimatu. A co, jeśli to wszystko pretekst? Warunki na “Nowym Świecie” są najbardziej zbliżone do panujących na Marsie. I tam, i tutaj, ludzie są zdani wyłącznie na siebie. Powiedzmy, że duch jest formą testu. Że obserwują nas. Analizują reakcje. Mamy tu kilkumetrową wieżę. Wystarczyłoby ukryć w niej kamery, by śledzić każde nasze wyjście.

– Przecież tutaj zginęli ludzie! – powiedział z wyrzutem Grenier. Pierwszy raz tak wyraźnie się uniósł. – Twórca takiego programu musiałby nie mieć sumienia!

– Sumienie ma swoją wartość. Jak wszystko. Zresztą, co my właściwie robimy? Tkwimy na pustkowiu, zdani na siebie. Każdym wyjściem igramy ze śmiercią. Gdyby liczono się z naszym życiem, nie wysyłano by tu ludzi.

Grenier zbierał myśli. Na moment zakrył twarz w dłoniach. W końcu odparł:

– Duch krąży po otwartej przestrzeni. Poza tym mamy kontakt ze światem zewnętrznym. Niepodobna sądzić, że ktoś podejmie takie ryzyko!

Yedlin nie namyślał się długo.

– Otwarta przestrzeń nic nie znaczy. Wcześniej jak za kilka tygodni nikt się tutaj nie zjawi. Zbyt zimno. Do tego czasu projekt można zamknąć. Twórcy muszą mieć przecież władzę nad duchem. A kontakt? Przy odpowiednich środkach kontrolować można wszystko. Zresztą, to tylko teoria. Nie oczekuj ode mnie, że w ciągu kwadransa wyjaśnię ci każdą wątpliwość!

– I tak dużo zrobiłeś – przyznał Grenier. Odczekał chwilę, aż tamten ochłonie. Wstał. – Trzeba coś zdecydować. Mogę przygotować plan, ale muszę wiedzieć, że jesteście skłonni tam wrócić.

Amri wzdrygnął się na te słowa. Zatem Grenier znów nie zamierzał brać udziału w badaniach. Dlaczego?

– To przecież jasne! – powiedział podniesionym głosem. – Znajdujemy się w pół drogi. Nie wolno nam teraz odpuścić! Jesteśmy winni tę odpowiedź sobie i tym, którzy zginęli!

Nie powiedział nic więcej. Wstał, dostawił krzesło i ruszył w kierunku pokoju. Nie czekał na reakcję Yedlina. Po takich słowach nie zostawił mu wyboru.

 

VI

 

Śnieg. Mróz. Strach.

I kolejne dni monotonnej warty.

Bierna obserwacja. Na tyle zezwolił Grenier. Wobec serii wypadków wolał raczej przesadzić z ostrożnością, niż podjąć minimalne ryzyko.

Chodzili zawsze tą samą trasą. Za punkt graniczny przyjęli odległość stu metrów od bąbla. Bliżej, bez względu na bieg zdarzeń, nie mogli już podchodzić. Grenier zabronił również wędrówek. Yedlin miał nagrywać przebieg obserwacji. Amri zbierać dane i szukać cech szczególnych.

W miarę jak dni stawały się dłuższe, próbowali zmieniać godziny warty. Na ten element szczególnie liczył Grenier, sądząc, iż do tej pory widzieli jedynie część zjawisk i stąd ich problemy z wyjaśnieniem wypadków.

Tydzień warty unicestwił tę wiarę. Duch nie wychodził ani wcześniej, ani później, wędrując zawsze tą samą trasą. Jedynym odkryciem była cykliczność „wybuchu” bąbla. Wiedza ta nie przyniosła jednak przełomu.

Amri czuł, że ich zapał i nadzieje gasną. Wcześniej wierzył, że bierność ducha przyniesie moment oddechu. Mylił się jednak.

Stagnację mieli za zapowiedź ataku. Duch wysłał szereg ostrzeżeń. I uderzy! Oni zaś, myślał, będą trwali na swej warcie, nie odpowiedzi czekając, lecz śmierci, w poświęceniu tyleż heroicznym, co daremnym, bo przecież pojęcia zielonego nie mieli nie tylko, z czym przyszło im się mierzyć, ale i gdzie szukać odpowiedzi.

Amri nie zamierzał porzucać badań. Chciał śledzić ducha, trochę w myśl zasady, że nie to najstraszniejsze, co widać, lecz co podpowie wyobraźnia. Wiedział, że kres działań nie pogrzebie tematu ducha. Przeciwnie. Dopiero wtedy uderzą wszystkie te wizje, które i tak dręczyły go każdej nocy.

Wolał męczyć się tu. Na „cmentarzu”, jak nazywali punkt obserwacji, bo też porażający był ten codzienny widok zmarłego. Duch nie zabijał. Duch odbierał chęci do życia.

Ósmego dnia przyszedł kryzys. Amri i Yedlin wracali z warty, nie maszerując już, lecz snując się, martwi fizycznie i mentalnie. Głucha cisza dociskała ich pochylone sylwetki do ziemi.

Nagle Yedlin zapytał Amriego o stany lękowe. Ten, zobojętniały, burknął coś na odczepnego. Wtedy jednak i lekarz przyznał się do podobnych stanów. W nienaturalnym dla niego przypływie szczerości zaczął wyrzucać z siebie wszelkie dręczące go wizje.

I on bał się zasypiać. Wyobrażał sobie setki kamer śledzących każdy ich ruch. Podświadomość podrzucała wizje uczonych badających ich reakcje, oceniających postawy.

Mimo zdenerwowania Yedlin mówił wciąż płynnie. Zupełnie jakby wszystko ułożył sobie już wcześniej, teraz tylko znajdując okazję do zwierzeń.

Amri zrozumiał wtedy, że nic o nim nie wiedział. Że cały ten chłód, oschłość, wszystko to gra pozorów. W rzeczywistości był jak oni. Bał się, nieudolnie skrywając strach.

Docierali do stacji, gdy Yedlin odwrócił się nagle w stronę bąbla.

– Nie wrócę tam – szepnął głosem tak słabym, jakby wyrwał się z objęć diabła.

 

VII

 

Narada nie odbyła się. Wobec decyzji Yedlina Grenier zamierzał zakończyć badania. Na to jednak nie godził się Amri, nalegając, by tamten zastąpił lekarza i podjął kolejną wyprawę.

Grenier odmawiał. Jakby za wszelką cenę nie chciał opuszczać stacji. Zrazu wskazywał brak postępów w badaniach, później na stan psychiczny Yedlina, który zostałby przecież bez żadnej opieki.

Amri nie dawał za wygraną. Bodaj pierwszy raz gotów był naprawdę uwierzyć w szaloną teorię lekarza. Że projekt „Duch” istnieje, a Grenier, poczciwy ojcowski Grenier, nadzoruje wszystko pod płaszczem pozornej troski.

Tchnięty tą myślą, naciskał ostro. W nerwach wyrzucał kolejne żale, aż w końcu posądził tamtego o tchórzostwo. Wtedy kierownik uległ. Nazajutrz podjęli ostatnią próbę.

 

VIII

 

Ciszę miał za towarzysza wędrówek. Amri szedł w zupełnym milczeniu, czując rosnące napięcie. Jak gdyby teraz właśnie wszystko miało się wyjaśnić. Spojrzał na Greniera. Spomiędzy wątpliwości wyzierała ufność w tego człowieka. Przekonanie, że znajdzie odpowiedź, której żaden z nich nie potrafił dostrzec.

Tamten musiał czuć ową wiarę. Być może dlatego milczał, walcząc z nadmierną presją.

Amri pomyślał o duchu. Wizja kosmicznego bąbla nie chciała się odczepić. Nieraz odpływał wieczorami, snując możliwe wizje kontaktu. Kod Morse’a, obrazy, sygnały – wszystko to miało rozwiązać sprawę „przybysza z kosmosu”. Nigdy jednak nie zdobył się na żadną z tych prób.

Dotarli na „cmentarz”. Technik spojrzał na Greniera i zapytał o jego niechęć do opuszczania stacji.

Długo przyszło mu czekać na odpowiedź.

– Gdyby któryś z was został tam sam… – odparł w końcu tamten. – Mógłby…

– Zabić się?! – dokończył zaskoczony Amri.

Grenier kiwnął jedynie głową.

– Ale przecież to samo mogło stać się tutaj! – tłumaczył technik. – W końcu Besnic…

– Besnic nie był samobójcą! Zwyczajnie stracił głowę! Właśnie przez wzgląd na niego żaden z was nie zrobiłby głupstwa. Mimo wzajemnej niechęci jeden czuł się odpowiedzialny za drugiego. Bo nie zostawia się swoich!

To ostatnie Grenier zaakcentował mocniej. Tak, jak zwykle robił to Amri.

Technik zadrżał.

– Jezu, przecież Yedlin…!

– Wierzę, że nic mu nie będzie.

– Ale wczoraj… Był przerażony!

– To naturalne. Yedlin nie jest typem samobójcy. Boi się, bo chce żyć. To o ciebie martwiłem się bardziej. Tobie już wszystko jedno.

Amri zastygł w bezruchu, trafiony słowami tamtego. Przez głowę przemknęło mu kilka nieskładnych myśli, lecz to było wszystko. W tym momencie zjawił się duch – milcząca złuda Besnica więzionego w widmowym ciele.

Technik utkwił wzrok w sylwetce przyjaciela. Dziwna rzecz, wcale się nie zląkł. Jakby zgodnie ze słowami Greniera przekroczył granicę strachu, za którą czuło się jedynie obojętność.

Nie drżał przed śmiercią, bo też było jasne, że, niezależnie od dalszych wypadków, jego część na zawsze pozostanie tutaj. Że nie wymaże z pamięci obrazów, których wolałby nigdy nie ujrzeć.

Nie mając nic do roboty, Amri przyglądał się pracy Greniera. Ten, wyciągając raz po raz głowę, śledził wytrwale każdy ruch ducha. Jakby uparł się z odległości stu metrów wypatrzyć każdy widoczny szczegół. Zdawał się być przy tym całkiem nieobecny i tylko czasem przypominał sobie o Amrim, pytając o wcześniejsze badania. Najbardziej zajmował go marsz zjawy. Dociekał, czy zachodziły w nim zmiany.

Technik zaprzeczył. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że była to ocena nieprawdziwa. W rzeczywistości duch poruszał się teraz płynniej, czego, czy to przez zmęczenie, czy monotonię, nie zdołali wcześniej dostrzec.

Wspomniawszy o tym fakcie, Amri wysnuł wniosek tak dziwny, że aż się mimo woli uśmiechnął: zjawa nauczyła się chodzić.

Grenier nie pytał o nic więcej. Skoncentrowany, śledził w milczeniu wędrówkę ducha. Gdy ten znikł, skupił wzrok na dziwacznym bąblu, obserwując go w takim bezruchu, że trudno było ocenić, czy wciąż jeszcze szuka odpowiedzi, czy może podziwia już tylko misterium, którego nigdy nie zdoła pojąć.

Krótko po „wybuchu” dał znak do powrotu na stację.

 

IX

 

Czekali. Yedlin przeglądał zdjęcia z obserwacji, Amri porządkował zapiski i wnioski. Ilekroć w pomieszczeniu zjawiał się Grenier, obaj przerywali pracę, gotowi do podjęcia dyskusji. Tamten zdawał się tego nie widzieć.

Technik tracił cierpliwość. Gdy spojrzenia ich zbiegły się, trzymał pytający wzrok możliwie długo.

– Tak? – zapytał Grenier. Jego twarz wyrażała szczere zdziwienie.

– Co z duchem? – spytał zirytowany Amri.

– Z duchem? Nic. Kończymy. Nie wolno nam dłużej ryzykować.

Technik zaniemówił. Tyle dni walki, ryzyka, zwalczania słabości. Wszystko to miało teraz przepaść po jednym krótkim: kończymy.

Spojrzał na Yedlina. I on nie mógł wydusić słowa. Grenier tymczasem zaczął się oddalać.

– Za łatwo się poddajemy! – krzyknął Amri pierwsze, co przyszło mu na myśl. – Może trzeba więcej czasu. Może oni…

– Nie ma żadnych „ich”, Amri – odparł tamten z taką pewnością, że nikt więcej się nie odezwał.

 

X

 

Amri zbudził się nagle. Po godzinie rozmyślań zmorzył go sen tak kamienny, że pierwszy raz od dawna nie śnił zupełnie o niczym. Ocknął się przed szóstą. Zaspany, błądził zamglonym wzrokiem po pokoju. Świadomość wróciła po kilku sekundach. „Nowy Świat”. Lodowe więzienie.

Wstał, włożył znoszoną bluzę i przeszedł do jadalni. Byli tam już Grenier i Yedlin. Technik, ziewnąwszy, zajął miejsce przy stole.

– Spałeś? – zapytał Grenier, podsuwając mu śniadanie i kawę.

– Spałem – odparł Amri, grzebiąc widelcem w makaronie.

Przez kwadrans nikt się nie odzywał. Siedzieli, spożywając podany przez Greniera posiłek. Śniadania jadali wspólnie. Zawsze. Był to swego rodzaju rytuał, który, niezależnie od wszelkich niesnasek, cementował ich jako grupę.

Słabo oświetloną jadalnię wypełniał lekki półmrok. Amri lubił tę porę dnia. To właśnie wtedy bywali ze sobą najszczersi.

– Męczy cię ten duch, co? – spytał Grenier z pozorną pobłażliwością.

– Cały czas myślę, że „to” nie jest stąd.

– I ja tak sądzę – odparł niespodziewanie tamten.

Amri wbił w niego wzrok pełen zdumienia.

– Ty też?! Przecież mówiłeś…

– Że nie ma żadnych „ich”. Podtrzymuję te słowa.

– Nie?!

Wspólny okrzyk Amriego i Yedlina wypełnił wnętrze jadalni.

– Oczywiście, że nie! To nie jest żadna istota, ani nawet jej imitacja, ale jakiś obcy twór stworzony do prowadzenia badań.

Na te słowa poderwał się Yedlin.

– A gdzie są twoim zdaniem ci, którzy go tu przysłali?

– Nie ma ich. – Grenier rozłożył ręce.

– Co znaczy: nie ma?! Żartujesz z nas sobie?! Ten duch zabił dwóch członków załogi. Zabił!

To ostatnie lekarz wykrzyczał z takim wyrzutem, jakby posądzał tamtego o współudział.

– Nie zabił – odparł łamiącym głosem Grenier. – Sami zginęli…

Zamilkł. Jego usta drżały. Oczy zaszkliły się. Amri, mimo półmroku, dobrze widział jego twarz. Przejętą. Pełną cierpienia. Pojął wtedy, jak potwornie męczył się ten człowiek. Pozornie silny, spokojny, w rzeczywistości dusił w sobie ogromną presję, odpowiedzialny za wszystko, co działo się na “Nowym Świecie”.

Teraz, kiedy nie miał już sił, całe to zmęczenie wylewało się na jego twarz, nad czym Grenier w żaden sposób nie potrafił zapanować. Minęło kilka minut, nim podjął się dalszych wyjaśnień.

– Nie powiedziałem wam tego wczoraj. Chciałem pomyśleć. Rzecz zakrawa na niepojętą, ale… Wygląda to tak. Swego czasu odrzuciliśmy koncept bąbla-planety. Podobieństwo do Jowisza było zbyt małe. Zapomnieliśmy jednak, że kosmos to coś więcej niż Saturn czy Wenus. Że planet istnieją w nim tysiące. Bąbel przedstawia jedną z nich. To stamtąd wyruszyła bezzałogowa misja z tym całym „duchem” – namiastką naszego robota. W trakcie podróży doszło jednak do wypadku. Ci, którzy wysłali ów twór, przepadli. Świadczy o tym wybuch wewnątrz bąbla. Mieliśmy go za ostrzeżenie. W rzeczywistości to informacja. „Zagłada”. „Coś się wydarzyło”. I to wydarzyło nagle! W przeciwnym razie dostalibyśmy całą sekwencję obrazów. Jakieś komunikaty. Tymczasem wszystko, co mamy, to dwa proste ujęcia. Planeta i wybuch. Na więcej musiało zabraknąć czasu. Może przepadła cała cywilizacja. Może tylko ci, którzy ducha wysłali. Nie wiem. W każdym razie, gdy ten dobił w końcu do celu, inna była już jego rola. Rozumiecie? To, co wyruszało celem badań, dotarło jako skansen. Ostatni ślad po wymarłych twórcach.

– Skansen, który morduje ludzi?! Którego z początku nie dało się nawet zobaczyć?! Przecież to nie ma żadnego sensu!

Yedlin atakował coraz mocniej. Grenier pozostał jednak spokojny, pojmując, iż złość tamtego nie wynika z odrzucenia jego teorii, lecz z faktu, że śmierć dwójki ludzi pozostanie bez winy. Że nie będzie kogo ukarać.

– Ano właśnie. To nie ma sensu… – zaczął Grenier w lekkim zamyśleniu. – Dlatego uważam, że do zagłady doszło nagle. Duch jest skansenem, ale działa jak twór badawczy. Odtwarza ten swój spacer – jakiś program startowy – chroniony rażącą powłoką. Co prawda, w obecnej sytuacji nikomu to już nie służy, ale skąd on ma o tym wiedzieć? To bezmózg. Znaczy tyle, co nastawiony budzik, który zadzwoni i po śmierci właściciela. Niewidzialność? Spotkanie obcych form życia to zjawisko, z jakim człowiek się dotąd nie zetknął. Tamci musieli być ostrożni. Nie wiedzieli, jak zostaną przyjęci. Co się zaś tyczy Carilla i Besnica, ich śmierć należy uznać za nieszczęśliwy incydent. Pierwszy przypadkiem zderzył się z duchem, włączając w nim jakiś tryb awaryjny – widzialność. Drugi zapomniał o ostrożności. Obaj zetknęli się z tą całą ochronną powłoką, która razi samoczynnie. Nie może być tu mowy o żadnych zabójstwach.

Lekarz nie odpuszczał. Pytał, dlaczego duch przybiera sylwetki zmarłych.

– Ależ to nie ma nic wspólnego z ich śmiercią! Zrozum! Duch to jakiś nienazwany odpowiednik robota. Jego budowa wykracza poza znane nam konstrukcje. Jest niematerialny. Doskonale elastyczny. Myślę, że nie posiada nawet żadnej formy wyjściowej. Rolą takiego ducha jest zbieranie informacji. Badanie zamieszkujących planetę istot. A w jaki sposób zrobić to lepiej, niż przybierając ich kształt? Odtwarzając odruchy? Ten twór działa właśnie w taki sposób. Wyczuwa daną istotę z kilku metrów, przyjmuje jej sylwetkę i bada. Widzieliście przecież, jak uczył się chodzić.

– Trochę to jednak dziwne, że ze wszystkich miejsc wybrali takie odludzie – zauważył milczący dłuższy czas Amri.

– Niekoniecznie – odparł Grenier. – Znajdujemy się w jednym z najmroźniejszych punktów na ziemi. Nie uznałbym tego za przypadek. Istnieją całe dziesiątki powodów, dla których mogli wybrać to miejsce. Myślę, że nie warto roztrząsać ich wszystkich.

– Co zamierzasz zrobić?

– Nic. Nie wolno nam dłużej igrać ze śmiercią. Dalsze kroki należą do uczonych.

– Ale przecież teraz, kiedy wiemy wszystko, nic nam nie grozi.

– Mylisz się. Przypominam, że widzimy jednego tylko ducha.

– Więc myślisz, że jest ich więcej?!

– Ależ to jasne! Życie na Ziemi wykształciło mnogość form. Dla samego tylko zbadania ludzi potrzeba co najmniej dwóch takich tworów.

– Więc gdzie one mogą być?!

Grenier podniósł się.

– Ich domem z pewnością jest bąbel. A gdzie mogą krążyć pozostałe? Wszędzie, Amri. Wszędzie!

– To jednak wciąż jedynie teoria – powiedział nieoczekiwanie Yedlin. Wstał, wsparł się na krześle i spojrzał w oczy kierownika. – Nie masz żadnych dowodów, że duch nie atakuje! Tylko słowa.

Grenier milczał. Jego zmęczone oczy z trudem utrzymywały piekielny wzrok tamtego. Uchylił usta. Chciał coś odpowiedzieć.

Nie znajdował żadnych argumentów.

 

XI

 

Nie pozwolił na wyjście Amriemu. Szedł sam, rejestrując obraz przy pomocy mikrokamery. Plan brzmiał prosto. Zbliżyć się do ducha, nagrać jego przemianę. I przeżyć.

Grenier wzdrygnął się na myśl o ostatnim. Była to głupota: rzucić na szalę życie w imię jednej odpowiedzi. A jednak znajdował w niej pewną ulgę. Mógł być bezradny. Ludzki. Kroczył pod rękę ze strachem i czuł się z tym najzupełniej uczciwie.

Duch zjawił się punktualnie. Grenier nie od razu ruszył za nim. Wahał się.

– Nie trzeba się bać – szepnął sobie. – Nic mi nie zrobi.

Strach wiedział lepiej.

Jakiś czas bił się z myślami, aż w końcu podjął próbę pogoni. Szedł powoli. Mechanicznie. Napięte od stresu mięśnie były jak z lodu. Trzydzieści metrów. Dwadzieścia. Z każdym krokiem jego wiara we własną teorię gasła.

Raz jeszcze pomyślał o rezygnacji. Piętnaście metrów. Dziesięć. Wbrew własnej woli maszerował przed siebie. Sam już nie wiedział, dlaczego.

Brakowało kilku kroków. Serce tłukło się jak szalone. Przed oczami migotały jasnoszare punkty. Oddychał z trudem, czując kolejne uderzenia gorąca. Zwolnił. Szeroko otwartymi ustami łapał hausty powietrza. Nie maszerował już, lecz pchał swoje ciało do przodu. Nagle duch stanął.

Grenier zamarł. Przed oczami miał lekki mrok. Serce dudniło, rozpychając się w szalonym amoku.

Przemknęło mu przez myśl, że się pomylił. Że jednak duch, ulegając przemianie, zabija. Przyklęknął. Spomiędzy ciemnej mgły próbował śledzić ewolucję zjawy. Był to widok niezwykły. Zupełnie, jakby niewidzialna siła lepiła z tej mlecznobiałej chmurki wybrany kształt.

Grenier wytężył wzrok. Z trudem rozpoznał w zjawie siebie. W kombinezonach wszyscy wyglądali tak samo. Słaby, zamroczony, czekał na ostatni cios. Duch zakończył przemianę. Kilka chwil trwał nieruchomo. Później ruszył.

Grenier wpatrywał się w oddalającą zjawę. Dlaczego nie uderza? – rozważał.

Brakowało mu tlenu. Serce nie zwalniało. Odpowiedź przyszła sama. Duszności, mrok – to wszystko efekt strachu. Dziwił się, że nie pomyślał o tym wcześniej. Więc jednak miał rację! Duch nie zabijał!

Coraz słabszy, wsparł się drugą ręką na śniegu. Próbował wyobrazić sobie, jak wraca w poczuciu triumfu.

Nie wrócił. Nie wytrzymało serce.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Postacie fabuła, sprzeczki, zakończenie no po prostu wszystko było genialne.

(Pomijając fakt że chyba jakby mieli łączność radiową czy jakąkolwiek inna [a z tego co zrozumiałem mieli] ich zakichanym obowiązkiem a za równo naturalną reakcja było by powiadomienie o tym kogoś)

 

Gdybyś zamienił tylko te dwa opisy:

Zegary biologiczne szalały. Strach mieszał się z bezradnością, budząc coraz większe pokłady frustracji.

 

Mówił krótkimi, szarpanymi zdaniami, z których Grenier i Yedlin składali jako taki obraz wypadków

Na opisy tego pokroju:

Blady jak ściana, utkwił wzrok w ściskanym panicznie kubku. Jego oddech był płytki, nerwowy. Źrenice rozszerzyły się. Jakiś czas trwał w tej pozie, obecny na stacji jedynie ciałem. Myślami był „tam”, przeżywając spotkanie ze zjawą.

 

Duch zjawił się nagle. Znikąd. Jakby wychynął zza niewidocznej kotary. Amri poczuł, jak potworna, pełna lęku niemożność pęta jego ciało. Nie mógł się ruszyć. Złapać oddechu. Gapił się, rozedrgany, na widmową sylwetkę zmarłego. Dałby wszystko, by wiedzieć, że tamten był tylko ułudą. Że nie zabije!

Tekst były idealny.

 

(Mam nadzieję że zrozumiesz o co mi chodzi z tymi opisami. Żeby bardziej opisywać reakcje, pokazywać a nie mówić/stwierdzać.)

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

AKubo, cześć!

Podziękował za poświęcony czas. Gratuluję przebrnięcia przez opowiadanie. Krótkie nie jest. ;-)

A jeśli tekst przypadł do gustu, mogę się tylko cieszyć. :)

(Pomijając fakt że chyba jakby mieli łączność radiową czy jakąkolwiek inna [a z tego co zrozumiałem mieli] ich zakichanym obowiązkiem a za równo naturalną reakcja było by powiadomienie o tym kogoś)

Nom. Trochę mnie poniosło przy skracaniu tekstu. ;-)

Stwierdziłem, że zostawię tę ich samowolkę w domyśle i może nie wpłynie to na odbiór tekstu. Już uzupełniłem początkowy fragment, teraz ich zachowanie powinno być nieco jaśniejsze (nie twierdzę, że w pełni racjonalne, ale akurat na tym zależało mi trochę mniej; w tych warunkach mieli się zachowywać nie do końca racjonalnie).

(Mam nadzieję że zrozumiesz o co mi chodzi z tymi opisami. Żeby bardziej opisywać reakcje, pokazywać a nie mówić/stwierdzać.)

Wiem, wiem. Zamiast zaprezentować Ci jakąś reakcję, zwyczajnie oświadczam w tekście, że było tak i tak, a tym musisz w to uwierzyć na słowo, bo autor nie raczył tego opisać. ;)

Powalczę z tymi zdaniami w weekend.

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas i opinię. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dołączam do bardzo zadowolonych czytelników. Tekst od początku zaintrygował – dwa trupy, duch, Antarktyda, odizolowanie. Już na wstępie udało Ci się stworzyć odpowiedni mroczny klimat. A potem pojawia się „bąbel”, który spodobał mi się chyba nawet bardziej od ducha. 

Czytałam i z każdym zdaniem chciałem coraz bardziej dowiedzieć się, o co tu chodzi? Oczywiście podejrzewałam, że duch nie tylko po prostu morderca, a bąbel to po prostu bąbel, ale i tak nie domyślałem się zakończenia, które okazało się jeszcze bardziej satysfakcjonujące niż początek.

Fajne stawiasz pytania w swoim opowiadaniu… To co na zewnątrz i to co w naszym wnętrzu. Które demony są straszniejsze? Morderstwo czy samobójstwo? Na ile silna jest ludzka psychika? czy warto za wszelką cenę poznać prawdę?

Ode mnie biblioteczny kliczek i taka nieśmiała propozycja – może by tak piórko dla CM?

Nie rozpisuję się, bo przecież i tak już wiesz, że mi się podoba :)

Fajny pomysł, sprawnie napisane, klimacik jest, emocje też.

Ode mnie kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przegapiłam betowanko. :(

A ja nie jestem zachwycona. Umęczyłam się. Opowiadanie jest napisane sprawnie, więc nie w tym tkwi problem. Może to styl. Uważam, że całą tę historię mógłbyś napisać w 15K. Nie potrafię poczuć tej tajemnicy, tego ducha, mroźnego klimatu ani bohaterów. Bo jak dla mnie, wszystko wywaliłeś wprost. Zbyt wprost. Nie pokazujesz bohaterów, tylko opisujesz. Rzucam losowy fragment:

 

Yedlin stał jak wryty. Amri, mimo chęci, nie mógł spojrzeć w jego twarz. Kaptur, gogle, kominiarka – wszystko to zakrywało nie tylko twarz, lecz i emocje. Technik odwrócił wzrok, nie chcąc wzmagać presji na tamtym. W tym miejscu znikały wszelkie animozje.

 

Wyrzuciłabym wszystkie zdania tego typu (pogrubione). Skoro już napisałeś, że odwrócił wzrok, to jest to sygnał, co bohater czuje lub myśli. Przez takie zabiegi tekst jest rozlazły, ucieka akcja i tajemnica, a bohaterów nie można samemu ocenić, więc jakoś nie mogłam poczuć z nimi więzi, o sympatii nie wspomnę. Piszesz o emocjach, ale ja ich w ogóle nie czuję. “na tamtym” powtarzane zbyt często. Wiem, że chodzi o poprawność, ale jakoś mnie to już w którymś momencie zaczęło irytować. 

Postać ducha spoko, bąbel też spoko. Fragment X i XI można, IMO, poszerzyć kosztem poprzednich.

 

Starałam się CM, ale jakoś to do mnie nie dotarło niestety. Może spróbuję później raz jeszcze. Może czegoś nie załapałam. :(

 

 

Katiu, powitał!

 

Podziękował za poświęcony czas. Wieniec laurowy za przebrnięcie przez tekst. ;-)

Bardzo mnie cieszy pozytywny odbiór, zwłaszcza, że jest on niesłychanie bliski tego, czego sobie życzyłem. :-)

Tego, jak fajnie czyta się taką opinię nie muszę Ci chyba tłumaczyć.:)

Dziękuję za bibliotecznego klika i nominację. Fajnie jest się tam zaplątać, niechby nawet i na chwilę. ;-)

A i w sumie reklama dla tekstu fajna. Może nie polegnie wobec nadciągającej inwazji wiewiórek. ;)

Jeszcze raz: DZIĘKOWAĆ! :-)

 

Irko, to i ja się nie będę rozpisywał.

Dziękuję za klika i jeszcze raz kłaniam się za pracę, jaką włożyłaś w betowanie tego opowiadania. ;-)

 

Saro, cześć!

Tobie również dziękuję za poświęcony czas. Order Dzielnego Czytelnika za przebrnięcie przez tekst. ;)

Czyli co? Schodzimy na ziemię! XD

Za to, że się umęczyłaś, mogę się tylko pokajać. Tym bardziej dziękuję, że dzielnie dobrnęłaś do końca. Że nie potrafisz poczuć tajemnicy czy klimatu, jestem w stanie zrozumieć. Wiesz, to że ja sobie coś nakreślę w wyobraźni, wcale nie znaczy, że automatycznie przeleję to później jeden do jednego na papier. Generalnie liczyłem się z tym, że mogę tu polec.

Starałam się CM, ale jakoś to do mnie nie dotarło niestety. Może spróbuję później raz jeszcze. Może czegoś nie załapałam. :(

Nie ma zmartwienia. :-)

Wiesz, nie da się polubić opowiadania na siłę. Ja też, jako autor, nie mogę dać żadnej gwarancji, że opowiadanie z automatu nie zejdzie poniżej pewnego poziomu. Nie ten warsztat. ;-)

W każdym razie na pewno nie jest tak, że coś Cię w tym tekście ominęło, albo coś zgubiłaś. CM wymyślił sobie pewną historię, dobrał do tego momentami pokręconą lekko koncepcję, napisał jak umiał i zwyczajnie mogło nie podejść. Pewnych braków czy niedociągnięć jestem świadomy, ale wiesz, jak to jest: na końcu robimy tyle, ile jest dla nas możliwe. Więcej, choćbyśmy chcieli, nie damy rady. ;-)

Jeszcze raz: DZIĘKOWAĆ za odwiedziny i opinię. ;-)

 

 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzieńdoberek!

No, kawał porządnego czytadła. Mam trochę różnych “ale”, ale o nich za chwilę. 

Podoba mi się setting stacji arktycznej i zamknięcie tutaj tej historii. Przywodzi to na myśl pamiętne “The thing” z Kurtem Russelem :)

Podoba mi się fabuła – tajemnica, próba jej rozkminienia i nałożone na to relacje międzyludzkie w trudnych warunkach. 

Bardzo podoba mi się wyjaśnienie, czy też raczej jedna z hipotez wyjaśniających czym jest duch i bąbel. Podoba mi się, co nie znaczy, że mnie przekonuje, ale chyba nie musi, bo w tych warunkach bohaterowie nie bardzo mieli możliwość dojścia do prawdy. 

 

Czepialstwo (moje subiektywne, być może błędne, ale do Twojego przemyslenia):

1.

– To samo, co z Carillem – dokończył technik i zrobiwszy kilka ostatnich kroków, wszedł do stacji, osuwając się na najbliższe krzesło. Był na skraju obłędu.

Czasem jest tak, że jak mieszamy show, not tell, z narratorem wszechwiedzącym, to wychodzą punkty styku i zwracają uwagę. Tutaj opowiadasz scenkę, a następnie w kolejnym zdaniu dopowiadasz w prosty sposób stan psychiczny postaci. Nie potrafię tego fachowo zdiagnozować, ale to taka trochę niekonsekwencja jest. Bo gdyby tutaj był opis postaci, informacja że miał rozbiegane oczy, drżały mu wszystkie członki, oddychał nierówno i gadał totalnie od rzeczy – z tego moglibysmy wnioskować że jest na skraju oblędu. A takie dopowiedzenie “na skróty” mnie tutaj nie pasuje.

 

2.

Jeszcze z tym obłędem. OK, dowiadujemy się, że facet jest na skraju tegoż. Następnie jest, poukładana już przez narratora, relacja wydarzeń, oparta o urywaną i niespójną relację Amriego, który był na skraju obłędu. 

Relacja jest nad wyraz szczegółowa jeśli chodzi o przeżycia estetyczne i refleksje Amriego (który jest na skraju obłędu, opowiadając). Amri, będąc na skraju oblędu opowiedział o tym, jak to otulony ciszą mysliał o śmierci Carilla? Obaj skupiali wzrok na pustej przestrzeni pokrytej skrzącym się, zmrożonym płaszczem? Amri opowiadał, jak strach ustepował uczuciu ulgi? Rozważał, jak to biel krajobrazu jest manifestem natury? I tak dalej. 

Amri nie mógł w ten sposób relacjonować. Był przerazony i na skraju oblędu. Moim zdaniem tutaj zamiast skupić się na ładnym pisaniu, warto postawić na realizm.

 

3.

Co to ja jeszcze… Aha: Jaki, kurde, uchwyt?!

Amri ocknął się po minucie. Puściwszy uchwyt, odszukał w pamięci ostatnie zdanie i wrócił do relacji.

 

4.

W jednym miejscu nie do końca zajarzyłem, co się stało. I to jest podobna rzecz, jak przy “byciu na skraju oblędu”. 

Bo dowiadujemy się od postaci, z dialogu:

Był dobre sto metrów ode mnie. Duch ruszył po chwili, a wtedy Besnic… On wyciągnął dłoń i… – Technik zawiesił głos.

Dotknięty duch poraził Besnica. Czy Amri wiedział wtedy o jego śmierci? Nie pytali. Ciało zabrałby tak czy inaczej.

 

Kto nam wyjaśnia, że duch poraził Besnicka? 

Czy to wynika z relacji Amriego? Nie, bo tego nie powiedział. Nie dokończył zdania. Bo wywnioskowali to pozostali? No jak? Skąd?

 

5.

“Nowy Świat” nie miał już w sobie nic z wcześniejszego powabu. – nie spotkałem w tekście żadnej informacji, że ten powab stacja w ogóle miała? raczej od samego początku wiemy, że to niezbyt przyjemne miejsce jest. 

 

6.

Nie uznałbym tego za przypadek. Istnieją całe dziesiątki powodów, dla których mogli wybrać to miejsce. Myślę, że nie warto roztrząsać ich wszystkich.

– Ja się nie domysliłem i nie wiem, dlaczego obcy mieliby lądować akurat na biegunie? Chociaż jeden powód bym poznał chętnie. 

 

7.

– Więc myślisz, że jest ich więcej?!

– Ależ to jasne! Życie na Ziemi wykształciło mnogość form. Dla samego tylko zbadania ludzi potrzeba co najmniej dwóch takich tworów.

Dlaczego?

 

Podsumowując:

 

Bardzo fajnie się to czytało, a historia wciąga. Jak wyżej, jest trochę zgrzytów. I to nawet może nie zgrzytów, tylko u mnie coś się nie zgadza, może źle podchodze. Z drugiej strony, jak na tak duży projekt, to chyba nie jest tego dużo. Klikam BiB chętnie – za pomysł, klimacik.

 

Ostatnia myśl, która mi wpadła jeszcze:

Jedyne, czego tu zabrakło tak na serio, to mrozu. W opowiadaniu nie czuć, że tam jest lodowato na zewnątrz. 

Łoooo…. Teraz patrzę, że zapomniałam to ubibliotecznić. Może i mnie tekst do gustu nie przypadł, ale uważam, że na Biblio zasłużył. Choćby za sam pomysł i technicznie dobre wykonanie. Doceniam. 

Łosiocie, powitać!

Tradycyjnie podziękował za poświęcony czas. Medal z ziemniaka za przebrnięcie przez tekst. Dziękować za klika. Każde dobre słowo.

A teraz kwadrans gorliwego kajania. ;-)

Czasem jest tak, że jak mieszamy show, not tell, z narratorem wszechwiedzącym, to wychodzą punkty styku i zwracają uwagę

Nie będę nawet czarował ani się usprawiedliwiał. Były momenty, gdzie poszedłem trochę na skróty. Nie powinienem, ale wyszło chyba lekkie zmęczenie tekstem. W każdym razie postaram się to zdanie poprawić, bo ja mam świadomość, że taka prezentacja obrazów przez oświadczenie w niczym tekstowi nie pomaga.

Amri nie mógł w ten sposób relacjonować. Był przerazony i na skraju oblędu. Moim zdaniem tutaj zamiast skupić się na ładnym pisaniu, warto postawić na realizm.

Żebyś wiedział, ile razy ja się przy tym fragmencie zatrzymywałem. :-)

Brakło… odwagi. Wiesz, jak to jest. Napiszesz coś sobie, jesteś z danego fragmentu w miarę zadowolony i chociaż rozumiesz, że nie do końca pasuje to jakoś… nie możesz usunąć. ;-)

Trudno to dokładnie wytłumaczyć. Generalnie mam szczerą nadzieję, że ta odwaga przychodzi z czasem, bo wypadałoby jednak wnioski z tego błędu wyciągnąć.

Masz tu natomiast zupełną rację, więc nawet nie próbuję się bronić ani usprawiedliwiać.

Co to ja jeszcze… Aha: Jaki, kurde, uchwyt?!

Na stole stał kubek. Amri objął go dłońmi i zaczął ściskać. Później, gdy się uspokoił, rozluźnił ten uchwyt (w sensie przestał ściskać ten kubek). To jak to inaczej napisać? ;)

Ja nie twierdzę, że to jest poprawnie, ale wiesz… Brakło koncepcji jak to dobrze zapisać. :-)

Kto nam wyjaśnia, że duch poraził Besnicka? 

Czy to wynika z relacji Amriego? Nie, bo tego nie powiedział. Nie dokończył zdania. Bo wywnioskowali to pozostali? No jak? Skąd?

Mogli wywnioskować, bo wiedzieli, jak zginął ten pierwszy. Tutaj zdarzyło się dokładnie to samo, więc nawet z tym urwanym zdaniem chyba mogli to jakoś złożyć w całość? Tak sądzę, ale się nie upieram. ;)

“Nowy Świat” nie miał już w sobie nic z wcześniejszego powabu. – nie spotkałem w tekście żadnej informacji, że ten powab stacja w ogóle miała? raczej od samego początku wiemy, że to niezbyt przyjemne miejsce jest. 

Trochę przekombinowałem. Z początku było: “Nienawidził Nowego Świata”. Ale tej nienawiści powinien nabierać powoli (w końcu znalazł się na Antarktydzie z własnej woli), więc próbowałem na skróty pokazać, że wcześniej było w tym “Nowym Świecie” coś dla niego atrakcyjnego. Ale zamiast kombinować chyba zwyczajnie wrócę do poprzedniej wersji.

– Ja się nie domysliłem i nie wiem, dlaczego obcy mieliby lądować akurat na biegunie? Chociaż jeden powód bym poznał chętnie. 

– Duch, choćby przez wzgląd na dziwną budowę, mógł przecież działać/funkcjonować tylko w określonej (bardzo niskiej) temperaturze.

– “Nowy Świat” jest stosunkowo trudno dostępnym miejscem dla człowieka. Żeby zamieszkać na Antarktydzie, cywilizacja musi osiągnąć określony poziom rozwoju, więc i większa szansa, że jeśli już tam dotarła, to lepiej odnajdzie się w zetknięciu z takim niespotykanym “czymś” (to akurat powód mocno naciągany, ale zawsze)

– Na Antarktydzie, ze względu na warunki, nie ma zbyt wielu mikrożyjątek, które mogłyby jakoś wpłynąć za funkcjonowanie ducha. Ten argument przyszedł mi do głowy w oparciu o “Wojnę Światów” Wellsa, gdzie Marsjanie polegli przecież przez bakterie.

Pewnie mogłem taki przykład podać w tekście, ale nie chciałem już go niepotrzebnie rozciągać. Stwierdziłem, że najwyżej nabiję sobie komentarze wyjaśniając, tłumacząc i prostując. ;-)

Dlaczego?

Choćby po to, by choć pobieżnie przeanalizować proces rozmnażania. Ja wiem, że sam niematerialny duch wiele wiedzy nie dostarczy, nawet elastyczny, ale nie znamy jego dokładnych możliwości. Może mógł stawać się choć częściowo materialny.

Inna rzecz, że wysyłanie jednego ducha na taką wyprawę tak czy inaczej nie miało większego sensu. Byle awaria, odmienna reakcja na warunki od tego co zakładali i po zabawie. Zwłaszcza, że do zbadania mają też życie podwodne, itp.

I znów, mogło to się znaleźć w tekście, ale nie chciałem rozciągać. Powoli uczę się nie rozciągać opowiadania każdą informacją, którą wydaje się choć trochę potrzebna. Pewnie parę razy się na tym wyłożę, ale taka cena nauki. ;-)

Jedyne, czego tu zabrakło tak na serio, to mrozu. W opowiadaniu nie czuć, że tam jest lodowato na zewnątrz. 

Wiem. Tu nawet nie podjąłem walki, żeby to pokazać. Okazało się, że to już ten jeden element za dużo jak dla CM-a. ;-)

Jeszcze raz ogromnie dziękuję za poświęcony czas, obszerny komentarz, materiał do dalszej nauki i każde dobre słowo.

Dziękować!

 

Saro, dziękować za czwartego klika. ;-)

A Twój sen to na pewno wina Użytkowników! Anet jest z nimi z zmowie. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Anet w zmowie z Użytkownikami?! :O Jak ja mało wiem o ludziach… xD

 

Sama mi się kiedyś przyznała na SB. To zorganizowana grupa prześladowcza. I mają widmowego utopca. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

 

A oto i rzeczone widmo. Na pewno wiadomo, że porywa komentarze pod klika i topi w morzach oraz oceanach. Jakie jeszcze podłe uczynki ma na swoim koncie, tego dotychczas nie ustalono.

Wiadomo jednak, że zna się z Tarniną, bo to od niej mam obraz tego prześladowcy. :-o

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dobre.

Podziękował. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ciekawe opowiadanie z przewrotną końcówką. Dobry klimat. Do przodu ciągnęła mnie chęć poznania tajemnicy owej zjawy. Chyba trochę za mało poczułem ich strach, żeby uwierzyc, że to on był przyczyną ich śmierci. Śledzili sobie zjawę, a jeden nawet do niej biegł i wszyscy padli na zawał? No nie wiem. 

Patryku, powitał!

Przede wszystkim dziękuję za poświęcony czas, przeczytanie i opinię.

Czarny pas czytelniczy za przebrnięcie przez ten nieszczególnie krótki tekst. ;-)

Fajnie, że opowiadanie jest ciekawe.

SPOILER!

Chyba trochę za mało poczułem ich strach, żeby uwierzyc, że to on był przyczyną ich śmierci. Śledzili sobie zjawę, a jeden nawet do niej biegł i wszyscy padli na zawał? No nie wiem. 

Tutaj w pełni rozumiem Twój sceptycyzm. Masz rację. Nie jest możliwe, przynajmniej moim zdaniem, żeby oni wszyscy padli na zawał.

To jest tak, że tylko ostatni z nich padł na zawał. Kumulacja stresu, odpowiedzialności, itp. Dwaj pierwsi zginęli od kontaktu z duchem. Zostali porażeni.

Odtwarza ten swój spacer – jakiś program startowy – chroniony rażącą powłoką.

Nie można tego nazwać zabójstwem czy morderstwem, bo tak samo nie są zabójcą przewody elektryczne, których ktoś postanowi dotknąć. Z nimi było trochę podobnie. Jeden zderzył się z duchem, drugi zwyczajnie go dotknął i obaj zostali w ten sposób porażeni. Nie prądem, ale czymś, czego nie znali. Piszę o tym tak dokładnie, bo nie jesteś pierwszą osobą, która widzi śmierć tych ludzi w taki właśnie sposób, więc wiem już, że coś w tym opisie schrzaniłem. W każdym razie chociaż tutaj możesz się dowiedzieć, jak było w rzeczywistości.

Strachu zaś do końca nie poczułeś, bo ja nie chciałem tutaj budować takiej czystej atmosfery grozy. Raczej miał być lęk wymieszany z niepewnością, zmęczeniem, także pewną skrytością, bo przecież oni mają opory, by przyznać się między sobą do strachu.

Natomiast, jak pisałem, ze sceptycyzmem w sprawie śmierci trójki ludzi na zawał zgadzam się w stu procentach. To raczej niemożliwe, więc nie porywałbym się nawet na taki koncept.

Jeszcze raz podziękował za komentarz i do zobaczenia pod Twoim opowiadaniem. Co prawda, dopiero w weekend, ale dotrę. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ok, teraz wszystko rozumiem. Prawie 38 tys. znaków i czarny pas? Eeeee tam, co najwyżej jedna beleczka na białym, a i to nie ;-) 

 

 

Prawie 38 tys. znaków i czarny pas?

Ale tekst CM-a. To się liczy podwójnie, bo on strasznie lubi kombinować. I pchać się w formy, o których pisaniu nie ma zielonego pojęcia. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, jestem, jak obiecałam :)

 

Byłam szalenie ciekawa, jak Ty poradziłeś sobie z klimatem. Owszem, odnalazłam go, ale jednak liczyłam na więcej (zamarznięte powieki, odmrożone palce, sople u nosa ;D )

 Samo opowiadanie mi się podobało. Nie będę ukrywać, że motyw izolacji jest jednym z moich ulubionych w fantastyce. Co widać zresztą w moich wypocinach.

Przedstawiasz nam grupkę odizolowanych bohaterów. W pierwszych akapitach dostajemy aż kilka imion. Przyznam, że w powieści, gdzie mielibyśmy czas, aby ich poznać, polubić, bądź nie, wyszłoby to pewnie lepiej. Tutaj, musiałam się namęczyć, aby ogarnąć szybko, kto jest kim. Nie było specjalnie szansy ich bliżej poznać. Może dlatego nie czułam się z nimi związana i ich emocje jakoś mnie nie obeszły specjalnie.

Co do tempa opowiadania. Trochę mi się dłużyło, pewnie bym to spróbowała jednak skrócić . Pomysł z duchem i bąblem fajny. Byłam ciekawa wyjaśnienia całej sytuacji.

Oczywiście CM to subiektywne odczucia skromnej uczennicy, gdzie mi tam mistrzowi wytykać cośkolwiek ;)

 Więc uwagi te zgarnij w bibułkę i puść z dymem po przeczytaniu.

Pozdrawiam ciepło :)

 

 

Niebawem dotarli u celu. – do celu?

Fajnie sie czytalo. Generalnie ciekawe. Brak klimatu grozy na stacji badawczej troche frapuje. Mozna bylo podkrecic dreszczyk. Jakos nie poczulem tez zimna. Ale jakosc wykonania super.

Dzień dobry Matce Chrzestnej.

CM wita w swoich progach, dziękuje za poświęcony czas. Ty miałaś trudniej, bo musiałaś brnąć przez prawie czterdzieści tysięcy znaków, ale co tam. Kiedyś to wyrównam! ;-)

Ogromnie dziękuję za komentarz, złota wstęga za dobicie do końca opowiadania. :-)

Prezentację mrozu, jak pisałem już wyżej odpuściłem, bo… odpuściłem. :D

Nie wiem, jakoś uznałem, że przy tym pomyśle, gdy wyganiam ich na codzienne obserwacje, wolę temat siarczystego mrozu pominąć. Gdybym mocno podkreślał ten mróz, mogłoby się pojawić pytanie, po co tak często wychodzili.

Albo z drugiej strony podkreśliłbym w ten sposób trudność ich położenia? No nic. Nie ma co gdybać. Jest jak jest. ;)

Z dłużyzną się liczyłem. Te historię można było napisać skromniejszym nakładem znaków. Ja się uparłem na pokręconą nieco koncepcję z takim skrywanym strachem, którego w sumie za mocno nie widać (bo i nie może) a z drugiej strony trochę miejsca jednak zabiera. ;)

Nie twierdzę, że żałuję, ale też nie upieram się, że wyszło jak miało. ;-)

Oczywiście CM to subiektywne odczucia skromnej uczennicy, gdzie mi tam mistrzowi wytykać cośkolwiek ;)

Żebyś wiedziała, ile sam CM, jeszcze przed publikacją, zdążył już sobie wytknąć. XD

W każdym razie te odczucia, które tutaj opisujesz są bardzo cenne, więc to świetny materiał poglądowy na teraz i na przyszłość.

Jeszcze raz podziękował za opinię i gorąco pozdrowił. :)

 

Powitał i Pawełka!

Dziękuję za poświęcony czas. Pamiątkowy dyplom za przebrnięcie przez opowiadania. CM jest bardzo wdzięczny. :)

Niebawem dotarli u celu. – do celu?

Faktycznie niefortunne to zdanie. :)

Klimatu grozy nie było, bo miałem taką mocno kombinowaną koncepcję. Nie chciałem takiego mocnego strachu, ale jakiś lęk wymieszany ze zmęczeniem i pewnym ukrywaniem emocji. Stąd i brak klimatu grozy. Nie twierdzę, że koncepcja była słuszna, ale wiesz, jak to jest: zawsze warto spróbować. Za brak zimna, tak jak i w poprzednich moich odpowiedziach, mogę się jedynie pokajać. Skupiłem się na innych elementach.

Fajnie, że… fajnie się czytało. Dziękuję za pozytywną ocenę jakości wykonania. W sumie przy okazji dziękuję jeszcze raz betom, bo znacząco na ową jakość wpłynęły.

Raz jeszcze za odwiedziny i opinię: dziękować! :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

To bardzo dobre opowiadanie, CM. Przede wszystkim lubię zimową tematykę i już to zachęciło mnie do czytania. Wybrałeś może nie jakąś oryginalną konwencję i pomysł, ale konsekwentnie i dobrze poprowadziłeś historię. To, co najbardziej mi się podobało, to zręcznie poprowadzona narracja. Niejednokrotnie spotkałem się z opowiadaniami, w których wyraźnie autorzy skupiali się na pomyśle, na tym co chcą przekazać, pomijając bardzo często, lub traktując po macoszemu środki, jakimi chcieli to osiągnąć. Więc dialogi były kulawe, zachowanie bohaterów nieadekwatne do akcji i emocji, czasami pozjadane gdzieś kawałki historii, które gubiły logiczność wątku. Czasami sprawiał to sam zbyt skomplikowany pomysł. 

Tu wszystko “jest jasne”, jest wróg, przeciwko niemu załoga i czytelnik nie marszczy brwi, zastanawiając się, o co chodzi. Za to wszystko plus.

Minus jest jeden, a już od Ciebie zależy, czy ocenić go jako duży, czy nie. Opowiadanie jest przegadane, za długie. Gdzieś przemknął mi komentarz, że wystarczyłoby 15k. Nie wiem, czy rzeczywiście tyle, ale faktycznie, sporo można skrócić. Te zastanawianie się, co duch Carill może zrobić albo nie zrobić zdecydowanie obniża emocje. Niemniej jednak, to dobre opowiadanie.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dzień dobry.

Na początek tradycyjnie podziękował za poświęcony czas i opinię. Także za wprowadzenie mojego tekstu do biblioteki. Pamiątkowy dyplom za dobrnięcie do końca tekstu. :)

Cieszy mnie pozytywna ocena, bo przy takiej długości to zawsze trochę większy strach, że czytelnik będzie brnął przez góry akapitów i na końcu nie znajdzie nic dla siebie.

Wiem, że opowiadanie jest przegadane. Nawet zresztą tego nie ukrywam, przyznając każdemu te żartobliwe nagrody za przebrnięcie przez tekst. Moje bety mi świadkami, że walczyłem z tym jak mogłem, ale za bardzo się rozpisałem w pierwszej wersji i już późnej nie potrafiłem zejść, ile trzeba.

W każdym razie na pewno w odbiorze mi to nie pomaga, bo to taki rodzaj niepotrzebnego hamulca dla czytelnika, który musi sobie wygrzebywać co ważniejsze fragmenty spomiędzy zbędnych dodatków.

U mnie to przegadanie to już w sumie stały problem, ale wierzę, że powoli będzie znikać.

Raz jeszcze podziękował za odwiedziny, klika i komentarz. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Czytałam z dużym zainteresowaniem, bo sprawa zdała mi się szalenie intrygująca, ale skończywszy, niestety, nie mam pojęcia, co tam się tak naprawdę wydarzyło… Teoria wysnuta przez Gre­niera nie przekonała mnie – pozostała jedynie teorią.

Czy wszystkim, którzy umarli, wysiadły serca?

 

Le­karz ski­nął głową w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. ―> Gesty wykonuję się rękami, nie głową.

Proponuję: Le­karz ski­nął głową w wyrazie ka­pi­tu­la­cji.

 

Nagle serce po­de­szło Am­rie­mu mu do gar­dła. ―> Całkiem zbędny zaimek.

 

W ner­wach wy­rzu­cał ko­lej­ne żale, aż w końcu za­rzu­cił tam­te­mu tchó­rzo­stwo. ―> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Zda­wał się być przy tym cał­kiem nie­obec­ny i tylko cza­sem wspo­mi­nał sobie o Amrim, py­ta­jąc o wcze­śniej­sze ba­da­nia. ―> Czy tu aby nie miało być: …cza­sem przypo­mi­nał sobie o Amrim

 

Jego twarz wy­ra­ża­ła szcze­rze zdzi­wie­nie. ―> Jego twarz wy­ra­ża­ła szcze­re zdzi­wie­nie. Lub: Jego twarz była szcze­rze zdzi­wiona.

 

Pojął wtedy, jak po­twor­nie mę­czył się ten czło­wiek. Po­zor­nie silny, spo­koj­ny, w rze­czy­wi­sto­ści dusił w sobie po­twor­ną pre­sję… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Swego czasu od­rzu­ci­li­śmy kon­cept bąbla–pla­ne­ty. ―> Swego czasu od­rzu­ci­li­śmy kon­cept bąbla-pla­ne­ty.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Serce tłu­kło jak sza­lo­ne. ―> Co tłukło?

A może miało być: Serce tłu­kło się jak sza­lo­ne.

 

Pró­bo­wał wy­obra­zić sobie, jak wraca w ge­ście trium­fu. ―> Powrót nie jest gestem.

Proponuję: Pró­bo­wał wy­obra­zić sobie, jak wraca z poczuciem trium­fu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzień dobry.

Ogromnie dziękuję za poświęcony czas oraz opinię. Tytuł niezłomnego czytelnika za przebrnięcie przez tekst.

Cieszę się, że opowiadanie potrafiło zainteresować i kajam się, że nie dostarczyło stosownych wyjaśnień. Wyobraźnia, mimo nalegań, nie była skłonna podrzucić mi żadnego lepszego zakończenia.

Czy wszystkim, którzy umarli, wysiadły serca?

Tylko ostatni na pewno zmarł z powodu serca. Dwaj pierwsi zostali porażeni. Ponieważ warunki na “Nowym Świecie” były dość ekstremalne, odpuściłem analizę, jak konkretnie wpływa to porażenie na człowieka i jak dokładnie zabija ludzi. Uznałem, że zwyczajnie ludzie w takim miejscu nie mieliby możliwości dokładnej analizy, zwłaszcza, że to twór z innej planety.

Mam natomiast świadomość, że sobie tym nie pomogłem, bo jednak zostawiam na końcu lektury znak zapytania.

No i na koniec szczególnie dziękuję za łapankę. Nie dosyć, że wysprzątałaś mi tekst, to jeszcze do właściwie każdego błędu od razu podałaś rozwiązanie, dzięki czemu korekta zajęła mi ledwie kilka chwil.

Dziękuję bardzo. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, CMie :)

Wreszcie minęło wystarczająco dużo czasu, aby mogła przeczytać Twoje opowiadanie na nowo, nie pamiętając go zbyt dokładnie.

I i II i trochę III chyba w największym stopniu są ciut rwane. Jakby utraciły swoją pierwotną melodyjność. Gdybym miała pogłówkować to czasami przez szeregi raczej krótszych zdań, czasami lekkie przegadanie w opisach rozumienia postaci, czasami wynika to ze zbytniego dopracowania kwestii dialogowych, przez co straciły na lekkości, acz straciły na charakterystyczności przydania pewnej lekkości kwestiom dialogowych.

Części IV i V idą płynnie

VI chyba zdecydowanie bym skróciła i połączyła z VII, ponieważ jest naturalnym zakończeniem sekwencji wyjść z Yedlinem.

VIII i XI też połączyłabym. Są dobre ale leciuchno przeciągnięte, jakbyś się nie mógł rozstać z postaciami:D, albo coś wbić do głowy czytelnikowi. Myślę sobie, a niech czytelnik rozumie po swojemu, ciekawe jest przyglądanie się innym rozwiązaniom.

X dobra, a zakończenie bardzo mi się podoba. Jest logiczne i wynika z charakteru postaci!

 

A teraz ogólnie. Kliknęłabym, gdyby nie betowanie, na mur beton!:) To dobre, rozwinięte opowiadanie, prawdziwe. Na wielki plus postaci i fabuła. To historia z ludźmi i dla ludzi.

Czy tego „mrozu i kryształków śniegu, ciemności” za mało? Może trochę tak, gdyż kiedy czytam o Antarktydzie to również dlatego, aby zobaczyć, poczuć miejsce, w którym nie byłam. Jak tam jest, z czym trzeba się mierzyć, co zakładać na grzbiet? Jednak, jak wiesz, jestem niemożliwie ciekawska. Z porażeniem wydaje się niedopowiedziane. 

Wiesz, trochę mi żal ironii, tamtego narratora. Nie zapomnij o nim, proszę!

srd:)

a

Edytka do początku:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witam moje betowe zbawienie! :)

Asylum, hej!

Nie wiem, ile razy już Ci dziękowałem, ale dziękuję mam za darmo, więc nie widzę powodu, by na nim oszczędzać: DZIĘKOWAĆ ZA OGROMNĄ POMOC!!! :-)

Początek był najbardziej rwany, bo jak powywalałem te wszystkie zbędne słowa, to mi zostały same zdania po dwa, trzy wyrazy i miałem problem, jak to płynnie poskładać na nowo. Co innego, kiedy pilnuję płynności przy pisaniu tekstu, a co innego, kiedy ten tekst jest już gotowy i na takim materiale trzeba dokonywać “operacji”.

W każdym razie trochę się z tymi początkowymi częściami nawalczyłem. Zwłaszcza, że tekst… cały czas ewoluuje. XD

Co drugi komentarz sprawia, że jakiś drobiazg zmieniam. ;)

Są dobre ale leciuchno przeciągnięte, jakbyś się nie mógł rozstać z postaciami:D

No wiesz. Trochę się z nimi zżyłem. Żyli w mojej głowie od listopada. XD

W każdym razie do tego połączenia i poskracania trochę brakło odwagi. Czasem ma się takie poczucie: nie ruszam, bo jeszcze schrzanię. ;)

Fajnie, że zakończenie się podoba, bo ile miałem z nim problemów, to chyba nie muszę Ci tłumaczyć. :-)

A teraz ogólnie. Kliknęłabym, gdyby nie betowanie na mur beton. To dobre, rozwinięte opowiadanie, prawdziwe. Na wielki plus postaci i fabuła. To historia z ludźmi i dla ludzi.

Dziękować. :)

Czy tego „mrozu i kryształków śniegu, ciemności” za mało? Może trochę tak, gdyż kiedy czytam o Antarktydzie to również dlatego, aby zobaczyć, poczuć miejsce, w którym nie byłam. Jak tam jest, z czym trzeba się mierzyć, co zakładać na grzbiet? Jednak, jak wiesz, jestem niemożliwie ciekawska.

Tego bez dwóch zdań powinno być tu więcej, ale wiesz, jak to jest: tekst nie był krótki, momentami “rozłaził” mi się w rękach, więc już odpuściłem ten element, bo nie czułem się zbyt pewnie przy pisaniu.

Z porażeniem powód jest ten sam. :-)

Wiesz, trochę mi żal ironii, tamtego narratora. Nie zapomnij o nim, proszę!

Dla mnie taki typ narratora jest w pełni naturalny, więc strasznie musiałem ze sobą walczyć, żeby mi się z tą ironią tutaj nie wcinał. W każdym razie na pewno o nim nie zapomnę, bo przy nim czuję się najswobodniej. A i frajda z pisania większa. ;-)

Jeszcze raz dziękuję… w sumie za wszystko. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Co drugi komentarz sprawia, że jakiś drobiazg zmieniam. ;)

I ja tak mam:), choć czasami się upieram, zwłaszcza w dialogach, ponieważ wtedy tracą “coś”, dusze postaci.

Czasem ma się takie poczucie: nie ruszam, bo jeszcze schrzanię. ;)

To mi bliskie:), aczkolwiek teraz łatwiejsze. Mam za sobą kompletne przemodelowanie pewnego tekstu (krótki był, gdyż inaczej nie dałabym rady sama), niejako do góry nogami. Po tym doświadczeniu wiem, że to: a/ możliwe, b/niekiedy na dobre wychodzi.

Kiedy piszesz, przynajmniej ja tak mam, wchodzisz w pewien ciąg i wtedy ta melodia naturalnie biegnie, a potem przy poprawianiu trzeba uważać, aby nie złamać podstawowej struktury.

A zakończenie, tak, tak!:)

odpuściłem ten element

Tu jest kłopot, przynajmniej dla mnie przy opowiadaniach, ponieważ nie satysfakcjonują mnie powierzchowności i wtedy, jeśli czegoś sama nie doświadczyłam to, wątpię. Muszę przegadać sprawę z kilkoma osobami, posłuchać ich, poczytać, zobaczyć. ostatnie może najmniej, chyba że interakcja i mogę się dopytać, bo obrazy są zbyt łatwe, tj. zdjęcia.

Dla mnie taki typ narratora jest w pełni naturalny, więc strasznie musiałem ze sobą walczyć, żeby mi się z tą ironią tutaj nie wcinał.

Tu się cieszę xd, gdyż on coś w sobie ma, pociąga, irytuje, bawi. Poza tym z pisania musi być frajda, bo jeśli nie, to dla mnie lipa.

 

I ja dziękuję:DDD, fajna beta, niezapomniana!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

I ja tak mam:), choć czasami się upieram, zwłaszcza w dialogach, ponieważ wtedy tracą “coś”, dusze postaci.

U mnie największy upór pojawia się… przy zmianie dziwactw. XD

Kombinowany szyk zdania, archaizmy. Niby wiadomo, że to zbędne, że po zmianie będzie lepiej, ale i tak zawsze mam opory, bo wycinam część “mojości”. ;-)

Kiedy piszesz, przynajmniej ja tak mam, wchodzisz w pewien ciąg i wtedy ta melodia naturalnie biegnie, a potem przy poprawianiu trzeba uważać, aby nie złamać podstawowej struktury.

Oj tak. To znam bardzo dobrze. Chociaż ja te problemy miewam nieraz już przy samym pisaniu tekstu. Wiesz, jak to jest: dwa dni pisania (weekend), pięć dni przerwy. I szukaj tego rytmu po przerwie. ;)

Tu jest kłopot, przynajmniej dla mnie przy opowiadaniach, ponieważ nie satysfakcjonują mnie powierzchowności i wtedy, jeśli czegoś sama nie doświadczyłam to, wątpię.

Wiem, to ważne. Jeśli masz zrozumieć bohaterów, ich zachowanie, musisz i poczuć, co dzieje się wokół nich. Przyjmijmy, że nie chciałem, żebyście marzli razem z bohaterami.

To wszystko z troski. XD

Poza tym z pisania musi być frajda, bo jeśli nie, to dla mnie lipa.

Nom. W końcu dla nas to forma spędzania wolnego czasu. Rozrywka, o czym czasem zapominamy. :)

I ja dziękuję:DDD, fajna beta, niezapomniana!

Następnym razem widzimy się u Ciebie na becie. :)

A spróbuj mnie nie zaprosić! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

wycinam część “mojości”.

W takich przypadkach uważałabym, ponieważ  <i tu wygłoszę herezje> poprawnie i jak należy nie zawsze jest lepiej i ułatwia kształtowanie własnego stylu. Kiedy tak, kiedy nie? Sama nie wiem:D

To wszystko z troski. XD

Wiwat, troska! XD Kiedyś, dla podobnego powodu, kazałam założyć swojej bohaterce bluzę, a wszyscy w głowę zachodzili po co?

 

Nie bój nic, nie zapomnę zaprosić:) Teraz pewnie juz bym to zrobiła, ale „korona…” mi czas zaburzył i nic nie skończone.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

CM-ie, pięknie dziękuję za rozjaśnienie sprawy serc i ogromnie się cieszę, że łapanka tak bardzo przypadła Ci do gustu. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Przynoszę radość

W takich przypadkach uważałabym, ponieważ  <i tu wygłoszę herezje> poprawnie i jak należy nie zawsze jest lepiej i ułatwia kształtowanie własnego stylu. Kiedy tak, kiedy nie? Sama nie wiem:D

Chyba najlepiej przemycać “mojość” krok po kroku i czekać, aż czytający się przyzwyczają. ;-)

Wiwat, troska! XD Kiedyś, dla podobnego powodu, kazałam założyć swojej bohaterce bluzę, a wszyscy w głowę zachodzili po co?

Widzisz, i tak to właśnie jest. ;)

Człowiek chce być troskliwy i na końcu musi się jeszcze z tego tłumaczyć. XD

 

Reg, ja również pięknie dziękuję za pomoc. Statystyka wskazuje, że pod względem błędów przez pół tekstu broniłem się w miarę dzielnie. ;-)

No i następnym razem spróbuję w końcu tak napisać opowiadanie, żeby odpowiedzi można było znaleźć w tekście, a nie w moich komentarzach. :-)

 

Witam i tajną współpracownicę Użytkowników!

Anet, cześć!

Dziękuję za poświęcony czas. Torba cukierków za przebrnięcie przez tekst.

Podziękował również za opinię. Bardzo ona mnie cieszy, bo obawiałem się, że może być tylko sympatyczne. A gdzieś tam strach podpowiadał, że może i tylko dobrze się czytało. ;-)

No i nie mogę nie zapytać: gdzie zgubiłaś awatar? ;)

Jakaś konspiracja wynikająca z konszachtów z Użytkownikami? ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ło matko, wystraszyłeś mnie ;)

Jak to jest, że mój komentarz ma pięć liter, a Twój aż tyle? 

Nie chcę siać paniki, ale zdarza się, że coś mnie nie porywa, więc wiesz, mogło być naprawdę źle ;)))

Awatar jest nieaktualny, a moja pomysłowość w tym zakresie jest mniej więcej na tym samym poziomie, co przy komentowaniu, toteż za dużo nie można się po mnie spodziewać ;)

A konspiracja jest taka, że nawet mi nie powiedzieli, że w niej jestem ;)))

 

 

Ha! Ha!

Nie wiedziałam, że znam tyle liter ;)

Przynoszę radość

Ło matko, wystraszyłeś mnie ;)

Jak to jest, że mój komentarz ma pięć liter, a Twój aż tyle? 

Sprytnie wyciągnąłem od Ciebie dłuższy komentarz, co? XD

Nie chcę siać paniki, ale zdarza się, że coś mnie nie porywa, więc wiesz, mogło być naprawdę źle ;)))

Wiem, wiem. Twoje “nie porwało” łamie autorom kariery i psychiki. ;-)

Awatar jest nieaktualny, a moja pomysłowość w tym zakresie jest mniej więcej na tym samym poziomie, co przy komentowaniu, toteż za dużo nie można się po mnie spodziewać ;)

Za niedługo święta, może wklej sobie zajączka? :)

A konspiracja jest taka, że nawet mi nie powiedzieli, że w niej jestem ;)))

Tak to właśnie jest z tymi Użytkownikami. ;-)

Ha! Ha!

Nie wiedziałam, że znam tyle liter ;)

A ja teraz będę mógł szpanować, że dostałem długi komentarz od Anet. ;-)

Ale się będę puszył! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Za niedługo święta, może wklej sobie zajączka? :)

Nie no, zajączek był na poprzednie święta ;)

Rzeczywiście mnie podszedłeś. Spryciarz!

Przynoszę radość

Nie no, zajączek był na poprzednie święta ;)

No to może baranek? ;-)

Rzeczywiście mnie podszedłeś. Spryciarz!

Zgaduję, że drugi raz nie dasz się na to złapać? XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Besnic i Amri nie wracali. Nie powinno to budzić obaw załogi. Zakładali opóźnienia w przypadku jakiegoś odkrycia. A jednak bali się. Wypełniał ich świdrujący defetyzm.

Tutaj jest problem z podmiotem domyślnym. Liczba mnoga sugeruje Besnica i Amriego, kontekst sugeruje załogę. Niejasne.

Był to wolny marsz, wypełniony ciężarem, którego nie potrafili nazwać.

Gdybym był Tarniną, napisałbym tu “hmm”.

Ogólnie ten pierwszy rozdział nieco zalatuje infodumpem. Za dużo opowiadasz, za mało pokazujesz. Trudno wzbudzić w czytelniku strach, opowiadając, że bohaterowie się bali. Lepiej to pokazać, okrasić jakimś intrygującym dialogiem. Póki co mam wrażenie, że bardzo chcesz bym się bał, ale chęć autora a dusza czytelnika to dwa różne byty.

Dobra. Czytam dalej.

– To samo, co z Carillem – dokończył technik i zrobiwszy kilka ostatnich kroków, wszedł do stacji, osuwając się na najbliższe krzesło. Drżącą dłonią zrzucił kaptur, chustę, po czym jego ręce opadły bezwładnie na kolana. Był wyczerpany.

Końcówka zbędna. Osłabia wydźwięk całej sceny, skądinąd całkiem niezłej. Było w ten sposób pogrywać sobie od początku.

Relacja Amriego była niespójna. Mówił krótkimi, szarpanymi zdaniami, to przeskakując z wątku na wątek, to zatracając się w zwykłych drobiazgach. Grenier z Yedlinem usiłowali składać z tych słów jako taki obraz wypadków.

Wyszli przed jedenastą.

Było napisać tę niespójną relację, dialogi z szarpanymi zdaniami, przeskoki z wątku do wątku…

A Ty podajesz nam tu wersję ugrzecznioną i poukładaną.

Ten zaczął w pewnym momencie miotać na oślep śnieżkami, w ten dziwaczny sposób szukając wykrycia sił.

“Hmm” po raz drugi.

Oni zaś, myślał, będą trwali na swej warcie, nie odpowiedzi czekając, lecz śmierci, w poświęceniu tyleż heroicznym, co daremnym, bo przecież pojęcia zielonego nie mieli nie tylko, z czym przyszło im się mierzyć, ale i gdzie szukać odpowiedzi.

Dlaczego nagle archaizujesz?

 

 

Będę marudził, CMie, wybacz. Tekst mnie nie porwał, a nawet zmęczył. Wielu rzeczy mi w tej opowieści zabrakło.

– Żywych dialogów, takich naturalnych, które ledwie ocierają się o główny wątek, jakby od niechcenia, zamiast sztucznych wymian zdań, które tu zaserwowałeś.

– Atmosfery stacji antarktycznej. Nie poczułem tego lodu i mrozu, nie poczułem atmosfery ośrodka naukowego, naukowcy nie robili nic konkretnego poza dywagacjami o “duchu”. Nawet “technik” nie wiadomo czym miał się tam zajmować. A przecież skoro robili badania astronomiczne, to czemu nie zabrałeś mnie na chwilę do obserwatorium, skoro był lekarz, to czemu nie pokazałeś jego gabinetu, nawet ten nieszczęsny technik niechby coś naprawił. Niech ta baza żyje, niech ci ludzie będą czymś więcej niż tylko imionami. Niech mają jakieś własne życie. Filozoficzne dywagacje o duchu i strachu to za mało na opowiadanie 40k, musi być coś jeszcze.

– Kolejna sprawa to ten nieszczęsny “duch”. Strasznie mi ta nazwa nie pasowała do zjawiska, które opisywałeś.

– Sposób opowiedzenia historii. Zbyt dużo opowiadasz i wyjaśniasz, zamiast pokazywać i dawać do myślenia. Zbyt często próbujesz wyjaśnić przedstawione zjawiska za pomocą hipotez bohaterów, które mają niewielkie poparcie w faktach i które ciężko jest zweryfikować. Zbyt dużo piszesz o strachu, zamiast go wywoływać. Zamiast intrygować i wprowadzać niepewność.

 

Za co pochwalę? Tekst jest językowo poprawny. Tutaj, pomijając kilka fragmentów wspomnianych wyżej, jest całkiem nieźle.

 

Fabuła i pomysł… hmm. Przy atrakcyjniejszym sprzedaniu tej historii mogłoby wyjść z tego coś niezłego.

 

Na koniec polecę Ci tekst master-of-oriona – Szept Pielgrzymów.

 

Również traktuje o Antarktydzie, również mamy stację badawczą, i jest bardzo możliwie, że to właśnie przez porównanie z tym opowiadaniem moja ocena jest tak krytyczna. Bo Szept Pielgrzymów to jedno z najlepszych opowiadań roku 2018, a podejmując podobny temat, automatycznie poprzeczkę zawiesiłeś sobie bardzo wysoko.

To ja może powiem tak.

Koncepcyjnie tekst jest znakomity. Pomysł świetny, idea tego, czym jest “duch” bardzo obiecująca, błyskotliwa. Psychologicznie – jakiś czas temu przetoczyła się nam na forum dyskusja o elementach obyczajowych w fantastyce i uważam, że Twoje opowiadanie mogłoby w niej służyć za dobry przykład, bo bardzo udanie łączysz w nim fantastykę z analizą stanu psychicznego bohaterów. Przekonująco i prawdziwie pokazujesz, co się dzieje z ludźmi w izolacji i zetknięciu z nieznanym. 

Gdybym miała oceniać twoje opowiadanie w kategoriach “piórkowych”, moim głównym NIE byłby styl, gdzieniegdzie mało naturalny (w paru, wypomnianych powyżej przez innych czytelników momentach, też chciałam, jak Tarnina, powiedzieć “hmmm”), ale to są rzeczy łatwe do poprawy. Generalnie tekst uważam za bardzo udany, a jego lektura dostarczyła mi sporo satysfakcji.

Powitał wszystkich niepowitanych. ;-)

Darujcie lekki poślizg w odpowiedzi, ale wiecie, jak to jest: praca nie beret, nie rzucisz. ;)

 

Chrościsko, cześć!

Na początek tradycyjnie podziękował za lekturę i komentarz. Brawa i fanfary za dobrnięcie do ostatniej kropki. Jeśli tekst nie porwał, to tym bardziej jestem wdzięczny za przeczytanie do końca. Krótkie to opowiadanie nie jest. ;)

Dlaczego nagle archaizujesz?

Trochę wyżej rozmawiałem z Asylum o “mojości”. I to jest właśnie ta jej część. Wiem, że to niedobrze, ale za diabła nie jestem w stanie jej sobie odpuścić. ;-)

Będę marudził, CMie, wybacz.

Lepiej szczerze marudzić niż nieszczerze chwalić. :)

Na koniec polecę Ci tekst master-of-oriona – Szept Pielgrzymów.

Czytałem. Zresztą, krótko po publikacji mojego tekstu. Asylum polecała mi go na becie.

 

Daruj trochę zwięzłą odpowiedź na Twój obszerny komentarz (raz jeszcze za niego dziękuję, bo też nie jest tak, że przyjmuję go do wiadomości i tyle; wracam często do takich opinii i staram się, na ile mogę, wyciągać wnioski z błędów), ale i trudno mi z Twoimi uwagami polemizować. Są trafne, poparte konkretnymi argumentami. Choćbym chciał się jakoś “pobronić” to… nie bardzo mam czym walczyć. XD

Mogę tylko próbować zrobić z nich w przyszłości użytek. Po to przecież publikujemy.

Ja publikując, byłem świadomy tego, że nie jest to wielkie dzieło i że będzie się musiało bronić mimo pewnych niedociągnięć. Więcej, ja już pisząc miałem świadomość, że mi pewne rzeczy nie zagrają. ;-) Czasem, choćbyś chciał napisać lepiej, już zwyczajnie “nie ma z czego”. ;-)

W każdym razie jestem wdzięczny za każdą sekundę, którą poświęciłeś na ten tekst, bo z takich opinii czerpię dużo. Nie zawsze jestem w stanie zrobić bezpośredni użytek, ale choćby MaSkrol mi świadkiem, że pamiętam te komentarze.

Podziękował raz jeszcze.

 

Asylum, dziękuję za heroiczną obronę. Co prawda, “znikniętą”, ale zdążyłem zauważyć! :-)

A jeśli już piszemy o zniknięciach: To ja tu haruję jak wół, nabijając offtop, na czym się da, bezczelnie wciągając Anet w dłuższy komentarz, a Wy mi tak po prostu, ordynarnie kasujecie komentarze?! XD

Wracać mi je w tej chwili! XD

 

Ninedin, powitać!

Dziękuję za poświęcony czas oraz opinię. Nie będę ukrywał, zakładałem, że wpadasz wbić ostatniego gwoździa do mojej trumny, więc cieszę się, że przestrzeliłem z wróżbami. ;-)

Cieszy mnie pochwała koncepcji, bo jeśli coś mi miało bronić tekstu, to właśnie ona. Jeśli chodzi o styl, to mogę tylko rozłożyć ręce. Jak pisałem wyżej, czasem, nawet jeśli bardzo chcemy, nie ma z czego.

Fajnie, że uważasz tekst za udany. :-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

To ja tu haruję jak wół, nabijając offtop, na czym się da, bezczelnie wciągając Anet w dłuższy komentarz, a Wy mi tak po prostu, ordynarnie kasujecie komentarze?! XD

Podglądałeś, CMie, nie godzi się tak!:) Myśmy sobie na boku ucięli mini pogawędkę, aby krew w żyłach szybciej zaczęła do serca wracać. Bo wiesz, kiedy się człowiek “zastoi”, “zależy” to niemrawość na plan pierwszy zaczyna wychodzić, a tuż za nią spleen.

A komentarze już gdzieś w niebie są, bez namysłu były pisane. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A komentarze już gdzieś w niebie są, bez namysłu były pisane. xd

No właśnie, w niebie. Nie były godne kalać Twego opowiadania. ;)

Ale jak Ci bardzo zależy, to na pewno z Asylum możemy jakiś minikonflikt wywołać… a potem się będziemy godzić… gdzieś na osobności. ;)

:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Myśmy sobie na boku ucięli mini pogawędkę, aby krew w żyłach szybciej zaczęła do serca wracać.

Na boku pod opowiadaniem autora? Geniusze konspiracji! XD

A komentarze już gdzieś w niebie są, bez namysłu były pisane. xd

No właśnie, w niebie.

To skoro takie niegodne i nieprzemyślane, to czym sobie zasłużyły na pójście do nieba? ;-)

Już prędzej piekło. Albo czyściec.

Nie były godne kalać Twego opowiadania. ;)

Ułaskawiam je! Niech kalają! XD

I wezwą kilku kolegów to może dobiję do dwustu komentarzy. ;-)

Ale jak Ci bardzo zależy, to na pewno z Asylum możemy jakiś minikonflikt wywołać…

Chciałem prowokująco napisać, że bardzo mi zależy, ale coś tak czuję, że to mogłaby być prowokacja, która na końcu zostanie użyta przeciwko mnie. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

To skoro takie niegodne i nieprzemyślane, to czym sobie zasłużyły na pójście do nieba? ;-)

Już prędzej piekło. Albo czyściec.

Lekkie były, w dodatku podnieśliśmy miejscowo temperaturę, aby diabełek pyłowy się uformował i je  porwał. Co potem z nimi się stało? Najpewniej do czyśćca trafiły i podlegają obróbce, ale ponoć wiek bedą musiały tam spędzić, tak słyszałam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cały wiek?! ;)

Było poprosić, CM udzieliłby rozgrzeszenia, zadał łagodną pokutę. ;-)

Pomińmy litościwie fakt, że na tę jakże długą i błyskotliwą odpowiedzieć potrzebowałem półtorej dnia.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Sceneria okołobiegunowa powoli robi się popularna. Grupka ludzi odciętych od świata (na ogół bystrych, z pomysłami w różnych dziedzinach), mróz, dłuuuuga noc… To daje pewną egzotykę i duże możliwości.

Interesującą hipotezę wymyśla szef bandy. Nie bardzo widzę wystarczające przesłanki, ale niech mu będzie. W sumie nie wiadomo, czy miał rację.

Ale gdyby te duchy rozpełzły się po całej Ziemi… Też by mogło być interesujące. Będzie sequel?

Mrozu specjalnie nie widać. Nawet piszesz o rzucaniu śnieżkami, a one im zimniej, tym gorzej się kleją.

I właściwie nie bardzo rozumiem, dlaczego nikt nie może do nich dotrzeć z powodu temperatury. Samolotom i helikopterom mróz tak bardzo przeszkadza?

No, CM, jestem pod wrażeniem – grubo ponad setka komciów i to beze mnie. Nie wiem, czy powinnam czuć się zazdrosna, czy niepotrzebna. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzień dobry Finklom.

A właściwie dobry wieczór.

Nudno tu było bez Finklów. ;-)

 

Na początek tradycyjnie: podziękował za poświęcony czas i komentarz. Burza oklasków za dobrnięcie do ostatniej kropki tekstu. ;)

Interesującą hipotezę wymyśla szef bandy. Nie bardzo widzę wystarczające przesłanki, ale niech mu będzie. W sumie nie wiadomo, czy miał rację.

Miałem trochę problem z uwiarygadnianiem, dlatego poszedłem w innym kierunku. Generalnie wyszedłem z założenia, że jeśli mam to uwiarygadniać, to wolę poprzez osobne opowiadanie i wyprawę na tę planetę.

Co prawda, to opowiadanie pewnie nigdy nie powstanie, ale zawsze to jakieś usprawiedliwienie, dlaczego tak, a nie inaczej. ;-)

Będzie sequel?

Zdecydowanie nie. XD

Ja się tak nacierpiałem przy pisaniu tego tekstu, że nigdy więcej! ;-)

Już nie wspominając o tym, jak się musiały męczyć ze mną moje bety. Liczba komentarzy nie wzięła się z niczego.:)

Jeszcze jeden poważniejszy tekst na Kawkę i wracam do Quetzalcoatli i im podobnych. ;-)

Mrozu specjalnie nie widać. Nawet piszesz o rzucaniu śnieżkami, a one im zimniej, tym gorzej się kleją.

Wiem. Nie widać. Pisząc ten tekst czułem się jak taki gość, który trzyma dziesięć sznurków od kukiełek naraz i desperacko walczy, żeby mu nie wypadły. Stwierdziłem, że ten jedenasty sobie odpuszczę, nawet kosztem zebrania po łbie. ;)

I właściwie nie bardzo rozumiem, dlaczego nikt nie może do nich dotrzeć z powodu temperatury. Samolotom i helikopterom mróz tak bardzo przeszkadza?

Robiąc research pod taką stację trafiłem na informację, że lądowanie wszelkimi statkami powietrznymi przez sześć miesięcy w roku, ze względu na niskie temperatury, jest niemożliwe.

No, CM, jestem pod wrażeniem – grubo ponad setka komciów i to beze mnie. Nie wiem, czy powinnam czuć się zazdrosna, czy niepotrzebna. ;-)

W przypadku tego tekstu wystarczyło się porwać z motyką na słońce, żeby te komentarze nazbierać. Przy kolejnych opowiadaniach, polując na setkę komentarzy, jak zwykle będę tęskno wyglądał przybycia i wsparcia Finklów. ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas. Widzę, że kolejka sukcesywnie się zmniejsza. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

A, daj spokój, nie było tak ciężko, żeby oklaski się należały.

Oj tam, oj tam, nie jeden dobry tekst rodzi się w bólach. Takie życie, takie pisanie.

OK, nie można lądować, to nie można. Może guma w oponach robi się zbyt krucha? Diabli wiedzą…

Widzę, że kolejka sukcesywnie się zmniejsza. :)

Kpisz, czy o drogę pytasz? Twój tekst nie był w kolejce, tylko w tych czytanych na bieżąco. Tak że tego… Do kolejki to już dawno nie zaglądałam. Podejrzewam, że się te teksty mnożą, kiedy nie patrzę. A tu jeszcze Wiewiórki wypada poczytać i zagłosować…

Babska logika rządzi!

A, daj spokój, nie było tak ciężko, żeby oklaski się należały.

Każdy dostawał jakąś nagrodę.

Jakże mógłbym w takim wypadku dyskryminować wyczekiwanych Finklów? ;)

Oj tam, oj tam, nie jeden dobry tekst rodzi się w bólach.

Ale zazwyczaj to nie są moje bóle. XD

Kpisz, czy o drogę pytasz? Twój tekst nie był w kolejce, tylko w tych czytanych na bieżąco. Tak że tego…

Ale jesteś już na drugiej stronie poczekalni. W dodatku limity konkursów wiewiórkowych i kawkowych sprawiają, że raczej nie trafi Ci się w najbliższym czasie zbyt wiele opowiadaniowych cegieł. Zawsze to jakiś pozytyw.

Podejrzewam, że się te teksty mnożą, kiedy nie patrzę.

Nom. To jest jakaś masakra. I nawet nie ma kiedy nadrabiać, bo ledwo się skończy jeden konkurs, a już ogłaszają następny.

Ja tylko czekam, ile tekstów pojawi się na konkurs kawkowy.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Taaa, z bieżącymi jestem już na drugiej stronie. Nawet nie wiem, czy to powód do radości.

Zaczęłam czytać teksty marcowe, pojawiłam się na liście marcowych komentatorów, wywalczyłam sobie dobrą pozycję w pierwszej czterdziestce. No, jednak sukces. ;-)

Masakra jest – już nawet Reg wymiękła i nie czyta wszystkiego. To chyba początek armageddonu.

A właśnie, muszę się zastanowić nad hasłem na Kafkę…

Babska logika rządzi!

Taaa, z bieżącymi jestem już na drugiej stronie. Nawet nie wiem, czy to powód do radości.

Zdaje się, że wcześniej byłaś na trzeciej, więc można powiedzieć, że szklanka jest przynajmniej do połowy pełna. ;)

Zaczęłam czytać teksty marcowe, pojawiłam się na liście marcowych komentatorów, wywalczyłam sobie dobrą pozycję w pierwszej czterdziestce. No, jednak sukces. ;-)

Ja, żeby tam sobie wywalczyć dobre miejsce, musiałbym zmienić nieco kryteria na tej liście. Gdyby zamiast liczby komentarzy była liczba znaków w komentarzach, wtedy ewentualnie mógłbym walczyć. ;)

Masakra jest – już nawet Reg wymiękła i nie czyta wszystkiego. To chyba początek armageddonu.

Tyle chociaż dobrze, że tekstów konkursowych już nie ma w dyżurach, bo mielibyśmy chyba kolejną masową ucieczkę jak w wyborach do Loży.

Swoją drogą, ile ja się musiałem nakombinować, że znaleźć termin do publikacji tego tekstu. :)

A właśnie, muszę się zastanowić nad hasłem na Kafkę…

To jest tak pokręcony konkurs, że tu każde hasło jest dobre. XD

Ja napisałem pół tekstu pod jedno hasło, później się okazało, że muszę je zmienić i… nawet nie wpłynęło to na fabułę mojego opowiadania. ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Masakra jest – już nawet Reg wymiękła i nie czyta wszystkiego.

Reg nie wymięka, choć zaległości sięgają stycznia. Na razie gonię Wiewiórki, ale bez łapanek. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

CM, no, jeśli tak na spojrzeć – faktycznie płynu w szklance przybywa.

Nie narzekaj, kiedy ostatnio sprawdzałam, byłeś klasyfikowany wyżej niż ja. Gdyby liczyły się komentarze, też miałbyś niezłą lokatę – talent do offtopów masz. ;-)

Owszem, Kafka pokręcona/pokręcony wybitnie.

 

Reg, racja – nie wymiękasz. Zwracam honor. Ale uganiać się za stadem wiewiórek – beznadziejna sprawa. A przecież wypada, bo głosowanie…

Babska logika rządzi!

A przecież wypada, bo głosowanie…

A głosowania, o ile wiem, nie odwołano. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może chociaż naciśniemy na Drakainę, żeby przesunęła termin. :-)

Babska logika rządzi!

Może chociaż naciśniemy na Drakainę, żeby przesunęła termin. :-)

O, to bardzo by się przydało. ;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja już przy gonieniu wiewiórek wywiesiłem białą flagę. ;-)

Poczekam, aż się zmęczą i wtedy je capnę. :-)

Pewnie koło maja, o ile trafi się wreszcie jakiś miesiąc bez konkursów.

Nie narzekaj, kiedy ostatnio sprawdzałam, byłeś klasyfikowany wyżej niż ja. Gdyby liczyły się komentarze, też miałbyś niezłą lokatę – talent do offtopów masz. ;-)

Faktycznie, jak tak teraz spojrzałem, to jesteśmy całkiem blisko siebie. ;-)

Ale to chwilowe. bo u mnie zanosi się na komentarzowy zastój.

Nom, gdyby brać pod uwagę offtopy, trzymałbym się całkiem nieźle. :)

Owszem, Kafka pokręcona/pokręcony wybitnie.

Powinna byś jakaś specjalna nagroda za najdziwniejszy tekst.

I specjalna opieka ze strony psychiatry dla jurorów. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Z majem – dobry pomysł! Wstępnie też tak zakładałam. 

Jurorom spółczuję z akcji i ilości, bo z dziwnością na razie nie jest źle, to znaczy dobrze.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Swoją drogą to ciekawe, że akurat ten konkretny konkurs cieszy się aż takim zainteresowaniem. Niby wiadomo, że nie wszyscy napiszą, ale ta liczba zgłoszeń i tak robi ogromne wrażenie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

to ciekawe, że akurat ten konkretny konkurs cieszy się aż takim zainteresowaniem.

Zabawa z wybieraniem tematu? Dziwność, odczucie które chociaż raz w życiu każdy z nas doświadczył?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fakt, ta zabawa na pewno ma znaczenie. To chyba jedyna taka okazja, żeby wyobraźnia zabrała nas w miejsca tak dziwaczne, że o ich istnieniu nigdy byśmy nie pomyśleli. ;-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Tera ja. 

Choć po takiej ilości komentarzy moje trzy grosze będą raczej jedynie musztardą po obiedzie, piątą wodą pod kisielu, babą z wozu oraz wściubianiem nosa między drzwi. Gdyż niczego nowego nie powiem, a zapewne narażę się na gniewne zafalowanie Twych pierzasto-wężowych splotów. 

Bowiem jest to porządny tekst, porządnie napisany, z porządnym pomysłem i porządnie zbudowanym klimatem, o porządnie skonstruowanych postaciach. Aż tyle i tylko tyle. Używając ulubionych przeze mnie a niezrozumiałych dla większości motoryzacyjnych porównań – jak zwykła Toyota. Porządna i niezawodna, ale zdecydowanie niewystarczająca, by się zachwycić. Do tego potrzebny jest… no, może nie Lexus LFA, ale przynajmniej Supra. 

A do Supry CMentarzowi daleko. Z powodów, które już znasz, bo oryginalny nie będę i musiałbym powtórzyć większość zarzutów, które postawili przedpiścy. Przede wszystkim pomieszanie "show" i "tell." Pomijam już fakt, że przypadku tekstu tego typu "show" jest zdecydowanie bardziej porządany. Ale opisywanie "widocznych" efektów stanu psychicznego postaci, a potem doklepywanie i podkreślanie tego dokładnym stanu owego określeniem nie dość, że powoduje okropne przegadanie, to jeszcze wywołuje u czytelnika wrażenie, że autor jest niedoświadczony, niepewny i nie ufa możliwościom swojego "show". 

To samo dotyczy tego, o czym pisał bodajże Chrościsko – brakuje momentów z "życia" stacji, opisów codzienności naukowców. Po pierwsze wydaje się, że oni siedzą tam tylko po to, by siedzieć i dostawać pierdolca (coś tam wspominasz o przygotowaniach do misji marsjańskich, ale miałem wrażenie, że to raczej tak przy okazji, że nie jest to główny cel istnienia stacji i przebywania tam załogi) a po drugie, gdy opisujesz codzienne życie i rutynowe badania obsady "Nowego Świata", dosypując do tego niepokojące ziarenko niezwykłości i niesamowitości łamiące zwyczajność, to nie dość, że budujesz w ten sposób znakomity klimat, to jeszcze przygotowywujesz znakomity grunt pod późniejsze straszenie (patrz "Szept Pielgrzymów"). Kilka takich krótkich scen zastępuje całe akapity ględzenia o tym, jak to bohaterowie się boją, jak męczą, jak cierpią i jak przytłacza ich zimna, polarna noc. 

Dalej – scenografia. Nie można nie pochwalić umieszczenia akcji na odizolowanej antarktycznej placówce, i to jeszcze w czasie polarnej nocy. +10 do atmosfery. Ostatnio jednak zaczynam uważać, że taki setting to niemal jak nordyccy bogowie w różnych konfiguracjach, albo zaczynanie tekstu fantasy od sceny karczemnej… Typowe, panie, typowe. 

Pomysł na pierwszy kontakt, w którym główną rolę odgrywa inność urządzenia obcych, wykluczająca porozumienie/zrozumienie był wałkowany na tyle różnych sposobów, ile jest rodzajów płatków śniegu na Antarktydzie (Eee… To chyba wcale nie jest aż tak nieprzeliczona liczba, bo tam to chyba bardziej lód niż śnieg, opady blisko biegunów blizej są tym pustynnym, niźli tropikalnym) ale jest to temat zawsze nośny, zawsze interesujący i zawsze można z niego wiele wycisnąć. Tutaj jednak nie doprowadziłeś sprawy do wyjaśnienia i rozwiązania, co oczywiście nie jest wadą samo w sobie. Ale powoduje, że pomysł nie jest centralnym punktem ani osią fabuły. Natomiast sam tekst jest tylko i wyłącznie o tym, co bohaterowie czują w starciu z nieznanym, co myślą, jak bardzo się boją, jak ich to przytłacza… O całym tym ględzeniu, które wcale nie jest porywające, ani bardzo interesujące. A byłoby wystarczająco wymowne, gdyby je solidnie skrócić.

I gdyby tak jeszcze doprawić opowiadanie jakimś oryginalnym i satysfakcjonującym rozwiązaniem historii, nie pozostawiając jej w sferze domysłów i mniemań bohaterów, to uuu-la-la! 

No i jeszcze metody badawcze. Wydaje mi się, że rzucanie śnieżkami (swoją drogą Finkla ma rację – próbowałeś zrobić kulkę ze śniegu przy, powiedzmy, minus dziesięciu?) jako jedyny niesamobójczy sposób na nawiązanie interakcji, to mało naukowe podejście. Bo strach, strachem, ale w grupie facetów zagrożenie i kontakt z nieznanym działa nie tylko destrukcyjnie, ale też mobilizująco. Zwykła naukowa ciekawość, fascynacja, ekscytacja, chęć "pokonania" przeciwności/wroga wcale nie ustępowałyby pola lękowi, depresji i przytłaczającemu poczuciu bezsilności. Nie mogli eksperymentować? Nie mieli narzędzi badawczych, choćby termometrów? Nie mogli sprawdzić jak "duch" zareaguje na kontakt z jakąś przeszkodą? Pojazdem? Czymkolwiek? 

Aha, słówko na temat stylu. Jak wspomniałem, jest porządny. Ale jestem wyczulony (przeczulony?) na rytm zdań, w którym powinno się unikać przede wszystkim monotonii. A u Ciebie zdarza się, że kilka następujących po sobie zdań ma bardzo podobną długość i budowę. To się sprawdza w scenach akcji (choć nie do końca – niezbędna jest jeszcze odpowiednia budowa owych zdań) i przede wszystkim w opisach monotonnych, rutynowych czynności lub wrażenia, jakie to wywołuje u bohatera. Albo w napakowanych ironicznym humorem akapitach w stylu ciapkowych opowieści. Natomiast w opisach otoczenia, albo (jak w CMentarzu) opisach uczuć i emocji postaci, monotonia sekwencji podobnie zbudowanych, krótkich zdań powoduje emocjonalną suchość, dystans i "sprawozdaniowość", dodatkowo wywołując wrażenie, że autor jest niewprawny. Coś jak trójkowe deklamowanie wiersza na polskim. 

Oj, rozmarudziłem się, i to krytycznie, nierozsądnie narażając się na odwetową Klątwę Włochatego Jaszczura. To jest, chciałem powiedzieć, Pierzastego Węża. Ale lektura wcale nie była taka nieprzyjemna, jak mogłoby to wynikać z mojego mędzenia. Była porządna (tak, słowo "porządnie" jest sponsorem dzisiejszego komentarza), łatwa, bezpieczna, spokojna, gładka. Lecz nie porywająca.

Jak jazda zwykłą Toyotą. 

Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo dziesiątki milionów ludzi jeździ Toyotami i nie narzeka, ba, niczego więcej im do szczęścia nie trzeba. 

Ale każda Toyota, z którą rozmawiałem, marzyła o tym, by być Lexusem LFA. Albo przynajmniej Suprą. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To wychodzi na to, że tera znowu ja. ;-)

Dzień dobry Thargonowi. Widzę, że muminki wróciły do łask. :-)

Na początku tradycyjnie: podziękował za poświęcony czas i obszerny komentarz.

I równie tradycyjna nagroda za dobrnięcie do ostatniej kropki:

 

Muszą Ci wystarczyć oklaski, bo kończą mi się pomysły na nagrody. ;)

 

Chciałbym również napisać, że udało Ci się uniknąć gniewu Quetzalcoatla, ale… to nieprawda. ;-)

Rytualny ołtarz już czeka, podobnie jak kilku rozśpiewanych gości w pióropuszach, trzymających efektowne noże z obsydianu. ;-)

Gdyż niczego nowego nie powiem,

Ale przynajmniej zrozumiesz, kiedy napiszę, że ja po takiej liczbie odpowiedzi na komentarze też już żadnych nowych usprawiedliwień nie znajdę. :D

Jako jednak, że jestem Ci niewymownie wdzięczny za poświęcony czas, oczywiście napiszę coś więcej niż zdawkowe: podziękował i do widzenia.

Pozwolę sobie mianowicie na parę uwag do Twojego komentarza, bo sposób jego zapisu sprawia, że ten końcowy wydźwięk nie jest tak wyrazisty jak mógłby.

Na przykład ten fragment:

Bowiem jest to porządny tekst, porządnie napisany, z porządnym pomysłem i porządnie zbudowanym klimatem, o porządnie skonstruowanych postaciach. Aż tyle i tylko tyle. Używając ulubionych przeze mnie a niezrozumiałych dla większości motoryzacyjnych porównań – jak zwykła Toyota. Porządna i niezawodna, ale zdecydowanie niewystarczająca, by się zachwycić. Do tego potrzebny jest… no, może nie Lexus LFA, ale przynajmniej Supra. 

Dość spore nagromadzenie słów sprawia, że nie do końca widać tu wyraźnie to, co zamierzałeś podkreślić.

Ostatnio opracowałem tekstową dietę gilotyną. Niestety, nie zdążyłem z nią na to opowiadanie, przez co “Cmentarz” jest trochę przy kości.

Zademonstruję Ci jednak, jak można było prosto przekazać pogląd zawarty w tym fragmencie przy pomocy minimum słów:

Bowiem jest to porządny tekst, porządnie napisany, z porządnym pomysłem i porządnie zbudowanym klimatem, o porządnie skonstruowanych postaciach. Aż tyle i tylko tyle. Używając ulubionych przeze mnie a niezrozumiałych dla większości motoryzacyjnych porównań – jak zwykła Toyota. Porządna i niezawodna, ale zdecydowanie niewystarczająca, by się zachwycić. Do tego potrzebny jest… no, może nie Lexus LFA, ale przynajmniej Supra. 

Zobacz. Połowę mniej słów, a wydźwięk jasny i czytelny. Wyrażasz swój zachwyt, co oczywiście jest zrozumiałe, bo to przecież świetny tekst.

Albo tutaj:

A do Supry CMentarzowi daleko. Z powodów, które już znasz, bo oryginalny nie będę i musiałbym powtórzyć większość zarzutów, które postawili przedpiścy. Przede wszystkim pomieszanie "show" i "tell." Pomijam już fakt, że przypadku tekstu tego typu "show" jest zdecydowanie bardziej porządany. Ale opisywanie "widocznych" efektów stanu psychicznego postaci, a potem doklepywanie i podkreślanie tego dokładnym stanu owego określeniem nie dość, że powoduje okropne przegadanie, to jeszcze wywołuje u czytelnika wrażenie, że autor jest niedoświadczony, niepewny i nie ufa możliwościom swojego "show". 

Znów, długie jak diabli, a przecież clou wypowiedzi zawarte jest właściwie w dwóch zdaniach:

A do Supry CMentarzowi daleko. Z powodów, które już znasz, bo oryginalny nie będę i musiałbym powtórzyć większość zarzutów, które postawili przedpiścy. Przede wszystkim pomieszanie "show" i "tell." Pomijam już fakt, że przypadku tekstu tego typu "show" jest zdecydowanie bardziej porządany. Ale opisywanie "widocznych" efektów stanu psychicznego postaci, a potem doklepywanie i podkreślanie tego dokładnym stanu owego określeniem nie dość, że powoduje okropne przegadanie, to jeszcze wywołuje u czytelnika wrażenie, że autor jest niedoświadczony, niepewny i nie ufa możliwościom swojego "show". 

 

Zobacz, cały sens wypowiedzi zawarty w jednym zdaniu. I jeszcze uwaga na marginesie: wywołuje nie jest synonimem “robi”. I winno być na czytelniku, nie u czytelnika. O tak:

Przede wszystkim pomieszanie “show” i “tell” robi na czytelniku wrażenie.

Oczywiście jest to pochwała całkowicie zrozumiała. Tekst jest elastyczny, wszechstronny. Ale jeśli próbujesz to wyjaśnić przy pomocy zbyt dużej liczny słów, ten kluczowy wydźwięk się rozmywa.

Kolejny fragment:

To samo dotyczy tego, o czym pisał bodajże Chrościsko – brakuje momentów z "życia" stacji, opisów codzienności naukowców. Po pierwsze wydaje się, że oni siedzą tam tylko po to, by siedzieć i dostawać pierdolca (coś tam wspominasz o przygotowaniach do misji marsjańskich, ale miałem wrażenie, że to raczej tak przy okazji, że nie jest to główny cel istnienia stacji i przebywania tam załogi) a po drugie, gdy opisujesz codzienne życie i rutynowe badania obsady "Nowego Świata", dosypując do tego niepokojące ziarenko niezwykłości i niesamowitości łamiące zwyczajność, to nie dość, że budujesz w ten sposób znakomity klimat, to jeszcze przygotowywujesz znakomity grunt pod późniejsze straszenie (patrz "Szept Pielgrzymów"). Kilka takich krótkich scen zastępuje całe akapity ględzenia o tym, jak to bohaterowie się boją, jak męczą, jak cierpią i jak przytłacza ich zimna, polarna noc. 

 

Zobacz. Dwa zdania będące esencją tego fragmentu trzeba wydłubywać z całych zdaniowych fałd. Doświadczony autor oczywiście będzie rozumiał, na co w danym komentarzu zwrócić uwagę. Ale taki świeżak? Mógłby nieopatrznie zrozumieć, że krytykujesz jego tekst. Że nie znalazłeś w nim tej jakości, która jest tak ewidentna, że nawet nie trzeba jej szukać.

Dalej – scenografia. Nie można nie pochwalić umieszczenia akcji na odizolowanej antarktycznej placówce, i to jeszcze w czasie polarnej nocy. +10 do atmosfery. Ostatnio jednak zaczynam uważać, że taki setting to niemal jak nordyccy bogowie w różnych konfiguracjach, albo zaczynanie tekstu fantasy od sceny karczemnej… Typowe, panie, typowe. 

Tu już jest nieco lepiej. Ledwie dwa niepotrzebne zdania. Jakbyś w końcu znajdował właściwy rytm komentarza. Co prawda, dalej jest w nim trochę zbędnych słów, ale jak widzisz, z dietą gilotynową łatwo się ich pozbyć.

Niestety zaraz ten rytm gubisz:

Pomysł na pierwszy kontakt, w którym główną rolę odgrywa inność urządzenia obcych, wykluczająca porozumienie/zrozumienie był wałkowany na tyle różnych sposobów, ile jest rodzajów płatków śniegu na Antarktydzie (Eee… To chyba wcale nie jest aż tak nieprzeliczona liczba, bo tam to chyba bardziej lód niż śnieg, opady blisko biegunów blizej są tym pustynnym, niźli tropikalnym) ale jest to temat zawsze nośny, zawsze interesujący i zawsze można z niego wiele wycisnąć. Tutaj jednak nie doprowadziłeś sprawy do wyjaśnienia i rozwiązania, co oczywiście nie jest wadą samo w sobie. Ale powoduje, że pomysł nie jest centralnym punktem ani osią fabuły. Natomiast sam tekst jest tylko i wyłącznie o tym, co bohaterowie czują w starciu z nieznanym, co myślą, jak bardzo się boją, jak ich to przytłacza… O całym tym ględzeniu, które wcale nie jest porywające, ani bardzo interesujące. A byłoby wystarczająco wymowne, gdyby je solidnie skrócić.

Zwróć uwagę, ile autor musi się naszukać, żeby wreszcie znaleźć Twoje faktyczne odczucia względem tego tekstu. Nie trzeba się tak krępować. Można chwalić wprost.

To, żeby nie przedłużać, pójdę trochę na skróty:

No i jeszcze metody badawcze. Wydaje mi się, że rzucanie śnieżkami (swoją drogą Finkla ma rację – próbowałeś zrobić kulkę ze śniegu przy, powiedzmy, minus dziesięciu?) jako jedyny niesamobójczy sposób na nawiązanie interakcji, to mało naukowe podejście.

Zwróć uwagę, że wszystko, co kluczowe, masz tu zawarte w pierwszym zdaniu. A właściwie w części pierwszego zdania. Nie trzeba tego aż tak rozciągać. Ja oczywiście rozumiem chęć wyrażenia uznania dla tej niezwykłej koncepcji literackiej, ale czasem, jeśli piszesz za dużo, jej clou gdzieś zanika.

Aha, słówko na temat stylu. Jak wspomniałem, jest porządny. Ale jestem wyczulony (przeczulony?) na rytm zdań, w którym powinno się unikać przede wszystkim monotonii. A u Ciebie zdarza się, że kilka następujących po sobie zdań ma bardzo podobną długość i budowę.

Tutaj z kolei mamy nieco inny problem. Trzeba bardzo uważać na właściwy dobór słów. Bo monotonia nie jest synonimem urozmaicenia. Ja oczywiście mam pełną świadomość, że utrzymywanie podobnej długości zdań na przestrzeni prawie czterdziestu tysięcy znaków budzi uznanie, czego nie podkreślam jedynie przez swoją skromność, ale gdybym tego nie widział, mógłbym pomyśleć, że mnie krytykujesz.

I jeszcze jeden fragment:

Jak jazda zwykłą Toyotą. 

Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo dziesiątki milionów ludzi jeździ Toyotami i nie narzeka, ba, niczego więcej im do szczęścia nie trzeba. 

Ale każda Toyota, z którą rozmawiałem, marzyła o tym, by być Lexusem LFA. Albo przynajmniej Suprą. 

Tutaj miałeś taki świetny pomysł, aby pomóc sobie efektownym porównaniem. To dobry zabieg. Skraca trochę dystans między autorem, a czytelnikiem. Tworzy większą bezpośredniość. Zdejmuje pewną sztywność z opinii. Tylko znów, to jest napisane bardzo niezgrabnie. Żeby było jasno i czytelnie, powinno być tak:

Ale lektura wcale nie była taka nieprzyjemna, jak mogłoby to wynikać z mojego mędzenia. Była porządna (tak, słowo "porządnie" jest sponsorem dzisiejszego komentarza), łatwa, bezpieczna, spokojna, gładka. Lecz nie porywająca.

Jak jazda zwykłą Toyotą

Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo dziesiątki milionów ludzi jeździ Toyotami i nie narzeka, ba, niczego więcej im do szczęścia nie trzeba. 

 

Widzisz? Wystarczyło napchać trochę nadprogramowych słów i cały właściwy wydźwięk metafory wzięli diabli. A zastosujmy teraz dietę gilotynową i od razu widzimy, co Thargone sądzi o “Cmentarzu”.

Gorzej, że trochę się dalej zapętliłeś w tej metaforze, kompletnie gubiąc dalej jej sens.

Ale każda Toyota, z którą rozmawiałem, marzyła o tym, by być Lexusem LFA. Albo przynajmniej Suprą. 

 

Tutaj nawet nie ma stosować diety gilotynowej, bo ten sens gdzieś kompletnie uleciał w tym zawiłym jak precel zdaniu.

Prawidłowo brzmi tak:

Co prawda, bywały nieliczne przypadki, kiedy Toyota pragnęła stać się Lexusem LFA czy Suprą, ale to są patologie, o których nie warto rozmawiać.

Od razu brzmi jaśniej, prawda?

 

OK, dobra, a teraz poważnie. ;-)

Mam nadzieję, że w tym, co napisałem powyżej, czuje się humorystyczny wydźwięk, bo jeśli istnieją jakieś granice w odpowiadaniu na zarzuty, to prawdopodobnie zdemolowałem je wszystkie. ;-)

A jeśli jednak nie czuje się tego humorystycznego wydźwięku, to wiedz, że… perfidnie unikałem wszelkich emotikonów, żeby zasiać ziarno niepewności. :-)

Widzisz, głupio na tak długi komentarz odpowiadać w dwóch zdaniach, a chyba lepiej dostać taką odpowiedź, niż kolejne morze wyjaśnień, jak to CM-a na więcej nie stać.

To znaczy, może wyjaśnień i tak Cię zaraz zaleje, ale przynajmniej miałeś jakieś urozmaicenie.

OK, krótko, żeby nie powtarzać tego, co pisałem już innym:

 

Był sobie CM. CM wiedział, że nie ma predyspozycji do pisania science-fiction. Ale jego wyobraźnia bardzo pragnęła wymyślać opowiadania science-fiction. Dlatego CM, cierpiąc i błagając o litość, podjął próbę napisania takiego tekstu, by uciszyć swoje sumienie. ;-)

Dlatego jest tylko i aż porządnie. Tylko, bo chciałbym dać czytającym więcej. Aż, bo mnie naprawdę w tej konwencji na więcej nie stać i podkreślam to celowo, bo choćbym teraz napisał i dwadzieścia tekstów w takiej konwencji, to dalej nie będę tego potrafił.

doklepywanie i podkreślanie tego dokładnym stanu owego określeniem nie dość, że powoduje okropne przegadanie, to jeszcze wywołuje u czytelnika wrażenie, że autor jest niedoświadczony, niepewny i nie ufa możliwościom swojego "show".

A to akurat bardzo słuszne wrażenie. ;-)

 

– Za mało “show” w pełni rozumiem. Ale tutaj zwyczajnie tekst mi się rozłaził w dłoniach, że tak to ujmę, więc w pewnym momencie to już była głównie walka o to, żeby jakoś złożyć to opowiadanie “do kupy”.

(swoją drogą Finkla ma rację – próbowałeś zrobić kulkę ze śniegu przy, powiedzmy, minus dziesięciu?)

Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie ma w tekście fantastyki. ;-)

A u Ciebie zdarza się, że kilka następujących po sobie zdań ma bardzo podobną długość i budowę.

A to akurat efekt uboczny pierwszych prób wspomnianej diety gilotynowej. Tekst (tak, to możliwe) był pierwotnie jeszcze bardziej przeciągnięty przez różne zbędne dookreślenia, a kiedy CM się ich pozbył, zostały mu nieraz całe sekwencje krótkich akapitów i już nie bardzo byłem w stanie to odratować.

Albo w napakowanych ironicznym humorem akapitach w stylu ciapkowych opowieści.

A ile to szanowny Thargone miał okazję ich czytać? Bo komentarza nie mam pod żadnym. :-)

I nie, nie targuję się o zaległe komentarze. Ja i tak nie mogę narzekać w tej kwestii, zawsze kilka solidnych opinii pod tekstami mam.

Ale wiesz, jak już żeś się tak wystawił, to chociaż tutaj odpyskuję. ;-)

Coś jak trójkowe deklamowanie wiersza na polskim. 

Ej, trójka to dobra ocena! :-)

Była porządna (tak, słowo "porządnie" jest sponsorem dzisiejszego komentarza), łatwa, bezpieczna, spokojna, gładka. Lecz nie porywająca.

Nie będę Ci ściemniał, w trakcie pisania tego tekstu wziąłbym taki odbiór w ciemno. ;-)

Dobra. Tyle.

Wiem, że szału nie ma, ale czasem trzeba sobie sprawdzić, co możemy, a czego absolutnie nie potrafimy i po to był ten tekst. “Porządnie”, będące sponsorem tego komentarza oznacza, że CM walczył jak mógł, żeby wrzucić w miarę przyzwoity tekst.

Jeszcze raz dziękuję za obszerny komentarz. Ja wiem, ile czasu zajmuje napisanie takiej opinii, więc bardzo doceniam. I, wbrew pozorom, ja naprawdę często do takich komentarzy wracam. Jak nie potrafię skorzystać “bezpośrednio”, to przynajmniej dzielę się nabytą wiedzą pośrednio, poprzez uwagi na becie czy komentarze pod tekstami innych.

Jeszcze raz podziękował i pozdrowił!

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, piękna odpowiedź. Dla mnie to wydobywanie sedna z komentarza Thargone’a jest bombowe. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, starałem się. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

 

Senk yu, Sensei 

 

W zadufaniu swym sądziłem, iż paplanina ma sensem, wiedzą i dobrymi radami wypełniona jest, niczym jezioro Natron rybami, a wszystkie słowa, choć we frymuśne fidrygałki uformowane, na miejscach swych idealnie tkwią, a każde warczy: Nie rusz! 

Aż przyszedłeś Ty, łuskopierzy nauczycielu, ukazując, że mimo swej aparycji nie masz móżdżku gadziego ni ptasiego, lecz Twa kora mózgowa pofałdowana jest bardziej, niźli tyłek Wenus z Willendorf. 

Odkryłeś i objawiłeś mi prawdziwy sens mej porośniętej śliskim mchem słowotoku rozmemłanej argumentacji i wytknąłeś, iż tkwiłem w błędzie. 

O dzięki! 

Od tej pory wszystkie me komentarze skondensowane w formie i czyste w treści będą, nawet ponad buddyjską prostotę wpisów Anet-san. Będą brzmieć: "Ok." oraz "nieok".

A skoroś tak udatnie wykazał, żem w istocie peany pochwalne nad tekstem Twoim piał, to pozostaje mi jeno gnać i do piórka go zgłaszać! 

Mniemam również, iż w związku z zaistniałą sytuacją, ów ołtarz rytualny co czeka, to na tort, a goście rozśpiewani są, bo ćwiczą tradycyjne "Sto lat" w podzięce dla mnie, za tak przychylną recenzję Twego dzieła… 

Och, ja nieroztoropny! Znówżem się rozgadał! Gorze mi! Już milknę się streszczam… 

Pzdr! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ależ piękna wymiana zdań:-)

CMie, nie odżegnywałabym się tak szybko od tej predyspozycji. Przemęczonyś, zziębnięty, w końcu krańcowe, zwłaszcza ciemną, zimową nocą, panują warunki na odległej stacji badawczej na Antarktydzie, a przecież sporo czasu tam spędziłeś. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Senk yu, Sensei 

Proszę bardzo! ;-)

W zadufaniu swym sądziłem, iż paplanina ma sensem, wiedzą i dobrymi radami wypełniona jest, niczym jezioro Natron rybami, a wszystkie słowa, choć we frymuśne fidrygałki uformowane, na miejscach swych idealnie tkwią, a każde warczy: Nie rusz! 

Wszyscy nieraz błądzimy. ;)

Od tej pory wszystkie me komentarze skondensowane w formie i czyste w treści będą, nawet ponad buddyjską prostotę wpisów Anet-san. Będą brzmieć: "Ok." oraz "nieok".

Mała rada. Zamiast “nieok” można użyć “Be!” albo “Fe!”. Krótsze i bardziej wymowne. :-)

A skoroś tak udatnie wykazał, żem w istocie peany pochwalne nad tekstem Twoim piał, to pozostaje mi jeno gnać i do piórka go zgłaszać! 

Ciesz mnie, żeś zrozumiał swój błąd. Brak piórka dla tego opowiadania okryłby Lożę hańbą.

Mniemam również, iż w związku z zaistniałą sytuacją, ów ołtarz rytualny co czeka, to na tort, a goście rozśpiewani są, bo ćwiczą tradycyjne "Sto lat" w podzięce dla mnie, za tak przychylną recenzję Twego dzieła… 

Jakże tort? Thargonie! Wielki Quetzalcoatl, doceniając Twe peany na cześć “Cmentarza” uznał, że to właśnie Ty spośród tysięcy niegodnych zasłużyłeś na ten zaszczyt, by zostać złożonym właśnie jemu w rytualnej ofierze. Gardzisz tak wielkim wyróżnieniem. ;-)

CMie, nie odżegnywałabym się tak szybko od tej predyspozycji. Przemęczonyś, zziębnięty, w końcu krańcowe, zwłaszcza ciemną, zimową nocą, panują warunki na odległej stacji badawczej na Antarktydzie, a przecież sporo czasu tam spędziłeś. :-)

Każde zdanie tego opowiadania krzyczało do mnie” chłopie, nie idź tą drogą! XD

Spójrzmy prawdzie w oczy. Zostaje mi humor i bajki. ;-)

A już tak poważnie to mam plan, jak obejść ten brak predyspozycji, więc nie ma wielkiego zmartwienia. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

A już tak poważnie to mam plan, jak obejść ten brak predyspozycji, więc nie ma wielkiego zmartwienia. ;-)

Jeśli góra stoi na drodze, najlepiej ją obejść, albo zbudować sobie skrzydła i przelecieć nad przeszkodą. Ja osobiście preferuję pierwsze rozwiązanie, bo  u góry tlenu może być za  mało i bajka zaczyna  się od nowa, czyli albo trening na niedotlenieniu, albo albo na wysokościach na głodzie. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To zależy, czy góra stroma, jak wysoka, jakie podejście, jakie potwory mieszkają po bokach… ;-)

Bo może akurat podkop będzie najbezpieczniejszy?

Babska logika rządzi!

Zakładamy, że wysoka, wysoka, powyżej 5k metrów. Podkop mógłby być niezłym pomysłem pod warunkiem, że zgromadziliby się specjalistyczny sprzęt i ekipę. :-) Chyba że, góra podziurawiona od spodu korytarzami. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podkop zdecydowanie odpada. Za dużo roboty.

Skrzydła brzmią całkiem nieźle, ale nie dla tych, którzy mają lęk wysokości.

Trzeba będzie obejść. A jak spotkam jakieś potwory to tylko lepiej. Będę miał kim straszyć na betach. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Podkop to zły pomysł. Jak powszechnie wiadomo, pod górami czają się Morie, których zawartości lepiej nie wypuszczać. 

Najlepiej zaprzyjaźnić się z erozją i poczekać, aż nam ładnie górę wyrówna. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Brzmi jak szczyt lenistwa (położyć się na kobiecie i czekać na trzęsienie ziemi). ;-)

Babska logika rządzi!

Brzmi jak szczyt lenistwa (położyć się na kobiecie i czekać na trzęsienie ziemi). ;-)

Gdyby nie ten fragment w nawiasie to zdanie ewidentnie opisywałoby mnie. ;-)

Ja bardzo lubię ekonomiczne rozwiązania jeśli chodzi o nakład wysiłków i działań. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przyznaj się, dałeś Q. coś z siebie? ;-)

Babska logika rządzi!

Na kimś musiałem się wzorować, nie? XD

Poza tym tak się ponoć robi, że umieszczasz w swoich tekstach cząstkę siebie. Jedni wrzucają swoje poglądy, inni problemy, a CM swoje lenistwo. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ooo, leniwy to ja jestem. Przed chwilą narzekałem w wątku bibliotecznym na Bailouta, który zgłaszał coś z osiem chomikowych erotyków na raz, przez co miałem strasznie dużo klikania i przelogowywania się na kota przeróżnych Użytkowników :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ilustracja M.Raczkowski

#nakanapieleżyleń. :-)  Jestem apologetą lenistwa, ludzie leniwi są pogodniejsi i wojen nie byłoby, bo nikomu nie chciałoby się ich wszczynać i prowadzić. xd

Przypomniała mi się anegdotka przeczytana u B.Russela „Pochwała lenistwa”. Mądry z niego chłop:) Pewien podróżnik napotkał w Neapolu dwunastu wylegujących się w słońcu żebraków i zaoferował lira najbardziej leniwemu spośród nich. Jedenastu zerwało się, by dowodzić swych praw do lira. Otrzymał go dwunasty, który się nie ruszył. Podróżnik postąpił oczywiście słusznie.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Napisałabym, jaka ja jestem leniwa, ale mi się nie chce.

Babska logika rządzi!

:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

przez co miałem strasznie dużo klikania i przelogowywania się na kota przeróżnych Użytkowników :-) 

Już niedługo mogą się skończyć Twe męki, albowiem tutaj planuje się spalić Użytkowników na stosie. XD

Swoją drogą wy tam macie jakiś grafik wcielania się w Użytkowników, czy klika ten, który akurat znajdzie chwilę? Bo nie ukrywam, że chciałbym się w końcu zemścić za ten odrzucony wniosek o klika i wolałbym to zrobić bez strat w cywilach. ;-)

Jestem apologetą lenistwa, ludzie leniwi są pogodniejsi i wojen nie byłoby, bo nikomu nie chciałoby się ich wszczynać i prowadzić. xd

Nom. Leniwi mają z zasady bardzo zdrowe podejście do życia. Nie denerwują się zbyt często, nie krzyczą (bo im się nie chce drzeć mordy) i ogólnie są bardziej zadowoleni, bo do szczęścia wystarcza im fakt, że w danej chwili nie muszą nic robić.

I największy paradoks lenistwa: leniwi chyba nigdy się nie nudzą. ;-)

Napisałabym, jaka ja jestem leniwa, ale mi się nie chce.

Ależ napisz, Finklo, napisz! Zobacz jak mam blisko do dwustu komentarzy. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ależ napisz, Finklo, napisz! Zobacz jak mam blisko do dwustu komentarzy. ;-)

Człowiek sobie leży spokojnie w niedzielny poranek, kontempluje stratę jednej godziny z doby. A teraz weź, rzuć wszystko, napisz mu komentarz…

Babska logika rządzi!

Człowiek sobie leży spokojnie w niedzielny poranek, kontempluje stratę jednej godziny z doby. A teraz weź, rzuć wszystko, napisz mu komentarz…

Ja bym w takiej sytuacji uznał, że nie warto się głowić na wymyślaniem komentarza (tyle zachodu!), tylko spróbował przekleić jakiś stary, który najbardziej pasuje.

Oczywiście tego pasującego szukałbym trzy razy dłużej niż wymyślał nowy, ale na tym opiera się z grubsza schemat lenistwa. ;-)

A stratą godziny się nie martw. Przy dobrych wiatrach odzyskasz jesienią. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Większość naszych wielkich wynalazków i genialnych osiągnięć zawdzięczamy lenistwu, czy to narzuconemu, czy dobrowolnemu.

Agata Christie, “Zatrute pióro”

Babska logika rządzi!

Cholera, jakbyś nie wrzuciła autorki, stawiałbym na Pratchetta. On nieraz miewał takie fajne, prawdziwe wstawki.

Ale zdanie prawdziwe jak diabli. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Śpieszę z pomocą. :-)

 Zajdla, z „Cała prawda o planecie Ksi”:

W szczególności, nie należy mnie budzić w razie kolizji z asteroidem, awarii silników, wybuchu antymaterii, końca świata i tym podobnych drobnych wydarzeń

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kolejny cytat:

[Bankiet na cześć absztyfikantów księżniczki. Księżniczka rozmawia z ubiegającymi się o jej rękę]

– Nie. A ty, Timberline? Czym ty się zajmujesz?

– Próżniactwem, wasza wysokość.

[reakcje obecnych]

– Doprawdy, książę?

– W rzeczy samej, tak, wasza wysokość. Jestem przekonany, że większość problemów na świecie bierze się stąd, iż większość mężczyzn nie potrafi po prostu siedzieć spokojnie i nic nie robić.

“Heroizm dla początkujących”, John Moore

Babska logika rządzi!

No to ja pomogę sobie Pratchettem:

W pewnym sensie, niepojętym dla wykładowców i bardzo dla nich irytującym, Victor Tugelbend był także najbardziej leniwym człowiekiem w historii świata.

Nie zwyczajnie, normalnie leniwym. Zwyczajne lenistwo to po prostu niechęć do wysiłku. Victor minął ten etap już dawno, przemknął po pospolitym nieróbstwie i przeszedł na przeciwną stronę. Więcej kosztowało go unikanie wysiłku niż innych ludzi ciężka praca.

“Ruchome obrazki”.

I tak, przyznaję bez bicia: nie czytałem. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Mam gdzieś na półkach “Poradnik dla leniwych” albo jakoś tak. Ale żeby coś zacytować, musiałabym wstać, poszukać…

Nie żebym od razu czytała, to takie męczące. Przekartkowałam kiedyś. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja bym nie czytał. To na pewno jakaś podła propaganda. Będą Cię przekonywać, że ruch to zdrowie, że trzeba coś robić i inne tego typu herezje. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Właśnie nie. :-)

Cholera, chyba jednak wstanę. I tak robię się głodna, czas na śniadanie.

Babska logika rządzi!

Właśnie nie. :-)

Nie? Ty, to ja muszę ten poradnik dostać! Mam szczerą nadzieję, że jest tam taki rozdział jak “praca”. ;)

Cholera, chyba jednak wstanę. I tak robię się głodna, czas na śniadanie.

Poczekaj trochę, może samo przyjdzie. Zielone, bo zielone, ale zawsze. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No dobra. Wstałam, przyniosłam sobie śniadanie. Przy okazji zlokalizowałam książkę. “Jak być leniwym”, Tom Hodgkinson.

Jest rozdział “Dziewiąta rano. Ciężkie roboty”. Może być? To angielski autor, oni zaczynają o 9. Szczęśliwcy! Na zachętę cytatcik z rozdziału:

Idea pracy jako rozwiązania wszystkich problemów, prywatnych i zbiorowych, jest jednym z najbardziej niebezpiecznych mitów naszego społeczeństwa.

Babska logika rządzi!

To angielski autor, oni zaczynają o 9. Szczęśliwcy!

Ale za to kończą później. :-)

Tak wiem, że to naciągana teza, bo zaraz upolujesz mnie legendarnym słowem “nadgodziny”, którego oni zapewne nie znają.

 

A nie tam jakiegoś cytatu typu: “Na szczęście zaradni leniwi doskonale wiedzą, jak przeżyć bez pracy”? ;-)

Swoją drogą, muszę zainwestować w tę książkę.

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Znają, istnieje słowo “overtime”. Ale może to Amerykanie wymyślili. ;-)

Chyba nie oczekujesz, że leniwa Finkla przeczyta teraz całą książkę, żeby sprawdzić, czy istnieje cytat podobny do proponowanego?

Raczej nie ma tam porady, jak żyć całkiem bez pieniędzy. Ale chyba da się samemu wykombinować, jak obywać się z niewielką ich ilością.

Ja na przykład jeżdżę rowerem, nie samochodem i zazwyczaj chwalę sobie to rozwiązanie.

Babska logika rządzi!

Znają, istnieje słowo “overtime”.

Ale z legend czy rzeczywistości? XD

Bo wiesz, słowo “premia” też wiele osób zna. Tylko widziało niewiele… ;)

Chyba nie oczekujesz, że leniwa Finkla przeczyta teraz całą książkę, żeby sprawdzić, czy istnieje cytat podobny do proponowanego?

Liczyłem, że może Finklowie pamiętają. Gdyby był, na pewno tak ważny cytat zostałby Ci w głowie.

Ale chyba da się samemu wykombinować, jak obywać się z niewielką ich ilością.

Do tego poziomu już dotarłem.

U mnie słowo “samochód” funkcjonuje jako wredny sabotażysta przytrzymujący mnie na pasach.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No to nic takiego nie pamiętam.

O, samochody mają o wiele więcej wad… Ale trzeba im uczciwie przyznać, że są bardziej pakowne niż rowery.

Babska logika rządzi!

Ale trzeba im uczciwie przyznać, że są bardziej pakowne niż rowery.

I zdecydowanie bardziej niż piechtolot. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Piechtolotem możesz zabrać ze sobą nieograniczoną liczbę kumpli. ;-)

Babska logika rządzi!

Tylko weź ich jeszcze przekonaj, że oni naprawdę wolą tłuc się na nogach zamiast pojechać autem. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No, jasne, kiedy mnie nie ma, właśnie wtedy znajdujecie czas na pogawędkę. :D

Jak znajdę tysiące polskich przysłów typu “bez pracy, nie ma kołaczy”, “kto rano wstaje, temu pan Bóg daje” to… sama nie wiem, co zrobię. :D Wspaniałomyślnie stwierdzam, że one nie są za mądre i zaczynam się lenić.

 

Idea pracy jako rozwiązania wszystkich problemów, prywatnych i zbiorowych, jest jednym z najbardziej niebezpiecznych mitów naszego społeczeństwa.

Jaki przyjemny cytat, Finklo, łebski ten Hodgkinson. Też się rozejrzę, z rad mądrego warto skorzystać. :)

oni naprawdę wolą tłuc się na nogach zamiast pojechać autem. ;)

To, tak jak ja teraz, ale jeszcze do niedawna byłam piechtolotem, żeby nie było. ;)

Tylko weź ich jeszcze przekonaj, że oni naprawdę wolą tłuc się na nogach zamiast pojechać autem. 

Nie przekonuj, bądź leniwy, niech sami nad tym ciężko popracują. W końcu na lenistwo trzeba zasłużyć… porządnym nic-nie-robieniem. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przysłowie o Bogu dającym rannym ptaszkom też tam jest. W pierwszym rozdziale, raczej skrytykowane. Autor wydaje się sądzić, że najwcześniej do roboty przychodzą ci ludzie, którzy najmniej zarabiają, są najbardziej schorowani, najsłabiej wykształceni…

Babska logika rządzi!

I coś w tym jest, a Autor zdaje się nad wyraz interesujący, choć nie przepadam za radami, no chyba, że zgadzają się z moimi przekonaniami. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, jasne, kiedy mnie nie ma, właśnie wtedy znajdujecie czas na pogawędkę. :D

To samo mogę napisać ja teraz. ;-)

Wspaniałomyślnie stwierdzam, że one nie są za mądre

Podpisuję się pod tym obiema rękami. Więcej! Gdybym miał trzecią, też bym się nią podpisał. ;)

W końcu na lenistwo trzeba zasłużyć… porządnym nic-nie-robieniem. xd

Lenistwo to wyższa forma rozumienia życia. :D

Przysłowie o Bogu dającym rannym ptaszkom też tam jest.

To przysłowie w ogóle jest bardzo fajne, bo tam jest tylko podkreślone, że “daje”. A co konkretnie i czy na pewno coś dobrego, tego już nikt nie wie. ;-)

choć nie przepadam za radami

Ja z kolei bardzo lubię rady, ale tylko pod warunkiem, że ja je wygłaszam. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

O, jakieś bicie rekordu ilości komentarzy się kroi? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Na razie tylko osobistego rekordu. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przyszedłem tylko nabić komentarz i powiedzieć, że betowałem. Podobało mi się, fajne opowiadanie, pozdrawiam cieplutko z rodzinką! ;-)

I nabijam komentarz.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

To ja natychmiast przybywam, żeby odpowiedzieć i krzyknąć: DWIEŚCIE! ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka