- Opowiadanie: arko - W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO - BAJKA TROCHĘ PSEUDONAUKOWA

W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO - BAJKA TROCHĘ PSEUDONAUKOWA

Poprzedni tekst skasowałem. Obecny jest po pierwszej redakcji.  100 % będzie w ebooku, pewno za free.  

Będzie jeszcze druga redakcja.  Wydrukuję 15 sztuk, w cyfrze. Jest to zabawa. 

Tekstu jest więcej, podobnie jak i rysunków.  

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO - BAJKA TROCHĘ PSEUDONAUKOWA

 

Dzień miał się ku końcowi. Zmęczony już byłem, a miałem jeszcze uśpić wnuczkę, co nie wywoływało we mnie entuzjazmu.

Inga to bardzo żywe dziecko. W zasadzie nie chodzi, tylko biega, do tego przez cały czas mówi, mówi i mówi.

Czasami – kiedy już zasnęła – przyglądałem się jej i zadziwiał mnie ten stan bezruchu, w jaki sen ją wprowadzał. Inga a bezruch… Hmm, to sprzeczność.

– Inga! Opowiedziałem ci już dwie bajeczki i zamykaj oczka, bo Morfeusz za oknem już czeka – powiedziałem stanowczo, lecz łagodnie. Ten mój pomysł z Morfeuszem od jakiegoś czasu działał. Początkowo wnuczka była nieufna i traktowała to jak bajkę, do czasu aż pokazałem jej jakiś jego wyguglowany wizerunek. W necie jest jednak jakaś siła perswazji.

– Dziaaadeeek! A możesz mi jeszcze powiedzieć jedną, ostatnią bajeczkę? Plisss!

– Dobrze, ale masz mieć zamknięte oczka, bo inaczej Morfeusz nie zabierze cię do krainy snów. Gdy tylko otwierasz oczka, to on ucieka!

Inga nic nie odpowiedziała, ale widać było po niej, że intensywnie myśli, bo lekko zmarszczyła brwi. Widziałem to, ponieważ usypiała przy zapalonej lampce, która rzucała słabe światło. Jak ją próbowałem wyłączyć, Inga zawsze się awanturowała, więc dałem sobie z tym spokój.

– Dziaaadeeek? A czy może mnie Morfeusz zabrać z tobą, na sam koniec kosmosu? – Ostatnie słowo wypowiedziała niewyraźnie, bo lekko przy tym ziewnęła. To był dobry znak. Już wiedziałem, że od pierwszego ziewnięcia do zaśnięcia zazwyczaj upływało tylko kilka minut.

– Tak, Żelku. Dziś Morfeusz zabierze ciebie i mnie na sam koniec kosmosu – powiedziałem to wolno i szeptem, aby mój głos był kojący i usypiający.

Czasami nazywałem Ingę Żelkiem – to przezwisko nawet do niej pasowało. Wystarczyło na nią krzyknąć, a mogła się rozkleić… niczym prawdziwy żelek zbyt długo przetrzymywany w ciepłej dłoni.

Inga tę ksywkę nawet polubiła. Nie zdradzę poprzedniej, bo gdy ją wypowiadałem, nie patrzyła na mnie – była zła. Miała wtedy kilka lat i nazywała się Inga Narczyk. Nazwisko sobie skracała, pewno przez trudność wymowy. Ona była Inga Narczyk, a nie jakaś tam… 

– Na koniec kosmosu prowadzą dwie drogi: jedna dłuższa, druga trochę krótsza. Którą polecimy, Żelku? No i bardzo się cieszę, że razem z tobą zobaczę, co jest na końcu wszechświata.

– Okej. Ale polecimy krótszą drogą – powiedziała to ledwo słyszalnym głosem, po czym dłuuugo ziewnęła i… chyba usnęła.

Zawsze kiedy usypiam wnuczkę, staram się trzymać ją za rączkę albo w jakiś inny sposób położyć moją dłoń na jej. Miało to wymiar praktyczny, ponieważ tuż przed zaśnięciem mogłem wyczuć u dziecka delikatne zrywy przysenne. Odliczałem wtedy do dziesięciu i spokojnie mogłem wstać i odejść od łóżeczka, bez obawy, że usłyszę kolejne „Dziaaadkuuu”?

Usypianie wnuczki było uciążliwe, ale miało w sobie też coś, co wynagradzało mi trud włożony w uśpienie dziecka. Opowiadałem jej wtedy, jak powstało nasze słoneczko i kiedy ono umrze. O tym, że gwiazdy na niebie są również innymi słoneczkami i że gdzieś tam, daleko w niebie, może jakaś inna dziewczynka teraz usypia i spogląda na naszą gwiazdkę. Mówiłem o tym, że jak nasze Słońce będzie umierać, to ludzie polecą rakietami na Tytana, księżyc Jowisza, bo na Ziemi będzie za gorąco. Za cztery miliardy lat na pewno nas już nie będzie, ale świat dziecka musi być bezpieczny i piękny, więc o mniej przyjemnych rzeczach jej nie mówiłem.

Opowiadałem o wszechświecie. O tym, jak ogromny jest, i o tym, że powinien mieć koniec. Rozmawiałem z sześciolatką – skoro wszystko dla niej musiało mieć koniec, to i wszechświat musiał mieć koniec.

Ja w to wierzę. Można oczywiście tworzyć inne wymiary, zakrzywiać przestrzeń lub prostować według uznania, ale te wyjaśnienia są dla mnie mętne. No bo jeśli wszechświat wyobrazimy sobie jako sferę, niemającą początku ani końca, choć o skończonej powierzchni, to jednak sferę wyobrażamy sobie zawieszoną w trzecim wymiarze. Sfera wszechświata jest tu tylko prostą wizualizacją analogicznych, trójwymiarowych struktur przestrzeni. Po co mnożyć ilość bytów ponad potrzebę? Znamy trzy wymiary przestrzenne i przyjmijmy więc, że najbardziej prawdopodobne jest to, że wszechświat też je ma trzy. Niech  będzie nawet czwarty wymiar, tak na zapas! Ale pięć, dziesięć czy dwadzieścia? W czas, jako czwarty wymiar naszej przestrzeni, raczej nie wierzę. Dla mnie czas jako niezależny byt nie istnieje.

Tym razem nie wyczułem u wnuczki szarpnięć ciała, byłem zbyt zmęczony. Szybko usnąłem, będąc przytulony do Ingi.

 

***

 

Na podwórku stała nieduża rakieta, miała zaledwie kilka metrów wysokości i niewiele więcej długości. Przypominała raczej batyskaf z wypukłym oknem obserwacyjnym. Pojazd stał na dwóch stalowych płozach. Z tyłu rakiety wystawało coś na kształt dyszy.

– Załoga w komplecie? – zawołał Morfeusz, mrugając porozumiewawczo do mnie i Ingusi.

Był to przystojny mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał normalnie: koszula, spodnie z jeansu, oczy lekko ukośne, trochę jak u Chińczyka. Ten lekko azjatycki typ urody dodawał mu zarówno tajemniczości, jak i uroku.

– Tak jest! Możemy lecieć, Morfeuszu – powiedziała zdecydowanie Inga.

Była to odważna dziewczynka, błyskawicznie nawiązująca kontakty z zupełnie obcymi ludźmi. Od razu zakryła uszy rączkami. Postąpiła tak, ponieważ niedawno pokazałem jej, jak w niebo startuje mała modelarska rakietka. Towarzyszył temu bardzo głośny hałas. Był to jakiś rodzaj nieco dłużej trwającego huku – a może gwizdu lub syku? – słabnący tym bardziej, im wyżej wspinała się rakieta usadowiona na szczycie pióropusza iskier pomieszanych z dymem.

– Ingusiu! Nie zatykaj uszu! – krzyknął Morfeusz. 

 

 

– Wystartujemy w inny sposób. Będziemy się w magiczny sposób zmniejszać, a silniki rakietowe posłużą nam tylko do tego, abyśmy mogli czasami manewrować i jak najszybciej wrócić do domu. Jak widzicie, pojazd nie jest duży, ponieważ na koniec kosmosu polecimy krótszą drogą.

Bardzo dziwne, prawda? – pomyślałem jeszcze. Lecimy na koniec wszechświata, a mamy się zmniejszać!

– Wow! Naprawdę? A jak szybko będziemy się zmniejszać? – zapytała zaciekawiona Inga. Jej oczy zrobiły się wielkie niczym pięciozłotówki.

– Co dwie sekundy będziemy dwa razy mniejsi – odparł Morfeusz. – Około czterdziestej sekundy wlecimy w świat bakterii. – Potem podał jeszcze kilka dalszych matematycznych wyjaśnień, które skierował do mnie, bo Inga i tak by ich nie zrozumiała. Zresztą Inga nas nie słuchała, bo ledwo Morfeusz zaczął mówić, za okienkiem rakiety zobaczyła kotka.

 

 

Morfeusz nacisnął czerwony guzik i na zegarze umieszczonym na pulpicie startowym pojawiło się wielkie zero.

Nic nie zabuczało, nic nie zadymiło, rakieta się nie zatrzęsła. Tylko obraz widoczny za okienkiem uległ lekkiemu rozmyciu dzięki świetlistej otoczce, jaka momentalnie objęła cały pojazd. Od razu zaczęliśmy zapadać się w przestrzeni, jaką początkowo zajmowała rakieta. Najwyraźniej rozpoczęliśmy podróż w czwarty wymiar. Czasami spotykałem się z opiniami, że jako istoty trójwymiarowe nie mamy zdolności do wyobrażenia sobie czwartego wymiaru, no bo co jeszcze może być oprócz szerokości, długości i wysokości? Jak więc nazwać zapadanie się w punkt? Środek ciężkości rakiety cały czas zajmuje to samo miejsce w przestrzeni – choć nie musi – ale rakieta jako całość rozpoczyna podróż, która przypomina zapadanie się materii w osobliwość. Nas jednak nic nie ściskało.

Od momentu pojawienia się zero na zegarze obraz budynku widoczny w wizjerze rakiety zaczął dość szybko się powiększać, co wywołało zainteresowanie i zdziwienie Ingi. Kotek urósł do rozmiarów tygrysa, potem do wielkości dinozaura i… nadal rósł!

 

 

Nasza rakieta się zmniejszała, więc i jej płozy się skracały, co powodowało jednoczesne opadanie pojazdu na podłoże. Dom już dawno zniknął, kotek także, ponieważ zasłoniło ich coś strzelistego, zielonego i szerokiego. Była to trawa, która rosła w szaleńczym tempie, niczym fasola w pewnej w bajce.

Wkrótce zaczęły się pojawiać i rosnąć przeróżne dziwaczne potwory, które ludzie określali jako roztocza, bakterie i wirusy. Obraz zmieniał się szybko, a jednocześnie na tyle wolno, że mogliśmy przyjrzeć się wszystkiemu.

 

To zapadanie się w punkt nie było jednak przyjemnym uczuciem, ponieważ oczy karmiły mózg wrażeniami, których mózg nie rozumiał. Organizm szybko zareagował mdłościami, które wnet ustąpiły. 

W bezbolesnej obserwacji pomocna była także sama konstrukcja przedziału obserwacyjnego. Mogła to być szklana sfera z widokiem dookolnym. Widok wtedy byłby doskonały, ale Morfeusz wybrał szerokie okno panoramiczne, co ograniczało nadmierny dopływ informacji do oczu.

To zapadanie się w punkt trwało już ponad czterdzieści sekund. Inga była bombardowana tak dużą ilością wrażeń wzrokowych, że oprócz „wow” albo „zobacz, dziadku!” nic więcej od niej nie usłyszałem. Przez całą podróż niemal jej nie widziałem, ponieważ zapadanie dostarczało tak wielu wrażeń, że i ja byłem tym oszołomiony. Zanim coś zauważyłem, to „coś” już tak urosło, że szybko było przesłaniane przez kolejne rosnące „coś”. Morfeusz nie zdążył jeszcze za wiele powiedzieć, nie było zresztą na to czasu, miałem jednak wrażenie, że wie o wszystkim. Z miną mędrca spokojnie stał i patrzył na ekran.

– Trochę zwolnię – mruknął pod nosem.

Musieliśmy uwierzyć mu na słowo, ponieważ to, co teraz obserwowaliśmy, nie przypominało niczego, co znaliśmy. Szybkość zmian obrazów nie mogła nam nic powiedzieć. No i pewno dlatego moje mdłości ustąpiły.

– Wlatujemy w obszar atomu. Będę chciał wam pokazać coś interesującego.

 

Odnosiłem wrażenie, że Morfeusz nie raz i nie dwa wybierał tę drogę i że znał ją na pamięć. Zachowywał się niczym doświadczony przewodnik, po raz któryś z rzędu opowiadający podróżnym historię zwiedzanych miejsc. A może każda podróż do krainy snów bywa tak różna, jak różny jest każdy z nas?

Inga nie wiedziała tego, ale ja tak. Wiedziałem, że śnię. Zresztą było to dla mnie naturalne, że Inga jest w moim śnie, a nie ja w jej. No bo gdybym był w jej, to nie zdałbym relacji z tej wycieczki. A Bóg mi świadkiem, że spisałem to dla moich wnuków – a może i całej ludzkości? – na dowód tego, że w snach można podróżować i poznawać rzeczywistość. Jeśli naukowcy potwierdzą informacje, jakie tu przekazałem, będzie to przekonywający dowód na to, że sen nie do końca jest tylko snem. A może jednak było inaczej i obaj z Ingą śniliśmy to samo? Może Morfeusz zabrał nas na wspólną wycieczkę?

Kilka już razy doświadczyłem świadomego snu. Śniłem na przykład, że wielkie grube drzewo zwaliło się na zakład, w którym pracowałem. Początkowo ogarnęło mnie przerażenie, ale szybko uświadomiłem sobie, że przecież to nie mogło wydarzyć się naprawdę. Po prostu drzewo rosnące obok zakładu nie miało jakichś ośmiu metrów średnicy, a znacznie mniej.

 

Nauczyłem się później, że trzeba korzystać z takiego snu i robić w nim to, co zwykle robi Superman, czyli na przykład latać jak ptak. Wystarczyło tylko odbić się od ziemi, rozłożyć ręce i machać nimi jak skrzydłami. Wtenczas już nie miałem żadnej wątpliwości, że śnię.

Miewałem także sny, w których nie byłem pewny, czy to rzeczywistość, czy faktycznie sen! Uważnie przyglądałem się temu, co mnie otaczało i myślałem wtedy:

Nie, to nie może być snem, ponieważ wszystko wokół mnie jest zbyt realistyczne!

A jednak był to sen, bo się z niego przebudziłem.

– Morfeuszu? Dlaczego widzimy ten nanoświat, jeśli do jego obserwacji potrzeba światła o długości fali większej niż obiekty, jakie dostrzegamy? – zapytałem. Spojrzałem przy tym na Żelka, ale jej nie było myślami przy nas. Stała i patrzyła w ekran jak zaczarowana. Tak samo jak wtedy, gdy gapiła się na rekiny w akwarium w Antalyi. 

 

 

– Przecież jeśli do wody wrzucimy kamień, to zobaczymy, jak powstałe fale odbiją się od przeszkody, na przykład konaru, i po jakimś czasie dotrą do nas ponownie, niosąc informację o tej przeszkodzie. Jeśli na wodzie będzie pływał drobny obiekt, choćby liść, to fala go nie zauważy i przejdzie dalej. To dlatego przez mikroskop optyczny nie możemy zobaczyć atomu.

– Światło, jakie dociera do naszych oczu, nie pochodzi z przestrzeni, jaką aktualnie mijamy i obserwujemy – odparł spokojnie Morfeusz. – To światło jest wyświetlane na powierzchni naszego okna, które pełni funkcję ekranu. Informacja rzutowana na niego jest jednak prawdziwa i obiektywna. Pochodzi z tego urządzenia, które stoi obok mnie. To skaner, a co skanuje i jak to robi, wyjaśnię wam w trakcie kolejnej podróży. Ta wyprawa ma tylko jeden cel: pokazać, w jaki sposób możemy dotrzeć do granic wszechświata. Jeśli chcemy rano obudzić się we własnych łóżkach, musimy się trochę pośpieszyć. Sen nie trwa tyle, ile zwykle śpimy, tylko znacznie krócej, dwie do trzech godzin. Mijamy teraz świat atomu, potem kolejno protonu, a następnie kwarku. Za chwilę wlecimy jeszcze głębiej, w świat długości Plancka. Zatrzymam pojazd na kilkadziesiąt sekund, aby coś wam pokazać. Będę mówił obrazami, pewno Ingusia i tak tego nie zrozumie.

Inga nawet nie słyszała Morfeusza. Po prostu stała jak zaczarowana z nosem przyklejonym do szyby. Chyba miała wrażenie, że ogląda spektakl fajerwerków na niebie. Jedyne, co się wtedy mówi, to „Jakie to piękne, och, ach, wow, super” i takie tam.

Znowu usłyszałem kolejne „wow” Ingi, gdy za oknem pojawiły się intensywne rozbłyski, jedne dalsze, inne bliższe. 

 

 

Rzeczywiście wyglądało to jak fajerwerki na niebie, tyle że dawały one światło białe, a nie kolorowe.

– Przy okazji – wtrącił Morfeusz – pamiętajcie… pamiętaj – poprawił się, skoro mówił tylko do mnie – że szybkość upływu czasu jest względna. Zależy od prędkości obserwatora, ale i, jest to dla ciebie nowość, od rozmiarów obiektu. Im jest większy, tym wolniej upływa czas. A czym jest czas? Mam nadzieję, że zabiorę was kiedyś w podróż, która to wyjaśni. To, co słyszycie od naukowców, nie do końca jest prawdą – mówił spokojnie, ale dla mnie było w tym sporo zarozumialstwa.

No ale dobra, skoro ta podróż jest snem, to pal diabli tego nadętego bufona Morfeusza. Niech sobie mówi, co chce. Obudzę się i wrócę do swojego świata, w którym czas nie zależy od skali, ale… w tym, co mówił, było jednak coś przekonującego. Sporo czytałem o czasie w ujęciu fizycznym i intuicyjnie wyczuwałem, że Morfeusz może mieć rację.

– Teraz spowolnimy obraz na oknie, abyśmy mogli dostrzec to, co chciałbym Wam pokazać. Czas na naszym zegarze w rakiecie dopasowany jest do czasu świata, z jakiego wystartowaliśmy. Nasz zegar pokaże upływ kolejnej sekundy, ale tam, za oknem, biegnie on o wiele, wiele szybciej. Im głębiej wlatujemy w punkt, tym czas płynie szybciej – powiedział i nacisnął czarny guzik.

Na ekranie zobaczyliśmy poruszający się wolno jasny migoczący punkt. Nagle obiekt przesunął się tak, jakby niewidzialna ręka momentalnie zmieniła tor jego ruchu. Na ekranie wyglądało to tak, że świetlisty obiekt, widoczny pośrodku, nagle zniknął, po czym pojawił się po lewej stronie ekranu. Potem znów zniknął, aby pojawić się u góry. Następnie znowu zniknął i powrócił na środek okna. Te tory ruchu cały czas były do siebie wzajemnie równoległe.

– Niesamowite! Co to jest?

Inga wypowiedziała tylko kolejne „wow”.

– To pojedynczy elektron, który był w trzech miejscach na raz – obwieścił triumfalnie Morfeusz.

– Jak to naraz, jeśli widziałem go w kilku miejscach? – Patrzyłem na Morfeusza i byłem pewny, że stuknie ręką w swoją głowę i powie coś w tym stylu: „Ach, pomyliłem się!”. Niestety nic takiego się nie stało.

– Może zacznę od tego, że wasi naukowcy wprowadzili do nauki takie pojęcia jak „długość Plancka” oraz „czas Plancka”. W nanoświecie wszystko jest skwantowane, czyli ma wielkość ściśle określonych, najmniejszych możliwych porcji, których nie można już dalej podzielić. Aby to lepiej wyjaśnić, posłużę się przykładem. Powiedzmy, że idziesz drogą i najmniejszy możliwy odcinek czasu, jaki może upłynąć, to pięć sekund. Włączamy stoper i mamy na nim zero, potem pokazuje się pięć, następnie dziesięć sekund. Nie ma opcji półtorej albo trzech i pół sekundy. Czas przeskakuje co pięć sekund i te pięć sekund jest czasem Plancka, czyli najmniejszym z możliwych odcinków czasu, jaki może upłynąć. Mamy też odległość Plancka, czyli najmniejszy możliwy do przejścia odcinek. Jeśli pomiędzy tymi pięcioma sekundami zwiedziłeś trzy różne miejsca, to byłeś w trzech miejscach na raz. – Uff! – zakończył z dumą Morfeusz, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Był pewien, że mocno mnie zaskoczy.

No tak, wszystko zaczęło mi się układać niczym puzzle. Świat ma budowę ziarnistą – niby o tym wiedziałem, ale na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. Mamy więc ziarna materii, przestrzeni, czasu, jak i energii. Nazywamy je kwantami i nie pasują one do siebie. Teraz wiem, dlaczego elektron może interferować z samym sobą.

– A wiecie, dlaczego światełko elektronu drgało?

– Drgająca… struna? – odpowiedziałem niepewnie.

– Tak. Wasi naukowcy w teorii, jaką nazwali teorią strun… – Morfeusz na chwilę zamilkł, jakby zastanawiał się, jakich słów użyć, aby wyjaśnić ten trudny temat. – Teoria strun jest najbliższa prawdy, ale nie ma ani jednego fizyka, który by w pełni ją rozumiał. Zresztą jest wiele jej odmian. Teoria ta prognozuje istnienie harmoniki wibracyjnej strun. Te wibrujące struny tworzą kwarki lub, na przykład, elektrony. Rzeczywistość jest jednak inna, bo pomiędzy strunami a kwarkami jest więcej poziomów. Każda cząstka składa się z atomów, te z protonów i neutronów, a te z kwarków. Te ostatnie mają również budowę warstwową, jak cebula, i można je obierać. Są jeszcze cztery dalsze poziomy, a każdy z nich oscyluje coraz silniej. Najsilniej drga poziom najniższy, czyli właściwa struna. Jej drgania przenoszą się coraz wyżej i wyżej, więc drgają i kwarki, protony, neutrony, elektrony, a nawet atomy czy komórki elementarne. Jedne kwarki drgają taką melodię, kolejne inną, ale zawsze jest w tym logiczny porządek. Z następstw wibracji wynikają połączenia harmoniczne. Cząstek z drugiego poziomu i pierwszego, czyli strun, wasi naukowcy nigdy nie odkryją, bo po prostu są one zbyt małe i dlatego…

– A Wielki Zderzacz Hadronów? – przerwałem Morfeuszowi. – Przecież po to go zbudowano, aby na bazie szczątków, jakie powstają z rozbicia protonów, dowiedzieć się, z czego proton jest zbudowany.

– Hmm… To rozumowanie działa tylko wtedy, gdy szczątki nie są zbyt małe. Jeśli rozbijemy samolot na fragmenty, w których znajdziesz kawałek skrzydła, to domyślisz się, że rozbito samolot.

 

Jeśli rozdrobnimy go bardzo dokładnie, na poszczególne atomy, to z nich możesz wyprodukować wszystko, byleby zgadzała się masa i skład. Dla uproszczenia… Z tysiąca kilogramów aluminium wytwarzamy lekki samolot. Rozbijamy go na pojedyncze atomy. Z tych atomów można zbudować auto, model czołgu… Składak musi tylko ważyć dokładnie tysiąc kilogramów. Doceniam wysiłek waszych naukowców, bo cóż innego im pozostaje niż eksperymenty, a są one coraz droższe, bo z tych tańszych wyciśnięto już maksimum… – Westchnął ciężko, po czym kontynuował: – No więc te zbyt małe i przez to niemożliwe do wykrycia cząstki z poziomu drugiego to jakby akordy, czyli zbudowane są z nakładających się na siebie podstawowych drgań, „oceanu” strun oscylujących w trzech ściśle określonych częstotliwościach. Te akordy przenoszą się coraz wyżej. Na przykład proton składa się z trzech drgających kwarków. Jest to układ najczęściej występujący w przyrodzie, chociaż są i inne cząstki składające się z czterech, a nawet pięciu nakładających się na siebie akordów. W przypadku kwarków są to tak zwane tetrakwarki lub pentakwarki. Wasi naukowcy kiedyś odkryją jeszcze heksakwarki oraz septakwarki, ponieważ w muzyce mamy pięć rodzajów akordów naturalnych. Heksakwarkom odpowiada akord sześciodźwięk, zaś septakwarkom siedmiodźwięk. Więcej naturalnych akordów nie ma, dlatego cząstki zbudowane z ośmiu i więcej kwarków nie istnieją.

Zaczynałem już mieć mętlik w głowie, ale Morfeusz kontynuował niezrażony:

– Wasz mózg zbudowany jest z materii, czyli z czegoś, co drga w uporządkowany sposób. Dlatego macie wrodzoną zdolność do odróżniania fałszu od harmonii, dzięki czemu możecie zachwycać się muzyką. Dźwięk to drganie powietrza. Jeśli ma być w tym ukryte piękno, drganie musi mieć ściśle określony parametry, na przykład częstotliwość. Aby kolejny dźwięk wywołał w waszym mózgu miłe doznanie, nie może drgać z dowolną częstotliwością. Jest w tym porządek narzucony przez naturę. Stworzenie teorii wszystkiego wiedzie przez muzykę. – Morfeusz ciężko odsapnął.

Ten wykład trochę go zmęczył. Nie sądzę, aby opowiadał tę historię innym, bo ile ludzi na świecie, tyle snów. Podobnie jest z płatkami śniegu. Z bliska wyglądają identycznie, ale nigdy nie było i nie będzie dwóch jednakowych płatków, kropli wody czy ziaren piasku. Każda podróż Morfeusza w krainę snów była niepowtarzalna.

Zadumałem się. Wszystko, co mówił nasz przewodnik, brzmiało niewiarygodnie, ale i sensownie zarazem. W końcu tak samo jak wszystko się kręci – Ziemia wokół własnej osi, wokół Słońca, a Słońce wokół centrum naszej galaktyki – tak samo wszystko drga i oscyluje. Gdyby wszechświat miał umrzeć z zimna, nic nie będzie w nim drgało. W skrajnym wypadku śmierci z zimna nawet jedna struna nie drgnie.

Gdy znikną drgania strun, energia próżni będzie miała wartość równą zero, pomijając to, że materia wcześniej się rozpadnie. Wszechświat będzie pustką, idealną próżnią bez energii i bez materii.

Brr, straszne!

Wiedza przekazywana przez Morfeusza była dość powierzchowna, ale nie oczekiwałem od niego równań matematycznych. W nauce często najważniejsza jest tylko trafna idea. Potem potrzeba żmudnej pracy, aby ją rozwinąć. Jeśli idea będzie niewypałem, to można stracić na badania całe lata, a i tak okaże się, że trop był fałszywy.

Morfeusz nacisnął czerwony guzik, co wyrwało mnie z zadumy, gdyż na nowo zaczęliśmy się zmniejszać. Jak szybko? Nie wiem, bo w mojej głowie jeszcze kotłowało się od natłoku informacji i zmieniających się obrazów. Zapadanie się nie trwało długo, na pewno zeszliśmy dużo poniżej długości Plancka.

Morfeusz ponownie zatrzymał pojazd. Na ekranie wyświetlały się ciemne drgające punkty. Wyglądały jak kryształ o układzie regularnym. Węzeł obok węzła i naprzeciwko węzeł. Ciągnęły się nieskończenie, w trzech wymiarach. Wyglądało to tak, jakby zanurzyć się w mętnej wodzie, w której zanieczyszczenia są duże i regularnie rozmieszczone. Gdybym mógł do czegoś porównać węzeł, to do przezroczystej wiśni z czarną pestką. Węzły były więc ciemne i niemal zupełnie zanikały, po czym pojawiały się i puchły tak, że w przestrzeni pomiędzy nimi pozostawały jedynie szpary. Tylko pestka, czyli część centralna węzła, była czarna. Nawet kiedy węzły nabrzmiewały, przestrzeń pomiędzy nimi była więc szara, a spomiędzy tej szarości cały czas prześwitywało niebieskawe, lekko pulsujące światło. Okresowo, gdy węzły zanikały, z tej przestrzeni wydobywały się liczne, cienkie niczym laser, oślepiające snopy światła.

Potem zanikały, aby pojawić się ponownie za jakiś czas. Węzły drgały jednakowo. Puchły i zanikały, a w pojawiających się snopach światła wyczuwalny był porządek.

– Co to jest? – zapytałem Morfeusza. – Gdzie my jesteśmy? – -W głowie miałem kompletną pustkę.

– To jest przestrzeń, ta pusta przestrzeń, te niby NIC – powiedział i na moment się zadumał.

– A te pulsujące czarno-szare węzły, te silne rozbłyski światła, to… – Czułem, że coś odejmuje mi mowę.

– Te snopy jasnego światła to efekt obecności cząsteczek wirtualnych – tłumaczył Morfeusz. – Wiem, że to skomplikowane, ale te cząstki są spoza wszelkich poziomów, rodzą się i umierają pomiędzy strunami, dzięki czemu napędzają ich wibracje. Powstają, nabierają masy kosztem energii i przestrzeni, następnie anihilują i oddają to, z czego powstały. Ten drgający szarawy budyń wasi naukowcy nazywają polem Higgsa. Węzeł ze strunami jest budulcem przestrzeni i jednocześnie każdej cząsteczki, z każdego poziomu. Dlatego materia mocno powiązana jest z tym budyniem, czyli przestrzenią. Jeśli mamy struny, to nie ma zarówno pola Higgsa, jak i bozonu Higgsa. – Przez chwilę Morfeusz drapał się po głowie i zastanawiał, jakich słów użyć. – Przestrzeń z energią i materia to dwa identyczne byty, które są stworzone z tego samego budulca. Dam ci przykład. Rozlałeś wodę i po chwili zamienia się ona w parę. Pary nie widzisz, ale jej skład chemiczny jest taki sam jak wody. Woda to skondensowana para wodna. Materia to skondensowana przestrzeń i zawarta w niej energia. No pomyśl! – wykrzyczał Morfeusz. – Wierzysz w to, że gdy wszechświat był wielkości ziarna maku, to cała jego materia mogła być tak bardzo ściśnięta? Wasi naukowcy udają, że to rozumieją, a wiedzą oni o tym tyle, co Ingusia.

Inga nadal stała z nosem przyklejonym do ekranu i nawet nie zwróciła na nas uwagi.

– Materia jest przeciwieństwem przestrzeni z energią. Dlatego w tym początkowym wszechświecie, mniejszym niż ziarnko maku, ciśnienie i gęstość materii wcale nie były takie prawie nieskończone. Żaden ziemianin tego nie wie, że materia ma gęstość dodatnią, a antymateria ujemną. Jeśli do dwóch dodasz minus dwa, to wyjdzie zero, nie cztery. Znowu użyję analogii. Materia to drgania, a ich parametrem jest amplituda. Antymateria to jedno i to samo – tyle że amplituda drgań jest w niej przeciwna. Dwie fale o przeciwnych amplitudach się wygaszają i to jest właśnie anihilacja. Nie można zatem gęstości materii arytmetycznie dodać do gęstości antymaterii i mówić o niemal nieskończoności. W osobliwości zatem nie było nieskończoności. Nieskończoność istnieje tylko w matematyce. Z punktu mniejszego od ziarnka maku przestrzeń z energią oraz mieszanina materii z antymaterią po prostu się wylały. Aby te gęstości były znośne, materia z antymaterią od razu anihilowały, co skutkowało gwałtowną produkcją przestrzeni, która nadyma balon wszechświata. Ten proces na początku był tak intensywny, że nazwano go inflacją. Był skutkiem tego, że materia znalazła się tuż przy antymaterii. Gdyby kiedyś wszechświat się zapadł, to pod koniec jego istnienia nastąpi odwrotny proces. Gdy antymateria zejdzie się z materią, nastąpi gwałtowna deflacja, co wywoła z kolei ponowną inflację. Poza tym – Morfeusz podrapał się po głowie – osobliwość pełni rolę kranu, z którego leje się woda. Jeśli ściśle trzymać się analogii, to woda powstawała w tym kranie, a nie była doprowadzana do niego rurami. Wasi naukowcy jeszcze tego nie wiedzą, ale równanie na równoważność masy i energii nie jest poprawne. Materia „znikająca” w reakcjach jądrowych, termojądrowych czy anihilacji, zamienia się nie tylko w energię, ale także w przestrzeń. Dlatego wszechświat może się bezpiecznie rozszerzać. Jak myślisz, czy balon zwany Wszechświatem może się sam nadymać bez dmuchania w niego? – zapytał Morfeusz.

Przez krótką chwilę milczał, jakby czekał na moją odpowiedź, wiedząc, że jej nie otrzyma, więc ciągnął swój wykład: – Każdy proces wydzielający energię produkuje energię oraz przestrzeń. Nie ma czystej energii usadowionej poza materią czy przestrzenią. Tak jak nie ma czystej materii bez przestrzeni, jaką zajmuje. Najwięcej jej powstaje w trakcie anihilacji materii. W przypadku zapalonej zapałki przestrzeni powstaje znikoma ilość, tak jak znikoma jest wydzielająca się energia. Z miliardów kropel wody powstają jednak małe strumyki, które stopniowo łączą się w rzeki, ostatecznie wpadające do mórz i oceanów. Przestrzeń wylewa się więc z gwiazd, galaktyk i ich gromad, które zasilają zwykle spokojne wody wszechświata. Czasami ten spokój zostaje zaburzony przez wiry, tworzone przez gwiazdy neutronowe czy czarne dziury.

– Gdyby było tak, jak mówisz, to Ziemia oddalałaby się od Słońca! – Triumfalnie spojrzałem na Morfeusza, jakbym przyłapał go na kłamstwie.

– Natura zrobiła to tak sprytnie, że metryka przestrzeni lokalnie się nie zmienia i nie rejestrujemy jej powiększania się. To też temat na kolejną wyprawę – odparł Morfeusz.

Zadumałem się. Obiecałem sobie, że wrócę do tych przemyśleń później. Chwilowo nie było czasu na analizę każdego zjawiska, jakiego byłem świadkiem.

– Wrócę teraz do twojego pytania – rzekł Morfeusz. – Te czarne pulsujące węzły, które widać na ekranie, to cząsteczki drugiego poziomu materii. Każdy węzeł wyrasta i ponownie zanika w bardzo cienkiej i bardzo długiej nici tak jakby przestrzeni. Wasi naukowcy nazywają to jednowymiarową struną. To też jest prawie przestrzeń, do tego prawie jednowymiarowa. W zasadzie jest to jej kawałek długości Plancka rozciągnięty w makaron o średnicy biliony razy mniejszej niż wejściowy odcinek. W tym kawałku wyciągniętej przestrzeni kryje się znaczna energia. To tak, jakby rozciągnąć gumę od procy i utrzymywać ją w takim stanie. A każde takie włókno, niczym kropla wody, buduje ocean próżni i jego energię.

Odjęło mi mowę, a w gardle zaschło. Rozejrzałem się, czy w pojeździe nie ma czegoś do picia. Na stoliczku obok stał soczek kubuś i żubr. Od razu przypomniały się mi reklamy z tym piwem.

Jaką nakręciliby w tej scenerii? Pewno „dwa szybkie żubry i odlatujesz w kosmos”.

Złapałem za butelkę, odkręciłem kapsel i ostrożnie pociągnąłem łyk złocistego płynu. Inga spojrzała na mnie zamyślonymi oczkami i to samo zrobiła z soczkiem. Też była pod wrażeniem, tylko u niej przejawiało się ono inaczej. To bardzo dziwne widzieć, jak Inga nie skacze i nie biega, ale naprawdę tak było. Cały czas stała z nosem przyklejonym do ekranu i tylko czasami słychać było jej zachwyty.

Morfeusz także pociągnął łyk z butelki, wytarł łokciem pianę z ust, po czym kontynuował:

– Biliony drgających niemal identycznie węzłów mogą połączyć się w jedną cząsteczkę, która będzie z trzeciego poziomu. Oznacza to, że materia to w pewnym sensie bardzo mocno ściśnięta przestrzeń i zawarta w niej energia. Można tak ściskać te cząsteczki wyżej i wyżej, aż dojdziemy do kwarka, potem do protonu lub jeszcze wyżej: do atomu. Z jednego atomu wodoru w trakcie anihilacji powstaje bardzo dużo przestrzeni i mnóstwo energii. Ponieważ proces anihilacji obecnie w kosmosie nie zachodzi, to w przestrzeń i energię zamienia się tylko część masy atomu wodoru. I chwała mojemu bogu za to, bo dzięki temu wodór może zamieniać się w inne pierwiastki, z których powstałeś ty czy Inga. – Aha. Nieco wyżej powiedziałem „drgających niemal identycznie”. To „niemal” jest tematem na kolejną wyprawę w krainę snów. W istocie drgania węzłów kryją w sobie pewną bardzo ważną tajemnicę, która się chętnie z wami kiedyś podzielę. Na pewno oglądałeś filmy o wojnie i choćby z nich wiesz, że istnieje coś takiego jak materiał wybuchowy – stwierdził Morfeusz. – Lubię analogię, więc się nią posłużę. Nitroglicerynę przyrównam do materii, która wkrótce „zniknie” w procesie anihilacji z wydzieleniem dużej ilości energii i przestrzeni. Po wybuchu nitrogliceryny zamienia się on całkowicie w produkty gazowe, niewidoczne dla naszych oczu. Wydziela się też wtedy znaczna ilość ciepła zwana ciepłem wybuchu. Co mamy po wybuchu? Dokładnie te same atomy, które wcześniej tworzyły ten znany materiał wybuchowy. Są tylko inaczej ułożone i znacznie bardziej od siebie oddalone. Tak samo jest z materią. Po zamianie jej w energię dodatkowo tworzy się coś, czego nie widzimy, a co wcześniej było upakowane w materii. Rozumiesz? – Morfeusz spojrzał na mnie z nadzieją.

– No… Chyba tak… No… to nawet ma sens – odparłem z lekkim wahaniem w głosie. – Materia może rozpaść się na elementy składowe, a towarzyszy temu wydzielenie energii. Nie ma czystej energii, musi być coś, w czym ta energia jest zawarta, tak?

– Cieszę się, że zrozumiałeś. Teraz główny cel naszej wycieczki. – Morfeusz nacisnął zielony guzik i przełącznik trybu TURBO.

Znowu zaczęliśmy się zmniejszać. Trwało to dość krótko, nie dłużej niż pół minuty. Ponieważ postęp zapadania był geometryczny, szybko staliśmy się rakietą o wielkości prawie jednowymiarowej struny.

– Jak widzisz, nasz ciemny węzeł drga, czyli rośnie, a czasami prawie zanika. Gdy zanika, to rozpycha nieco strunę i przemieszcza się wtedy wzdłuż niej, niczym wycior w lufie karabinu. Węzeł, dzięki połączeniu z obydwoma końcami struny, przenosi informację pomiędzy dowolnym punktem przestrzeni a granicą wszechświata. Dzięki tej wymianie informacji mamy ogromne oddziaływanie na odległość, ale to temat na jeszcze inną wycieczkę.

– A gdyby tak przelecieć pomiędzy strunami? – zapytałem znienacka.

– Pojazd, jaki dostałem od boga, przelatuje tylko przez strunę. Ale chodzą słuchy, że przelatując odpowiednim pojazdem obok struny, możemy wylecieć w innym wszechświecie. Ale to tylko plotki – wymamrotał pod nosem. – Naszym pojazdem przelecimy za chwilę przez strunę, tuż przed węzłem, który nas ze struny wypchnie niczym pocisk. Zdarza się czasami, że węzeł coś spowolni i strunę zacznie się przed nim ściskać. Dlatego zaraz włączę silniki rakietowe, aby wspomóc węzeł i zdążyć przelecieć przez strunę, zanim ta znowu się zapadnie.

 

– Czy to bezpieczne? – zapytałem, nie wiedząc dlaczego. Tyle cudów już tu widziałem, że miałem pełne zaufanie do Morfeusza.

Zresztą… wiedziałem, że śnię! Czasami tylko o tym zapominałem, ponieważ to, czego doświadczałem, wydawało się bardzo realne.

– Oczywiście – odparł bez chwili namysłu. – Wiele razy przelatywałem przez strunę i mam to już przećwiczone. Raz mnie co prawda ścisnęło, no ale ja jestem książę Morfeusz, pochodzę z krainy snów, więc nigdy nie umrę.

– Umrę? – usłyszeliśmy cichy głosik Ingusi. – A dziadek mi mówił, że moja babcia Julcia jak umarła, to poszła do nieba. A gdzie ono jest, Morfeuszu? – zapytała drżącym głosem.

– Na krótką chwilę pokażę ci niebo. Dziadek ma rację. Twoja babcia jest w niebie i kiedyś ją, jeszcze za swojego życia, zobaczysz. Obiecuję ci – powiedział łagodnie. – Chyba bardzo kochałaś babcię, co?

– Baaardzooo. Ona, ona… – Pociągnęła noskiem i chlipnęła. – Bo ona… Bo ona bardzo dobre pierożki robiła! – wyrzuciła to z siebie. Kąciki ust miała opuszczone, a oczy smutne i zaczerwienione. W półmroku panującym w pojeździe nie widziałem jej twarzy zbyt wyraźnie.

 

.

 

Przytuliłem Ingę. Zapadła krótka cisza.

– Morfeuszu! Czy możemy jeszcze polecieć do nieba i poznać Boga, nawet tego z mojego snu, choćby na chwilę? – powiedziałem to proszącym tonem.

Temat jest znany każdemu człowiekowi. Od wieków wzbudza ogromne emocje. Wyodrębniła się nawet pseudonauka zwana teologią, która bada Boga. Zawsze mnie ciekawiło, w jaki sposób to się odbywa? Może dzięki lunecie skierowanej w niebo?

 

A może przy pomocy nadajnika fal radiowych na częstotliwościach zarezerwowanych przez poszczególne religie?

– Jakiego boga?

– Nooo… Tego z… nieba – odparłem niepewnie. – Skoro mamy niebo, to chyba musi być w nim Bóg, nie?

– Mówiłem tylko, że przelecimy obok nieba, nic nie mówiłem o Bogu.

– A On istnieje?

– W naszym wszechświecie jest niebo i jego lokalny Bóg. Myślę, że i ten nadrzędny nadzorca także istnieje. Nigdy go nie widziałem, ale wierzę, że istnieje. Pewno gdy wypowiadacie słowo „Bóg”, myślicie nie o tym lokalnym, tylko o szefie nad szefami.

– Aha – odpowiedziałem. Nic bardziej sensownego nie wpadło mi do głowy. Byłem zaskoczony, że nawet wśród bogów jest hierarchia.

Czyli co? Bóg naszego wszechświata jest niby wszechmogący, ale mniej „mogący” od Boga wszechświata wszechświatów. Do diabła z tym! A tak w ogóle to co z tym diabłem? Jest czy go nie ma?

Moje mętne rozważanie zostały nagle przerwane.

– Bo wiesz… – kontynuował Morfeusz – ludzie tak naprawdę nie szukają Boga, tylko nieba i bezgranicznej miłości, a każdy z was… no, prawie każdy, już jej doświadczył. Zdarzenie o tym macie ukryte w pamięci utajonej. Miłość bezgraniczną dała ci twoja mama, a twoim niebem było jej łono. Twój Bóg to twoja mama.

 

– Czy wiesz, że wielu śmiertelnie rannych żołnierzy na polu walki woła mamę? Teraz rozumiesz, dlaczego wielebni mówią o Bogu, że jest miłością bezgraniczną. Niezłe z nich cwaniaczki.

– Twój Bóg to twoja mama… Genialne! Przypomniało mi się ze studiów znane w świecie filozofii zdanie „Twój Bóg to ty”. Z mamą bardziej mi się podoba. Doskonale pamiętam jej miłość.

Morfeusz wyczuł, że nic nie powiem. Zauważył, że byłem zamyślony. Zaczął dalej mówić:

– We wszechświecie, wszystko co najważniejsze, nie jest dziełem ślepego przypadku. W samą strukturę przestrzeni wpisana jest informacja na temat tego co wolno a czego nie wolno. Wy nazywacie to prawami natury ale dowolne zjawisko przebiegające wg tych praw, nie ma pojęcia o tych prawach. Wyżej ci wyjaśniłem, że cała przestrzeń składa się z strun drgających niemal identycznie i to „niemal” pełni podobną rolę co DNA w świecie zwierząt. Dlatego też, życie oparte na węglu, jest powszechne we wszechświecie. W strukturze przestrzeni zawarta jest informacja, że najlepszym budulcem dla życia jest węgiel, że istota inteligentna musi mieć ręce, nogi, głowę i szyję. Bez rąk czy nóg nie ma oddziaływania życia na środowisko a bez tego, nie ma rozwoju mózgu a więc inteligencji i postępu technologicznego. Z informacji zawartej w DNA przestrzeni wynika, że najlepszym sposobem na rozmnażanie istot inteligentnych jest seks uprawiany przez istoty dwupłciowe. Nie wszędzie ewolucja przebiega identycznie, ponieważ środowisko wpływa istotnie na szczegóły: na przykład większa grawitacja planety sprawi ,że kosmici będą niżsi od pobratymców żyjących na planetach z niższą grawitacją.

– Na planecie Kronos, położonej po przeciwległej stronie drogi mlecznej, kobiety – chociaż nie wyglądają identycznie jak te ziemskie – także rodzą dzieci, są związane emocjonalnie z ich ojcami i razem z nimi budują rodzinę. Dwieście ziemskich lat temu, na tej planecie wynaleziono sztuczne łono. No wiesz, stało się tak jak u Was. Pojawił się wojujący feminizm, wygoda bo po co marnować życie na ciąże jak można robić karierę, doszły związki partnerskie, które również zachciały mieć dzieci. Wynaleziono więc technikę ektogenezy czyli sztuczne łono. Wszystko na początku wyglądało super. Na masową skalę zaczęły się wkrótce rodzić mali kronosjanie tylko…w swoim rozwoju nie doświadczyli oni nieba i miłości bezgranicznej. Po jakimś czasie okazało się, że istoty te są idealnymi żołnierzami. Byli bezwzględni, bez śladu empatii, okrutni, nie okazywali miłości, współczucia. Na planecie Kronos przestępczość osiągnęła poziom, który unicestwił ich cywilizację. Fajny materiał na kolejną podróż z uśmiechem powiedział Morfeusz.

Ciężko pracuję, bo do snu zabieram także dzieci z innych planet. Lubię swoją fuchę, bo wszystkie dzieci dzięki swojej wyobraźni żyją w bajkowych światach, nieskażonych jeszcze złem. Obsługuję rejon waszej galaktyki, czyli Drogi Mlecznej. Macie w niej trzysta siedemdziesiąt miliardów sto dwadzieścia milionów trzysta czterdzieści tysięcy sto dwadzieścia jeden gwiazd. Tylko wokół czterdziestu z nich orbitują planety zamieszkałe przez istoty o inteligencji podobnej do waszej. I wiesz co? Na każdej z tych planet ważną role odgrywają jacyś szamani. Większość z nich ma nadwagę. Wszędzie ubierają się w sposób odróżniający ich od ogółu. Noszą więc sukienki, zwykle takie długie, za kostki. Na planecie Barduka sukienki są w wersji mini. Bywa, że wkładają na siebie coś, co przypomina białe koszule nocne, inni owijają się tkaninami. Tych strojów jest sporo, bo zwykle na każdej z takich planet jest kilka religii. Robota wielebnych polega na tym, że opowiadają bajki o jakimś bogu, o niebie, siłą zmuszają do wierzenia w nie, a do tego każą sobie jeszcze za to sowicie płacić. Bóg jednak z tymi błaznami nie ma nic wspólnego. Te niebieskie ptaki nie sieją, nie żną, nie gromadzą w spichlerzach, a dobrze jedzą i piją. Przywódcy wielebnych mają fikuśne stroje a czasami, dla dodania sobie powagi, wkładają odjazdowo kolorowe czapki. 

 

 

Jeśli zechcesz, to kiedyś polecimy razem na planetę Abruka. Oj, będziesz miał o czym pisać! Według świętych abrukowych ksiąg dawno temu żył prorok Resus, który był ponoć synem boga. Resusa stracono przy pomocy narzędzia podobnego do sierpa, a dla pewności użyto młota. 

 

 

Pewnie domyślasz się, co wyeksponowano na ich nagrobkach, szczytach świątyń i jakie wisiorki znajdują się na szyjach istot zamieszkujących tę planetę.

 

 

Na Abruce są dwie dominujące religie, więc mamy i inne świątynie, takie z długimi wąskimi, kwadratowymi wieżami, na których szczycie zamocowano koło.

 

.

 

Ponoć przy jego pomocy – zanim stracono Resusa – połamano mu wszystkie kończyny. Kapłani do dziś nie mogą dojść do porozumienia, jak zginął Resus, więc czasami się wzajemnie mordują. Nie robią tego własnymi rękoma, tylko wysługują się rządami, które opanowały niczym rak. Od stu ziemskich lat na Abruce trwa konflikt o podłożu religijnym. I nic nie mogę temu zaradzić. – Morfeusz opuścił głowę i posmutniał. Nie trwało to długo. – Z moich obserwacji wynika, że religie są pożyteczne wtedy, gdy są instytucjonalnie ubogie. Gdy rosną w siłę, ich głównym celem staje się bogactwo i władza. Poza tym – Morfeusz podrapał się po głowie – wyzysk jednych istot przez drugie, przy pomocy bajek o bogu i niebie, jest powszechny. Mam podobne informacje od innych Morfeuszy. Wszędzie jest tak samo – powiedział Morfeusz i uśmiechnął się szyderczo pod nosem. – Zmieniam temat, bo włączam silnik rakietowy i program na przejście przez strunę, a będzie się teraz wiele działo. Jak powiedziałem wcześniej, czas w strunie biegnie niemal nieskończenie szybko, tak że nawet nie poczujemy, kiedy przez nią przeskoczymy!

Morfeusz nacisnął guzik, tym razem niebieski, i zobaczyliśmy tylko silny rozbłysk, po czym w pojeździe zrobiło się ciemno. Trwało to kilka sekund, aż Morfeusz włączył lampki delikatnie oświetlające wnętrze.

– Dlaczego ekran jest ciemny? – zapytałem.

Trochę trwało, zanim Morfeusz się odezwał. Chyba przełykał resztę piwa.

– Bo jesteśmy na końcu wszechświata, i do tego odwróceni tyłem do sfery.

– Co? Jak to?! Przecież… Nie, to niemożliwe, bo… przecież… się zmniejszaliśmy, a nie lecieliśmy w kosmos! – wydusiłem z siebie. Pewnie miałem głupią minę.

– Jak ci to wytłumaczyć? Wszechświat ma pewną topologię, czyli kształt. Przypomina on wstęgę Mobiusa, chociaż nie jest to idealne odwzorowanie. Wlatujesz w dowolny wewnętrzny punkt przestrzeni a poprzez strunę wylatujesz na samym końcu wszechświata i odwrotnie. Chociaż odwrotnie jeszcze nie leciałem, nie miałem takiego zlecenia na podróż – powiedział z uśmiechem Morfeusz.

– A dlaczego ekran jest ciemny? – zapytałem ponownie.

– Wszechświat ma kształt okrągłego jajka ze skorupką, która zbudowana jest z antymaterii ściśniętej do gęstości antyprotonu, ułożonej ściśle w kilka warstw. Jest to tak zwana sfera Morfeusza, tyle że nie jest ona wymysłem futurologów, a realnie istniejącym bytem otaczającym nasz Wszechświat.

– A kto ją zbudował? Bóg?

– Ten, kto wywołał inflację – odparł Morfeusz. – Inflacja zbudowała tę sferę. Anihilacja, w momencie wylewania się z osobliwości mieszaniny materii z antymaterią, utworzyła bąbel przestrzeni. Gwałtowność anihilacji spowodowała inflację, ale granica tego bąbla ma inne właściwości niż jego wnętrze, w którym toczyła się już śmiertelna walka pomiędzy materią a antymaterią. 

 

 

Materia wygrała walkę tylko dlatego, że granica bąbla, czyli przestrzeni, przyklejała do siebie antymaterię. Wrzuć do rondla z wodą garść niewielkich i jednakowych kulek styropianu, które będą w tym doświadczeniu udawały antymaterię. Zaczną się one grupować, a jeśli dotrą do ścianki rondla, to przykleją się do niej. Przyczyna tego tkwi w tym, że cząsteczki wody silniej się wiążą ze ścianką rondla niż pomiędzy sobą. Woda usiłuje więc wyjść z rondla i trochę wspina się po jego ściance, tworząc menisk wklęsły. Wokół granulki polistyrenu mamy również menisk wklęsły więc granulka będzie pozornie przyciągana przez ściankę rondla. Jeśli na wodę ostrożnie położymy pinezki – tak aby nie zatonęły – to wokół pinezki utworzy się menisk wypukły. Pinezki – udające materię – będą się wzajemnie przyciągały ale odpychały od ścianki rondla jak i od granulek polistyrenu. Teraz już wiesz, dlaczego w każdym momencie istnienia wszechświata ilość materii zawsze była taka sama jak antymaterii, no i gdzie tej ostatniej szukać – podsumował dumnie Morfeusz.

– Na granicy wszechświata… – wyszeptałem, kiwając powoli głową.

– Bingo! Ponieważ antymateria z materia się odpychają, nie ma groźby dalszej anihilacji. Ponadto dzięki tej odpychającej sile wszechświat ma energię, aby się dalej rozszerzać. To tak, jakbyś upuścił na ziemię jabłko zbudowane z antymaterii i zauważył, że ono nie spada, a odlatuje w kosmos. Dlatego też ekran jest ciemny, bo wylecieliśmy z wewnętrznej granicy wszechświata. Gdyby nie kokon otaczający naszą rakietę, to skończyłoby się dla nas kiepsko. – Morfeusz się uśmiechnął.

– I dlatego pomiędzy granicą wszechświata a pierwszymi gromadami galaktyk zwykłej materii jest miliard lat świetlnych pustki… – powiedziałem powoli.

Nagle wszystko stało się jasne. W tej pustce – niczym w ściśniętej sprężynie – tkwiła niewyobrażalna ujemna grawitacyjna energia potencjalna. Ta energia, antymateria… rozwiązuje problem brakującej masy wszechświata, jak i ciemnej energii!

Czułem się oszołomiony tym odkryciem. To takie proste, a jednocześnie trudne, ponieważ ziemskie teleskopy nie sięgają do granic znanej nam materii. Po niej i tak dalej jest tylko ciemno, aż do samej sfery.

– A gdzie jest babcia Julcia? – zapytała cicho Inga.

************************************************************ 

 

EDIT: Mam już tekst poprawiony przez kolejnego redaktora. Nie będę tu jego zamieszczał. W swoim czasie dam linka do ebooka. A obiecany egzemplarz wyślę. 

Koniec

Komentarze

Arko, kropka w tytule jest błędem – usuń ją.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Arko, kropka w tytule jest błędem – usuń ją.

 

W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO BAJKA TROCHĘ PSEDONAUKOWA

 

Wpisując w googlach dla bajki “W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO. BAJKA TROCHĘ NAUKOWA” kropka wszędzie jest. Jakby inni tak samo uważali to ją usunę. Potem dorzucę jeszcze kilka obrazków więc dokonam edycji. Próbowałem teraz ale się nie udało. Ten sam rozmiar obrazka. Cały czas pchał się na samą górę. 

 

Strona tytułowa jest na próbę. Tam w tytule kropki nie ma i nie będzie. Będzie inny układ liter, rozmiar i kolor czcionki. 

 

Spokojnych Świąt. 

nie ma

A może: W POSZUKIWANIU NAJWAŻNIEJSZEGO – BAJKA TROCHĘ PSEDONAUKOWA

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Choć tytuł i ilustracje całkiem jasno dają do zrozumienia, dla kogo przeznaczona jest opowieść, to postanowiłam zmierzyć się z tekstem, jednak gdzieś tak w połowie odpadłam, albowiem opisywane sprawy nie zdołały mnie, niestety, niczym zainteresować.

Nie wiem dla dzieci w jakim wieku jest przeznaczona ta historia, ale skoro jej bohaterką jest sześcioletnia dziewczynka, mniemam że chyba dla jej rówieśników i zastanawiam się, czy tekst będzie dla nich zrozumiały – poza początkiem, kiedy dziadek usypia wnuczkę, rzecz jasna.

 

ko­szu­la, spodnie z je­an­su… ―>  …ko­szu­la, spodnie z dżinsu… Lub: …ko­szu­la, dżinsy

Używamy pisowni spolszczonej.

 

oczy lekko uko­śne, tro­chę jak u Chiń­czy­ka. Ten lekko azja­tyc­ki… ―> Powtórzenie.

Proponuję: …oczy nieco skośne, tro­chę jak u Chiń­czy­ka. Ten lekko azja­tyc­ki

 

Od mo­men­tu po­ja­wie­nia się zero na ze­ga­rze… ―> Od mo­men­tu po­ja­wie­nia się zera na ze­ga­rze

 

Dom już dawno znik­nął, kotek także, po­nie­waż za­sło­ni­ło ich coś strze­li­ste­go… ―> Dom już dawno znik­nął, kotek także, po­nie­waż za­sło­ni­ło je coś strze­li­ste­go

 

za­sło­niło­ ich coś strze­li­ste­go, zie­lo­ne­go i sze­ro­kie­go. ―> Coś strzeliste, jest z definicji smukłe i wysokie, więc raczej nie może być szerokie.

 

A może jed­nak było ina­czej i obaj z Ingą śni­li­śmy to samo? ―> Piszesz o dziadku i wnuczce, więc: A może jed­nak było ina­czej i oboje z Ingą śni­li­śmy to samo?

Obaj to dziadek i wnuczek.

 

śni­li­śmy to samo. Może Mor­fe­usz za­brał nas na wspól­ną wy­ciecz­kę. Kilka już razy do­świad­czy­łem świa­do­me­go snu. Śni­łem na przy­kład… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

co mnie ota­cza­ło i my­śla­łem wtedy:

Nie, to nie może być snem, po­nie­waż wszyst­ko wokół mnie jest zbyt re­ali­stycz­ne! ―> Zbędny enter, mysłi nie musisz zapisywać od nowego wiersza.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

o dłu­go­ści fali więk­szej niż obiek­ty, jakie do­strze­ga­my? ―> …o dłu­go­ści fali więk­szej niż obiek­ty, które do­strze­ga­my?

 

– Świa­tło, jakie do­cie­ra do na­szych oczu, nie po­cho­dzi z prze­strze­ni, jaką ak­tu­al­nie mi­ja­my… ―> Proponuję: – Świa­tło, do­cie­rające do na­szych oczu, nie po­cho­dzi z prze­strze­ni, którą ak­tu­al­nie mi­ja­my

 

na po­wierzch­ni na­sze­go okna, które pełni funk­cję ekra­nu. In­for­ma­cja rzu­to­wa­na na niego jest… ―> …na po­wierzch­ni na­sze­go okna, które pełni funk­cję ekra­nu. In­for­ma­cja rzu­to­wa­na na nie jest

 

Mi­ja­my teraz świat atomu, potem ko­lej­no pro­to­nu, a na­stęp­nie kwar­ku. ―> …a na­stęp­nie kwar­ka.

 

do­strzec to, co chciał­bym Wam po­ka­zać. ―> …do­strzec to, co chciał­bym Wam po­ka­zać.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

do­pa­so­wa­ny jest do czasu świa­ta, z ja­kie­go wy­star­to­wa­li­śmy. ―> …do­pa­so­wa­ny jest do czasu świa­ta, z którego wy­star­to­wa­li­śmy.

 

to byłeś w trzech miej­scach na raz. ―> …to byłeś w trzech miej­scach naraz.

 

– Tak. Wasi naukowcy w teorii, jaką nazwali teorią strun… ―> – Tak. Wasi naukowcy w teorii, którą nazwali teorią strun

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Książka W POSZUKIWANIU NAJWAZNIEJSZEGO – BAJKA TROCHĘ NAUKOWA też jest niby dla dzieci co sugeruje okładka 

 

 

ale dziecko tej książki nie zrozumie choć napisana jest “lżej”. 

 

Od najmłodszych lat interesowała mnie fizyka ale w dorosłym życiu nie było na nią czasu. Zapytacie się fizyka o foton, bozon, lepton, proton, kwarka…będzie cytował to czego się wyuczył i nie wiele z tego będzie rozumiał. Jak można być w dwóch miejscach na raz ?. Czym jest pole Higgsa itp.  

 

Cel tej książki jest jeden. Przez Morfeusza przemycić moje poglądy na to:

 

gdzie podziała się antymateria

budowa wszechświata, jego granic. 

 czy istnieje ciemna materia, energia

skąd wzięła się przestrzeń. 

Jestem przekonany, że mam rację. Może kiedyś nauka potwierdzi to co napisałem ?. :-)

 

15 sztuk wydam w najlepszej wersji plus ebook. O ile wydam a nie jest to jeszcze w 100 % pewne. Nie o koszty tu chodzi ale też mój czas. Na pewno będzie ebook i oddam jego za free. A jakby się spodobała (dorośli interesujący się fizyką) to wydam w druku. 

 

 Z trudem mi to poszło. Jeszcze jedna redaktorka ma to poprawić i czekam na jej pracę. Nie mam talentu do pisania, na wyobraźnię jednak nie narzekam.  

 

A forma bajki…tylko po to aby mi nie zarzucili, że na stare lata głupieję :-) 

Sporo jest w tej bajce prawdy. Jest wnusia, bajki na dobranoc, rozmowy o wszechświecie, babci Julci , coraz trudniejsze pytania wnusi itp. 

Moja silna niechęć do religii wzięła się po przeczytaniu książki “System przyrody”. Nie wolno jej było czytać nawet hierarchom kościoła. Książka rozjeżdża religijność (ale nie wiarę) w dwa dni.  

 

Bardzo dziękuję za opinię. Jeśli wydam 15 sztuk drukiem to jeden egzemplarz oddam koleżance.  

 

 

 

 

 

 

 

nie ma

Rozumiem Twoją motywację do napisania tej opowieści i w pewnym sensie żałuję, że moja niechęć do fizyki nie pozwoliła mi jej dokończyć. Jednakowoż nie wykluczam, że może kiedyś jeszcze coś się we mnie odmieni i wrócę tu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka