- Opowiadanie: Blue_Ice - Hvitur

Hvitur

Wi­taj­cie, Dro­dzy! (wer­sja numer dwa ;))

 

Moim ogrom­nym (i bo­le­snym!) pro­ble­mem, jak wie część Czy­tel­ni­ków, jest chro­nicz­ny brak czasu. To dla­te­go nie po­ja­wiam się na NF tak czę­sto, jak bym chcia­ła – i po­trze­bo­wa­ła. Skraj­nie mało czasu zdo­by­łam też i na wzię­cie udzia­łu w tym kon­kur­sie, ale nie mia­łam wy­bo­ru – Hvi­tur sta­now­czo do­ma­gał się wpusz­cze­nia na Por­tal. On lubi wę­dro­wać! Dla­te­go też od­da­ję ten skan­dy­naw­ski w kli­ma­cie, delikatnie mi­to­twór­czy, bia­ło-po­piel­ny tekst na ekra­ny z na­dzie­ją, że wiel­ki is­bjorn za­wę­dru­je też do Was.

Po­zdra­wiam :)

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Hvitur

 

 

Naj­star­si miesz­kań­cy wio­ski twier­dzi­li, że aidur­skie domy są za­ko­rze­nio­ne w nie­bie. W każ­dej chwi­li mogą uciec przed la­wi­ną czy desz­czem po­pio­łu z wul­ka­nu Jak­na­jo­kól. Znik­nąć. Po­sia­da­ją stry­chy, lecz nie piw­ni­ce, a do pod­ło­ża naj­czę­ściej mo­co­wa­no je łań­cu­cha­mi i że­la­zny­mi ha­ka­mi wbi­ty­mi w ska­li­ste pod­ło­że.

Domek Re­inars­so­nów stał naj­bli­żej morza, nieco na ubo­czu. Błę­kit­na, bla­sza­na chat­ka z bia­ły­mi okien­ni­ca­mi, po­kry­ta drew­nem z od­zy­sku, dawno temu stra­ci­ła swoje mo­co­wa­nia. Za­rdze­wia­łe haki wraz z reszt­ka­mi łań­cu­chów to temat tabu w ro­dzi­nie Re­inars­son, hi­sto­ria ponoć zbyt strasz­na, żeby do niej wra­cać.

Zimą wszyst­ko za­kry­wał śnieg.

Zimą prze­szłość nie ist­nia­ła.

 

Oli nie chcia­ło się wy­cho­dzić ze swo­je­go po­ko­ju. Od obia­du sły­sza­ła z kuch­ni gło­śną dys­ku­sję ro­dzi­ców o wi­gi­lij­nych da­niach, po­dzia­le pre­zen­tów, od­po­wied­nich ko­lo­rach, sto­sow­nych bądź nie­sto­sow­nych wzo­rach, wła­ści­wych przy­pra­wach i in­nych bzde­tach. Czy tylko ona my­śla­ła o kwe­stii naj­istot­niej­szej?

Mia­no­wi­cie co to za świę­ta bez praw­dzi­wej cho­in­ki?

Któ­re­goś dnia Eli­nor z Olo­furem oświad­czy­li, że na wy­spie bra­ku­je drzew i nie można przy­kła­dać ręki do ich wy­ci­na­nia. Ponoć to źli Nor­we­go­wie, za­sie­dla­jąc wyspę u za­ra­nia dzie­jów, po­wy­ci­na­li wszyst­kie lasy. W szko­le Oli sły­sza­ła co in­ne­go – winne są wul­ka­ny, to one od wie­ków du­si­ły grubą war­stwą lawy wszyst­ko, co żyło.

Tak czy ina­czej Oli oglą­da­ła świą­tecz­nie ustro­jo­ne drzew­ka tylko w te­le­wi­zji. A może o to ko­cha­nym sta­rusz­kom cho­dzi­ło? Żeby nie plą­ta­ła się pod no­ga­mi pod­czas świą­tecz­ne­go wy­ści­gu z cza­sem, tylko sie­dzia­ła przed te­le­wi­zo­rem?

Wy­glą­da­ła przez okno, wy­obra­ża­jąc sobie inne świę­ta, ina­czej, gdzie in­dziej. Gdzieś, gdzie o tej porze wła­śnie ubie­ra­ją cho­in­kę i kładą pod nią pre­zen­ty. Słoń­ce za­cho­dzi, a cho­in­ko­wa gwiazd­ka świe­ci cały czas. Wszyst­ko błysz­czy.

Nagle wpa­dła na pe­wien po­mysł. Nie­da­le­ko domu, na bo­rów­ko­wi­sku, rosło kilka roz­pro­szo­nych igla­ków. Wpraw­dzie nie­zbyt efek­tow­nych, ale takie wła­śnie lu­bi­ła, nie­wspa­nia­łe, skar­ło­wa­cia­łe, z po­dwój­nym czu­bem lub skrzy­wio­nym pniem, jakoś za bar­dzo albo z czymś nie­zbyt. Cha­rak­ter­ne, sa­mo­swo­je, głod­ne uwagi i mi­ło­ści. Jeden z nich, ten naj­bli­żej domu, rósł sa­mot­nie. Tak, jakby na nią cze­kał.

Pod­eks­cy­to­wa­na po­ma­sze­ro­wa­ła w sam śro­dek ku­chen­nej kłót­ni, aby przed wyj­ściem na mróz zjeść do­kład­kę jesz­cze cie­płej zupy ka­ka­owej. Za­bra­ła ko­szyk z ozdo­ba­mi, które razem z in­ny­mi mu­sia­ła zro­bić na za­ję­ciach pla­stycz­nych.

Dla­cze­go jako je­dy­na z całej klasy mia­ła­by ich nie użyć?

 

Jeśli szczę­ście mu do­pi­sze i wiatr nie za­wie­je zbyt okrut­ny, przed cha­ta­mi w Aidur za­pło­ną ogni­ska, a w ogniu będą pie­kły się na­bi­te na pal ba­ra­nie łby. Ich reszt­ki Hvi­tur od­naj­dzie póź­niej w śnie­gu. Za­zwy­czaj jadł mchy pro­sto z drzew, a ze szcze­lin skal­nych dłu­gi­mi, smo­li­sty­mi pa­zu­ra­mi wy­dłu­by­wał po­ro­sty. Zli­zy­wał też po­żyw­ne sa­fa­rokk z wil­got­nych skał. Jed­nak w zim­niej­sze dni bywał wil­czo głod­ny i to mu nie wy­star­czy­ło.

W miej­sco­wej le­gen­dzie na­zy­wa­no go Bia­łym, Który Prze­no­sił Góry. Gdy sta­wał na tyl­nych ła­pach, się­gał nie­jed­ne­go dachu, w gó­rach nie­je­den głaz strą­cił w prze­paść, ale był ła­god­ny do gra­ni­c wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa. Cho­dził po­wo­li, czę­sto przy­sta­jąc i na­słu­chu­jąc. Ma­wia­no, że dzię­ki wraż­liwym uszom po­tra­fił wy­słyszeć erup­cję wul­ka­nu gdy jesz­cze sam wul­kan nie był pe­wien, czy chce wy­buch­nąć.

Świe­ży, kopny śnieg sta­no­wił naj­lep­szy ka­mu­flaż dla is­bjor­na, spo­krew­nio­ne­go z pra­daw­nym ro­śli­no­żer­cą, niedź­wie­dziem o krót­kim pysku. Zimą czę­ściej zbli­żał się do ludzi. Na za­ple­czach do­mostw, w ciem­no­ściach aidur­skich pól mag­mo­wych, Hvi­tur wi­dział, po­zo­sta­jąc nie­wi­docz­ny. Ot, jakiś nie­wy­raź­ny ruch za­uwa­żo­ny kątem oka, se­kun­dę póź­niej za­po­mnia­ny. Co le­piej za­pra­wie­ni wó­decz­ką bie­siad­ni­cy cza­sem żar­to­wa­li, że widzą wę­dru­ją­ce zaspy.

Od wielu lat, dzień w dzień, Hvi­tur cze­kał na Fi­skur, swoją stałą part­ner­kę. Pew­ne­go dnia biała niedź­wie­dzi­ca po pro­stu zni­kła, za­bie­ra­jąc ze sobą ich je­dy­ne­go po­tom­ka. Od tam­te­go czasu co­dzien­nie wę­dro­wał do miej­sca, gdzie wi­dział ją po raz ostat­ni, żeby szu­kać wszel­kich zna­ków na ziemi i nie­bie, jed­nak na próż­no. Prze­łęcz Gu­ri­no­ri. Tam, na dro­dze do są­sied­niej wio­ski, ślad się ury­wał.

Ist­niał jesz­cze jeden za­ką­tek, re­gu­lar­nie od­wie­dza­ny przez Hvi­tu­ra, a w nim coś, co go przy­cią­ga­ło jak ma­gnes: nie­bie­ski dom bli­sko morza – ten bez łań­cu­chów. Miesz­ka­ło w nim troje ludzi, on, ona i dziec­ko. To tam zmie­rzał owego śnież­ne­go, przed­wi­gi­lij­ne­go ­dnia. I każ­de­go in­ne­go, od kiedy pew­ne­go razu, tuż przed swoim znik­nię­ciem, Po­to­mek wró­cił wraz z Fi­skur do ja­ski­ni ze zmierz­wio­nym fu­trem i py­skiem ubru­dzo­nym świe­żą krwią. Sam nie od­niósł ran, krew nie po­cho­dzi­ła też od in­ne­go zwie­rzę­cia. Wy­dzie­la­ła obcą woń. Młody niedź­wiedź, ledwo przy­szedł, ze wzro­kiem wi­no­waj­cy od razu legł w naj­dal­szym kącie bar­ło­gu. Fi­skur ła­zi­ła nie­spo­koj­nie w tę i z po­wro­tem, po­war­ku­jąc. Hvi­tur zmie­rzył wzro­kiem za­krwa­wio­ny pysk syna, po czym od­wró­cił głowę i wy­szedł. Cóż mogło wy­ro­snąć ze szcze­nię­cia niedź­wie­dzi­cy po­lar­nej i is­bjor­na? O tym le­gen­dy mil­cza­ły.

Po­grą­żo­ny w za­prze­szłych wi­zjach Hvi­tur do­tarł do zna­jo­mej kępy splą­ta­nych brzóz omszo­nych. Spło­szył sowę śnież­ną, która nie­mal bez­sze­lest­nie po­de­rwa­ła się spo­mię­dzy po­skrę­ca­nych pnia­ków ko­lo­ru śnie­gu z po­pio­łem, po czym od­le­cia­ła w kie­run­ku Jak­na­jo­kól.

Z tego miej­sca Hvi­tur czę­sto ob­ser­wo­wał Zie­lo­ne Niebo nad za­to­ką Aidur.

I po­dwór­ko Re­inars­so­nów.

 

Z nie­bie­skie­go domu wy­szła dziew­czyn­ka w fio­le­to­wej kurt­ce, z ko­szy­kiem w ręku. Bro­dząc w śnie­gu zna­la­zła sa­mot­ny świer­czek, strzep­nę­ła śnieg z ga­łą­zek i czule je po­gła­ska­ła. Za­czę­ła wie­szać ozdo­by, wyj­mu­jąc z ko­szy­ka po jed­nej. Mu­sia­ła mar­z­nąć, bo wyżej i wyżej pod­no­si­ła sobie weł­nia­ny sza­lik. Słoń­ce ledwo wsta­ło, a nie­dłu­go za­mie­rza­ło za­cho­dzić. Wiatr strą­cał ozdo­by, a dziew­czy­na cier­pli­wie ło­wi­ła zguby w śnie­gu i znów je wie­sza­ła. Jasne włosy wy­sta­wa­ły spod kap­tu­ra i tań­czy­ły wokół za­czer­wie­nio­nych po­licz­ków dziec­ka.

Nagle silny po­dmuch za­trząsł drzew­kiem, za­wi­ro­wał śnieg. Biała ku­rzaw­ka za­sło­ni­ła Hvi­tu­ro­wi widok. Stał cier­pli­wie jak posąg, wie­dział, że to po­trwa mo­ment. Nie marzł, bo choć zda­wał się mieć wię­cej futra, niż tłusz­czu, w rze­czy­wi­sto­ści mię­śnie i sadło da­wa­ły mu dużo cie­pła – i siłę, któ­rej w pełni nie wy­ko­rzy­sty­wał.

Chwi­lę póź­niej drzwi nie­bie­skie­go domu otwo­rzy­ły się i na śnieg wy­bie­gły dwie za­kap­tu­rzo­ne po­sta­cie, jedna po­ma­rań­czo­wa, druga zie­lo­no-brą­zo­wa.

– Oli, Oliii! – krzyk­nę­ła ta po­ma­rań­czo­wa. – Wra­caj, bo cię prze­wie­je!

Przez ścia­nę pa­da­ją­ce­go śnie­gu Hvi­tur wy­pa­trzył trzy fi­gur­ki wcho­dzą­ce do domu i za­my­ka­ją­ce za sobą drzwi.

Po­sta­no­wił po­cze­kać do nocy, aż wszy­scy zasną.

Wtedy po raz pierw­szy w życiu zrobi uży­tek ze swo­jej le­gen­dar­nej siły. W końcu ten dom trzy­mał się tylko nieba.

 

W nocy Oli le­ża­ła, przy­tu­lo­na do bia­łe­go, plu­szo­we­go misia i roz­my­śla­ła. Jutro, w Wi­gi­lię, przy­ja­dą ciot­ki i wuj z tu­zi­nem ksią­żek, dziad­ko­wie przy­wio­zą cze­ko­la­do­we skuf­fu­ka­ka, a ku­zyn­ka Adda swo­je­go brzyd­kie­go męża, tego, co gry­wał w sza­chy ce­sar­skie. Puste na­kry­cie tra­dy­cyj­nie czeka na stry­ja Bal­du­ra. Brat Olo­fu­ra zgi­nął w wieku pięt­na­stu lat, a ko­le­żan­ka z klasy Oli raz pod­słu­cha­ła swo­ich ro­dzi­ców jak plot­ko­wa­li, że spo­tkał mło­de­go niedź­wie­dzia po­lar­ne­go wraz z matką. Że stryj nie wy­szedł z tego cało. I że ma to coś wspól­ne­go ze znik­nię­ciem łań­cu­chów. Ale kiedy za­czę­ła do­py­ty­wać, wszyst­kie­mu za­prze­czy­li.

Kilka razy w roku całą ro­dzi­ną od­wie­dza­li Bal­du­ra na miej­sco­wym cmen­ta­rzu. Oli uwa­ża­ła, że krzyż na jego gro­bie świe­cił naj­moc­niej ze wszyst­kich. Świetl­ne krzy­że miały za­stę­po­wać bli­skim zmar­łym świą­tecz­ne cho­in­ki. Kiedy wiatr po­ry­wał świa­tło i roz­sie­wał je wokół ni­czym ogień, w po­wie­trzu ma­lo­wa­ły się nie­sa­mo­wi­te ob­ra­zy, a krzy­że mru­ga­ły zu­peł­nie jak cho­in­ko­we lamp­ki. Lu­bi­ła od­wie­dzać grób stry­ja.

Z sy­pial­ni ro­dzi­ców do­cho­dzi­ło już chra­pa­nie. Po tych wszyst­kich przy­go­to­wa­niach zmo­rzył ich twar­dy sen. W pół­śnie Oli na­słu­chi­wa­ła ha­ła­sów ze stry­chu. Drew­no osła­nia­ją­ce ścia­ny domu morze wy­rzu­ci­ło kie­dyś na plażę. Pnie i ko­na­ry po­ko­na­ły długą drogę na fa­lach oce­anu, zanim tra­fi­ły do za­to­ki Aidur, gdzie po­słu­ży­ły na deski. Przy­by­łe wraz z nimi duchy dre­wien­ne naj­gło­śniej ha­ła­so­wa­ły no­ca­mi. Ich głosy przy­po­mi­na­ły szum po­łą­czo­ny z de­li­kat­nym stu­ko­tem.

Usły­sza­ła też inny, dziw­ny od­głos, jakby szu­ra­nia. W sa­lo­nie coś du­że­go spa­dło i stłu­kło się, a ścia­na przy łóżku za­czę­ła de­li­kat­nie drżeć. Była jed­nak już zbyt śpią­ca, żeby się bać.

 

W wi­gi­lij­ny po­ra­nek Eli­nor, Olo­fur i Oli sie­dzie­li przy stole w sa­lo­nie i jedli ka­nap­ki z “za grubo po­kro­jo­nym serem”, „znowu nie­do­my­tą” sa­ła­tą, po­pi­jąc „prze­cież za drogą” her­ba­tą. Ko­lej­ny raz oma­wia­li po­rzą­dek dnia. Po­rzą­dek? Na pod­ło­dze obok stołu, w czer­wo­nej ka­łu­ży le­ża­ły odłam­ki szkła, jesz­cze nie sprząt­nię­te po noc­nej ka­ta­stro­fie. Mama od nie­chce­nia zgar­nia­ła z ob­ru­su roz­sy­pa­ny cy­na­mon na za­pi­sa­ną kart­kę pa­pie­ru. Mo­gła­by go zo­sta­wić, po­my­śla­ła Oli. Pięk­nie pach­niał.

W pew­nym mo­men­cie dziew­czyn­ka za­mar­ła z kęsem ka­nap­ki w ustach.

Za oknem zo­ba­czy­ła wła­sno­ręcz­nie ubra­ny świer­czek!

Z okrzy­kiem ra­do­sne­go zdu­mie­nia pod­bie­gła do okna. Wszyst­kie bomb­ki, łań­cusz­ki i so­pel­ki wi­sia­ły na swo­ich miej­scach, przy­pró­szo­ne śnie­giem. Gwiaz­da błysz­cza­ła.

Nagle po­smut­nia­ła, nie­pew­na, czy się cie­szy, że ktoś ściął to drzew­ko. Kiedy jed­nak otwo­rzy­ła okno, by przyj­rzeć się uważ­niej i ro­zej­rzeć wokół, zro­zu­mia­ła w czym rzecz. Drzew­ko wcale nie było ścię­te. Ono tam rosło!

Ich dom prze­wę­dro­wał w nocy ja­kieś pięć me­trów!

– Oo, zo­bacz­cie, i o co było tyle krzy­ku – po­wie­dział z trium­fem w gło­sie Olo­fur. – Prze­cież cho­in­ka cały czas rosła nam tuż pod oknem! – stwier­dził, roz­pro­mie­nio­ny.

– Kur­czę… – Eli­nor ze śmie­chem krę­ci­ła głową. – Że też jej wcze­śniej nie za­uwa­ży­li­śmy! – po­wie­dzia­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Oli od­wró­ci­ła się od okna z nie­do­wie­rza­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy. Po­wio­dła wzro­kiem od mamy do taty i z po­wro­tem. No nie­moż­li­we, po­my­śla­ła.

Jej nie­po­praw­ni ro­dzi­ce nawet nie za­uwa­ży­li, że świat prze­su­nął im się o kilka me­trów!

 

Zmę­czo­ny po pra­co­wi­tej nocy Hvi­tur łapa za łapą zmie­rzał ku prze­łę­czy Gu­ri­no­ri. Minął wy­sta­ją­ce spod śnie­gu la­wo­we pi­ra­mid­ki, prze­kro­czył nigdy nie za­ma­rza­ją­cy stru­myk, który pach­niał wul­ka­nem i koił uszy jed­no­staj­nym szme­rem. Prze­stra­szo­ny lis czmyh­nął ze ścież­ki, po­rzu­ca­jąc przy­wle­czo­ne z za­to­ki rybie tru­chło. Poza tym pust­ka. Biało, cicho. Mimo to is­bjorn był nie­spo­koj­ny. Czuł się stary i sa­mot­ny.

Chcąc tro­chę od­po­cząć, przy­sta­nął. Czyż­by ktoś tu jed­nak był? Szedł za nim? Albo śle­dził go zza skał? Spoj­rzał za sie­bie, ni­ko­go. Sta­nął na tyl­nych ła­pach i roz­glą­dał się, uważ­nie prze­pa­tru­jąc oko­li­cę. W od­da­li wę­dro­wa­ło małe stado re­ni­fe­rów. Niebo bar­wi­ła de­li­kat­na zie­leń. Cza­ro­dziej­ski, zie­lo­ny wir prze­su­wał się nad Aidur, za­po­wia­da­jąc wy­jąt­ko­wą noc. Nie do­strze­gł­szy nic po­dej­rza­ne­go, Hvi­tur kon­ty­nu­ował wę­drów­kę, zo­sta­wia­jąc za sobą ślady sze­ro­kich, skie­ro­wa­nych do we­wnątrz łap z dłu­gi­mi pa­zu­ra­mi. Do Gu­ri­no­ri zo­sta­ło może sto niedź­wie­dzich kro­ków.

W pew­nej chwi­li wy­czuł nikły za­pach, który wydał mu się zna­jo­my. Usły­szał też słaby dźwięk. Metal, ka­mień, de­li­kat­ne dzwo­nie­nie. Chro­bot.

Gdy do­tarł na wznie­sie­nie, sta­nął jak wryty. Przed nim, na ścież­ce pro­wa­dzą­cej od prze­łę­czy do­strzegł duży, biały kształt. Kształt się po­ru­szał. Szedł w jego kie­run­ku.

To Fi­skur!

Sama. Brud­na i wy­chu­dzo­na. Z jej szyi zwi­sał gruby, pordze­wia­ły łań­cuch, przy­wle­czo­ny z miej­sca, gdzie mu­sia­ła być wię­zio­na te wszyst­kie lata. Że­la­zne ogni­wa ze­bra­ły po dro­dze szcząt­ki ro­ślin i czar­ne­go osadu, które przy­mar­z­ły doń razem ze śnie­giem. Gro­te­sko­wy na­szyj­nik.

Hvi­tur z ci­chym skom­le­niem przy­padł do uko­cha­nej. Wgryzł się w ob­ro­żę, za­ci­śnię­tą wokół jej szyi i ro­ze­rwał ją. Po­zo­sta­ły ślad mówił o dłu­gim cza­sie, jaki upły­nął od ich ostat­nie­go spo­tka­nia. Wolna, choć le­d­wie żywa Fi­skur po­trzą­snę­ła łbem, a póź­niej wy­da­ła z sie­bie prze­cią­gły ryk. Kiedy przy­war­li do sie­bie, trwa­li przy­tu­le­ni tak długo, aż pod war­stwą futra po­czu­li na­wza­jem swoje cie­pło. Ich od­de­chy pa­ro­wa­ły w mro­zie, wśród po­mru­ków i po­sa­py­wań. Oczy Fi­skur do­po­wie­dzia­ły Hvi­tu­ro­wi hi­sto­rię, któ­rej wo­łał­by nigdy nie po­znać. Teraz wszyst­ko było jasne. Po­to­mek ludz­ki zgi­nął przez po­tom­ka niedź­wie­dzie­go – a lu­dzie nie znali prze­ba­cze­nia za śmierć. Oko za oko, ząb za ząb. Cho­ciaż z ja­kie­goś po­wo­du oszczę­dzi­li Fi­skur.

Tylko, że le­gen­dar­ny Hvi­tur nigdy nie za­bi­jał, nie robił tego przez ponad sto lat ży­wo­ta i nadal nie czuł zewu krwi. Nie roz­po­zna­wał swo­jej na­tu­ry w tej opo­wie­ści. Zro­zu­miał tyle, że wła­śnie tej nocy praw­do­po­dob­nie po­mógł córce wro­gów.

Teraz jed­nak ważna była tylko Fi­skur. Zmę­cze­nie cał­kiem zni­kło, Hvi­tu­ra roz­pie­ra­ła ra­dość i unie­sie­nie. Kiedy zmie­rza­li w stro­nę ja­ski­ni, w dole przed nimi mi­go­ta­ły świa­tła wio­ski, białe pola ze­śli­zgi­wa­ły się do morza, a niebo zdo­bił tań­czą­cy szma­ragd.

Wśród tych zie­lo­nych wirów tań­czą dusze wszyst­kich umar­łych cho­inek. Chciał­by to kie­dyś po­ka­zać dziew­czyn­ce z nie­bie­skiej chaty. Cóż była winna nie­zna­nej sobie prze­szło­ści? Zło nie dzia­ła wstecz. Nie­chaj wszyst­kie nie­ży­ją­ce isto­ty odnaj­dą swoje świa­tło, a w wę­dru­ją­cej cha­cie nad mo­rzem ta ludz­ka ro­dzi­na niech po­dzi­wia mały, wi­gi­lij­ny cud. Córka czło­wie­ka musi wie­dzieć, że wszyst­ko jest moż­li­we.

Po tylu la­tach znów czu­jąc obok sie­bie cie­pło Fi­skur, on sam był tego pe­wien.

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć Blue_Ice:)

Przeczytałam dawno temu (chyba niedługo minie rok) Twoje opowiadanie na konkurs „Jestem legendą”, o himalajskich anaeredach:) Dla mnie było bardzo ciekawe, przez słowo, język i żałowałam, że nie można Cię spotkać już na forum. 

 

Tutaj znajduję cudne pomysły, jednak mam wrażenie przegadania, za dużo miejscami dookreślania, tak jakbyś płynęła i kłopot nie jest w tym, że odpływasz, lecz że tekst staje się jednostajny, ponieważ nie łamiesz rytmu. Nie znam się na tym, opisuję tak, jak potrafię najlepiej. To odczucia czytelnika, w dodatku dorosłego – niestety, i być może, po prostu, moja preferencja, więc… nie wiem.

Podam przykład:

‚W miejscowej legendzie nazywano go Białym, Który Przenosił Góry. Gdy stawał na tylnych łapach, sięgał niejednego dachu, w górach niejeden głaz strącił w przepaść, ale był łagodny do granicy własnego niebezpieczeństwa. Chodził powoli, często przystając i nasłuchując. Mawiano, że dzięki nadzwyczaj wrażliwemu zmysłowi słuchu potrafił usłyszeć erupcję wulkanu kiedy jeszcze sam wulkan nie był pewien, czy chce wybuchnąć.

Świeży, kopny śnieg stanowił najlepszy kamuflaż dla tego legendarnego isbjorna, spokrewnionego z pradawnym roślinożercą, niedźwiedziem o krótkim pysku. Zimą częściej zbliżał się do ludzi. Na zapleczach domostw, w ciemnościach aidurskich pól magmowych, Hvitur potrafił widzieć, sam pozostając niewidoczny. Ot, jakiś niewyraźny ruch zauważony kątem oka, sekundę później zapomniany. Co lepiej zaprawieni wódeczką biesiadnicy czasem żartowali, że widzą wędrujące zaspy.

Nad wyboldowanymi zastanowiłabym się, czasami nawet nie tymi konkretnie, lecz obok. Eh, mędrkuję:(

Czy, np. tutaj, przyspieszyłabym:

Jednak na próżno. Miejsce nazywano Przełęcz Gurinori – i tam, na wąskiej drodze prowadzącej do sąsiedniej wioski, ślad się urywał.

 

Wiwat pomysły i opowieść – jest dobra, lecz (chyba?) trzeba byłoby na nią jeszcze rzucić jednym okiem;) i co-nieco skasować.

 

Poskarżę się do biblio, ponieważ pozostanie mi w pamięci, na pewno!

pzd srd:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – dziękuję, że przeczytałaś i słowem przyjaznym się podpisałaś :) Za Twoją namową usunęłam kilka słów, np. we wskazanych przez Ciebie fragmentach (choć nie w każdym z nich).

Bardzo chciałam to napisać i zdążyć, mimo, że miałam kilka chwil, w ciągu kilku dni (po pół chwili na dzień ;) ) Przez to kilka słów za dużo mogło się niestety wymsknąć… :( Ale, nie marudzę, nie-ma-ru-dzę! ;)

Pozdrawiam ciepło, jak to w zimie! :)

Edit: o, sorry, Ty, widzę, też w tym konkursie – zatem powodzenia! :)

Aha, skasowałam tag "bajka", żeby dorośli nie czuli się zbyt dorośle ;)

O, i choinka rozbłysła! ;) To teraz czekam, może jeszcze jaka gwiazda z nieba spadnie… albo chociaż z choinki :P

Hej, przychodzę z moim komentarzem po lekturze. Opowiadanie jest dla mnie ciekawe i posiada równie ciekawe zakończenie. Zakończenie jest chyba najlepszym elementem. To są rzeczy, które widzę na pierwszy rzut oka. Muszę przyznać, że brakuje mi kontekstów, żeby uchwycić całość. Domyślam się, że zainspirowały Cię podania z mitologii nordyckiej, ale nie potrafię ocenić ile tutaj pracy nad znanym motywem, a ile niezależnej kreacji. (Znalazłem też smoka, więc to może ten trop).

Wspominam powyżej o tym, ponieważ ciekawi mnie sama historia tego motywu, ale muszę powiedzieć również, że zagubiłem się podczas lektury. Może ja nie podszedłem poważnie do czytania, może opowieść, choć ciekawa, nie wciągnęła mnie. Gdyby miało być tutaj coś do poprawy to, byłaby to zapewne narracja, która opowiada o dwóch splatających się ze sobą historiach. W tym aspekcie zabrakło jak dla mnie wyraźniejszych połączeń.

Zapis wyszedł według mnie całkiem nieźle. Bywały momenty dobre, lecz czasem coś mi tam zgrzytało. Nie sporządziłem notatek, ale widzę również w komentarzu, że spieszyłaś się z tekstem. Dlatego myślę, że warto będzie poprowadzić małą redakcję, czy zwyczajną korektę. Wpisałaś opowiadanie w baśniową konwencję, więc trudno rozstrzygać jednoznacznie zawiłości logiczne. Niemniej to też wziąłbym pod uwagę podczas wspomnianej małej edycji.

 

Podaję przykład:

Usłyszała też inny, dziwny odgłos, jakby szurania. W salonie coś dużego spadło i stłukło się, a ściana przy łóżku zaczęła delikatnie drżeć. Była jednak już zbyt śpiąca, żeby się bać.

Coś dużego spadło i stłukło się, ściana delikatnie zadrżała, bohaterka jest śpiąca, więc zasypia bez strachu. Ja na miejscu dziewczynki włączyłbym wszystkie możliwe światła, biegałbym z kałasznikowem dzwoniąc w międzyczasie po egzorcystę XD

Trochę tajemnicze opko. Zaczynasz od domów zakorzenionych w niebie i przymocowanych do podłoża łańcuchami. Na dodatek domek małej bohaterki jest wyjątkiem z powodów wielce tajemniczych. Tym pobudziłaś moją ciekawość. Ale nie idziesz tym tropem, wykorzystujesz go nijako pobocznie. Rodzice nie chcą wyjaśnić dziecku o co chodzi.

Wprowadzasz Hvitura, kreaturę, o której nigdy nie słyszałam i mimo pytań zadanych wujkowi Guglowi, nadal niewiele o nim wiem. Wychodzi mi że był smokiem, ale nie wiem, czy to właściwy trop, bo w pewnej chwili piszesz:

Cóż mogło wyrosnąć ze szczenięcia niedźwiedzicy polarnej i isbjorna?

Tyle że isbjorn to po duńsku i norwesku niedźwiedz polarny właśnie.

Jest jeszcze wątek partnerki Hvitura i ich syna. Domyślam się, że jakoś wiąże się z łańcuchami chaty dziewczynki, ale nie rozumiem jak. To znaczy rozumiem, że to syn Hvitura zabił stryjka Baldura, ale dalej nie wiem, jak się to ma do zakotwiczenia domku.

 

Zostawiasz mnie z ogromną ilością pytań. Myślę, że to świetny pomysł, ale na coś dłuższego, żebyś mogła spokojnie pokazać te wszystkie zależności.

Mersayake – dziękuję za przeczytanie i uwagi! :)

Ja tego Hvitura prawdę mówiąc zmyśliłam… Owszem, klimat, wygląd miejsca, nazwy/imiona przywodzą na myśl pewien kraj nordycki i to zrobiłam świadomie, z miłości, jestem bowiem zdeklarowaną miłośniczką Północy, nie jednego, a kilku krajów nordyckich (hmm…właściwie wszystkich). Jednak po gotowe elementy mitologii, dajmy na to, takiej właśnie Islandii, akurat nie sięgnęłam w ogóle. Opko powstało z pewnego obrazu, który miałam w głowie, i który potem w końcu zaistniał tylko w domyśle, poza kadrem, bo isbjorn (isbjørn po norwesku to po prostu niedźwiedź polarny), kiedy już powstał, poprowadził mnie w swoją stronę ;) Hvitur jest tworem powstałym ze skrzyżowania prehistorycznego niedźwiedzia krótkopyskiego (uważanego za największego niedźwiedzia na świecie), niedźwiedzia jaskiniowego, białego i księżycowego (himalajskiego) oraz moich fantazji…

Co do Twoich uwag technicznych, to oczywiście wezmę je sobie do serca, przemyślę, noo…korekty teraz i tak nie wypada mi robić. Ale później jeszcze raz na wszystko zerknę chłodnym okiem (i szkiełkiem ;)

Jeśli chodzi o dziewczynkę, o to, że nie pobiegła sprawdzać co się dzieje, to jednak mam usprawiedliwienie – ona była przyzwyczajona do harców duchów drewiennych (również przeze mnie wymyślonych – natomiast już to, że np. Islandczycy częściowo pozyskują drewno z tego, co wyrzuci im morze, to akurat fakt) . Starałam się zawrzeć w tekście – że ona, w ogóle aidurczycy, byli z tymi istotami, można powiedzieć, zżyci, dlatego Oli nie była skłonna jakoś szczególnie panikować, no i sen zwyciężył. Ponadto…wiesz…a ja na przykład bym (w tamtym wieku zwłaszcza, a może nawet i teraz ) ABSOLUTNIE nie wstała i nie poszła zobaczyć, co się dzieje! :D I im bardziej bym się bała, tym bardziej bym nie poszła :) raczej wtuliłabym się mocniej w poduszkę i czekała, aż samo przejdzie. Ale wiem, wiem, że podałeś tylko przykład.

Pomyślę też jeszcze nad tymi powiązaniami wątków. Jest mi z tym ciężko, bo panicznie boję się łopatologii, niepotrzebnych dopowiedzeń. Dlatego stwierdziłam, że skoro całość jest w konwencji baśni, ma być atmosfera mrocznej tajemnicy, to jednak lepiej przedobrzyć w stronę niedopowiedzenia, niż kawy na ławę. …ale mogłam przesadzić, bo to dla mnie szczególnie trudna kwestia.

Dziękuję jeszcze raz za wizytę – no i powodzenia! ;)

Wiedziałam, Blue_Ice, że go zmyśliłaś. :DDD i te domy do góry nogami, cudne!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ojj, sorry… pisałam i pisałam ten komentarz do Mersayake, klinęłam, a tu kolejny komentarz.

Irka_Luz – witaj, dzięki za odwiedziny i ocenę sytuacji :)

Po części na Twoje pytania odpwiedziałam już powyżej, więc pozwól, że się po prostu do tego odwołam. Hvitura nie można było znaleźć w google właśnie dlatego, że nie istnieje, nawet w mitologii. Mimo to akurat Hvitura opisałam, myślę, dosyć dokładnie. Nie wiem, skąd skojarzenie ze smokiem, wydaje mi się dość odległe, zwłaszcza, że smok to w podstawowym skojarzeniu latający, ziejący ogniem, drapieżny gad… Nie ma chyba w tekście nic, co by naprowadzało na smoka, wszystko kieruje w stronę niedźwiedzi. Prawdę mówiąc natomiast nie wpadłam na to, żeby pisząc, googlować całkowicie zmyślone imię dogłębnie zmyślonego przez siebie stwora! :D Imię powstało dokładnie z tego, że “hvit” to po norwesku “biały”, a końcówka “-ur” pojawia się często w islandzkich imionach.

Co do tego, jak się mają łańcuchy przy domu i na szyi niedźwiedzicy, to na moje własne wyczucie tam jest tych “hintów” wystarczająco dużo i resztę czytelnik sobie dopowie. Nie potrafię tego teraz inaczej skomentować, nie spoilerując… Powtórzę tylko, że kwestia nadpowiedzień i niedopowiedzeń jest dla mnie trudna. A odbiór bardzo różny.

Pozdrawiam i powodzenia!

 

Asylum – :) A zmyślanie Hvitura czyniłam z ogromną przyjemnością! :)

Domy do góry nogami?…Eee… :P To była taka metafora… W sensie, że ich dachy wrastały w niebo bardziej, niż ich podłoga w ziemię, a tym kierunku… ;)

Smoka znalazłem tutaj → https://skrzydla-ognia.fandom.com/pl/wiki/Hvitur

Mersayake…no…nic na to nie poradzę… Nie czuję się winna tej sytuacji. Mój bohater razem ze swoim imieniem powstał od początku do końca w mojej głowie, starałam się dobrze go opisać na potrzeby tego tekstu. “Gotowa” mitologia do tej pory rzadko znajdowała się w polu moich głębszych zainteresowań. Jeśli chodzi o pisanie, wolałam zawsze tworzyć swoich bohaterów sama… Natomiast kocham przyrodę, krajobrazy skandynawskie, tamtejszą muzykę, aurę, różne aspekty kultury w ogóle. Plus poznałam osobiście kilka trolli ;)

Wiesz, to nie problem dla mnie, że w Necie jest jakiś smok, który nosi imię Twojego bohatera. Wspomniałaś, że nie wiesz skąd ten smok, więc podrzuciłem link. Przedstawiłem źródło mojego wprowadzenia smoka do tematu i tyle. (wpisałem w Google i było). Nie rozumiem dlaczego miałabyś czuć się winna czemukolwiek. Chyba rozmawiamy sobie luźno, co nie? Także tego, miłego tygodnia.

:) Nie, ja nie w tym sensie…po prostu tak sobie zebrałam tę kwestię smoka i zaglądania do googla, ale nie obraziłam się za Twoją wypowiedź :) Wprost przeciwnie, jestem wdzięczna za Twój głos w dyskusji, napisałeś naprawdę życzliwie i delikatnie, nawet się nie zestresowałam – dziękuję :) Również miłego tygodnia!

Hvitura nie można było znaleźć w google właśnie dlatego, że nie istnieje

Przyzwyczajenie. Najczęściej ludzie wykorzystują mitologiczne stwory, które już istnieją. Stąd, kiedy mam coś, czego nie znam, od razu sprawdzam. I też wyskoczył mi smok, choć od początku nie pasował. ;)

 

Co do tego, jak się mają łańcuchy przy domu i na szyi niedźwiedzicy

Biję się w piersi. Te na szyji niedźwiedzicy jakoś przegapiłam.

 

 

Irko – rozumiem, to był odruch. Jako czytelniczka naszych świątecznych opek konkursowych złapałam się we wręcz przeciwną pułapkę, można by rzec – czytałam pewne opowiadanie o istocie z dość odległej nam mitologii i nie wiedzieć czemu założyłam (może sądząc po sobie?), że autor tę postać wymyślił, no po prostu jakoś do głowy mi nie przyszło, że nie – i najpierw rozochociłam się intrygującymi motywacjami owej postaci, żeby później polec na ich samodzielnym rozszyfrowywaniu, bo z kolei autor chyba właśnie liczył na znajomość/zapoznanie się z ową postacią “poza kadrem” i żadnej wskazówki we własnym tekście nie dał. W ogóle to czas przedświąteczny jest dość zabudowany czasowo i emocjonalnie (mój jest niestety ostatnio tak zabudowany non stop) dlatego trudno było zapewne wszystko ogarniać jeszcze pod limit, po prostu były ogromne chęci napisania czegoś fajnego dla Czytelników, nawet, żeby ich grono miałoby zawęzić się do uczestników konkursu… ;)

Kurczę, musiałam edytować…w dwóch miejscach zostało imię Kari, tam, gdzie powinno być już Fiskur. Zmieniałam wersję imienia tylko raz, ale widocznie zdolnemu wystarczy, żeby walnąć gafę. Dobra duszyczka mi to właśnie wytknęła, ta co siedzi tu obok mnie teraz ;)

Powiało dojmującym chłodem północy, ale opowieść wydała mi się nadzwyczaj ciepła. ;)

Jeśli nie wszystko od razu splotło się w jasna całość, pomogły komentarze, dzięki którym opowieść stała się oczywista i czytelna, a świątecznego klimatu znalazłam tu pod dostatkiem. Podobało mi się wspomnienie o dramacie, który dotknął rodzinę dziewczynki, ale też nie bez znaczenia okazał się dla Hviturowego syna i jego matki. Zakończenie odebrałam jako wzruszające i szalenie optymistyczne.

Blue_Ice, ogromnie się cieszę, że znów mogłam przeczytać Twoje opowiadanie. ;)

 

dzię­ki wraż­li­we­mu zmy­sło­wi słu­chu po­tra­fił usły­szeć erup­cję… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …dzię­ki wraż­li­we­mu zmy­sło­wi słu­chu po­tra­fił wyczuć erup­cję

 

Nie­bie­ski dom bli­sko morza, ten bez łań­cu­chów. Miesz­ka­ło w niej troje ludzi… ―> Piszesz o domu, więc w drugim zdaniu: Miesz­ka­ło w nim troje ludzi

 

Jutro, w wi­gi­lię, przy­ja­dą ciot­ki i wuj… ―> Jutro, w Wi­gi­lię, przy­ja­dą ciot­ki i wuj

 

jedli ka­nap­ki ze „zło­śli­wym” serem… ―> Co to jest „złośliwy” ser?

 

Mo­gła­by go zo­sta­wić, po­my­śla­ła Oli. Pięk­nie pach­niał. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Kiedy jed­nak otwo­rzy­ła okno, by przyj­rzaeć się uważ­niej… ―> Literówka.

 

Spod łap czmych­nął mu lis… ―> Spod łap czmych­nął lis

 

Sta­nął na tyl­nych ła­pach i roz­glą­dał się, uważ­nie ska­nu­jąc oko­li­cę. ―> Czy na pewno skanował?

A może: Sta­nął na tyl­nych ła­pach i roz­glą­dał się, uważ­nie lustrując/ przepatrując oko­li­cę.

 

Uły­szał też słaby dźwięk. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – witaj! :) Dziękuję bardzo za jak zwykle światłe uwagi i miłe słowa o tekście, no i za punkcik ku szerszemu gronu czytelników!

Ze “złośliwym” serem było tak, że w całym tym fragmencie chodziło mi o pewien zabieg: nacechowanie jedzenia odpryskami przedświątecznych sprzeczek rodziców Oli…tyle, że “złośliwy” odbiegło trochę dalej…a ponieważ nie wydumałam sobie tej formy ekspresji w pocie czoła, tylko wyszło mi to jakoś naturalnie, to zaufałam intuicji…Czasu na decyzję miałam niewiele, a sposób na kondensację tekstu wydawał się zbyt kuszący, żeby nie zaryzykować…

Jeśli chodzi o nigdy niezamarzający, to myślałam, że: zawsze niezamarzający, ale nigdy nie zamarzający…coś pomyliłam, tak?

Co do zapisu myśli, to mam taką słabość, że nie lubię jakiegokolwiek graficznego podkreślania, że myśl to myśl – w książkach nagminnie napotykam myśli niewyróżnione graficznie, takie zupełnie swobodne podejście, bo i tak zazwyczaj wiadomo, że to myśl – i czyja. No to to wg mnie takie wybijanie czytelnika z rytmu…:/ Z drugiej strony pewnie wtedy już konsekwentnie nie dodaje się “pomyślała Oli”…? :P

Mam pytanie: czy myślisz, że mogę wprowadzić Twoje zacne uwagi do tekstu od razu, czy jednak czekać na zakończenie konkursu? Zwyczajnie nie wiem…

 

Bardzo mi miło było gościć Ciebie w moich progach, mam nadzieję, że tym razem wrócę z nowym tekstem prędzej, niż za rok…Mogę tylko napisać, że niemalże duszę bym zaprzedała za więcej czasu, a czasami i po prostu siły na pisanie…:/ na Hvitura zyskałam odrobinę przedświątecznego czasu, bo wymiksowałam się ze służbowego wyjazdu…na Islandię (panicznie boję się latać) ;)

Pozdrawiam serdecznie :)

Ze “zło­śli­wym” serem było tak, że…

Widzisz, Blue_Ice, ja w ogóle nie jadam serów i zupełnie nie znam się na nich, więc pomyślałam, że złośliwy ser to może szczególna cecha jakiegoś miejscowego sera. ;)

 

Jeśli cho­dzi o nigdy nie­za­ma­rza­ją­cy, to my­śla­łam, że: za­wsze nie­za­ma­rza­ją­cy, ale nigdy nie za­ma­rza­ją­cy…coś po­my­li­łam, tak?

Obawiam się, że to nie Ty, a ja coś pokręciłam. Usuwam tę uwagę. :(

 

Co do za­pi­su myśli, to mam taką sła­bość, że nie lubię ja­kie­go­kol­wiek gra­ficz­ne­go pod­kre­śla­nia, że myśl to myśl…

Rozumiem, Twój zapis nie jest błędny, ale nie wiedziałam, czy nie wyróżniłaś go celowo, czy z innej przyczyny. Dlatego podpowiedziałam , że myśli można zapisywać na kilka sposobów. :)

 

Mam py­ta­nie: czy my­ślisz, że mogę wpro­wa­dzić Twoje zacne uwagi do tek­stu od razu, czy jed­nak cze­kać na za­koń­cze­nie kon­kur­su? Zwy­czaj­nie nie wiem…

Na stronie panuje zwyczaj, że po zakończeniu konkursu, a przed ogłoszeniem wyników, autorzy nie poprawiają tekstów.

Ale zawsze możesz zapytać jurków w wątku konkursowym.

 

Blue_Ice, życzę Ci dużo wolnego czasu i stałego towarzystwa Pani Weny. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorzy! :) Pani Wena jest akurat zazwyczaj bardzo łaskawa, niestety życie zbyt rzadko pozwalało jej dojść (skutecznie) do głosu.

Co do poprawek, to wyczytałam, że drobne można wnieść, ale wtedy napisać o tym w przedmowie…? Przeoczyłam poprzednią wersję imienia bohaterki pokutującą w dwóch miejscach w miąższu tekstu (Kari – Fiskur), a nikt o tym nie wspomniał przed terminem, ja zaś sobie z tego nie zdawałam sprawy… Dopiero rodzinny radar wykrył…Poprawiłam dla dobra sprawy, ale napisałam o tym w przedmowie. W najgorszym razie Jurorki wezmą to pod uwagę i ocenią ze starym błędem… Nie wiedziałam, co mam robić, szczerze mówiąc, to chyba dość specyficzna usterka… Oczywiście więcej nic nie poprawiałam, to był wyjątek.

Myślę, że jeśli czyni się coś dla dobra czytelnika, to powinno być wybaczone. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam taką nadzieję! :) Po prostu nie chciałam przeszkadzać w rozumieniu następstwa zdarzeń (chociaż nikt się wcześniej nie poskarżył na to konkretnie ) – no ale że to, jakby nie było, przede wszystkim moje przeoczenie, to się przyznałam. Twoją korektę wprowadzę po 6-tym.

Spodobała mi się Twoja opowieść. Ma klimat. Fajnie, że wymyśliłaś bohatera od początku i wyszło Ci to naprawdę zgrabnie. Dobrze, że Twój niedźwiedź jest łagodny i nie szuka zemsty. Na początku trudno było mi wyobrazić sobie te domy, ale na szczęście później poszło gładko.

 

Powodzenia w konkursie :)

Monique.M – w imieniu Hvitura dziękuję za zainteresowanie i miłe podejście :) W istocie – nie, Hvitur nie odnajduje w sobie krwiożerczych instynktów, dlatego też trudne było dla niego odkryć, że jego syn – i owszem.

Domy z korzeniami w niebie to taka przenośnia…Trochę na podobnej zasadzie, że człowiek może mieć rodzinne, rodowe korzenie gdzieś tam, np. na Islandii…takie mentalne. W przypadku domów – te aidurskie (Aidur też zmyślone) domy bardziej trzymają się nieba, niż ziemi = nie za bardzo trzymają się w ogóle :)

Pozdrawiam!

I powodzenia w konkursie, również! :)

Nie wiem, co w tym opowiadaniu mi nie pasuje. Bo w zasadzie wszystko jest na swoim miejscu. Jest klimat, zarówno świąteczny, jak i baśniowo-skandynawski. Jest fajna bohaterka i fajny bohater. Oboje mają ciekawą (może aż nazbyt bogatą) historię i osobowość. Jest również jakiś cel, narracja wprawdzie rozwija się raczej powoli, a cel w postaci choinki nie do końca określony, jednak oba spostrzeżenia równie dobrze można potraktować jako negatywy, jak i pozytywy. Jest też pozytywne przesłanie na koniec. A jednak coś w wykonaniu, coś w warsztacie literackim, przeszkadza mi czerpać taką przyjemność z czytania, na jaką ta historia zasługuje.

Bogactwo świata i bohaterów, sprawia jednak, że z czystym sumieniem mogę to opowiadanie rekomendować do biblioteki.

Fizyku111 – piękne dzięki za klika! Starałam się nasączyć atmosferą i dobrze opowiedzieć trochę, na ile limit pozwolił (aczkolwiek nie skarżę się, zbyt szczodre z kolei potrafią mnie przerazić ;) )o dziewczynce marzącej o prawdziwej, świątecznej choince i stworzyć jak najadekwatniej motyw Hvitura, namalować fragment jego legendarnego żywota…Co do warsztatu, powtórzę może z któregoś z moich pierwszych komentarzy – jeśli coś nie gra, to prawdopodobnie przez drastycznie mało czasu, jaki wyszarpnęłam życiu na napisanie tego. To były po prostu godziny… Miłościwej korekty nie wprowadziłam, ponieważ nadeszła po terminie (o co było nietrudno, bo oddałam tekst zaledwie dzień przed jego upłynięciem), a ja zadeklarowałam tylko jedną jedyną sprawę(wychwyconą na żywo), którą w trybie późnym poprawię i nic więcej. Mogłam po prostu tego opka nie zamieszczać, ale szkoda mi było, bo wizję tego, co ma w nim zaistnieć miałam tak wyraźną, jakbym tam była, w tym moim Aidur…No i niestety sytuacja czasowa po Wigilii nie rysowała się na tyle obiecująco, bym mogła być pewna dalszych losów opka… Pozdrawiam – i powodzenia! :)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

:) Morgiano – dziękuję i pozdrawiam.

Przepraszam, często wyjeżdżam służbowo i wtedy piszę tylko na komórce, a tam w treści opka otwiera się jakiś maczek, a w komentarzu “edytuj” muszę klikać w ciemno, stąd własne przypadkowe "zgłoszenia"…

Wyniki, wyniki i po wynikach :) – od razu też kilka poprawek naniosłam, może jeszcze coś znajdę.

Ładne :)

Przynoszę radość :)

Anet, witaj :) I dzięki za odwiedziny i przeczytanie. Miło mi, że Ci się podoba :)

Ładne, klimatyczne opowiadanie z oryginalnym świątecznym motywem. Skoro już po konkursie, zgłaszam do biblioteki. :)

Duży plus za to, że nie tylko sięgnęłaś do mitologii, ale nawet wymyśliłaś własnego stwora. Przeczytałam tę historię z przyjemnością. W niektórych miejscach skróciłabym tekst i zmniejszyła liczbę niedopowiedzeń, ale to moje osobiste preferencje.

Dziękuję bardzo, ANDO :) Bardzo się cieszę i dziękuję za słowa uznania, za klik dziękuję tym bardziej ;) A osobiste preferencje też są ważne. Pozdrawiam!

zmęczyło mnie, nie mogłem się skoncentrować, może po prostu nie lubię mitologicznych opowiastek gdzie za mało się dzieje. ALE. Przedostatni akapit świetny, baardzo mi się spodobał :)

blacken – dzięki za odwiedziny i komentarz. Aż tak bardzo mitologiczne opko nie jest, po prostu zwierzaka nieco zmitologizowałam, tak trochę na niby ;) …więc martwi mnie, że aż zmęczyło…i jednak ciekawi czym, bo jednakowoż nie chciałabym pisać męczących tekstów :P No, ale dobrze, że przynajmniej przedostatni akapit Ci się spodobał :)

Nowa Fantastyka