- Opowiadanie: Monique.M - Świąteczny gnom

Świąteczny gnom

Zapraszam do kontynuacji mojego opowiadania halloweenowego.

 

Miłej lektury :)

 

P.S. Dziękuję mojej ilustratorce:)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Świąteczny gnom

Czarownica wyjrzała przez okno swojej chatki na wzgórzu. Odbite w szybie urodziwe, kobiece oblicze było teraz posępne. Wiedźma bowiem wciąż wracała do pamiętnej halloweenowej nocy, kiedy to Liga Straszydeł przegrała grę z Jasiem i Małgosią. Doświadczonym w swojej dziedzinie, nie udało się satysfakcjonująco przestraszyć dwójki dzieciaków! Tym samym udowodnili, że nie są godni nadal uważać się za przerażających. A najgorsze dla czarownicy było to, że nawet nie zdążyła pokazać na co ją stać. A dlaczego?! Ano przez swojego kota, który nagle chciał być honorowy i wstawił się za rodzeństwem za uratowanie swojej czarnej skóry… to znaczy futra. Filemon ani przez chwilę nie przestał czyścić sierści, jakby to nie jego czarownica chciała spopielić samym spojrzeniem.

Nie, nie chciała tego tak zostawić. Lecz co mogła teraz zrobić? Dracula wraz z hrabiną odlecieli do Rumuni, wilkołak zniknął we wschodnich lasach, poobijana i ośmieszona mumia wróciła do Egiptu. Zombi stwierdził, że musi coś zmienić w życiu – przechodzi na wegetarianizm i chce iść na Uniwersytet Trzeciego Wieku. A lord, pomysłodawca całej zabawy ze straszeniem dzieciaków, rozpłynął się, jak duch. Czyżby ludzkość miała rację, ośmieszając ich w popkulturze, a nawet sprawiając, że wydają się przyjaźni?

– Ach, ciężko utrzymać złą reputację w obecnych czasach – westchnęła czarownica, podchodząc do szklanej kuli. Pod wpływem jej delikatnego dotyku z głębi kryształu wyłonił się obraz dwójki, rozbawionych dzieci, ozdabiających choinkę. Z oddali niosła się echem „Cicha Noc”. – A no tak. Wszak nadchodzą już Święta Bożego Narodzenia. O tyle dobrze, że przepędziłam stąd na cztery wiatry tych hałaśliwych kolędników. Tylko zawracają głowę i psują humor…

Nagle karminowe usta wykrzywił szpetny uśmiech. Nie udało się popsuć dzieciakom Halloween, ale Święta może już tak, pomyślała zachwycona. Tanecznym krokiem, zabrała się za czary. Zawiesiła nad ogniem kociołek, wrzuciła podstawowe dla wywaru składniki, po czym stanęła przed półkami zapełnionymi szklanymi flakonikami, wielkimi słojami czy suszącymi się obrzydliwościami. Po namyśle wzięła kilka ingrediencji.

– Zobaczmy, zobaczmy. Dwie szczypty sprytu, garść złośliwości, cztery krople zielonego śluzu bagiennej ropuchy. – Z kociołka buchnęła jaśniejąca zielenią para. – Wspaniale! Po zapachu czuję, że się uda.

Nie potrafiąc ukryć zadowolenia, usiadła w bujanym krześle i zaczęła wyszywać zgniłozielony fraczek.

 

Jaś i Małgosia chłonęli atmosferę starego rynku, wprost nie mogąc się napatrzeć na świecące girlandy, rozwieszone między lampami ulicznymi i migoczące płatki śniegu dekorujące fasady kamieniczek. Jarmarczne budki przyciągały zapachem bigosu na wynos i aromatycznego grzańca. Jednak największe wrażenie robiła stojąca na środku rynku ogromna choinka, błyszcząca tysiącem bombek, odbijających światło kolorowych lampek. Na jej czubku nie mogło zabraknąć mrugającej wesoło gwiazdy. Nieopodal, na złotoczerwonym tronie, w otoczeniu pachnących jodeł, siedział Święty Mikołaj pozujący ze szkrabami do zdjęć i wysłuchujący listy życzeń. Wtulony w katedrę żłóbek chronił przed mrozem świętą rodzinę z żywym osiołkiem i kozą. Wianuszek zachwyconych dzieci przyglądał się zwierzętom. Atmosfery świąt dopełniały rozbrzmiewające zewsząd kolędy, zmieszane z gwarem przechodniów.

Rodzeństwo biegało od ogromnej ramki do selfie, uśmiechniętych bałwanów, aż do ogromnych, rozświetlonych postaci aniołów z rozłożystymi skrzydłami. Małgosia co chwilę poprawiała złociste warkocze, gdy w tym czasie Jasiek wyszukiwał kolejne miejsca do sesji zdjęciowych, ciągnąc za sobą rodziców i dziadków. O ile dziarska babcia Janinka z dziadkiem Zenkiem nadążali za młodzieńczym wigorem, o tyle korpulentna babcia Halinka i dziadek Mietek zostawali w tyle. Nikt jednak nie narzekał, ponieważ zdjęcia, jak co roku, miały powiększyć trzy rodzinne albumy. Odkąd Jasiek i Gośka byli mali, wszyscy najbliżsi tradycyjnie spotykali się na starym rynku, by później wspólnie zasiąść przy wigilijnej wieczerzy. W tym roku wypadło na dom bliźniaków.

 

Mały cień przemykał od choinki do choinki, aż dotarł do domku jednorodzinnego. Bez problemu wspiął się po krzaku róży na parapet. Zerknął przez szybę do salonu rozświetlonego wysoką, aż po sufit choinką. Pod rozłożystymi gałązkami piętrzyły się prezenty.

Nikogo nie widać, mogę zaczynać – pomyślał, a na zielonej twarzyczce zagościł wredny uśmiech.

 

Już z daleka słyszeli trudną do opisania, hałaśliwą muzykę z dziwnymi słowami. Dojeżdżając do domu, mieli coraz silniejsze przeczucie, że te odgłosy dochodzą z ich ogrodu. Rodzice popatrzyli na siebie w niemym przerażeniu. Dziadek Mietek, jadący za nimi, wystawił głowę przez okno, sprawdzając co się dzieje. Obawy potwierdziły się, kiedy wjechali na podjazd. Świąteczna iluminacja domu mrugała jak szalona, a kilku sąsiadów wyszło ze swych domów z niezbyt pokojowym, jak na ten dzień, nastawieniem.

– Bardzo, bardzo przepraszamy! Musiało nastąpić spięcie i puszcza kolędy od tyłu! – tłumaczył się tata, biegnąc do wyłącznika w garażu.

Jasiek i Gosia zakrywali uszy, jednocześnie prześcigając się w zgadywaniu, która to może być kolęda. Wszyscy z wdzięcznością powitali ciszę. Również światełka uspokoiły się, na nowo ciesząc oczy kolorową mozaiką. A w tym roku tata się postarał. Przystroił lampkami dach, okna i drzwi, powiesił nawet nad wejściem napis Wesołych Świąt, a rosnące w ogrodzie choinki świeciły już z daleka. Nawet ulepiony przez rodzeństwo bałwan dostał elegancki cylinder. Dzieci pobiegły sprawdzić, jak ma się ich zimowy gość.

– Nie ma go – powiedziała Gosia, wpatrując się w wielką kałużę. – Ooo… a tak się nad nim napracowałam.

– Jak to się stało? Na dworze ziąb, jak nie wiem.

– Nie przejmujcie się dzieciaki, ulepicie następnego bałwana. Znów zaczyna padać śnieg – powiedział dziadek Mietek, wskazując pierwsze płatki.

Miał rację. Śnieżynki to tańczyły z wiatrem, to znów wirowały na tle rozgwieżdżonego nieba. Z każdą chwilą było ich coraz więcej. Dzieci łapały je na rękawiczki i sprzeczały, kto znalazł najładniejszą śnieżynkę. Dziadek Zenek już zabierał się za lepienie śnieżek, zerkając chytrze w stronę dziadka Mietka.

– Ale późno się zrobiło! – zakrzyknęła nagle mama, spoglądając na zegarek.

Tata otworzył drzwi na oścież, zapraszając wszystkich do środka. Dom przywitał ich ciepłem, zapachem wieczerzy wigilijnej i korzennym aromatem piernika. Rodzeństwo spojrzało na siebie, myśląc o tym samym – kto w tym roku wygra, zjadając więcej pierniczków.

– Zaraz przygotuję herbatę na rozgrzanie, a wy siadajcie już do stołu.

– Mamo, a prezenty? – przypomniała Małgosia.

– Właśnie. Pierwsza gwiazdka już od dawna świeci na niebie.

Mama uśmiechnęła się i kiwnęła głową, nim zniknęła w kuchni.

Rodzeństwo na wyścigi pobiegło do rozłożystego świerku, pachnącego jeszcze żywicą. I tu nastąpiło pierwsze zaskoczenie. Zamiast kolorowych bombek wisiały marchewki, pietruszki, kalarepy, pomidory, a na szczycie choinki królowała kukurydza. Jaś i Małgosia spojrzeli na siebie niepewnie, bo przecież dobrze pamiętali, że dziś rano wieszali tu dobrze znane ozdoby świąteczne, a nie warzywniak. A może tylko im się wydaje? Zerknęli na dziadków, w najlepsze dyskutujących o polityce przy filiżankach parującej herbaty. Dziadek Zenek podkradł łyżkę ulubionych makiełek. Po chwili twarz wykrzywił mu zabawny grymas.

– Słone, jak diabli.

– Pokarało cię, mój drogi, za łakomstwo – zaśmiała się małżonka.

A więc nikt nic nie zauważył. Jaś i Gosia poczuli, dobrze znany, nieprzyjemny dreszcz, ale oboje postanowili go zignorować.

– Żart taty wcale nie jest śmieszny – skwitował Jasiek, rozwiązując czerwoną kokardę na swoim prezencie. Oczy błyszczały mu radośnie, kiedy uchylał przykrywkę, by po chwili przygasnąć. Dwoma palcami wyciągnął z pudełka parę czarnych, lśniących kaloszy. – To mi nie wygląda na adidasy.

Z równie skonsternowaną minął Gosia wyciągnęła kasetę magnetofonową.

– A to nie wygląda na mp3. Przecież nawet nie mam na czym jej odtworzyć.

Dzieci wbiły wzrok w niczego nieświadomego tatę, właśnie zasiadającego do stołu.

– Jeszcze mniej śmieszne – powiedział półgębkiem chłopiec.

– Może rodzice nas sprawdzają, albo źle zapisali życzenia. – Gosia uśmiechnęła się z przymusem.

Rodzeństwo jednak cały czas miało z tyłu głowy jedną, paraliżującą myśl. A jeśli na Halloweenowej nocy koszmarów się nie skończyło? Jakby na potwierdzenie, dwa aniołki z czubka choinki wzbiły się w powietrze, po czym jak gdyby nigdy nic, wyleciały przez uchylone okno. Jasiek i Gosia już mieli podnieść raban, kiedy mama postawiła na środku stołu wazę. Z dumą uniosła pokrywkę, chcąc zaprezentować czerwony barszcz z własnoręcznie lepionymi uszkami, lecz oniemiała. Zamiast uszek, w barszczu pływały małe złote rybki.

– Ale… ale, jak… Jeszcze przed chwilą ich tu nie było.

Mama z przestrachem w oczach rozejrzała się po pozostałych wigilijnych potrawach. Drżącą ręką uniosła srebrną kopułkę, a tam na półmisku zamiast dzwonków karpia, rumienił się zając w buraczkach. Susz zmienił się w kwaśną lemoniadę, a ryba po grecku najeżyła się ośćmi, niczym jeż. Po chwili babcia Halinka krzyknęła, upuszczając widelec, na który chciała nadziać karpia w galarecie, gdy ten nagle ożył. Łypnął na babcię jednym okiem, po czym zamachał ogonem, chcąc wydostać się z półmiska przystrojonego natką pietruszki i marchewką. Jasiek pociągnął nosem.

– Coś się przypala?

– O nie, pierogi!

Tata pobiegł zdjąć patelnię z ognia. Mama, bliska omdlenia, usiadła tymczasem na krześle, bezradnie rozkładając ręce. Babcie Janinka i Halinka zaczęły na zmianę ją uspokajać i wachlować serwetkami. Dzieci z przestrachem podbiegły do stołu, szukając ciast, lecz po pierniku pozostały tylko okruszki, a makowiec zamienił się w fasolowiec. Załamane usiadły obok mamy.

 

Nikt nie zauważył, że przez przedpokój przemyka malutka postać.

 

W jednej chwili światła w całym domu zgasły. Jaś i Małgosia krzyknęli zaskoczeni.

– No pięknie! – zawołała mama, już zupełnie tracąc ducha świąt.

– Nie denerwuj się kochanie, zaraz pójdę po świece.

Tata znów wybiegł z pokoju, a tuż za nim dziadek Zenek, chcąc służyć pomocą elektryka-amatora.

Wkrótce cała rodzina siedziała w blasku świec, rozstawionych po całym salonie. Świąteczna atmosfera zniknęła. Każdy zachodził w głowę jakie to dziwy się tu wyprawiają. Czy to jakieś żarty, czy może chochliki istnieją naprawdę?

Jaś i Małgosia siedzieli smętnie na kanapie, wpatrując się w rozedrgane płomienie i zastanawiając, cóż następnego może się stać. Bo wiedzieli już, że nic dobrego, jeśli strachy znów się na nich uwzięły. Babcia Halinka widząc ponure miny wnuków, przysiadła się do nich z szerokim uśmiechem.

– W taki dzień jak dziś nie wypada być smutnym. Co prawda nic nie wyszło według planu, ale pomyślcie, jak zabawnie będzie to wspominać po latach.

– Racja – zawtórował żonie dziadek Mietek. – Za czasów mojego dzieciństwa na choince wieszaliśmy orzechy, ciasteczka, rajskie jabłuszka, a zamiast lampek małe świeczki. Zajadając się właśnie grochem z kapustą poczułem przyjemny, świerkowy zapach zmieszany z żywicą. Jednak dymiące drzewko nie było czymś normalnym i zorientowaliśmy się w czym rzecz. Szybko wystawiliśmy choinkę na dwór, lecz i tak cała spłonęła. To dopiero była katastrofa!

– A ja pamiętam, jak kiedyś wracaliśmy rodzinnie ze świąt – zaczęła mama. – Nieźle wtedy napadało śniegu. Prawie po kolana. Ja się oglądam, a tam dziadek z wujkiem podtrzymując się nawzajem, zamieniają się butami. Okazało się, że mieli prawie identyczne tylko inne rozmiary. No i były oczywiście za ciasne dla dziadka.

– Pamiętam to – krzyknął tata. – Zrobiliśmy sobie wtedy z twoim kuzynem bitwę na śnieżki i trafiłem go prosto w nos, aż biedak padł na plecy.

– Miał na szczęście miękkie lądowanie – zaśmiewała się mama, niemal widząc przed oczami tamtą scenę. – Ale nos zrobił się czerwony jak u Rudolfa.

– Ach, to były czasy – westchnęła do wspomnień babcia Halinka.

– Masz rację, moja droga. Dlatego życzę wam wszystkim, moi mili, byśmy zawsze mogli spędzać Wigilię w zdrowiu i szczęściu – powiedziała babcia Janina, łamiąc się z każdym opłatkiem.

Dziadek Zenek zaczął nucić „Dzisiaj w Betlejem”. Po chwili cały dom wypełnił się radosnym śpiewem dorosłych. Jaś i Małgosia wtulili się w rodziców i przyłączyli do kolędowania.

 

Tyle radosnej atmosfery było nie do zniesienia dla gnoma. A przecież tak się starał. Psuł wszystko. Zakrył dłońmi uszy, lecz śpiewy i śmiechy nie cichły. Paliła go skóra, a w zimnym powietrzu unosił się zielonkawy dym. Po chwili na parapecie pozostała tylko zgniłozielona czapeczka.

 

Koniec

Komentarze

Jaś i Małgosia siedzieli smętnie na kanapie, wpatrując się w rozedrgane płomienie i zastanawiając się, cóż następnego może się stać. Bo wiedzieli już, że nic dobrego, jeśli strachy znów się na nich uwzięły. Babcia Halinka widząc ponure miny wnuków, przysiadła się do nich z szerokim uśmiechem.

Rzuciłbym okiem na ten fragment (zwłaszcza pierwsze zdanie), bo jak na trzy zdania nagromadzenie “się” dość spore. 

Sympatyczny tekścik. Widzę, że konsekwentnie idziesz w bajki i dobrze, bo chyba lepiej rozwinąć sobie jakiś jeden podstawowy obszar pisania i sprawdzać w oparciu o kolejne teksty, jak idą postępy.

Problem mam tu znowu ten, co przy okazji “Psokotów”. Mianowicie: piszesz bajkę stricte dla dzieci, a ja jednak odbieram ją z perspektywy dorosłego.

Tym nie mniej, rzuciło mi się w oczy parę elementów, gdzie można, w perspektywie kolejnych opowiadań, poszukać ewentualnego rozwoju, więc skoro nie jestem w stanie przedstawić Ci takiego pełnego obrazu odczuć związanych z lekturą (bo tu bardziej miarodajne będą jednak odczucia dziecka), tak postaram się chociaż w ten sposób dać coś od siebie. :)

Pierwsza rzecz to bohaterowie. Oni mają bardzo słabo nakreślone osobowości. To znaczy, żaden z nich jakoś szczególnie się od reszty nie odróżnia. Tutaj dałaś sobie pewne perspektywy budowy takich charakterów.

tuż za nim dziadek Zenek, chcąc służyć pomocą elektryka-amatora.

Na przykład tutaj. Masz tego elektryka-amatora, ale nic za tym nie idzie. A gdyby tak ten dziadek zaczął się naraz wymądrzać, bądź chwalić, jak to prosto naprawić daną usterkę, a następnie, przy próbie naprawy, coś schrzanił. Dwa, trzy zdania i już mamy indywidualny obraz dziadka. Taki indywidualny obraz powinien być przyporządkowany do każdego bohatera. Nie znam się zbytnio na tworzeniu bajek. Jeśli mają być to bajki stricte dla dzieci, one na pewno mają cały szereg indywidualnych założeń, które powinny spełniać, Tym nie mniej, charakterystyka postaci jest chyba elementem stałym dla każdej formy opowiadania. Oni powinni być jacyś.

Druga sprawa to prostota tekstu. Bajka nie musi być chyba złożona. Tylko tutaj miałem już takie poczucie jednak zbytniej prostoty. To znaczy, idziemy sobie tak bezpośrednio od jednego punktu do drugiego. 

Najpierw mamy nakreślenie sytuacji i obrazu, później serie nieszczęść, a na koniec pozytywne zakończenie. Schematycznie wszystko OK. Są te elementy, które być powinny. Tylko one mi tu występowały tutaj, jak gdyby, w trzech osobnych blokach. Nie wiążą się ze sobą. Nie mieszają. Nie ma jakiegoś pomostu między nimi. Słowem, najpierw jest sielanka, później od razu nieszczęścia, a na koniec optymizm. Nie ma takiego momentu przełamania, gdzie wydźwięk tych nieszczęść, początkowo mocny, zaczyna powoli słabnąć, przechylać się w stronę optymizmu. Tutaj ten wydźwięk jest, a za chwilę go nie ma.

Widzę, że pisząc bajki, zwłaszcza te dwie ostatnie, stawiasz na taki klimat lekko humorystyczny. Rozwijałbym to. Nakreślał mocniej. Odważniej. W sposób bardziej zdecydowany. W ten sposób zwiększysz też sobie chyba grono odbiorców. Bo ta bajka będzie już wtedy haczyć o lekką humoreskę. Sympatyczny, żartobliwy tekścik, który, dla odsapnięcia od poważnych, gęstych klimatycznie, bądź ciężkich tematycznie opowiadań, będzie miał szansę zachęcić do lektury i dorosłych. 

Bajka, wbrew pozorom, może być wcale fajnym pretekstem do przemycania takiego humoru. Bo tutaj nie ma miejsca na przaśność, wulgaryzmy, wszelkiego rodzaju aluzje. Potrzeba trochę większej kreatywności, ale też rezultat może być lepszy, bo uzyskasz humor bardziej wyszukany.

Piszę Ci to zupełnie szczerze i z pełnym przekonaniem, bo gdybym miał sobie szukać czegoś humorystycznego, to naprawdę wolałbym sięgnąć po takie “Pingwiny z Madagaskaru” niż jakąś polską komedię. Ciężko w to uwierzyć, ale zwykła kreskówka, poprzez szlaban na te wszystkie przaśności i aluzje, stoi pod względem jakości humoru zdecydowanie wyżej, bo po najmniejszej linii oporu twórcom zwyczajnie nie wolno.

To już jednak tylko rozważania.

Sporo marudzę. Czy to oznacza, że Twoja bajka jest zła? Nie. Na pewno nie. Zwyczajnie widzę, że wybrałaś sobie konkretny kierunek. A skoro Portal służy w dużej mierze rozwojowi, staram Ci się podrzucić parę spostrzeżeń, elementów opowiadania wartych uwagi, rozwojowych. Bo na końcu o to chyba chodzi, żeby dokładać sobie systematycznie te kolejne elementy i tworzyć historie coraz lepsze, pełniejsze.

A bezpośredni odbiór Twojego opowiadania?

Cóż, wiesz, jak to jest. Gdyby nic mnie w nim nie ciekawiło, to bym go nie czytał. Zwłaszcza krótko po publikacji. Skoro jednak wpadam, znaczy, że znalazłem tam coś dla siebie i to zarówno na poziomie samej lektury, jak i w kontekście rozwinięcia warsztatu i świadomości pisania.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam. 

Tym razem już bez rymowanek, bo czasem trzeba też skomentować coś normalnie. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Dziękuję za tak obszerny komentarz :) Widzę w nim szczerą chęć pomocy. Sama nie wiem czemu ostatnio wychodzą mi same bajki, ale dobrze się w nich czuję i rzeczywiście myślę, aby iść w nie pisarsko na poważnie. Na szczęście na marsjański konkurs nie napisałam już bajki:).

Nie wyczułam tego fragmentu z się, więc dziś w wolnej chwili się mu przyjrzę. Co do bohaterów masz jak najbardziej rację. Myślałam, że choć trochę udało mi się ich nakreślić pewnymi przymiotnikami rzuconymi tu i tam, ale najwyraźniej za mało. Twój pomysł z elektrykiem-amatorem jest dobry, ale nie wiem czy go teraz mogę wykorzystać:). Z humorem za to muszę uważać. Lubię teksty humorystyczne, ale nie czuję się w tym jeszcze zbyt pewnie. Obawiam się, że po prostu jeszcze nie potrafię, ale może z czasem…

Z jednym się nie zgodzę – „Tylko one mi tu występowały tutaj, jak gdyby, w trzech osobnych blokach. Nie wiążą się ze sobą. Nie mieszają. Nie ma jakiegoś pomostu między nimi. Słowem, najpierw jest sielanka, później od razu nieszczęścia, a na koniec optymizm. Nie ma takiego momentu przełamania, gdzie wydźwięk tych nieszczęść, początkowo mocny, zaczyna powoli słabnąć, przechylać się w stronę optymizmu. Tutaj ten wydźwięk jest, a za chwilę go nie ma.” Dla mnie takim pomostem od nieszczęścia do optymistycznego zakończenia są opowieści dziadków i rodziców.

Pozdrawiam :)

Myślałam, że choć trochę udało mi się ich nakreślić pewnymi przymiotnikami rzuconymi tu i tam, ale najwyraźniej za mało.

Wiesz, w tym przypadku to chyba kwestia tego, co najlepiej działa na wyobraźnię czytelnika. Przy krótkiej scence/zdarzeniu albo wypowiedzi, natychmiast pojawia się u czytelnika jakiś obraz. Za obrazem idą zaś konkretne odczucia. Z kolei przy przymiotniku trzeba Ci wierzyć na słowo.

Chodzi mi o coś w stylu.

  1. Dziś w sklepie miałem marudnego klienta.
  2. Dziś w sklepie klient przez dwie godziny wykłócał się o promocyjną cenę, która obowiązywała do wczoraj.

Przy pierwszym zdaniu mam po prostu informację, w którą muszę uwierzyć na słowo. Przy drugim dostaję konkretny obraz człowieka, lamentującego, krzyczącego, zrzędzącego, a przy okazji ignorującego wszystkie argumenty. Wyobraźnia rysuje go stosunkowo łatwo, bo przecież każdy z nas się z takim zetknął.

Z jednym się nie zgodzę

I bardzo… słusznie. :-) Ja zawsze powtarzam, żeby nie traktować moich komentarzy jak prawd objawionych, tylko konfrontować je z własną oceną. Zwłaszcza, że piszę o odczuciach, które są mocno indywidualne. :-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Sympatyczne opowiadanko. Nawet wiedźma na początku nie aż tak do szpiku kości zła – mogłaby zabić, a kończy się na serii psikusów. Faktycznie, trochę z tego powodu tekst wygląda jak ocenzurowany pod kątem najmłodszym, ale w końcu nie zawsze musi być krwawo.

Tak się tylko zastanawiałam – łażą sobie po rynku, fotki cykają… A kto przygotowuje żarcie wigilijne?

Babska logika rządzi!

Cholera, znowu zżarło mi komentarz. Jeszcze raz.

Fajna bajeczka z fajnym przesłaniem. Faktycznie z perspektywy czasu pewne wydarzenia wyglądają lepiej, niż w momencie, w którym się dzieją. Warto o tym pamiętać.

Kliczka już dałam. :)

A próbowałaś cofnąć się na poprzednią stronę? Czasami się udaje odzyskać. Tylko trzeba się w porę zorientować.

Babska logika rządzi!

Nie ma człowieka przez jeden dzień, a taki ruch się robi :-). Dziękuję za tak miłe komentarze oraz za klika. Wesołych Świąt życzę:-).

No cóż, Monique.M, zapowiedziałaś kontynuację opowiadania halloweenowego, ale, w przeciwieństwie do tamtego opowiadania, nie doszukałam się tu ani niesamowitego klimatu, ani niczego szczególnie zajmującego. Tam dzieci przeżywały prawdziwe przygody, tu są biernymi obserwatorami coraz to nowych dziwnych wydarzeń. Nie uczestniczą w nich, a tylko są smutni, bo prezenty nie spełniły ich oczekiwań. Dziwi mnie też zachowanie dorosłych, przyjmujących wszystkie anomalie bez szczególnego zdziwienia. Czy naprawdę nic ich nie zastanowiło? Mnie bardzo ciekawi na przykład, czy w gorącym barszczu pływały żywe, czy martwe rybki… a także czy po ucieczce gnoma wszystko wróciło do normy? Szkoda też, że nie poznałam reakcji czarownicy na potraktowanie całego zajścia humorem i śmiechem.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Ach, cięż­ko utrzy­mać złą re­pu­ta­cję… ―> – Ach, trudno utrzy­mać złą re­pu­ta­cję

 

Z od­da­li nio­sła się echem „Cicha Noc”. ―> Z od­da­li nio­sła się echem „Cicha noc.

 

Wszak nad­cho­dzą już Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. ―> Wszak nad­cho­dzą już świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Lub: Wszak nad­cho­dzi już  Bo­że­ Na­ro­dze­nie.

 

ale Świę­ta może już tak―> …ale świę­ta może już tak

 

Ta­necz­nym kro­kiem, za­bra­ła się za czary. ―> Czy to znaczy, że czarowała tanecznym krokiem?

Proponuję: Poruszając się ta­necz­nym kro­kiem, za­bra­ła się do czarów.

 

Nie­opo­dal, na zło­to­czer­wo­nym tro­nie… ―> Nie­opo­dal, na zło­to-­czer­wo­nym tro­nie

 

chro­nił przed mro­zem świę­tą ro­dzi­nężywym osioł­kiem i kozą. ―> …chro­nił przed mro­zem Świę­tą Ro­dzi­nężywymi osioł­kiem i kozą.

 

Dzie­ci ła­pa­ły je na rę­ka­wicz­ki i sprze­cza­ły, kto… ―> Dzie­ci ła­pa­ły je na rę­ka­wicz­ki i sprze­cza­ły się, kto

 

Dzia­dek Zenek już za­bie­rał się za le­pie­nie śnie­żek… ―> Dzia­dek Zenek już za­bie­rał się do lepienia śnie­żek

 

prze­cież do­brze pa­mię­ta­li, że dziś rano wie­sza­li tu do­brze znane… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

wie­sza­li tu do­brze znane ozdo­by świą­tecz­ne, a nie wa­rzyw­niak. ―> …wie­sza­li tu do­brze znane ozdo­by świą­tecz­ne, a nie wa­rzyw­a.

 

Z rów­nie skon­ster­no­wa­ną minął Gosia wy­cią­gnę­ła ka­se­tę ma­gne­to­fo­no­wą. ―> Co Gosia na pewno minął?

Pewnie miało być: Z rów­nie skon­ster­no­wa­ną miną, Gosia wy­cią­gnę­ła ka­se­tę ma­gne­to­fo­no­wą.

 

– A to nie wy­glą­da na mp3. ―> – A to nie wy­glą­da na empetrójkę.

 

na pół­mi­sku za­miast dzwon­ków kar­pia… ―> …na pół­mi­sku za­miast dzwon­ek kar­pia

Rybę dzielimy na dzwonka, nie na dzwonki. Jedna porcja ryby to dzwonko, nie dzwonek.

 

po­wie­dzia­ła bab­cia Ja­ni­na, ła­miąc się z każ­dym opłat­kiem. ―> Czy na pewno łamali się opłatkiem po tym, jak wcześniej dobierali się do makiełek i ryby w galarecie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz i poprawki :). Wprowadzę je po zakończeniu konkursu. Szkoda, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu. Może następnym razem. Odnośnie dzieci, może rzeczywiście są zbyt statyczne. Spróbuję trochę je rozruszać :)

Koniecznie! Dzieci potrzebują dużo ruchu. ;)

A tak całkiem serio, to wydaje mi się, że pisanie dalszych ciągów jest trudne. Trzeba się naprawdę bardzo wysilić, aby na już opisany temat stworzyć coś nowego, zajmującego i tchnącego świeżością. Coś, co będzie nawiązywać do wcześniejszego dzieła, ale jednocześnie będzie ciekawsze i jeszcze lepsze.

I tak, Monique, jestem pewna, że niebawem napiszesz takie opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej Monique, Całkiem ciepła świąteczna opowiastka :) Dobrze, że gnomowi nie udało się zepsuć rodzinnej atmosfery dzieciakom i ich rodzinie :) Zachęcony lekturą tego opowiadania, prawdopodobnie sięgnę też po historię halloweenową :)

Podsumowując: podobał mi się Twój tekst. 

 

Niemniej, mam dwie niewielkie uwagi natury stylistycznej.

 

Zastanowiłbym się nad poniższą konstrukcją:

 

Za czasów mojego dzieciństwa na choince wieszaliśmy orzechy, ciasteczka, rajskie jabłuszka, a zamiast lampek małe świeczki. Zajadając się właśnie grochem z kapustą poczułem przyjemny, świerkowy zapach zmieszany z żywicą. Jednak dymiące drzewko nie było czymś normalnym i zorientowaliśmy się w czym rzecz. Szybko wystawiliśmy choinkę na dwór, lecz i tak cała spłonęła. To dopiero była katastrofa!

W pierwszym zdaniu, dziadek Mietek, przywołuje ogólną refleksję dotyczącą sposobu w jaki w przeszłości przeżywał/li Święta, a drugie zdanie brzmi jakby było kontynuacją historii dotyczącej konkretnej sytuacji przy stole świątecznym (kontynuacją, bez początku, przez co, przynajmniej u mnie wywołało delikatną konfuzje). Być może warto by było dodać pomiędzy tymi dwoma zdaniami coś w stylu: Dawno temu, podczas którejś/pewnej Wigilii, zajadając się grochem(…). Wskazana przeze mnie propozycja być może nie jest najlepsza, jaką można by było wymyśleć, ale chciałem tylko zaznaczyć ewentualny kierunek sugerowanych zmian :) 

 

Druga kwestia, nad którą bym się zastanowił to przeformułowanie poniższego zdania: 

 

powiedziała babcia Janina, łamiąc się z każdym opłatkiem.

 

One troszę brzmi, jakby babcia kulała się po ziemi i łamała się nawzajem z opłatkami w zażartym boju :) :) Być może tylko u mnie wywołuje takie skojarzenia, ale prawdopodobnie lepiej by brzmiało w ten sposób (tzn. jednoznacznie): 

 

(…) powiedziała babcia Janina, łamiąc się opłatkiem z każdym (opcjonalnie: łamiąc się opłatkiem z dziadkiem Mietkiem/babcią Halinką/Jasiem, Małgosią, dziadkiem Zenkiem <generalnie w czasie wypowiadania jednego zdania cięzko się połamać z wszystkimi naraz :)> 

 

Te wskazane powyżej sugestie są to niuanse, które nie mają większego wpływu na mój pozytywny odbiór Twojego dzieła. 

 

EDIT: ponieważ tekst mi się spodobał, myślę że może znaleźć się w BiB. Polecę go tam ze swojej, skromnej strony.

 

Pozdrawiam

Cichy0

 

 

Dziękuję za tak pozytywny komentarz :) Cieszę się, że uznałeś bajkę za fajną:) Tekst o halloween ma o wiele więcej akcji i humoru, więc powinien Ci się również spodobać :). Po zakończeniu konkursu na pewno poprawię wskazane przez Ciebie fragmenty.

 

Również pozdrawiam:)

Sympatyczna zielona czapeczka i równie sympatyczne, świąteczne opowiadanko. Przeczytałam z przyjemnością, podoba mi się ogólny nastrój jak i postać takiej nie do końca groźnej czarownicy… Ode mnie kolejny, biblioteczny kliczek :)

Witam i dziękuję za odwiedziny oraz klika. Czytanie takich komentarzy to przyjemność:-)

Jestem i ja, a oto mój komentarz. Moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Historyjka przypadła mi do gustu, a wykonanie wyszło całkiem dobrze. Poniżej zawiły komentarz.

 

Wielki Wywód W ogóle niepotrzebny 2 (WWWn2)

W sprawie uwag np. do logiki wydarzeń, w sensie dlaczego dorośli pozostali niewzruszeni na świąteczne incydenty, ja myślę, że tutaj potrzeba odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie. Dla kogo są pisane bajki? W sensie, chodzi mi o kategorię wiekową.

Wydaje mi się, że dla dzieci piszemy prościej, w sposób bardziej przejaskrawiony. Wtedy stawiamy mniej na logikę fabuły, a mocniej na symbole oraz alegorie. Poza tym więcej opisujemy, a mniej pokazujemy (bo młody Czytelnik nie uchwyci niuansów i kontekstów ze świata dorosłych). Dlatego w bajkach dla dzieci spotykamy intensywniejsze kolory albo zwroty typu: Małgosia była bardzo piękną dziewczyną, a Jasiek był bardzo dobrym chłopcem.

Wydawać by się mogło, że na portalu publikujemy rzeczy dla dorosłych, ale niekoniecznie tak musi być, nie mówiąc już nic o subiektywnej wrażliwości. Dlatego może przy bajkach warto dopowiedzieć tę kwestię, do kogo są one kierowane.

Koniec (WWWn2)

 

Mówię cały ten niepotrzebny wywód, aby powiedzieć, że dla mnie Twoja bajka wpisuje się bardziej do kategorii wiekowej dzieci. I może właśnie dlatego przypadła mi do gustu. Uważam, że dobrze wpisałaś się w tę konwencję ze swoją opowieścią. To była prosta i lekko historia, taka powinna być, więc wyszło dobrze. A rysunek jest ładny – brawo dla Ilustratorki.


Moje pytanie, ewentualnie sugestia do sprawdzenia.

Wtulony w katedrę żłóbek chronił przed mrozem Świętą Rodzinę z żywym osiołkiem i kozą

Właśnie. Pierwsza Gwiazdka już od dawna świeci na niebie.

Pogrubiłem i zapisałem w inny sposób to, na co chciałbym zwrócić uwagę. Wydaje mi się, że jeśli operujesz nazwami własnymi, symbolicznymi, należy je zapisać z wielkich liter, aby było jasne, że chodzi o abstrakty. W innym wypadku można zastanawiać się, o której rodzinie albo gwiazdce mówi narrator. Pierwsza gwiazdka to losowo pojawiający się punkt na niebie, a Pierwsza Gwiazdka jest uniwersalna. Za każdym razem po jej symbolicznym pojawieniu się, pod choinką leżą prezenty. (moim zdaniem)

 

 

Dziękuję za komentarz, cieszę się, że bajka przypadła Ci do gustu:-). Rzeczywiście wprawiam się teraz w pisaniu dla dzieci. Wasze uwagi pokazały mi, że muszę podkręcić zdziwienie dorosłych, ale to (jak i poprawki) wprowadzę dopiero po rozwiązaniu konkursu.

Urocza bajka idealna jak na święta. Szkoda że nie mogłem przeczytać tego wcześniej, problemy techniczne. Czyżby i u mnie zalęgło się jakieś złośliwe gnomisko? 

 

Jestem na tak 

Oby nie:) Dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję za ostatniego klikasmiley

Cześć, jestem, jak obiecałem. Niżej kilka aspektów, które rzuciły mi się w oczy, na końcu opiszę wrażenia:

Nagle karminowe usta wykrzywił szpetny uśmiech.

Nie wiem, czy to “nagle” jest potrzebne. Wydaje się trochę nienaturalne. Do tej pory nic konkretnego się nie działo, streszczałaś wydarzenia, więc moim zdaniem taki przerywnik jest niepotrzebny.

– Ale późno się zrobiło! – zakrzyknęła nagle mama, spoglądając na zegarek

Tutaj też mi to średnio leży, niby jest sensownie wstawione… wychodzi na to, że nie lubię tego słowa, więc możesz uznać to za czyste marudzenie :P

bo przecież dobrze pamiętali, że dziś rano wieszali tu dobrze znane ozdoby świąteczne, a nie warzywniak.

Powtórzenie, ale poza tym – XD świetne zdanie.

Drżącą ręką uniosła srebrną kopułkę

Bardziej pasuje dłonią, wyobraźnia trochę się gubi, kiedy próbuje zobrazować drżącą rękę, która coś podnosi.

Rodzeństwo na wyścigi pobiegło

Tutaj masz określenie czasownika – przysłówek. Często pojawiały się w tekście, a ja zacząłem z nimi bój, więc i teraz muszę wtrącić kilka słów. One są bardzo złudne, niby odwalają za nas większość roboty, ale tak naprawdę są czystym opisem, a przecież chodzi o pokazywanie. Ja nie czuje ładunku tej czynności, ona do mnie nie przemawia, ponieważ jej nie widzę. Jeśli napiszesz, że Rodzeństwo “na wyścigi” lub “szybko” coś zrobiło, to wcale nie znaczy, że rzeczywiście tak było.

Czytelnikowi trzeba pokazać czynność, niepisane emocję i dynamikę. Dlatego jeśli ktoś się denerwuje, nie piszesz tego bezpośrednio, tylko pokazujesz drżenie rąk lub wspominasz, że się poci.

W tym przypadku, możesz przykładowo wspomnieć, że przepychali się na schodach lub w drzwiach.

Pamiętaj, że to mija opinia i nie musisz się z nią zgadzać :P

Jaś i Małgosia krzyknęli zaskoczeni.

To samo co wcześniej

Jaś i Małgosia siedzieli smętnie na kanapie, wpatrując się w rozedrgane płomienie i zastanawiając, cóż następnego może się stać.

Nie jestem pewien, czy można siedzieć smętnie – powiedzieć, skrzywić się, westchnąć tak, ale nie wiem czy siedzieć. Dwa imiesłowy obok siebie nie brzmią zbyt dobrze. Wcześniej w tekście też często ich używałaś, moim zdaniem lepiej unikać tej części mowy, bo nie brzmi zbyt dobrze.

Niektórych opisów było zbyt dużo, niektóre fragmenty nieco przegadane, trochę (miejscami) brakowało emocji, ale tekst mi się podobał. Bardzo płynnie przeszłaś do przekazu, co jest dla mnie ogromnym plusem tekstu. Zrobiłaś to prawie mimowolnie, nauka bardzo ładnie wpleciona w tekst. Bajkowość też niezła, niby nie moje klimaty, ale podobało się.

Gdybym jeszcze mógł, klikałbym. Fajnie nakreśliłaś treść, mimo że nie czytałem poprzedniego opowiadania ;)

Powodzenia w konkursie!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dziękuję za tak obszerny komentarz i miłe słowa:-) Obecnie poprawiam opowiadanie w wersji roboczej. W nocy dopisałam też jedną scenę, za radą Reg. Poprawioną wersję wstawię, kiedy skończy się konkurs. Cieszę się, że tak odebrałeś zakończenie. Zależało mi, aby nie było nachalne, lecz miało swój przekaz.

Bardzo ciekawe opowiadanie. Przez moment poczułam się jak mała dziewczynka.

smiley

Przyjemne :)

Przynoszę radość :)

smiley

Sympatyczna bajka na święta. Mam wrażenie, że jest adresowana głównie do młodszych czytelników. Wskazuje na to konstrukcja złych postaci, które nie są do końca czarnymi charakterami. Może warto specjalizować się w kierunku tekstów dla dzieci? Postawiłabym na budowanie postaci na podstawie jednej dominującej cechy, np. łakomy Jaś, obrażalska Małgosia itp.

Dziękuję za komentarz :). Właśnie zamierzam iść w literaturę dziecięcą:).

Nowa Fantastyka