- Opowiadanie: chalbarczyk - Matka

Matka

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Matka

New York Times, 15 XII 2019

OSTAT­NIA MISJA OP­POR­TU­NI­TY

 

Agre­syw­ną po­li­ty­kę eks­plo­ra­cyj­ną ko­smo­su roz­po­czę­li­śmy w epoce re­wo­lu­cji in­for­ma­cyj­nej i wie­rzy­my, że ludz­kość nigdy nie usta­nie w wy­sił­kach, aby coraz dalej się­ga­ła cy­wi­li­za­cja czło­wie­ka. Ład, który nie­sie­my w naj­dal­sze za­kąt­ki ko­smo­su bę­dzie na­dzie­ją dla przy­szłych po­ko­leń [tu druk nie­czy­tel­ny] lu­dzie i ma­szy­ny, któ­rzy za­koń­czy­li już swoją misję po­zo­sta­ną na za­wsze w na­szej pamię… [tu tekst się urywa]

ska­ta­lo­go­wał: ar­chi­wa­riusz Dion Ki­wajł­ło, Nova Era 622, 603sol.

***

Nie wi­dzia­ła go od 949 dni i 6 go­dzin, a dla matki to prze­cież wiecz­ność, pro­wa­dzą­ca do ago­nii.

***

Sy­re­ny za­po­wie­dzia­ły za­ciem­nie­nie. Gdy ostat­ni dźwięk zgasł, zga­sły też wszyst­kie świa­tła. Zaraz go­dzi­na po­li­cyj­na. Pust­ka. Każdy jest już w swo­jej kry­jów­ce i za chwi­lę na ulicy po­ja­wią się pa­tro­le. Żeby tylko zdą­żyć do­trzeć do bramy. Jesz­cze dwie mi­nu­ty. Bie­gła tak szyb­ko, na ile po­zwa­la­ło jej wy­chu­dzo­ne ciało. Płuca za­czę­ły piec, a tcha­wi­ca miała się zaraz ro­ze­rwać. Jesz­cze tylko mi­nu­ta. Za ple­ca­mi usły­sza­ła wy­so­ki od­głos sil­ni­ka. O Boże! Wcze­pi­ła palce w ścia­nę i przy­war­ła do mo­kre­go muru. Re­flek­tor prze­su­nął się, ob­li­zał jej szyję i znikł. To tylko ja­kieś spóź­nio­ne auto gnało, wyjąc na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Bie­giem dalej. Pchnę­ła że­la­zną bramę, wpa­dła na plac. Po pra­wej stro­nie wej­ście i klat­ka scho­do­wa. Rzu­ci­ła się w tamtą stro­nę, bo­le­śnie ude­rza­jąc o fra­mu­gę. Była wresz­cie w środ­ku.

Teraz.

Trza­snę­ły zamki i wszyst­kie drzwi na tej prze­klę­tej pla­ne­cie za­mknę­ły się do rana. Do­ro­ta osu­nę­ła się na zie­mię.

***

Ka­mie­ni­ca daw­niej na­le­ża­ła do kom­pa­nii uranu, ale teraz nawet nikt nie pyta, kto tu miesz­ka. Wspię­ła się scho­da­mi aż na samą górę. Bez wa­ha­nia od­su­nę­ła za­sło­nę z koca, która wi­sia­ła za­miast drzwi i w tej samej chwi­li ktoś bru­tal­nie wcią­gnął ją do miesz­ka­nia, gdzie ośle­pi­ło ją ja­rze­nio­we świa­tło. Po­wo­li oczy się przy­zwy­cza­iły. We­wnątrz było kilku wy­rost­ków z bro­nią i star­szy od nich męż­czy­zna, wy­ta­tu­owa­ny na twa­rzy. Pokój był za­wa­lo­ny kom­pu­te­ro­wym sprzę­tem i czę­ścia­mi elek­trycz­ny­mi, które zaj­mo­wa­ły półki aż po sufit. Do­ro­ta obo­jęt­nie prze­su­nę­ła wzro­kiem po lom­bar­dzie.

– Przy­szłam po in­for­ma­cje. Mam pie­nią­dze.

Wy­ta­tu­owa­ny obo­jęt­nie sior­bał przy stole zupę rybną. Za­pach tej zupy wwier­cał się jej każ­dym otwo­rem, draż­nił usta i pod­nie­bie­nie, gar­dło, płuca i mózg. Nie jadła od dawna. Gang­ster ro­zu­miał język głodu. Roz­ko­szo­wał się tor­tu­rą, którą jej za­da­wał, gdy ob­li­zy­wał się bez­wstyd­nie.

– Gdzie i kiedy ła­du­ją cargo z ludź­mi? – Rzu­ci­ła mu plik z pie­niędz­mi.

Po­wą­chał bank­no­ty.

– Sama tu przy­szła? – za­py­tał jed­ne­go ze swo­ich ludzi.

Chło­pak, który mógł być nie­wie­le star­szy od jej syna, po­ło­żył palce na rę­ko­je­ści gloc­ka za­tknię­te­go za pas i ski­nął głową. Wy­ta­tu­owa­ny pod­niósł się zza stołu i ru­szył na nią.

– Przy­ła­żą tu takie wy­wło­ki, wszyst­ko co mogły, to sprze­da­ły, a teraz udają wiel­ko­pań­skie dziw­ki!

Kątem oka do­strze­gła, jak chłop­cy sku­li­li się w stra­chu, ale nie zdą­ży­ła zro­bić uniku. Chwy­cił ją za włosy i ude­rzył w twarz. Ból odbił się we­wnątrz czasz­ki i nie wie­dzia­ła, czy ma jesz­cze całe kości. Z pod­ło­gi pod­nio­sła się z tru­dem.

– Po­trze­ba mi in­for­ma­cji – po­wtó­rzy­ła, ale brzmia­ło to jak beł­kot.

Miała jasną skórę, nawet teraz, po mie­sią­cach po­szu­ki­wań i spa­nia w me­li­nach, w prze­ci­wień­stwie do śnia­dych, pra­wie czar­nych „mułów”, ko­pal­nia­nych wy­rob­ni­ków, któ­rzy dla ko­lo­ni­za­to­rów nie byli ni­czym wię­cej jak tylko mię­sem, które można rzu­cić psom i szczu­rom. Czy ona uwa­ża­ła się za kogoś, kto na­le­ży do rasy panów? Kie­dyś, gdy jesz­cze pa­no­wał stary ład, my­śla­ła, że nie, że nie ma nic wspól­ne­go z po­li­ty­ką eks­plo­ata­cji; że jest tylko zwy­kłym urzęd­ni­kiem, któ­re­mu mówi się, co ma robić. Teraz jed­nak nie była tego taka pewna. Cał­kiem moż­li­we, że prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści wro­sło w nią, za­do­mo­wi­ło się w niej, bo nie umia­ła pa­trzeć na nich, na czar­nych, bez po­gar­dy. Pod­trzy­ma­ła się ścia­ny.

– My­ślisz, że mo­żesz mnie czymś prze­stra­szyć?! Że mo­żesz mi jesz­cze coś ode­brać?! Ni­czym mnie nie za­stra­szysz, sły­szysz, ni­czym! Bo wszyst­ko, co naj­strasz­niej­sze jest już, o, tu! – Dźgnę­ła się w pierś.

– Po co chcesz tam iść?

– Syna szu­kam.

Mil­cze­nie.

– Ile ma lat?

– Szes­na­ście.

– A jeśli już jest w ko­pal­niach na Fo­bo­sie? – Wy­ta­tu­owa­ny wy­dłu­by­wał sobie z zębów ości.

– Tam też po­ja­dę.

Mil­czał przez chwi­lę, pa­trząc na Do­ro­tę chci­wym tak­su­ją­cym spoj­rze­niem.

– No, może się tro­chę za­ga­lo­po­wa­łem – po­wie­dział jakby prze­pra­sza­jąc, ale brzmia­ło to zbyt bez­czel­nie na prze­pro­si­ny.

Wydał po­le­ce­nie i jeden z chło­pa­ków za­czął stu­kać w kla­wi­sze elek­trycz­nej ma­szy­ny do pi­sa­nia. Podał jej kart­kę. Numer i data. Chwy­ci­ła ją za­chłan­nie i do­pie­ro wtedy po­czu­ła, jak bar­dzo jest zmę­czo­na. We­pchnę­li ją do po­miesz­cze­nia o szczel­nie za­kle­jo­nych oknach, a chło­pak, już bez broni, chyba mu­siał ją gdzie in­dziej zo­sta­wić, rzu­cił ko­bie­cie bułkę i wodę w me­ta­lo­wej ma­nier­ce. Przy­glą­dał jej się bez słowa, a potem od­wró­cił, żeby odejść.

– Jak ci na imię? – spy­ta­ła ze znu­że­niem. Nie miała ocho­ty z nikim roz­ma­wiać, ale może po­czu­ła w wy­peł­nia­ją­cej ją nie­chę­ci i od­ra­zie coś, co naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ło wdzięcz­ność.

Spoj­rzał na nią z wa­ha­niem.

– Taj.

Potem le­ża­ła na pod­ło­dze z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Ktoś mógł­by po­my­śleć, że śpi, ale ona wi­dzia­ła swoje życie sprzed wojny. Gdy od­naj­dzie syna, razem siądą do stołu, aby zjeść gęstą, fa­so­lo­wą zupę, taką jaką robi Zu­zan­na w swo­jej gar­kuch­ni i wtedy o wszyst­kim za­po­mni.

Ale nie teraz, jesz­cze nie.

Jej syn miał jasne włosy, białą skórę twa­rzy i nie­bie­skie oczy, w któ­rych od­bi­ja­ło się błę­kit­na­we słoń­ce pla­ne­ty. Mówił, że ma oczy jak szkło, gdy prze­glą­dał się w lu­strze i uśmie­chał do matki.

Nigdy nie cho­dził za mur do ko­pal­ni. Jego świa­tem było mia­sto bia­łych, oto­czo­ne cią­gną­cy­mi się w nie­skoń­czo­ność szkla­ny­mi ha­la­mi cie­plar­ni i brzę­czą­ce w nocy wiel­ki­mi kli­ma­ty­za­to­ra­mi, fil­tru­ją­cy­mi kwa­śną wil­goć. Ten cichy i jed­no­staj­ny szum dawał jemu i jej po­czu­cie pew­no­ści i trwa­ło­ści. Teraz, gdy wojna przy­nio­sła nowy ład i wszyst­ko, co można było roz­mon­to­wać, zo­sta­ło za­bra­ne, Do­ro­ta tę­sk­ni­ła za ol­brzy­mi­mi fil­tra­mi, jakby były żywą isto­tą.

Po dłu­gich, cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność go­dzi­nach, wresz­cie wze­szło słoń­ce. Prze­zro­czy­sta osło­na pla­ne­ty za­blo­ko­wa­ła pro­mie­nio­wa­nie, prze­pusz­cza­jąc tylko mdłe świa­tło da­le­kiej gwiaz­dy, która nigdy nie umia­ła ogrzać zim­ne­go globu. Świa­tło roz­la­ło się po ko­pu­le i ze­śli­zgnę­ło ku ziemi. Ro­bi­ło się coraz bar­dziej dusz­no, a opary kwasu pod­no­si­ły się po­wo­li, aby póź­niej, nocą, skra­plać się i opa­dać cięż­ką, kwa­śną mgłą.

 

Je­cha­ła ko­lej­ką, zmie­rza­ją­cą do por­to­wej dziel­ni­cy. Bez­gło­śnie po­wta­rza­ła wciąż go­dzi­nę i numer lotu, cho­ciaż cyfry już dawno wryły jej się w pa­mięć. Mu­sia­ła do­stać się do wieży kon­tro­l­nej, od­szu­kać w bazie za­pa­mię­ta­ne licz­by i zna­leźć numer sta­no­wi­ska ra­kie­to­we­go. Tam bę­dzie Johan. Tam bę­dzie na pewno.

Po­ciąg to­czył się przez puste wy­ro­bi­ska, obok któ­rych wy­ra­sta­ły hałdy rdza­wych od­pa­dów, wy­so­kie pra­wie aż po samą ko­pu­łę. Wszy­scy w wa­go­nie mieli za­kry­te twa­rze, żeby nikt nie zo­ba­czył ko­lo­ru ich skóry. Taki ega­li­ta­ryzm no­we­go ładu, po­my­śla­ła z go­ry­czą, nie można teraz być ani bia­łym, ani czar­nym, bo nie wia­do­mo do kogo dziś na­le­ży wła­dza. W stro­nę portu ko­smicz­ne­go su­nę­ły na są­sied­nich to­rach wa­go­ny z wy­do­by­tym ura­nem, pcha­ne przez lo­ko­mo­ty­wy o ato­mo­wym na­pę­dzie, nie­licz­ne re­lik­ty świa­ta sprzed wojny. Gdy skoń­czy się uran, zo­sta­nie je­dy­nie że­la­zo i siar­ka, a wtedy… wtedy nie bę­dzie obo­wią­zy­wać już żadne prawo, bo lu­dziom, tak jak szczu­rom, zo­sta­nie tylko jedno. Prze­żyć za każdą cenę.

Po­ciąg ze zgrzy­tem za­trzy­mał się przy sta­rej ram­pie, a po­dróż­ni wy­sy­pa­li się i ru­szy­li bie­giem ku sta­cji frach­tow­ców, byle szyb­ciej, zanim zjawi się tu żan­dar­me­ria.

Do­ro­ta do tej pory nie po­zwa­la­ła sobie na my­śle­nie. Cza­sa­mi tylko, w chwi­lach wy­kra­dzio­nych pa­ni­ce, wy­obra­ża­ła sobie przy­szłość, gdy znów będą razem i gdy wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej. Ona znaj­dzie jakąś pracę w biu­rze, a Johan bę­dzie cho­dził do szko­ły i na­rze­kał, że musi się uczyć głu­pich rze­czy. Teraz jed­nak śmier­tel­ny strach wci­skał się jej do głowy i krzy­czał. Przy­ci­snę­ła ręce mocno, żeby się nie trzę­sły. Co bę­dzie, jeśli on na­praw­dę jest na Fo­bo­sie!? Po­nu­ra pla­ne­ta miała swoje dwa księ­ży­ce, które na­zwa­no sta­ro­żyt­ny­mi imio­na­mi Fo­bo­sa i Dej­mo­sa, chyba tylko po to, aby otwar­cie nie na­zy­wać ich pie­kłem. Kon­te­ne­ry z ludź­mi le­cia­ły tam prze­żar­ty­mi przez rdzę stat­ka­mi, ale nikt stam­tąd nie wra­cał, je­dy­nie puste sko­ru­py ra­kiet.

***

– Dawno cię nie było – po­wie­dzia­ła Zu­zan­na, gdy Do­ro­ta we­szła do środ­ka. – Cią­gle szu­kasz Jo­ha­na?

Zu­zan­na była jej przy­ja­ciół­ką, to zna­czy chyba była nią kie­dyś, w po­przed­nim życiu, bo teraz to słowo stało się puste, jak wiele in­nych. Pub zo­stał zro­bio­ny z dwóch bla­sza­nych kon­te­ne­rów, z takim samym bla­sza­nym szynk­wa­sem i wy­cię­tym w bla­sze oknem. Han­dlo­wa­ła wódą, zupą, pa­pie­ro­sa­mi i pew­nie jesz­cze ja­ki­miś to­wa­ra­mi spod lady. Przy­cho­dzi­li tu różni. Ro­bot­ni­cy, ucie­ki­nie­rzy, przy­la­tu­ją­cy rej­sa­mi w in­te­re­sach i ku­pu­ją­cy uran, a nawet żan­dar­mi. Nie­któ­rzy, po ko­lej­nym kie­lisz­ku al­ko­ho­lu, gdy rze­czy­wi­stość za­czy­na­ła im się mie­szać z de­li­rycz­ną fan­ta­zją, zdej­mo­wa­li maski z twa­rzy i rę­ka­wi­ce, lek­ko­myśl­nie od­sła­nia­jąc skórę. Było tu teraz kilku klien­tów, a Zu­zan­na w czer­wo­nej, błysz­czą­cej su­kien­ce pro­wo­ko­wa­ła ich go­ły­mi ra­mio­na­mi mu­lat­ki.

Jesz­cze mnie nie wy­da­ła – po­my­śla­ła Do­ro­ta.

– A jeśli go nie znaj­dziesz?

– Znaj­dę nawet w pie­kle. Mam wresz­cie miej­sce, gdzie bę­dzie Johan. – Wy­cią­gnę­ła rękę z kart­ką pa­pie­ru.

Przez usta Zu­zan­ny prze­biegł gry­mas zdzi­wie­nia, a może znie­cier­pli­wie­nia. Bar­man­ka za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa, ta­kie­go dłu­gie­go, ele­ganc­kie­go, któ­re­go można do­stać je­dy­nie od żoł­nie­rzy z prze­my­tu.

– W ten spo­sób się wy­koń­czysz, a prze­cież mu­sisz jakoś żyć – po­wie­dzia­ła, wy­dmu­chu­jąc gry­zą­cy dym.

Do­ro­ta stłu­mi­ła prze­kleń­stwo. Co ona może wie­dzieć!

– Po­życz mi sa­mo­chód.

– I tak nie zdą­żysz przed za­ciem­nie­niem. Dziś w nocy bę­dzie wię­cej pa­tro­li. – Zu­zan­na nie wy­glą­da­ła na za­do­wo­lo­ną. Dym jej pa­pie­ro­sa mie­szał się z opa­ra­mi al­ko­ho­lu i potu.

Nagle na ze­wnątrz dał się sły­szeć po­mruk, który rósł z każdą chwi­lą. Czy to deszcz? Ale nie, to war­kot sil­ni­ków. Do­ro­ta wyj­rza­ła przez szpa­rę. Cię­ża­rów­ki pod­jeż­dża­ły jedna za drugą, wy­plu­wa­jąc żoł­nie­rzy, któ­rych bre­zen­to­we, kwa­so­od­por­ne kom­bi­ne­zo­ny sze­le­ści­ły przy każ­dym ruchu.

Stuk­nę­ły zamki. Wy­ce­lo­wa­li broń.

– Ła­pan­ka! – krzyk­nął ktoś ze środ­ka.

Wszy­scy w pa­ni­ce wy­bie­ga­li na ze­wnątrz, my­śląc, że uda im się uciec, ale za chwi­lę lą­do­wa­li w błot­ni­stej ziemi pod butem żoł­nie­rza i z lufą przy po­ty­li­cy. Do­ro­ta cof­nę­ła się ze stra­chem. Prze­cież nie mogą jej do­stać, jesz­cze nie teraz! Rzu­ci­ła się do tyl­nych drzwi. Po pra­wej wąska ulica, pro­wa­dzą­ca do portu, po lewej kon­te­ne­ry na od­pa­dy. Otwo­rzy­ła po­kry­wę jed­ne­go z nich i wsko­czy­ła do środ­ka. Za­ci­snę­ła oczy i spró­bo­wa­ła za­trzy­mać serce. Była pewna, że żoł­nie­rze zaraz je usły­szą. Wy­da­wa­ło jej się, że sie­dzi tam wiecz­ność, ale krzy­ki w końcu uci­chły i wszyst­ko się uspo­ko­iło. Dużo póź­niej od­wa­ży­ła się wresz­cie wyjść z kry­jów­ki i zaj­rzeć przez uchy­lo­ne drzwi. Przy barze sie­dział facet w bre­zen­to­wym płasz­czu i pił wódkę z ura­no­we­go, żół­ta­we­go kie­lisz­ka.

– Masz coś dla mnie? – za­py­tał pół­gło­sem. Pod pro­chow­cem można było zo­ba­czyć zarys krót­kiej broni. Tajna po­li­cja. Ale dla­cze­go tutaj?

– Oczy­wi­ście. – Zu­zan­na rzu­ci­ła mu coś na stół. – Nie boisz się, że jakaś matka hi­ste­rycz­ka bę­dzie ich szu­kać?

– Jak chce, to niech szuka. – Roz­ka­słał się. – Muszę kie­dyś rzu­cić te pety. Swoją drogą, cał­kiem spryt­nie zna­la­złaś tych chłop­ców. Nie masz su­mie­nia. – Za­śmiał się w tym kasz­lu.

Chłop­ców? O czym oni… Do­ro­cie po­wo­li włosy pod­no­si­ły się na karku.

– Na po­cząt­ku wojny nie było trud­no, bo gów­niar­stwo nie wie­dzia­ło co się dzie­je i po­szło jak co dzień do szko­ły. Sie­dzie­li potem w kla­sach jak ba­ra­ny. Nic prost­sze­go. Teraz jest go­rzej. – Skrzy­wi­ła się. – Wszy­scy się pil­nu­ją i nie było łatwo to do­stać.

– Po­dob­no wy­da­łaś nawet syna swo­jej przy­ja­ciół­ki. Ta­kiej jak ty, to ze świe­cą szu­kać. – Splu­nął na pod­ło­gę.

Zu­zan­na chyba nie zro­zu­mia­ła sar­ka­zmu, bo za­śmia­ła się bez przy­mu­su.

– Żebyś wie­dział.

Do­ro­ta zo­ba­czy­ła przed ocza­mi czar­ne płaty i ła­piąc po­wie­trze do pie­ką­cych płuc, opar­ła się bez­wied­nie o drzwi, a one otwo­rzy­ły się z ję­kiem.

Taj­nia­ka już nie było, a Zu­zan­na wpa­try­wa­ła się w nią osłu­pia­ła. Po chwi­li jed­nak otrzą­snę­ła się z za­sko­cze­nia i bez emo­cji za­py­ta­ła:

– Ile sły­sza­łaś?

Mil­cze­nie.

– Widzę, że wszyst­ko. – Za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem. – Och, nie patrz tak na mnie! Każdy musi jakoś żyć!

– Jakoś żyć?!

Do­ro­ta po­czu­ła, jak wzbie­ra w niej furia i usztyw­nia wszyst­kie mię­śnie. Chwy­ci­ła ko­bie­tę za szyję i po­pchnę­ła na bla­sza­ną ścia­nę kon­te­ne­ra. Za­czę­ła za­ci­skać palce. Gdy po­czu­ła słod­ki smak śmier­ci, a twarz Zu­zan­ny na­brzmia­ła i zro­bi­ła się sina, ock­nę­ła się nagle i zwol­ni­ła uchwyt.

– Jeśli spo­tkam cię na­stęp­nym razem – wy­char­cza­ła jakby to ją ktoś dusił – wła­sno­ręcz­nie wyrwę ci gar­dło!

Zu­zan­na osu­nę­ła się na pod­ło­gę jak zwię­dła ro­śli­na. Do­ro­ta do­strze­gła w jej oczach mar­twą pust­kę, zresz­tą, może ona była tam za­wsze, tylko nigdy wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­ła.

***

Czy na in­nych pla­ne­tach w in­nych świa­tach jest ina­czej? Czy mo­gła­by stąd uciec?

Po co? Czyż życie nie jest wszę­dzie takie samo?

Mo­gła­by za­po­mnieć, za­cząć wszyst­ko od nowa.

Od nowa? Wo­la­ła­by umrzeć, niż żyć, za­po­mniaw­szy choć jedną chwi­lę.

***

Jeśli nie chcia­ła po­pa­rzyć się desz­czem, mu­sia­ła teraz na­ło­żyć kom­bi­ne­zon. Przy­pię­ła no­gaw­ki do butów, za­pię­ła suwak aż po samą brodę, do­cze­pi­ła kap­tur i za­ło­ży­ła maskę z go­gla­mi. Wy­szła w ciem­ność nocy i skie­ro­wa­ła się do wieży lotów. Zo­sta­ły jej tylko czte­ry go­dzi­ny, je­że­li dane są praw­dzi­we. Za­bra­ła Zu­zan­nie sa­mo­chód, prze­pust­kę i te­tet­kę, którą trzy­ma­ła w skryt­ce pod pod­ło­gą.

To i tak za mało.

Na pla­ne­cie lą­do­wa­ły tylko stare stat­ki, bo je­dy­ny ko­smo­drom nigdy nie zo­stał zmo­der­ni­zo­wa­ny i słu­żył pra­wie wy­łącz­nie ła­dun­kom uranu. Nowa wła­dza, która miała za sobą woj­sko i służ­by, nigdy ofi­cjal­nie nie ujaw­ni­ła, że wy­sy­ła­ne są rów­nież ra­kie­ty z ludź­mi do ko­pal­ni na Fo­bo­sie, lecz każdy do­my­ślał się, gdzie zni­ka­ją ich są­sie­dzi i człon­ko­wie ro­dzin. Ko­smo­drom jako je­dy­ny nie miał sprzę­żo­ne­go sys­te­mu za­ciem­nie­nia i za­mknię­cia, co po­zwa­la­ło na pro­wa­dze­nie wa­ha­dłow­ców i mniej­szych kap­suł poza cen­tral­nym re­je­strem. Mu­sia­ła się do­stać do środ­ka.

Jak na sta­cję, przez którą co­dzien­nie prze­cho­dzi­ły śmier­cio­no­śne ła­dun­ki o ol­brzy­mim to­na­żu, ko­smo­drom nie miał spe­cjal­nych za­bez­pie­czeń. Do­ro­ta za­trzy­ma­ła się przed wy­so­ką, zbu­do­wa­ną ni­czym dla ol­brzy­mów bramą i pod­nio­sła prze­pust­kę w stro­nę ka­me­ry. Wrota jęk­nę­ły i za­czę­ły się otwie­rać. Oleju w baku miała naj­wy­żej na pięt­na­ście minut. Przy­ci­snę­ła gaz i auto za­wy­ło, a po kwa­dran­sie za­krztu­si­ło się i sta­nę­ło.

Wy­sia­dła i ro­zej­rza­ła się do­ko­ła. W od­da­li mru­ga­ły świa­tła wież i ra­da­rów. Spoj­rza­ła w górę. Po­wo­li zdję­ła maskę z go­gla­mi i znie­ru­cho­mia­ła. Nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­ła ta­kie­go nieba.

Czer­wo­ne księ­ży­ce i błę­kit­ne gwiaz­dy świe­ci­ły in­ten­syw­nie, hip­no­ty­zo­wa­ły swym bla­skiem, a ko­smicz­na prze­strzeń po­cie­sza­ją­co otu­la­ła jej głowę czar­nym i błysz­czą­cym wo­alem. Gdyby miała nowe życie na innej pla­ne­cie, gdzieś, gdzie nie ma ko­pal­ni i co­dzien­ne­go stra­chu, nie mu­sia­ła­by wię­cej cier­pieć. Nie­ocze­ki­wa­nie za­pra­gnę­ła ro­ze­brać się z bre­zen­to­we­go uni­for­mu, z bluz­ki i bie­li­zny, po­zwo­lić da­le­kim gwiaz­dom ca­ło­wać jej nagie ciało i za­brać ją do sie­bie…

Zmu­si­ła się do biegu.

 

Przy wej­ściu nie za­sta­ła straż­ni­ków tylko ka­me­rę. Gdy, tak jak wcze­śniej, zamek od­sko­czył, Do­ro­ta nie była na to przy­go­to­wa­na. My­śla­ła, że prze­pust­ka nie bę­dzie ważna. Teraz za­wa­ha­ła się. Co dalej? Scho­dy jed­nak były puste, a w po­miesz­cze­niu kon­tro­le­rów tylko jeden męż­czy­zna sie­dział przed mo­ni­to­rem. Od­bez­pie­czy­ła pi­sto­let, po­de­szła i przy­ci­snę­ła mu lufę do skro­ni. Trzę­są­cą się drugą ręką po­ka­za­ła kart­kę.

– Współ­rzęd­ne tego lotu! Aresz­to­wa­li go na po… po­cząt­ku… mu… muszę się tam do­stać!

Kon­tro­ler spoj­rzał na cyfry.

– Le­piej, żebyś tu nigdy nie przy­szła.

– Za­mknij się!

Spró­bo­wa­ła sama wy­stu­kać na kla­wia­tu­rze numer, ale męż­czy­zna po­pchnął ją na blat i bez trudu wy­rwał broń.

– A teraz jazda! – wark­nął. – Na dół! Jesz­cze cię dziś do­brze sprze­dam.

Do­ro­ta ze­sztyw­nia­ła ze stra­chu. Nie może mnie teraz za­strze­lić, nie może… – po­wta­rza­ła w my­ślach jak man­trę. Po­słusz­nie wsia­dła z nim do po­jaz­du, trzy­ma­jąc ręce nad głową. Wy­ko­pał ją, gdy sta­nę­li przy fi­la­rach pod­trzy­mu­ją­cych plat­for­mę wy­rzut­ni ra­kiet. Po­ka­zał te­tet­ką, gdzie ma iść. Teraz! Rzu­ci­ła się na niego, chcąc wy­szar­pać pi­sto­let. Na­ci­snę­ła z całej siły na spust i roz­legł się wy­strzał. Upa­dła na zie­mię. Męż­czy­zna w po­pło­chu roz­glą­dał się na wszyst­kie stro­ny i nie chcąc spo­tkać się z żan­dar­me­rią po­sta­no­wił ucie­kać.

– Szma­ta! – Kop­nął ją w brzuch na od­chod­nym. – Nikt nie prze­żył z tych, któ­rych zła­pa­no na po­cząt­ku wojny. Nie ma żad­nych lotów z więź­nia­mi, któ­rzy wtedy tra­fi­li do ko­palń. Co z cie­bie za idiot­ka! – Wsko­czył do ła­zi­ka i od­je­chał.

 

Do­ro­ta nie była w sta­nie zro­bić kroku. Ko­la­na się pod nią ugię­ły, a omdla­łe ciało zła­ma­ło wpół. Gdyby wie­rzy­ła, że ma duszę, to wi­dzia­ła­by ją teraz, jak ta wy­my­ka się z niej i od­cho­dzi, zo­sta­wia­jąc za sobą tylko pustą po­wło­kę. Jak to? Czy się nie sta­ra­ła ze wszyst­kich sił? Czyż nie od­da­ła swo­je­go życia w za­mian za syna? Czy to nie wy­star­czy?! Jeśli ist­nie­ją jacyś bo­go­wie, dla­cze­go tak okrut­nie się nią bawią?

Le­ża­ła na be­to­no­wych pły­tach, a deszcz żrą­cy­mi stru­ga­mi wdzie­rał się jej pod bre­zent. Nie chcia­ła wstać i nie chcia­ła żyć. Pra­gnę­ła, aby śmierć przy­szła jak naj­szyb­ciej i ją za­bra­ła, bo była pewna, że po dru­giej stro­nie ni­cze­go nie ma.

***

Ktoś po­cią­gnął ją za rękaw i pró­bo­wał pod­nieść. Otwo­rzy­ła oczy. Ter­mo­wi­zyj­ne gogle, które miała cią­gle za­ło­żo­ne, roz­ża­rzy­ły się cie­płem ludz­kie­go ciała. A więc to nie śmierć, po­my­śla­ła zmę­czo­na. Chwy­cił ją i po­pro­wa­dził do sa­mo­cho­du. Nie­de­li­kat­nie we­pchnął do środ­ka i ru­szy­li. Bez świa­teł je­cha­li drogą wzdłuż ogro­dze­nia z kol­cza­ste­go drutu, które nocą było pod na­pię­ciem. Za ogrom­ny­mi, be­to­no­wy­mi si­lo­sa­mi, które prze­sła­nia­ły więk­szą część nieba, skrę­ci­li i zje­cha­li w dół. Zna­leź­li się przed han­ga­rem, gdzie stały prze­zna­czo­ne do lotów na księ­ży­ce nie­wiel­kie wa­ha­dłow­ce, sondy i lą­dow­ni­ki.

Zdję­li maski. To był ten chło­pak z me­li­ny, z gloc­kiem. Taj.

– Chodź – po­wie­dział i ru­szył przed sie­bie.

– Jak mnie zna­la­złeś?

Nie od­wró­cił się. Pod­bie­gła i chwy­ci­ła go za ramię.

– Po co tak ry­zy­ku­jesz?

– Mój szef… – Po­ka­zał na twarz, kre­śląc wzór ta­tu­ażu. – Oszu­kał cię.

– Jed­nak nie mo­żesz tu ze mną być. – Urwa­ła. Z ja­kie­go po­wo­du teraz się o niego mar­twi? Prze­cież to już nie ma zna­cze­nia.

– Chcia­łem… żebyś od­na­la­zła syna, żeby ci się udało.

– Dla­cze­go? Prze­cież je­stem biała.

– Ja też pa­mię­tam swoją matkę – od­po­wie­dział nie­pew­nie.

Chło­pak dłuż­szą chwi­lę roz­ma­wiał ze straż­ni­kiem i coś mu wrę­czył. Potem wró­cił do niej i po­pchnął ją lekko ku tyl­ne­mu wyj­ściu. Zna­leź­li się na ogrom­nym zło­mo­wi­sku, któ­re­go roz­mia­rów Do­ro­ta tylko się do­my­śla­ła po od­le­głych re­flek­sach, peł­za­ją­cych po szkie­le­tach ko­smicz­nych stat­ków, po­zo­sta­ło­ściach cza­sów, o któ­rych nikt nie chce pa­mię­tać.

– Dla­cze­go tutaj? – Chcia­ła za­py­tać, ale Taj za­ło­żył już gogle i ru­szył w la­bi­rynt wra­ków, omia­ta­jąc spię­trzo­ne ka­dłu­by sno­pem świa­tła z re­flek­to­ra.

Mar­twe stat­ki le­ża­ły jeden za dru­gim, przy­kry­te rów­no­mier­ną war­stwą czer­wo­ne­go pyłu pla­ne­ty. Nie wy­da­wa­ły żad­ne­go dźwię­ku i wszyst­ko to­nę­ło w brzę­czą­cej, uwie­ra­ją­cej ciszy. Prze­cho­dzi­li obok frag­men­tów ra­kiet, sond i ła­zi­ków, które mu­sia­ły pa­mię­tać en­tu­zjazm pierw­szych ko­lo­ni­za­to­rów.

Za ko­lej­nym sto­sem ze­zło­mo­wa­nych po­jaz­dów otwo­rzy­ła się przed nimi po­nu­ra rów­ni­na. Wszę­dzie le­ża­ły ludz­kie zmu­mi­fi­ko­wa­ne ciała, po­kry­te czer­wo­nym he­ma­ty­tem, który wy­su­szył je i za­cho­wał. Do­ro­ta po­czu­ła ude­rze­nie w serce.

– Szu­ka­my tu… ciała?

Taj nie od­po­wie­dział.

Za­nu­rza­li się coraz bar­dziej w cmen­ta­rzy­sko. Do­ro­ta od­czy­ty­wa­ła na­pi­sy, które ktoś nie­sta­ran­nie zro­bił nie­bie­ską farbą na ka­dłu­bach: „Pa­th­fin­der”, „Mars Odys­sey”, „Pho­enix”, „Twar­dow­sky”, „Op­por­tu­ni­ty”. Nie­któ­re z lą­dow­ni­ków świe­ci­ły jesz­cze czer­wo­nym okiem kon­tro­l­ki ni­czym źre­ni­cą umie­ra­ją­cej świa­do­mo­ści, która pul­so­wa­ła reszt­ką ener­gii zgro­ma­dzo­ną w ogni­wach sło­necz­nych. Do­ro­ta miała ści­śnię­te gar­dło, a ból w oko­li­cach serca nie prze­cho­dził. Śmierć ma­szyn była śmier­cią cy­wi­li­za­cji, bo wraz z nimi gi­nę­ła na­miast­ka ładu, który czło­wiek chciał za­szcze­pić na Czer­wo­nej Pla­ne­cie.

Do­szli wresz­cie do miej­sca, gdzie byli lu­dzie. Le­że­li we wgłę­bie­niach skal­nych, pod za­da­sze­nia­mi z pa­ne­li sło­necz­nych i bar­dziej przy­po­mi­na­li wy­su­szo­ne trupy niż żywe or­ga­ni­zmy. Nikt z nich nie mru­żył oczu, a tylko od­wra­ca­li się do przy­by­szów, jakby czuli dotyk świa­tła z ich re­flek­to­ra.

– Kto to?

– Wy­rzu­ce­ni. Nie na­da­ją się wię­cej do pracy. Nikt nie za­da­je sobie trudu, aby grze­bać umar­łych… więc… zo­sta­wia­ją…

Do­ro­ta wcze­pi­ła się roz­pacz­li­wie w jego ramię.

– A Johan?! Gdzie jest?! Żyje, praw­da?

– Sama zo­ba­czysz – po­wie­dział nie­chęt­nie.

Zo­stał z tyłu, gdy szła po nie­rów­nych ka­mie­niach ku nie­czyn­nej wieży lotów. Od­wró­ci­ła się do niego ostat­ni raz, a potem za­nu­rzy­ła w wil­got­ny mrok.

***

952 dni, 3 go­dzi­ny 42 mi­nu­ty. Licz­nik wresz­cie się za­trzy­mał. Zo­ba­czy­ła go sku­lo­ne­go w kącie.

– Johan!

Z jego pier­si wy­do­był się jęk i szloch.

– Mamo! Mamo, to ty?

Wy­cią­gnął przed sie­bie ręce i macał nimi po­wie­trze. Do­ty­ka­ła jego wło­sów trzę­są­cy­mi się rę­ko­ma, pró­bo­wa­ła wy­trzeć łzy na jego twa­rzy, lecz nie dała rady. Za­gry­zła wargi, żeby stłu­mić łka­nie. Wi­dzia­ła na jego rę­kach bli­zny po kwa­sie, wy­sta­ją­ce kości i skórę ściem­nia­łą, suchą jak per­ga­min. I nie­wi­dzą­ce oczy, na dnie któ­rych nie zo­sta­ło nic ze świa­tła.

***

Na ich pla­ne­cie, w ob­skur­nym po­ko­ju o za­kle­jo­nych pa­pie­rem oknach, matka na­bie­ra­ła na łyżkę zupę fa­so­lo­wą i kar­mi­ła syna jak małe dziec­ko. Z tru­dem prze­ły­kał, bo gar­dło miał ści­śnię­te pła­czem, ale wie­dzia­ła, że zje wszyst­ko, aż do ostat­nie­go kęsa.

 

Koniec

Komentarze

Chalbarczyku, chyba o czymś zapomniałaś.

Ponadto każdy tekst, publikowany w ramach konkursu, poświęcony jest pamięci Opportunity i powinien być mu dedykowany. Na dedykację macie dodatkowo 250 znaków (według licznika portalowego).

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Tekst bardzo dobry, budzi emocje, zanurza czytelnika w tamtej wyglądającej bardziej na postapo rzeczywistości. Napisany też niczego sobie. Jedna duża uwaga i jedna mniejsza:

duża uwaga – stanowczo za duzo powtorzeń – uran, uran i uran. No i uranu nie mogłyby wozić owe rakiety i transportery, bo by im pirzgło w masie nadkrytycznej. MUSISZ zmienić to na wzbogaconą rudę, ew izotopy, ew, pojemniki z uranem. To spory błąd.

Co to jest kieliszek z uranu? Zupełnie niepotrzebne. Za duzo grzybów w tym barszczu.

Poza tym klik.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Irka_Luz: Wytłuszczone motto jest DEDYKACJĄ. Myślę, że może być ono początkiem tekstu, a nie tylko obojętną uwagą w przedmowie. Tak mi tu bardziej pasowało.

 

 

rrybak: Dzięki za przeczytanie. Kieliszek z uranu – wyjaśniam: uran dodany do szkła barwi je na żółto, to taka nieużywana już dziś technika. Uran jest potrzebny w opowiadaniu, bo o samą siarkę chyba raczej nie byłoby wojny…

Inne czasy, inna planeta, inna wojna, a matczyne uczucia okazują się niezmienne. Nieźle pokazałaś starania Doroty o odzyskanie Johana, a przy okazji paskudne miejsca, w których przyszło im żyć.

I tylko zastanawiam się, czy zupa fasolowa byłą najodpowiedniejszą potrawą dla wycieńczonego chłopca.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Jesz­cze mi­nu­ty. ―> Jesz­cze dwie mi­nu­ty.

 

– A jeśli już jest w ko­pal­niach na Fo­bo­sie? ―> W ilu kopalniach można być jednocześnie.

 

Wytatuowany wydłubywał sobie z zębów ości. ―> Zbędny zaimek – czy wydłubywałby ości z zębów komuś innemu?

 

Przy­glą­dał jej się bez słowa, a potem od­wró­cił, żeby odejść. ―> Co odwrócił?

Proponuje: Patrzył na nią bez słowa, a potem od­wró­cił się, żeby odejść.

 

opary kwasu pod­no­si­ły się ku górze, aby póź­niej nocą skra­plać się i opa­dać kwa­śną mgłą. ―> Masło maślane – czy mogły podnosić się ku dołowi?

Skoro unosiły się opary, a potem skraplały się, nie mogły opadać mgłą. Skroplona mgła przestaje być oparem/ mgłą.

Proponuję: …opary kwasu uno­si­ły się, aby póź­niej, nocą, skra­plać się i opa­dać kwa­śnym deszczem/ kwaśną mżawką.

 

dwa księ­ży­ce, które na­zwa­no sta­ro­żyt­ny­mi na­zwa­mi Fobos i Dej­mos… ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …dwa księ­ży­ce, które nadano starożytne nazwy Fobos i Dej­mos

 

pro­wo­ko­wa­ła ich go­łymi­ ra­mio­na­mi mu­lat­ki. ―> …pro­wo­ko­wa­ła ich go­łymi­ ra­mio­na­mi Mu­lat­ki.

 

Jesz­cze mnie nie wy­da­ła, po­my­śla­ła Do­ro­ta. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Barmanka zapaliła papierosa, takiego długiego, eleganckiego, którego można dostać jedynie od żołnierzy z przemytu. ―> Czy dobrze rozumiem, że żołnierze byli z przemytu?

Proponuję: Barmanka zapaliła papierosa, takiego długiego, eleganckiego, pochodzącego z przemytu, którego można dostać jedynie od żołnierzy.

 

– Wszy­scy się pil­nu­ją i nie było łatwo do­stać to do­stać. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ta­kiej jak ty, to ze świe­cą szu­kać – Splu­nął na pod­ło­gę. ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Zo­sta­ło jej tylko czte­ry go­dzi­ny… ―> Zo­sta­ły jej tylko czte­ry go­dzi­ny…

 

Nie może mnie teraz za­strze­lić, nie może…, po­wta­rza­ła… ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

a omdla­łe ciało zła­ma­ło w pół. ―> …a omdla­łe ciało zła­ma­ło wpół.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O siarkę w ogóle nikt się dziś nie zabija. Polskie złoża pod Tarnobrzegiem zalano wodą i zrobiono z nich super jezioro, bo siarki na świecie jest nadmiar – od kiedy zaczęto odsiarczać spaliny w elektrowniach.

Ale nadal upieram się, że zwykłe szkło by wystarczyło. ;) Oraz przy tej rudzie uranu albo uranie w kontenerach…

pozdr.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

regulatorzy – dziękuję za wnikliwe przeczytanie. Może nie do końca niezręczności języka udało mi się poprawić, ale może choć trochę.

 

 

rrybak – nie upieram się, że to czysty, żywy uran, powiedziałabym, że występuje tu w funkcji metonimii. Po prostu, narratorowi wszystko jedno, jak ten uran jest zapakowany ;)

Ok, Twoje opko, twoja nadkrytyczna. Ale ja się na tym zawiesiłem.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Wszystko już zostało napisane: dużo emocji, świat przyszłości, ale uczucia ponadczasowe. Wiarygodnie wyszły starania matki o odzyskanie syna, myślę, że nie ma ani cienia przesady w tym, co była gotowa znieść, żeby go odnaleźć. Budujesz konsekwentnie klimat tej opowieści. Podobał mi się pomysł z odliczaniem czasu od chwili, kiedy matka widziała syna ostatni raz. Idę zgłosić opowiadanie do biblioteki.

ANDO – dzięki za lekturę i cieszę się, że klimat przyszłości się podobał.

Wizja Marsa dość czarna, ale podobało mi się. Choć jako tekst ku pamięci łazika, wydźwięk ma wyjątkowo gorzki.

Zwracaj uwagę na bytozę, gdzieniegdzie trochę tego za wiele.

 

– Dawno cię nie było – powiedziała Zuzanna, gdy Dorota weszła do środka. – Ciągle szukasz Johana?

Zuzanna była jej przyjaciółką, to znaczy chyba była nią kiedyś, w poprzednim życiu, bo teraz to słowo stało się puste, jak wiele innych. Pub był zrobiony z dwóch blaszanych kontenerów

Przy wejściu nie było strażników tylko kamera. Gdy, tak jak wcześniej, zamek odskoczył, Dorota nie była na to przygotowana. Była pewna, że przepustka nie będzie ważna. Teraz zawahała się. Co dalej? Schody jednak były puste

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

chrościsko – gdzie było trzeba, poprawiłam, wyrzuciwszy zbędne słowa. Dziękuję za uwagi.

Jeśli dałoby się tam, na takiej planecie, żyć, to może wizja nie jest zupełnie czarna? :)

Jeśli dałoby się tam, na takiej planecie, żyć, to może wizja nie jest zupełnie czarna? :)

Łapanki, rasizm, nawiązania do najgorszych czasów z historii Ziemi. Jakby nie patrzeć, to jednak znaczny regres. Czy chciałabyś tam żyć?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

rrybak – przemyślałam sprawę. Miałeś rację. Wyrzuciłam trochę tego pierwiastka.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Pomysł z szukającą syna matką przyciągnął mnie, choć to zupełnie nie mój klimat opowiadań. Są tu emocje, tajemnica, dobrze zarysowany świat. No i ta klamra z zupą. Dla mnie napisane świetnie, dlatego daję klik.

 

Powodzenia w konkursie :)

Monique.M

Dzięki za lekturę! Cieszę się, że historia przekonała do tej mało optymistycznej wizji kolonizacyjnej…

Bardzo dobre opowiadanie, mroczne, ale mocne i ma specyficzny, brudny, industrialny klimat. Wywołuje emocje i napisane jest ładnym stylem. Pokazuje, że nawet w takiej okrutnej rzeczywistości może się znaleźć ktoś, kto wyciągnie pomocną dłoń.

Nie spodziewałam się, że skończy się dobrze. To znaczy, w miarę dobrze. Nie wiem, dlaczego opowiadanie nadal nie jest w bibliotece, idę się o to postarać.

Wyłapałam kilka błędów:

Bo wszystko, co najstraszniejsze jest już(+,) o(+,) tu! 

chciwym(-,) taksującym spojrzeniem. 

https://sjp.pwn.pl/zasady/383-90-I-1-Przecinek-miedzy-polaczonymi-bezspojnikowo-jednorodnymi-czesciami-zdania;629802.html – punkt c)

powiedział(+,) jakby przepraszając, 

Nigdy nie chodził za mur(+,) do kopalni. 

Przecinek, bo zdaje mi się, że to dopowiedzenie.

gówniarstwo nie wiedziało co się dzieje i poszło(+,)  jak co dzień(+,)  do szkoły. 

Przecinki, bo wtrącenie.

wycharczała(+,) jakby to ją ktoś dusił 

Czasowniki powinny być tu oddzielone przecinkiem.

stanęli przy filarach(-,) podtrzymujących platformę wyrzutni rakiet. 

Tu bez przecinka.

i(+,) nie chcąc spotkać się z żandarmerią(+,) postanowił uciekać. 

Wtrącenie.

sonata – dzięki za przecinki! Przecinki to magia. Przecinki to tajemnica :)

Hej, Chalbarczyku. Miałem właśnie okazję przeczytać pierwsze opowiadanie wykonane przez ciebie. Moje wrażenia jak najbardziej pozytywne, chociaż nie bez “ale”.

Opko jest mroczne, brudne i podłe. Myślę, że taki miałaś zamiar, pisząc tekst i mogę powiedzieć, że według mnie to się udało. Temat matka – syn trochę wykracza poza moje umiejętności wczucia się, ale wydaje się, że zarysowałaś całkiem dobrze ten element dramatu. Tekst jest emocjonalny i byłby może zbyt mocno, gdyby element mroku nie wybrzmiewał tak dobrze, czyli według mnie one ze sobą współpracują na korzyść dla zastosowanych zabiegów. Małe “ale” mogę mieć do fabuły, ponieważ bieg wydarzeń jakoś mi zgrzytał, ale nie wiem, czy to kwestia, że poszło to za szybko, czy coś było nieprzekonujące. Np. taki moment kiedy w rozmowie tamten zbir (całkiem przypadkowo) zdradza poważny sekret kobiety w sprawie poszukiwań matki. Niemniej są to szczegóły, a opowiadanie wyszło dobrze :-)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Interesująca fabuła bardzo brutalna. yes

Tekst jest przede wszystkim bardzo dobrze skonstruowany, przemyślany. Gra na najwyższych i bardzo dramatycznych emocjach, co nie jest czymś, czego sama bym szukała w literaturze; nie było łatwo zrobić na mnie w ten sposób wrażenie, a ten tekst podobał mi się zdecydowanie. Decyduje o tym spójna, przemyślana narracja i przekonująca psychologicznie charakterystyka głównej bohaterki, wokół której skupia się fabuła.

Zastanawiam się tylko nad tym, czy taki społecznie prosty rasistowski schemat podziału biali vs. ciemnoskórzy jest prawdopodobny w kontekście społeczeństwa przyszłości, czy raczej nie doszłoby do kombinacji czynników rasistowskich z innymi, ale te moje zastanawiania się nie wpływają na ocenę tekstu.  

Chalbarczyku, bardzo podobała mi się scena ze złomowanymi łazikami.

Choć przyznam, że to zdanie:

Śmierć maszyn była śmiercią cywilizacji, bo wraz z nimi ginęła namiastka ładu, który człowiek chciał zaszczepić na Czerwonej Planecie.

nie do końca do mnie przemówiło, bo na tej planecie nigdy nie było ładu. Przeniosłaś tam wszystko to, co w historii ludzkości najgorsze: rasizm, wyzysk, społeczeństwo podzielone na lepszych i gorszych.

Trochę brakuje mi wyjaśnienia, jak do tego doszło. Jak to się stało, że kolonizując Marsa, sięgnęliśmy do najgorszych wzorców? Kto na to pozwolił? Co stało się na Ziemi, że coś takiego było możliwe.

I pewnie ten brak wyjaśnień sprawia, że za mało tu dla mnie Marsa. Ta historia mogłaby się zdarzyć po dowolnej wojnie domowej lub rewolucji tu na Ziemi. Mars jest w tym wypadku jedynie dekoracją, nie spełnia jakiejś istotnej roli.

Opko mi się podobało, no może ciut przedobrzyłaś z emocjami, bo trochę się czułam naciskana, by polubić Dorotę. Uważam jednak, że to dobry tekst, ale trochę się mija z konkursem.

Dodatkowych punkcików za dedykację też nie było, bo i dedykacji nie było. Z jednej strony rozumiem, przy takiej wizji, ale coś by się tu jednak dało wymyślić.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz

 

Dedykacja, która jest dedykacją nie wprost (urywek z gazety), wyjaśnia i rzuca światło, jak dochodzi do marsjańskiej porażki. Ostatecznie badanie planet i eksploracja kosmosu kończy się i musi się skończyć wyścigiem po złoża, bez względu na to, jakie szczytne hasła powiewają na sztandarach, a jedynym ratunkiem przed społeczeństwem, w którym panuje prawo silniejszego byłyby wartości humanizmu, tutaj unicestwionego.

Kto na to pozwolił? Co stało się na Ziemi, że coś takiego było możliwe.

Nikt nie musiał “pozwalać”, bo przecież nie jest tak, że żyjemy na Ziemi w pokoju, a na każdym kontynencie każdy człowiek ma godność i wolność…

Uważam jednak, że to dobry tekst, ale trochę się mija z konkursem.

Konkurs dopuszczał, by ktoś inny, a nie Opportunity był głównym bohaterem, stąd taka konstrukcja opowiadania. Można przy niej bez neofickiego entuzjazmu spojrzeć z dystansem na ideę misji marsjańskich.

 

Hmmm. A mi tu trochę brakowało Marsa. Znaczy, niby ciągle wspominasz o uranie, o Fobosie, ale to tylko dekoracje. Tekst mówi o matce szukającej syna. Równie dobrze mogłaby go szukać na Syberii albo po którymś powstaniu.

Trzasnęły zamki i wszystkie drzwi na tej przeklętej planecie zamknęły się do rana.

Czyżby planeta była płaska, że wszędzie godzina policyjna zaczyna się w tym samym momencie?

Babska logika rządzi!

Finkla

Równie dobrze mogłaby go szukać na Syberii albo po którymś powstaniu.

Chyba jednak nie. Nikt nie chce kolonizować Syberii i nie rusza tam z ideałami szczęśliwej ludzkości na ustach. Fiasko idei kolonizacji, owszem, można przedstawić i na innych planetach, ale Mars jest tu akuratny.

Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam!

 

To w gułagach nie budowano socjalizmu? ;-)

Babska logika rządzi!

Gułagi trudno nazwać kolonizacją, jeśli już to tylko metaforycznie, z tym się zgodzimy. “Zaprowadzanie cywilizacji” białego człowieka już bardziej pasuje do afrykańskich plemion czy kanadyjskich Eskimosów. To tak.

Nowa Fantastyka