- Opowiadanie: arczi391 - Lenin wiecznie żywy

Lenin wiecznie żywy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Lenin wiecznie żywy

Padał śnieg, temperatura sięgała kilka kresek niższej zera a zimny wiatr znad Syberii huczał nad pokrytym w mroku miastem. Było kilka minut po północy gdy idący placem Czerwonym mężczyźni skierowali się ku widniejącemu w mroku mauzoleum Lenina, miejscu w którym od dziesięcioleci spoczywał wódz rewolucji i światowego proletariatu. W oddali majaczyły ciemne mury Kremla skrywające za sobą tajemnice i symbole dawno minionej chwały i siły imperium. Od kilkunastu miesięcy dzień w dzień pokonywali ta sama drogę. Co noc wędrowali wyludnionymi ulicami stolicy by po pewnym czasie skierować się w to samo miejsce. Było ich trzech, wyglądali na starszych zmęczonych życiem staruszków. Gdyby jednak ktoś przyglądał im sie dużej, doszedł by do pewnych wniosków – otóż mężczyźni pomimo podeszłego wieku szli pewnym siebie krokiem co nie pasowało do większości szwędających się bez celu osób cierpiących na bezsenność którzy zamiast spać wolą bez celu chodzić pustymi ulicami miasta. Ubrani byli w stare wojskowe płaszcze, po których widać było iż przeszły niejedną pijacką burdę o czym świadczyły liczne obtarcia, plamy a nawet kilka niewielkich śladów po cięciu nożem. Spacerujący nie budzili już większego zainteresowania funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa federacji rosyjskiej patrolującej prawie pustej już o tej porze roku ulice. Najstarszy z nich naciągnął sobie mocniej futrzane czapę i poprawił rękawiczki. Na jakiś czas pomogło to zapomnieć o uporczywym mrozie i skupić się na prawdziwym celu w jakim tu przyszli. Od dawna z najmniejszymi szczegółami sporządzony plan właśnie dziś miał zostać wcielony w życie. Po tygodniach obserwacji dokładnie znali już rozkład i godziny zmiany wart. Pilnujących nie tylko wejścia do budynku przed nimi a także wejść na teren Kremla. Ba! Znali nawet imiona niektórych strażników którzy czas służby lubili wypełniać sobie rubasznymi żartami oraz przekleństwami w które wplatali imiona swoich współtowarzyszy. Plan był prosty i wręcz nieprawdopodobny. Trzej mężczyźni planowali wykraść zabalsamowane ciało Ilicza Ulianowa – szerzej znanego jako Włodzimierz Lenin przywódca bolszewików i pierwszy przywódca potężnego kraju rad. Byli oni specami w swoim fachu, pierwszy z nich Władimir Antonow emerytowany dowódca specjalnej jednostki Specnazu w latach swojej świetności był prawdziwą maszyna do zabijania. Potrafił przetrwać sam w najmniej sprzyjających warunkach. Szkolony był do działania na tyłach wroga gdzie prowadziłby zakrojone na szeroka skale akcje sabotażowe. Drugi i trzeci to bracia Iwanowowie. Sasza emerytowany specjalista rozpoznania i Jakow – wykazujący się ponadprzeciętną inteligencją porucznik dywizji górskiej. Dochodziła pierwsza w nocy, dokładnie za kilka minut powinny zmienić się osoby pilnujące wejścia do budynku. Nocna zmiana udaje się najpierw do pomieszczenia technicznego gdzie przejmuje kontrole nad systemem kamer oraz odbiera sprawozdanie od kończących służbę kolegów. Trwa to około 3 – 4 minut co daje szanse dostania się do budynku. Na ten moment czekają właśnie trzy starsze osoby które niespiesznie udają się w stronę budynku. Władimir starym złodziejskim sposobem bezgłośne otwiera drzwi. Przekracza próg i jakby podcięty niewidzialną liną, traci równowagę i bezwładnie opada podtrzymując się ściany.

***

Naruszona pierwsza strefa bezpieczeństwa – odzywa się komunikat w pomieszczeniu kontrolnym. Andriej – zwraca się dowódca warty do młodszego strażnika, idź sprawdzić czy to znów komuś pomyliły się godziny zwiedzania. Andriej klnąc cicho pod nosem, podnosi się ze swojego ciepłego fotela przed pulpitem sterowniczym, wolnym krokiem udaje się do skrytego w mroku korytarza technicznego. Przechodzi przez puste już o tej porze pokoje obsługi, stary wypełniony emblematami poprzedniego systemu magazyn. Zapala trzymaną w ręku latarkę. W oddali słyszy cichą wymianę zdań. Ile razy można powtarzać! W nocy nie czynne! Czy ten naród do reszty zgłupiał ze nawet czytać nie umie, wyraźnie pisze, zamykamy o 20 – pomyślał. Zastanawiał by się zapewne jeszcze dłużej jakimi to inwektywami określić nocnych włóczęgów, dzięki którym musiał opuścić ogrzewany pokój strażników gdyby na końcu korytarza nie zobaczył opierającego się o ścianę starszego mężczyzny. Job twoju – przemknęło mu przez myśl przekleństwo. Nie zdążył jednak dokończyć myśli gdy odezwał się starszy mężczyzna. Proszę, proszę mi pomoc, nie mogę – urwał w połowie zdania. Andriej podbiegł do niego przytrzymując osuwające się ciało. Starszy mężczyzna ostatkiem sił wydyszał – nie mogę oddychać. Andriej jednym szybkim ruchem wyciąga tkwiącą w kieszeni krótkofalówkę. Dowódca zmiany zgłoś się – mówi przyciskając jednocześnie przycisk nadawania. Tu dowódca, zgłaszam się, kto nas dziś odwiedził? Znów jakieś dzieciaki? Odbiór! Nie mam ochoty na żarty – wysyczał młodszy strażnik, tym razem to jakiś stary dziad, chyba pomylił mauzoleum z cmentarzem. Miał zawał i chyba szukał u nas pomocy, przyślij kogoś by pomógł mi go przenieść. Odbiór! Już ideę, znasz procedurę, sprawdź czy oddycha a jeśli nie to wiesz co masz robić. Bez odbioru! Sprawdź czy oddycha? Dobre sobie! Sprawdź czy oddycha, pomyślał. Nachylił się, od razu poczuł cuchnącą woń. Przez chwilę się wahał po czym zbliżył ucho do ust leżącego. Usłyszał miarowy choć cichy oddech. Uf! Wymknęło mu się z ulgą! Jednak obejdzie się bez starej metody usta– usta, na myśl której mimowolnie splunął na ziemię. Andriej gdzie jesteś – dobiegł go przytłumiony głos dowódcy? Jestem na końcu korytarza, przy bocznym wejściu – wykrzyczał w odpowiedzi. Nie zdążył dodać ze pacjent to najprawdopodobniej jakaś stara moczymorda gdy z mroku wyłonił się przełożony. Ja go wezmę za ręce ty za nogi i bierzemy go do naszej kanciapy – wydał bez pytania rozkaz dowódca, chwile po tym jak dotarł na miejsce i jednym spojrzeniem trafnie ocenił sytuacje. Choć z niemałym trudem przenieśli ważącego dobre 90 kilo i wyższego od każdego z nich, pogrążonego w błogiej nieświadomości staruszka. Dzwoń po karetkę – przejął inicjatywę młodszy strażnik zwracając się do kolegi wpatrującego się w rząd monitorów.

 

Jeszcze 60 sekund – cichym szeptem, spoglądając na zegarek powiedział do brata Jakow. Przyciśnięci do kontenera na odpady, ukryci w mroku przyglądali się nafosforyzowanym wskazówkom zegarków. Gdy równo zsynchronizowane czasomierze odliczył kolejną minutę, bracia Iwanow wstali. Zdawali sobie sprawę ze pośpiech może ich zgubić a złe wyliczony czas pokrzyżuje cały plan.

***

Nie minęło pół minuty od czasu gdy strażnicy poradzili sobie z położeniem na stole nieprzytomnego. Naruszona pierwsza strefa – po raz kolejny odezwał się dźwięk w powieszeniu kontrolnym. Kurwa, pielgrzymki sobie robią – ni to do siebie ni to do kolegów powiedział czerwony na twarzy dowódca. Skierował wzrok na Adrieja ale zanim zdążył cos powiedzieć ten od razu zrozumiał o co chodzi. Tak jest, pójdę to sprawdzić ale ostrzegam, jeśli znów to jakiś dziad to prędzej go dobiję niż będę ratował kolejną pijacką mordę! Ejjj młody – nie bądź taki do przodu, pójdę z Tobą – spokojnie i już z opanowaniem odpadł najstarszy stopniem. Wzięli latarki, sprawdzili poziom naładowana baterii i zniknęli w tonącym w mroku rozświetlanym tylko przez nikłe światło przypodłogowych lamp korytarzu. Budynek o tej porze robił ponure wrażenie. Ze względów finansowych zrezygnowano nie tylko z oświetlania nocą wnętrz ale także zredukowano ochronę z ponad 10 pracowników do minimalnej trzyosobowe obsady. Mniej więcej rok temu gdy ceny ropy i gazu drastycznie spadły, jajogłowi urzędnicy federacji Rosyjskiej w popłochu szukali oszczędności. Zamykano szkoły, zwalniano ludzi dziesiątkami, obniżono pensje a nawet starano się w tajemnicy dodrukowywać pieniądze. Skutki tych działań były fatalne, ceny rosły, wartość rubla spadała. Z telewizji, radia, gazet a nawet częściowo kontrolowanego Internetu sączyła się wszechobecna propaganda. Przywódcy stawali na głowie by pokazać jaka to matuszka Rosiija jest piękna, silna i jak dostatnio żyje się ubogim chłopom na dalekiej i mroźnej Syberii. Wszystko to trwało by nadal gdyby nie szaleńcza myśl prezydenta Władymira Władymirowicza. Otóż, przywódca, niegdysiejszy oficer siejącej postrach NKWD (czy tez jej kolejnego wcielenia), wpadł na genialny pomysł. Plan który może przyjść do głowy tylko komuś znajdującemu się w sytuacji bez wyjścia, tkwiącej dosłownie miedzy młotem a kowadłem. Władimir wiedział ze choć jego władza jest prawie absolutna to opiera się na bardzo kruchych podstawach. To strach i oligarchowie byli fundamentem istnienia systemu. O ile ten pierwszy mógł bez większych problemów wywoływać dzięki podsycaniu starych animozji o złym i dzikim zachodzie, który tylko czeka by rozszarpać ojczyne, to ujarzmić najbogatszych ludzi Rosji już nie potrafił. To właśnie oni. Właściciele największych spółek-molochów finansujących partie Prawdziwa Rosja. Zarówno prezes konglomeratu GazRur, molocha zaopatrującego w gaz oraz inne surowce ponad pół Europy jak i inni potentaci byli świadomi ryzyka. Los ich fortun, pałacy i złotem wykładany ubikacji zależał od umów i stosunków Rosji z innymi krajami. Realizacja planu Władymira Władymirowicza pogrzebałaby na wiele dziesięcioleci ich bizantyjskie ambicje.

***

Andriej wraz z dowódcą kolejny już raz zbliżali się do bocznych drzwi kompleksu. Tym razem, na końcu korytarza nie zobaczyli tego czego się spodziewali. Ich oczom ukazali się dwaj pewnie, choć wolno kroczący mężczyźni w podeszłym wieku. Pierwszy z nieznajomych wyglądający na wioskowego przygłupa odezwał się tubalnym, niepasującym do jego fizjonomii głosem. Zdrastwujtie towariszcze! Szukamy naszego kompana. Wypił trochę za dużo, stracił kontakt z rzeczywistością i widzieliśmy jak szedł przez Plac Czerwony w kierunku mauzoleum. Ehhh – odsapnął dowódca strażników i spokojnie odpowiedział: tak się składa ze go widzieliśmy, w innej sytuacji zażądalibyśmy znaleźnego (uśmiechną się pod wąsem) ale wyglądacie na takich co nawet na wódkę nie mają. Wezwaliśmy karetkę ale chyba obejdzie się bez pomocy lekarskiej. Bierzcie go i won! Chodźcie za nami, powiedział i odwrócił się Andriej, nie wiedział tylko ze właśnie wypowiedział swoje ostatnie słowa. Bracia Iwanowowie spojrzeli na siebie porozumiewawczo. W tej właśnie chwili, jednym płynnym ruchem, zza poły płaszcza Jakow wyciągnął nóż. Sasza preferujący bardziej subtelne metody, wymacał w kieszeni skręconą z kilku fortepianowych strun garotę. Nie patrząc na siebie, jednym szybkim skokiem pokonali dzieląca ich od idących przed nimi strażników odległość. Dowódca strażników nie zdążył się odwrócić, poczuł tylko delikatny powiew gdy wojskowy nóż przeciął mu tchawicę. Szerokie ze zdumienia i niedowierzanie oczy Andrieja nie zdążyły zrozumieć co się dzieje gdy na jego szyi zacisnęła się garota. Przez chwilę próbował spazmatycznie złapać powietrze, nic to jednak nie dało, dalszy wysiłek przeszedł w konwulsyjne spazmy całego ciała. Najpierw puściły mu zwieracze a następnie bezwładnie osuną sie na ziemię z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami spoglądającymi w mrok.

***

O kurwa! Wykrzyknął nagle patrzący w monitory strażnik w pomieszczeniu kontrolnym. Na ten moment właśnie czekał leżący na stole Władymir. Szybko otrząsnął się z udawanego zamroczenia. Wchodzenia w trans uczono go prawie od początku służby wojskowej. Była to metoda, która miała zapobiegać wyjawieniu informacji podczas przesłuchań wziętych do niewoli oficerów. Wprawdzie nie była tak skuteczna jak śpiączka czy tez wywołany innymi środkami farmakologicznymi stan nieświadomości. Miała natomiast jedną zaletę: nie wymagała żadnych strzykawek, lekarstw czy oraz innych sztucznych środków. Miała tez kilka wad, sztuka ta łączyła techniki medytacji, świadomego wyciszenia prowadzącego do obniżenia ilości uderzeń serca i wejścia w stan głębokiego lecz świadomego snu. Samo opanowanie całej procedury wymagało długiego i monotonnego wysiłku. Nawet jeśli adeptowi udało się zapanować nad częścią tego złożonego procesu to ryzyko przejścia w stan rzeczywistej nieodwracalnej śpiączki było tak duże ze metodę tą stosowali nieliczni. Nikt nie chciał do końca swoich dni zostać warzywem utkwionym pomiędzy światem realnym a zakamarkami własnej świadomości. Władymir szybko przeanalizował sytuacje. Jesli ten cieć krzyczy, to znaczy ze zobaczył jak moi towarzysze zabawiają się z resztą ochrony. Nie czekając na dalszy bieg wypadków, podniósł się i skoczył na właśnie wystającego z krzesła strażnika. Nie miał zbyt dużo szczęścia. Cieć w ostatniej chwili wykazując się zwinnością młodego kota zdążył odskoczyć w bok. Andriej wylądował na biurku. Uderzył głową w ekran monitora i na całej szerokości rozciął sobie czoło odłamami szkła kineskopu. Jęknął cicho gdy krew zalała mu oczy. Strażnik wykorzystał sytuacje i z impetem kopnął w brzuch napastnika. Szykował się do kolejnego ciosu gdy nagle poczuł mocne uderzenie w plecy i rozchodząca się falę gorąca. Poczuł zagłębiający się w jego ciele przedmiot. Zachwiał się, stracił równowagę i z impetem przewrócił się w tył. Upadł na plecy, nóż który rzucił wchodzący do pokoju Jakow, pod wpływem ciężaru i impetu upadającego ciała wbił się aż po rękojeść. Strażnik nawet nie uświadomił sobie ze już jest martwy.

Wyklęty powstań ludu z ziemi – parafrazując międzynarodówkę zawołał Jakow do leżącego i trzymającego się za brzuch Władymira. Powstańcie których boli brzuch – zaintonował zataczając się ze śmiechu Sasza. Bój to jest nasz ostatni – wysyczał leżąc i plując krwią Władymir. Koniec żartów, teraz na poważnie – powiedział do towarzyszy Jakow. Pierwsza część planu wykonana, opanowaliśmy budynek, mamy około 5 minut do przyjazdu karetki. Sasza – zwrócił się do brata. Zajmij się monitoringiem. Pamiętaj by wyglądało to jak typową amatorką robotę – pouczył i zaczął wydawać kolejne instrukcje. W którejś z metalowych szaf powinien znajdować się rejestrator z podpiętymi do niego kamerami i dyskami twardymi archiwizującymi nagrania. Postaraj się rozłączyć wszystkie kable. Dyski utop w stojącym na parapecie akwarium.

Wszyscy trzej wiedzieli, iż od tego jak pozostawią miejsce nocnego napadu, będzie zależało ile uda im się wywalczyć czasu na dalszą ucieczkę. Wprawdzie nagrania z kamer poza zapisem na miejscu, były w czasie rzeczywistym transmitowane na zewnętrzny serwer mający być gwarantem bezpieczeństwa danych. W przypadku awarii lub podobnych ewentualności dotarcie do tych materiałów musiało chwilę potrwać.  A czas w tym przypadku był dosłownie na wagę złota.

Władymir, wstawaj, wiem ze najlepsze lata masz już za sobą ale ile można się użalać po jednym kopniaku, ciesz się ze zdążyłem bo byłbyś już w takim stanie jak komunizm w Korei – po tych słowach, ciesząc się z trafnego porównania Jakow ruszył się w głąb pogrążonych w ciemnościach korytarzy.

***

,,Dawaj za nas, dawaj za was, dawaj za wies rasyjski gaz”. Nucenie słynnego GazRur Song przerwał nagle zachrypły głos dobiegający z radiowego głośnika: Zespół cztery zgłoście sie! Paweł Nestorowicz siedzący za kierownicą karetki pogotowia leniwie przeciągnął się głośno przy tym ziewając. To była dla niego ciężka noc. Nie dość ze podobnie jak w każdy weekend musieli zbierać z ulic zataczające się lub nieprzytomne towarzystwo to ich wysłużony wóz zdawał się wykonywać zadania resztką sił. Wprawdzie ZiS-44 z racji swojego wieku wykorzystywany był bardzo rzadko ale i przy tych okazjach nie budził większej sympatii załogi. Czytający te słowa mogą się lekko oburzyć! Jak to? Ambulans słynnego Zakładu Imieniu Stalinu, wykorzystywany i niezmordowany w każdych warunkach. Przemierzający wcześniej tundrę, tajgę, rozległe stepy, bagna i bezkresne równiny największego kraju świata, stał się obiektem narzekań niezbyt wymagających kierowców? Bo umówmy się i bądźmy ze sobą całkowicie szczerzy, kierowcy Służby Zdrowia Federacji Rosyjskiej do elity nie należeli. Otóż moi mili, liczba 44 w nazwie nie jest tutaj przypadkowa. Oznacza ona ni mniej ni więcej a rok produkcji! Otóż, ZiS ten opuścił taśmy zakładów produkcyjnych w roku, gdy pancerne zagony czerwonej nawałnicy przetaczały się przez pola i stepy zachodniej Ukrainy. Oczywiście pierwotnie zielony kamuflaż zastąpiła biała farba. I o zgrozo na tym modyfikacje się skończyły. A Nie! Wróć! W 1991 z konieczności wymieniono jeszcze reflektory i opony. I to nie na byle jakie a na sprowadzone z zachodu, wykonane ze wzmocnionego tworzywa wyroby firmy Continental. I tak to słynny ZiS-44 przetrwawszy próbę czasu toczył się, podskakując na nierównych ulicach w kierunku strzelistych wierz Kremla a konkretniej, ku skrytemu w ich nocnej poświacie mauzoleum. Nagle w głośniku radia usłyszał trzeszczący głos dyspozytora:

– Zespół 725 zgłoś się!

Paweł głośno odetchnął, westchnął, nie zdążył dokończyć myśli iż poprzednia interwencja miała być ostatnia tego wieczory gdy po raz kolejny w głośniku odezwał się ten sam głos, tym razem nieco głośniej i bardziej przeciągle intonując jego numer identyfikacyjny:

– Zespół 7 – 2 – 5 zgłoś się!

Nie czekając długo chwycił w rękę mikrofon (nazywany gruszką), nacisnął przycisk nadawania  i odezwał się niechętnie, nie kryjąc tym samym swojego nastawienia:

– yhymm… Tu 725, zgłaszam się! Odbiór

Puścił przycisk nadawania, odczekał chwile by dyspozytor mógł swój nadać komunikat.

–  Masz wezwanie do zasłabnięcia lub zawału. Dzwonili z Mauzoleum Lenina. Jakiś pijaczyna prawie przekręcił się im pod drzwiami.

I HUJ! – pomyślał Paweł, nie dość, że był zmęczony, wypalenie zawodowe od dobrych 10 lat miał wymalowane na twarzy to jeszcze będzie musiał robić jako taksówkarz dla jakiejś starej pijackiej mordy. Takich to najchętniej odwoziłbym od razu do kostnicy a nie do szpitala, Matuszka rasijja miałaby dwa problemy z głowy. Ani tego już by nie trzeba leczyć ani utrzymywać. HUJ tam! Trzy problemy z głowy! Taki by przecież już ludzi na ulicach nie straszył. Zagryzł zęby, chwycił gruszkę, nacisnął przycisk:

– przyjąłem, jadę! Bez odbioru! 

***

Jakow zatrzymał się w pogrążonej w mroku największej sali. Pełnym powagi wzrokiem spojrzał na katafalk. Wykonany z czerwonego marmuru postument ginął w ciemności. Ponura atmosfera miała skłaniać do refleksji i zadumy. W tym miejscu jak chyba nigdzie indziej, można było poczuć ciężką atmosferę minionych lat. Dawniej marmurową podłogę przemierzali generałowie, marszałkowie, pierwsi sekretarze i głowy satelickich państw. Pielgrzymki zwykłych ludzi, kołchoźników, dojarek, małorolnych chłopów ciągnęły się czasami kilometrami. By z nabożną czcią pochylić się leżącej legendzie, należało odstać wiele godzin. Ponad ich głowami, na dachu budynku znajdowała się trybuna honorowa. To właśnie z niej marszałek Stalin odbierał defilady i pierwszomajowe pochody. Zmieniały się czasy, Placem Czerwonym sunęły coraz to nowsze konstrukcje pancerne. Po Stalinie nastał Chruszczow, po Chruszczowie Breżniew. Zmieniali się stojący i salutujący przy gensakach generałowie, marszałkowie z czerwonymi gwiazdami na ramionach. Kilka metrów pod nimi nie zmieniało się nic. Przez dziesięciolecia splatały się w tym miejscu losy tysięcy istnień. Teraz jednak u podnóża stanął Jakow i nic już nie miało pozostać tak jak dawniej.. Jego oczy niespiesznie wędrował ku górze. Kierował je jakby z nabożną czcią na wykonany z pancernego szkła sarkofag. Bywał wcześniej tu wiele razy. Nigdy przedtem jednak nie odczuwał takich emocji. Nie mógł uwierzyć ze to co tak skrupulatnie planowali dzieje się właśnie teraz. Zauważył coś czego by się po sobie nie spodziewał. Drżące ręce zaczęły robić się jakby wilgotne. Nie był to bynajmniej strach, to uczucie już od dawna było mu obce. Wielokrotnie wysłuchiwał opowieści ojca, nieżyjącego już od wielu lat profesora Moskiewskiej Akademii Nauk który należał do zespołu słynnego Aleksieja Abrikosowa. To właśnie ta uczelnia pełniła piecze nad konserwacją zachowanych szczątek Włodzimierza Lenina. Do szacownego profesora i jego grupy składającej się z najbieglejszych biologów należało zadanie comiesięcznego sprawdzania stanu i czuwania nad spokojnym snem ciała wodza rewolucji. Oni tez w 1924 roku, po śmierci Lenina, na plecenie Biura Politycznego WKP(b) dokonali wstępnego zabalsamowania ciała. Choć do końca lat 20 na Placu Czerwonym postawiono drewniane mauzoleum, to pod koniec dekady zaczęto wznosić monumentalny, marmurowy obiekt, który stoi tam do dziś. Zespół balsamistów pracował w dość pionierskich 30 i 40 latach XX wieku ale wiele z ich metod pracy przetrwało do czasów nam współczesnych. W międzyczasie do tego  grona dołączyło kilku biologów i jeden mykolog w mundurze NKWD jednak noszący mundur bez dystynkcji. Musiała to być jednak osoba o ustosunkowanej pozycji lub tez wysokim stopniu oficerskim, ponieważ nawet generałowie przybywający czasem na teren obiektu, oddawali mu honory. Przez wiele lat dziadek Jakowa zastanawiał się jakie zadania w ich zespole ma wykonywać specjalista od grzybów, jednak wszystkie wysuwane pytania czy próby nawiązania luźnej rozmowy na ten kończyły się wymownym milczeniem nie tylko pytanego ale pozostałych członków zespołu. Nawet na łożu śmierci, zapewne niezbyt świadomie i składnie opowiadał o zdarzeniach z 9 maja 1945 roku, dnia w którym zakończyła się II Wojna Światowa. To właśnie wtedy nakazano otworzyć sarkofag i przygotować mumię do wystawienia na zewnątrz budynku. Było to bezprecedensowe polecenie, od swojej śmierci wódz rewolucji ani razu nie opuścił mauzoleum, przez lata skryty w czeluściach granitowej twierdzy. Jednak tym razem wymagała tego potrzeba chwili i szczególny dzień w którym hitlerowskie Niemcy ogłosiły kapitulację. Wprawdzie nieunikniona klęska 1000 letniej Rzeszy była spodziewana już od kilku miesięcy a realna stała się w chwili gdy czołgi z czerwonymi gwizdami na pancerzach, stanęły u przedmieść Berlina. Dlatego tez od połowy kwietnia trwały przygotowania do wielkiej parady wojskowej. Na jej czele miał stanąć obecny I sekretarz KC WKP(b) oraz ktoś jeszcze, ktoś kogo obecność objęta był najwyższą tajemnicą. Wypadki potoczyły się jednak inaczej, rankiem 9 maja w okolicy Placu Czerwonego można było usłyszeć przytłumione odgłosy wystrzałów z karabinów lub innej broni małokalibrowej. Z dzisiejszej perspektywy niemożliwe jest ustalenie szczegółów. Kilka chwil później od ulic i ścian budynków w całej Moskwie odbijały się echa donośnych armatnich wystrzałów symbolizujących zwycięstwo i zakończenie wojny. Rozkrzyczały się uliczne głośniki i otępiali dotychczas mieszkańcy zaczęli euforycznie wybiegać się na puste zazwyczaj ulice. W tym samym czasie, u podnóża murów Kremla, za masywnymi granitowymi ścianami rozgrywało się całkiem inne przedstawienie. Wielokrotnie pytany o szczegóły tego wydarzenia ojciec Jakowa, natychmiast milknął i zamykał się w sobie, najprawdopodobniej wracając myślami do tamtych chwil. Tylko raz, na łożu śmierci, w chwili gdy mózg nie był już w stanie kontrolować chaotycznie wypluwanych słów i fragmentów wypowiedzi, zaczął majaczyć o kolegach – współpracownikach którzy stracili życie po nieopatrznym otwarciu sarkofagu i niezastosowaniu się do instrukcji przemądrzałego mykologa. Wszyscy oni, według oficjalnej wersji, która ukazała się nazajutrz na ostatnich stronach Moskiewskiej Prawdy, wyzionęli ducha w wyniku zawału serca spowodowanego zbyt wielką radością i napięciem wynikającym z informacji o pokonaniu znienawidzonego najeźdźcy. Tym samym zmieniono datę wielkiej defilady zwycięstwa na 26 czerwca.

Dzięki tym opowieściom Jakow wiedział jak poradzić sobie z przezroczystym pancerzem chroniącym dostępu do najsłynniejszej chyba mumii świata. Były to przezroczyste płyty wykonane częściowo ze szkła i tworzywa sztucznego którego grubość sięgała kilku centymetrów. Próba sformowania tego zabezpieczenia lub chociaż podniesienie, w pojedynkę musiała być skazana na porażkę. Mało kto jednak wiedział iż pięta achillesową całej konstrukcji był postument w którym znajdowała się aparatura wykorzystywana do konserwacji ciała oraz automatyczny mechanizm odpowiadający za zdejmowanie górnej pokrywy. Tam też znajdowało się kilka butli z gazem i rurki którymi gaz ten, był doprowadzany wprost do hermetycznego sarkofagu. Zastąpienie naturalnego powietrza innym specyfikiem, było koniecznością by nie doprowadzić do rozkładu ciała, które po wieczne czasy miało przypominać o dawnych dniach potęgi. Jakow po kilku kolejnych minutach oraz mniej lub bardziej udanych próbach z pomocą mechanizmu podniósł wieko. Wódz rewolucji – a raczej to co z niego zostało, po kilkudziesięciu latach był wolny.

Mniejwięcej w tym samym czasie, Władymir i Sasza, ubrani w mundury ochrony stali już przy wejściu do obiektu. Najpierw usłyszeli sygnał syreny zbliżającego się ambulansu, później zobaczyli blask kogutów a następnie im oczom ukazał się jadący ZIS. Sasza podniósł reje i wskazał kierowcy miejsce gdzie może podjechać i zaparkować. Po chwili z otworzyły się tylne drzwi pojazdu, wysiadł z nich ubrany na biało medyk, następnie wystawił jeżdżące nosze i skierował się do stojących w wejściu do Mauzoleum ochroniarzy. Zanim do nich doszedł, uśmiechnął się do swoich myśli, w gruncie rzeczy był całkowitym przeciwieństwem kierowcy z którym pracował. On pozytywnie nastawiona do życia poczciwina, miła dla ludzi i mająca swoją małą prywatna misję zbawienia świata lub chociaż uczynienia go nieco lepszym miejscem nie pasował do Pawła Nestoroicza, który zawsze i wszędzie był na wszystko i wszystkich zły. Podchodząc do ochroniarzy zapytał w jakim stanie jest pacjent i gdzie się znajduje. Władymir i Sasza wymieniając miedzy sobą spojrzenia, prawie równocześnie powiedzieli:

– w środku.

Sasza dodał:

– proszę z nami;

Trójka mężczyzn weszła w czeluść korytarza, po chwili żywych zostało już tylko dwoje z nich. Ciało medyka prawie się nie osunęło na podłogę, jeden z ,,ochroniarzy” złapał pchającą nosze postać i bez słowa wyjaśnienia poderżnął jej gardło. Rana była na tyle głęboka, iż nóż zanurzył się w ciele prawie do połowy.

Wydarzenia które nastąpiły po chwili nie były dramatyczne, nie miały w sobie też wielkiej romantycznej podniosłości. Nosze miarowo stukając wjechały do Sali w której znajdował się sarkofag. Na moment trójka: Jakow, Sasza i Władymir stanęli wzdłuż katafalku, oddając honor znajdującemu się przed nimi ciału. Następnie ostrożnie je podnieśli, położyli na noszach, przykryli folia termiczną i skierowali się ku czekającej na zewnątrz karetce. Jadąc tak przez skąpane w mroku mauzoleum, żaden z nich nie dostrzegł, że ciało na zaczęło się delikatnie poruszać. Bynajmniej nie były to ruchy spowodowane nierównościami podłogi po której jechały nosze.

 

Koniec

Komentarze

Arczi391, spóźniłaś się – konkurs Pierwszy raz zakończył się 30.04.2017. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo, bardzo źle!

Po pierwsze – mnóstwo błędów, literówek, nawet orto.

Po drugie – zero akapitów odrzuca od czytania

Po trzecie – baaaardzo słaby research, całkowicie wyklucza prawdopodobieństwo!

Proponuję najpierw zapoznać się z regulaminem służby wartowniczej Sił Zbrojnych Rosji. Wojska Polskiego też może być. On całkowicie wyklucza opisany przebieg wypadków!

Nie ma mowy o wpuszczeniu osoby postronnej, nawet umierającej, do obiektu ochranianego o takim poziomie ochrony!

Nie ma mowy o “okienkach” bez pokrycia wartami w obiekcie o takim poziomie ochrony.

Nie ma mowy o pełnieniu słuzby wartowniczej w obiekcie o tak wysokim poziomie ochrony przez osobników o tak amatorskim poziomie wyszkolenia – proponuję zapoznać się ze składem wart przy Mauzoleum Lenina – konkretnie – kto je pełni (research!)

Nie ma mowy o przebywabniu mumii Lenina PO zakończeniu dnia zwiedzania na powierzchni sarkofagu – zazwyczaj opuszcza się ona do pomieszczenia poniżej. No chyba że w międzyczasie coś się zmieniło.

Nie ma mowy o poruszaniu się po Placu Czerwonym, tuż pod murami Kremla JAKICHKOLWIEK nieautoryzowanych pojazdów, nawet służb ratunkowych. To tzw pierwsza strefa ochrony, prawie niczym nie różniąca się od poziomu ochrony wewnątrz murów Kremla. Taki pojazd zostałby zatrzymany i skontrolowany (albo zniszczony) najwyżej sto-sto pięćdziesiąt metrów od Mauzoleum.

Nie ma mowy o braku niezależnego monitoringu wewnątrz mauzoleum, dublującego sieć wewnętrzną.

itd itp.

Powtórzę – research,, research i jeszcze raz research! A DOPIERO POTEM pisanie.

No i najpierw korekta i redakcja, potem publikowanie tekstu. Tym bardziej fragmentu.

Pozdrawiam

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Pierwszy akapit liczy sobie czterdzieści linijek, co już samo w sobie odstęcza od czytania. A na końcu masz coś jeszcze dłuższego. Dialogi i monologi masz wepchnięte w tekst, a powinny być w osobnych akapitach. Przykro mi, ale nie doczytałam. :(

Mam nadzieję, że poprawisz tekst tak, żeby dało się czytać.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Powtórzenia, literówki, interpunkcja, zapis dialogów, logika – błędy, błędy, błędy. Tekst zamieszczony pięć dni temu i nadal odstrasza.

Szkoda czasu, przykro mi :(

Przynoszę radość

Mijają kolejne dwa dni od wpisu Anet, a Autor nie raczył tu nawet zajrzeć i odpowiedzieć na komentarze. O poprawieniu błędów nawet nie wspominając. Już w pierwszym zdaniu mamy: kresek niższej zera, a zaraz potem (w tym samym, pierwszym zdaniu): huczał nad pokrytym w mroku miastem

Resztę tylko przeskanowałem i od czasu do czasu włosy stawały mi dęba. To naprawdę bardzo niechlujnie napisany tekst.

Jako dyżurny zajrzałem z poczucia obowiązku, jednak teraz bez poczucia winy mogę sobie darować uważną lekturę i analizę opowiadania. Cóż, komentarz dyżurnego “odhaczyłem”. Na więcej Autorze nie zasłużyłeś swoim “zaangażowaniem” pod własnym dziełem.

Twoja starta, Arczi391.

 

Ps. Na uwagę o tym, że to tekst na konkurs zakończony wieki temu, Autor również nie zareagował.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ładnie to Mr.M wyłożyłeś. Także, ten tego… Więcej szacunku dla czytających życzę, autorze. Czwartkowy Dyżurny

Nowa Fantastyka