- Opowiadanie: katia72 - Julia

Julia

Ostatnio piszę same długie teksty, więc stwierdziłam że dla odmiany spróbuję stworzyć coś krótszego. Niestety, nie wyszło zbyt oryginalnie ani ambitnie, ale jak na mnie wyjątkowo pozytywnie i mam nadzieję, że w miarę świątecznie. Przy okazji publikacji chciałabym wszystkim życzyć zdrowych, radosnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Julia

Smukły świerk przyciągał uwagę błyszczącymi bombkami, głównie w kolorze złota i bordo. Złożone z lukrowanych pierników łańcuchy i anielskie włosy sunęły po iglastych rękach, szczyt zdobiła połyskująca gwiazda. Świąteczna księżniczka w szmaragdowej sukni, a dwa kroki przed nią wigilijny stół. Idealnie biały, wykrochmalony obrus, mosiężne świeczniki, które odziedziczyłem po babci Krystynie i kupiony przez żonę na targu stroik – gałęzie jodły, umalowane na srebrno orzechy włoskie i szyszki, mech, głóg, sianko i trzy kremowe świece, których migoczące ogniki uroczo odbijały się w choinkowych bombkach.

Za bożonarodzeniowym drzewkiem i wigilijnym stołem, na drugim planie – udekorowane ręcznie wykonanymi przez wnuki zwierzątkami z papieru, sznurka i kolorowych wstążek – okno. Był tam i renifer, i sarna, i zając, i niedźwiedź. A za oknem kobaltowe niebo i tańczące płatki śniegu.

Zapadając się w miękkim fotelu, patrzyłem na namalowany przeze mnie trzy lata temu obraz. Mój ostatni obraz – gdy go ukończyłem, wyrzuciłem na śmietnik wszystkie płótna, pędzle i farby. Powoli przeniosłem wzrok z okna na leżące pod świerkiem puste, szare pudełka, a potem na stół, na którym brakowało zarówno talerzy i sztućców, jak i wazy z parującym czerwonym, pachnącym grzybami barszczem, salaterki z uszkami, półmiska z karpiem… Spojrzałem też na krzesła, na których nikt nie siedział.

Trzy lata temu w wigilijny wieczór zginęła Ewa. Zacisnąłem wyschnięte wargi i sięgnąłem po kieliszek koniaku. Rzadko piłem coś mocniejszego, ale jakoś wypadałoby uczcić Boże Narodzenie. Podszedłem do okna, na zewnątrz podobnie jak na obrazie prószył śnieg, jedynie niebo nie miało koloru kobaltu, lecz straszyło smutną szarością. Tak czy inaczej, ciągle lubiłem wpatrywać się w biały puch, mimo iż to między innymi przez niego straciłem żonę. Tamtego wieczoru widoczność na drodze była tragiczna, ale Ewa koniecznie chciała zdążyć przed dziećmi, wiozła prezenty dla wnuków i kutię przyrządzoną dla nas przez jej starszą siostrę. Dokładnie trzy lata temu mak, pszenica i rodzynki wymieszały się ze szkarłatną krwią kobiety, której nigdy nie przestałem kochać.

 

***

Narysowałem palcem na zaparowanej szybie kontur kobiecej twarzy. Zamknąłem powieki i ujrzałem uśmiechniętą twarz pyzatej blondynki o zielonych oczach. Zadzwonił telefon.

– Halo?

– Cześć tato. – Głos starszego syna. – Tato, przyjechać po ciebie? Jest wigilia…

Milczałem.

– Tato, proszę. Jeśli nie chcesz wychodzić, to możemy świętować u ciebie. Przywieziemy jedzenie, Kuba za tobą tęskni.

Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem, mocno zaciskając dłoń na słuchawce:

– Piotrze, zobaczymy się po świętach. Może w Nowy Rok? Ale teraz muszę być sam. Wesołych Świąt.

Sam. Samotność i lęk przed obcymi, wycofanie, zamknięcie. Wyszedłem na korytarz, upewnić się, że na pewno zamknąłem drzwi. Nigdy nie lubiłem przebywać wśród ludzi, ludzie mnie męczyli, wszyscy poza Ewą. Ona jedyna rozumiała moją potrzebę izolacji. Znikała, kiedy czuła, że potrzebuję odciąć się od zgiełku, hałasu i tego okropnego, wszechogarniającego pośpiechu. To przez niego, przez niego i przez śnieg…

Święta powinno się obchodzić powoli, cieszyć chwilą, nie zabijać szczęścia pochopnością, bieganiną i wiecznym zapracowaniem. Poszedłem do kuchni, wyjąłem z lodówki wędzonego łososia. Przynajmniej jakaś ryba. Ukroiłem kromkę chleba. Westchnąłem, a zanim wróciłem z jedzeniem do salonu, do moich uszu ponownie dobiegł sygnał telefonu. Tym razem Grzesiek. On zawsze napierał bardziej od Piotra, przekonywał, argumentował, nieraz w nerwach zdarzyło się mu nazwać mnie egoistą, a moją chorobę jednym wielkim cyrkiem. Dzisiaj uważał na słowa, ale w jego głosie wyczuwałem irytację, a gdy powiedziałem, żeby przestał mnie namawiać, bez pożegnania odłożył słuchawkę.

Odechciało mi się jeść. To już dwa lata, jedenaście miesięcy i dwadzieścia osiem dni odkąd ostatni raz wyszedłem z mieszkania. Pogrzeb Ewy odbył się dwudziestego siódmego grudnia, msza w kościele Świętego Michała, a potem przemarsz na cmentarz przy ulicy Długiej. Wiało, śnieżyło, krwawiło. Szedłem powoli za trumną, a za mną ci ubrani na czarno ludzie. Moi synowie i ich żony, wnuk i dwie wnuczki, a dalej krewni, znajomi Ewy z pracy, sąsiedzi, koleżanki z przeszłości, panie ze sklepu na osiedlu, obcy… Idąc w tym korowodzie śmierci, czułem z sekundy na sekundę narastający lęk. Ostatkiem silnej woli powstrzymywałem się wtedy, by nie krzyknąć i zacząć uciekać. Nie wiedziałem, jakim cudem dotrwałem do końca ceremonii, ale nie dałem rady wziąć udziału w stypie. Powiedziałem, że boli mnie serce i mam duszności. Po pogrzebie usiadłem w fotelu, zapaliłem papierosa, wypiłem kieliszek koniaku i postanowiłem, że już nigdy nie opuszczę mojego „sanktuarium”.

 

***

Jeszcze przed śmiercią żony, odkąd wyprowadzili się z domu nasi synowie, wszystko w naszym mieszkaniu było zawsze idealnie posprzątane, nawet pracownia, w której malowałem. Pędzle poszeregowane pod względem wielkości i włosia, farby według kolorów i odcieni, podłoga zabezpieczona folią na czas tworzenia. A gdy odeszła Ewa moje lokum wręcz lśniło i nie miałem ochoty wychodzić z niego, chociażby na chwilę. Przecież za drzwiami czekała śmierdząca, obślizgła klatka schodowa, gdzie mogłem natknąć się na wścibską sąsiadkę lub zabłąkanego pijaczka, który pomylił piętro trzecie z czwartym albo – co gorsza – korytarz do spiżarki z toaletą. A tutaj…

Ponownie zbliżyłem się do okna, przejechałem opuszką palca wskazującego po wypolerowanym parapecie i jeszcze raz wyjrzałem na zewnątrz. Przestało padać. W oddali dostrzegłem trzy sylwetki. Prawdopodobnie matka, ojciec i kilkuletnia córka. Szli w kierunku mojego wieżowca. Bardzo szybko. Matka wymachiwała rękoma, w których trzymała wypchane, zapewne świątecznymi prezentami reklamówki, ojciec ciągnął za sobą zapłakaną dziewczynkę w malachitowym skafandrze, bordowej spódnicy, buraczkowych rajstopach i czapce z wielkim pomponem w kolorze butelkowej zielni, spod której wystawały brązowe warkocze. Czyżby była przebrana za świątecznego elfa?

Trójka nieznajomych zbliżyła się do ogromnej, sztucznej choinki ustawionej pośrodku osiedlowego placu zabaw. Istne „cudo”. Bombko-lampki co ułamek sekundy zmieniające kolory i migoczące niczym lustrzane kule zwisające z sufitu dyskotekowej sali. Oprócz nich połyskujące stożki wypełnione czymś kojarzącym mi się z ponabijanymi na haki dżdżownicami.

Odwróciłem się w stronę obrazu. Dużo lepiej. Upragniona cisza i spokój. Zjadłem łososia z chlebem, wypiłem jeszcze jeden kieliszek koniaku i zanurzyłem się w fotelu. Gdyby tylko była tu Ewa… Zmrużyłem powieki i wyobraziłem sobie żonę głaszczącą mnie po plecach, delikatnie masującą kark. Zasnąłem.

 

***

Okropne biiiiiiiiiiiip. Dzwonek do drzwi. Poderwałem się jak oparzony. Przecież im mówiłem, że chcę być sam! To na pewno Piotrek, Grzesiek był zbyt dumny. Miałem jedynie nadzieję, że przyszedł sam. Zrobię mu herbatę, wypijemy i powiem, że jestem zmęczony i muszę iść spać. Spojrzałem przez judasza. Nikogo nie zobaczyłem.

– Kto tam?! – krzyknąłem.

– Julia. – Usłyszałem dziecięcy głosik.

– Kto? Julia? Nikogo nie widzę. Oddal się trochę.

Najpierw ujrzałem czubek rudej główki, a chwilę później bladą, prawie białą twarz z pokrytym piegami nosem. Julia… Julia – córka sąsiadów z siódmego piętra. Tylko ona… Myślałem, że ona nie żyje. Poczułem nieprzyjemny ucisk w podbrzuszu. Niedobrze tak o kimś myśleć. Ostatni raz widziałem ją osiem miesięcy temu, zrobiła dla mnie zakupy w warzywniaku. Bardzo miłe, pomocne dziecko. Tylko zawsze takie blade i wychudzone. Wykryli u niej białaczkę. Byłem pewny, że… Przygryzłem dolną wargę i zabrałem się do otwierania drzwi – trzy zamki i łańcuszek, blokada na dole.

– Wejdź, proszę – powiedziałem po uporaniu się ze wszystkim zabezpieczeniami.

– Dziękuję. – Julia uśmiechnęła się szeroko, po czym wręczyła mi pokaźnych rozmiarów torbę.

– Co to? – zapytałem, biorąc w ręce ciężki pakunek.

– Nasza wigilijna kolacja. Moja mama wszystko przygotowała. – Wypowiadając ostanie zdanie, spuściła głowę, a jej policzki pokrył delikatny rumieniec.

– Kolacja? – powtórzyłem.

Przytaknęła. Wskazałem ręką salon, położyłem torbę na stole, po czym raptownie się obróciłem i zapytałem:

– A dlaczego ty właściwie tu przyszłaś? Powinnaś być teraz z rodzicami, przecież są święta.

Przekrzywiła głowę, zmrużyła powieki i zabrała się do rozpakowywania.

– Przyniesiesz talerze? I jakaś waza by się przydała i salaterka.

Bez słowa udałem się do kuchni. Mimo iż korzystałem z tacy, żeby dostarczyć wszystkie potrzebne naczynia i sztućce, między salonem a kuchnią, ciężko dysząc, obróciłem aż cztery razy. Czułem się jak w transie. Julia w tym czasie nałożyła na talerze barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i grzybami, kluski z makiem, smażonego karpia, karpia w galarecie, kapustę z grochem, makowca, rybę po grecku, krokiety, kiszone buraki, pierogi z soczewicą i kutię wyglądającą dokładnie tak samo, jak ta, którą szykowała dla nas siostra Ewy. Zacząłem po cichu liczyć:

– Jeden, dwa, trzy… dwanaście.

Uśmiechnąłem się szeroko. Do mojego nosa dotarł cytrynowo-pomarańczowy zapach świec i cudowna, tradycyjna woń choinki, tylko przecież w moim salonie… Skierowałem wzrok w stronę okna i ujrzałem przyozdobiony złotymi i bordowymi bombkami świerk, a pod nim opakowane w srebrny papier prezenty.

 

***

Usiadłem do stołu, rozłożyłem na kolanach zieloną serwetę z wyhaftowanymi w rogach iglastymi gałązkami, nabrałem łyżkę barszczu, po czym powiedziałem:

– Ja umarłem, prawda? I ty też nie żyjesz…

Julia chrząknęła, dokończyła jeść uszko i odparła:

– Nie umarłeś. Jeszcze nie teraz. A ja… – Przerwała w pół zdania, podeszła do prezentów i zapytała: – Co byś chciał dostać pod choinkę?

Oblizałem wargi, westchnąłem. Co bym chciał dostać pod choinkę? Powinienem chcieć dostać lekarstwo na moją chorobę. Tego z pewnością pragnęły dzieci, tego wymagało ode mnie społeczeństwo, a ja? Ja lubiłem swoją samotność, bo przecież gdybym jej nie lubił… Barszcz i uszka smakowały wyśmienicie, niemalże tak dobrze, jak te robione przez Ewę. Nocami. Ona zawsze gotowała nocami, bo w dzień pracowała od rana do wieczora. Nałożyłem na talerz karpia. Bardzo powoli włożyłem kawałek ryby do ust. Mimo że żona zarabiała więcej ode mnie, nienawidziłem pośpiechu. Karp był równie pyszny, jak paszteciki, które pochłonąłem zaraz po nim. Nie, nie będę opuszczał mieszkania, tylko dlatego, że są święta i że… Spojrzałem na Julię.

Kucała przy największym pudełku ozdobionym szeroką, seledynową wstęgą. Seledynowy to ulubiony kolor Ewy. Gdy zgodziła się zostać moją żoną, prosiła, żebym w każdym od tej pory namalowanym obrazie użył go, chociażby odrobinę. Popatrzyłem na seledynowe sznurki obwiązane wokół szyi papierowych reniferów. Zawsze dotrzymywałem złożonych obietnic. Zabrałem się do pałaszowania klusek z makiem, a Julia do rozpakowywania prezentu. Drobne dłonie sprawnie rozwiązały wstęgę, po czym otworzyły srebrne pudełko.

– Wesołych Świąt, Leszku.

Naprzeciwko mnie siedziała Ewa. Blond włosy opadające na ramiona, aksamitna sukienka w kolorze rubinu, złoty łańcuszek z diamentowym sercem; prezent z okazji dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Moja piękna żona. Najpiękniejszy bożonarodzeniowy prezent.

Jadłem, patrzyłem na nią i milczałem. Nie chciałem rozmawiać. Wiedziałem, że zapytałaby o dzieci, że poprosiłaby, żebym poszedł do psychologa, a może nawet psychiatry, a ja pragnąłem jedynie cieszyć się jej obecnością. W ciszy. Bez zgiełku, bez śpiewów, bez biegających wokół stołu rozkrzyczanych dzieci.

– Myślisz, że jestem potworem? – zapytałem, wbijając widelec w krokiet.

Wstała, położyła dłoń na moim ramieniu i słodkim głosem powiedziała:

– Nie, ja rozumiem twoją potrzebę wycofania.

 

***

Zjadłem ostatnie danie i poszedłem do łazienki umyć ręce. Gdy wróciłem, nie było już ani Ewy, ani choinki; stół świecił pustkami, a Julia stała przy oknie i patrzyła na wirujące płatki śniegu.

– Myślę, że powinnaś wracać. Późno już. Rodzice zaczną się o ciebie martwić – powiedziałem.

– Mhm. – Dziewczynka obróciła się w moją stronę i odparła: – Miałam nadzieję…

Przyłożyłem palec do ust i powtórzyłem:

– Idź już.

Podeszła do mnie i mocno uściskała, a ja pocałowałem ją w czoło i odprowadziłem do drzwi. Znowu byłem sam.

Zaciskając wargi, wróciłem do salonu, spojrzałem na obraz. Przy namalowanym stole siedziała namalowana Ewa. Uśmiechnąłem się do niej, a ona do mnie.

– Niech ci będzie – wyszeptałem, po czym odszukałem w notesie adres Piotrka.

Koniec

Komentarze

Mimo dość krótkiego tekstu, świetnie udało Ci się przedstawić wyizolowanie głównego bohatera. Tekst wciągający, jak zwykle rewelacyjnie napisany. Trzymał też w niepewności (zwłaszcza w momencie kiedy Julia zadzwoniła do drzwi), przez co nie wiedziałem jakiego zakończenia mogę się spodziewać.

Ogólnie – podobało mi się :)

 

“– Wjedź, proszę – powiedziałem po uporaniu się ze wszystkim zabezpieczeniami.”

Chyba jednak miała wejść :D

Pozdrawiam!

Bardzo klasycznie. Pięknie i ciepło. Nie powiem, żeby wzruszało, brakuje mi jakiejś ostrości i niespodzianki. Fabuła jest tak bardzo przewidywalna, że od momentu pojawienia się rodziny za oknem bloku wszystko jest jasne, kto przyjdzie i co powie.

Trzy lata temu w wigilijny wieczór zginęła Ewa. Zacisnąłem wyschnięte wargi i sięgnąłem po kieliszek koniaku.

Kosmetyka: przerzuciłabym drugie zdanie do kolejnego akapitu. Raz, że wtedy wzmianka o śmierci Ewy wybrzmi bardziej dramatycznie. Dwa, że drugie zdanie opowiada już o teraźniejszości bohatera, więc będzie czytelniej. To tylko sugestia, możesz ją śmiało zignorować jeśli ci się nie spodoba ;)

 

Wiało, śnieżyło, krwawiło.

Świetne zdanie. Oszczędne, ale obrazowe; właściwie na tym mógłby się opis pogrzebu zakończyć, a czytelnik i tak wiedziałby wszystko.

 

Bardzo dobrze się czytało, czuć klimat świąt, ale zgadzam się z Nikolzollernem, że czegoś brakuje. Od momentu pojawienia się dziewczynki tekst robi się dosyć przewidywalny i niestety wpada trochę w tory typowej świątecznej opowieści ku pokrzepieniu serc. Wykonanie jest na tyle dobre, że lektura jest czystą przyjemnością, ale nie satysfakcjonuje na poziomie fabuły. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo piękne. Bardzo smutne, choć w finale – już mniej. Klik.

Spokojnych, dobrych Świąt, Katiu :)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

NearDeath – cieszę się, że tekst Ci się spodobał :) Zaraz poprawiam błąd.

 

Nikolzollern, Gravel – napisałam w przedmowie, że nic oryginalnego nie udało mi się wymyśleć. Tak czy inaczej fajnie, że się dobrze czytało :) I trochę miało być ku “pokrzepieniu serc” :)

 

Rybaku – ślicznie dziękuję :) I wzajemnie.

 

Ando – dzięki za śnieżną choineczkę :)

Pomalutku, ale konsekwentnie, krótkimi pociągnięciami pędzla, nakładasz kolory, które łączą się w piękny obraz.

Tragedia w tle, rodzina dookoła i gość z zaświatów. Wypisz wymaluj ta sama treść co w moim opku, ale jakże inna forma – bardziej introwertyczna i refleksyjna.

To nie może się nie podobać, szczególnie, że zakończenie optymistyczne, takie świąteczne. Trzeba się śpieszyć ze stawianiem kliczków, tak szybko Twoje opowiadania odchodzą do biblioteki. smiley

Malarskie, choć to nie ściany:), to tym mnie kupujesz, chociaż nie tylko obrazem, kolorami. Mnie te barwy atakują fizycznie i zapraszają do czytania. Co poza tym – emocje, bohater i realizm. Prawdziwe historie.

Co do kutii, to mam też z nią swoje wspomnienia, ważne. Kroczysz po śladach, dla niektórych ważnych, więc po części uniwersalnych. 

Lubię imię Julia, jeśli pojawi się moje świąteczne, to będzie w nim, acz niezależnie od Twojego:), bo już zostało napisane.

 

Napiszę o klika bibliotecznego. 

Dzięki za życzenia:) Fajnie piszesz, bardzo fajnie (copytrajty na słówko pochodzące od Anet). Kupuję każde. Masz rację, że optymistyczne!:) Dla mnie takim jest.

Zdaje mi się też, że bardzo czuwasz nad błędami, wzięłaś je w jasyr i niewiele co się prześlizgnie. Płynęłam przez tekst, co najwyżej jakieś „się” wstrzymywało mnie na mili sekundę, ale czytając na głos – wahałam się. Dobrze jest, jak jest!:DDD

pzd srd, a

Ps. A poza tym, pisz:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fizyku, bardzo dziękuję za miły komentarz, a najbardziej mnie cieszy, że wyszło świątecznie i optymistycznie. Tym razem to był mój cel – bez udziwnień i spokojnie :)

Asylum – dzięki za odwiedziny i masz rację w tym opowiadanku chyba bardziej skupiłam się na płynnością tekstu niż nad treścią. Trochę mam ostatnio pustą głowę, jeśli chodzi o pomysły, ale mimo to nie chcę wyjść z wprawy i dosyć dużo piszę :) Pozdrawiam ciepło.

Przestań. Masz, Katiu do czynienia z moim buntem! To dobra opowieść! Nie będę się wywnętrzać, ale chciałabym, aby i do mnie Julka przyszła. Tak. 

Jestem oczarowana Twoimi opkami, ale to chyba już wiesz. Nic to, będę powtarzać, ale… żadnej poprzeczki:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, jesteś kochana :) heart

Zmierzyłaś się z tematem, z którym ja bałbym się mierzyć. Bardzo trudno być w pisaniu o takich tragediach uczciwym. To znaczy mi by było trudno.

Nie wiem. Wydaje mi się, że tutaj udało Ci się częściowo. Bo przejąłem się, co mi się rzadko zdarza, tragedią rodzinną i smutkiem bohatera. Wspomnienia świątecznych smaków powiązane z Ewą, to wszystko mi gra i działa na mnie. Ale później nasunęły mi się dwa słowa – wyciskacz łez. I nie chciały sobie pójść.

Nie wiem do końca, skąd taki odbiór. Jak już komuś ostatnio pisałem – łatwiej mi pisać opowiadania, niż dobre komentarze. 

Mamy na przykład: Dokładnie trzy lata temu mak, pszenica i rodzynki wymieszały się z szkarłatną krwią kobiety, której nigdy nie przestałem kochać.

“Ale zdanie, wow”, pomyślałem. A potem zdałem sobie sprawę, że człowiek przytłoczony taką tragedią nie mówiłby w ten sposób. Że to ktoś, kto świetnie pisze, włożył mu w usta pięknie napisane zdanie. I wtedy coś się stało z autentycznością tego wszystkiego. 

Trudny tekst, katiu. Unikam oceniania w kategoriach dobry-zły, bo, naprawdę szczerze, nie wiem. 

 

skonfundowany,

Łosiot

 

Katiu, i ja serce przesyłam. Udowodnię, bo mogę heart Ha, więcej mogę, heartheartheart

Dzisiaj jestem szczęśliwa, acz niepokój czai się w tle. Napisałam opko, zakończyłam (pit-stop) pewne przedsięwzięcie i jeszcze mam czas, tj. mogę coś przeczytać. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Łosiot – dziękuje za odwiedziny i komentarz. Tekst – dobry czy zły, pewnie średni ;) "Ładne zdania” gryzące się z treścią… To taka wada nieumiejętnie poprowadzonej narracji w pierwszej osobie. Hm, tak się zastanawiam, czy nie przydałaby się mała przerwa od pisania… czasem mi to pomaga :)

Pozdrawiam serdecznie.

 

Asylum – mam nadzieję, że niepokój nie odważy się wejść na pierwszy plan :) Trzymam kciuki i za pisanie i za przedsięwzięcia :) Miłej nocy :)

Dobry pomysł na izolację, która świetnie wybrzmiewa w towarzystwie świąt. Jej prezentacja w tekście to bez wątpienia najmocniejszy jego punkt. Samo opowiadanie natomiast, może się mylę, ale pełni chyba funkcję szkoleniowego. Przynajmniej ja używam nieraz takiego określenia (i nie jest ono w żadnym razie deprecjonujące). 

Tutaj, jak sądzę, nie szarżowałaś szczególnie z ambicją, sporo jest elementów typowych, ale też chyba o to chodziło, żeby zaprezentować historię, która, przy całym swoim gorzkim i ponurym obrazie oraz wydźwięku, jednak przemyca na końcu taką nutkę pozytywności. Pozytywności, o którą nieraz przecież w tych Twoich opowiadaniach nawoływano. A chociaż, jak pisałem, jest to historia w swoim przekazie dość prosta, budowana też na stosunkowo przewidywalnych elementach, to czyta się ją wcale dobrze, a i swoje założenia spełnia bez zarzutu.

Warstwa emocjonalna, ten Twój niezawodny fundament, jak zwykle robi całą robotę. A że historia prosta? Wiesz, ja (i chyba nie tylko) odbierałem ten konkurs właśnie jako szansę na napisanie wybitnie rekreacyjnego tekstu. Takiego, którym się pobawimy, może sobie coś poćwiczymy. Dlatego w sumie cieszę się, że wybrałaś sobie taki, a nie inny koncept, bo nawet jeśli historia kończy się dość prosto, może nawet i po najmniejszej linii oporu, to ma w sobie ten element optymizmu, nadziei, których nieraz brakowało w co smutniejszych Twoich tekstach.

Słowem, z lektury jestem kontent. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Znakomite, smakowite! Takie mocno świąteczne, kolorowe, nastrojowe i, o paradoksie, zderzone z kontekstem śmierci, pogrzebu… I dlatego właśnie szczególnie mi bliskie (mój Ojciec zmarł 22 grudnia). Boże Narodzenie jednak przynosi nadzieję na powtórne spotkanie z tymi, co odeszli – spotkanie, które nie zakończy się rozstaniem.

Do świątecznych życzeń dla mojej ulubionej Autorki dołączam ośnieżonego klika :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

CM – dziękuję bardzo za wizytę i bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał, hm, może nawet nie spodobał, lecz został odebrany tak, jak chciałam, żeby był :) czyli bez szaleństwa, tylko tak relaksacyjnie i świątecznie, może dla niektórych zbyt spokojnie i za monotonnie, ale w takim akurat byłam nastroju :) Dzięki wielkie za kliczka :) I dobrej nocy.

 

Tsole – wiesz, dla mnie to bardzo budujące, że lubisz moje teksty :) A kontekst śmierci – rok temu 23 grudnia zmarła moja babcia, tydzień temu mój teść… jest w bardzo ciężkim stanie. Było mi bardzo trudno napisać świąteczne życzenia dla niego i dla teściowej. Niby jako tako umiem pisać, ale naprawdę się nad nimi nagłowiłam. A to opowiadanie, z różnych powodów powstał jak to określi Łosiot “wyciskacz łez”… 

Jeszcze raz dziękuję i miłej nocy :)

Katiu, c’mon, nie przejmowałbym się opinią jakiegoś Łosiota. Opinią, w której jest, jak widać, łodosobniony. Rób swoje i się nie łoglądaj!

Łosiot – ja doskonale zdaję sobie sprawę, że mam tendencje do przesadzania w tekstach z emocjami :)

Heloł Katiu, Dobrze czytało mi się Twoje opowiadanie. To już drugie w konkursie, które zbudowane jest wokół tematu straty bliskiej osoby (Fizyk również skrobnął coś utrzymane w podobnym klimacie). Ten typ literatury mi osobiście odpowiada. Co prawda, fabuła nie jest jakoś bardzo porywająca, ale nie o to chodziło zapewne, żeby stworzyć, ociekający zwrotami akcji thriller, ale pewien introspektywny opis samotności przeżywanej w Święta z punktu widzenia osoby, na którą ciężkie doświadczenia zyciowe sprowadziły również chorobę (podejrzewam, że chodzi o nerwicę). Wydaje mi się, że udało Ci się to. Jedyne co może troszkę mi nie zagrało to, to że większość informacji o bohaterze podałaś dość szybko, jakby "na tacy", ale to raczej jest mały niuans, który wyniosłem z lektury i nie wpłynął na ogólnie pozytywny odbiór. Pozdrawiam Cichy0

I jeszcze nominacja do BiB od wujka Cichego wjechała. Pozdrawiam

Całkiem zrozumiała jest niechęć Twojego bohatera do powrotu do normalności, skoro kolejne święta przypominają dramat, który zdarzył się w Wigilię. I choć opowiadanie do radosnych nie należy, to jednak daje nadzieję, że w życiu Leszka zajdą zmiany.

 

na dru­gim pla­nie – ude­ko­ro­wa­ne ręcz­nie wy­ko­na­ny­mi przez wnuki zwie­rząt­ka­mi z pa­pie­ru, sznur­ka i ko­lo­ro­wych wstą­żek okno. ―> …i ko­lo­ro­wych wstą­żek okno.

 

wy­mie­sza­ły się z szkar­łat­ną krwią ko­bie­ty… ―> …wy­mie­sza­ły się ze szkar­łat­ną krwią ko­bie­ty

 

Może w Nowy rok? ―> Może w Nowy Rok?

 

nie raz w ner­wach zda­rzy­ło się mu… ―> …nieraz w ner­wach zda­rzy­ło się mu

 

msza w Ko­ście­le Świę­te­go Mi­cha­ła… ―> …msza w ko­ście­le Świę­te­go Mi­cha­ła

 

Po­de­rwa­łem się ni­czym opa­rzo­ny. ―> Po­de­rwa­łem się jak opa­rzo­ny.

 

pra­gną­łem je­dy­nie ci­szyć się jej obec­no­ścią. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cichy – bardzo dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że tekst mimo iż nie jest wolny od chyba przede wszystkim merytorycznych usterek w miarę się spodobał :) I oczywiście bardzo dziękuję za kliczka. Pozdrawiam serdecznie.

 

Reg – dziękuje bardzo przeczytanie i łapankę, niestety, błędów nie jestem w stanie uniknąć nawet w tak krótkim tekście :( Tak czy inaczej, wszystkie poprawiłam. Jeszcze raz dziękuję i życzę spokojnej nocy :)

Bardzo proszę, Katiu. Cieszę się, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne. Samotne święta to nic przyjemnego, a samotne z wyboru to podwójna przykrość. W sumie rozumiem bohatera, ale cieszę się, że jest jakiś promyczek nadziei dla niego. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki Irka :) Cieszę się, że wyszło ładnie i z promyczkiem nadziei :)

Jak zwykle – mocna warstwa emocjonalna. Jakoś potrafisz ładnie oddać uczucia bohaterów. Za które byś się nie wzięła – wychodzą dobrze.

Optymistycznie? To zależy. Jak na Ciebie – całkiem nieźle. Jak na średnią – raczej nie. :-)

Tak, jest w tym trochę opowiastki głoszącej magię świąt, że wszystkie problemy da się rozwiązać, bo to magia, więc sknerus się zmieni w filantropa…

Aha – dlaczego hikikomori? To mnie prowadziło w stronę Japonii, a tu wcale nie.

Babska logika rządzi!

Finkla – dzięki za odwiedziny :) Cieszę, że całkiem nieźle jak na mnie z optymizmem, bo nie będę ukrywać, że gdy coś piszę to uparcie w jakieś mroczne alejki mnie ciągnie… Jeśli chodzi o hikikomori, to polskie określenie opisywanego zaburzenia, wycofanie społeczne, jakoś mi nie pasowało na tytuł, ale to hikikomori też chyba nie pasuje. Zmieniam na “Julia” – bardziej świątecznie brzmi :) Pozdrawiam serdecznie i miłej nocy :)

Hello, to ja, Merseyake cool

 

To była dobra lektura. Nie chciałbym powtarzać po innych, więc zwrócę tutaj uwagę na bohatera. Moim zdaniem wyjątkowa kreacja, która zbudowała całe opowiadanie. Lekko rozpisana, bez wielkiego dramatyzmu, a wyrażające głębię emocji. Poza tym wspomnę o scenach po wejściu dziewczynki, bo zabrakło mi tam czegoś, może szerszego rozpisania, albo solidniejszego osadzenia tamtego biegu wydarzeń. Tak czy inaczej, opowiadanie jako całość spodobało mi się, napisałaś je sprawnie i barwnie.

Hej, Mersayke :) Dziękuję bardzo za komentarz i cieszę się, że ogólnie się podobało :) Pozdrawiam serdecznie :)

Główny bohater wydaje się bardzo autentyczny, tak jak jego choroba zresztą. Miałaś rację w przedmowie, że cała historia to nie szczyt oryginalności, ale jednak jest taka bardzo prawdziwa i moim zdaniem ma “to coś”. :)

Zostaw ten żyrandol.

Verus – dzięki za odwiedziny i cieszę się, że spodobał Ci się bohater :) Pozdrawiam serdecznie.

Trzeba umieć napisać w sposób porywający historię tak na wskroś obyczajową i z lekkim elementem fantastycznym. A że jeszcze klimat świąteczny, łatwo popaść w banał. Ale tradycyjnie Katiu, omijasz mielizny sztampy i prezentujesz jak zwykle wysoki poziom. Po prostu przepięknie umiesz pisać o emocjach, a zwłaszcza tych najtrudniejszych. I taki bonus – kapitalny opis depresji i nieprzepracowanej żałoby. Jestem zawsze pełna podziwu jak umiesz o tym pisać.

Deirdriu – bardzo dziękuję za miłe słowa, jeśli chodzi o emocje, rzeczywiście łatwiej pisać mi o tych mniej pozytywnych, ale chyba nie tylko mi… Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)

Zachęcony poprzednim tekstem zajrzałem do kolejnego. Wszystko jak powinno być, znów to lekkie pióro, choć temat nie porwał mnie. Dosyć to wtórne, wybacz szczerość,

 

Pozdrawiam

Całkowicie się z Tobą zgadzam, o czym napisałam w przedmowie… :) Dzięki za przeczytanie :) 

Smutna opowieść. Spodobał mi się pomysł z obrazem – jego opis na początku oraz późniejsze nawiązania.

 

Powodzenia w konkursie :)

Dzięki Monique :)

Ładne :)

Przynoszę radość

Dziękuję, Anet :)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję :)

Z telefonu, więc będzie krótko. Dobry, obyczajowy klimat. Ciekawie przedstawiony bohater, choć powody jego zachowania i dzieci są już raczej standardowe, masz jednak rękę do wiarygodnych dialogów i zachowań. Tytułowa Julia jest najsłabszym elementem, a to dlatego, że można ją zastąpić kimkolwiek. Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki Darcon :) Ten tekst to takie ćwiczenie w pisaniu krótszych i bardziej optymistycznych tekstów. Pozdrawiam serdecznie.

Ładnie opowiedziana historia o bardzo życiowym problemie, z wiarygodną motywacją bohaterów. Poprzedni tytuł bardziej mi się podobał, ale ten też może być. Dobrze, że nie przesadzasz z emocjami, masz talent do budowania klimatu poprzez opisy sytuacji i dialogi.

Odwiedziny ducha w Wigilię odebrałam jako nawiązanie do Dickensa. Dobrze, że oprócz smutnej nuty, w opowiadaniu znalazły się też akcenty pokazujące, że życie Leszka może się jeszcze chociaż trochę odmienić. Gdybym koniecznie miała się do czegoś przyczepić, sam temat tekstu nie jest nowy, ale pokazany w wyjątkowy sposób.

Ando, dziękuję bardzo za komentarz :) Cieszę, że Twoim zdaniem nie przesadziłam z emocjami , a jeśli chodzi o pomysł na tekst, to rzeczywiście nie należy on do najoryginalniejszych, ale tak akurat wyszło mało ambitnie :) Pozdrawiam serdecznie :)

Nowa Fantastyka