- Opowiadanie: katia72 - T72

T72

Opowiadanie zostało zainspirowane filmem “Mucha” Davida Cronenberga, poleconym mi jakiś czas temu przez Counta :)  Obejrzałam ten film już parę razy i zapewne nieraz jeszcze do niego wrócę. Również gorąco polecam :) A odnośnie samego tekstu, trochę się boję, że przekombinowałam, a wybrany gatunek, hm, „T72” to z pewnością bardziej fiction niż science, ale fantasy mi tu jakoś nie pasowało... Ilustracje mojego autorstwa.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

T72

Duża, śmieszna głowa, klockowate ciało, wizualne połączenie włochatej świni z hipopotamem. Rozkoszny ryjek i te słodkie łapki. Był uroczy na zdjęciach i na filmach, a w „niby-rzeczywistości” powalał mnie na kolana.

– Siko, podjedź bliżej, przecież on i tak cię nie widzi. – Głos Runiego w słuchawkach.

Zrobiłam krok do przodu, niepewnie wyciągnęłam dłoń w stronę napompowanej buzi. Niestety, nie mogłam jej dotknąć. Głowa stworzenia „weszła” w moją hologramową rękę.

Wpatrywałam się jedynie w pofałdowaną skórę, zgrubienia na grzbiecie i po bokach, zakończone pazurkami łapki. Cudo natury.

– Siko, za minutę cię odłączam.

– Okej, potwierdzam.

Przez ułamek sekundy nic nie widziałam ani nie słyszałam, a gdy moje zmysły wróciły, siedziałam w fotelu sterowniczym w sali hologramowych symulacji. Powoli zdjęłam kask, po czy zabrałam się do odłączania poprzyczepianych do głowy i ciała elektrod.

– Jak się czujesz? – Głos Runiego, tym razem tuż obok mnie.

– W porządku. – Wysiliłam się na uśmiech.

 

***

 

Niesporczaki T72. Kochałam te stworzenia, kochałam na nie patrzeć i o nich czytać, mogłam oglądać ten sam film o rozkosznym grubasku nieskończoną ilość razy. Od otworzenia projektu minęło już trzy lata intensywnych badań. Byliśmy na finiszu. Jeszcze parę eksperymentów laboratoryjnych na orangutanach i będziemy gotowi… Z jednej strony bardzo tego pragnęłam, podobnie jak wszyscy inni w zespole, a z drugiej byłam pewna obaw i wątpliwości – czy się uda? Zacisnęłam pięści, przełknęłam ślinę i wbiłam wzrok w widocznego na monitorze, zawieszonego w zielonkawej galarecie niesporczaka.

 

***

 

Zjechaliśmy na poziom minus piętnaście. Aby otworzyć drzwi windy, nasze podskórne czipy musiały zostać zidentyfikowane przez system. Najpierw do czytnika przytknęłam dłoń ja, a potem Runi.

– Pozwolenie wejścia dla dwóch jednostek: Siko Basuk i Runi Prack.

Drzwi powoli rozsunęły się na boki i wkroczyliśmy do zbyt intensywnie oświetlonego pomieszczenia w kształcie owalu, gdzie znajdowały się kolejne drzwi i kolejny czytnik potwierdzający naszą tożsamość. Westchnęłam i spojrzałam znacząco na Runiego.

– Chodź. – Runi podał mi dłoń.

Ruszyliśmy do budki strażnika. On też sprawdził nasze czipy, a potem zlustrował od stóp do głów i dokładnie przeskanował ubrania. Tak czy inaczej, budka była ostatnim punktem kontrolnym przed wkroczeniem do korytarza.

– Tu wszędzie są weneckie lustra, możesz spokojnie zaglądać do środka.

Niepewnie podeszłam do pierwszej celi. Na podłodze siedział chłopak, maksymalnie dwadzieścia pięć lat, hebanowe włosy, bardzo blada twarz o dwóch nosach, sińce pod oczami. Sprawiał wrażenie, jakby się bardzo czegoś bał. Przeniosłam wzrok na tabliczkę przy podajniku żywności – Bran Sowik, powtarzające się włamania do systemu bezpieczeństwa, próby wyłudzania dodatkowych porcji podstawowych… Nie skończyłam czytać. Bądź co bądź, on się nie nadawał, głównie z powodu lęku goszczącego w jego ślepiach.

Przeszłam do następnej celi. Frodo Szuman – blondyn o kwadratowej, zakończonej szpiczastym kolcem szczęce, z metalowym kółkiem wbitym w przegrodę nosową. Duży, umięśniony, otępiały. Morderstwo. Kolejny – Mao Twik, chudy, wysoki, tyczkowaty i smutny, o trzech oczach i wijącym się niczym wąż ogonie. Morderstwo, kradzieże, fałszywe zeznania. Następny, następny, następny. Ostatni – Sano Bidis miał prawie przezroczystą skórę, przez którą widać było organy wewnętrzne, oprócz tego z jego łysej głowy wyrastały owadzie czułki. Na nim już przeprowadzono wystarczającą liczbę eksperymentów. Westchnęłam ciężko. W sumie było ich dwudziestu. Grupa wyselekcjonowana przez lekarzy i psychologów na podstawie ilorazu inteligencji, poziomu odporności na stres i ogólnej tolerancji na warunki niesprzyjające w sensie fizycznym i mentalnym. Wszyscy o wykrzywionych beznadzieją facjatach.

– Runi, nie wiem.

Runi chrząknął, delikatnie poklepał mnie po placach i powiedział:

– Musisz któregoś wybrać.

– Ty wybierz – odparłam.

– Nie mogę, to twój projekt, ty tu rządzisz.

 

***

 

Siedzieliśmy z Runim przy stole, ja nad miską z brązowymi granulkami, a on nad talerzem różowego makaronu.

– Co ty, Siko? Ty im współczujesz?

Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na Runiego, hm, myślę, że z pogardą w oczach, po czym obrażonym tonem powiedziałam:

– Nie pamiętasz, jaki miałam wynik w teście na niezdrową empatię? Minus sześćdziesiąt siedem procent. Między innymi dlatego pozwolili mi objąć szefostwo w tym projekcie.

Runi nieładnie wykrzywił usta. Zawsze, gdy tak robił, przypominał mi hodowaną w Undercopo na poziomie minus sześć krokię, czyli krzyżówkę wiewiórki ze świnią. Mięso z kroki smakowało całkiem dobrze, podobno lepiej od tego z wiewiórki i gorzej od tego ze świni. Bądź co bądź, samą wiewiórkę, jak i świnię znałam jedynie ze zdjęć zamieszczonych w albumie „Ziemia przed Wielkim Atakiem”.

– To, o co ci chodzi? – odburknął Runi, ale mnie bardzo trudno było rozzłościć.

Wzruszyłam tylko ramionami i odpowiedziałam:

– Oni wszyscy się nie nadają. Nie możemy wysłać na powierzchnię kryminalisty. Potrzebujemy stabilnego, „normalnego” i silnego osobnika.

– I skąd go niby weźmiesz? Złapiesz kogoś w tunelu publicznym albo podczas wydawania porcji podstawowych? A może urządzisz nabór ochotników? Zarząd nigdy się na to nie zgodzi. Nie pozwolą ci eksperymentować na „normalnych” obywatelach.

Przygryzłam dolną wargę, odsunęłam miskę; nie miałam apetytu, żarcie w Undercopo było z roku, nie, z miesiąca na miesiąc, coraz bardziej obrzydliwe; na mięso z kroki mało kto mógł sobie pozwolić. Oczywiście i tak byliśmy szczęściarzami, że nie chodziliśmy z pustymi brzuchami. Zamieszki na poziomach minus dziewięć i minus dziesięć spowodowane brakiem żywności doprowadziły zaledwie dwa tygodnie temu do pożaru w znajdującym się na poziomie wyżej magazynie szpitalnym. Każdego dnia nowe ofiary. Musieliśmy działać. Musieliśmy opuścić podziemia. Jak najszybciej.

– Zarząd by się zgodził, jeśli ochotnikiem byłby ktoś z drużyny. To nasz projekt i mamy prawo… – nie dokończyłam.

Runi wstał, położył dłoń na moim ramieniu i powiedział:

– Siko, nawet o tym nie myśl.

Pocałował mnie delikatnie w szyję. Przełknęłam ślinę i zacisnęłam palce na jego nadgarstku.

 – Nie mam czasu na długi seks – wyszeptałam.

– Wiem – odpowiedział, mrużąc powieki.

 

***

 

Zawsze, kiedy myślałam o Wielkim Ataku, w mojej głowie pojawiało się pytanie: „Dlaczego?”. Po jasną cholerę komuś, jakimś pieprzonym ufoludkom, zależało na zainfekowaniu Ziemi? Zainfekowaniu i zostawieniu. Była trzecia nad ranem, a ja nie mogłam spać; piłam kawę i przeglądałam raporty sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat, wpatrywałam się w zdjęcia lasów, rzek, a potem w fotografie zgliszczy, obsypanych ametystowym proszkiem szkieletów zwierząt i ludzi.

Mimo iż obserwowaliśmy statki obcych przez dekady, gdy zaatakowali, nie mieliśmy szans. Zatrzymałam wzrok na fioletowym słoniu. Wyglądał na zdjęciu niemalże jak żywy. Śnieżna rzeźba. Właśnie w tym tkwił, moim zdaniem, największy problem. Ametystowy proszek pozornie był wszędzie taki sam. Tak naprawdę każde pojedyncze ziarno, które zbadaliśmy pod mikroskopem, różniło się budową na poziomie molekularnym, a co za tym idzie, wywoływało odmienne skutki. Niektóre terytoria, ba, nie terytoria, lecz raczej niewielkie obszary płonęły, a inne skuwał lód. By wyjść na powierzchnię, musieliśmy nabyć odporność zarówno na bardzo wysoką, jak i bardzo niską temperaturę, a poza tym na brak pożywienia i wody, niewystarczającą ilość tlenu, nagłe zmiany ciśnienia osmotycznego i promieniowanie kosmiczne.

Zacisnęłam wargi. Piętnaście poddanych genetycznej modyfikacji orangutanów wciąż brykało po powierzchni. Waleczne małpy żywiły się lawendową roślinnością, głównie czymś przypominającym sałatę o mocno owłosionych liściach w kształcie serc, ukrywały przed deszczem w jaskiniach bądź w ocalałych po Ataku budynkach, brały kąpiele w bulgoczącym płynie o kolorze eozyny, wypełniającym górskie jeziora i wzburzone rzeki. Spędziłam niezliczone godziny, obserwując zewnętrzny świat przez umieszczone na głowach orangutanów kamerki.

 

***

 

– Runi, czego ty się boisz? Przecież prędzej czy później wszyscy będziemy musieli poddać się połączeniu i wyjść. – Włożyłam palce w rudą, bujną czuprynę, po czym cmoknęłam Runiego w czoło. – My już i tak nie jesteśmy ludźmi. Od dawna. – Dotknęłam opuszką stożkowatego zgrubienia między brwiami mojego kochanka. – Projekt T72 to po prostu kolejny krok w walce o przetrwanie.

Runi naprężył ciało, po czym odrobinę się odsunął i powiedział zachrypniętym głosem:

– Tobie łatwo mówić, jesteś dzieckiem człowieka z kamienia.

– To nieprawda. – Przybliżyłam usta do jego popękanych warg, mimo iż wcale nie miałam ochoty na pocałunek.

„Człowiek z kamienia” – tak złośliwie nazywano projekt hodowli ludzi pozbawionych przesadnych emocji, zdolnych do chłodnej oceny sytuacji, w której przyszło się im znaleźć, mentalnie twardych. Tak czy inaczej, czy to znaczyło, że ja nie miałam uczuć? Zacisnęłam palce na udzie Runiego.

– Nieprawda i nie moja wina, słyszysz?

Przytaknął i zaczęliśmy się całować.

 

***

 

Przesłałam do zarządu informację, że wybieram tego łysego gościa, skazanego za morderstwo, Frodo Szumana. Próba połączenia miała się odbyć za dwa tygodnie. Najpierw trzeba było wybrańca przebadać i odpowiednio przygotować, być może lepiej odżywić. Sam Frodo powinien zostać nieświadomy całej operacji aż do momentu wyjścia na powierzchnię. Wtedy dopiero przez wszczepione w uszy słuchawki zamierzaliśmy mu powiedzieć prawdę.

Czułam się dziwnie. Niepewność, ekscytacja, suchość w ustach. Siedziałam w gabinecie obserwacyjnym i oglądałam na monitorze poczynania mojego ulubionego orangutana – Tegio. Musiałam czymś zająć umysł.

Małpa stała w ogniu i ruszała łapami, jakby brała orzeźwiającą kąpiel. Niestety, kamera na czole słabo rejestrowała wygląd jej pyska. Parametry na urządzeniu mierzącym ciśnienie, tempo pracy serca, skład krwi i zmiany skórne wskazywały na stan podobny do anabiozy z tą kolosalną różnicą, że małpa nie spała ani nie pozostawała nieruchoma, wręcz przeciwnie odznaczała się podwyższoną aktywnością. Uśmiechnęłam się szeroko sama do siebie – osiągnęliśmy niemożliwe, zaprzeczyliśmy prawom biologii, zaczęliśmy spełniać marzenia o nieśmiertelności. Bo przecież w projekcie T72 nie chodziło jedynie o przetrwanie, tu chodziło o wieczność.

Tegio wyszedł z ognia i bardzo powoli ruszył w stronę ametystowego lasu, zapewne w poszukiwaniu „kapusty”, coś nie smakowały mu fioletowe szyszki. Już kilkakrotnie, podczas gdy śledziłam jego poczynania na monitorze, wsadzał je do pyska, po czym cały się trzęsąc, wypluwał.

 

***

 

Jedna z sal połączeń na poziomie minus sześć. Pomieszczenie w kształcie rombu, w każdym z rogów wykonana z przezroczystego plastiku jajowata kabina Combino 5723-T72. Stałam przy panelu sterowania i stukając palcem wskazującym w blat, czekałam na Runiego i Frodo. Jeszcze pięć minut. Pięć cholernie długich minut i drzwi powoli rozsunęły się na boki.

– Siko…

– Runi…

Runi pchał łóżko, do którego przywiązany był nieprzytomny więzień.

– Jesteś gotowa? – zapytał drżącym głosem, po czym delikatnie poklepał mnie po plecach.

– Tak, wszystko przygotowane. Możemy zaczynać.

Przetransportowaliśmy Frodo do jednej z kabin. Rozpięliśmy krępujące go pasy i ostrożnie umieściliśmy na fotelu. Ja wróciłam do panelu sterowania, a Runi zabrał się do podłączania rurek. Na ekranie monitora wyświetliła się ludzka sylwetka, obły kształt niesporczaka i wirująca nad nimi klepsydra. Chwilę później pojawiła się prośba o potwierdzenie rozpoczęcia integracji. Potwierdziłam i obróciłam się w stronę kabiny.

Runi zdążył się już uporać z rurkami i właśnie mocował kask. System zarządzania Combino „zadawał” mi kolejne pytania: o wprowadzenie obiektu w stan śpiączki aktywnej, o rozpoczęcie wstrzykiwania płynu chromosomowego, o uruchomienie stabilizatorów ciśnienia… Tak, tak, tak. Na wszystko się zgadzałam. Mijały kolejne minuty, kolejne kwadranse, godzina, dwie. Po stu czterdziestu minutach i pięćdziesięciu dwóch sekundach operacja połączenia została pomyślenie zakończona. Na ekranie zabłyszczała ikonka pół człowieka, pół niesporczaka i wielki, niebieski, migoczący napis „OK”. W porównaniu do orangutanów czas dłuższy o czterdzieści trzy minuty i piętnaście sekund.

Poczułam na ramieniu dłoń Runiego.

– Pierwszy etap za nami – wyszeptał mi do ucha, po czym cmoknął w prawy policzek.

Kolejnym etapem była trzydobowa „hibernacja”, a potem wypuszczenie zmodyfikowanego Frodo na powierzchnię i trzymanie kciuków, że podobnie jak orangutany zaadoptuje się do ametystowego środowiska.

 

***

 

Było mi za gorąco. Obniżyłam temperaturę, ale i tak nie mogłam zasnąć. Wstałam, napiłam się wody. Łóżko jednocześnie za miękkie i za twarde, powietrze za wilgotne i za suche. Wzdrygnęłam się z zimna. Nie mogłam zmrużyć oka, bo przez moją głowę przelatywało za dużo myśli. Skrzydlate niesporczaki, a potem skrzydlate orangutany i skrzydlaci ludzie. Był kiedyś taki projekt – połączenie człowieka z gołębiem; po pierwsze, nie rozumiałam, po jaką cholerę mieliśmy się uczyć latać w podziemiach, a po drugie, i tak wszystkie obiekty umierały. Czy tak będzie i tym razem? Stan Frodo pozostawał stabilny. Obserwujący go na monitorach przez całą dobę kontrolerzy przysyłali mi co godzinę dwa raporty: jeden dotyczący zdrowia, a drugi tolerancji na integrację zarówno na poziomie molekularnym, jak i organizmalnym. Wszystko wyglądało wręcz perfekcyjnie.

Bądź co bądź, moje największe obawy budziła reakcja Frodo, kiedy już się dowie. Ale przecież nie mogliśmy wprowadzić go w temat przed operacją, strach z pewnością rzutowałby negatywnie na proces łączenia. Przełknęłam ślinę, podrapałam się po wystającym mi z pępka, krętym wężyku i przytuliłam policzek do podgrzewanego, kryształkowego koca. Dochodziła czwarta nad ranem. Zasnęłam.

 

***

 

O piątej trzydzieści siedem obudził mnie ryk syren alarmowych. Poderwałam się z łóżka niczym oparzona, błyskawicznie naciągnęłam kombinezon ochronny i włożyłam kask. Sekundę, może dwie później z sufitu lunął żółty deszcz. Awaria systemu oczyszczania powietrza. Wybiegłam na korytarz i ruszyłam w kierunku laboratorium. Przy samych drzwiach niemalże wpadłam na Runiego.

– Co się stało? Co z salami połączeń?

– Spokojnie. Kabiny i pozostała aparatura są bezpieczne.

Odetchnęłam z ulgą, po czym powtórzyłam pytanie:

– A wiesz, co się stało?

– Atak śmieciarzy na Główną Oczyszczalnię.

Odwróciłam się raptownie i ujrzałam jednego z oficerów porządkowych.

– Tak czy inaczej, sytuacja jest już opanowana. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, ukazując szpiczaste zęby.

Kiedy oficer już się oddalił, cicho powiedziałam do Runiego:

– Opanowana, czyli śmieciarze zostali unieszkodliwieni i zapewne w najbliższych dniach zostaną przeznaczeni na żarcie dla kroki i orangutanów… Władza się cieszy. Więzienia przepełnione, porcje podstawowe coraz mniejsze, dodatkowy pokarm jak znalazł.

Runi nic nie odpowiedział, wytarł jedynie rękawem cieknące mu po kasku strużki cytrynowego płynu. Dziadostwo śmierdziało chlorem i czymś zbliżonym do odoru zgniłego mięsa.

 

***

 

Prawie cały dzień po nocnym zamachu spędziłam na usuwaniu żółtego syfu z sypialni, łazienki, korytarza i wszystkich znajdujących się w nich przedmiotów. Najgorszy był sferotablet i koc. Tak szczerze, koc powinnam wyrzucić, ale otrzymanie nowego w ostatnim czasie graniczyło prawie że z cudem. Gdy już uporałam się z cuchnącym dziadostwem, wzięłam szybki prysznic, zjadłam białkowe granulki i poszłam do Runiego. Przyjaciel też spędził godziny na sprzątaniu swojego lokum, ale na ścianach, monitorze, krześle, niemal wszędzie wciąż błyszczały złote krople.

– Idziemy do Bizorro? – zapytałam, nawet nie przekraczając progu.

– Zlikwidowane.

– Co? Kiedy?

– Nie wiesz? Tydzień temu. Zresztą nie tylko Bizorro. Zamknęli wszystkie bary.

Oblizałam wargi, po czym wciągnęłam powietrze głęboko w płuca i wkroczyłam do środka. Do mojego nosa dotarł intensywny zapach chloru wymieszany z aloesową wonią płynu czyszczącego. Kichnęłam. Raz, drugi, trzeci. Runi podał mi chusteczkę.

– Dzięki. – Przycupnęłam na krześle, próbując nie siadać na żadnej z żółtych plam. – Jutro wielki dzień. Mam nadzieję, że wybryki tych z niższych poziomów nam go nie zniszczą.

Runi przejechał opuszką po żółtej smudze na ramie od łóżka i oznajmił oschłym tonem:

– Oni głodują.

Wzruszyłam ramionami.

– To nie moja wina. Ja chcę ich uratować.

 

***

 

Godzina siódma trzydzieści. Staliśmy z Runi przed kabiną, w której na fotelu siedział Frodo. Jeszcze przed naszym przybyciem technicy zamontowali mu na głowie kamerkę i mikrofon, a w uszy wszczepili słuchawki. Miał zamknięte powieki, jego grdyka rytmicznie poruszała się w górę i dół, a umieszczone w nosie kółko i kolec na brodzie przy każdym jej ruchu lekko drżały. Jedyną widoczną zmianą, która zaszła po połączeniu był wygląd skóry więźnia. Zrobiła się bardziej chropowata, w niektórych miejscach pojawiły się lekko czerwone, nabrzmiałe zgrubienia, a na dłoniach i szyi żółtawe zrogowacenia.

– Okej, myślę, że możemy zaczynać – powiedziałam, po czym spojrzałam znacząco na kapsułę transportową.

Runi bez słowa przepchnął urządzenie pod Combino, po czym wcisnął guzik otwierający drzwi kabiny. Ostrożnie przenieśliśmy Frodo z fotela do kapsuły. Kawał chłopa. Był dużo cięższy od orangutanów. Aktywowałam pilotem tunel łączący salę laboratoryjną z windą, za pomocą której transportowaliśmy obiekty na powierzchnię. Metalowa klapa błysnęła na zielono. Runi nachylił się nad więźniem i ledwo słyszalnie powiedział:

– Powodzenia.

 

***

 

Transport na powierzchnię z poziomu minus sześć trwał mniej więcej dwanaście godzin i trzydzieści minut. Powoli sunąca w górę winda z kapsułą. Techniczni nie spuszczali z niej oka przez całą podziemną wędrówkę, a godzinę przed osiągnięciem celu, zawiadamiali prowadzących i laboratoryjnych, w tym mnie i Runiego. Czułam się podenerwowana, nie tak jak Runi, który ze stresu obgryzał paznokcie i co kwadrans biegał do toalety, ale jednak. Dla uspokojenia maszerowałam po korytarzu – od laboratorium do mojego pokoju i z powrotem. Pięć takich rund i szłam napić się wody. Nie byłam w stanie nic jeść. Niemiłosiernie swędził mnie mój pępkowy wężyk. Znowu zaczęłam się zastanawiać nad jego kosztującym fortunę usunięciem. Tylko skąd niby miałabym wziąć kasę?

Kiedy wreszcie zapiszczał schowany w kieszeni spodni telecon, odetchnęłam z ulgą i szybkim krokiem ruszyłam do sali obserwacyjnej. Runi już tam czekał. Siedział na półokrągłym krześle i wpatrywał się w ekran, na którym na tle fioletowej ziemi widoczna była również fioletowa, przypominająca kształtem trumnę klapa wyjściowa. Niedaleko od niej mieścił się dużo mniejszy właz, przez który na powierzchnię wydostawały się nie obiekty, lecz „zwykli” mieszkańcy Undercopo w specjalnych kombinezonach i maskach. Tak czy inaczej, byli oni w stanie spędzić na zewnątrz maksymalnie siedem, osiem godzin.

– Trzymaj. – Runi podał mi słuchawki. – Nie siadasz?

– Dzięki. – Spojrzałam na zegarek na monitorze. – Jeszcze prawie czterdzieści minut.

– Ale prowadzący mogą się próbować z nami skontaktować.

Zwinęłam wargi do środka, po czym odburknęłam:

– Nigdy tego nie robią, a poza tym mogą wysłać sygnał teleconem. Od słuchawek boli mnie głowa.

Podeszłam do kabiny wyświetlającej dane o obiekcie. Frodo miał odrobinę za wysokie ciśnienie i zbyt niski poziom cukru we krwi. Powoli wybudzali go ze snu, jednocześnie podając mu środki uspokajająco-otępiające. Na zbliżeniach twarzy można było zobaczyć drganie gałek ocznych pod powiekami i powolne uchylanie i zamykanie się ust. Jedna z żył na szyi pulsowała, a na czole pojawiły się, zwłaszcza między brwiami, krople potu. Trumna, to znaczy kapsuła była już bardzo blisko powierzchni, czyli poziomu zero. Zacisnęłam pięści.

– Siko, chodź. Już prawie…

– Spokojnie, Runi. Wiem. Tu też wszystko widać.

Założyłam słuchawki i niespiesznie podeszłam do przyjaciela, jednocześnie myśląc, że już ponad dwa tygodnie nie uprawialiśmy seksu. Zmęczenie, brak wystarczającej ilości snu, niedożywienie, niedotlenienie, stres. Przeniosłam wzrok z kształtnych dłoni Runiego na monitor.

Winda z kapsułą powoli podjeżdżała do klapy. Jeszcze… Nabrałam powietrza w płuca. Minuta, dwie, trzy i w słuchawkach rozległ się brzdęk oznajmiający aktywowanie automatu otwierającego klapę. Minęła kolejna minuta i dwadzieścia pięć sekund, po czym metalowe szczypce chwyciły kapsułę, a następnie przeniosły ją na powierzchnię. Runi złapał mnie za rękę. Kątem oka zauważyłam bordowe wypieki na jego policzkach. Tym razem nie miałam mu za złe jego nadmiernej ekscytacji, ja też czułam się zaaferowana. Chciało mi się pić, a mój wężyk już nie tyle swędział, ile szczypał i bolał.

Kolejny dźwięk, tym razem piszczący i górna część kapsuły rozjechała się na boki. Przeszliśmy z Runim do monitora, którego ekran podzielony był na połowy. Na jednej wyświetlał się widok rejestrowany przez kamerę umieszczoną na głowie Frodo, na drugiej przez urządzenie znajdujące się na metalowym palu tuż obok klapy.

Więzień, gdy tylko zaatakowało go zanieczyszczone powietrze, wzdrygnął się, po czym zaczął drżeć. Wciąż nie kontaktował. Jego reakcja była w normie, zachowywał się podobnie do większości poddanych połączeniu z niesporczakami orangutanów. Tak czy inaczej, musiało minąć parę godzin, zanim odzyska świadomość.

 

***

 

Frodo otworzył oczy, powoli uniósł tułów, podparł się prawą ręką i zgiął w kolanie lewą nogę. Prawdopodobnie myślał, że wciąż znajduje się w swojej celi.

– Frodo, słyszysz mnie? – Głos prowadzącego.

Więzień wydał z siebie dźwięk zbliżony do mruknięcia.

– Frodo, słyszysz mnie?

Wykonał ruch głową, który można było odczytać jako przytaknięcie.

– Jak się czujesz? Przełknij ślinę, weź głęboki oddech i spróbuj coś powiedzieć.

Zamknął powieki, nabrał powietrza w płuca i zaczął się krztusić. Trwało to prawie piętnaście minut, po czym wybełkotał:

– Je… niedo… dob…

Zwymiotował żółtozieloną ciecz. Pobiegłam do kabiny rejestrującej parametry stanu zdrowia obiektu. Na szczęście wszystkie wydawały się w normie. Zakryłam dłońmi twarz i wyszeptałam sama do siebie:

– Proszę, niech mu się uda.

– Frodo, spróbuj się obrócić. – Ponownie głos prowadzącego.

– Je… je… zmę… je…

Obiekt, zamiast się obrócić, położył się ponownie na plecach i zamknął powieki. Spojrzałam na parametry – zapadł w sen. Zaczęło wiać i ametystowy pył osiadał na twarzy i ciele więźnia, na otwartej kapsule, na klapie, na palu. Automatycznie uruchomiły się na kamerkach malutkie wycieraczki.

– Idziemy coś zjeść? – Poczułam na szyi zimne palce Runiego.

– Nie wiem… – Odwróciłam się przodem do kochanka i musnęłam wargami jego policzek.

– Telecon da nam znać, kiedy Frodo się obudzi.

 

***

 

Granulki białkowe w syropie o smaku orzechowym. Runi wcinał, aż mu się uszy trzęsły, a ja z trudem przełykałam każdą pojedynczą kulkę. Gdy jadłam, paliło mnie w przełyku.

– To przez te miętowe landrynki. Przestań je bez przerwy ssać i ci się poprawi. – Przyjaciel oblizał ze smakiem wargi.

– I znowu będzie mi śmierdzieć z ust.

– Ja nic nie czuję.

Delikatnie kopnęłam go pod stołem w lewą łydkę.

– Wiesz, czasem ci zazdroszczę, że pozbawili cię zmysłu węchu. Frodo też nic nie czuje… Zastawiałeś się kiedyś, jak pachnie tam na powierzchni?

– Zapach fioletowego proszku, którym zasypali Ziemię obcy podczas Wielkiego Ataku, przypomina mieszankę chemikaliów i spalonej gumy, jednakże różni się on znacznie w zależności od substancji bazowej, z którą wszedł w reakcję. – Runi bezbłędnie wyrecytował fragment raportu jednego z pierwszy badaczy świata na zewnątrz.

Westchnęłam ciężko, po czym odsunęłam od siebie prawie pełną miskę.

 

***

 

Frodo spał siedem godzin i piętnaście minut, ale kiedy już się obudził, praktycznie od razu stanął na nogach, przetarł dłonią twarz i wyszedł z kapsuły. Generowane przez zamontowane w jego ciele czujniki informowały, że był spragniony i głodny. Obraz na monitorze pokazywał, że został niemal w całości pokryty ametystowym proszkiem. Fioletowy monster.

– Frodo, czy wiesz, gdzie się znajdujesz?

Więzień ruszył głową w prawo i w lewo. Zamrugał i wymamrotał:

– Po… po… kój… – Kaszlnął i dużo ciszej kontynuował: – Ro… rodzi… ma… my.

W pokoju rodziców? Prawdopodobnie wciąż znajdował się pod silnym wpływem środków otępiających. Na moment znieruchomiałam, po czym wyszeptałam do stojącego obok mnie Runiego:

– Mam nadzieję, że nie postradał zmysłów.

Przyjaciel nic nie odpowiedział, a w słuchawkach rozległ się głos prowadzącego:

– Frodo, jak się czujesz?

– Je… gło… dny.

– Musisz znaleźć coś do jedzenia, coś podobnego do tego, co znasz.

Frodo ruszył na czworakach w kierunku lasu.

– Nie jedz szyszek, spróbuj znaleźć kapustę.

Przyspieszył. Praktycznie biegł na czterech kończynach. Dopadł drzewo. Wbił zęby w purpurową korę, przewrócił się, naprężył ciało, wygiął szyję do tyłu. Zaczęło padać. Krople deszczu rozbijały się o umęczoną, fioletową twarz więźnia. Runi objął mnie ramieniem. Jego oddech był szybki i nierównomierny.

– Frodo, wstań. Nie jedz kory. Poszukaj kapusty. Frodo, wstań!

Obiekt zawył, ale się podniósł. Tym razem przemieszczał się tylko na nogach. Znalazł „kapustę”, zerwał owłosiony liść, zwinął w rulon i włożył do ust. Przełknął. Zerwał kolejny liść. Chyba mu smakowało. Uśmiechnęliśmy się do siebie z Runim.

– Dobrze, Frodo, dobrze, tylko jedz spokojnie, powoli.

Frodo nie słuchał. Wyrwał z ziemi resztę rośliny wraz z krętymi korzeniami i zaczął wpychać do jamy ustnej. Krztusił się, ale jadł, a gdy skończył, wybełkotał:

– Gdz… gdzie… ja nie… to nie… – Spojrzał w górę na prześwitujące między konarami purpurowych drzew niebo.

Więzień odzyskiwał sprawność umysłową i robił się coraz bardziej świadomy tego, gdzie się znalazł. Nadszedł moment wyjaśnień.

– Frodo, zostałeś wybrany do zadania specjalnego. Jeśli mu podołasz, odzyskasz wolność, a prócz tego dożywotnią opiekę obejmującą miejsce do mieszkania i porcje podstawowe na poziomie trzy. Jedyne, co musisz zrobić to przetrwać tu parę dni, zbadać teren, poczynić odpowiednie obserwacje. Tak czy inaczej, chcę cię zapewnić, że nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo. Frodo, słyszysz? Jesteś bezpieczny.

Frodo nie odpowiadał, tylko biegł. Do przodu, na oślep, nie wiadomo dokąd. Z lasu wypadł na coś w rodzaju łąki, pośrodku której płonęło ogromne ognisko. Stanął przed nim jak wryty. Nad polanę nadciągnęła chmura w kolorze jagody. Minęła sekunda, może dwie i spadły z niej pierwsze fioletowe krople. Ogień zaczął się bardzo szybko rozprzestrzeniać. Więzień wziął nogi za pas i uciekał w stronę lasu.

– Frodo, ogień nie jest w stanie zrobić ci krzywdy. Jesteś na niego odporny.

Żarłoczne, płomienne języki bardzo szybko dopadły więźnia i drzewa, między którymi czmychał. W zawrotnym tempie spaliło się jego ubranie, ale on sam się nie palił. Mimo to machał rękoma i rzucał się, jakby płonął.

– Frodo, ten ogień cię nie zabija. Możesz dalej iść.

Ale więzień nie szedł. Skulił się na purpurowej ziemi i – spojrzałam na ekran ze wskaźnikami jego fizycznej kondycji – umierał. Otarłam pot z czoła, po czym powiedziałam do Runiego:

– Może powinniśmy wysłać nie jednego, tylko dwóch. Byłoby im raźniej i może… Porażka. – Uderzyłam dłonią w metalowy blat biurka. – Cholera.

Runi milczał. Jego wzrok wbity był w nieruchome ciało obiektu.

 

***

 

Tego wieczoru, już po podpisaniu raportu ze śmierci Frodo, wyjęłam ukrytą pod łóżkiem butelkę styke, schowałam ją pod pazuchą i rozglądając się na boki, wyślizgnęłam z pokoju. Dotarłam do pokoju Runiego i cicho zapukałam. Po sekundzie albo dwóch kolega otworzył. Wyglądał, jakby dopiero co się obudził.

– Mogę wejść?

– Pewnie. I… przykro mi, że się nie udało.

– Mnie też.

Przeniosłam sferotablet ze stołu na łóżko. Przetarłam blat wilgotną chustką i postawiłam na nim butelkę. Na twarzy Runiego pojawił się delikatny uśmiech.

– Skąd to masz? – zapytał, po czym dobył z szafki pudełko chipsów. – Będziemy zatapiać smutki w gorzkiej wodzie?

Nic nie odpowiedziałam, tylko sięgnęłam po kubki, po czym nalałam do nich styke. Bez wznoszenia toastów, bez czekania na Runiego, jednym haustem wypiłam ponad połowę. Cierpkie, słodkokwaśne, ale przede wszystkim mocne. Odrobinę zakręciło mi się w głowie. Prawie czterdzieści procent alkoholu. Dostępne tylko za okazaniem specjalnego pozwolenia. Nielegalne posiadanie karane było zmniejszeniem porcji podstawowych i grzywną.

Runi wypił porządny łyk, otrząsnął się, zjadł chipsa i wymamrotał:

– I… i co… co my teraz zrobimy?

– Nie wiem i nie chcę teraz o tym myśleć.

Ponownie zanurzyłam usta w napoju, po czym usiadłam na łóżku.

– Chodź do mnie – powiedziałam rozbawionym tonem.

Głaszcząc się po udach, opróżniliśmy kubki. Wstałam, ponownie je napełniłam. Wypiliśmy. Oblizałam wargi i prawie że rzuciłam się na Runiego. Zerwałam z niego przepocony podkoszulek i zaczęłam lizać idealnie gładką skórę brzucha i piersi. Jego lekko zielone sutki stanęły na baczność, a kulka, która wypełniała pępek zmieniła kolor z żółtego na intensywną czerwień. Mój wężyk drżał. W bardzo przyjemny sposób.

Seks. Szybki i agresywny, zakończony silnym orgazmem. Tej nocy pierwszy raz – chyba od roku – spałam u Runiego.

 

***

 

To było tydzień po tragicznym zakończeniu naszego eksperymentu z Frodo. Wracaliśmy z Runim z punktu wydawania porcji podstawowych. Zarówno jego, jak i moja została zdegradowana z poziomu szóstego na czwarty. Nie, nie dlatego, że złapali nas na posiadaniu styke, ani nie dlatego, że eksperyment się nie powiódł, tylko dlatego, że w całym Undercopo zaczynało brakować jedzenia.

– Planują zamknąć dwa najniższe poziomy – oznajmił Runi grobowym głosem, gdy już znaleźliśmy się w tunelu prowadzącym do naszego kompleksu badawczo-mieszkalnego.

– Skąd wiesz? – Zatrzymałam się raptownie, prawie że upuszczając taszczone pudło.

– Wiem. Groki mi powiedział. A on zawsze dowiaduje się pierwszy.

– A co z mieszkańcami? – Zmarszczyłam czoło i ponownie ruszyłam do przodu, zastanawiając się, czy Runi był tak głupi, czy raczej tak naiwny, że wierzył we wszystko, co mu mówiono.

– Chcą ich zabić. W ten sposób planują oszczędzić tlen i żarcie.

Nawet jeśli w tej plotce kryło się niewiele prawdy, sam fakt, że takie pomysły przychodziły ludziom do głowy… Westchnęłam ciężko, ale nic nie odpowiedziałam.

Zaledwie trzy dni później poinformowano nas, że jeśli w przeciągu najbliższych czterech miesięcy nie posuniemy się naprzód z badaniami, wstrzymają ich finansowanie. Pieniądze z niesporczaków planowali przeznaczyć na wzmożenie prac nad uzyskiwaniem jedzenia z zewnątrz, a konkretnie ze wsuwanej przez orangutany „kapusty”.

– Siko, co my teraz zrobimy?

Cholernie swędził mnie wężyk. Nie zważając na Runiego, wsadziłam rękę pod koszulkę i zaczęłam się drapać.

– Nie wiem – odburknęłam.

– Może to nie obcy zasypali Ziemię proszkiem, tylko Bóg, który chciał nas ukarać za te wszystkie eksperymenty, mutacje, cudowania…

– O czym ty bredzisz? Znowu się nasłuchałeś wszechwiedzącego Grokiego? Boga nie ma, słyszysz?

Na policzkach Runiego wykwity bordowe rumieńce.

– Przepraszam.

Poczułam ostry ból w pępku. Wyjęłam rękę. Pod paznokciami miałam krew.

 

***

 

Czy wiedza to wszystko? Wybudowaliśmy Undercopo, bo wiedzieliśmy, że istniało duże zagrożenie, że nie przetrwamy inwazji obcych. Rozpoczęliśmy projekt MB52, bo wiedzieliśmy, że skończą się zapasy jedzenia, tlen i zasoby energetyczne i że prędzej czy później, będziemy musieli wrócić na powierzchnię. Ametystowa kapusta? Sprowadzanie żarcia z zewnątrz do podziemi? Ograniczenie liczby mieszkańców? To droga do śmierci.

Leżałam na łóżku, wpatrując się w sufit. Wężyk już trochę się zagoił. Tak czy inaczej, naprzemiennie swędził albo szczypał. Byłam głodna. Jakość jedzenia z porcji podstawowej poziomu cztery pozostawiała wiele do życzenia. Pozbawiony smaku makaron, granulki białkowe o konsystencji trawy i jakaś śmierdząca zgnilizną papka. Cóż, czułam, że głód niedługo, bądź co bądź, zmusi mnie do wsuwania syfu. Cholerne potrzeby fizjologiczne. Słabość organizmu. Deprywacja.

Ludzie umrą, ale może nasze skrzyżowane z niesporczakiem orangutany ewoluują w jakąś człowieczą formę? I tak pochodzimy od małpy. Czy nie wszystko jedno, w którym momencie nastąpiło połączenie?

Tegio w ostatnich dniach zabrał się do budowania czegoś w rodzaju schronienia. Wygrzebał dziurę w ziemi, otoczył ją kamieniami i zaczął do niej znosić grube, piankowe liście, szyszki i kapustę. Posłanie i lodówka? Te liście były pewnie bardziej miękkie od mojego materaca. Odetchnęłam głęboko i obróciłam się na bok w stronę ściany. Miała ciekawszą fakturę niż sufit.

 

***

 

– Groki, musisz mi pomóc. Jak tam twoja porcja podstawowa? Dzisiaj dwójka, jutro jedynka, a za tydzień cię zabiją. Chłopie… – Położyłam dłoń na ramieniu niskiego, zgarbionego mężczyzny o szpiczastych uszach i nosie spłaszczonym jak u mopsa.

Groki spuścił głowę, wbił wzrok w pokrywającą podłogę brunatną breję poprzetykaną żółtymi i krwistoczerwonymi nitkami, po czym wymamrotał:

– Siko, nie mogę. To przeciw Bogu.

– Przeciw Bogu? – Wyjęłam z kieszeni proteinowego batona. – Trzymaj.

Uśmiechnął się smętnie, ale wziął smakołyk, rozerwał opakowanie i zaczął jeść.

– Bóg chce uratować swoje dzieci. Rozumiem, że nie pochwala naszych eksperymentów, ale… Groki, ja się z tobą zgadzam, że to Bóg ukarał nas ametystowym deszczem i zesłał do piekła.

Groki oblizał wargi i popatrzył na mnie z jakąś taką nadzieją wymieszaną ze wdzięcznością. Chrząknęłam i kontynuowałam:

– Ale teraz przyszedł czas odkupienia. Niesporczaki to wysłannicy Boga. Anioły. Zastanów się chwilę. Gdyby były to jedynie zwierzęta, z którymi do tej pory nas krzyżowano, czy posiadałyby nadprzyrodzone moce? Mogą przetrwać w temperaturach od prawie zera absolutnego do ponad stu pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Wyobrażasz to sobie? Niestraszne im promieniowanie jonizujące. Są w stanie nic nie pić ponad sto lat. Sto lat! Groki! Sto lat!

Mężczyzna śmiesznie wytrzeszczył oczy i zmarszczył czoło.

– A poza tym bez problemu przetrwałyby w przestrzeni kosmicznej. Takie słodkie, maciupkie, kosmiczne muszki. – Rozmarzyłam się i na moment zamilkłam.

– Ja… – Groki zmrużył powieki, jeszcze bardziej upodabniając się szczuroświni, którą przestaliśmy hodować jakieś siedem lat temu.

Przetarłam pot z czoła. Na poziomie minus dwanaście było okropnie duszno i gorąco. Pewnie dostarczali tu mniej tlenu lub już zaczęli wpuszczać tu jakieś substancje trujące. Poprawiłam maskę i zapytałam:

– Co myślisz? Czyż niesporczaki to nie twoje anioły?

– Okej, okej. Zgadzam się, Siko.

Dałam mu jeszcze jednego batona, obróciłam się na pięcie i odeszłam.

 

***

 

– Nie mogę w to uwierzyć. Groki się zgodził? Naprawdę?

Przytaknęłam, a Runi uniósł brwi i wciąż sprawiając wrażenie mocno podekscytowanego, pytał dalej:

– I zarząd to łyknął? Przecież nie chcieli brać ochotników. I… – Nagle znieruchomiał i zbladł.

– Co się stało?

– Ty nie możesz tam iść! – wrzasnął tak głośno, że aż zapiszczało mi w uszach.

– Dlaczego? Runi, w tej chwili się uspokój. Musimy jak najszybciej zająć się przygotowaniami. A poza tym, jeśli tak bardzo się o mnie boisz, to może będziesz mi towarzyszył? Na pewno będę bezpieczniejsza z tobą niż z Grokim. – Pstryknęłam Runiego w ramię. – Jeśli chodzi o zarząd… W obecnej sytuacji nie mają wyboru. I nie oszukujmy się, nikomu już nie zależy na tych z niższych poziomów. Byłeś tam ostatnio? Wiesz, jak tam śmierdzi?

Runi skrzyżował ręce na piersi, po czym poczłapał w kąt pokoju i kucnął pod ścianą, przyciskając czoło do kolan. Ofiara losu. Wyglądał jak zmięty, foliowy papier po waflach.

 

***

 

Wszystko było gotowe. Eksperyment miał się rozpocząć jutro o siódmej trzydzieści. Zarówno ja, jak i Groki dostaliśmy jedynie specjalne wzmacniające zastrzyki, bardzo pobieżnie nas przebadano i powiedziano, żeby na dwa dni przed połączeniem nic nie jeść. Dostaliśmy do picia napoje stabilizujące.

Leżałam z Grokim w pokoju oświetlonym zbyt jaskrawymi lampami w kształcie gwiazd. Ja na tapczanie po prawej stronie, on po lewej. Ja czułam się odrobinę otumaniona, a Groki spał. Tylko odrobinę, bo miałam być zarówno obiektem, jak i badaczem. Nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić.

Delikatne podniecenie – wężyk drżał niczym przed orgazmem. Ssanie w żołądku – przez ostanie dwa tygodnie schudłam pięć kilogramów. Strach i nadzieja. Na szczęście nadzieja dominowała. I moim zdaniem nie była matką głupich, lecz siostrą postępu.

 

***

 

Godzina siódma dwadzieścia dziewięć. Niczym zahipnotyzowana wpatrywałam się w zegarek. Sekunda, dwie, trzy… pięćdziesiąt dziewięć. Runi należał do najbardziej punktualnych osób, które dane mi było do tej pory poznać. Równo o siódmej trzydzieści otworzył drzwi. Groki kontaktował, ale nie dał rady iść o własnych siłach. Umieściliśmy go na krześle inwalidzkim. Ja nie wypiłam ostatniej porcji napoju i czułam się w pełni świadoma tego, co się dzieje. Sala połączeń i dwie czekające na nas kabiny Combino.

Pierwszy na pożarcie przez niesporczaki miał wyruszyć Groki, a potem ja. 

– Siko, jeszcze nie jest za późno, jeszcze możesz się z tego wycofać. Proszę, to zbyt ryzykowne. I… ja nigdy… Siko…

Podeszłam do niego od tyłu, pocałowałam w policzek, objęłam jedną ręką w pasie, a drugą…

– Au. Co ty…

Runi momentalnie osunął się na podłogę.

– Co ty… ty zro… biłaś?

Wyjęłam strzykawkę z jego szyi. Odłożyłam na bok i poszłam cucić Grokiego. Jemu też podałam zastrzyk, tylko nie na uśpienie, lecz na ożywienie.

– Hej, Groki! Musisz mi pomóc załadować Runiego do kabiny. Szybko. Zanim ktoś się zorientuje, że wyłączyłam kamery.

Z trudem przetransportowaliśmy mojego kochanka na fotel. Zajęłam się podłączaniem rurek. Groki wrócił na krzesło. Ciężko dyszał i miał niezdrowe wypieki na policzkach, a przecież musiał mi pomóc.

– Napij się wody – krzyknęłam. – Dużo, całą butelkę.

Przymusowa redukcja liczby pracowników w projekcie T72, która na początku spędzała mi sen z powiek, teraz okazała się wybawieniem. Nikt nas na tym etapie nie monitorował. Szybko, szybko, szybko. Popędzałam się w myślach. A gdy wreszcie uporałam się z aparaturą kabinową, pobiegłam do panelu sterowania. Tak, tak, tak. Potwierdzałam bez czytania. Pot spływał mi po plecach, a wężyk… miałam wrażenie, że zaraz eksploduje. Kątem oka spojrzałam na Grokiego. Na szczęście było z nim lepiej. Jeszcze tylko zamienić ze sobą wzorce molekularno-organizmalne…

 

***

 

To, że Runi wyruszył w podróż na powierzchnię, było przede wszystkim moją zasługą, ale że parę godzin później ja podążyłam w jego ślady, hm, chyba powinnam przyznać rację Grokiemu, że pomógł mi w tym Bóg.

Byłam przytomna prawie do ostatniej chwili i w momencie, gdy rozpoczęło się łączenie, poczułam przeraźliwy ból, niemalże wszędzie. W kościach, mięśniach, organach wewnętrznych. Moja skóra płonęła, oczy łzawiły, serce biło tak szybko, jakby chciało rozerwać klatkę piersiową. Obraz migotał. Na przemian widziałam czerń, czerwień, a potem jakieś wycięte z horroru sceny. Okaleczone ciała, ludzi bez kończyn, płonące lasy, orangutany o pyskach niesporczaków, a ułamek sekundy przed tym, kiedy zaczął działać środek wyłączający, ujrzałam samą siebie uwięzioną w zbudowanej z żywych tkanek klatce.

 

***

 

Obudziłam się pierwsza. Byłam mniej naćpana. Obie trumny zostały już otwarte.

– Siko, jak się czujesz? Siko, słyszysz mnie? – Głos prowadzącego w słuchawkach, ale nie wszczepionych w moje uszy, lecz przymocowanych do wieka kapsuły transportowej.

– Słyszę. Wszystko dobrze. Możecie mi podać pobudzacze. Z Grokim jeszcze się wstrzymajcie.

Bardzo ostrożnie usiadłam. Niepewnie rozejrzałam się wokół. Ametyst, ale zupełnie inny niż ten na zdjęciach i z kamer. Jakiś taki bardziej intensywny, hipnotyzujący, żywy. Spojrzałam na Runiego. Powoli się wybudzał. Przełknęłam ślinę. Z sekundy na sekundę czułam napływającą energię. Było mi trochę niedobrze. Wychyliłam się z trumny i zwymiotowałam.

– Siko, co z tobą?

– W porządku. Kontynuujcie.

Minuta, dwie… piętnaście.

– Proces zakończony. Co z Grokim?

Nie odpowiedziałam. Sięgnęłam dłonią do hełmu. Odchyliłam blaszkę zabezpieczającą i wyłączyłam przepływ danych.

– Siko, co się dzieje? Straciliśmy kontakt. Siko, Siko, odbiór.

Wyciszyłam słuchawki i powoli się podniosłam. Obraz falował, ale tylko trochę. Podeszłam do kamerki umieszczonej przy klapie. Ją też wyłączyłam, po czym skierowałam się do kapsuły Runiego. Dotknęłam palcem szyi przyjaciela.

– Ej, obudź się, musimy iść. Jesteś głodny?

Runi podparł się na łokciu.

– Ba… ba… bardzo gło… głodny – wymamrotał.

Pomogłam mu wstać i ruszyliśmy w kierunku lasu. Ja w pozycji pionowej, a on na czworakach. Szłam i uświadamiałam sobie z każdym krokiem, jak ogromne zmiany zaszły w moim organizmie. Skóra była inna. Twardsza, skrzypiąca przy każdym ruchu. Oddech. Ja chyba nie oddychałam. Wzrok się jednocześnie wyostrzył i osłabł.

– Gdzie… gdzie… – Uszy też działały inaczej. Słowa próbujące pokonać szum drzew.

– Runi, patrz, kapusta. Jedzenie!

Zerwałam dwa największe liście. Jeden wręczyłam mojemu towarzyszowi, a drugi zwinęłam w rulon i zaczęłam jeść. Smakował lepiej niż różowy makaron z podziemi.

 

***

 

– Siko! Siko! Gdzie my jesteśmy? Ty przecież… Nie! Nie! Co ty zrobiłaś?! Ty cholerna psychopatko! Runi podskoczył do mnie i uderzył w brzuch. Prawie że nie poczułam bólu. Złapałam go za rękę.

– Uspokój się. Zaraz wszystko ci wyjaśnię.

– Co mi wyjaśnisz? Że mnie porwałaś i zamieniłaś w niesporczaka? Że skazałaś na śmierć?

Przygryzłam dolną wargę. Nie sądziłam, że będzie aż tak trudno.

– Runi, my nie umrzemy. Mamy bardzo silne ciała. My zapoczątkujemy pokolenie nowych ludzi.

– Wariatka! Wariatka! – Krzyczał, uderzając dłońmi w fioletową trawę.

Rozhisteryzowane dziecko. Jak ja mogłam tyle lat się z nim pieprzyć? Podeszłam do purpurowego drzewa, dotknęłam ręką kory. Dziwnie miękka. Pewnie nasiąkła ametystowym proszkiem. Wyłączyłam kamery w hełmach, bo nie chciałam, żeby nas ścigali, ale teraz byliśmy już dla nich zdecydowanie za daleko. Teraz potrzebowałam, żeby patrzyli, podziwiali i uwierzyli. Uruchomiłam wizję i wróciłam do Runiego. Leżał zwinięty w kłębek. Gdy tylko mnie zobaczył, wybełkotał:

– Oni… oni cię wykorzystali. Byłaś i jesteś jedynie częścią ich eksperymentu. Ta twoja odwaga i emocjonalny chłód. Siko, jesteś jedynie kukiełką Undercopo!

– Zamknij się!

– Jesteś orangutanem! Uuu! Uuu! – Runi zaczął skakać i wymachiwać rękoma, jakby postradał zmysły.

– Chodź, poszukamy kapusty i czegoś do picia. Nie chce ci się spać?

– Nigdzie z tobą nie idę! Ja… gdzie jest mój mikrofon? – Runi zaczął dłońmi obmacywać hełm. – Ja wracam do podziemi! Gdzie ten cholerny mikrofon?

– Nie masz mikrofonu. Ja też nie. – Podeszłam do niego, złapałam za ramię.

Znieruchomiał, po czym odepchnął mnie, odwrócił się, usiadał na trawie i zakrył rękoma głowę.

– Runi, kocham cię – powiedziałam, siląc się na miły ton, mimo iż tak naprawdę miałam ochotę z całej siły go uderzyć.

Nie zareagował. Poczułam na nosie kroplę deszczu. Gęsta, kleista, fioletowa ciecz o mdłym zapachu. Kolejna kropla i kolejna. Odchyliłam głowę do tyłu, otworzyłam usta. Zaczęłam pić. Smak pomarańczowego energetyka z nutką czekolady i orzechów. Pyszne. Ametystowy deszcz był pyszny. Tylko…

– Au!

Złapałam się za brzuch. Najpierw poczułam palący ból gdzieś w okolicach trzustki, a potem… mój wężyk. Jakby ktoś wsadził go w ogień. Rozsunęłam kombinezon, włożyłam rękę pod bluzkę, zacisnęłam zęby i pociągnęłam. Wyrwałam to cholerstwo! Dziura w pępku. Krew. Ale tylko przez chwilę. Rana goiła się na moich oczach. Złożyłam dłonie w koszyk, złapałam w nie deszcz i podbiegłam do Runiego.

– Pij! To wyleczy twój umysł.

Nic. Postawa kamiennego posążka. Spojrzałam na niebo. Śliwka przechodziła w jagodę. Na Ziemi wciąż zapadała noc, jakkolwiek nie w kolorze czerni, lecz indygo. Wciągnęłam powietrze – chyba jednak oddychałam – głęboko w płuca, naprężyłam mięśnie i wzięłam Runiego na ręce. Byłam silna. Silniejsza od niego. Wcześniej jedynie mentalnie, ale teraz też fizycznie. Na szczęście się nie bronił.

Ruszyłam w stronę lasu. Pod moją czaszką łopotały jego słowa: „Jesteś kukiełką Undercopo”. Może miał rację? Może zostałam stworzona po to, by połączyć się z niesporczakiem? Ale jeśli nawet to prawda, to co w tym złego? Czyż nie było cudownie kroczyć po otwartej przestrzeni, czuć wolność, patrzeć w dal? Mimo fioletu nie dało się porównać powierzchni do podziemi. Zaszczutej jednostki walczącej o porcje podstawowe do osobnika rządzącego swoim życiem.

Ułożyłam Runiego pod drzewem, przykryłam mięsistym, ogromnym liściem w kształcie serca. Pewnie nie było mu zimno, ale… Sama też się otuliłam. Sekunda, dwie i zapadłam w sen.

 

***

 

Kolejny dzień na wolności. Runi był uparty. Ciągle się nie odzywał, ale dał nakarmić i napoić. Wyciągnęłam z kieszeni mapę, którą udało mi się narysować na podstawie widoków z kamer orangutanów i ciągnąc przyjaciela za rękę, skierowałam się w stronę miasta. Same małpy rzadko tu zaglądały, zdecydowanie bardziej wolały las.

Wrzosowe ulice pokryte czymś, to już z pewnością nie był asfalt; fioletowy proszek skutecznie zmienił konsystencję nawierzchni. Ściany ocalałych budynków, ametyst i purpura, materiał w dotyku przypominający gumę. Szkielety pojazdów, ogromnych transportowców, którymi ewakuowano ludzi. Niebieskofioletowa roślinność, odmienna od tej z lasu i łąki. Zerwałam parę liści sunącego po kolumnie „bluszczu”, powąchałam, zjadłam.

– Chcesz?

Runi wyciągnął do mnie rękę.

– Dzię… dziękuję – wybełkotał. Cud, że się odezwał.

Włożył liść do ust i… nagle coś huknęło. Tuż za nami. Obróciłam się raptownie. Jeden ze znajdujący się po prawej stronie budynków płonął. Runi zakrył dłońmi twarz. Cały się trząsł.

– Nie bój się, przecież wiesz, że ogień nas nie skrzywdzi – wyszeptałam, po czym powoli ruszyłam w stronę szalejących płomieni.

Zacisnęłam wargi i włożyłam rękę w ogień. Moja rękawica zaczęła się palić. Krzyknęłam i rzuciłam się na ziemię, na fioletową trawę. Gorąco, a jednocześnie zimno. Ostrożnie usunęłam resztki zwęglonej tkaniny i dotknęłam palcem skóry. Zmieniła kolor, ale nie była pokryta pęcherzami, ani nie krwawiła, tak naprawdę nie czułam żadnego bólu. Wstałam i wróciłam do Runiego. Znowu musiałam go nieść.

Przed zmrokiem dotarliśmy do olbrzymiego, kilkupiętrowego, fiołkowego molocha. Nie wiedziałam, czy lepiej spać na dole, może nawet zejść do piwnic, czy raczej bezpieczniej jest wspiąć się na górę. Konstrukcja wyglądała na stabilną, zapewne przetrwała już niejeden pożar i niejedną ametystową burzę. Wybrałam małe prostokątne pomieszczenie z jednym oknem. Zostawiłam tam Runiego i poszłam nazbierać liści.

Gdy wróciłam, przyjaciel spał, zwinięty w kącie, w pozycji embriona. Usiadłam obok, położyłam rękę, tę osmoloną, na jego plecach.

– Runi, przepraszam, nie miałam innego wyjścia. Nie chciałam iść sama… Potrzebowałam… – Zawiesiłam głos. Nachyliłam się nad twarzą Runiego. Spierzchnięte usta lekko drgały, pod cienkimi powiekami widoczne były ruchy gałek ocznych. Chyba mnie nie słuchał, ale i tak kontynuowałam: – Myślałam, że jesteś silniejszy, że będę mieć w tobie oparcie, że razem będzie nam raźniej. Niestety, bardzo się pomyliłam, ale to nie twoja wina. Nie jestem zła ani rozczarowana.

Przykryłam go liśćmi, wzięłam za rękę i sama położyłam się tuż obok. Na zewnątrz zapadał śliwkowoczarny zmierzch.

 

***

 

Obudziły mnie agresywne słoneczne promienie. Ciągle zaciskałam dłoń na ręce Runiego. Była cholernie zimna. Uklęknęłam i dotknęłam palcami szyi przyjaciela. Zimna i nieruchoma. Zbliżyłam usta do bladych warg i zamarłam. To nie miało sensu, nawet jeśli udałoby mi się przywrócić go do życia, to po co? Przecież on wolał umrzeć niż… Wstałam i z całej siły uderzyłam pięścią w ścianę. Nie poczułam bólu.

Życie było dla silnych i dla tych, którzy naprawdę pragnęli istnieć, mimo wszystko. Wyszłam na ulicę, zdjęłam hełm; oni już się wystarczająco naoglądali, by zdecydować. Maszerowałam na północ, miałam nadzieję gdzieś tam spotkać Tegio. Po prawej płonął ogień, a po lewej lód skuwał jakieś zwierzę, chyba psa.

Koniec

Komentarze

Fabularnie wciągające, dobrze się czytało, ale, jak często u Ciebie, największą zaletą tego tekstu wydaje się światotwórstwo. Masz oryginalne i niezwykle efektowne pomysły i w tym tekście to też widać. Wrócę pewnie z bardziej rozbudowanym komentarzem do konstrukcji tekstu i do kwestii stylu – no i do “filozoficznego”, powiedzmy, ładunku tego tekstu – ale chciałam od razu po przeczytaniu dać znać, że się podobało.  

Niezawodna Ninedin :) Dziękuję bardzo za przeczytanie i cieszę się, że się podobało :)

Bardzo misię!:-) a Chęć z Musem odtańczyły namiętnego walca, kiedy dzisiaj w południe zobaczyłam opowiadanie piątkowe.

Ametystowy świat jest piękny i smutny zarazem. Z początku miałam skojarzenie z Avatarem, ale szybko zrozumiałam, że to nie ta historia. Lubię Twoją oszczędną narrację skupioną na ruchu bohaterów i zdarzeń. przypomina mi trochę niektóre książki P.K.Dicka, naturalnie nie te, gdy odlatywał na potęgę „pod wpływem”, lecz kiedy koncentrował się na dylemacie, przeciwstawieniu racji i akcji – pokazywał przez działanie. Bardzo prosto pokazywał. Że barwy lubię, pewnie już wiesz. 

Ależ te księżycowe niesporczaki cudne, zakochać się można na zabój i takie wytrzymałe. Pierwszy raz przeczytałam o nich w czasie wertowania marsjańskich doniesień i zadrżałam. Zdają się takie jedwabiste, zadziwiające, że są tworami natury, że nie są sztuczne. Drżeniem przejęły mnie też eksperymenty z łączeniem z genami człowieka, chociaż powód rozumiem – obecność białek chroniących ich organizmy przed promieniowaniem.

Klikam biblio:), oczywista!

Poniżej wypisałam literówki, które się prześlizgnęły i podaję kilka brakujących przecinków, acz tu uważaj, bo przecież wiesz, jaka ze mnie interpunkcyjna trąba. W kilku zdaniach podaję słowa, zobacz, czy może nie podmienić (tylko nie automatem;D).

,Hippopotamem

 

,jak i świnię znałam jedynie ze zdjęć zamieszczonych w albumie „Ziemia przed Wielkim Atakiem”.

– To(+,) o co ci chodzi? – odburknął Runi, ale mnie bardzo trudno było rozzłościć.

Wzruszyłam jedynie ramionami i odpowiedziałam

Chyba, przecinek? I podmieniłabym „jedynie” – może pierwsze na tylko?

 

,Po jasną cholerę komuś, jakimś pieprzonym ufoludkom(+,) zależało na zainfekowaniu Ziemi?

Tu chyba też trzeba byłoby postawić, bo wtrącenie?

,Fridego Szumana

Zerknij, „Fridi Szuman”, czy odmiana to Fridiego?

‚Już kilkakrotnie, podczas gdy śledziłam jego poczynania na monitorze, wsadzał je do pyska,

Chyba „podczas” niepotrzebne

,a potem wypuszczenie zmodyfikowanego Fridego

jw ale może odmiana jest ok.

,Metalowa klapa rozbłysnęła na zielono.

Tutaj też zerknij i pomyśl, jakoś mi nie brzmi – może: rozbłysła, błysnęła lub inaczej?

,Jego oddech był szybki i nierównowmierny.

, Gdbyby były to jedynie zwierzęta

, od prawie zera absoltunego

,nic nie pić poand sto lat

, problemu przetrwały by w przestrzeni kosmicznej.

Razem?

‘Groki zmrużył powieki, jeszce bardziej upodabniając się szczuroświni, którą przestaliśmy hodować jakieś siedem lat temu.

,Dałam mu jszcze jednego batona,

,było przede wszytkim moją zasługą,

,Rozkrwawione ciała, ludzi bez kończyn,

Tu coś pokombinowałabym ze słowem

,ułamek sekudny przed tym

,Powoli się przebudzał.

pomyśl, może wybudzał, budził? choć nie wiem, ponieważ słowo jest laitmotivem

 

Pzd srd:)

piątkowa asylum

PS. Czytało się jak z nut:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – bardzo dziękuję za szybkie przeczytanie i oczywiście bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :):):) Pisałam je mocno na raty, więc niestety myślę, że jeśli chodzi o kompozycję nie wyszło to wszystko dobrze, ale… fajnie, że treść na plus :)

Zaraz zabieram się do poprawiania baboli… jeśli chodzi o przecinki, to Tobie ufam dużo bardziej niż samej sobie :), a z tym imieniem Fridi, to nieźle namieszałam…

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego weekendu :)

A czy ja coś gadałam o kompozycji – nie, nie nie! 

Z przecinkami, nie ufaj mi – b e z w z g l ę d n i e! xd

A z imieniem tylko dwa razy na całe 48k, zresztą w odmianie nazwisk jest dla mnie niezły kociokwik, ale pocieszam się, że mój lingwistyczny autorytet też ma zagwozdki, czasami niezłe. Jednak, kurcze, nie pytałam go – nie mogę, więc napisałam na swój marny umysł, może jest ok tak.

Eh, weekend będzie, niestety, pracowity tym razem, ale sprawdzimy, zobaczymy już jutro:) 

A, i jeszcze jedno mi się przypomniało, o czym zapomniałam napisać. Co by było, gdybyś spróbowała zmieniać też miejsca akcji i punkty widzenia bohaterów?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – co masz na myśli jeśli chodzi o zmiany miejsca akcji i punkty widzenia bohaterów? W tym opowiadaniu, czy w przyszłych?

W przyszłych, w tym – nie zmieniaj!:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A, tak… W przyszłych oczywiście przydałoby się coś pozmieniać… :) Asylum, raz jeszcze dziękuję i życzę udanego weekendu, hm, pracowity też może być udany :) Trzymaj się ciepło :)

Czy przydałoby – nie wiem? kombinuję, po swojemu:) 

Tak, zamierzam się dobrze bawić wspólnie z innymi, początkowo musi iść na mojej energii, ale potem mam olbrzymią frajdę, najczęściej, choć czasami trochę pobudzenia kosztuje. Lubię to i dlatego się decyduję, choć wynagrodzenie mniej niż umiarkowane. Pewnie jeszcze ze dwa lata i basta. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzień dobry :) Mnie się spodobało. Jest tu trochę klimatu retro, fabuła wciąga, a scenografia jest sugestywna. Czasem lekko mi naturalność dialogów zgrzyta (Zarząd nigdy się na to nie zgodzi:). Naprawdę dobrze się czytało.

Łosiot – dziękuję :) Z dialogami masz rację, i chyba nawet wiem, czemu wyszły trochę sztywne… Chciałam wykreować bohaterkę bez emocji i chyba się rozlało na dialogi :( No nic, ten tekst był raczej eksperymentalny… Pozdrawiam serdecznie, jeszcze raz dziękuję za przeczytanie i kliczka, i życzę miłego dnia :)

No chciałbym, żeby ot, tak, wychodziły mi eksperymenty!

Ta bohaterka IMHO jest dobrze “zrobiona”. Jej postępowanie załatwia tu sprawę -pokazuje, co dziewczę miało w głowie (lub może lepiej – czego nie miało). 

Bajdełej, to drugi już Twój test (z tych, które znam) o “wychodzeniu spod ziemi”. Nie wiem dlaczego, ale w “Ostatnim Kursie” dużo mocniej się czuło podziemny setting. Tam było klaustrofobicznie nieco, ciemno i… no podziemnie. Może to dlatego, że tam bohater był slepy?

W sumie to nie ma znaczenia w kontekście, czy tekst mi się podobał bardziej, taka luźna myśl po prostu. pozdro :)

Hm, myślę, że “Ostatni kurs” jest po prostu lepszy ;)

Mam nadzieję, że T72 nie skatiuje tekstu.

Co…?

Nie, nie wiem gdzie jest opowiadanie Katii O’Connor…

 

T72 może skatiować katię… ;)

Jesteś mistrzynią ponurych obrazów! A teraz jeszcze dobrałaś odpowiedni awatar.

Czytało się dobrze. Jak już tu pisali – świat jest dopracowany i przekonujący. Bohaterowie są niby nadal ludźmi, ale po opisie miłosnej schadzki okazuje się, że są już nieźle zmutowani i kolejna mutacja im raczej nie zaszkodzi.

Pozostaje pytanie: po co kosmici wytruli życie na Ziemi, skora nie była im potrzebna?

Nikolozollern – dzięki za przeczytanie i komentarz. Avatar zmieniłam na mniej ponury…

 

Po co kosmici wytruli życie na Ziemi, skora nie była im potrzebna? – może im się nudziło albo testowali nową broń… a może chcieli podbić Ziemię, ale w ostatniej chwili zmienili plany? Bohaterom nie udało się tego dowiedzieć…

 

Ps. Moje teksty są rzeczywiście ponure i zdaję sobie sprawę, że mogą się nie podobać… Hm, może wtedy lepiej ich po prostu nie czytać.

Bardzo fajny tekst. Wciagajaca fabula, ciekawy swiat. Fajne rysunki (czemu tak malo?). Taki tekst typowo do czasopisma. Fajnie by wchodzilo na papierze. Nie podobalo mi sie zakonczenie. Podmiana kolesi spoko, ale… jakos czegos brakowalo.

Pawełek – dziękuję za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że poza zakończeniem się podobało. A rysunki… hm, dwa to i tak dużo ;) ale fajnie, że fajne :)

Moje teksty są rzeczywiście ponure i zdaję sobie sprawę, że mogą się nie podobać… Hm, może wtedy lepiej ich po prostu nie czytać.

To było stwierdzenie faktu, nie krytyka. W tym ponuractwie zawsze masz jakąś iskierkę nadziei. Przeczytałem z zainteresowaniem.

:):):)

Hmm, czyli to emocje nas ograniczają? Na powierzchni przeżyły zwierzęta i kobieta genetycznie pozbawiona emocji, “zwyczajni” faceci nie dali rady. Teoretycznie wiedzieli, a przynajmniej Runi wiedział, że nic mu nie grozi, a jednak strach go pokonał. W sumie coś w tym jest. Jak pisałam pod Twoim poprzednim opkiem, największe horrory rodzą się w ludzkich głowach. Z drugiej strony, nawet strach bywa przydatny, no i zwierzęta też się boją.

Sam świat, który stworzyłaś też niezwykły. W ogóle masz talent do światotwórstwa. Każde Twoje opko zabiera czytelnika w niezwykłe krainy. Dobrze napisane, popłynęłam przez tekst. Podobało się :)

Kliczek :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka – bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i kliczka :) Strach… w tym opowiadaniu chciałam pokazać, jak niszczycielska potrafi być nasza psychika. Z drugiej strony wyzbyć się wszelkich emocji, tylko po to by przetrwał ludzki gatunek… Próbowałam tu postawić pytania o sens, tak czy inaczej, wciąż nie znam odpowiedzi. 

Jeszcze raz bardzo dziękuję i życzę miłego wieczoru :)

Wieszkto nie odczuwa emocji tak jak zwykły człowiek ? Psychopaci. W sumie chyba taki mamy wybór, albo będziemy sobie radzili z tworami naszych umysłów, albo…

Zresztą Twoja bohaterka ma w sobie coś z psychopatki, łatwo jej przyszło pożegnać się z Runim.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zgadzam się… a moja bohaterka miała być odrobinę psychopatyczna… ;)

Zgadzam się z Irką, największe horrory rodzą się w naszych głowach…

Ponura wizja przyszłości, ale ciekawa i wciągająca. Końcówka , jak dla mnie, przede wszystkim smutna. Udało Ci się pokazać rozbudowaną psychikę bohaterki – ma w sobie coś z psychopatki, a jednocześnie jest pokazana w taki sposób, że intryguje i z zainteresowaniem śledzi się jej losy.

Komplet klików już masz. Pozostaje mi napisać, że tekst bardzo dobrze się czytało. :)

 

Ando – dziękuję i bardzo mi miło, że lektura okazała się ciekawa i wciągająca, a poza tym dobrze się czytało :) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Opowiadanie coś w sobie ma. W pierwszej chwili, bunkier, skażony czymś świat na zewnątrz, skazańcy słani do jego eksploracji skojarzyło mi się z filmem “12 małp” potem jednak okazało się, że było to skojarzenie dość powierzchowne i w sumie błędne. Tam Bruce Willis usiłował ocalić świat, został wysłany by ocalić świat przed wirusem, tu bohaterka usiłuje się jedynie dostosować do tego świata. 

 

No i finał jest inny, tam bohater jedynie wypełnił przeznaczenie/sprawił, że stało to co się stało. Poniósł klęskę, to choć dość przewrotnie bohaterka odnosi sukces. W każdym razie ja to tak odebrałem.

 

Na dodatkowy plus zasługują grafiki :) 

MPJ 78 – dzięki za wizytę. Cieszę, że opowiadanie coś w sobie ma :) Masz rację odnośnie zakończenia. Bohaterka rzeczywiście odnosi przewrotny sukces :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :) 

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet – dzięki wielkie za przeczytanie :) I fajnie, że fajne :) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Zacne. Klimatyczne i ciekawe. Jeśli musiałbym się czepiać, to zastanawiam się, dlaczego Siko i Runi sami przygotowują Fridi (czy jak toto się odmienia) do wysłania na powierzchnię. Chyba tak jak resztę czynności mogli to wykonać pracownicy techniczni. No i druga rzecz. “Ogień cię nie zabije” – rozumiem odporność niesporczaków ale z tym ogniem to trochę przegięcie (temperatura płomienia, to kilkaset stopni) ;)

Technicznie bez zarzutu. Szczegóły wyłapali mondżeisieisi.

Na duży plus wątek erotyczny. Wpleciony subtelnie, z wyczuciem, bez nachalności. Wiem, że wielu czytelników stroni od tego elementu w tekstach ale to przecież część naszego (i nie tylko) życia. Moja wrażliwość mówi “tak”!

No i jak Siko “załatwiła” Runiego. Miodzio. Prawie romantyczne… tylko że później Siko przychodzi chłodna refleksja. Czasami dobrze móc nie mieć uczuć.

Peter – Siko i Runi byli czymś w rodzaju badaczy jak i technicznych… “ogień cię nie zabije” – niespoczaki T72 były tak niezwykłe, że nawet nie płonęły… Hm, no jakoś tak to sobie wymyśliłam, a teraz trudno by mi to było zmieniać…

Tak czy inaczej, miło mi, że ogólnie się podobało :) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy.

Bardzo fajne światotwórstwo. Coś jakby zona z “Pikniku na skraju drogi” rozciągnięta na cały świat. I w gruncie rzeczy podobni obcy – nieznani, niezrozumiali, narozrabiali i wybyli… W pewien sposób kontynuujesz “Ostatni kurs” – dziwna mieszanka zwierzęca wydobywa się na powierzchnię.

Bohaterka również mi się podobała. Spokojna, nie egzaltowana… Wreszcie postać, z która się mogę utożsamiać. ;-)

Dobrze pokazane ograniczenia nauki. Nie przedstawiasz badaczy ani jako wszechwiedzących ideałów, ani jako tępawych głąbów wykonujących polecenia. Mają swoje odmienne charaktery, motywacje… Walczą z oporem materii i ograniczeniami – nie bardzo jest z kogo wybrać kandydata do zabiegu, finansowanie mają obciąć…

Interesujące, że orangutany zaadaptowały się bez przeszkód. Uuuuk!

Niesporczaki to fascynujące stwory. BTW, T72 i Katia72. Pszipadek? ;-)

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Finkla – przede wszystkim bardzo dziękuję za przeczytanie, w tym całym natłoku opowiadań, konkursów, plebiscytów i szalejącego wirusa… Ja nie będę oszukiwać, że mnie to wszystko już trochę przytłoczyło.

Jeśli chodzi o bohaterkę, to tak sobie myślałam, że jeśli Finkla dotrze do tekstu, to się jej Siko spodoba ;) Orangutanów zanim się zaadoptowały, chyba trochę naginęło, ale muszę jeszcze doczytać, bo własnego opowiadania nie pamiętam :(

T72 to oczywiście nie przypadek. T bo Tardigrades, a 72 to moja ulubiona liczba, która przyśniła mi się, kiedy byłam dzieckiem i tak już ze mną została…

I… bardzo dziękuję za nominację. Jak już pisałam pod jednym z moich opowiadań, na piórko nie liczę, ale bardzo miło być nominowanym :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Wiesz, plebiscytowe to ja już czytałam jakiś czas temu. Niektóre chyba nawet nominowałam. :-) A wirus sprzyja siedzeniu w domu na czterech literach.

No, Siko to bardzo rozsądna dziewczyna. :-)

Babska logika rządzi!

Wiem, wiem, że czytałaś :) Hm, moje dwa były przez Ciebie nominowane :) Hm, jeszcze raz bardzo dziękuję :)

 

Ps. A ja nie siedzę w domu, tylko ciągle pracuję :)

O, nie byłam pewna, czy oba. Ale inne teksty chyba też. To ostatnio mi wskaźnik nominacji spadł, bo albo docieram już po nominacji, albo po terminie. :-(

U nasz kto może, pracuje zdalnie.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre, ponure, fajnie rozegrany motyw wyjścia z podziemnej bazy na zniszczony świat, który wbrew klasyce nadal jest zniszczony. Solidnie też rozegrany motyw głównej postaci, niby psychopatycznej, niby nie. Specyficzny typ osobowości, bardzo toksyczny.

Opowiadanie podobało się bardzo, nawet pomimo braku jakiegoś trudnego do nazwania drobiazgu w końcówce. Choć z drugiej strony brak tego czegoś nie czyni tekstu złym i pewnie też próby kombinowania z finałem mogłyby doprowadzić do przedobrzenia.

Czego mi na pewno brakło? Jakiegoś mocniejszego wyobrażenia bądź scenerii podziemnej, bądź nastrojów. Nieważne czy więcej opisując postrzeganie bohaterki (wtedy w izolacji od “dolnych poziomów”), czy infodumpowo. Nawet kosztem wydłużenia tekstu (a pisze to jako zwolennik krótkiej formy). Choć możliwe, że wynika to ze specyfiki głównej postaci i jej ograniczenia emocji – jeśli tak, to ów brak jest w pełni uzasadniony i nie podlega “negocjacji” czytelnika.

W ogóle widać po raz drugi motyw wyjścia na powierzchnię – tym razem inaczej niż w “Ostatnim kursie”. W ogóle zaczynam się przekonywać do tego, żeby zrobić większy przegląd Twoich tekstów. Jeśli chodzi o samo T72 w kontekście finklowego TAKa – jeszcze nie wiem czy będę głosować na TAK czy na NIE, ale na pewno tekst powyżej “zwykłej” biblioteki.

 

" – Tu wszędzie są weneckie lustra, możesz spokojnie zaglądać do środka."

" – Runi, nie wiem."

" – Co ty, Siko? Ty im współczujesz?"

" – I skąd go niby weźmiesz?"

" – Nie mam czasu na długi seks – wyszeptałam."

Nadmiarowe spacje na początku.

 

"ilość eksperymentów"

"ilość godzin"

– liczbę

 

"zmodyfikowanego Fridi"

– czy tu i w kolejnych miejscach ma być bez odmiany?

 

"Pobiegałam do kabiny"

– Pobiegłam

 

"Usiadłam obok ,"

- "Usiadłam obok,"

 

Finkla – oba, oba… :) A jeśli chodzi o pracę zdalną to ja nie za bardzo mogę, bo poza stukaniem w klawiaturę, muszę naprawiać maszyny, a to trudno na odległość ;) A teraz, kiedy z dnia na dzień mniej pracowników, muszę pracować, hm, na razie za dwoje… Ale i tak się cieszę, że wciąż pracuję :):):)

 

 

Wilku – dziękuję za wnikliwy komentarz. Jeśli chodzi o podziemny świat, to chyba rzeczywiście potraktowałam go trochę po macoszemu, koncentrując sie głównie na bohaterce, a ona z kolei była głównie skoncentrowana na eksperymencie i wyjściu na powierzchnię i nie za bardzo rozmyślała nad tym, co było jej znane od dziecka… Hm, chyba za bardzo wczułam się w pierwszą narrację…

Błędy zaraz poprawiam. Dzięki za ich wyłapanie :) Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy.

“nie za bardzo rozmyślała nad tym, co było jej znane od dziecka”

– a tu już trochę spoilerujesz, bo jednak w tekście zasiałaś nutę niepewności co do pochodzenia bohaterki ;-) 

O, a wydawało mi się, że gdzieś wspomniałam, że Siko urodziła się w podziemiach… :) Imię Fridi zmieniłam na Frodo, bo to Fridi zbyt problematyczne ;)

Frodo to w sumie tak trochę pasuje do podziemnego domu ;-)

Też mi się bardziej podoba ;)

Bardzo ciekawy tekst. Mniej emocjonalny, niż zwykle u Ciebie, ale nadal zachowujesz najważniejsze plusy swojej twórczości – czyli wyraźne postacie i klimat/tonację opowieści.

Sam świat nie rzucił mnie jakoś na kolana, ale ma bardzo ładną synergię z przedstawianą treścią.

Trochę szwankuje mi tempo z początku. Niby jest prezentacja, niby wszystko okej, a jedna czułem, że przydałoby się lekkie podbicie tempa. To jednak drobnostka.

Tak więc mam tu nieźle skomponowaną opowieść, wyważoną emocjonalnie i światotwórczo. Definitywnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i zgłoszenie do piórka. Zgadzam się z uwagami odnośnie początkowego, spowolnionego tempa i światotwórstwa, któremu tym razem poświęciłam mniej uwagi, koncentrując się właśnie przede wszystkim na głównych bohaterach… W kolejnych tekstach postaram się wszystko trochę lepiej wyważać, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie ;)

Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Po raz kolejny zadziwiłaś mnie tak pomysłem, jak i sposobem przedstawienia całej historii. Choć stworzyłaś świat dziwny, to pozostał on wiarygodny, a kolejne zdarzenia okazały się na tyle zajmujące, że z rosnąca ciekawością śledziłam poczynania Siko i Runiego – te związane z pracą i eksperymentem, ale też ich prywatne relacje.  

Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – czym był kilkakrotnie wspomniany swędzący wężyk w pępku Siko?

Szczerze podziwiam Twoją wyobraźnię i mam nadzieje na jeszcze niejedno równie zacne opowiadanie. ;)

 

po­łą­cze­nie wło­cha­tej świni z hip­po­po­ta­mem. ―> Literówka.

 

on się nie nada­wał, głów­nie za lęk gosz­czą­cy w jego śle­piach. ―> …on się nie nada­wał, głów­nie z powodu lęku gosz­czą­cego w jego śle­piach.

 

Na nim już przy­pro­wa­dzo­no wy­star­cza­ją­cą licz­bę eks­pe­ry­men­tów. ―> Literówka.

 

do po­ża­ru w znaj­du­ją­cym na po­zio­mie wyżej… ―> …do po­ża­ru w znaj­du­ją­cym się na po­zio­mie wyżej

 

ob­sy­pa­nych ame­ty­sto­wym prosz­kiem szkie­le­tów, zde­chłych zwie­rząt i mar­twych ludzi. ―> Czy nie wystarczy: …ob­sy­pa­nych ame­ty­sto­wym prosz­kiem szkie­le­tów zwie­rząt ludzi.

Przecież szkielety nie mogły należeć do żywych.

 

ob­ser­wu­jąc ze­wnętrz­ny świat przez za­miesz­czo­ne na gło­wach oran­gu­ta­nów ka­mer­ki. ―> …ob­ser­wu­jąc ze­wnętrz­ny świat przez umiesz­czo­ne na gło­wach oran­gu­ta­nów ka­mer­ki.

Za SJP PWN: zamieścićzamieszczać «opublikować coś w prasie lub książce»

 

Na ekra­nie za­błysz­cza­ła ikon­ka pół­czło­wie­ka-pół­nie­spor­cza­ka… ―> Na ekra­nie za­błysz­cza­ła ikon­ka pół­ czło­wie­ka, pół­ nie­spor­cza­ka

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/pol-martwy-pol-zywy;11320.html

 

Sie­dział wci­śnię­ty pół­okrą­głe krze­sło… ―> Siada się na krześle, więc jak można wcisnąć się w krzesło?

 

do mo­ni­to­ra, któ­re­go ekran po­dzie­la­ny był na po­ło­wy. ―> Literówka.

 

re­je­stro­wa­ny prze ka­me­rę za­miesz­czo­ną na gło­wie Frodo… ―> …re­je­stro­wa­ny prze ka­me­rę umieszczoną na gło­wie Frodo

 

po­ło­żył się po­now­nie na pla­cach… ―> Literówka.

 

w za­leż­no­ści od sub­stan­cji ba­zo­wej, z którą wszedł w re­ak­cje. ―> Literówka.

 

prze­świ­tu­ją­ce mię­dzy ko­ra­mi pur­pu­ro­wych drzew niebo. ―> Chyba miało być: …prze­świ­tu­ją­ce mię­dzy konarami pur­pu­ro­wych drzew niebo.

 

W za­wrot­nym tem­pie spa­li­ły się jego ubra­nia… ―> W za­wrot­nym tem­pie spa­li­ło się jego ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

scho­wa­łam ją pod pa­zu­chą… ―> …scho­wa­łam ją za pa­zu­chą

 

Bez pod­no­sze­nia to­a­stów, bez cze­ka­nia… ―> Bez w­no­sze­nia to­a­stów, bez cze­ka­nia

Toast to rodzaj przemowy, nie można jej podnieść.

 

opróż­ni­li­śmy za­war­tość kub­ków. ―> Można opróżnić kubki, nie można opróżnić zawartości.

Proponuję: …opróż­ni­li­śmy kub­ki. Lub: …wypiliśmy za­war­tość kub­ków.

 

po tra­gicz­nym za­koń­cze­niu na­sze­go eks­pe­ry­men­tu z Fro­dom. ―> Literówka.

 

wbił wzrok w po­kry­wa­ją­cą pod­ło­gę bru­nat­ną bleję po­prze­ty­ka­ną żół­ty­mi i krwi­sto­czer­wo­ny­mi nit­ka­mi… ―> Co to jest bleja?

 

Nie strasz­ne im pro­mie­nio­wa­nie jo­ni­zu­ją­ce. ―> Niestrasz­ne im pro­mie­nio­wa­nie jo­ni­zu­ją­ce.

 

Dałam mu jsz­cze jed­ne­go ba­to­na… ―> Literówka.

 

fo­lio­wy pa­pier po wa­flach z gru­lul­ką. ―> Co to jest grululka?

 

Życie było dla sil­nych i dla tych, któ­rych na­praw­dę pra­gnę­li ist­nieć… ―> Życie było dla sil­nych i dla tych, któ­rzy na­praw­dę pra­gnę­li ist­nieć

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz, a przede wszystkim za wyłapanie licznych błędów :(:(:( Oczywiście wszystkie poprawiłam, jak również zajrzałam do polecanych artykułów. Myślę, ze już nie powinnam mylić umieszczać z zamieszczać, ani wznosić z podnosić, ale jeśli chodzi o literówki… no cóż, następnym razem spróbuję przed publikacją parę razy bardzo uważnie przeczytać tekst.

 

Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – czym był kilkakrotnie wspomniany swędzący wężyk w pępku Siko? – Wężyk Siko to skutek uboczny przeprowadzanego na niej eksperymentu.

 

Cieszę się, że opowiadanie ogólnie spodobało się pod względem treści :) i zaciekawiło :)

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w tych zwariowanych czasach.

Katiu, dziękuję za wyjaśnienia. ;)

Cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne i czekam na kolejne opowiadania. ;)

Moc serdeczności.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykładam się do piórka, Katiu. :) Pracuję na Twoje srebrne piórko. Twoje opowiadania są tak niezwykłe, że nie mogę się powstrzymać. Bardzo chciałabym czytać takie w NFie. 

Dobrego wieczoru, przechodzącego w noc. :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – bardzo dziękuję :) Wieczór już przeszedł w noc. Wszystko ostatnio takie dziwne. Może nie powinnam tego pisać, ale trochę mam poczucie odrealnienia… Wirus, nie mogę przylecieć do Polski, i jakoś tak smutno, ale miłe słowa zawsze poprawiają nastrój smiley

Jeszcze raz wielkie dzięki i życzę spokojnej nocy.

W końcu dotarłem. ;)

Bardzo fajne opowiadanie. Ono znów odznacza się tym charakterystycznym dla Ciebie ciekawym światotwórstwem, ale tutaj poszłaś jeszcze krok dalej dorzucając intrygujący eksperyment.

Słowem, masz tu taki “arsenał” na czytelnika, że trudno czegoś dla siebie nie znaleźć.

W dodatku, mam takie wrażenie, że tutaj jest nieco bardziej wyważony balans emocjonalny niż w tych tekstach, które miałem czytać parę miesięcy temu (”Grubcio”, “Kamień w kształcie lwa”). Nie gubisz tych emocji w żadnym razie, ale dzisiaj już trudno powiedzieć, że są one elementem wiodącym w Twoim tekście. Że najmocniej zwracają na siebie uwagę. Teraz są już one niejako obok światotwórstwa, koncepcji na fabułę i to bardzo dobrze, bo też te elementy obrazują w pewien sposób Twoją kreatywność, są bardzo mocną stroną tekstu i warto, żeby były jak najlepiej widoczne.

Tekst wolałbym nieco krótszy. Tak o parę kilo. Nie więcej. Bardziej interesował mnie świat i eksperyment, niż relacje międzyludzkie. Ale one w żadnym razie nie są wadą tekstu. Więcej, chyba nawet są potrzebne, bo gdzieś w tej fantastyce człowiek musi być widoczny. Piszę więc o tym skróceniu raczej dlatego, żeby Ci nakreślić typ czytelnika, jakim jest CM, niż żeby cokolwiek zarzucać. Bo charakterystyka czytelnika, wbrew pozorom, też potrafi mieć nieraz wpływ na wydźwięk opinii.

Tyle.

Nominacji do piórka już nie potrzebujesz, ale skoro zdążyłem, to swój głos dorzucę, choć już głównie po to, żeby docenić tekst.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – bardzo dziękuję za wizytę i za miłe słowa, i za poparcie piórkowej nominacji :) A przede wszystkim za wnikliwy komentarz. Przeczytałam go dokładanie i szczególnie do serca wzięłam sobie uwagę o długości tekstu. Coraz częściej łapię się na tym, że nie potrafię napisać nic krótkiego i słusznie zauważyłeś, że jednym z problemów może być u mnie ciągle zbytnia koncentracja na wątku obyczajowym… Nie chcę go całkowicie pomijać, ale będę mieć go na uwadze, pisząc kolejne teksty. 

Jeszcze raz dziękuję, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Trochę mniej ostatnio czytam, ale do Twoich opowiadań prawie zawsze zaglądam. Lubię Twoje pisanie, takie naturalne, niewymuszone, z nutą naiwności, a może ufności w dobro? Kto wie. Z opowiadania na opowiadanie rysuje się pewien sposób przedstawiania przez Ciebie świata. Najczęściej bohaterowie są niepewni siebie, z komapleksami, ale jednocześnie z dużą, wewnętrzną siłą potrzebną im do kolejnych i różnych problemów i wyzwań, które stawiasz im na drodze. 

Nie inaczej jest tym razem. I ja lubię te wize. I coraz częściej napawają mnie optymizmem. :) Tekst ma dużo zalet, fajne nazewnictwo gadżetów i wynalazków przyszłości, fajne imiona i nazwiska, wreszcie ciekawy i oryginalny postapo świat. 

Może trochę gryzł mi się ten, nie wiadomo czemu, oporny Runi z resztą opisanego świata i Siko, ale możliwe, że chciałaś podać nam coś na zasadzie przyciągania się przeciwieństw. :)

Dobra robota, podobało mi się.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darcon – bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz i oczywiście cieszę się, że się ogólnie podobało :) Jeśli chodzi o Runiego i Siko rzeczywiście chciałam ich sobie przeciwstawić…

 

…z nutą naiwności, a może ufności w dobro?

 

Wiesz, jest sporo racji w tym stwierdzeniu. Mimo że z jednej strony uważam się za pesymistkę, to ciągle gdzieś w środku mimo wieku, czuję dziecięcy optymizm i naiwność :)

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

 

Trudno jest oceniać autora, którego teksty regularnie dostają nominacje do piórka, bo – choć nie powinno się tego robić – na myśl same przychodzą porównania między tym tekstem i poprzednimi. Katio, nie jestem fanką tego tekstu ani jako samodzielnego opowiadania, ani w porównaniu z innymi twoimi utworami.

 

T72 mnie nużyło. Akcja rozkręca się wolno, sporo jest scen, które nie popychają akcji do przodu. Takie rzeczy z przyjemnością konsumuje się w książkach lubianego autora (i ja bardzo chętnie bym twoją książkę przeczytała, Katio), ale nie w opowiadaniach. Myślę, że spokojnie wycięłabyś 10k znaków bez szkody dla fabuły. Bardzo długo nie potrafiłam się zahaczyć w historii i przejąć losem bohaterów.

 

Sporo było też niedoróbek technicznych, które działają na mnie jak płachta na byka. Nie jestem najsurowszą lożanką, ale jeśli chodzi o poprawność, opowiadanie musi być nieskazitelne, bym głosowała na tak.

 

tak złośliwie nazywano projekt hodowli ludzi pozbawionych przesadzonych, zbyt silnych emocji, zdolnych do chłodnej oceny sytuacji, w której przyszło się im znaleźć, mentalnie twardych.

pozbawionych przesadzonych, paskudna zbitka

 

po pierwsze[+,} nie rozumiałam, po jaką cholerę mieliśmy się uczyć latać w podziemiach, a po drugie[+,} i tak wszystkie obiekty umierały

 

Ale, przecież nie mogliśmy wprowadzić

Tej nocy, pierwszy raz –

zbędne przecinki

 

bardzo się pomyliłam, ale to nie twoja winna

wina

 

Największą przyjemność sprawiło mi w tym opowiadaniu śledzenie emocji pary głównych bohaterów. Fantastyczna robota. Kilkoma gestami i słowami zbudowałaś przepięknie wyrazistą dynamikę, w której to Siko zależy odrobinę bardziej. Z zaciekawieniem zastanawiałam się, gdzie to się skończy, i nie zawiodłam się eskalowaniem tego zgrzytu w ich relacji do ogromnych rozmiarów. Miodzio. 

 

Światotwórstwo jak to zwykle u ciebie, barwne i oryginalne. Fajnie jest odwiedzać twoje światy :)

 

Pozdrawiam!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz i wyłapanie kolejnych błędów. Jeśli chodzi o zbędne przedłużanie, sama zauważyłam, że ostatnio wszystko za bardzo rozwlekam…

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia.

Przepraszam, że komentarz zacznę od uwagi odnoszącej się pośrednio do innych nominowanych w tym miesiącu opowiadań. To Ty, katio, jesteś dla mnie autorką, którą podziwiam za to, że potrafi w takim tempie pisać tyle niesamowicie oryginalnych opowiadań, tworzyć kolejne światy i nadawać im niepowtarzalne piętno. Do wielu z nich chciałabym wrócić – zwłaszcza do świata Ostatniego kursu i Krondusa, bo ogólnie lubię uniwersa. Ale spośród autorów jednostrzałówek jesteś moja ulubiona :) I tu nie mam wątpliwości, że kolejne nominowane opowiadanie jest więcej niż dobre, zwłaszcza – u dobrze piszącego autora.

A najbardziej podziwiam to, że tworzysz światy i sytuacje tak niewiarygodnie plastyczne za pomocą oszczędnych środków :)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaina – bardzo dziękuję za miłe słowa, szczególnie dobrze je przeczytać, kiedy zaczyna się mieć wątpliwości odnośnie własnego pisania… Ale chyba wszyscy je miewamy. Jeśli chodzi o uniwersa, może kiedyś uda mi sie napisać coś bardziej rozbudownego. Zobaczymy :)

Jeszcze raz bardzo dziękuję i życzę spokojnej nocy.

Tylko skąd niby miałbym wziąć kasę?

Chyba miało być "miałabym" 

Awaria systemu oczyszczającego powietrza.

Nie wiem czy to błąd, ale myślę, że lepiej brzmi "Awaria systemu oczyszczania powietrza" albo "Awaria systemu oczyszczającego powietrze" 

Tego wieczoru, już po podpisaniu raportu ze śmierci Frodoego,

Czemu nie "Froda"? 

Obie trumny zostały już otworzone.

"otworzone" jest poprawne, ale zgrzyta, bo to forma używana głównie w przypadku stylizacji na archaizmy, albo gdy liczy się efekt patosu "pukajcie, a będzie wam otworzone". 

Chociaż nie upieram się, by zmieniać :-) 

 

Srodze się na początku zawiodłem. Bo okazało się, że tekst nie jest o czołgu :-) 

Ale gdy już pogodziłem się z tym niewątpliwym minusem, lektura była już tylko przyjemnością. 

Podoba mi się pomysł na świat, zwłaszcza na niezrozumiały, zarówno pod względem powodu jak i działania, atak obcych. Pył zmieniał fizykę materii? A może, lokalnie, same prawa fizyki? Nieistotne, bo efekt jest świetny. Ziemia jest zniszczona, ale w szalony, surrealistyczny sposób wciąż żywa i dynamiczna. Podoba mi się umierające, podziemne społeczeństwo, gdzie większość ludzi nosi fizyczne ślady dawnej obsesji genetycznych modyfikacji. Podobają mi się bohaterowie i ich relacje – złożone i emocjonalne (jak to u Ciebie) ale, zgodnie założeniem, że Siko jest emocjonalnie przytępiona, bez dramatyzmu, bez uniesień i darcia szat. Podoba mi się lekko trącący filozofią przekaz o woli przetrwania. 

Uważam, że tekst jest nieco za długi i nieznaczne skróty wyszłyby mu na dobre. Może też przydałyby się trochę inne proporcje – więcej o życiu pod ziemią, mniej o Siko. Ale to kręcenie nosem zapewne wynika z moich osobistych preferencji, więc nie będę się czepiał. 

Nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mnie zachwyciło. Zapewne dlatego, że do zachwytu brakuje mi tu świetnego, porywającego stylu. Twój jest bardzo porządny (drobne babole nie wpływają na to zbytnio), oraz (tylko) aż bardzo dobry. Jestem pewien, że mógłby być lepszy, gdyby tekst dłużej dopieszczać, szlifować, gdybyś pozwalała sobie na długotrwałe polerowanie nawet pojedynczych zdań. Piszesz szybko i niebywale sprawnie, w ogóle to nieprawdopodobne, jak w takim tempie można tworzyć tak dobre i pomysłowe opowiadania, ale… Brak w tym wszystkim ostatniego, mistrzowskiego pociągnięcia, cyzelowania detali. Miotełki do kurzu w ręce obsesyjnej pokojówki. 

Tyle, że nie mogę tego traktować tego jako wady. Bo dobry styl nie jest wadą, nie ma wartości ujemnej. Nie każde świetne opowiadanie musi być napisane w stylu, będącym literackim odpowiednikiem hipersamochodów konigsegga – "zwykły" golf GTI też może być znakomity. I zupełności wystarczający. Ba, sam styl też nie zrobi dobrego opowiadania – tekst o niesporaczkach Chrościska dostał u mnie NIE, bo choć stylistycznie jest zachwycający, a samego Chrościsko uważam za jednego z najlepszych autorów pod względem stylu właśnie, to kompozycyjnie tam kiepsko. 

A u Ciebie wszystko jest na miejscu i jak trzeba. Wymienione wcześniej zalety plus przemyślana, choć prosta, kompozycja, wyraźne zakończenie i pełna fabularnie, przemyślana konstrukcja. Nie mam więc do czego się przyczepić, nie mam powodów, by dać NIE. 

Zatem będzie TAK. 

P. S. 

Trenuję pisanie zwartych i konkretnych komentarzy. Jak mi idzie? ;-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję bardzo za przeczytanie, rozbudowany komentarz i oczywiście za “taka”. Błędy poprawione :)

Cieszę się, że lektura mimo braku porywającego stylu okazała się przyjemna. A że tekst jest niedopieszczony… rzeczywiście nie jest. Niestety, zwykle mam tak, że gdy zaczynam pisać opowiadanie mi się w miarę podoba, ale gdy kończę jestem już nim zmęczona i brakuje mi sił na szlifowanie :(

 

Jeśli chodzi o Twoje komentarze to trzeba się z nich tylko cieszyć, że są długie i wnikliwe, nawet jeśli czasem wkradnie się do nich odrobinę chaosu. Ja, tak czy inaczej, nie mam problemu z ich odbiorem i staram się z nich wynieść jak najwięcej na przyszłość :)

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

To chyba czas niesporczaków. Jakiś czas temu pojawiły się w obiegu informacje na temat ich niezwykłych właściwości, potem kosmiczne niesporczaki zrewolucjonizowały "Star Trek" (Discovery), teraz piszą o nich Chrościsko i Katia na portalu…

Zanim przejdę do meritum, chciałbym Cię przeprosić Katiu, za moje zaległości komentatorskie względem Twoich opowiadań. Następna partia komentarzy pokonkursowych już niedługo, wśród nich opinia na temat Twojego tekstu. Lożowski komentarz z lutego również pojawi się niedługo.

Tym razem, niestety, też będę na NIE. I od razu sprecyzuję dlaczego. Otóż obiecałaś mi w tagach i oznaczeniu gatunku science-fiction. Zapowiadałaś w pierwszych akapitach fantastykę naukową, z klasycznymi, smakowitymi elementami świata przedstawionego: atak obcych, modyfikacje genetyczne, postapokaliptyczne społeczeństwo ukryte w podziemiach, eksperymenty naukowe itd. Jak się jednak okazało w trakcie lektury, niewiele jednak zawarłaś w swojej opowieści pierwiastka science, a całość od strony naukowej oraz logicznej trzeszczy i skrzypi w wielu miejscach.

Podczas lektury miałem pewne skojarzenia (kolejny raz na portalu) z opowiadaniem Bacigalupiego “Ludzie piasku i popiołu”. Ty zaś wskazujesz na inspirację filmem "Mucha", a właściwie jego remake w reżyserii Cronenberga. I to chyba poniekąd tłumaczy owa naiwność naukową, która pozwoliła Tobie stworzyć machinę Combino, w iście czarodziejski sposób krzyżującą ludzi ze zwierzętami i zwierzęta z innymi zwierzętami. Problem w tym, że to jest bardzo nienaukowy pomysł i nawet twórcy "Muchy" nie zaproponowali czegoś podobnego – tam chodzi o eksperymenty z teleportacją i wymieszaniem komórek człowieka i muchy podczas transferu między kabinami.

U Ciebie nie ma więc naukowego eksperymentowania z genetyką, inżynierią genetyczną, mieszaniem DNA, genami, klonowaniem DNA, hodowaniem komórek, embrionów itd. Mamy za to cudowną maszynę, która miksuje dorosłych (!) ludzi z niesporczakami w półtorej godziny. Jakim cudem miałoby to działać? Jak to miałoby wyglądać od strony chemicznej, biologicznej, fizycznej, czy wreszcie psychologicznej? Ta łatwizna procesów, chciejstwo światotwórcze, zwyczajnie mnie odrzucił i nie pozwoliły zawiesić niewiary w przedpokoju. 

Jednak co gorsza, podobnym laikiem na płaszczyźnie naukowej (ja również jestem laikiem, żeby nie było nieporozumień) jak Autor, okazuje się główna bohaterka, która wygląda jakby nie miała pojęcia, co i jak działa w jej własnym projekcie naukowym. Jako szefowa eksperymentu posługuje się zupełnie nienaukowym językiem, zazwyczaj coś tam naciska, wkłada, wyciąga i niewiele ma to wspólnego z prawdziwą, wiarygodną pracą naukowca. Czyli moim zdaniem zupełnie nie udało Ci się oszukać czytelnika, który powinien uwierzyć w stronę science tekstu i to, że Katia wie o czym pisze, a jej bohaterowie wiedzą co robią, jak i dlaczego.

Nie będę podważał innych elementów Twojego świata (po co mieszać np. wiewiórkę ze świnią? gdzie reszta personelu? jakim cudem efekty eksperymentów są odporne na ogień skoro niesporczaki wytrzymują do ok. 150 stopni Celsjusza a ogień to jednak temperatury w przedziale 800-1000 st. C? jakim cudem na martwej powierzchni, pozbawionej pokarmu, zmutowanej, trującej dla niezmodyfikowanych istot, mógł przetrwać przez tyle pies z finałowego zdania?), ale w wielu miejscach zauważyłem pewnego rodzaju pójście na łatwiznę, uproszczenia i dosyć naiwne rozwiązania fabularne i światotwórcze. Od fantastyki naukowej wymagam jednak więcej rzetelności.

Na pewno potrafisz budować skomplikowane, interesujące, nacechowana emocjonalnie i bardzo klimatyczne historie, a Twoje światotwórstwo jest zazwyczaj bardzo odważne, nietuzinkowe i pełne wyobraźni. Jednak o ile w podziemnej imaginacji o pociągach-dżdżownicach takie dziury logiczne nie raziły mnie zupełnie, tutaj, jako dosyć oczytany miłośnik science-fiction zwyczajnie odpadłem.

Z innych uwag do tekstu chciałbym zwrócić Twoją uwagę na pewien element, który bardzo rzuca się w oczy, stosujesz go namiętnie, a ja nie znajduję w tym żadnego celu. Liczby, liczebniki, pomiar czasu. Co rusz informujesz nas o dokładnym przebiegu czasu lub jaki czas aktualnie mamy w opowiadaniu. nieraz co do sekundy (sic!): po stu czterdziestu minutach i pięćdziesięciu dwóch sekundach operacja połączenia została pomyślenie zakończona; O piątej trzydzieści siedem obudził mnie[…]; Godzina siódma trzydzieści; Transport na powierzchnię z poziomu minus sześć trwał mniej więcej dwanaście godzin i trzydzieści minut; Minęła kolejna minuta i dwadzieścia pięć sekund; Frodo spał siedem godzin i piętnaście minut […] itd.

W kilku miejscach zawiesiłem się na konstrukcji, szyku, zdań. Poniżej dwa wybrane przykłady:

Już, aby otworzyć drzwi windy, nasze podskórne czipy musiały zostać zidentyfikowane przez system. Najpierw do czytnika przytknęłam dłoń ja, a potem Runi.

 

– Może lepiej rozdzielić to już?

 

Tak czy inaczej, budka była ostatnim punktem kontrolnym przed wkroczeniem do jeszcze silniej niż owalna sala oświetlonego korytarza.

– Dziwny szyk zdania.

 

Znalazłem też dwie literówki: nie miałam apatytu; Cholernie swędził mnie wężyk.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.Maras – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz. i jeśli chodzi o to, że powiadanie nie jest science, cóż pozostaje mi się tylko zgodzić. Nie sądzę, ze względu na brak wiedzy, że jestem w stanie napisać jakiekolwiek teksty sci-fi i chyba powinnam jednak iść bardziej w stronę “bajkowej” fantastyki…

Błędy zaraz poprawiam :)

 

A jeśli chodzi o pozostałe teksty, to naprawdę nie masz, za co przepraszać :)

 

Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie i komentarz, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Podobało mi się. Jest ciekawy świat, jest alienacja, jest dużo dziwnych rzeczy, które niepokoją. A ten wężyk to autentycznie sprawiał mi fizyczny dyskomfort (ale to literacko bardzo na plus :)).

Porządna, wciągająca lektura. 

 

Edward – bardzo dziękuję :) Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka