- Opowiadanie: Issander - Pinion

Pinion

Przepraszam za ilość błędów, która zapewne okaże się powyżej moich standardów. Ze względu na termin zdążyłem przejrzeć tekst tylko raz.

 

Pinion – z angielskiego nazwa ostatniego segmentu skrzydła ptaków, a także procedury jego amputacji. Zabieg ten wykonuje się w podobnym celu, co (łagodniejsze) podcinanie skrzydeł, polegające jednak na skróceniu samych piór lotnych, które z czasem odrosną. Pinioning jest z kolei trwały i ptak poddany takiemu zabiegowi już nigdy nie będzie latał.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pinion

W kuchni stancji młody mężczyzna szykuje kolację dla dwojga.

Cisza panuje zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Pozostałe pomieszczenia stoją puste – lokatorzy je poopuszczali, jeden po drugim kierując się do domu, do rodziny.

Tylko on jeden pozostał.

Przy świetle drobnej lampki ustawia wiktuały. Chleb, masło, ogórki i wódka szpecą stół. Wieczerza dla jednej osoby – plus obowiązkowy pusty talerz.

Łup!

Uderzenie w drzwi trzęsie mieszkaniem.

Łup! Łup!

Lokator nieśpiesznie podchodzi do drzwi. Tymi samymi metodycznymi ruchami, którymi wcześniej nakrywał do stołu, odsuwa łańcuch, przekręca zamki i – nawet nie spojrzawszy przez judasza – naciska klamkę.

Za progiem znajduje się postawny menel w brudnej bluzie i rozpiętej puchowej kurtce. Sprawia podobne wrażenie do lokatora, choć jest od niego wyższy i gorzej ubrany oraz nosi bujną brodę. Może to przez zbliżony wyraz głęboko osadzonych, niemal całkowicie wypełnionych przez źrenice oczu.

Lokator obraca się na pięcie i kieruje do kuchni.

– Właź – rzuca przez ramię. – Miejmy to za sobą.

Menel zamyka za sobą drzwi i, ciężko stąpając, podąża za rozmówcą. Jego uwagę przyciąga zastawiony stół.

– Ho, ho, ho – śmieje się głucho, bez cienia radości. – Kiedyś zostawiałeś mi mleko i ciastka.

– Kiedyś – odpowiada lokator – przynosiłeś mi prezenty.

 

***

 

– Mamusiu… – zaczyna chłopiec, bacznie obserwując reakcję krzątającej się w kuchni kobiety. Ona zdaje się go nie zauważać, poświęcając pełnię uwagi na wpół gotowym potrawom. To nie jest zielone światło, co to to nie, ale przynajmniej na razie nie wybuchnęła złością. – Mogę dzisiaj pooglądać więcej telewizji?

– Jak posprzątasz pokój. I tak nie ma cię co prosić o pomoc w kuchni, bo wszystko zrobisz nie tak.

Chłopiec powstrzymuje się od okazania radości. Wie, że lepiej spytać dwa razy, wtedy będzie mniejsza szansa, by później usłyszał „nic takiego nie powiedziałam”.

– Naprawdę? Nawet do czasu, aż przyjdą go… A-psik!

Uderzenie przychodzi znienacka i posyła chłopca na szafki.

– Czy ty powariowałeś?! Ile razy ci mówiłam, żebyś nigdy nie kichał na jedzenie! I jak ja mam to teraz zaserwować gościom?! Nic, tylko psujesz! – Chłopak jest oszołomiony, słowa nie do końca do niego docierają. – Hej! Spójrz się na mnie! Nawet nie waż się płakać, bo dam ci prawdziwy powód do płakania!

Do pomieszczenia wchodzi lekko zaalarmowany mężczyzna.

– Obudziłaś Mariolkę – zwraca się do żony delikatnym tonem.

– Mam dość! Nie tylko wszystko jak zwykle na mojej głowie, ale teraz całe jedzenie nadaje się do gnoju przez tego smarkacza! Jak już nakichałeś, to może jeszcze napluj i nasraj! Wtedy to dopiero będzie. – Z pokoju obok dobiega płacz dziecka. – Widzisz, co narobiłeś?!

– Spokojnie, kochanie. Nic nie poradzimy, sklepy już pozamykane. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem… Goście nie muszą wcale wiedzieć, jeśli nic im nie powiemy. – Dopiero teraz uwaga mężczyzny skupia się na cały czas siedzącym na podłodze z nieprzytomnym wyrazem twarzy synu. – Zobacz. Leci mu krew. – Mężczyzna chwyta dziecko w ramiona, rzucając karcące spojrzenie żonie. – Teraz trzeba coś wymyślić, bo goście zauważą.

Jakiś czas później chłopiec leży w ciemności swojego pokoju. Jedynymi bodźcami przebijającymi się przez wszechogarniające odrętwienie są pieczenie na twarzy i odgłosy zabawy dochodzące zza ściany. Z urywków rozmów dowiaduje się, że „zachorował i śpi”.

Ktoś przystaje pod drzwiami, uchyliwszy je. Chłopiec rozpoznaje matkę po krokach. Chwilę wcześniej rozmawiała z gośćmi, znajdując się w swoim żywiole, ale wystarczyło, że jeden z nich zapytał, czy nie powinna czasem zajrzeć do syna, by popsuć jej humor.

Ktoś pomyślał, że nie jest idealną matką i chłopiec zdaje sobie sprawę, że to jego wina.

Mija więcej czasu i pojawiają się kolejne kroki, tym razem ciężkie, nietypowe. Zapala się światło i do pokoju wchodzi Mikołaj. Jest całkiem szczupły i schludnie ubrany. Strój ma w zasadzie bez zarzutu, tylko komicznie wielka sprzączka od pasa zwisa niezapięta.

– Ho, ho, ho – cedzi przez zaciśnięte do białości wargi i fuka. – Nieźle w tym roku narozrabiałeś. – Sięga ręką do worka i zamaszystym ruchem rozsypuje węgiel na pościeli. – Lepiej to posprzątaj, zanim rodzice zobaczą – dodaje z marsową miną.

– Naprawdę nic nie dostanę? – Chłopcu udaje się powiedzieć, choć gardło ma ściśnięte.

– Dostaniesz, dostaniesz… W salonie pod choinką czekają na ciebie duże, kolorowe prezenty. Ale przecież ich nie zmarnuję, przynosząc je tutaj.

 

***

 

– Tamtego roku dostałem łyżwy i flet – przypomina lokator. – Nienawidzę jeździć na łyżwach. Po paru minutach na lodzie zaczynają boleć mnie stopy. To istna tortura.

– Nie ode mnie zależy, jakie prezenty przynoszę – odpiera cicho Mikołaj.

– Ale oni wciąż narzekali, albo na moją niewdzięczność, bo nie wykorzystuję prezentu, na który tak ciężko zapracowali, albo że muszą mnie zabrać na lodowisko. A nawet wtedy nigdy nie jeździłem tak, jak trzeba. A flet… Musiałem ćwiczyć codziennie, aż pew…

– Nie ode mnie zależy, jakie prezenty przynoszę! – krzyczy Mikołaj i gwałtownym ruchem sięga ręką przez stół, chwytając lokatora za głowę. – Patrz! – nakazuje, a oczach mężczyzny pokazują się same białka.

 

***

 

Jest jeszcze jasno, choć słońce chyli się ku zachodowi, gdy z buszu wyłania się postać przybysza. Jest wysoki, lecz patykowaty. Jego siwa broda kontrastuje z czarną skórą.

Kroki bosych stóp kieruje do prostej chatki. W budynku nie ma okien, tak że musi minąć chwila, nim oczy Mikołaja przyzwyczają się do panującej w środku ciemności i dostrzeże siedzącą w kącie kobietę. Trwa to jeszcze dłużej, bowiem mieszkanka chatki pozostaje w niemal całkowitym bezruchu. Tylko oczy ma przytomne, skupione na przybyszu.

Ich spojrzenia się spotykają i kobieta wskazuje wzrokiem na zawiniątko leżące po jej prawicy. Mężczyzna zbliża się i odsłania dziecko, które wygląda jeszcze słabiej od ich dwojga. Skóra opina drobniutkie kości i tylko brzuszek wystaje w nienaturalny sposób.

Mikołaj jeszcze raz szuka wzroku kobiety. Bez słowa dochodzą do porozumienia. Mężczyzna zatyka nos i usta dziecku, które jest zbyt słabe, by choćby spróbować się obronić.

Wszystko odbywa się w zupełnej niemal ciszy.

 

***

 

– Uch… – Lokator ciężko oddycha, dochodząc do siebie po wizji, ale wnet łapie rezon. – To… To gówno! Jasne, zawsze gdzieś na świecie ktoś ma gorzej. Nie można legitymować złych rzeczy faktem istnienia gorszych!

Mikołaj nie odpowiada, tylko siedzi z wywalonym brzuchem i nieobecnym spojrzeniem.

– Są miliony ludzi – kontynuuje lokator – którzy nie musieli przechodzić tego, co ja. Czemu to ich mi nie pokażesz?! Zresztą nie musisz. Przez cały czas byłem tego świadkiem.

 

***

 

– Co dostałeś? Pokaż, no… – jęczy siostra, zaglądając bratu przez ramię.

Dziewczyna zdążyła już się znudzić stertą swoich prezentów. On również nie jest ciekawy większości, która w żaden sposób nie jest związana z jego zainteresowaniami. Jednak jeden prezent przykuł jego uwagę – jest to zestaw farb, pędzli, ołówków, zeszytów do szkicowania i pozostałych przyborów. Od jakiegoś czasy rysuje w wolnym czasie, ale nie sądził, że ktokolwiek o tym wie.

– Zostaw – ucina. – Jeszcze sam nie przejrzałem. Obejrzyj sobie pozostałe prezenty.

Oczywiście, to nie pomaga. Dziewczyny nie obchodzi to, na czym jemu samemu nie zależy.

– Mamo! – Gdyby mógł, na dźwięk tego słowa chłopiec zastrzygłby uszami. – Karol nie chce dać mi zobaczyć swojego prezentu!

– Co z ciebie za brat? Weź jej daj.

Dziewczyna rzuca się na przybory, gdy tylko słyszy przyzwolenie. Chłopiec chciałby zasłonić prezent swoim własnym ciałem, ale wie, że to tylko pogorszy sytuację. Z bólem serca obserwuje, jak strony zeszytów zostają gniecione, ołówki pękają od rzucania, a farby są mieszane w pudełeczkach.

– Mamo, ona wszystko niszczy.

– No wiesz co? Na pewno lepiej wie, co robi, niż ty. W końcu tak ładnie rysuje. – Chłopak jest pewien, że jego siostrze nigdy do tej pory nie przyszło na myśl na poważnie zająć się malowaniem. – W ogóle mógłbyś raz się postarać i oddać to jej, skoro jej się podoba. I tak byś przecież zmarnował.

– Naprawdę, mogę to mieć? – wcina się dziewczyna, po czym podbiega przytulić rodzicielkę. – Dziękuje, mamusiu!

 

***

 

– Nie wydaje mi się, że dobrze zrozumiałeś – przerywa ciszę Mikołaj. – Nie pokazałem ci tego po to, byś poczuł się lepiej ze swoją sytuacją, tylko by ukazać ci moją perspektywę.

– Czyli co? Że niby ja mam współczuć tobie? – sarka lokator.

Przybysz nie odpowiada przez chwilę, po czym nachyla się do rozmówcy i spogląda mu prosto w oczy.

– Wiesz, kogo nienawidzę najbardziej? – pyta grobowym tonem. – Takich jak ty. W każdym innym domostwie mam spokój. Jeśli się kochają, ja też ich kocham. Jeśli chcą sobie uprzykrzyć życie, ja też im uprzykrzam. Jeśli się nienawidzą… – Mikołaj urywa na chwilę, jakby dopiero teraz zauważył, jak blisko znalazły się ich twarze, i odsuwa się nieco. – Nie ma prezentu niewłaściwego w oczach obdarowującego. Tylko wtedy muszę myśleć, kiedy przychodzę do takich jak ty: cierpiętniczych, roszczeniowych, próbujących wszystko analizować. Czy może myślałeś, że jestem tu dla przyjemności? Ho, ho…

– Jeden raz… – odzywa się po chwili lokator. – Jeden raz myślałem, że twoje przybycie może być czymś radosnym.

 

***

 

Drzwi do mieszkania otwierają się i raz-dwa zamykają. Chłopiec zdejmuje buty, ale kurtki już nie; ma nadzieję przemknąć do swojego pokoju, nie zostając zaczepionym, ale nie jest mu dane.

– Miałeś być przed czternastą. Jeszcze minuta i byś się spóźnił.

– Miałem być na czternastą, to jestem. Nie widzę, w czym problem.

– W tym, że nie wiedziałam, czy w ogóle przyjdziesz!

– Zawsze mogłaś sprawdzić w tej aplikacji , gdzie jestem.

– Uważaj, jakim tonem się do mnie odzywasz! Nie rozumiem, co się z tobą stało. Zawsze tak lubiłeś święta. Teraz ciągle narzekasz, ciągle wszystko jest naszą winą. Przykro mi, że tak myślisz!

– Przepraszam – wypluwa z siebie chłopiec, tak jest prościej. – Mogę już iść?

– Jasne, najlepiej zamknij się w pokoju. W tym roku chcieliśmy, żebyś dostał coś specjalnego, ale z takim nastawieniem nie wiem, czy zasługujesz.

W kluczowym momencie wieczerzy ilość nóg w mieszkaniu zwiększa się nie o dwie, a o sześć., z czego cztery należą do ślicznego, uroczego szczeniaka.

– Naprawdę jest moja? – pyta chłopiec, którego nastrój wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. – Mogę ją nazwać?

– Niech będzie – rzuca ojciec po wymianie spojrzeń z matką.

– W takim razie zostaniesz Łapką.

 

***

 

– Z tym, że nie trwało to długo – kontynuuje lokator. – Rodzice wtrącali się we wszystkie decyzje dotyczące treningu, ale karali mnie, gdy Łapka źle się zachowała. Na czas mojej nieobecności zaczęli zamykać ją w moim pokoju i ciągle mieli pretensje, gdy piszczała i drapała drzwi, ale nie miałem dość kontroli, by faktycznie ją tego oduczyć. Teraz to dla mnie jasne, że nie dawałem się już tak łatwo manipulować, więc potrzebowali czegoś, na czym by mi zależało. Nie zliczę, ile razy grozili mi, że ją odbiorą. Lecz wciąż jestem ci wdzięczny za Łapkę, nawet jeśli za nic innego. Szkoda, że nie pozwolili mi jej zabrać.

– Czas na mnie – stwierdza nagle Mikołaj i, nie czekając na odpowiedź, wstaje od stołu.

– Nie masz już nic do powiedzenia? Nawet nie zostawiłeś żadnego prezentu.

– Obawiam się, że żaden z nas nie zaliczy tego spotkania do udanych. – Przybysz odwraca wzrok i przesuwa ręką nad leżącym na stole telefonem komórkowym, na co ten reaguje sygnałami odebranych wiadomości. – Nie mogę zostać dłużej, nawet z tymi wszystkimi paradoksami temporalnymi – rzuca na odchodnym Mikołaj, ale brzmi nieszczerze.

Lokator zostaje sam w ciemnym i głuchym mieszkaniu. Siada przy stole i, jedna po drugiej, czyta otrzymane wiadomości:

 

Wesołych Świąt,

braciszku. Szkoda, że

nie możesz tu z nami

być. Przepraszam za

Łapkę. Próbowałam

przekonać mamę, ale się

nie udało. Mam nadzieję,

że nie będziesz jakoś

strasznie zły. Trzymaj się.

 

Sprawiłeś wielką

przykrość mamie.

Jestem tobą

zawiedziony.

 

Nie wierzę, że muszę do

ciebie pisać w taki dzień.

Co za okropny syn nawet

nie zadzwoni do

rodziców w Wigilię?

Zastanowiłbyś się, co

przez ciebie

przechodzimy… Życzę ci,

żebyś się zmienił i zaczął

nas szanować. Aha,

podjęliśmy z ojcem

decyzję o oddaniu psa do

schroniska, skoro nie ma

co liczyć, że będziesz

odpowiedzialny i się nim

zaopiekujesz jak należy.

Koniec

Komentarze

Smutne, odniosłam wrażenie, że ciut przerysowane, ale spodobał mi się sposób, w jaki przedstawiłeś Świętego Mikołaja. Nietypowo, acz sensownie. Twój Mikołaj jest taki… ludzki. Podoba mi się też, że nie użala się nad Karolem a wręcz nazywa go ‘roszczeniowym’ – fajne odwrócenie, zwykle złe postępowanie bohaterów autorzy tłumaczą traumami dzieciństwa, Ty pokazujesz te traumy z przesłaniem, że to w sumie żadne wytłumaczenie :) Tak przynajmniej to odczytałam. I za to daję klika.

Zgadzam się z interpretacją Bellatrix. W każdym razie to czyni ten wyjątkowo przygnębiający, acz dobrze napisany tekst wartym czytania. Końcówka jest jak strzał w potylicę, przez chwilę przypuszczałem, że będzie jakiś przebłysk nadziei, ale nie. Mocne. Nie dałbym rady czegoś takiego napisać.

Hmm… psychologicznie ciut nierealne: łyżwy i bolące stopy; flet prosty, czy musiał ćwiczyć?; nieoczekiwana zmiana miejsc bez uzasadnienia?;

Wykorzystujesz znane schematy, lecz przy poważnym temacie nie mam nic przeciwko temu, chociaż naprawdę szkoda, że bazujesz (moje wrażenie) na kalkach skojarzeniowych czytelnika, gdyż w przypadku takiej problematyki wartałoby pokusić się o wyjaśnienie, przybliżenie odpowiedzi na pytanie – dlaczego? dlaczego w tym przypadku to, tak wyglądało. W przeciwnym przypadku, jako czytelnik, podchodzę do podobnych treści z dużą nieufnością.  Wrażenie pogłębia oszczędny styl. Piękny garnitur, z którego Autor strzepuje niewidoczne pyłki.

Zapraszasz czytelnika do emocjonalnego kontredansu (krzywda dziecka, szczeniak, relacje pomiędzy rodzicami), kiedy dla mnie cudnym, oryginalnym pomysłem było coś, co pozostało w tle. Inny Mikołaj, parcie dzieci na prezenty.

Wiesz, piszesz scenariuszowo!:)

Interpunkcyjnie, jak zawsze bezbłędnie!

 

Pzd świątecznie:)

a

Za cudo i bezbłędność idę się poskarżyć:), a właściwe wczoraj już to zrobiłam, tylko komentarz zniknął.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, jeśli przez “odpowiedź na pytanie – dlaczego?” masz na myśli powód, dla którego matka tak traktuje dziecko, to kopniak polega na tym, że nie ma żadnego. 

Jesli zaś masz na myśli przyczynę, to wzorowałem opisaną sytuację na setkach przeczytanych prze ze mnie relacji dzieci osób z NPD. Oczywiście – to, że matka protagonisty ma takie a nie inne zaburzenia, nie jest powiedziane wprost w tekście, ale to by się kłóciło z zasadą show, don’t tell… A pokazać chyba dość pokazałem (zwłaszcza, jeśli się wie, na co zwracać uwagę).

 

Bellatrix, twoja interpretacja to faktycznie część zamierzonego przeze mnie przesłania, ale gdyby tylko o to chodziło, nie potrzebowałbym przecież fantastyki :)

 

Dzięki za poświęcony czas.

ironiczny podpis

IMO jedno z najlepszych opowiadań w konkursie. Wychodzisz daleko poza konwencję.

Z jednej strony mamy młodego mężczyznę, który wciąż żyje przeszłością. Przeżuwa straszne dzieciństwo i nie potrafi się od niego odciąć. Starczyło mu odwagi na to, żeby nie pojechać do domu na święta, ale już nie na to, żeby samemu coś z tymi świętami zrobić.

Z drugiej jest Mikołaj, ani ludzki, ani Pan świąt. Raczej marionetka w rękach rodziców. Jeśli w rodzinie jest dobrze, to święta są piękne, ale jeśli ma do czynienia z tak upiorną mamuśką, to rozsypuje węgiel na pościeli, czy tego chce, czy nie. Albo zabija dziecko, bo matka nie może już patrzeć, jak jej maleństwo cierpi, a jednocześnie sama nie jest w stanie tego zrobić.

Wydaje się, że marionetka tym razem zerwała się ze sznurków, może dlatego, że chłopak jest daleko od domu. I mam wrażenie, że szuka przebaczenia, albo przynajmniej zrozumienia. A kiedy go nie dostaje, wybucha i jeszcze raz, tym razem z własnej woli rani bohatera. Bo przecież zarzucanie mu, że był roszczeniowy, cierpiętniczy to kolejny kop. Był dzieckiem, które chciało odrobiny szczęścia.

Czy to mogło wyjść? Czy takie spotkanie mogło w jakiś sposób doprowadzić do czegoś dobrego? Na to chyba było za wcześnie. Obaj byli tak zapiekli, każdy we własnym cierpieniu, że nie byli w stanie dostrzec, że druga strona też cierpi.

I te esemesy na koniec. W pierwszym momencie wydawało mi się, że to już trochę za dużo. Z drugiej strony, esemes od siostry jest ciepły, zupełnie inny niż ten od rodziców. Była beniaminkiem, czasem wykorzystywali ją, żeby dopiec jemu. Ale była też dzieckiem, z dużym prawdopodobieństwem nieświadomym tego, co jest grane. Udało Ci się w tym momencie pokazać, jak skomplikowane są relacje w tego typu rodzinach.

I to, cholera, wszystko w 12k.

 

wzorowałem opisaną sytuację na setkach przeczytanych prze ze mnie relacji dzieci osób z NPD. Oczywiście – to, że matka protagonisty ma takie a nie inne zaburzenia, nie jest powiedziane wprost w tekście

Unikałabym etykietek, z reguły niewiele wnoszą.

 

Na razie kliczek, nad resztą jeszcze pomyślę.

Tak, mam na myśli powód. Głęboko przeciwiam się schematom i “urawniłowce”. Rodziny z NPD, zapomnij, kolejny problem i diagnostyka zaburzeń. Setki przeczytanych relacji?

Jasna diagnostyka jest w chorobie alkoholowej. Tu, bardzo problematyczne i nie jest to kwestią “show don’t tell”, aby zobrazować jednostkę, rodzinę, a nie DSM. Objawy bardzo niespecyficzne.

pokazać chyba dość pokazałem (zwłaszcza, jeśli się wie, na co zwracać uwagę)

Nie, nie pokazałeś. Epatujesz.

 

Niemniej, piszesz dobrze!

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej. Dobrze to napisane, mocno. Ale w mojej opinii, przeciągnięte w czarny kolor. Nie rozumiem, dlaczego aż tak, jaki jest tu cel? Natomiast wątek Mikołaja i jego rola w tekście są świetne.

Interesujące podejście. Czyli to wszystko wina dzieciaka, bo jest roszczeniowy. Niezły z niego Mikołaj…

Za bardzo poszedłeś w emocje, żebym potrafiła coś więcej napisać. Ale tekst ciekawy.

Babska logika rządzi!

Irka_Luz, dzięki za bardzo dobre zdanie o tekście. Fajnie, że tyle z niego wyniosłaś.

Unikałabym etykietek, z reguły niewiele wnoszą.

Dlatego w tekście nie ma żadnych :) Odpowiadam tylko, na czym się wzorowałem, bowiem pisanie bez żadnego researchu to kiepski pomysł.

 

Asylum, przepraszam, ale piszesz tak chaotycznie, że nie do końca jestem w stanie powiedzieć, o co ci właściwie chodzi. Pamiętaj, że nie pisałem artykułu; opowiadanie jest z perspektywy dorosłego wspominającego swoje patologiczne dzieciństwo, więc wzorowałem się na relacjach dorosłych wspominających swoje patologiczne dzieciństwo. Tyle.

 

Łosiot, strasznie dziwnie stawiasz pytania. “Jaki jest cel przygnębiającego wydźwięku opowiadania”? A czy ty, jak piszesz, stwierdzasz sobie: “o, napiszę wesoły/smutny/budujący na duchu tekst”? Wydźwięk sam w sobie nie jest środkiem literackim, tylko konsekwencją tego, jaką historię chcesz opowiedzieć i jakie tematy chcesz poruszyć. Historia heroiczna prawdopodobnie będzie budująca, komedia romantyczna wesoła, a dramat – smutny.

ironiczny podpis

Odpowiem tak, Issanderze:

Twój kondensat – mój kondensat.

Zdają mi się, zastrzegam, że w tym przypadku, jednakie;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No pięknie, to namnożyło się trochę tych pesymistycznych tekstów w konkursie świątecznym :D. 

A na poważnie, Issandrze, bardzo dobry tekst. Robi to co ma robić z czytelnikiem, czyli wzbudza silne emocje. Kolejny ciekawie przedstawiony święty Mikołaj, nie wiem czy nie jest najciekawszy z tych, których miałam okazję “poznać” w opowiadaniach konkursowych.

I oby jak najmniej takich patologicznych rodzin, jak z twojego opowiadania.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Taki dobry tekst, aż dziwne, że wciąż nie w bibliotece. Doklikuję :)

 

Wszystko mi sie podobało, zwłaszcza pomysł na nieporadnego i niebiorącego za nic odpowiedzialności Mikołaja; jedynie scena w której matka bije chłopca za kichniecie, wydaje mi się odrobine za “mocna”. Poza tym super :) Gratulacje :)

Hej Issanderze. Pytanie być może dziwne. Ale tak naprawdę, to chyba nie do końca je zadałem, w każdym razie niezupełnie miałem na myśli to, co napisałeś, pytanie to reformułując po swojemu w swoim komentarzu. Ja po prostu nie zrozumiałem, dlaczego w tej historii bohater jest tak traktowany przez rodzinę. Mieszają go z gównem, nienawidzą. Nasuwa mi się pytanie, dlaczego? Rozumiem, że to może podciąć skrzydła, choć uważam, że sposobów na ich podcięcie jest znacznie więcej i niekoniecznie wszystkie są okrutne i oparte o traktowanie kogoś jak śmiecia. 

I zastanawiam się, czy czegoś nie złapałem (często mi się to zdarza, nie należę do specjalnie bystrych czytelników) na poziomie meta? A może tekst nawiązuje do czegoś – jakiegoś obszaru rzeczywistości, którego nie znam (podejrzewam psychologię) – i przez to coś mnie ominęło? Czytając to opowiadanie, liczyłem na jakieś odpowiedzi, ale ich nie zauważyłem. Nie chodzi o przygnębiający wydźwięk. Chodzi o to, czy przegapiłem coś ważnego i czegoś nie zrozumiałem, czy to jest po prostu taka historia, bez drugiego dna i tam mam ją traktować?

Gdybym miał przerobić twój komentarz na pojedyncze pytanie w bardziej dosłowny sposób, to wyszłoby, że zapytałeś: “jaki jest cel aż takiego przeciągnięcia tekstu w czarny kolor?” Dla mnie, nie dokonałem żadnej zmiany w znaczeniu, ale to nie jest istotne; język nie jest magicznym narzędziem, czasem coś się inaczej powie lub zrozumie, bywa, że słowa mają dla różnych ludzi różne znaczenia. Doprecyzowałeś, więc do tego się odniosę:

 

Ponieważ przeczuwam, że ten komentarz wcale krótki nie wyjdzie, oto TL;DR: oczywiście, że opowiadanie ma drugie dno. Jednym z elementów drugiego dna jest to, że nie ma powodu, dla którego rodzice źle traktują protagonistę. Z drugiej strony, oczywiście ma to swoje przyczyny. 

 

No ale od początku. Na konkurs należało napisać tekst świąteczny, z wątkiem fantastycznym. Ponieważ święta pochodzą ze świata rzeczywistego, a jestem przeciwnikiem traktowania go w sposób magiczny, napisałem tego krytykę.

Zacznijmy od podłoża. Wydawałoby się, że święty Mikołaj nie stanowi jakiegoś wielkiego problemu filozoficzno-teologicznego. Błąd! Jest on jednym z wielu przykładów just world hypothesisW dużym skrócie chodzi o przeświadczenie, że dobre uczynki zostaną nagrodzone, a złe ukarane – przez los, karmę, Boga, czy choćby świętego Mikołaja właśnie.

Oczywiście, nie jest to prawda. Bardzo łatwo stwierdzić, że nie jest to prawda.

A jednak, ludzie często chcą wierzyć, że jest to prawda. Dlatego jest to kluczowy element w wielu religiach. Piekło i Niebo w chrześcijaństwie, Karma w religiach Wschodu… No i ten święty Mikołaj nagradzający grzeczne dzieci prezentami, a niegrzecznym wręczający węgiel czy rózgę, zależnie od kultury.

Jednak zarówno w przypadku Piekła i Nieba, jak i Karmy, religie wykazały się sprytem. Hipoteza świata sprawiedliwego powoduje dysonans poznawczy u osób, które doświadczają w codziennym życiu czegoś wszak odmiennego. Jak pozbyć się dysonansu? Przesunąć karę bądź nagrodę na czas po śmierci.

 

(Dygresja – na Zachodzie często traktuje się Karmę jako coś działającego na żyjących ludzi, przy czym w oryginale Karma z obecnego życia ma wpływ na to, jak zostaniesz zreinkarnowany. Zatem zarówno w chrześcijaństwie, jak i w Hinduizmie dany uczynek zostanie nagrodzony/ukarany dopiero po śmierci).

 

Dzięki temu taki pogląd staje się dużo bardziej odporny na dysonans poznawczy, co więcej, bardzo ciężko go podważyć, bo dyskutowanie z osobą wierzącą na temat tego, co będzie po śmierci, za pomocą racjonalnych argumentów mija się z celem.

Jednakże wiele osób mimo to żywi – mniej lub bardziej świadomie – przeświadczenie, że dobre i złe uczynki zostaną odpowiednio nagrodzone i ukarane przez jakąś siłę jeszcze za życia. Choć mało kto wierzy, że taką siłą jest faktycznie święty Mikołaj, to jest on powszechnie znanym, osobowym przykładem. No i przede wszystkim, silnie związanym z tematem konkursu :)

 

Ludzie, którzy wierzą w hipotezę sprawiedliwego świata (często podświadomie), gdy dotknie ich tragedia – przechodzą kryzys. Albo muszą uznać, że faktycznie są złymi ludźmi i zasługują na cierpienie, albo zrewidować głęboko zakorzenione poglądy, odnaleźć się na nowo. Jest to jednak standardowa okazja do osobistego rozwoju, o ile coś takiego istnieje. Jest na ten temat naprawdę dobry film(link), który zdecydowanie polecam – pomoże też zrozumieć to, co do tej pory napisałem, bowiem z pewnością nie zrobiłem tego idealnie :)

Tak jak już napisałem, wzorowałem się na relacjach osób mających rodziców z narcystycznym zaburzeniem osobowości. Coś, z czym często się spotkałem, to wpływ, jaki miało na te osoby zorientowanie się, że nie są odpowiedzialni za to, co ich spotkało. W istocie, nie istnieje ku temu powód. Po prostu mieli nieszczęście mieć za rodzica osobę zaburzoną. To, co zrobią z tym problemem dalej, jest w ich rękach, ale nie odpowiadają za to, co miało miejsce w przeszłości.

Mój tekst odpowiada na pytanie, co jeśli w takiej sytuacji faktycznie istnieje jakaś siła nadprzyrodzona? Jeśli zostałeś skrzywdzony przez tę siłę, to znaczy, że albo faktycznie jesteś złym człowiekiem (i sam jesteś odpowiedzialny za swoje cierpienie!), albo siła nadprzyrodzona jest niesprawiedliwa wobec ciebie.

W świecie, w którym taka siła faktycznie i niepodważalnie istnieje, wiele więcej osób uznałoby własną winę, a zatem swoją odpowiedzialność. Co więcej, alternatywą jest uznanie, że nadprzyrodzona siła, co do której istnienia masz niepodważalne powody, traktuje cię niesprawiedliwie. Wręcz z twojej perspektywy jest zła. Taką informacja byłaby zdecydowanie trudniejsza do przyjęcia niż to, że po prostu masz pecha. Tak jest w opowiadaniu. Protagonista nie może się rozwinąć, nie może – tak jak w prawdziwym życiu – uznać, że ta nadprzyrodzona siła tak naprawdę nie istnieje. Ma ciągle nieuleczony żal do Mikołaja.

 

(Dygresja – zanim przeczytasz podsumowanie, sugeruję zwrócić uwagę na subtelną różnicę pomiędzy przyczyną a powodem(link))

 

Nie istnieje powód, dla którego rodzice tak traktują bohatera. Jest to coś dobrego. Gdyby istniał, to wiedząc, że w tym świecie alternatywnym niezaprzeczalnie istnieją siły nadprzyrodzone związane z hipotezą, musielibyśmy uznać, że protagonista jest sam za to odpowiedzialny. To, że w naszym świecie nie ma takich sił, to też coś dobrego.

ironiczny podpis

Dzień dobry Issanderze. Just world hypothesis – bardzo ciekawe, dzięki również za link do YT. Trochę to przytłaczające, mam dzieciaki i właśnie dopisalem kolejną pozycję do listy “Ważne”.

 

Wiesz co, zaburzeni rodzice to ten element układanki, którego nie mogłem znaleźć. Teraz widzę, że gdybym się wczytał we wcześniejsze komentarze (zbyt często je pomijam), to pewnie bym na to wpadł. 

Fajnie to zrobiłeś, głęboko. Czułem, że coś tu jest pod skórą tego opowiadania, dzięki za naprowadzenie. 

 

pozdro!

Hmm, ciężko jeszcze coś dopowiedzieć do tak obszernej interpretacji. Tekst strasznie przygnębiający, ale bardzo interesująco wypada ujęcie postaci Mikołaja – jako uosobienia fiksacji związanej z traumą bohatera. Gdyby nie wyjaśnienia, zostałabym właśnie przy samych patologicznych relacjach rodzinnych i tej warstwie psychologicznej, raczej nie wzięłabym pod uwagę szerszego obrazu świata; a to zdecydowanie nadaje opowiadaniu głębszy wymiar. Tak że pod tym kątem zabrakło mi pewnych wskazówek interpretacyjnych, nawet jeśli dialogi bohaterów delikatnie to sygnalizują. Za to dialogi same w sobie poruszające, celnie nakreśliłeś tę bolesną dynamikę między postaciami.

Tytuł intrygujący, choć może sugerować trochę inną metaforykę. Językowo bardzo elegancko i oszczędnie.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

black_cape, generalnie jestem zdania, że nie należy epatować przesłaniem. Jeśli ktoś go nie dostrzegł, ale poruszyła go opowiedziana historia, to wciąż jest na plus. Co więcej, powiedziałbym, że jeśli sto procent czytelników złapało przesłanie, to coś poszło nie tak, bo wszystko jest oczywiste i czytelnik nie ma pola do interpretacji.

Wyjaśniłem, jaki był zamysł autora, bo Łosiot pytał (Asylum wcześniej też pytała o “powód”), ale jest jak najbardziej w porządku, jeśli ktoś zrozumiał tekst inaczej. Historia powinna mieć pierwszeństwo przed przesłaniem.

 

Dla przykładu, zapewne czytałaś Władcę Pierścieni, prawda? Czy wyłapałaś, że Tolkien jest proponentem hipotezy świata sprawiedliwego i takie właśnie jest przesłanie tekstu? Tolkien umieścił w swoim tekście temat (powtarzający się, kluczowy dla interpretacji motyw) staczającego się zła. Każdy złoczyńca traci i przegrywa z coraz marniejszymi siłami. Sauron najpierw traci zdolność zmiany kształtu, potem fizyczną formę, a za jego upadek odpowiadają ostatecznie trzy hobbity. Saruman traci swoją potężną armię, staje się więźniem we własnej twierdzy, a na koniec próbuje podbić Shire i pokonuje go “armia” kilkuset hobbitów i zostaje zabity przez własnego sługę. W Silmarillionie i pośmiertnie wydanych książkach jest więcej przykładów, ale nie każdy je czytał. Jednocześnie dobro zawsze pokonuje przeciwności i zwycięża, nawet jeśli sytuacja jest beznadziejna oraz wymaga to wysiłku i poświęceń.

Czyli – jeśli cierpisz, przezwyciężysz swoje problemy, o ile jesteś dobrym człowiekiem i będziesz się starać. Tymczasem źli będą stopniowo się staczać.

 

Oczywiście, jest też całkiem możliwe, że nie do końca trafiłem z poziomem subtelności. Subtelność to trudna sztuka.

ironiczny podpis

Bardzo dobre, Issanderze, bardzo dobre. Co prawda cały czas mam w głowie Arecibo i pewnie teraz już ciągle będę oczekiwał czegoś przynajmniej równie dobrego, ale to jest niezłe.

Masz dar budowania dramatu w małej ilości znaków. I to takiego, który jest wiarygodny. Nie próbujesz robić totalnej traumy, ale wzbudzasz smutek na tyle, na ile powinno go być w konkursie świątecznym. :) W ogóle same smutne opowiadania są w tym konkursie. A że lubię się smucić, to miłej literackiej strawy nigdy za wiele.

Wracając do opowiadania, najlepszy jest chyba Mikołaj, taki niejednoznaczny, więc to atut, tym bardziej, że temat konkursu jest świąteczny, więc motyw konkursowy stoi u Ciebie mocno. Zresztą w innych konkursach stał równie dobrze. Widać, że nie doklejasz warunków na siłę, ale budujesz na nich opowiadanie. To się chwali.

Powodzenia w konkursie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

W ogóle same smutne opowiadania są w tym konkursie.

 

Darconie, pokierujesz mnie do konkretnych? Bo nie jesteś pierwszą osobą, która wyraża taką opinię, ale jak na razie większość opowiadań, które przeczytałem, kończyło się pozytywną nutą. A to jedno, które nie miało optymistycznego wydźwięku, było niestety najsłabsze… A ja też lubię czasem poczytać przygnębiające teksty :)

ironiczny podpis

Czytałem Finkli, Irki i Gravelki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Issandrze, dzięki za wyczerpującą odpowiedź.

Rzeczywiście chyba za bardzo zasugerowałam się wyjaśnieniem i zbyt analitycznie podeszłam do tekstu. Myślę, że kluczowy był ten fragment interpretacji, w którym piszesz, że postać Mikołaja ma uosabiać sprawiedliwy świat, a w tekście bardziej wyeksponowany wydał mi się ten aspekt psychologiczny (wątek dysfunkcyjnej rodziny).

U Tolkiena główny akcent jest właśnie na uniwersum i mitologię, więc jednak odbiera się to trochę inaczej. Czytając “Władcę Pierścieni”, nie myślałam może dosłownie o sprawiedliwym świecie czy poglądach religijnych Tolkiena, ale akurat w tym przypadku w miarę łatwo wywnioskować, na jakich zasadach całe uniwersum funkcjonuje. Więc może to też po części kwestia pewnej jednoznaczności w sferze worldbuildingu.

W każdym razie mam nadzieję, że nie zabrzmiało to, jakby z opowiadaniem było coś nie tak, bo jest bardzo dobre. Miałam tylko na myśli, że dla mnie bardziej zadziałało w warstwie psychologicznej niż metafizycznej, ale ciekawie było poznać pełny zamysł. A z poziomem subtelności też wszystko jak najbardziej w porządku, zdecydowanie lepiej pójść w stronę niedomówień. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dołączam do grona czytelników.

“Pinion” – historia dramatyczna z elementami fantastyki. Czuję się zobowiązany przyznać, że opowiadanie w podobnej konwencji do “Podzielmy się opłatkiem”, napisanego przez Irkę. Nawet z podobnym wyważeniem motywów dramatu i fantasy. Oczywiście będę unikał porównań, bo nie wiem czy byłoby to na miejscu, ale chciałbym uczciwie przyznać, że widzę te teksty obok siebie.

Najmocniej wybrzmiał w tekście Święty Mikołaj. (moim zdaniem). Doceniam jego kreację, ponieważ wydaje się zagadkowa i wnosi kontekst do rozumienia historii. Bez niego byłoby nieciekawie, w sensie jest na tyle fascynującą postacią. Rozmowa, którą prowadzi Święty, nadaje się do głębszej analizy. Można podumać nad jego postawą wobec pretensji bohatera. Pomimo, że jest postacią fantastyczną, nie przypomina bohatera z bajki. Jego niekonwencjonalność czytam również na plus.

Ciekawym zabiegiem jest, o ile czegoś nie przeoczyłem, bezimienność bohatera. Chyba, że facet miał na imię Lokator. Domyślam się, że taka decyzja przy kreacji zapadła ze względu na uniwersalny charakter opowieści. Czytelniku, wpisz tutaj imię, które uważasz za odpowiednie, może nawet swoje własne. Nie jestem pewien, czy ten zabieg pomógł opowieści.

Trudność sprawia mi określenie wyważenia emocji. Wydaje mi się, że wyszło za mocno, ale takie wrażenie może wzmacniać bezimienny bohater. Może tak miało po prostu być. Mam tutaj na myśli, że taka prezentacja historii dramatycznej do mnie nie trafiła. Z jednej strony nie widzę jednoznacznego błędu, bo opowiedziane wydarzenia miały prawo się wydarzyć. Z drugiej strony nie mam pewności, czy w odpowiedni sposób odczytuję dramatyczność płynącą z nich. Dlatego jeśli jest gdzieś załamanie fabuły, powiedziałbym, że jest w warstwie komunikacji emocji. Widzę smutne wydarzenia z przeszłości bohatera, ale (moim zdaniem) to za mało, żeby posadzić Lokatora w miejscu, w którym startuje historia. Rozwlekam tę kwestię, ponieważ być może to brak bardziej imiennego kontekstu, w sensie budowy bohatera, aby był bardziej osadzony w opowieści. Posiadał tożsamość, bardziej szerszą historię niż przykre doświadczenia z dzieciństwa.

Wykonanie wyszło bardzo dobrze. Czytałem bez problemów. Uważam, że zdania zostały tutaj naprawdę ładnie poskładane. Nie odnajduję się najlepiej w historiach dramatycznych. Powiedziałbym, to nie mój klimat. W Twoim opowiadaniu może ten patologiczny wydźwięk przechylił szalę na niekorzyść historii, ale hej, to tylko subiektywny odbiór i to nie całości, ale pewnego elementu opowieści. Poza tym wszystko gra, a postać Świętego Mikołaja wyjątkowo ciekawa.

Pozdrawiam

Smutne, miejscami lekko makabryczne.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie jest jednak trochę przewrotne, że może podpuszczasz czytelnika, bo przecież cała ta historia opowiedziana jest z punktu widzenia bohatera. Może to Mikołaj ma rację i wiedzę o jego prawdziwym obliczu?

Chociaż nie, na końcu są przecież SMS-y, które rozwiewają wątpliwości.

Ale to tylko bajka, taka trochę jak od braci Grimm.

A przecież wiemy, że Baba Jaga nie istnieje.

Dobrze napisane, przeczytałem jednym łykiem.

Choć czytało się naprawdę dobrze, nie mogę powiedzieć, że to była przyjemna lektura. I choć Pinion bazuje na wspomnieniach bohatera o minionych świętach, nie znalazłam tu choćby odrobiny nastroju, towarzyszącego świętom, które były moim udziałem. Mikołaj też jest tu inny i pewnie to sprawiło, że opowiadanie wywarło na mnie tak duże wrażenie.

Bardzo satysfakcjonująca lektura.

 

W kuch­ni stan­cji młody męż­czy­zna szy­ku­je ko­la­cję dla dwoj­ga. ―> Kolacja dla dwojga, to kolacja dla kobiety i mężczyzny, a z dalszej treści nie wynika, że bohater czekał na dziewczynę.

Proponuje: W kuch­ni stan­cji młody męż­czy­zna szy­ku­je ko­la­cję dla dwóch osób.

 

Przy świe­tle drob­nej lamp­ki usta­wia wik­tu­ały. ―> Wiem jak wyglądają drobne pieniądze, czy drobna osoba, robiłam też drobne sprawunki, ale nie mam pojęcia, jak wygląda drobna lampka.

A może lampka miała być niewielka, nieduża albo mała.

 

Spra­wia po­dob­ne wra­że­nie do lo­ka­to­ra… ―> A jakie wrażenie sprawia lokator? Na razie wiem tylko, że jest to młody mężczyzna.

 

– Miej­my to za sobą.

Menel za­my­ka za sobą drzwi… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Patrz! – na­ka­zu­je, a oczach męż­czy­zny po­ka­zu­ją się same biał­ka. ―> – Patrz! – na­ka­zu­je, a w oczach męż­czy­zny po­ka­zu­ją się same biał­ka.

 

Od ja­kie­goś czasy ry­su­je w wol­nym cza­sie… ―> Literówka i powtórzenie.

 

– Za­wsze mo­głaś spraw­dzić w tej apli­ka­cji , gdzie je­stem. ―> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

a o sześć., z czego czte­ry… ―> Zbędna kropka przed przecinkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Niestety, rodzicom zdarza się psuć dzieciństwo swoich pociech, a efekty są widoczne w dorosłości. :( Wydaje się, że Mikołaj stanowi przedłużenie traumy, której doświadczył i wciąż doświadcza bohater. Podobała mi się ta postać. Natomiast trudno mi było kibicować głównemu bohaterowi, może dlatego, że ciągle obwinia rodziców i analizuje przeszłość, a nie próbuje walczyć o siebie.

Miałeś ciekawy pomysł na pokazanie rodziny w czasie świąt. Drobna uwaga do “riserczu”: narcystyczne matki zwykle traktują córki w taki sposób, jak opisałeś w opowiadaniu. W pewien sposób rywalizują z nimi. Synowie raczej są faworyzowani, kosztem nie tylko drugiego dziecka, ale często też męża.

Nowa Fantastyka