- Opowiadanie: funthesystem - Wieloryby z błota i piasku

Wieloryby z błota i piasku

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wieloryby z błota i piasku

To był jeden z tych telefonów, w czasie których mówią ci, żebyś lepiej usiadł. Wydarł mnie z północy kraju i pchnął na południe. Jechałem przez ciemne równiny, to przyspieszając, to zwalniając – tak mi drżała noga. Cała ziemia też drżała, chwiała się i trzęsła. Uznałbym, że mam złudzenia z emocji, w końcu nie codziennie dostaje się taką wiadomość o ojcu, ale dobrze pamiętałem: zaczęło się krótko przed telefonem. Nie pierwszy raz czułem stado, ale pierwszy raz ruszałem mu naprzeciw.

Wabiło mnie do miasta, w którym od kilku lat mieszkali moi rodzice, więc kiedy wreszcie dotarłem do Wrocławia, trochę się uspokoiło. W szpitalnym korytarzu jeszcze drgały szyby, rozmywając widok na budzące się miasto. Przed drzwiami do sali przystanąłem, by odwlec moment, w którym potwierdzi się, że to nie żart i nie pomyłka. Policzyłem do dziesięciu, potem jeszcze raz i jeszcze raz.

Wszedłem.

Jakby spał. Płytki oddech, twarz raczej spokojna.

Czuwająca obok matka zerwała się na nogi, zrobiła krok w moją stronę, zamarła z wyciągniętą niepewnie ręką. Świat wokół już znormalniał. Znów doświadczałem go w taki sam sposób jak inni. Chciałem, by objawiły się ponownie: niech mnie wabią, niech prowadzą dalej, a ja będę je ścigał, tropił do utraty tchu, do postradania zmysłów, aż złapię najrzadszego. To chyba byłoby lepsze niż rozmowa z matką, a na pewno łatwiejsze.

Miałem jej tyle do powiedzenia. Czemu to właśnie ojciec już prawdopodobnie nie będzie chodził, mówił i patrzył? Czemu to nie ona tu leży? Całe życie chorowała – całe moje życie – a on skakał wokół niej, załatwiał kolejne uzdrowiska, sanatoria, rehabilitacje. Z dzieciństwa pamiętałem głównie pożegnania. Zapuszczaliśmy korzenie, bo tak trzeba, człowiek musi się zadomawiać, i zaraz potem trzeba było się wyrywać z tej ziemi, w którą dopiero co udało się wrosnąć. Ciągłe przeprowadzki, tułaczka po miejscach z dobrym mikroklimatem, pogoń za nieistniejącym i nieosiągalnym zdrowiem dla matki.

– Dasz nam chwilę? – zapytałem.

Zostałem sam z ojcem. Czas zrobił coś dziwnego z rzeczywistością, wszystko było na opak: przecież to ojcowie powinni trwać przy łóżkach synów, opowiadać im bajki, czekać, aż dzieci usną. Ja ze ślepą wiarą czekałem, aż tata się obudzi. Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Nie miałem pojęcia, czy człowiek po takim udarze cokolwiek słyszy, ale czułem, że zasługuje na coś lepszego niż milczenie.

– Pamiętasz… pamiętasz te swoje historie? Wiesz, te, którymi próbowałeś mnie przekonać do łażenia po górach. Nie znosiłem tego. Chodzenia, gór. Historii czasem też. I to wszystko ze mną zostało.

Nie reagował. Odważyłem się dotknąć jego ręki. Była cieplejsza, niż się spodziewałem. Zerknąłem przez ramię – drzwi zamknięte – z wahaniem sięgnąłem ku twarzy ojca, uchyliłem powieki.

A więc tak miał odtąd patrzyć.

– Nigdy ci się nie przyznałem – mówiłem dalej. – Ale niektóre z tych rzeczy, które zmyślałeś, wydają mi się czasem prawdziwe. Prawdziwe tylko dla mnie. I nie ma w tym szaleństwa, nie ma w tym chyba niczego złego. Podziemne wieloryby z twoich bajek mi się objawiają, a ja nic z tym nie robię, bo co miałbym zrobić?

Wiedziałem, co mógłbym zrobić. Większość historyjek ojca sprowadzała się przecież do jednego.

Pamiętam, jak zatrzymałem się zapłakany gdzieś w połowie podejścia na Szrenicę, a ojciec przysiadł na kamieniu, wziął mnie na kolano i opowiedział. O istotach, które przemieszczają się pod ziemią, w głębi gór, i rzadko wypływają na powierzchnię. Czasem są ze skały, z gliny, z błota, z piasku, z tego, z czego akurat być trzeba. To największe stworzenia na świecie i wydają się najwspanialszymi. Jest wśród nich biały osobnik, jedyny w swoim rodzaju, obdarzony szczególną mocą, którą odkryjesz dopiero, gdy go znajdziesz. A jeśli chcesz go znaleźć – musisz szukać, musisz wędrować.

Nie chciałem wtedy wędrować, nie chciałem białego wieloryba, chciałem do domu, chciałem domu. Takiego, którego nie będę musiał opuścić.

Przez niechęć do gór pokochałem morze – samą jego ideę zawartą w książkach i filmach. Lubiłem czytać o wytatuowanych marynarzach i jednonogich kapitanach, o płaskiej linii horyzontu, o wietrze wypełniającym żagle. Wyobrażałem sobie, jak słona jest woda obmywająca lądy. Nie umknął mi żaden program telewizyjny o niesamowitych zwierzętach, które kryją się w głębinach oceanów. Ojciec próbował wykorzystać moją szczególną słabość do wielorybów, by zasiać we mnie miłość do tych miejsc, w których ze względu na matkę musieliśmy żyć. Nie zasiał nic, ale trochę wyplewił – jestem pewien, że w mojej osobie wyrosłoby coś niedobrego, gdyby nie tata.

 – Znajdę go – powiedziałem ku własnemu zdziwieniu. – Znajdę wieloryba, którego szukałeś.

Przemawiało przeze mnie pragnienie ucieczki ze szpitalnej sali, byle dalej od tych wszystkich rurek, cewników, wenflonów. Zwariowałbym tutaj z bezsilności. Wolałem inne szaleństwo.

Wyszedłem na korytarz. Matka stała tuż za drzwiami. Choć unikałem jej wzroku, byłem pewien, że w oczach ma łzy. Rozłożyła ręce, by mnie objąć. Cofnąłem się. Czułem wstyd, bo tak się z matką nie postępuje, tak się nie postępuje z nikim. To na nią spadł teraz największy ciężar, to ona dzieliła z ojcem codzienność – ja miałem swoje życie daleko stąd. Swoją pracę, swoją kawalerkę, swoją dziewczynę, swoją samotność.

– Chociaż ze mną porozmawiaj – powiedziała. – Proszę.

Żądała, zdawałoby się, niemożliwego. Nie potrafiłbym wtedy przy niej zostać.

– Później. Teraz potrzebuję powietrza. Muszę to sobie w głowie poukładać.

– Choć minutę – prosiła. – Powiedz mi, że będzie dobrze. Że nam pomożesz.

Zmusiłem się, by spojrzeć jej w oczy.

– Mamo, wszystko się jakoś ułoży, ale teraz naprawdę chcę być sam. Potem porozmawiamy. Muszę już iść.

Dotknąłem jej ramienia, posłałem słaby uśmiech i skierowałem się do wyjścia. Całe moje ciało drżało od tytanicznego wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, by nie zachować się wobec matki jeszcze gorzej, może nawet tak, jak na to zasługiwała.

Zaczynała też drżeć ziemia. Wieloryby znowu dawały o sobie znać, mamiły, nęciły, kusiły. W jakiś sposób czułem, że płyną swoimi podziemnymi szlakami na południe. Wolałem znienawidzone miejsca niż szpitalną salę ze sparaliżowanym ojcem i matką, więc ruszyłem ich śladem: w pogoń lub w pułapkę.

 

***

 

Ślęża górowała nad niziną: smutny narwal zastygnięty w czasie. Ku niej zmierzało stado, a ja podążałem za nim. Liczyłem, że doprowadzi mnie do białego wieloryba. Jeśli istniała szansa, że jego moc pozwoli ocalić ojca, zamierzałem ją wykorzystać.

Światem za oknami samochodu wstrząsały uderzenia ukrytych pod ziemią ogonów z kamienia. Dolnośląskie pola – jeszcze łyse i brudne po zimie – zdawały się falować jak morze. Kusiło mnie, by zjechać na pobocze, wysiąść, zanurzyć rękę w błocie. Co by się stało, gdybym zdołał dotknąć jednego z nich?

W pewnym momencie zadzwonili z pracy. Rozpoznałem głos młodego asystenta:

– Panie reżyserze, kiedy pan będzie?

– Dzisiaj nie mogę.

– Bo cała ekipa jest już na planie…

– Kręćcie beze mnie. Albo nie kręćcie. Świat obędzie się bez kolejnej głupiej reklamy dezodorantu. 

– Producent się piekli.

– Dobrze mu tak.

Rozłączyłem się. Po chwili zadzwonił ów pieklący się, a ja niepotrzebnie odebrałem.

– Kamiński, o co chodzi? – Wydawał się zmartwiony.

– Mój ojciec miał udar.

– Nie żyje?

– Żyje.

Zorientowałem się, że tracę trop. Stado schodziło głębiej, czułem je słabiej.

– Kiepska sprawa – stwierdził producent. – Ale mogłeś chociaż puścić smsa. Kiedy wracasz?

– Nie wiem. Nie zawracaj mi teraz głowy.

I znowu się rozłączyłem. Przez resztę drogi nie dzwonił nikt, co spotęgowało mój niepokój, i tak już spory, bo podsycany wątpliwościami. Olga – Białorusinka, z którą się wtedy umawiałem i z którą planowałem pójść krok dalej: zamieszkać razem, stworzyć dom – milczała. Przypomniałem sobie o naszej wczorajszej kłótni, która kompletnie wyleciała mi z głowy w momencie, gdy na kilka minut przed nieszczęsnym telefonem ziemia zaczęła się trząść.

Miałem tyle spraw na północy kraju, spraw prawdziwych i ważnych. Ciągnęło mnie, by wrócić do rzeczy, które tak nagle porzuciłem; ciągnęło mnie, jak tonącego ciągnie na dno i jak zakochanego ciągnie do kochanki.

Zatrzymałem się niedaleko szlaku, w tym samym miejscu, w którym ojciec zawsze parkował naszego malucha. Długo nie wysiadałem. Jeszcze mogłem odjechać, wrócić do pustej kawalerki i głupiej reklamy dezodorantu, spróbować wrócić do Olgi. Ojcu nie mogłem pomóc, nie byłem lekarzem, tylko niespełnionym reżyserem, który tworzył jedynie mierne spoty.  

Stado ukrywało się w swoich tektonicznych głębinach. Doprowadziło mnie tam, gdzie chciało, i nic więcej nie podpowiadało.

Bez przekonania ruszyłem na szczyt.

Zdobywałem go z ojcem zbyt wiele razy, a on zawsze opowiadał swoją historię o Ślęży. Jako kilkuletni szczyl chłonąłem jego słowa chętnie, bo znajdowałem w nich coś kojącego… a może po prostu lubiłem brzmienie głosu ojca. Jednak w czasie którejś wycieczki – miałem z trzynaście lat – przerwałem tacie. Powiedziałem, że znam już to na pamięć i że rzygam tymi bajkami. Wtedy Ślężański las po raz ostatni usłyszał opowieść o samotnym narwalu, który odłączył się od swoich pobratymców. Historia była na swój sposób piękna, ale opowiedziana w najgorszy możliwy sposób – z pogardą. Opowiadacz nie powinien gardzić własną opowieścią. Opowiadałem ja:

– Dawno, dawno temu, tak dawno, że nikogo nie powinno to już obchodzić, był sobie pewien kamienny wieloryb z klanu majestatycznych narwali. Gnany ciekawością, opuścił rodzinny dom i zostawił przyjaciół, choć nie wiedział, że opuszcza i zostawia na zawsze. Zostawił w tyle ojczyste, nudne Sudety. Przed nim rozpościerało się płaskie morze lądu, też raczej nudne. Któregoś dnia swojej wędrówki postanowił na chwilę opuścić krainę ziemi i ujrzeć krainę powietrza. Wszystkie kamienne wieloryby czasem wypływają na powierzchnię, najczęściej nocą albo w odludnych miejscach, tam, gdzie nikt nie patrzy. Ale dlatego poruszają się stadami, by móc wrócić w głębiny. Tylko biały płetwal, największy z największych, potrafi sam powrócić. Inne potrzebują pobratymców, choć tylko dlatego, że tak mówią bajki. Głupi narwal uznał, że poradzi sobie bez pomocy. Też był sporych rozmiarów, a jeszcze większa była jego pycha. Wynurzył się tam, gdzie powierzchnia była miękka, błotna, łatwa do przebicia. I tam już został. Obrósł lasem i czeka, aż rodzina wyruszy na poszukiwanie zaginionego syna. Niegdyś wspaniały róg skruszał, ale na jego pamiątkę ludzie wznieśli wieżę, dzięki której Ślężę można rozpoznać już z daleka. Tylko że to bujda wyssana z palca po to, by kilkuletni gówniarz choć na chwilę przestał się mazać i boczyć.  

Pamiętam, że ojciec długo wtedy milczał, aż w końcu stwierdził:

– Masz dar, synku. Szkoda, że nic z tym nie robisz.

– A co miałbym zrobić? – odparowałem. – Szukać białego wieloryba?

Nie odpowiedział.

Te wspomnienia – zniekształcone przez wstyd i dziwną dorosłość – towarzyszyły mi niemal dwie dekady później, gdy wchodziłem na szczyt, którego obiecałem sobie już nigdy więcej nie zdobywać. Szlak był zaskakująco pusty. Drzewa nagie, kamienie mokre. Kilka razy się poślizgnąłem i podparłem, by nie upaść. Ręce ubrudziły się błotem. Brakowało oddechu, a mięśnie nóg boleśnie wypominały miejski tryb życia.

Nigdy nie rozumiałem tej góry. Niezbyt wysoka, niezbyt piękna, właściwie – przerośnięte wzgórze. Zdawałem sobie sprawę z jej historycznego znaczenia, znałem legendy, ale nic z tego nie wywierało na mnie wrażenia. Teraz wydała mi się jeszcze gorsza: sterta błota i skał najeżona łysymi pniami.

Widok ze szczytu był odrobinę mniej rozczarowujący. Mimo niepogody, znalazłem coś ładnego w poszarzałym krajobrazie, w dolnośląskiej ziemi ogołoconej z żywych kolorów, jak to po zimie. Zastanawiałem się, dokąd pójść: pod wieżę telewizyjną imitującą róg wielkiego narwala, pod  kościół, w którym i tak się nie pomodlę, czy może do schroniska, by otrzeźwić się kilkoma piwami. Był jeszcze niedźwiedź, kolejna samotna istota z kamienia.

Nie poszedłem nigdzie. Myślałem o ojcu. Chciałem, żeby mógł tu jeszcze kiedyś stanąć. Żeby popatrzył tak, jak dawniej uczył mnie patrzyć. Coś podpowiadało mi, że to niemożliwe, że człowiek dochodzący do siebie po takim udarze to bajka. Coś szeptało: nie wygłupiaj się, wracaj do szpitala, bądź przy rodzinie, jakakolwiek by nie była.

Posłuchałbym.

Powstrzymał mnie jednak jeden z wielorybów. Poruszał się samotnie, dlatego go nie wyczułem, tylko zobaczyłem.

Płynął tuż pod powierzchnią doliny, a nad jego grzbietem pola się wybrzuszały, drogi zaginały, lasy falowały. Nagle przebił ostatnią warstwę ziemi – huknęło przy tym głośniej niż w trakcie porządnej burzy – i po raz pierwszy ujrzałem jedną z tych istot: potężne, masywne cielsko z granitu. Łeb rozmiaru pagórka szedł przez krainę jak taran, pod szarą skórą prężyły się skalne mięśnie, a za wachlującym rytmicznie ogonem pojawiał się lądowy odpowiednik kilwateru – by po chwili zniknąć, jak znikają zmarszczki na wodzie. Przepołowiona dolina szybko się zasklepiała, wszystko wracało do normy. Wieloryb niczemu nie wyrządzał krzywdy.

W pewnym momencie wyrzucił z siebie to, co trzymał w środku: fontanna mokrego piachu wystrzeliła pod niebo. Bryły błota zatoczyły szeroki łuk, po czym zaczęły spadać. Uderzały w dachy schroniska i kościoła, uderzały w moje ramiona, którymi próbowałem osłonić głowę. Bolało, ale nie raniło.

Kiedy było już po wszystkim, z budynków wyłonili się zdumieni ludzie. Widzieli efekty dziwnego deszczu – a więc nie zwariowałem.

Myślałem jednak o czymś innym. O tym, że samotne wieloryby – wszystkie oprócz jednego – nie potrafią wrócić w głębiny, do swoich domów. Osobnik, którego widziałem, nie był biały. Ukazał mi się, by złamać zasady z bajek, by zaburzyć ich spójność. Tylko po co? Po czyjej stronie były te stworzenia?

Znowu wzywały. Bałem się wielorybów, bałem się kierunku, który musiałem obrać. Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś dobrowolnie zapuszczę się w krainę podziemnych wielorybów, opowieści i mojego dzieciństwa. Wyprawa tam była równie głupia jak samotny narwal ze ślężańskiej bajki ojca. Ale wyruszyłem, już byłem w drodze.

 

***

 

Na Śnieżkę postanowiłem podejść dłuższą trasą, przecież „trzeba wędrować”. Najpierw jednak wynająłem pokój w Karpaczu i spróbowałem się przespać. Śniłem o tym, że wszystkie góry zostały zastąpione jeziorami, których nie wypełnia woda, lecz czarny dym. W czarnym dymie coś się poruszało.

Następnego dnia przygotowałem się, jak mogłem. Buty miałem brudne i nieodpowiednie, ale przynajmniej rozchodzone. Resztę rzeczy dało się kupić. Nabyłem lepsze ubranie, plecak, prowiant.

I znowu: śliskie kamienie, rozchybotany szlak, upadki, brudne ręce, obolałe kolana, brak tchu.

Mniej więcej na wysokości Słonecznika miałem pierwszy kryzys. Zadzwoniłem do Olgi. O niczym nie wiedziała. Mówiłem krótkimi zdaniami, bo na dłuższe nie miałem siły. W pewnym momencie w ogóle się rozkleiłem. Chyba właśnie w trakcie tej rozmowy dotarło do nas, że nie będziemy razem na zawsze. Zachowaliśmy się jednak jak dorośli ludzie: ja wylewałem swoje żale osobie, której trochę ufałem, ona pocieszała mnie, jak mogła, i namawiała, żebym wrócił do Wrocławia, do rodziny.

Oczywiście nie powiedziałem jej wszystkiego, więc niewiele rozumiała.

– Bo będziesz potem żałował, Dawid – mówiła z tym swoim białoruskim akcentem.

– Będę żałował, że nic nie zrobiłem.

– Ale nic nie możesz zrobić.

– Mogę iść – stwierdziłem. – To najlepsze, co można zrobić. To rozsądne. Ze stania w miejscu nic nie przyjdzie, a w biegu szybko się zmęczysz. Najlepiej więc iść, trzymać stałe tempo na miarę swoich możliwości.

Uważała, że mi odbiło.

– Porozmawiaj z mamą – poradziła.

– Nie potrafię.

– Powiedz jej wszystko…

– Mówię ci, że nie umiem!

– …teraz. I tak cię nie usłyszy, a może tobie będzie lepiej.

Zrozumiałem, o co jej chodziło. Miała rację: tutaj w górach mogłem wykrzyczeć wszystko, co leżało mi na sercu.

Było mi tylko głupio, że sam nie potrafię podjąć żadnych właściwych kroków, że nie umiem obrać kursu. Najpierw pomogły wieloryby, teraz drogę wskazała Olga. Nie chciałem być taki bezwładny, zdany na innych, jak liść na wietrze albo tratwa na morzu. Ale byłem. To przez dzieciństwo – wtedy musiałem się poddawać woli rodziców, woli tak często sprzecznej z moją, że własną straciłem. Nawet teraz szedłem, bo taka była rada ojca, dana mi przed laty poprzez historyjki na dobranoc i historyjki na chodź-jeszcze-kawałek-szczyt-już-niedaleko.

Dlatego ucieszyłem się z pomysłu, na który sam wpadłem kilka minut później.

Całe dorosłe życie uczyłem się jednej rzeczy: kręcenia filmów. Czułem się w tym lepszy, niż rzeczywiście byłem, ale czasem warto poczuć się dobrze. Włączyłem kamerę w smartfonie, przyjrzałem się swojej twarzy na ekranie i pomyślałem o osobie, po której odziedziczyłem oczy, nos i uśmiech, taki nie za szeroki.

– Cześć, mamo.

Wieloryby się ożywiły. Próbowałem je ignorować i trzymać telefon prosto. Mój głos brzmiał sucho, jakbym przypominał aktorowi jego kwestię, a nie to, jak powinien ją zagrać.

– Nagrywam ten film – mówiłem dalej – bo tak jest mi łatwiej niż naprawdę rozmawiać. I chyba w ogóle łatwiej mi pokazywać, niż mówić. Patrz. – Zmieniłem kamerę z przedniej na tylną. – To był twój ulubiony szlak.

Matka rzadko z nami chodziła. Dawno nie wspominałem tych nielicznych razów, kiedy zdrowie pozwalało jej wybrać się na coś więcej niż spacer. Lubiła trasę między Śnieżką, a Odrodzeniem: można tam było przez dłuższy czas wędrować wysoko, nad poziomem drzew, i cieszyć oczy widokiem.

– A tu zrobiliśmy postój – odezwałem się po chwili. – Pamiętam.

Nie tylko na Szrenicy były kamienie, na których rodzice przysiadali i brali mnie na kolana. I nie zawsze siadałem im na tych kolanach zapłakany. Przecież czasem się śmiałem. Żarty, zabawa, inna strona dzieciństwa – to wszystko też istniało.

– Gdzieś tu był strumień, z którego piliśmy. Nagram go później, a na razie wyłączam, żeby cię nie zanudzić.

Przerwałem film, szedłem dalej. Wieloryby pływały gdzieś w głębi gór, pod moimi stopami.

W dole dwa stawy i dwa schroniska. Włączyłem kamerę.

– Jedzenie było najlepsze w tych wycieczkach – stwierdziłem. – Kanapki zawsze smakowały jakoś bardziej. Ale przede wszystkim lubiłem posiłki na ciepło w schroniskach. Nie to, co w domu. Tobie gotowanie nie szło najlepiej, nie miałaś do tego głowy. Nie wiem zresztą, do czego miałaś głowę. – Skrzywiłem się. – Dobra, dodam coś do tej beczki dziegciu. Lubiłem, jak chodziłaś z nami, bo wtedy częściej jadaliśmy w schroniskach.  

Wyłączyłem. Szedłem dalej.

Strumień był oczywiście tam, gdzie dawniej. Przecinał szlak. Nagrałem go bez słowa.

Dopiero gdy dotarłem do Równi, spojrzałem na Śnieżkę. Górowała dumnie nad Karkonoszami: szara piramida opleciona kobiercem kamieni, a niżej także roślin. Surowość jej zbocza wydała mi się piękna. Włączyłem kamerę.

– Jak to szło…? Przecież ty też słyszałaś bajki ojca. Pokazywał nam co większe formacje skalne albo szczyty w oddali i mówił, że są czymś innym, niż się wydają. Śnieżka, najwyższa w naszych okolicach, była stolicą podziemnego królestwa. Urzędowała tam starszyzna wielorybów. Natomiast całe Karkonosze zostały wzniesione jako twierdza, wielki zamek.

Zorientowałem się, że tym historiom też brakuje spójności. Co to było za królestwo, skoro bez króla? I czemu zamek miałby być większy niż stolica? Dawniej nie zwracałem na to uwagi. Teraz poczułem poruszenie – może ze strachu – już nie jednego stada, lecz wielu. Zbierały się tutaj.

– Ty też mi czasem opowiadałaś – przypomniałem sobie nagle, wpatrując się w obserwatorium na szczycie, a tak naprawdę w wieżę maga z baśni. – Rzadko, bo rzadko, ale jednak. Lubiłem twoje bajki, jak byłem mniejszy, jeszcze zanim zacząłem się na ciebie złościć. Jak to szło? – Spojrzałem w telefon. Na ekranie wszystko wydawało się mniejsze i brzydsze. – Jezu. Jakie to głupie. – Wybrałem ikonkę kosza na śmieci.

Telefon zapytał, czy na pewno chcę usunąć.

Nie chciałem. Zamiast tego wszedłem w listę kontaktów i zawiesiłem palec nad numerem matki. Ale jeszcze nie czułem się gotów. Musiałem iść dalej, stawić czoła innym wspomnieniom, przyznać przed sobą, jak było, i pogodzić się z tym, jak nie było. Miałem życie jak z bajki, która w pewnym momencie się zatrzymała. Siły dobra i zła pozostawały w równowadze.

Włączyłem tryb samolotowy, żeby nic mnie nie rozpraszało. Wspinałem się na szczyt Śnieżki, a po płaskowyżu za moimi plecami pływały stada kamiennych płetwali, sejwali i kaszalotów. Słyszałem grzmoty rozrywanych skał i dziwny dźwięk zarastającej na powrót ziemi. Może to biały się wynurzał. Ale nawet jeśli potrafiłbym go złapać, nie zdołałbym do niczego zmusić najrzadszego z wielorybów. Nie mogłem zrobić niemożliwego. Jeszcze nie teraz, nie bez odpowiedniej broni. Miałem jednak pomysł, jak ją zdobyć. Nie oglądając się za siebie, parłem naprzód, parłem pod górę, by odzyskać wszystkie opowieści, których potrzebowałem. 

 

***

 

Śnieżka i Śnieżnik – matka lubiła wykorzystywać to podobieństwo nazw w swoich bajkach. Czasem rodziły się z tego historie o rodzeństwie, innym razem o parze zakochanych. Któregoś dnia zapytałem, czemu Śnieżka jest większa od Śnieżnika, skoro mężczyźni są zazwyczaj wyżsi od kobiet. Wtedy opowiedziała mi coś innego niż zwykle, coś o matce i synu.

Po drodze zahaczałem o nasze porzucone domy. Mijałem uzdrowiska, w których chorowała mama. Polanica, Duszniki, Kudowa, Lądek – same Zdroje. Patrzyłem, jak zmieniły się szkoły i czy drzewa, po których łaziłem, dalej rosną. Kilka razy próbowałem nagrywać – sam nie wiem, dla kogo i do kogo.

Myślałem, że ten powrót do miejsc dzieciństwa będzie bardziej bolał, a nie bolał prawie wcale. Właściwie to niewiele czułem. Jakbym emocjonalnie usypiał, ukołysany bajkami z przeszłości. Przypominałem sobie wszystko – przygotowywałem broń. Wymyślałem sieć, w którą złapię białego, i oszczep, którym przebiję mu serce.

W Polanicy zagadnął mnie nieznajomy, zaciekawiony tym, jak nagrywam Park Zdrojowy.

– To będzie gdzieś potem w internecie?

Był mniej więcej w moim wieku, ale wyższy. I uśmiech miał szerszy.

– Lepiej nie – odparłem.

– Szkoda. Na początku myślałem, że jest pan jakimś vlogerem, ale jak się przyjrzałem… Wyglądało to ciekawiej. Przepraszam za wścibskość. Niewiele się tu teraz dzieje.

– Dawniej też nic tu się nie działo.

– Pan stąd?

– Znikąd – wyrwało mi się. – Sorry. Chamsko zabrzmiało, ale ja naprawdę jestem znikąd. Mieszkałem trochę tu, trochę tam. Rodzice ciągle chcieli się przeprowadzać. Przez matkę.

– To dla nich ten film?

– Nie wiem.

– A co było matce?

Też nie wiedziałem. Kilka lat po tym, jak wyjechałem na studia, udało im się w końcu osiąść na dłużej we Wrocławiu. Górskie powietrze i woda źródlana okazały się gorsze niż nowoczesne metody leczenia, dostępne w dużym mieście. Tak przynajmniej twierdzili rodzice.

Podejrzewałem, że matka wcale nie chorowała na nic poważnego. Czasem dopuszczałem do siebie myśl, że to ojciec miał obsesję, by gonić za nierealną pełnią zdrowia żony. Mogło też być na odwrót. Ojciec nie ścigał, tylko był ściganym. Uciekającym, sam nie wiem przed czym. Ofiarą, nie myśliwym. Albo po prostu zagubionym, wiecznie wędrującym i błądzącym, bo lepiej iść, niż stać.

A może dawał się zwodzić wielorybom, zupełnie jak ja.

– Dobre pytanie – odpowiedziałem.

Stada napływały zewsząd, przeczuwając, że stanie się coś wielkiego. Zastanawiałem się, kto kogo wabi w pułapkę i czy naprawdę to wszystko zmierza do walki. Nieustannie czułem wstrząsy, słyszałem huki, a niekiedy widziałem kolosalne cielska, wynurzające się z ziemi niczym nagle wyrastające wzgórza. Czasem sunęły wzdłuż drogi, łypały na mnie kamiennymi oczyma i wypuszczały z siebie fontanny pyłu, żwiru i gruzu. Karoseria mojego samochodu była cała powgniata i porysowana.

Spędziłem dwie kolejne noce w hotelach – śniłem o jeziorach z czarnego dymu, w których ktoś tonął – a czwartego dnia od udaru ojca ruszyłem na Śnieżnik. Tam prowadziły opowieści i wieloryby. Czułem się gotowy i przerażony. Co jeśli cała moja podróż, całe to polowanie-uciekanie, okaże się tylko szaleństwem? Głupotą i tchórzostwem? Albo gorzej: co jeśli ta gonitwa i walka mają sens, ale ja zawiodę?

Ciało miało już dość. Jakoś się wspiąłem.

Na szczycie pusto, nikogo.

Widok, jak widok. Był.

Wieloryby doprowadziły mnie aż tutaj. Dzięki nim odwiedziłem zapomniane miejsca, odzyskałem złe wspomnienia i dobre opowieści. Pamiętam, że wcześniej, przed udarem ojca, objawiły mi się kilkukrotnie i że próbowałem to zignorować. Przechodziły jak ból w sercu. Tym razem zostały na dłużej. Szukałem nieuchwytnego sensu ich obecności. Myślałem, że może odziedziczyłem je po ojcu i właśnie na Śnieżniku, po przetułaniu się przez całe górskie królestwo, mielibyśmy przypieczętować jakiś pakt.

Ale ja żadnego paktu nie chciałem. Nie chciałem ładnych bajek, którymi można pocieszać dzieci, ani szaleństw koniecznych, potrzebnych tak wielu dorosłym do przetrwania. Dla ojca te historie były próbą dostosowania się – i mnie – do losu. Ja wolałem dostosować los do siebie. Na Ślęży zrozumiałem, że można poradzić sobie samemu: nagiąć narzucone przez innych zasady, złamać je i stworzyć własne. Natomiast Śnieżka przypomniała o tym, co miałem po matce. To mama dała mi przewagę, którą zamierzałem teraz wykorzystać. Miałem jej bajki i miałem to, czego w niej nie nienawidziłem. Miałem siebie. Łącząc to wszystko, zamierzałem stworzyć opowieść, która naprawi naszą rodzinę.

Spojrzałem na północ.

Przez moment wydawało mi się, że rozpoznaję na horyzoncie jakiś kształt, coś białego, brudnego, nietrwałego. Otworzyłem usta, by zacząć mówić.  

Były szybsze albo ja się spóźniłem. Chwilę później to nie miało już znaczenia.

Górą wstrząsnęło. Rozległ się huk. Jakby wieloryby rozrywały ziemię, rozszarpywały góry. Może wyczuły, że chciałem je oszukać i okazywały wściekłość. To też bez znaczenia. Przegrałem.

Upadłem.

Długo leżałem, patrząc w jasne niebo. Było cicho i spokojnie, pierwszy raz od wielu dni. Powoli uświadamiałem sobie, że wieloryby zniknęły. Może musiałem przypierdolić o coś łbem, żeby rozum wrócił. Sięgnąłem po telefon, by zobaczyć, która jest w ogóle godzina i od jak dawna uciekam, zamiast zmierzyć się z prawdą. I by wyłączyć tryb samolotowy, ktoś przecież mógł dzwonić.

Oczywiście dzwonili. Trudno mi było określić, kto dokładnie chciał się ze mną skontaktować. Za wiele numerów, ekran zbyt potłuczony po upadku. Wstałem, dotknąłem głowy – trochę skrzepłej krwi, ale to raczej otarcie – i zanim zdążyłem dobrze otrzepać ubranie, komórka zaczęła wibrować.

To był jeden z tych telefonów, kiedy mówią ci, żebyś lepiej usiadł, ale ty nie siadasz, bo już wiesz, że to nie pomoże. Słuchałem na stojąco. Tym razem ziemia była spokojna. Czekała cierpliwie na mojego ojca.

– Jesteś tam? – zapytała w pewnym momencie matka.

Dziwiło mnie, że ma taki opanowany ton. Pewnie dostała jakieś leki.  

– Jestem tu – odpowiedziałem nieprzytomnie, po czym rozejrzałem się po bezdrzewnym szczycie Śnieżnika. – Właściwie nie wiem, co tu robię.

– Przyjedziesz?

– Dokąd?

– Do domu.

– Do jakiego domu?

Nie było już domu, domu nie było nigdy. Cały plan z wielorybami poszedł się jebać, wszystko poszło się jebać. Uganiałem się za wielorybami, szaleńczo ścigałem białego, a w tym czasie mój statek zatonął. Straciłem jedną trzecią załogi. Jak mógłbym teraz dokonać niemożliwego i ocalić rodzinę?

Uniosłem wzrok. Nie było już stada. Nie było trzęsień ziemi ani deszczu błota. Nie było ojca.

Przysiadłem na kamieniu i zacząłem płakać. Nikt nie opowiedział mi historii na pocieszenie ani historii na trzeba-iść-dalej. 

 

***

 

Po drodze zatrzymałem się pod Ślężą, by opóźnić powrót do matki i zimnego ciała ojca. 

Wszedłem na szczyt, którego miałem już nie zdobywać, i przysiadłem w miejscu z dobrym widokiem. Od ziemi biło chłodną wilgocią.

 – Cześć, tato.

Panowała cisza. Byłem sam.

– Już nigdy mi nie powiesz, po co właściwie wymyśliłeś te wieloryby. – Słowa z trudem przechodziły przez gardło, ale mówiłem. – To była jedynie bajka, by przykuć moją uwagę. Prawda?

Cisza, wiatr na twarzy. Przez chwilę nagrywały się tylko moje miarowe oddechy i spokojna twarz.

– Chciałeś, żebym zaakceptował to, jak żyliśmy – zgadywałem, choć nie było nikogo, kto mógłby potwierdzić lub zaprzeczyć. – Te przeprowadzki, kuracje dla matki. Zacząłeś od dziwnej strony i próbowałeś mnie przekonać do skutków, nie do przyczyny. Do gór. Do zmian. Do tego, że czasem nie ma wyboru. Nie do niej.

Obraz w smartfonie się trochę rozmazał. Ale to były tylko moje ręce, nic innego się nie trzęsło. Świat pozostawał niewzruszony, zawsze miał ważniejsze sprawy na głowie niż los jednego człowieka.

– Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że przez moją własną matkę muszę się tułać po tych wszystkich górskich miasteczkach. Przez nią nie miałem przyjaciół, przez nią rozstawałem się z kolejnymi dziewczynami. Przez nią byłem przelotny. Niegodny zaufania. Nieważny. A może to było przez ciebie. Tego wciąż się mogę dowiedzieć. Ale się boję. Bo do ciebie nie mam urazy. Ty starałeś się dokonać niemożliwego i znaleźć na mnie sposób. Dotrzeć do syna. Tak szukałeś swojego białego wieloryba.

Zamknąłem oczy.

Otworzyłem.

– Czemu nigdy nie powiedziałeś mi prawdy, zamiast bajek?

Nie miał jak odpowiedzieć. Znałem go i wiedziałem też, że nie zostawił po sobie nic, co mogłoby mi coś więcej wyjaśnić. Sam musiałem sobie poradzić z całym jego dziedzictwem, z tym, że w jakiś sposób zdołał wykrzesać z tej ziemi – z jej piasku, z błota, z gliny, ze skały, z tego, z czego akurat trzeba było – wieloryby. Największe stworzenia na świecie, które niegdyś mnie fascynowały. Wcale nie takie wspaniałe.

Ja też nie byłem wspaniały. Nie największy ani nawet wielki. Za to samotny, oddalony od stada, obawiający się wrócić. Ale już potrafiłbym to zrobić. Już sam się prowadziłem, wiedziałem, jaki kurs obrać.

Uniosłem wzrok. Po niebie sunęły białe wieloryby, takie jak ten, którego szukałem. Wydawały się na wyciągnięcie ręki. Mógłbym ich dotknąć i znów uciekać, byle dalej od tego, co uważałem za największe wyzwanie.

Wolałem inne szaleństwo. Wstałem i ruszyłem w dół, by wrócić do Wrocławia i w końcu porozmawiać z matką. Pod stopami miałem błoto, piach, kamienie. To była jedna z tych najtrudniejszych dróg, o których nie mówią ci w bajkach.

Koniec

Komentarze

Bardzo dobry tekst, bardzo osobisty tekst, porządnie napisany i zredagowany. Fantastyka bardziej ze świata wewnętrznego bohatera, ale jest. Podobnie jak (solidna) psychologiczna głębia. Dobrze się czytało! Ode mnie klik. Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

 

Wieloryb pasący się wśród traw :)

Wśród pochylonych traw;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Smutne to. Tak to już jakoś jest, że odpowiedzi na ważne pytania staramy się zdobyć, gdy jest już za późno. A może dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę, że ich potrzebujemy.

Pięknie napisane, przeczytałam jednym tchem. Wieloryby są niezwykłe, choć zgadzam się z Rybakiem, że fantastyka jest tu raczej z wnętrza bohatera.

Podobało mi się. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Świetny styl. Bardzo dobre dialogi (i też monologi?). Wciągająca historia, niby obyczaj, a jednak nie… Bo wieloryby. I góry. Ja z gór, więc czytałem to z przyjemnością. Pisz więcej, takie teksty zasługują na uznanie. Pozdrawiam.

Cóż mogę więcej napisać, oprócz zachwytów? Tekst jest oniryczny, główny bohater jawi się jako pełnokrwista postać z którą można poczuć zażyłość. Nie ma nic w fabule do czego można byłoby się przyczepić – od początku do końca opowiadanie jest pełne, nie ma żadnych luźnych “nitek”. Czytało też się z wielką przyjemnością – każde słowo na miejscu. 

Pięknie dziękuję za pozytywny, jak na razie, odbiór!

Jejciu, ależ to jest dobry tekst. Sama nie jestem pewna, czy jest tutaj fantastyka, ale realizm magiczny, subtelny, ale wciąż zauważalny, już jak najbardziej. Właściwie nie napiszę nic nowego, niż to o czym już wspomnieli przedpiścy – przeczytałam opowiadanie z niemałą przyjemnością.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Przeczytałam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Mogę jedynie dodać, że bardzo mi się podobało:)

Ładny tekst i muszę przyznać, że ściągnął mnie tutaj tytuł. Na ogół rzeczone nie robią na mnie wrażenia, hm, częściej irytują, zwłaszcza te wymyślne, które z lubością się tu stosuje, ale ten mi się spodobał. :) Ok, odbiegam od tematu.

Cóż, wrażliwiec pisał, to widać.

Spodobał mi się pomysł z wielorybami, subtelnie wykorzystany, ale jednocześnie spinający dobrze całą opowieść. Odbieram je jako furtkę, ucieczkę człowieka przez problemami, stresem, traumą i wszystkim, co złego nas spotyka. Z jednej strony opisujesz je jako sposób ojca, by syn jakoś odnalazł się w rzeczywistości częstych przeprowadzek, z drugiej syn wykorzystuje ten element, ale chyba nie do końca tak, jak ojciec by sobie życzył. To znaczy ucieczki przed wszystkimi. Jak to się właśnie stało po ucieczce ze szpitala.

Czy był taki plan, czy nie, Twój bohater jest porządnie zbudowany emocjonalnie, jest wiarygodny, a to lubię w opowieściach najbardziej. Nie wiem jak dobre i pomysłowe może być opowiadanie, jak znakomicie zbudowany będzie świat i jak ciekawe perypetie będą towarzyszyć bohaterom, lecz jeśli zabraknie wiarygodnych bohaterów, którzy nie zawsze muszą zachowywać się właściwie, czy nawet logicznie, ale muszą, powtarzam, muszą przedstawiać p r a w d z i w e g o człowieka, tak długo opowiadanie będzie tylko zbiorem lepszych lub gorszych pomysłów, niczym więcej.

Najlepiej obrazują to filmy i seriale klasy B, gdzie przykładowo bohater zabija kilkadziesiąt osób, oczywiście w ramach obrony dobrych ludzi przed złymi ludźmi, i spływa to po nim, jak sos po świątecznej kaczce, no ale on bronił dobrych, prawda? To oczywiste, że psychika w takim wypadku w ogóle nie cierpi.

Wracając jednak do opowiadania, to właśnie ten bohater, bo można się kłócić, czy powód ucieczki i oskarżania matki jest wystarczający, by tak się zachować, to właśnie on tak się zachował. A całe opowiadanie odpowiednio umacnia takie, a nie inne jego postępowanie.

Tekst zbudowany i przemyślany od początku do końca. Bardzo ładnie, bardzo ładnie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Za wszystkie komentarze, a szczególnie ten rozbudowany Darcona, dziękuję.

Już pierwsze zdanie sygnalizuje nam, że Anonim ma dobre pióro. To mocne i naprawdę udane pierwsze zdanie, które jak kilka innych myśli wraca nieco odmienione pod koniec tekstu.

Od razu na wstępie zaznaczę, że ogólnie do warsztatu, języka, technikaliów nie mam większych zastrzeżeń. Trafiają się lekkie zgrzyty, zdarzają się infodumpy i mało „profesjonalne” zagrywki narracyjne (np. wydumane i miniinfodumpowe przedstawienie partnerki Białorusinki) oraz kilka niezręczności (np. zdanie: Coś podpowiadało mi, że to niemożliwe, że człowiek dochodzący do siebie po takim udarze to bajka), ale ogólnie warsztat jest na odpowiednim poziomie, by spokojnie pisać piórkowe opowiadania.

Powiem więcej, po lekturze, znając tutejsze gusta i preferencje, spodziewam się, że tekst zostanie nominowany. I od razy, szczerze zapowiadam, że byłbym w takim głosowaniu na NIE. Przykro mi.

A teraz wypada to uzasadnić.

Wśród tych sprawnie napisanych zdań, emocjonalnych wynurzeń bohatera/narratora dostrzegam spore mielizny, przez które żaden wieloryb nie przepłynie. Od początku Anonim wali w czytelnika emocjami. Owszem, udar ojca, kiepskie relacje z matką, niezbyt udane dzieciństwo, to są powody do emocji, to musi być przepełnione uczuciami. Problem w tym, że moim zdaniem Anonim tak pompuje te emocje i uczucia w każdym zdaniu, że robi się to obojętne. Wciska nam jakąś traumę z dzieciństwa, w którą trudno uwierzyć.

Właściwie każda myśl, spostrzeżenie, obserwacja bohatera jest taka, że ja pierd…, ja pierd…, ja pierd…! A że konkurs górski to i Autor podbija coraz wyżej i wyżej. Emocjonalny i narracyjny patos aż rozsadza ten tekst.

Co chwila przez scenę przetaczają się WIELKIE OKREŚLENIA I WIELKIE SŁOWA, niczym te wieloryby pod ziemią, a przecież piszesz, Anonimie, o zwykłych ludzkich sprawach, a nie o końcu świata. I nawet dla (dorosłego mężczyzny przecież) bohatera to wszystko nie jest jakimś końcem świata.

Cały niemal tekst to jedno wielkie TARADAM TA DAM, TA DAM! Bohater nie jedzie do Wrocławia tylko NA POŁUDNIE KRAJU, podczas gdy życie ma NA PÓŁNOCY KRAJU. Gdy bohater spogląda przez okno, ZIEMIA DRŻY, ŚLĘŻA GÓRUJE, gdy sięga po telefon OGONY Z KAMIENIA POTRZĄSAJĄ GRUNTEM! CAŁA POLSKA SIĘ TRZĘSIE!

[Tu dygresja. Swoją drogą aż rodzi się pytanie, jak facet z takimi halunami może funkcjonować bez pomocy specjalisty i dlaczego go to wszystko za bardzo nie dziwi. Owszem możemy się trzymać wersji, że to wszystko dzieje się w głowie zagubionego i skołowanego bohatera i wtedy właściwie nie ma fantastyki, ale chyba Anonim bał się takich zarzutów i kilkakrotnie sugeruje, że te wieloryby istniały, przynajmniej w jakimś metafizycznym wymiarze na granicy rzeczywistości, chociażby w scenie, gdy wieloryb strzela piaskiem w dachy i samochody. Zatem one są „realne”. Bohater wyczuwa ich ruchu podziemne, wie gdzie stado zmierza, widzi jak się wynurzają, przetaczają pod skórą rzeczywistości i na dodatek… niszczą mu karoserię w aucie.]

Wracając do meritum. Jak wspomniałem, cały tekst pisany jest na jednej nucie, na jednym wdechu. Miało być heroicznie i jest heroicznie, wręcz tytaniczne. Bohater heroicznie jedzie przez ziemie śląskie ogołocone z kolorów, bohater heroicznie rozmawia z producentem, heroicznie opiera się uściskowi matki, heroicznie i retorycznie pyta co chwilę o sens życia, bo mu rodzice fundowali częste przeprowadzki w dzieciństwie. Wszystko jest heroiczne, dramatyczne, pełne patosu, emfazy jakieś, egzaltacji.

Brakuje mi jakiegoś wyciszenia tej napuszonej narracji, stłumienia tego jakby zblazowania emocji i wydarzeń. A właściwie nie samych wydarzeń, tylko sposobu, w jaki są opisywane. Tego efekciarstwa warstwy literackiej. Zawsze wielkimi słowami, przerośniętymi metaforami, jakby Anonim non stop walił w wielki gong klasztoru tybetańskiego na szczycie gór. Przez to wszystko tekst w zamierzeniu bardzo uczuciowy i o uczuciach traci subtelność. I gdy czytam, że jest zdaniem niektórych bardzo osobisty, to w to nie wierzę. Bo nie jest według mnie osobisty.

Jest moim zdaniem całkiem na zimno skalkulowany, z premedytacją obliczony na emocje. To są wszystko nie Twoje emocje, Anonimie, to są dosyć umiejętnie udawane emocje, przedstawione za pomocą dobrego warsztatu przez niezłego obserwatora literackich sztuczek i uważnego czytelnika. Autora, który wie jakich słów użyć, jakie zwroty zastosować, bo widział je u innych autorów, widział je w czyichś książkach i wie, że tak się pisze, żeby uzyskać określony efekt. Więc zręcznie upycha je do swojej opowieści. Ale czy to brzmi autentycznie? Dla mnie nie. Za dużo upycha, za wiele kopiuje tych zagrywek i tricków.

I tutaj docieramy do kolejnej sprawy, z którą miałem problem. Przeładowanie. Jak pisałem, wszystko w życiu bohatera jest heroiczne, niemal na krawędzi emocjonalnej, niemal histeryczne, wszystko jest ponadprzeciętne i jednocześnie rozpaczliwe aż do bólu istnienia. Taka emocjonalna histeria. Pewnie nawet w toalecie bohater stoczyłby bój z siłą potężną, która zgniatałaby jego jelita, a potem odetchnął z ulgą wpatrzony w bezludną dal NA PÓŁNOCY KRAJU, na ten pusty pomorski krajobraz, po którym, niczym potężny walec, przetoczyła się szara rzeczywistość. A on stałby tak zamarły w drodze do kuchni po herbatę zmagając się z traumą pozostałą po wycieczce na sanki z tatą, który opowiadał mu głupie bajki.

To przeładownie i nieumiarkowanie jest aż męczące. Bo jeśli mamy tu w zdaniu porównania, to zaraz dwa zamiast jednego: Ciągnęło mnie, by wrócić do rzeczy, które tak nagle porzuciłem; ciągnęło mnie, jak tonącego ciągnie na dno i jak zakochanego ciągnie do kochanki.Jakby Autor chciał literacko dowalić, napakować tekst, żeby się bardziej podobało, żeby było na bogato i robiło wrażenie. A czasem to jest o te dwa słowa, metaforę za wiele. I wtedy czuć fałszywą nutę. Jeśli coś ma wybrzmieć mocniej, to zdaniem Anonima też trzeba to z dwa razy powtórzyć. Długo nie wysiadałem. Jeszcze mogłem odjechać, wrócić do pustej kawalerki i głupiej reklamy dezodorantu, spróbować wrócić do Olgi. Ojcu nie mogłem pomóc, nie byłem lekarzem, tylko niespełnionym reżyserem, który tworzył jedynie mierne spoty.Głupia reklama dezodorantu, marne spoty. To przecież dwa razy o tym samym. Niestety, Anonim nie zna umiaru, dyscypliny, powściągliwości.

Faszerowanie narrację pewnymi kalkami literackimi, zwrotami, związkami, którym daleko do procesu myślowego prawdziwego człowieka, nie zawsze jest strawne. Ludzie tak nie myślą o sobie, swoim życiu, różnych sytuacjach. Ja wiem, że to literatura i ma być literacko, ale bez przesady! Spójrzmy tutaj:

Czuwająca obok matka zerwała się na nogi, zrobiła krok w moją stronę, zamarła z wyciągniętą niepewnie ręką.Brakuje jeszcze, żeby zastygła z grymasem na twarzy i do tego milczała jakby żadne słowa nie potrafiły wyrazić tego, co czuje i żeby jeszcze ta ręka jej drżała, a w sali zapadła złowroga cisza. Byłby komplet.

W tej historii syn nie chwyta ręki chorego ojca. Mamy za to: Odważyłem się dotknąć jego ręki. Odważył się!

Jemu nie jest źle w szpitalu, nie jest smutno czy cokolwiek w tym guście. On robi z tego grecką tragedię lub cierpienie młodego Wertera: Przemawiało przeze mnie pragnienie ucieczki ze szpitalnej sali, byle dalej od tych wszystkich rurek, cewników, wenflonów. Zwariowałbym tutaj z bezsilności. Wolałem inne szaleństwo. Inne szaleństwo!

On nie czuje żalu czy niechęci do matki. On toczy niemal bitwę i przy okazji rzuca w myślach one-linerami: Całe moje ciało drżało od tytanicznego wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, by nie zachować się wobec matki jeszcze gorzej, może nawet tak, jak na to zasługiwała. Tytanicznego!

Ta egzaltacja/emfaza przenika każdą jego myśl! Ale ja żadnego paktu nie chciałem. Nie chciałem ładnych bajek, którymi można pocieszać dzieci, ani szaleństw koniecznych, potrzebnych tak wielu dorosłym do przetrwania. Nie chciał paktu! Potrzebnych do przetrwania!

Każda najmniejsza pierdoła w jego myślach i postępowaniu to jakiś wyczyn heroiczny: Ale jeszcze nie czułem się gotów. Musiałem iść dalej, stawić czoła innym wspomnieniom, przyznać przed sobą, jak było, i pogodzić się z tym, jak nie było. Miałem życie jak z bajki, która w pewnym momencie się zatrzymała. Siły dobra i zła pozostawały w równowadze. – No ja pierdziu! Kto o swoim życiu opowiada jak o starciu sił DOBRA i ZŁA? Facet cały czas gada o sobie i do siebie jakby był jakimś Jezusem. Wciąż tylko stawia czoła, toczy walkę, zmaga, waha, godzi, ma zgagę itd.

Było mi tylko głupio, że sam nie potrafię podjąć żadnych właściwych kroków, że nie umiem obrać kursu. Kursu! WTF!

Sam musiałem sobie poradzić z całym jego dziedzictwem, z tym że w jakiś sposób zdołał wykrzesać z tej ziemi – z jej piasku, z błota, z gliny, ze skały, z tego, z czego akurat trzeba było – wieloryby. – Dziedzictwo, obieranie kursu, tytaniczny wysiłek, szaleństwa konieczne, pragnienia ucieczki itd. Wieloryby nie są chyba jego największym zamartwieniem, facet jest zwyczajnie nawiedzony!

Spójrzmy na taki dialog:

Oczywiście nie powiedziałem jej wszystkiego, więc niewiele rozumiała.

Bo będziesz potem żałował, Dawid – mówiła z tym swoim białoruskim akcentem.

Będę żałował, że nic nie zrobiłem.

Ale nic nie możesz zrobić.

Mogę iść – stwierdziłem. – To najlepsze, co można zrobić. To rozsądne. Ze stania w miejscu nic nie przyjdzie, a w biegu szybko się zmęczysz. Najlepiej więc iść, trzymać stałe tempo na miarę swoich możliwości.

Ja mam od razu wrażenie, że cała rozmowa (poza tym, że trochę przypomina dialog z telenoweli brazylijskiej) napisana została po to, żeby sprzedać czytelnikowi myśl o tym chodzeniu przez życie w odpowiednim tempie, nie za wolno i nie biegiem. Co ja poradzę, że takie myśli przypominają mi mądrości Paulo Coelho. Pozornie sprawiają wrażenie głębokich, a w sumie to tylko frazesy.

Albo, chociażby ta prosta sytuacja: bohater czuwa przy łożu ojca i myśli, że to odwrócenie normalnej sytuacji, gdyż to zazwyczaj ojcowie czuwają przy łóżkach dzieci (inna sprawa, że to bzdura, bo dorosłe dzieci bardzo często przecież czuwają przy łożach schorowanych rodziców i to zupełnie naturalna sprawa. Poza tym jest gorzej zdecydowanie, gdy to rodzice czuwają przy łożach schorowanych dzieci). Ale nie, w tekście musie być przecież z grubej rury: Czas zrobił coś dziwnego z rzeczywistością, wszystko było na opak: przecież to ojcowie powinni trwać przy łóżkach synów, opowiadać im bajki, czekać, aż dzieci usną.

Serio? Czas zrobił coś dziwnego z rzeczywistością? Naprawdę wszystko było na opak? Nie, to tylko kolejny przykład wyolbrzymiania prostych spraw i nienaturalnego sposobu myślenia bohatera, którego pełno jest w opowiadaniu.

To również przykład na to, że autor, ukryty za pierwszoosobowym narratorem, musi nam co chwila przypominać, jakie tu rzeczy się dzieją napakowane emocjonalnie, jakie są dramatyczne, heroiczne i nabuzowane psychologicznie. Podkreśla to każdą ciężką metaforą, każdą rozkminą bohatera, nie pozwalając czytelnikowi dojść do własnych wniosków, wczuć się w emocje, samemu je wyartykułować i nazwać.

Mnóstwo tutaj efekciarskich niedopowiedzeń, niby retorycznych pytań skierowanych do czytelnika, jakieś emfazy, nadęcia emocjonalnego. Nie wiem nawet jak to określić. Trudno będzie Autorowi wyjść z takiej pozy. Bo to taka dojrzałość udawana. Wyćwiczona, sprawna imitacja. Technicznie jest bardzo dobrze, ale wszystko to jest efekciarskie, przegięte, wydumane, a przez to dla mnie nieprawdziwe na poziomie emocjonalnym. To takie pisanie w stylu kogoś z doświadczeniem życiowym przez kogoś, kto takie doświadczenie tylko sobie wyobraża, udaje je i naśladuje.

Fabuła? Jest tutaj na portalu opowiadanie Wybranietz o mroźnych trzmielach z kosmosu (piórkowe zresztą), i to jest mniej więcej ten sam poziom abstrakcji. Dla mnie bardzo wydumany. Dostajemy więc podziemne wieloryby ze skał i błota, które coś tam niby symbolizują, ale jest to jakieś takie życzeniowe raczej. I problem w tym, że to trochę za bardzo naciągane jak dla mnie. Moim zdaniem poziom komplikacji, jaki Autor serwuje przy realizacji swojego pomysłu w tekście, aby jakoś upchać i powiązać te wieloryby z losem bohatera, jest zbyt wysoki. W efekcie ten wątek jest przekombinowany i wygląda chaotycznie. Czyli krótko mówiąc – miało być oryginalnie, a jest tak sobie. Żeby całość się Autorowi spinała, dodaje on do opowieści ojca zupełnie odmienne opowieści matki, odłącza wieloryba od reszty stada (takie nawiązanie do bohatera oderwanego od rodziny), chociaż nie wiadomo po co i dlaczego właściwie te wieloryby snują się po fabule. Ba! Powstaje w tle niemal mitologia wielorybia, której ja niestety nie kupuję. Właściwie sam bohater po drodze odkrywa niekonsekwencje owego magicznego wymiaru wielorybiego. Akcja gania te dziwaczne zwierzaki po scenie w sumie bez powodu. Niby zapędzają gdzieś bohatera, a w rzeczywistości on sam za nimi goni, coś mu niby przekazują, coś symbolizują, tylko co? I czemu akurat wieloryby w górach? Bo w sumie to co jakiś czas wyskakują z ziemi i wciąż kręcą się wokół bohatera, ale niewiele z tego ich kręcenia wynika. A jeszcze na końcu okazuje się, że są niczym chmury na niebie (???). No ciężkie to wszystko jako metafora czegokolwiek.

Mimo tych wszystkich uwag to jest oczywiście nadal bardzo dobre opowiadanie. Napisane na poziomie dla wielu jeszcze długo nieosiągalnym. Naszpikowane świetnymi opisami (pojawienie się samotnego wieloryba prychającego piaskiem niesamowicie plastyczne, magiczne, fantastycznie wymyślone i napisane). Doprawione kilkoma naprawdę dobrymi i trafionymi zdaniami/myślami, w wielu miejscach dobrze przedstawionymi emocjami, a w samej koncepcji pomysłowe i odważne, głównie w tym nieco karkołomnym połączeniu wielorybów z górami (czy to się dobrze klei to już inna sprawa).

Zalecałbym tylko pewne stonowanie środków wyrazu, spokojny oddech, nieco luzu i więcej autentyczności.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Anonimie:)

Tekst jest dobry, lecz za mało subtelny. 

Moim zdaniem przez przerysowanie. Atakujesz ze wszystkich stron. Metafory, sytuacja rodzinna, Białorusinka i wieloryby. Tam, gdzie przydałaby się oszczędność – szarżujesz  metaforami i słowami. Nawet bym to kupiła, gdyby były bardziej oryginalne. Nie były.

Sytuacja, trudna, pojmuję, ale po co było komplikować z Białorusinką,  uzasadnienia nie ma? przynajmniej w tekście.

Najbardziej podobały mi się wieloryby, są prawdziwe. Starałam się zapomnieć o kaszalocie Twardocha, i udało się! Poza tym wieloryby to fajne nawiązanie. A tu mamy całe stado.

Góry są dla mnie odskocznią, ale ok, każdy zapuszcza się w swoje rejony, poza tym konkurs.

Coś tutaj nie zagrało, ale powiadam – dla mnie. Zdzieliłeś mnie „obuchem w łeb”, jak cała ta rzeczywistość dookoła, która krzyczy silniej, mocniej. A ja na to – ciszej, krzycz, jeśli musisz, lecz nie cała dobę i nie przekrzykuj, daj i mi przestrzeń.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, Mr.marasie, bardzo dziękuję za tak dające do myślenia komentarze. Kusi, by podjąć polemikę, ale, jak mawiają, tekst powinien bronić się sam.

A to ciekawe, Autor/ka, który nie wdaje się w dyskusje z taaaakim komentarzem, znaczy ktoś, kto ma dystans do swojego pisania. Mógłby być Cobold, jest w końcu maluch w tekście ;), ale to nie jego wrażliwość. Hm, ktoś, kto długo jest już na forum, bo wydaje mi się, że znam to pisanie, ale też mi się widzi, że z tych rzadziej publikujących. Taki Blackburn mógłby być albo coś podobnego. Kto wiem, może ktoś z nowych, w końcu trochę mnie tu nie było.

Ktoś wie?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Mam swoje podejrzenie:)

To pisz, nie biją za to. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

To fajnie, Anet ;)

Bardzo spodobał mi się już sam tytuł :) A potem przeczytałam pierwszy akapit i całkowicie mnie wciągnęło. Ślicznie napisany tekst, ale przede wszystkim oparty na fajnym pomyśle – wieloryby i góry. To działa na wyobraźnię i moim zdaniem dobrze współgra z emocjami bohatera. Wyjątkowo przyjemna lektura. Powodzenia w konkursie :)

To opowiadanie jest CUDOWNE! Takie w moim stylu, lubię dziwne rzeczy, jak wieloryby pływające pod ziemią powodujące trzęsienie ziemi. Mam wrażenie, że tekst jest doskonale przemyślany, od początku do końca. Bardzo zgrabne opowiadanie, tylko w pewnym momencie było coś o tym, że matka opowiedziała bohaterowi coś zupełnie innego i już ten wątek więcej się nie pojawił, zabrakło mi tego, miałam wrażenie, że autor o tym zapomniał, ale pewnie nie. W każdym razie, będzie nominacja do piórka ode mnie, jak tylko wrócę do domu, bo z telefonu nie można podlinkować.

Wpadam jeszcze raz, zainspirowana komentarzem Marasa.

Początkowo myślałam, że to motyw przewodni opka można streścić krótko: Spieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą. I nadal jestem tego zdania. Jednak komentarz Marasa nie dawał mi spokoju. Bo trudno się z nim nie zgodzić. Faktycznie śpiewasz, autorze, bardzo wysokim C. Z drugiej strony to jest za dobrze napisane, zbyt dobrze przemyślane, pomysł jest zbyt oryginalny, a wieloryby zbyt dobrze wkomponowane w tekst, żebyś mógł popełnić błędy, które Ci zarzuca Maras. Czyli jest to celowe, a co za tym idzie, coś tam jeszcze musi być. Przeczytałam jeszcze parę razy i być może wiem, co chciałeś powiedzieć. Choć oczywiście mogę się mylić i już nie tyle widzieć duchy, co je wywoływać. A Ty, autorze, faktycznie zwyczajnie przedobrzyłeś.

 

Mam wrażenie, że bohater, mimo używania dorosłych słów, jest w gruncie rzeczy dzieckiem. Wszystkie jego zachowania pasują do egoistycznego dzieciaka. Sam powód cierpienia bohatera jest powiedzmy sobie szczerze błahy. Rozumiem, że dla dzieciaka ciągłe przeprowadzki to tragedia, ale dorosły potrafi na to spojrzeć z pewnej perspektywy, zyskać dystans do przeszłości. Może mieć żal do rodziców, ale nie aż taki. Dorosły zrozumie, że ojciec chciał wynagrodzić synowi to poczucie bycia znikąd, spędzając z nim możliwie wiele czasu.

Jak to możliwe, że dorosły facet nadal nie wie, co właściwie dolegało jego matce. Nie zainteresował się. Czemu, skoro to dla niego taka trauma. Zdaje się, że jego to niespecjalnie obchodziło. Zbyt był zajęty rozpamiętywaniem swoich krzywd. I znowu, to takie dziecinne.

Dalej, dorośli nie miewają niewidzialnych przyjaciół, nie widzą wielorybów z błota i piasku, to domena dzieciństwa.

Scena w szpitalu:

wszystko było na opak: przecież to ojcowie powinni trwać przy łóżkach synów, opowiadać im bajki, czekać, aż dzieci usną.

To nie są przemyślenia osoby dorosłej, ale dziecka właśnie. I jeszcze to uchylanie powieki, gest typowo dziecięcy. I w końcu: ja ci jeszcze pokażę, znajdę tego wieloryba

Podobnie w przypadku pożegnania z matką:

Całe moje ciało drżało od tytanicznego wysiłku, jaki musiałem włożyć w to, by nie zachować się wobec matki jeszcze gorzej, może nawet tak, jak na to zasługiwała.

Widziałeś to kiedyś: Stoi przed tobą dzieciak, któremu czegoś odmówiłeś i ma wypisane na twarzy słowa: nienawidzę cię, nienawidzę, ty wstrętna czarownico. Po czym odwraca się na pięcie i ucieka, trzaskając po drodze wszystkimi możliwymi drzwiami. Tu mamy dokładnie tę reakcję. Jedynie słowa, którymi bohater opisuje swój stan są dorosłe.

 

Krótko mówiąc, przedstawiasz nam Piotrusia Pana, faceta, który nigdy tak naprawdę nie dorósł.

 

I nawet Białorusinka świetnie się tutaj komponuje. Przypomina mi trochę Wendy. Matkuje bohaterowi. Jest z innego świata, zawsze może do niego wrócić, bądź też zostać zmuszona do powrotu. Więc to taki tymczasowy, niedorosły związek, przynajmniej ze strony bohatera.

I cała ta wycieczka, a nawet próba jej wyjaśnienia są tak cholernie niedojrzałe.

 

Później mamy końcówkę. Bohater mdleje, możemy się domyślić, że pewnie w chwili śmierci ojca. Po czym, gdy już dochodzi do siebie, natychmiast dostaje telefon z informacją o jego śmierci. I nagle wieloryby znikają. Grunt przestaje się trząść pod jego nogami i mamy faceta twardo stojącego na ziemi. IMO mamy tu do czynienia z jakąś cezurą, śmierć ojca oznacza dla bohatera symboliczny koniec dzieciństwa. Egoistyczny dzieciak przepoczwarzył się w dorosłego człowieka.

 

Zakładając, że moja interpretacja jest poprawna, powstaje pytanie, czemu nie zauważyłam tego wcześniej, ba nikt nie zauważył. Czemu trzeba było aż komentarza Marasa, żebym to dostrzegła (pomijając oczywiście fakt, że komentarze Marasa są niezwykle inspirujące i żałuję, że tak ich niewiele pod moimi opkami:)). Albo wszystko, co napisałam jest nadinterpretacją, albo czegoś tu zabrakło.

Jeśli śmierć ojca ma doprowadzić do przemiany bohatera, to powinien on zdać sobie sprawę ze swojego egoistycznego, dziecinnego zachowania. Nie konfrontujesz go z tym, a tym samym ta przemiana nie może być prawdziwa, trwała. Brakuje mi tutaj jakiegoś (przepraszam CM): Kurwa, ale ze mnie palant. Jakiegoś momentu refleksji, zastanowienia się, żalu. I stąd też moje wątpliwości, co do poprawności odczytania Twoich intencji.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Katio, cieszę się, że się podobało. 

Sonato, dziękuję za nominację. Bardzo mi miło. 

Irko, dziękuję za wnikliwe przemyślenia. Zwrot “poprawność odczytania intencji” mnie zdumiewa, bo tekst literacki nie jest działaniem matematycznym, które ma jedno właściwe rozwiązanie. Odbiorca ma prawo zinterpretować tekst tak, jak chce. Jeśli jest zadowolony ze swojej interpretacji, to autor może się cieszyć, że jego twór zadziałał w jakiś pozytywny sposób na czytelnika. Ważne jest przecież, by opowiadanie się podobało, działało na emocje, skłaniało do przemyśleń, zostawało w pamięci, wywoływało reakcje. A w tym przypadku także to, by pasowało do założeń konkursu. Nie wiem natomiast, co sądzić o rozważaniu, co Anonim zrobił/a świadomie i celowo. Chciał/a w swoim mniemaniu jak najlepiej – bo jaki autor/ka nie chce? – a wyszło, jak wyszło, każdy może się przekonać i każdy może odczytać to inaczej. 

Masz rację autorze, tekst literacki nie jest działaniem matematycznym, jednak autor pisze z pewną intencją, chce przekazać coś konkretnego. I tu jestem zwyczajnie ciekawa, czy Twoje intencje odczytałam dobrze. Tym bardziej, że ta interpretacja Twojego tekstu nasunęła mi się nie tyle po przeczytaniu opka, co komentarza Marasa. Najwyraźniej jednak nie trafiłam. ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Sprawnie napisane. Jednak spodziewałam się jakiejś traumy z dzieciństwa (cóż zrobiła ta matka straszliwa???), a dostałam powód, który nie do końca mnie przekonuje

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Zmordowało mnie to opowiadanie okrutnie. Być może dlatego, że nie zrozumiałam istoty opowieści o wielorybach. Nie wiem dlaczego bajka z dzieciństwa stała się nagle tak ważna, że Dawid odbył wędrówkę po górach, mimo że tego nie lubił, a kiedyś chodził po nich tylko dlatego, że zabierał go tam ojciec. No, czasem towarzyszyła im także matka.

Przyjmuję do wiadomości, że Dawid nie miał łatwego dzieciństwa, ale czy nikt mu nigdy nie wytłumaczył, czym to było spowodowane? Odnoszę wrażenie, że matka zupełnie go nie interesowała, skoro teraz, kiedy jest dorosły, nawet nie wie, na co chorowała/ choruje.

Zdaje mi się także, że największym problemem bohatera nie jest ani choroba i śmierć ojca, ani stan zdrowia matki, a tylko ciągłe rozpamiętywanie dzieciństwa.

No i wieloryby – przykro mi, ale naprawdę nie rozumiem ich obecności i roli w opowiadaniu. :(

 

Ale mo­głeś cho­ciaż pu­ścić smsa. ―> Ale mo­głeś cho­ciaż pu­ścić esemesa/ SMS-a.

 

Bryły błota za­to­czy­ły sze­ro­ki łuk… ―> Obawiam się, że błoto, z racji swej konsystencji, nie będzie tworzyło brył.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, wiem, że czytasz tu dużo opowiadań i pewnie to wpływa na Twój odbiór, ale to opowiadanie nie należy do tych, które się czyta szybko i lekko, gdzieś w biegu. Być może dlatego nie zauważyłaś głębi w nim. A tu naprawdę jest GŁĘBIA, coś, co sprawia, że niemal każde zdanie trafia gdzieś głęboko w nerwy i powoduje nieopisane i niesprecyzowane odczucia – dlatego wg mnie jest godne piórka. Zachęcam, żebyś spróbowała przeczytać je jeszcze raz, na spokojnie, w ciszy i głębokiej koncentracji, tak, jakbyś piła powoli wino, żeby je smakować – oczywiście to tylko zachęta, ale wierzę, że głębsze wczytanie się w ten tekst da Ci wielką satysfakcję czytelniczą. Nie wiem, czemu, ale zasmucił mnie Twój komentarz, chociaż nie jest krytyką do mojego własnego opowiadania. Czuję dziwną solidarność z tym tekstem.

Sonato, możesz mi wierzyć albo nie, ale temu opowiadaniu poświęciłam stosowną ilość tak czasu, jak i należytej uwagi; nie czytałam w biegu. A że nie dostrzegłam głębi…

Nie możesz wymagać, żeby opowiadanie, które wywarło na Tobie tak wielkie wrażenie, było podobnie odebrane przeze mnie. Być może jest w nim głębia, która Ciebie zachwyciła, ale ja jej nie dostrzegłam.

Wzrusza mnie Twoja troska o losy opowiadania i pragnienie aby zostało wyróżnione piórkiem, ale weź pod uwagę, że nie ja decyduję o przyznaniu piórka – jest nas dziewięcioro.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby czegoś od Ciebie wymagać, po prostu myślałam, że czytałaś na szybko, mój błąd, wybacz. A o piórku wspomniałam tylko dlatego, że ja nominowałam, nie dlatego, żeby coś Ci sugerować :)

Szkoda, że nie dostrzegłaś w opowiadaniu tego, co ja. To jest jeden z tych tekstów, w których mniej się stawia na fabułę, a bardziej na ładunek emocjonalny i ja też chcę w swojej twórczości iść w tę stronę, może dlatego tak mnie zabolał Twój komentarz. Wiadomo, nie każdemu taki sposób pisania się podoba, ale pogodzić się z tym to już inna sprawa, ja jestem jeszcze w sumie na początku swoich konfrontacji z odbiorem czytelników i dopiero się uczę przyjmować opinie innych. Trudno mi, bo duuuużą część życia poświęciłam pisaniu dla samej siebie, bez żadnych czytelników i komentarzy i oto efekty.

Sonato, nie mam Ci czego wybaczać, bo nic się nie stało. :)

A ilu czytelników, tyle opinii o opowiadaniu – niektóre będą się pokrywać, inne okażą się krańcowo różne. I przykro mi, że w tym przypadku nie potrafię zachwycić się tekstem, który Ciebie urzekł. Pocieszające jest jednak to, że pojawi się tutaj jeszcze mnóstwo opowiadań i czytając je, przeżyjemy wiele wzruszeń. Jestem przekonana, Sonato, że wśród nich będą także Twoje dzieła. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

heart

Fleurdelacour, Regulatorzy, dziękuję za podzielenie się wrażeniami. 

Sonato – aż chce się dalej pisać :) 

Urzekł mnie sposób, w jaki opisałeś tę wewnętrzną walkę między nie do końca spełnionym dzieciństwem a dorosłością, która na tylu frontach rozczarowuje. Do gustu szczególniej przypadło mi użycie bajek z dzieciństwa bohatera jako narzędzia narracyjnego. Coś jak aniołek i diabełek na ramieniu – wiadomo, że nie istnieją; nie są nawet halucynacjami. Ot po prostu sposób, w jaki autor opowiada pewną historię; takie dość rozbudowane, autonomiczne metafory. Moim zdaniem wykorzystane jest to po mistrzowsku.

Cała reszta – choćby warsztat – jak dla mnie świetne. Jeśli są jakieś zgrzyty (a zawsze są), moi o wiele bardziej kompetentni poprzednicy je zdążyli wypunktować.

Tekst wciąga, fajnie się czyta, niejeden czytelnik przejrzy się w nim jak w lustrze. Słowem proza życia, tylko jakoś tak przybrana i przyozdobiona, że łatwiej ją przełknąć.

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Paradust, miło czytać takie słowa. Dziękuję. 

A mnie czytać takie opowiadania :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Tak jak kogoś z poprzednich komentujących, do opowiadania zwabił mnie tytuł, ale też jego złożenie z tematyką górską, którą zapowiadał konkurs.

Bardzo mocno podkreślasz emocje – czego szczerze zazdroszczę, bo sama mam z tym problem – ale w pewnym momencie robi się ich za dużo i czytelnik coraz bardziej obojętnieje. Spodobało mi się za to, w jaki sposób ukazałeś głównego bohatera – z jednej strony jako człowieka “samodzielnego życiowo”, a z drugiej kogoś zagubionego i nie potrafiącego poradzić sobie ze śmiercią, przerysowaną traumą czy nawet ze zwykłą rozmową.

Całość generalnie mi się podoba i pewnie zostanie mi chociaż na jakiś czas w pamięci, nawet mimo drażniących przerysowań.

Zostaw ten żyrandol.

Tekst jest stylistycznie piękny i warsztatowo znakomity: sposób pisania, pewna płynność operowania narracją, spójność punktu widzenia, niezwykle chwilami piękne obrazy i sceny.

No ale. Ale ja już w życiu przeczytałam/obejrzałam bardzo dużo tekstów operujących metaforą białego wieloryba i aluzjami do Moby Dicka. I, szczerze mówiąc, jak by ta metafora nie była efektowna, to jest też trochę zgrana. I nieco zbyt oczywista. A że tu na dodatek służy tu za klucz do bardzo emocjonalnie naładowanego tekstu, to efekt całości wydaje mi się nieco przesadzony, obliczony na złapanie czytelnika za gardło. A mnie nie łapie, może właśnie dlatego, choć, owszem, dotyka tematów dla mnie osobiście cholernie bolesnych.  

 

PS. I jeszcze mi się Twardoch i jego wieloryb przypomniał i mam wrażenie, że metafor z wielorybem mam dość na ładnych parę lat. Wiem, że to nie wina Anonima-Autora/rki, ale

Bardzo dziękuję za kolejne opinie. 

Staruch tu był!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mam odczucia zawieszone gdzieś między Marasem i Reg.

Jest to bardzo pięknie napisane, dobrze skomponowane, właściwie wszystko gra, ale poziom tego, jak ma ze mnie wyciskać emocje, jest – jak dla mnie – nieznośny. W dodatku tytułowe wieloryby przytłaczają – jest ich za dużo. Historyjka opowiedziana na początku – dlaczego ojciec wymyślał te wieloryby, jest bardzo zacna. Ale może wystarczyłoby od niej wyjść i do niej dojść, po drodze opowiadając coś poza emo bohatera? Przykro mi, bo tekst naprawdę i tytułem, i początkiem, zapowiadał coś znacznie ciekawszego fabularnie. A tymczasem mam wrażenie, że wieloryby są tu maską tworzącą pozór głębi, ale przysłaniają to, że historyjka jest tak naprawdę przy całej swojej emocjonalności dość mało oryginalna i pozbawiona pazura.

W tym konkursie obyczajówka ma prawo wyłazić spod fantastyki w większym stopniu niż w większości portalowych zmagań, no i jak dla mnie wyobrażeniowy sztafaż do obyczajówki jest tu po prostu zbyt mało subtelny, zbyt na siłę upychający wątek pseudo-fantastyczny.

A szkoda, bo był tu, moim zdaniem, całkiem spory potencjał, nawet mimo słusznie zauważonego przez ninedin zużycia metafory wieloryba.

No i jest jeszcze jedno: ile można w kółko o tych facetach w kryzysie? Czemu to nie mogłaby być kobieta? Mam wrażenie, że na tak drobnej zmianie to opowiadanie, nawet takie, jakie jest, gigantycznie by zyskało. I nie piszę tego z feministycznych pobudek, naprawdę tak uważam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za krytykę, Drakaino.

Ej, no, trochę pochwaliłam… Pomysł i wykonanie – na zdecydowany plus. A że wolę teksty bardziej emocjonalnie stonowane, cóż, trudno…

 

Edyta: chyba wyjątkowo nie powinnam się rzucać o nadmiar emocji (i dziwić wysypowi takich opowiadań), bo właśnie znalazłam w regulaminie punkt “Efekt wzruszenia u czytelnika” XD

 

Ergo, kajam się laugh

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie było moją intencją sugerowanie braku pochwał, tylko podziękowanie za rzetelne wypunktowanie tego, co Twoim zdaniem nie zagrało. Na wszelki wypadek jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze :)

To ja może jeszcze raz, w kontekście nominacji piórkowej, jaką ten tekst uzyskał.

Mogę się czepiać metafory wieloryba jako zbyt często ogrywanej. Ale w głosowaniu będę na TAK, ze względu na inne zalety tego tekstu. Jak dla mnie on należy do najlepszych w miesiącu, a moja opinia opiera się tu przede wszystkim na jego walorach czysto literackich. Tekst, rzeczywiście, opowiada historię postaci takiej, jakich w tym konkursie jest kilka, ale robi to literacko bardzo efektownie i pomysłowo – o czym pisałam w swoim pierwszym komentarzu. Elegancja kompozycji tego tekstu, dopasowanie stylu i rozwiązań literackich do kluczowej idei w treści (jaką jest IMHO próba zmierzenia się bohatera z tym jak sam siebie w dorosłym życiu rozczarował), obrazowość w ukazywaniu centralnej metafory uważam za na tyle ważne i cenne, że przeważą one u mnie szalę na korzyść TAK-a.

Dziękuję, Ninedin :) 

Tekst na emocjach i bohaterze-narratorze stoi. I te dwa elementy wychodzą Ci znakomicie. Jest to opowieść o bohaterze mierzącym się z traumą, mającego faktyczne problemy i uciekający w elementy fantastyczne (czy metafizyczne, czy faktyczne – kwestia do dyskusji). W ogóle ten obraz wielorybów i ich przewijający się motyw bardzo ładnie spina tekst.

Jednak mniej więcej od połowy opowiadanie zaczęło mnie nużyć. Włącza się mechanizm zmęczenia emocjami postaci. Mam wrażenie, że to dlatego, że zabrakło chwili wytchnienia dla postaci, a przez to – i mnie, czytelnika. I choć opisy nadal brzmiały dobrze, choć emocje nadal były pokazane przekonująco, to w pewnym momencie odpadłem. Doczytałem do końca, ale już nic nie czułem (choć doznania językowe były w stanie część z tego zrównoważyć).

Tak więc dobrze zrobiony i napisany koncert fajerwerków, jednak potrafiący zmęczyć po drodze intensywnością.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za komentarz, NoWhereManie. 

Anonimie, Twoje opowiadanie zostało nominowane do piórka. Zgodnie z wymaganiami konkursu, pozostań anonimem do czasu ogłoszenia wyników (jeszcze kilka dni). Aby zachować jednocześnie szansę na piórko, ujawnij swoją tożsamość przed 15 lutego.

W ramach powitania:

A więc tak miał odtąd patrzyć. 

Okej, wiem, że i patrzeć patrzyć jest poprawnie. Tylko ta zdecydowanie rzadziej używana forma patrzyć lekko zgrzyta, wybija z rytmu, chwilowo przestrasza, zanim człowiek zorientuje się, że jednak wszystko jest okej. Jak wielki pająk na blacie, który po sekundzie okazuje się być szypułką pomidora. Dlatego wolałbym patrzeć, bo ów zgrzycik wcale nie jest potrzebny. 

Uf, ale mi tekst ocenić przyszło. 

Powiem wprost – opowiadanie mi się nie podoba. Może nie zauważyłem tam tak wielkiej pompy, egzaltowania i napuszenia, jak widział Maras, jednak stałe, emocjonalne napięcie w wysokich rejestrach, ten ciągły metafizyczny ból, którego doświadcza bohater, ten brak stonowania po jakimś czasie męczy i zobojętnia. Nic dziwnego – black metal słuchany w nocy usypiał mnie zawsze dużo szybciej, niż delikatne ballady :-) Nie podoba mi się niedojrzały emocjonalnie bohater, któremu jest źle, właściwie bez powodu, i który próbuje ów egzystencjalny dyskomfort nie dość, że ubrać w dramat opisany zbyt wielkimi literami, to jeszcze zrzucić winę na jakoby nienajlepsze dzieciństwo (bo musiał przeprowadzać się z jednego fajnego kurortu do innego, bo nie czuł wystarczającej więzi z matką, która nie umiała gotować, bo ojciec zabierał go na górskie spacery i opowiadał wymyślone przez siebie baśnie) Istny dramat. Jak ktoś taki poradził sobie w ogóle w życiu, jak znalazł ciekawą, przyzwoicie płatną pracę (w której mu źle) i fajną partnerkę (z którą mu nienajlepiej)? Zawiodłem się, że wieloryby to tylko metafora, a próby "a-może-urzeczywistnienia" ich i tchnięcia w nie czegoś w rodzaju realizmu magicznego (fontanny błota i piasku, widziane przez innych ludzi) uwazam za nieudane i w zasadzie zbędne. Zdziwiłem się, bo to jeden z nielicznych tekstów, o których pomyślałem, że byłby lepszy, gdyby był krótszy. 

Ale… 

Ale czy fakt, że tekst ocieka emfazą, metafory bywają nie pierwszej świeżości (nieszczęsny Moby Dick), a bohaterowi ma się ochotę dać w zęby oznacza automatycznie, że opowiadanie jest niedobre? Cóż, nie w tym przypadku. Bo im dłużej się nad tym zastanawiam, to tym bardziej wszystko mi tu gra. 

Rzecz jest napisana świetnie, zarówno jeśli chodzi o styl, jak i wykonanie. Wiele zdań jest przepięknych, nawet jeśli okolone są zbyt dużą ilością niewidzialnych wykrzykników. Że pełno w nich przesady? Jasne, że pełno, skoro autor takiego a nie innego bohatera sobie skonstruował, prowadzi narrację w pierwszej osobie i dokładnie opisuje jego myśli i uczucia, to chyba dobrze, gdy styl odzwierciedla sposób myślenia narratora. Że to denerwujące? Ano jest. Ale nie można skreślać tekstu, bo nie lubi się głównej postaci. Podziemne, gigantyczne wieloryby są same w sobie dość pomysłowe, a i opisowo wyszły świetnie – fajnie było wyobrażać sobie ich geologiczne kąpiele, skoki, harce i nurkowania. Potężne, majestatyczne i przytłaczające w swej… absurdalności i niepotrzebności, niczym myśli i obsesje bohatera. Słabiej sprawdzały się jako metafora, zapewne dlatego bardzo żałowałem, że do takiej roli zostały sprowadzone. Choć z drugiej strony cenię sobie metafory proste, czytelne, zwłaszcza, że nie zajmujemy się poezją.

I kiedy już pogodziłem się ze sposobem, w jaki opowiadanie jest napisane, okazało się, że właściwie wszystko tam do siebie pasuje, wszystko się zgrywa, a tekst to zamknięta, świetnie skomponowana całość, traktująca o spóźnionym dorastaniu, które potrzebowało śmierci ojca, by móc w końcu dać o sobie znać. Czy jest to szczere, a emocje prawdziwe? Nie wiem, i muszę przyznać, że wcale mnie to nie obchodzi. Tekst nie musi być osobisty, autor nie musi autentycznie przeżywać opisywanych emocji. Jeśli efekt jestem tylko zbiorem, jak pisał Maras, zimno skalkulowanych, literackich sztuczek, obliczonych na wywołanie konkretnego wrażenia i nienagannie warsztatowo przedstawionych, emocjonalno-pisarskich trików, to co z tego? To tylko dowodzi talentu i sprawności autora i nie umniejsza wartości tekstu. Literatura ma przede wszystkim dawać coś czytelnikowi – rozrywkę, zadumę, powód do przemyśleń, emocje, co tam jeszcze – nie być terapią, tudzież wyrazem ekshibicjonizmu autora. Ba, bez dobrej ściemy nie ma porządnej literatury. 

Więc powtórzę – tekst mi się nie podoba. Na dobrą sprawę, to jeśli chodzi o te wielorybie (nie, właściwie to napuszone jak najeżka) emocje i odzwierciedlający je styl, to jestem bliski opinii Marasa. Co nie zmienia faktu, że jest to tekst napisany znakomicie, skrojony idealnie, a każdy jego element, od budowy zdań, po klimat i treść, znakomicie do siebie pasuje i stanowi dzieło profesjonalisty.

(no i jak do konkursu pasuje – bardziej heroiczna i tytaniczna to ta sudecka wędrówka być nie mogła ;-)) 

Dlatego w głosowaniu będę na tak.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo dobry komentarz, Thargone i bardzo ładna postawa. Jestem na tak. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

I ja chylę czoła przed komentarzem Thargone’a. Wow. Zaimponowałeś mi.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Thargone, ślicznie dziękuję. Podziwiam takie oddzielenie własnego gustu od profesjonalnej oceny – co wcześniej zaprezentowała także Ninedin (jej też się należy za to dodatkowy szacunek). Nie wiem, czy sama bym tak potrafił. 

no i jak do konkursu pasuje

Mówisz? Nikt się za bardzo na ten temat nie wypowiadał, więc sam już nie wiem. 

Czyli jednak kobieta pisała, no proszę, AQQ.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Pudło :)

Znaczy muszę poczekać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki za pochwały, choć niezasłużone :-) Pomijając nawet to, że z obiektywną oceną sztuki jest z prędkością światła – można co najwyżej dążyć, to myślę, że każdy z nas (lożan i nie tylko) kto w miarę na poważnie stara się ocenić czyjeś dzieło i ma jakieś obycie w temacie, jest zdolny do oddzielenia gustu od profesjonalnej oceny. I robi to.

Przykładowo – Maras uważa, że emocjonalna przesada, emfaza i pewna egzaltacja sylu waleni to wada. Ja uważam, że wadą nie jest. Czy któryś z nas się myli? Albo czy u któregoś z nas górę bierze gust, widzimisię, osobiste sprawy, czy też brak porannej kawy? Nie sądzę. Mamy po prostu inny nieco inny punkt widzenia na pewne aspekty pisania i tyle. Dlatego to dobrze, że tutaj wyróżnienia przyznaję dziewięć osób, a nie jedna :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Może nie potrafię oddzielić swojego gustu o lożowania, ale nie widzę tu elementów, których szukam w fantastyce.

Wątek fantastyczny słaby. OK, same wieloryby są fajne. Ale wizja, jak taki waleń sobie przepływa po powierzchni, orze ziemię, potem znika, a zmarszczki się wygładzają, powoduje, że moje zawieszenie niewiary idzie sobie nad morze. Trzęsienia ziemi tak nie działają.

Metafora albo inna matopeja, czyli. A to by oznaczało, że fantastyki nie ma.

Ogólnie – IMO to tekst nie o wielorybach, tylko niedojrzałym bohaterze, który nie potrafi się pogodzić z rodziną, a przede wszsytkim – ze sobą. Obyczajówka.

Wieloryby postrzegam jako wątek mocno odjechany, niezgodny z moją wiedzą o świecie i niewyjaśniony w tekście. Dlaczego akurat wieloryby, a nie słonie, gobliny albo tebetojczycy (neologizm, nie guglać)? Ani nie widać, że są ssakami, ani plankton, którym powinny się żywić, nie rzuca się w oczy. No, gdyby chociaż pieśni…

Wielu przedpiśców podkreśla znaczenie emocji (tak w pozytywnym aspekcie, jak i negatywnym). No, cóż, ta warstwa mnie nie porusza, a jeśli z tekstu wyciąć uczucia, to zostaje bardzo niewiele wątków, które mogłyby wywrzeć na mnie wrażenie.

Problem, z którym mierzy się bohater, jest nienowy – śmierć w rodzinie, opóźnione dojrzewanie. Zdaje się, że literatura od tysięcy lat to wałkuje.

Podejście do tematu konkursowego niezbyt oryginalne. Póki co czytałam niewiele, ale wydaje mi się, że dominuje model, w którym bohater z jakiegoś powodu zalicza wszystkie wymienione w regulaminie szczyty.

Nie przeczę – opowiadanie napisane bardzo dobrze. Gdyby jeszcze nie zgubiło przy tym wewnętrznej logiki i nie koncentrowało się tak bardzo na jednej rzeczy – mogłoby powalczyć o mój głos.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za uzasadnienie. Powiedz proszę, czy dobrze rozumiem: oczekujesz od fantastyki sztywnych reguł, realizmu i zgodności z Twoją wiedzą o świecie? Tak można by wnioskować z Twoich słów. 

Nie aż tak. Ale jeśli coś wyraźnie łamie te reguły, to niech Autor pokaże, że wie, co robi – wyjaśni, dlaczego coś się dzieje, pokaże, że w jego świecie reguły wyglądają inaczej.

Mogę czytać space opery bazujące na locie FTL. Nie oczekuję schematu silnika (acz byłby mile widziany :-) ). Mogę czytać Harry’ego Pottera – przyjmujemy założenie, że istnieje magia, ułamkowe perony i cała reszta. Zwróć uwagę, jak to uniwersum jest przemyślane – wszystko ukrywa się przed mugolami, aż pełnokrwiści czarodzieje mogą fascynować się ludzką techniką. Dzieciom czyta się różne bajki na dobranoc. Dwa różne światy. Zanim Harry użyje zaklęcia patronusa, musi długo trenować, a nie “i wtedy rzucił czar, aż dementor zsiniał”.

A tutaj nie widzę, co sprawia, że ziemia po przejściu wieloryba wraca do normy. No, bo bajki umierającego człowieka chyba nie. Jestem skłonna zaakceptować tłumaczenie spójne z wykreowanym światem, ale tu go nie znalazłam.

BTW, w Harrym też jest manipulowanie emocjami – biedny chłopiec, sierota, wychowywany przez wrednych krewniaków. Stary schemat (Kopciuszek, Jaś i Małgosia, Eragon, Luke Skywalker), ale działa.

Babska logika rządzi!

Hmmm… Głębokie i pełne namysłu hmm. Niby błędów językowych jest niewiele, niby język całkiem ładny, a kompozycja w porządku (bohater faktycznie dojrzewa) – a jednak czegoś mi tu brakuje.

Czego? Zabij mnie, nie wiem.

 

Jeśli interesują Cię bardziej szczegółowe uwagi, proszę o adres na priv.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Skoro się odanonimowałem, to jeszcze raz dziękuję wszystkim za przeczytanie i komentarze :)

Wcześniej byłem raczej lakoniczny, ale teraz – gdyby ktoś chciał – chętnie pogadam bez maski Anonima.

 

Finklo, moim zdaniem jest miejsce na fantastykę ze ściśle określonymi regułami i na taką, która reguły łamie lub reguł nie ma. Próbujesz odbierać mój tekst przez pryzmat nieomal fantastyki naukowej, w której wszystko działa według zasad. A historia jest między innymi o tym, że bajki nie trzymają się kupy i że bohater sam próbuje je nagiąć pod siebie, znaleźć w nich sens. Oczywiście mogłaś tego nie dostrzec i tego nie kupić – prawo każdego czytelnika. Ale powiedz szczerze, czy próbujesz czasem “poszerzyć” swój gust? Często mówisz coś w rodzaju “emocje – to nie dla mnie”. A czemu nie dać szansy tym emocjom, skoro niektórzy je lubią? Abstrahuję tu już od mojego opowiadania, w którym emocje mogły Cię nie przekonać (i nie przekonały). Wydaje mi się, że z literaturą jest jak z dziwnymi potrawami: czasem trzeba w czymś rozsmakować, otworzyć się na coś nowego. 

 

Tarnino, dziękuję za pierwszy jurorski komentarz, ale nie mogę ukryć, że jestem nieco rozczarowany, bo Twoje słowa niewiele mi nie mówią. :( 

To mnie zaskoczyłeś, Funie. :) I to nawet lepiej, że jesteś tutaj, a nie na Dachu Świata. Bowiem tam typowałem Cię ostatecznie przez Twój wiek. :) Nie wpadłem na to, że przyczyną może być autorka – kobieta. :)

Jeszcze tu wrócę z podsumowaniem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No nie wierzę :D

www.facebook.com/mika.modrzynska

Fabuła:

Podobała mi się głębia tego tekstu. Bohater ucieka w góry, których nawet nie lubi, bo nie potrafi zmierzyć się z chorobą ojca, swoim życiem, z traumą dzieciństwa. Wmawia sobie, że jedzie tam, by odnaleźć ratunek dla ojca w fantastycznych marzeniach, choć na dobrą sprawę wcale w to nie wierzy.

Jego wędrówka to taka podróż psychologiczna. Czy coś z niej wynosi? Trudno powiedzieć. Niby odnajduje odpowiedzi, ale czy to cokolwiek zmienia?

Podobały mi się góry jako wieloryby. Bardzo plastyczne i niebanalne ich przedstawienie, wpływające na wyobraźnię.

 

Styl i język:

Świetnie napisane. Zarówno pod względem językowym, jak i stylistycznym. Poziom piórkowy. Jedynie zwrot „tektoniczna głębia” troszkę zakłuł w oczy.

 

Tematyka:

Jest Trójkąt Sudecki, jest element fantastyczny na granicy realizmu. Góry pokazane z nieco innej perspektywy, ale zostały wystarczająco wyeksponowane.

Zabrakło heroizmu, bo jednak ucieczka, to ucieczka. Niewiele ma wspólnego z odwagą i poświęceniem.

 

Potencjał motywacyjny:

To najsłabsze ogniwo. Tekst niespecjalnie motywuje do ruszenia w góry i podjęcia nieprzeciętnych wyzwań. Choć, przyznać muszę, że chętnie spróbuję wypatrzeć skamieniałe wieloryby.

 

Efekt wzruszenia:

Również mocna strona tego tekstu. Historia głównego bohatera wiarygodna, przedstawiona głęboko, zostaje na dłużej. Poczułem smutek, gdy zmarł ojciec głównego bohatera oraz rozczarowanie, że ucieczka w marzenia pozostała jedynie chowaniem głowy w piasek. Rozczarowanie jest jednak na poziomie emocjonalnym, a nie jako zarzut do tekstu, bo takie zakończenie mnie w pełni satysfakcjonuje.

 

Moja punktacja konkursowa: Top5 (5.4)

Ocena portalowa: 5.3/6 (nominacja piórkowa)

Kam, ale że co? ;)

 

Chrościsko, dziękuję za piękny komentarz i konkurs, który skłonił mnie do napisania czegoś po niemal półrocznej przerwie :) 

Co do potencjału motywacyjnego/heroizmu – zamysł był taki, że to się dzieje tak jakby już “po tekście”, bo wtedy bohater ma zrobić to, co dla niego najtrudniejsze, czyli ostatecznie zmierzyć się z przeszłością i porządnie porozmawiać z matką. (A zmotywowany czytelnik po skończeniu lektury także rusza, by zrobić swoje…) Wiem, że dla wielu osób może się to wydawać śmieszne, niedojrzałe, głupie. Z czego w ogóle robić problem? Ale dla każdego co innego jest wyzwaniem. Są ludzie, dla których wyjście z domu bywa przeszkodą nie do pokonania, bo tak ich paraliżuje fobia społeczna. Są też ludzie, dla których podejmowanie pewnych wyzwań bywa ucieczką – mam tu na myśli uciekanie w sport, w sztukę, w cokolwiek, w czym jest się dobrym. Moim zdaniem największej odwagi wymaga jednak stawienie czoła temu, co człowiekowi wydaje się najtrudniejsze. Każdy ma swoje granice do przekraczania. To, co dla jednego jest podłogą, dla drugiego jest sufitem. Chciałem przedstawić taki heroizm codzienny: żaden krok dla ludzkości, ale wielki krok dla człowieka. I niekoniecznie ten krok jest stawiany przeze “mnie” dla “mnie”. Tylko przeze “mnie” dla drugiego człowieka. Przed takimi herosami najniżej chylę czoło. 

Ale zdaję sobie sprawę, że nie do końca o to chodziło ;) 

Heh. Opowiadanie o narastającej samotności wewnętrznej i próbie wyrwania się z własnej przeszłości, która koniec końców kończy się stworzeniem czegoś pozornie innego, a w gruncie rzeczy takiego samego (wieloryby w chmurach).

 

Tekst bardzo mocno balansuje na granicy między fantastyką umowną, a czymś czysto symbolicznym. Jak mam dużą tolerancję dla takiego pogranicza (i wręcz je lubię), tak tutaj musiałem się trochę zastanowić, czy aby na pewno na tym pograniczu tekst się mieści. Owszem, jest scena z deszczem błota, ale zastanawiam się czy aby na pewno w zamierzeniu autorskim było to zdarzenie rzeczywiste czy tylko bohater to sobie wmówił lub „nałożył” na inne zdarzenie. Jeśli jednak przyjmiemy, że faktycznie ojciec bohatera stworzył coś „z zewnątrz”, co potem „przesiadło się” na syna, gdy ten opuścił rodzinę (co by pasowało do tego, że jego rodzice w końcu mogli osiąść na miejscu), to będzie ok.

 

Co jest bardzo na plus? Że tekst opowiada o bardzo realnych, choć często niewidocznych problemach. O tym, jak się rozpadają rodziny, jak powstaje niemoc emocjonalna, jak się potem przekłada na to, co się dzieje w życiu. Czy trudno w takie coś uwierzyć? Nie wiem. Ludzie różnie reagują na różne sytuacje. Czasem bywa tak, że emocje wygasają, a jednocześnie pozostaje żal, ze wygasły. Jak ludzie mogą z czymś takim funkcjonować? Cóż, ludzie funkcjonują z bardzo różnymi przekonaniami, często tłumiąc i maskując je przed otoczeniem. Ale żeby było śmieszniej, w tej kwestii polemizuję z komentarzem Mr.Marasa, a jednocześnie o ile Maras narzeka na brak wyciszenia na końcu, to mnie wręcz uderzyło, że końcówka właśnie wyciszyła, czy wręcz ucięła część emocji. Nie te, które mogą się wyciszyć w trakcie jakiś przełomów życiowych. Raczej… wygląda jakby od strony autorskiej zabrakło tchu i końcówka była pisana na wyczerpaniu. No czegoś brakło.

 

Infodumpów, co do których pada zastrzeżenie w komentarzach, nie dostrzegłem.

 

Bardzo dobre opowiadanie, ale ta końcowa zadyszka osłabia finał.

 

Widziałem nominację piórkową. Mimo wspomnianej „zadyszki”, wpływającej na pierwsze wrażenia, z perspektywy czasu, jaki upłynął od przeczytania tekstu, muszę przyznać, że w opowiadaniu tkwi istotna według mnie cecha – jest zapamiętywalne. Będę głosować na TAK.

 

Dzięki za wyczerpującą opinię, Wilku :) Bardzo się cieszę, że doceniłeś i zwróciłeś uwagę na realność poruszonych w opowiadaniu problemów. 

Ok. Napiszę jeszcze “na gorąco”.

To najlepsze Twoje opowiadanie od czasu Martwych zwierząt. Owszem, w miedzy czasie trafił się konkurs i wstrzeliłeś się z Doczłowieczeniem, ale to utwór z innego gatunku, ciężko porównywać z “normalnymi” opowiadaniami. Po trzech ostatnich “fejlach” traciłem już nadzieję, że coś porządnego napiszesz*. Daję gwiazdkę, bo nie czytałem tych wygranych na innych konkursach i w Snach Umarłych.

I tak sobie myślę, co mogło spowodować te potknięcia. Może brak dystansu? Może sukcesu? Może pisząc te skądinąd ciekawe pomysły, myślałeś już, jak zostaną odebrane? Może zbyt szybko chciałeś skończyć, a może zbyt dużo srok chwytałeś za ogon w tym samym czasie? To musisz już sobie sam odpowiedzieć, bo ewidentnie coś tam się działo, co nie miało miejsca tutaj. To jest bowiem dojrzałe pisanie. Oby Ci zostało, bo niewiele osób na portalu może się takowym poszczycić. Nie wszystkie osoby, które “drukowałbym” w NF potrafią tak pisać, chociaż mają wiele innych zalet. 

Wzbudzają mój uśmiech komentarze, że wieloryby są za mało wielorybie, albo zbyt małe fale/zniszczenia, czy też inne ślady zostawiają na ziemi. :) W Twoim przypadku to jednak niczym nie grozi, bo akurat do wskazywanych w opowiadaniach drobiazgów potrafisz zachować dystans. 

Uważam też, że taka literatura będzie znajdowała coraz więcej zwolenników. Maras narzeka, że dawno nie czytał rasowanego SF i z przykrością myślę, że szybko nie poczyta, przynajmniej w dużej ilości. Widać to także po kinematografii. Wybitny Blade Runner 2049 nie zarobił na siebie w Stanach. Brad Pitt zrobił Ad Astrę, w której sam poległ aktorsko, i to prawie wszystko, co mamy na przestrzeni ostatnich dwóch lat. A realizm magiczny przyciągnie czytelników obyczajówek. Fantastyka bowiem to niszowa dziedzina literatury, to nie są milionowe nakłady. W Polsce wydania mają pewnie od trzech do sześciu tysięcy nakładu, powyżej uznałbym za sukces. Obyczajówka to większa skala. A taka literatura, realizm magiczny, to ciągle coś nowego. Jest jeszcze miejsce na swoją własną, charakterystyczną tematykę.

Cóż, fajnie Cię czytać po powrocie do formy. ;)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Tarnino, dziękuję za pierwszy jurorski komentarz, ale nie mogę ukryć, że jestem nieco rozczarowany, bo Twoje słowa niewiele mi nie mówią. :( 

Sama jestem niezadowolona z tego komentarza, ale trudno mi się jakoś jaśniej ustosunkować. Raz mi się Twój tekst podoba, raz nie, obiektywnie mierzalnymi cechami za bardzo się nie wyróżnia, po prostu nie wiem.

Nigdy nie twierdziłam, że wiem wszystko.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Darconie, dziękuję, choć jestem przekonany, że jeszcze nie raz Cię zawiodę ;)

Ale cieszę się, że wróżysz przyszłość literaturze obyczajowo-fantastycznej i realizmowi magicznemu. 

 

Tarnino, teraz mnie zaciekawiłaś. Czym są “obiektywnie mierzalne cechy” opowiadania? :D

Konstrukcja fabuły, jasność zdań, użycie słów zgodnie ze znaczeniem, interpunkcja, ortografia, gramatyka.

Powiedziałabym też (ale to już będzie kontrowersyjne), że spójność metafor i odpowiedniość stylu do treści.

O, przepraszam, oczekiwałeś żartu? XD

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Wydaje mi się, że do obiektywnych cech można by zaliczyć jedynie poprawność językową.

A oczekiwałem czegokolwiek merytorycznego na temat fabuły, stylu, języka, zgodności z tematyką, potencjału motywacyjnego, efektu wzruszenia :)

Próbujesz odbierać mój tekst przez pryzmat nieomal fantastyki naukowej, w której wszystko działa według zasad.

Bo ja lubię rozumieć świat. Kiedy nie ma zasad, które nim kierują, gubię się.

Jak by Ci to wytłumaczyć? Wyobraź sobie, że siedzę z kimś przy szachownicy. Ja próbuję grać w szachy, a on mi strąca figury, przestawia pionki, jak chce. Czuję się oszukiwana, bo tak się nie gra. A on może właśnie układać mandalę z bierek. Znaczy, mandala ma swoje algorytmy, możliwe do wykrycia, więc to coś o trzy poziomy bardziej przesuniętego w mistycyzm, czego nie potrafię rozpoznać. I czuję się sfrustrowana, bo tamten nie trzyma się zasad gry.

Ale powiedz szczerze, czy próbujesz czasem “poszerzyć” swój gust? Często mówisz coś w rodzaju “emocje – to nie dla mnie”. A czemu nie dać szansy tym emocjom, skoro niektórzy je lubią?

Trudno powiedzieć. Czasem czytam coś, co nie jest w moim typie. No, nie podoba mi się. Poszerzam horyzonty czy okopuję się na starych pozycjach?

A dlaczego mam być taka, jak “niektórzy”? Zdecydowanie wolę być sobą. W liceum przeczytałam jednego harlekina (traumatyczne). W pracy koleżanki omawiają kolejne odcinki “Rolnik szuka żony” (OMG, jak można przejmować się takimi bzdurami, zapewne wyreżyserowanymi prawie tak, jak walka w wrestlingu).

Wydaje mi się, że z literaturą jest jak z dziwnymi potrawami: czasem trzeba w czymś rozsmakować, otworzyć się na coś nowego. 

A czasem jest tak, że ma się alergię na jakiś składnik. I lepiej się go wystrzegać niż sprawdzać, czy orzeszki arachidowe podane w sosie do kurczaka też wywołają wstrząs anafilaktyczny, czy może jednak tym razem się uda.

Babska logika rządzi!

Tylko że ja nie próbuję oszukiwać w szachy, tylko zaproponować Ci inną grę :) Oczywiście Twoje święte prawo, żeby odmówić, nie polubić gry, nie zrozumieć czy też dostać ostrej reakcji alergicznej. Jedyne, co polecam, to żeby chociaż spróbować. 

I nie wiem, skąd tutaj wzmianka o harlekinach czy “Rolnik szuka żony”, bo nie proponuję literackiego disco polo, tylko rzeczy, które znajdują czytelników i uznanie. Dla mnie piękno sztuki tkwi właśnie w różnorodności. Wiele razy przy pierwszym podejściu do czegoś to coś “nie chwytało”. Ale po kilku szansach, w innych okolicznościach, z bardziej otwartą głową – chwyciło. Nie chcę niczego nikomu narzucać, tylko raczej pokazać: patrz, to może być fajne. 

Powinno być Wam wstyd, obojgu, zarzucać bzdury albo niższe wartości tym, którzy wybierają coś innego, niż Wy.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, spokojnie. Chciałem tylko kulturalnie podyskutować, więc proszę, nie róbmy zamieszania :) 

@Finkla:

Re: metafora grania.

Ale to nie do końca tak, że autor nie gra według reguł, na które się umówiliście. Te reguły – zasady gatunku i konwencji – które Ty byś tam chciała widzieć (czyli te typowe dla klasycznej SF) są kompletnie nieaplikowalne do tego konkretnego opowiadania. To jest trochę tak, że zacytuję jedną panią profesor z którą miałam zajęcia, jakbyś oceniała “Pana Tadeusza” jako wyjątkowo nieudany, za długi, niepoprawnie zrymowany sonet. Problem w tym, że on sonetem nigdy nie miał być. Przy czym, oczywiście, masz święte prawo akceptować tylko pewne zestawy reguł jako coś, co Ci pasuje, ale trochę, IMHO, przeciwskuteczne jest krytykowanie kogoś za używanie zestawu, za którym nie przepadasz.

Nie krytykuję człowieka za układanie wzorku z moich pionków. Tylko twierdzę, że mnie takie spędzanie czasu frustruje, zamiast sprawiać przyjemność. Nie wiem, o co mu chodzi, do czego dąży, nie rozumiem go.

Jak mogę dać TAKA tekstowi, jeśli widzę w nim omamy bohatera, a nie fantastykę?

Tłumacząc na Twoją metaforę: OK, widzę, że to nie sonet i w konkursie na najlepszy sonet tygodnia nie dam mu głosu. Ale nie zostałam przekonana, że to epopeja. Być może po prostu nie wiem jeszcze o istnieniu epopei. Albo coś tam słyszałam, ale za mało, żeby odróżnić dobrą epopeję od słabej.

Babska logika rządzi!

Wstęp być musi!

“Niestety mało czasu u mnie ostatnio. Toteż moje komentarze będą krótkie, kilkuzdaniowe. Zaręczam jednak, że teksty przeczytałem z taką uwagą i starannością, na jaką było mnie stać!”

 

Obowiązkowe czepialstwo, ale mało go coś ;):

– “Wtedy Ślężański las” – hm, jak dla mnie “ślężański”, zgodnie z TYM;

– “była cała powgniata i porysowana” – tu coś zjedzone.

 

Hmmm… Interesujący pomysł z wielorybami, ale już połączenie go z traumą rodzinną nie najlepiej wypaliło. A i sam watek wielorybi zakończony nijako. Nawiązanie do Ahaba też jakoś końcowo nie wybrzmiewa.

Samo opowiadanie trochę przegadane. Jest dobrze, ale nie bardzo dobrze. 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

jeśli widzę w nim omamy bohatera, a nie fantastykę?

To “Lśnienie” Kinga nie jest fantastyką? Przecież można by uznać, że mamy tam halucynacje różnych bohaterów. 

 

Staruchu, dzięki Ci za ten krótki, acz treściwy komentarz :) 

“Lśnienie" trzyma w napięciu na tyle, że się mniej zastanawiałam, jak to się stało, że winda sama jeździ. I w gniazdo os łatwiej mi było uwierzyć niż w górskie wieloryby. I te dwie rzeczy są spójne ze sobą – hotel próbuje wykończyć mieszkańców. A nie – skutki przepływu wielorybów znikają, ale karoseria uszkodzona…

Dzieciak miał paranormalne zdolności, więc fantastyka była wyraźna.

Dlaczego tylko ja muszę się gęsto tłumaczyć ze swojej decyzji?

Oppy sama się nie napisze.

Babska logika rządzi!

Finklo, nie piszę już tu o swoim tekście i w żadnym wypadku nie każę się tłumaczyć z decyzji. Chciałem zrozumieć Twój punkt widzenia na fantastykę i przedstawić swój, ale chyba za bardzo się rozmijamy. 

A oczekiwałem czegokolwiek merytorycznego na temat fabuły, stylu, języka, zgodności z tematyką, potencjału motywacyjnego, efektu wzruszenia :)

Ja wiem, jak to brzmi. Ale przysięgam, że napiszę ten nieszczęśliwy tekst na publicystykę i wyślę go. I tam to wszystko będzie.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

<Z ciekawością patrzy, jak Finkla jednak zaczęła stosować BL>

A co to jest BL? Mówię prozą?

Babska logika rządzi!

– dobry początek, haczyk kuszący od pierwszych linijek – widać tu też dogłębne przemyślenie tematu tekstu

 

– oryginalny pomysł, by połączyć góry ze stworzeniami, które w górach nie występują

 

– język na dobrym poziomie, wysoka poprawność, parę ślicznych fraz („przez nią byłem przelotny”)

 

– doskonała introspekcja bohatera – poznajemy jego historię, uczucia (ładnie ze sobą skonfliktowane i sprzeczne, ale w przekonujący sposób); cały tekst oparty na jednym bohaterze, który jednak został stworzony tak, by z ciekawością śledzić jego losy

 

– studium rodziny normalnej z zewnątrz, ale jednocześnie toksycznej bardzo głębokie i dopracowane

 

– dzięki minimalizmowi historii fabuła jest spójna i jednolita, brak tu luźnych wątków czy zbędnych zdań

 

– realizm magiczny bardzo przypadł mi do gustu, rzeczywistość kreowana poprzez emocje i uczucia głównego bohatera

 

– wiem, że króciutko, ale tak bywa z tekstami, w których wszystko leży jak trzeba – wiesz już, że masz moją nominację piórkową, a tekst bardzo przypadł mi do gustu – w konkursie zajął w mojej punktacji czwarte miejsce – gratuluję!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki za jurorski komentarz i nominację, Kam :)

Nowa Fantastyka