- Opowiadanie: gravel - W oku patrzącego

W oku patrzącego

Sci-fi bliskiego zasięgu. Mało tu świątecznego klimatu, ale mam nadzieję, że dla Szanownego Jury wystarczy ;)

 

Podziękowania dla Cienia za betę.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

W oku patrzącego

20 grudnia, Jerozolima, wieczór

 

Szczegóły poskładali dopiero po obejrzeniu nagrań z kamer i wysłuchaniu zeznań świadków. Samochód pełen gwoździ i żyletek przejechał w dół Jaffy, zostawiając za sobą ślad benzyny z przedziurawionego baku. Kierowca wysiadł i jak gdyby nigdy nic wkroczył w tłum turystów migrujących między tutejszymi pubami. Odpalił papierosa. Zaciągnął się.

Pstryk.

 

***

 

22 grudnia, Tel Aviv, nad ranem

 

Wibracje telefonu obudziły Kane’a Szukmana za piętnaście trzecia nad ranem. Zaklął, widząc na wyświetlaczu nazwisko szefa. Przeciągnął palcem po ekranie.

– Tak?

– Kane. – Głos Ariego Ahoniego wybrzmiewał zmęczeniem. – Zrobisz sobie wycieczkę do Jerozolimy.

– Świetnie. Po co?

– Wiesz o Jaffie?

– Mam szukać zamachowca?

– Ej, nie – w głosie Ahoniego dało się słyszeć zniecierpliwienie. – Znaleźliśmy go dzisiaj rano, z kulą we łbie.

– Policyjną?

– No, kurwa, raczej. Nie możemy sobie więcej pozwolić na takie dawanie dupy. I właśnie dlatego potrzebuję cię w Jerozolimie. Bądź u mnie o siódmej. Chawa przygotowała dla ciebie kilka profili do przejrzenia, a ja zrobię ci briefing, wprowadzę w szczegóły. To będzie nietypowa robota.

– Ile mam czasu na przygotowanie?

– Do dwudziestego czwartego. Wigilia. Tłumy na Starym Mieście. Idealny moment, żeby się wykazać, prawda?

 

***

 

24 grudnia, Jerozolima, Stare Miasto, późne popołudnie

 

Kobieta zerkała nieufnie przez szparę w drzwiach, kiedy Kane Szukman pokazywał dokumenty.

– Szalom – powiedziała, odczytując nazwę wydziału z identyfikatora. W ustach jerozolimskich Arabów słowo to nabierało tysiąca nowych znaczeń. „Szalom, jestem gotowy do współpracy”. „Szalom, nie jestem terrorystą”. „Szalom, nie będę sprawiać kłopotów”.

– Salam alejkum, pani Zulfo – odpowiedział Szukman i kobieta rozluźniła się nieznacznie. Gest dobrej woli otwierał drzwi szybciej niż groźby i przemoc. Najważniejszy był odpowiedni uśmiech. Łagodny, uspokajający uśmiech, który powinien budzić zaufanie, ale którego wielu agentów, mimo przeszkolenia, wciąż nie odróżniało od maniakalnego szczerzenia zębów.

Szukman wszedł do niewielkiego mieszkania, natychmiast wyczuwając atmosferę: spokojne, stabilne małżeństwo; niereligijni i może trochę zastraszeni, ale w końcu każdy się denerwuje, kiedy agent Wydziału Prewencyjnego puka do drzwi.

W fotelu w salonie siedział szczupły starszy mężczyzna z tabletem w dłoni i eleganckim zegarkiem na nadgarstku. Skóra gospodarza miała jaśniejszy odcień niż skóra Szukmana.

– Szalom – powiedział, podnosząc się z siedziska i odkładając tablet na stolik. Zerknął na żonę, ale nie zadał żadnego z pytań, które cisnęły mu się na usta. „Szalom, zrzekam się prawa do żądania informacji”. „Szalom, szalom, będę współpracować”.

– Salam alejkum – odparł Szukman, zakładając ręce za plecy.

Dyskretnie rozejrzał się po pokoju, ale na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku: typowe mieszkanie pary, która jakiś czas temu przekroczyła wiek średni i osią życia uczyniła spędzanie leniwych wieczorów w domu, przy lampce wina i książce. Dzieci dawno wyfrunęły z gniazda, ale wpadają czasami na weekendy.

– Nazywam się Kane Szukman – powiedział agent, nie wyciągając dłoni do gospodarza – z Wydziału Prewencyjnego. Przykro mi z powodu najścia, ale w związku z niedawnymi tragicznymi wydarzeniami oraz zbliżającymi się chrześcijańskimi obchodami świąt, wprowadzamy dodatkowe środki ochronne, aby każdy obywatel Izraela oraz przebywający obecnie w kraju turysta mógł przeżyć ten piękny okres jak najbezpieczniej, niezależnie od wyznania. Zgodnie z wytycznymi, muszę sprawdzić państwa dokumenty i przeprowadzić kilka standardowych procedur.

Po twarzy starszego mężczyzny przemknął cień, jednak Szukman nie wychwycił agresji. Jedynie rozgoryczenie i żal, że on, Rajaa Said, mieszkaniec najbardziej cywilizowanego państwa na Bliskim Wschodzie, musi zgadzać się na coś takiego. „Szalom, szalom, mamy 2025 rok, łapiemy terrorystów zanim pomyślą o dokonaniu zamachu”.

– Nie słyszałem, by moich sąsiadów przesłuchiwano, panie Szukman – powiedział ostrożnie mężczyzna.

– Kontrole przeprowadzamy w losowej kolejności.

– Oczywiście.

Szukman uniósł lewą dłoń, by gospodarze zobaczyli wszczepki w opuszkach: po cztery niewielkie, czarne kropki na każdym palcu oprócz kciuka.

– Wiecie państwo, co to jest?

Mężczyzna zbladł i kiwnął głową, kobieta zaprzeczyła.

– Te receptory – wyjaśnił Szukman – pozwalają transferować uczucia, sny i wspomnienia z oryginalnego źródła do mojej głowy.

– Pan jest Pielgrzymem – zauważyła kobieta. O Pielgrzymach słyszała, jak każdy: w Internecie, w telewizji, wszędzie debaty o moralności i etyce. Musiało jej się obić o uszy.

– Zgadza się. – Szukman przytaknął. – Za państwa zgodą, dokonamy badania. To rutynowa kontrola, a proces jest całkowicie bezbolesny i bezpieczny.

– A jeśli się nie zgodzimy? – zapytał pan Said, unosząc brodę, jakby nagle odżyła w nim arabska duma i upór.

– Macie do tego prawo. Ale wówczas będę zmuszony założyć, że coś ukrywacie i zabrać was do placówki, w której zostaniecie przesłuchani bardziej… tradycyjnymi metodami.

– Nie mamy nic do ukrycia – zapewniła szybko kobieta. – Prawda, Rajaa?

– Oczywiście, że nie – odparł pan Said.

– Miejmy to z głowy. – Kobieta przeszła za wyspę kuchenną, nalała wody do czajnika, wcisnęła guzik. – Zrobię kawę. Napije się pan kawy, panie Szukman? Proszę się rozgościć. Niech pan zdejmie płaszcz i usiądzie z nami przy jednym stole.

– Dziękuję, pani Said. Wystarczy szklanka wody.

– Niech pan siada. – Gospodarz wskazał gościowi sofę po przeciwnej stronie stolika. Szukman uśmiechnął się, ściągnął płaszcz, przerzucił przez oparcie kanapy, po czym usiadł na pufie, bliżej fotela starszego mężczyzny.

– Muszę teraz zadać kilka pytań, które możecie uznać za osobiste – powiedział, kiedy pani Zulfa wróciła do salonu, niosąc tackę z dwiema filiżankami i szklanką wody. Przysiadła na oparciu fotela, zakładając ręce na piersi i wpatrując się z uwagą w twarz Pielgrzyma.

– Słuchamy – powiedziała.

– Najpierw chciałbym zweryfikować informacje, które widnieją w ROPA – powiedział, wyciągając telefon. Włączył aplikację i położył smartfona na stoliku, a gospodarze zerknęli na wyświetlacz, na którym rozjarzyło się niebieskie logo Rejestru Obywateli Pochodzenia Arabskiego. – Pana matka pochodziła z Europy, zgadza się, panie Rajaa?

– Tak, z Francji. Co z tego?

– Też jestem dzieckiem z mieszanego małżeństwa – przyznał Szukman. – Matka Amerykanka, ojciec Izraelczyk. W domu mieliśmy lekki miszmasz kulturowy: ojciec nie jest jakoś szczególnie religijny, ale ma, że tak powiem, soft spot dla tradycji. Matka natomiast upiera się, by w każde święta przystrajać choinkę. Cofa się do wspomnień z dzieciństwa, tak mówi.

– Moi rodzice pochodzili ze świeckich rodzin – powiedział pan Said; Szukman wyczuł rezerwę w głosie gospodarza, kiedy ten zastanawiał się nad każdym wypowiadanym słowem. – Oboje identyfikowali się jako ateiści, odkąd pamiętam. Chrześcijańskie Boże Narodzenie miało dla nich znaczenie nie większe niż hinduskie Diwali. Podzielam ich podejście.

– Czyli nie macie żadnych planów na wieczór? W dzielnicy chrześcijańskiej sporo się dzisiaj dzieje.

– Panie Szukman, jesteśmy starymi ludźmi – wtrąciła pani Zulfa, kładąc dłoń na ramieniu męża. – Wieczory spędzamy zwykle w domu, niezależnie od pory roku. Poza tym nie przepadamy za tłumami.

– Oczywiście. – Agent sięgnął po szklankę i upił łyk wody. Miała posmak kamienia. – Osobiście uważam, że Jerozolima to balansujący na granicy znośności tygiel kulturowy – dodał z uśmiechem, który w niczym nie przypominał szczerzenia kłów. – Trudno jest utrzymać porządek w mieście, w którym przenika się tyle kultur i wyznań. W którym każdy ma własną wizję tego, jak powinien wyglądać świat.

– Pan o tym wie najlepiej – zauważył Rajaa Said, niezbyt dyskretnie zerkając na zegarek.

– Zrobiło się późno, prawda? – zapytał Szukman. – Wobec tego nie będę zabierał wam więcej czasu. Przejdziemy teraz do krótkiego badania. Pani Zulfo, będzie pani tak uprzejma i zostawi mnie samego z mężem? Oddam go pani zaraz po badaniu.

Kobieta zawahała się przez moment, ale skinęła głową. Szukman nie odwracał się, kiedy wychodziła z pokoju, ale był pewien, że zerknęła przez ramię, nim zniknęła za drzwiami prowadzącymi do sypialni.

– Proszę się przysunąć, panie Rajaa.

Gospodarz westchnął cicho, ale wykonał polecenie. Nogi fotela zaszurały na drewnianej podłodze.

– Przyłożę palce do pana skroni – powiedział Szukman, unosząc lewą dłoń i ponownie pokazując starszemu mężczyźnie czarne kropki receptorów. – Proszę się rozluźnić, opróżnić umysł. Nie jestem w stanie odczytać pana myśli per se, zobaczę jednak niektóre z obrazów tworzonych przez pana mózg. Jeśli będzie się pan skupiał na obrazie, powiedzmy, szarlotki, ja również zobaczę szarlotkę. Proszę pamiętać, że badanie nie jest inwazyjne i nie spowoduje żadnych permanentnych zmian.

– A nie permanentne?

– Czasami badani odczuwają po transferze zawroty głowy i lekkie mdłości, nie powinno to jednak trwać dłużej niż kwadrans po zakończeniu sesji.

Pan Said machnął ręką.

– Proszę zaczynać, panie Szukman.

Pielgrzym nie odczytywał myśli w formie jednoznacznych, czytelnych obrazów i słów. Wszystko zawsze było porwane i niespójne; agent mógł ugniatać i formułować uzyskany materiał jak surowe ciasto.

Kiedy przyłożył palce lewej dłoni do skroni pana Saida, wyczuł w mężczyźnie przede wszystkim strach. Lęk zawsze był najłatwiejszy w interpretacji, co więcej, często udzielał się badającemu, wywołując zimne poty, przyspieszoną akcję serca, szum w uszach.

Said boi się tego młodego, uprzejmego Izraelczyka, który zjawił się na progu ich mieszkania ze słowem „salam” na ustach i chłodem w oczach. Mówi „pokój”, ale coś burzy, wprowadza chaos, nieporządek. I za to Rajaa Said go nienawidzi. W tej chwili. I boi się.

A pod spodem, jak zadra, cierń wbity w ciało, tkwi coś jeszcze. Łzy upokorzenia cisną się pod powiekami Saida, który dzień po dniu traci godność na rzecz bezpieczeństwa. A teraz ten Izraelczyk odbiera im nawet to, ze swoim „salam”, które w jego ustach nabiera nowych znaczeń, ze swoimi „standardowymi procedurami” i czytaniem w myślach.

Przebija się gorycz: szkoda, że Rajaa Said nie jest młodszy i silniejszy. Szkoda, że nigdy nie był sprawny fizycznie. Bo teraz, w tej chwili, poszedłby walczyć w szeregi niedobitków palestyńskich bojówek. Poszedłby.

Myśl natychmiast znika, stłumiona strachem, a w jej miejsce pojawia się twarz Zulfy. Ona prędzej by poszła, Rajaa Said nie ma jaj.

Dalej dla Szukmana nie było niczego interesującego.

Pielgrzym sięgnął do kieszeni płaszcza po paczkę chusteczek i wytarł skroń mężczyzny, mokrą od potu.

Pan Said zacisnął zęby.

 

***

 

24 grudnia, Jerozolima, Stare Miasto, wieczór

 

Kane Szukman opuścił kamienicę i wyszedł na wąską uliczkę; ślepy zaułek pomiędzy dwiema dzielnicami: chrześcijańską i muzułmańską. Ciemność nocy rozpraszały jaskrawe neony, Merry Christmas w kilkunastu językach, szpecące wiekowe budynki jerozolimskiej starówki. Wielki, obwieszony lampkami Święty Mikołaj. Połamane drewniane renifery, na których za dnia bawiły się dzieci.

Szukman zapalił papierosa i zadzwonił do szefa. Ari Ahoni odebrał po dwóch sygnałach.

– Słucham cię, Kane. – Zachrypnięty od ciągle palonych papierosów głos Ahoniego sugerował, by ten, kto mu przeszkadza, od razu przeszedł do rzeczy.

– Dobry adres.

Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której Szukman zaciągał się dymem, bezgłośnie licząc upływające sekundy.

– Kurwa, czyli jednak… – odezwał się wreszcie Ahoni. – Które z nich?

– Żona. Facet za bardzo by się bał. I jest zbyt biały – dodał po namyśle.

– Dobrze. Masz wolną rękę, ale…

– Ale? – powtórzył Szukman.

– Wszystko ma być na tip top. Żadnych pomyłek, żadnych śladów.

– Na luzie, Ari.

 

***

 

24 grudnia, Jerozolima, Stare Miasto, późny wieczór

 

Po skończonej robocie Kane Szukman ponownie zadzwonił do szefa.

– Tip top – powiedział, zanim Ahoni zdążył się odezwać.

– Roger. Zaraz kogoś wyślę.

– Wiesz, Ari, całkiem dobrze się bawiłem. Jeśli kiedyś znowu trafi się podobna fucha, dzwoń o każdej porze.

– Kane…

– Tak?

– Pierdol się.

 

***

 

24 grudnia, Jerozolima, Stare Miasto, późny wieczór

 

Twarze, które dostrzegał w tłumie pod Bazyliką Grobu Bożego, należały w większości do turystów: blade, osłonięte szalikami, zaskoczone zimnem w pustynnym kraju. Szukman przeciął plac, wciskając dłonie głęboko do kieszeni płaszcza, żeby unikać przypadkowych kontaktów, ale receptory i tak świrowały. Za dużo bodźców. W powietrzu zapach kadzideł mieszał się z wonią shawarmy, bajgli i taniego drewna, w którym rzeźbiono tandetne pamiątkowe krzyżyki, sprzedawane przez arabskich handlarzy tuż za granicą świątynnego terenu.

Wycofał się pod jedną z bram prowadzących w labirynt uliczek i zapalił papierosa. Ludzi przybywało, lecz mało kto opuszczał plac; kolejka czekająca na wejście na pasterkę wydłużała się.

– Kane. – W słuchawce zabrzmiał cichy głos Chawy, dyspozytorki. – Nosophoros opuszcza bazę.

– Roger. Jestem na miejscu.

 

***

 

25 grudnia, Tel Aviv, wczesny ranek

 

Wzorowo przeprowadzoną akcję Wydziału Prewencyjnego transmitowali w telewizji. Sceny aresztowania starszej Arabki były dość brutalne, ale media nie potrafiły nic zarzucić dokonującemu zatrzymania agentowi, Kane’owi Szukmanowi. To kobieta stawiała opór.

Oskarżona o próbę zamachu Zulfa H., podawały media, obecnie czeka na przesłuchanie, w którym uczestniczyć będą przeszkoleni Pielgrzymi.

– Dzięki tym ludziom czuję się zdecydowanie bezpieczniej – wypowiadała się do kamery niemiecka turystka, naoczny świadek zdarzenia pod Bazyliką Grobu Bożego. – Wydział Prewencyjny robi wspaniałą robotę. Nie mogę się doczekać, kiedy wszędzie wprowadzą podobne zabezpieczenia.

Ari Ahoni zamknął laptopa i spojrzał na Szukmana.

– Brawo, Kane.

– Dzięki.

– Dostarczyli męża. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko?

– Wyczyściłem go. Będzie zagubiony i zdezorientowany, ale nie ma opcji, żeby o mnie pamiętał. Tak samo Zulfa.

Ahoni westchnął z ulgą i wstał. Wykonał krótki gest, jakby chciał podać Pielgrzymowi rękę, ale zaraz się zreflektował i zamiast tego przeczesał palcami włosy.

– Dobra robota, Kane.

Już stojąc w drzwiach Szukman odwrócił się i powiedział:

– Nie gwarantuję, że Zulfa się przyzna. Władowałem jej w głowę wszystkie propagandowe teksty, które mi się przypomniały, ale… I tak nie będzie dla niej jasne, dlaczego to zrobiła. Całe zdarzenie będzie przypominać sen. Jak wspomnienie z seansu kiepskiego sensacyjniaka.

– Nieważne, czy się przyzna. – Ahoni machnął dłonią. – Zbrodnia jest w oku patrzącego.

Koniec

Komentarze

Bardzo efektowne i świetnie mi się czytało – wciągnęłam się w akcję i czekałam, o co tak naprawdę w tym przesłuchaniu chodzi. Element SF bliskiego zasięgu ciekawie, wg mnie, ograny. Zdecydowanie z dotychczasowych opowiadań konkursowych jedno z ciekawszych, choć jego świąteczność faktycznie jest dość specyficzna :)

Cześć, ninedin, dzięki za komentarz i klika. Fajnie, że się podobało ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ale kozacki tekst, z niezłym twistem (jesli dobrze zrozumiałem). Zbudowałaś tu atmosferę rodem z Davida Morella, czy innego Ludluma. Wszystko mi się tu podoba, gratki! Do Bilblioteki z tym!

Łosiotku, dzięki za entuzjastyczny komentarz, fajnie, że przypadło do gustu ;P

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

O kurde. :o

Ależ obłędnie gęsta atmosfera panowała podczas wizyty w domu Arabów. Kilka błyskotliwych refleksji popieściło moje oczy, do tego fajne, niewymuszone dialogi (choć w paru miejscach użyłbym prostszych słów, np. pozbyłbym się “skonfundowanego” oraz powtórzenia przez Saida słowa “permanentny” – takie podchwycenie sugeruje rozmowę dwóch równie inteligentnych osób, a odniosłem wrażenie, że Arab jest człowiekiem trochę prostszym niż funkcjonariusz).

Rzecz się toczy powoli, można by powiedzieć, że standardowo, ale finał? Zmusza do główkowania, nie rzuca łopatą w twarz, wywraca wszystko do góry nogami i daje olbrzymią satysfakcję.

Ale to jest dobre! Gravel w formie!

Co tu dużo pisać, kawał dobrej sensacyjnej opowieści, trzymający w napięciu i dobrze napisany, tylko… wstyd się przyznać, ale nawet po trzecim czytaniu zakończenia, nie do końca potrafię sobie poskładać co tak na prawdę się stało.

Ale może to i dobrze? Pozostanie w pamięci na dłużej.

Bardzo podobał mi się pomysł na Pielgrzymów i ich receptory. Fajne jest też to, że napięcie budujesz tak, jak w dobrych, starych klasycznych filmach – jedną długą i sceną, koncentrując się na szczegółach, emocjach, obrazach. Dopiero końcówka przyśpiesza i prowadzisz do finału kilkoma krótkimi, dynamicznymi scenami.

Tak sobie wpadłam na portal na moment, przeskrolować gwiazdki, a jednak gwiazdkę spędziłam w Izraelu. Ciekawy tekst. Wątek fantastyczny może i niewielki, nienachalny, ale za to jakże kluczowy dla fabuły. Gorzkie, bolesne zakończenie, dla mnie wydaje się dość jasne i trochę niestety wieszczące przyszłość. I prawdopodobnie nic się na to nie da poradzić.

Bardzo efektowna scena przesłuchania arabskiego małżeństwa – zgadzam się z fizykiem, że ten moment, najdokładniej opisany, gęsty od atmosfery, pewnego niepokoju, który potwierdza się dopiero na końcu, świetnie buduje napięcie i klimat. 

Co tu dużo mówić – brawo. Oczywiście idę się dopominać o bibliotekę.

Hej, napisałaś całkiem zgrabne opowiadanie. Rzeczywiście, jak wspominasz na wstępie, pomysł dość luźno nawiązuje do tematu konkursu (akcja mogłaby się toczyć w zasadzie w każdym innym terminie bez szkody dla fabuły). Z drugiej strony jest to dość oryginalna interpretacja zadania, przed którym postawiono uczestników szranek. Podobało mi się to jak precyzyjnie i oszczędnie okrasiłaś historię szczegółami. Na plus również dialogi, chociaż odcinanie się kur#ą szefowi w strukturach wojska/wywiadu jakoś wydaje mi się mało realne. Z drugiej strony przydaje opowiadaniu rysu rodem z amerykanskiego filmu sensacyjnego, co niektórym może się podobać. Nota bene czytając Twoje opowiadanie miałem wrażenie, że właśnie oglądam trailer jakiegoś filmu szpiegowskiego z zakończeniem :) Piszesz dość obrazowo, wciągasz czytelnika w historię i to duży plus. Wracając do początku, czyli pomysłu. Nie jest banalny, ale z drugiej też raczej nic bardzo oryginalnego – manipulacja myślami to już temat delikatnie wyeksploatowany. On the other hand, Twoja interpretacja jest dość ciekawa. Pozdrawiam Cichy0

Rewelacyjny tekst. Gratuluję :) Świetny pomysł i chyba jeszcze lepsza jego realizacja. Podoba mi się dbałość o szczegóły, doskonałe dialogi i klimat zastraszenia, który udało Ci się stworzyć. Zakończenia trochę się domyślałam, między innymi na podstawie tytułu, ale i tak jest super :) Klikam i popieram nominację do piórka :)

Hej niehejanym.

 

Mister B., fajnie, że się podobało. Przemyślę sprawę słownictwa. Twoje spostrzeżenie jest ciekawe, chociaż, prawdę mówiąc, różnice w wysławianiu się Araba i agenta nie były planowane.

 

fizyku, dzięki. Starałam się jak najwięcej zasugerować, tak, żeby wyszedł zaskakujący twist bez łopatologicznych wyjaśnień. Szkoda, że nie do końca wyszło ;) Jeśli chcesz, mogę wyjaśnić zakończenie :D

 

Nir, dziękuję bardzo.

 

cichy, dzięki. Fakt, tematyka świąteczna potraktowana dość luźno, co pewnie wpłynie na ocenę Jury, ale yolo generalnie ;D Pomysł rzeczywiście jest nienowy i często przerabiany w książkach i filmach, ale z drugiej strony – nihil novi sub sole. Pewnie możnaby z niego więcej wyciągnąć, niestety jednak – limit. 15k znaków nie pozwala poszaleć z rozbuchanymi wizjami i fabułą. Stąd pewnie wynika twoje skojarzenie z trailerem filmu szpiegowskiego ;D

A uwaga do kurew: zauważ, że mięcho lata ze strony szefa ;) Chciałam zresztą pokazać, że obaj panowie żyją w raczej dobrych stosunkach, kumplują się, dlatego między sobą wysławiają się na luzie.

 

katio, dziękuję pięknie za miły komentarz ;)

 

ANDO, dzięki za choinkę :D

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Doskonałe!

I tyle wystarczy. bo doskonałe w każdym aspekcie. Klik domykający.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Gorzkie te Twoje święta, i to podwójnie, bo i na dziś i na przyszłość. Wizję przedstawiłaś mocno niepokojącą, aczkolwiek niestety prawdopodobną. Cudnie budujesz klimat, należysz do autorów, którzy wciągają mnie do wnętrza swoich historii, czuję się, jakbym tam naprawdę było, a to jest wyższa szkoła jazdy.

Do amerykańskich filmów bym Twojego opka nie porównywała, daleko im do klimatu, który stworzyłaś.

Krótko mówiąc: doskonały tekst. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Hej Irko, moje porównanie do amerykańskich filmów szpiegowskich raczej mogło być nobilitacją a conajmniej komplementem. Polecam np film pt. Syriana. Pozdrawiam Cichy0

Spędziłem już kupę czasu, uzasadniając, dlaczego opowiadanie warte było mojego klika (oraz wiele więcej), toteż tym razem pozostanę nierozpisany.

 

Moje.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Naprawdę dobry pomysł i takież wykonanie. Opowiadanie od początku zaintrygowało mnie, a w miarę czytania zaciekawiało coraz bardziej, zwłaszcza że z każdym zdaniem atmosfera stawała się gęstsza, co pozwalało przypuszczać, że jeszcze czymś zaskoczysz, że pewnie najlepsze zostawiłaś na koniec. No i nie zawiodłam się, finał okazał się w pełni satysfakcjonujący.

Choć święta stanowią tu tylko tło dla wydarzeń zgoła nieświątecznych, to ich klimat, moim zdaniem, jest wyczuwalny w stopniu wystarczającym.

 

Cięż­ko jest utrzy­mać po­rzą­dek w mie­ście… –> Trudno jest utrzy­mać po­rzą­dek w mie­ście

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bombowa rzecz! Bardzo przekonująca i autentyczna.

Drobna uwaga: Bazylika Grobu Pańskiego tak naprawdę nazywa się Bazyliką Zmartwychwstania.

Krótko, bo późno.

 

rrybaku, dziękuję pięknie.

 

Irko, cieszę się, że wciągło, dzięki.

 

Cieniu.

 

reg, fajnie, że cię zaintrygowało i nie rozczarowało ;)

 

Nikolzoller, dzięki ;)

Ale z tą Bazyliką to nie do końca tak. Owszem, bywa nazywana Bazyliką Zmartwychwstania, ale częściej pojawia się pod nazwą Bazylika Grobu Bożego/Pańskiego (Church of the Holy Sepulchre, Knesijat ha-Kewer).

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Kurczę, a mnie nie zachwyciło. Styl wydał mi się zbyt oszczędny, jakbyś chciała tą pewną oschłością budować klimat, tylko to nie wybrzmiało tak, jak powinno. No i przede wszystkim zabrakło mi świeżości, jakiegoś takiego błyskotliwego przetworzenia znanych motywów dobrze znanych z SF. Zakończenia się domyśliłem.

Mi się podoba powściągliwość. Bazylika była zbudowana pod wezwaniem Zmartwychwstania i tak się nazywa dla Kościołów wschodnich. Bazylika Grobu to zachodnia, “turystyczna” nazwa, w kontekście Twego opowiadania jest poprawna.

Hej, Gravel :) Fajnie, że można Cię znowu więcej widywać na portalu :)

Czytało mi się bardzo dobrze, jak zawsze, i jak zwykle brawa dla Ciebie za klimat, porządne pisanie i mocny temat. Trochę się jednak zgodzę z funem, że stylistycznie wypadło bardzo oszczędnie, jakby zabrakło gravelowego pazura. Widać go może jeszcze w pierwszym fragmencie, w tym pstryku szczególnie – to też jest oszczędność, ale zupełnie innego rodzaju. To jest małe słowo i potężny obraz – tak jak potrafisz. Potem jakby tych małych słów o wielkiej mocy było mniej, a ja miałam apetyt na więcej.

Zakończenie jak dla mnie bardzo dobre, eleganckie ostatnie zdanie. Bardzo spodobało mi się również to, że zadbałaś o realizm elementu fantastycznego – bohater ma swoje receptory cały czas, nie tylko wtedy, gdy wykonuje robotę. Te drobne gesty jak nie podawanie dłoni czy chowanie rąk w kieszeniach – bardzo zacne.

fun, dzięki za odwiedziny i komentarz. Szkoda, że nie zachwyciło, ale rozumiem, że styl mógł nie podejść. Przyznam, że trochę eksperymentuję ostatnio z formą, żeby nie wpaść w pułapkę monotonnego stylu, ale nie zawsze są to próby udane, wiadomo ;) A że świeżości brak… No cóż, sci-fi to nie moja bajka, więc kiedy już się bawię w ten gatunek, to staram się trzymać rejonów, które mniej więcej znam i jestem pewna, że nie strzelę jakiegoś karygodnego byka. Czyli siłą rzeczy wymusza to poruszanie się w pewnych schematach. Poza tym limit konkursowy, najlepsza wymówka ;P

 

Werwenko, miło cię widzieć, dziękuję za komentarz. Tak jak już pisałam powyżej funowi, od jakiegoś czasu próbuję modyfikować mój sposób pisania. Pracuję obecnie nad czymś większym objętościowo, a krótką formę traktuję jako odskocznię i odpoczynek; nie chcę cały czas pisać tak samo. Nie każdemu przypadnie to do gustu, ale z tym muszę się liczyć ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Klimat gęsty jak smoła. :)

A za nastrój świąteczny dodatkowe punkty masz jak w banku. XD

Wiesz, moja pierwsza myśl była taka, że nawiązanie do świąt jest to trochę pretekstowe. Że temat konkursu podrzucił Ci taki, a nie inny pomysł i trzymałaś się go bez większego ciśnienia, żeby na siłę szukać tych świąt. Słusznie zresztą, bo opowiadanie w pierwszym rzędzie powinno stawiać na jakość (i kto to pisze XD), a dopiero później wpisywać się w temat konkursu.

Taka była moja pierwsza myśl. Później jednak zdałem sobie sprawę, że się pomyliłem. Że te święta tu jak najbardziej są, tylko bardziej w wymiarze symbolicznym i kontrastowym.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że te daty “wciskasz” trochę na siłę. Bo historia ta mogła się przecież zdarzyć w jakimkolwiek innym terminie. Gdy jednak spojrzeć bliżej, okazuje się, że termin gra tu wcale istotną rolę. Właśnie w wymiarze symbolicznym. Z czym kojarzą nam się święta? Z taką, co tu dużo ukrywać, narzuconą trochę przez kalendarz radością, optymizmem, potrzebą świętowania. Wykorzystanie tego okresu w opowiadaniu szalenie podkreśla wyrazistość obrazów i zdarzeń, które przedstawiasz. Słowem, w dużej mierze dzięki tym datom historia może wybrzmieć mocno. 

Powody są dwa.

Pierwszy to takie lekkie (nie wiem, na ile zamierzone) nakreślenie naszej obłudy. Bo też właśnie w czasie świąt najchętniej wymazujemy wszystkie te paskudne obrazy, które tu przedstawiasz. Zapominamy o nich, bo są święta. Czas radości. 

Drugi, najistotniejszy, to podkreślenie faktu, że tak wojna, jak i konflikty, nie wybierają, ani nie znają litości. W czasie konfliktu nie będzie przerwy na święta, nie będzie “okresu radości”, niezależnie od tego, co podpowiada kalendarz. A ten czas świętowania, w jednych obszarach świata oczywisty, w drugich będzie kompletną mrzonką. Mimo, że owa mrzonka dotyczy często osób, będących w sercu konfliktu bezwolnie. Wbrew własnej woli.

Drugi istotny element to motyw fantastyczny. Niezbyt nowy, ale to nie istotne. Motyw nie musi być nowy, ważne, żeby właściwie służył. I tutaj służy, podkreślając z jednej strony takie coraz bardziej naturalne (niestety) zapędy i chęci kontrolowania, manipulacji, z drugiej zaś (co w mojej opinii najważniejsze) wspomnianą już bezwolność ludzi. Czym są myśli? Ostatnim bastionem wolności człowieka. Mogę nie mieć nic, ale myśli zawsze będą należeć do mnie. U Ciebie ten ostatni bastion pada, dopełniając niejako takiego szalenie gorzkiego obrazu tak świata, jak i człowieka, który tutaj przedstawiasz, w oparciu o wspominane już: obrazy, daty, motyw fantastyczny.

Czy to jest opowiadanie idealne? Nie. Z całą pewnością nie. Pewnie dla równowagi powinienem teraz dorzucić jakąś “sekwencję” czepów. Nie zrobię tego jednak, zgodnie z przyjętą zasadą, że jeśli opowiadanie jest dobre, kupuję je takim, jakim wymyślili je autor bądź autorka.

Czy to jest opowiadanie z motywem świątecznym? Według mnie, nie. Bo też jest to tekst nie świąteczny, ale “grający” w pewien sprawny sposób tematem świąt. I jako taki sprawdza się wcale dobrze.

Słowem, ciekawa lektura. Nie napiszę, że przyjemna, bo obraz paskudny, ale za wykonanie jak najbardziej należą się pochwały.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wow, CM, dziękuję za tak rozbudowany i interesujący komentarz.

Liczę się z tym, że opowiadanie może nie przejść jako świąteczne. Ale z drugiej strony znam siebie na tyle, by wiedzieć, że gdyby przyszło mi napisać coś ciepłego, gwiazdkowego i przyjemnego, to i tak by nie wyszło ;)

Gdyby prześledzić całą historię powstawania tego opowiadania, to pierwszą inspiracją był ten obwieszony lampkami Mikołaj, który pojawia się w tekście. Zobaczyłam go w czasie wieczornego spaceru po jerozolimskiej starówce i pomyślałam sobie: kurła, dziwne. W ogóle Jerozolima jest dziwna. Na ulicy o długości dwudziestu metrów znajdziesz funkcjonujące tuż obok siebie arabskie stoisko z pamiątkami, synagogę, kamienicę zamieszkaną przez rodziny charedim, i przynajmniej pięć obleganych przez turystów pubów. I jak to wszystko ma funkcjonować? Jak to działa, kiedy zbliżają się obchody jakiegoś święta, które dla jednych jest ważne, a dla innych nie ma żadnego znaczenia, ale i tak trzeba je respektować?

I tak jak napisałeś: konflikt nie zważa na święta. Fajnie to przedstawił fizyk111 w Co chciałbyś zmienić? – ludzkie dramaty, tragedie i scysje między członkami rodziny rozgrywają się pod tym świątecznym płaszczykiem ciepełka i bezpieczeństwa. Boże Narodzenie dość mocno kojarzy mi się z zamiataniem problemów pod dywan i wymiataniem ich z powrotem, kiedy wszystko wraca do normy.

 

Czym są myśli? Ostatnim bastionem wolności człowieka.

O tak. I cholernie przeraża mnie myśl, że być może powoli nadchodzi dzień, w którym ten bastion stanie się niczym więcej, niż tylko kolejną chałupką bez drzwi, do której każdy będzie mógł wleźć jak do siebie.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Już jesteś w biblio, więc nic tu po mnie:)

Chciałabym napisać tylko kilka słów, lecz nie umiem tak jak CM. 

Dla mnie cholernie czysty tekst i historia w nim zaklęta. Inny, choć podobny do pewnego innego, lecz ten lepiej wypreparowany jak owad na szkiełku. Tamto zdawało mi się wtórne, to – dla mnie już takim nie jest.

Kurcze, połącz to, tj. mam na myśli wizję i tę klarowność. Tu odnosze się do przeszłych, a a nie przedostatniego, w ogóle to  super, że eksperymentujesz.

To prawda, historia zdaje się ograna. U Ciebie taką nie jest przez styl, czy – no nie wiem, jak to nazwać – chodzi mi o to, że nie ma naśladownictwa i kopiowania. 

OMG, co ja piszę. Gravel, to są tylko odczucia. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że miałam kilka dobrych lat w życiu, kiedy pożerałam jak smok dziewice sensacje i thrillery. To jest podobne, lecz inne, znaczy sprawność duża, ale Twoja własna. Nie wiem, czy wyjaśniłam.

Jestem niejasna. Trochę się tym przejmuję, a trochę nie, ponieważ każdy piszący takim jest dla kogoś, innych. 

 A tak w ogóle to cieszę się, że zawitałaś na forum!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Krótkie zdania to coś, co wbrew pozorom nie jest proste w użyciu. A tu zadziałało idealnie. Dobrze współgra z z przekazem “prostym a głębokim”. Dobrze pokazuje napięcie w tle. Osobiście duszności w trakcie sceny w środku domu nie odczułem, ale owe napięcie już owszem, jest widoczne – i to bardzo.

Ciekawie pokazałaś głównego bohatera. Bo to nie jest tępy wykonawca rozkazów, zdaje się mieć swoje przemyślenia, nawet jeśli nie formułuje ich wprost i nawet jeśli “wykonuje pracę”.

Tekst jest bardzo dobry, ale – skoro już wcześniej padło słowo “duszność” – mam wrażenie, że końcówkę można było podkręcić w stronę “duszności, która udaje rozluźnienie”. Tzn. ten stan jest zasygnalizowany, ale wynika to głównie z wcześniejszych scen, a mam wrażenie, że przy Twoim warsztacie mogłabyś bez problemu uzyskać taki efekt sceną samą w sobie.

I jeszcze jedna rzecz. Nie wiem czy tekst powstał ściśle pod kątem konkursu świątecznego, ale… Gdyby zamiast Wigilii była tu mowa o Wielkanocy, a zamiast dwóch dni na śledztwo były trzy, tekst zyskałby naprawdę potężnego ładunku emocjonalnego i symbolicznego.

 

Asylum, dziękuję za komentarz. Odczucia, które towarzyszyły ci przy lekturze są dla mnie bardzo ważne i cieszę się, że wrażenia po przeczytaniu masz raczej pozytywne ;)

 

wilku, tobie również dziękuję. Z tym podkręcaniem końcówki zgadzam się – można było tę scenę zrobić lepiej, ale limit trochę mnie zjadł. Nie lubię pisać ani pod konkretne tematy, ani pod limity, dlatego zwykle nie biorę udziału w konkursach. Ten jest wyjątkiem, bo tekst miałam praktycznie gotowy, wystarczyło go trochę pougniatać ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Moje odczucia są bardzo pozytywne!:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Znakomicie napisane.

Dzięki, vargu.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Hello, to ja, Merseyk cool Bardzo dobre opowiadanie, daję lajka yes

Jak dla mnie w pełni czytelne i zgrabnie napisane, a najbardziej chciałbym docenić warstwę dialogową. W ogóle scena w mieszkaniu wyszła naprawdę super. Uważam też, że zbudowałaś napięcie w opowiadaniu, co pogłębiało czytelnicze zanurzenie w historię.

Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłem pewien czas temu, że dodałaś tagi takie, jak “terroryzm” i “Izrael”, powiedziałem sobie “to nie dla mnie”. Pomyślałem wtedy, że autor opowiadania przedstawi zapewne społeczną tezę, która ma być prawdą. Później zobaczyłem Twoje komentarze przy innych tekstach konkursowych i przekonałem się do Ciebie.

Historia ciekawa i wydawać by się mogło, że przedstawia społeczną tezę (manipulacja służb na poziomie ingerencji w umysł – czy dobrze czytam ten motyw?; takie preparowanie dowodów) to, jest nieco inaczej. Jak dla mnie mieści się to w konwencji i przedstawia fantastyczną wizję. Nie jest inwazyjne, nie zmusza mnie do twardej konfrontacji, do zmartwień, chwytania za miecz i szukania bad guys. Miłośnikom sci-fi pomysł mógł wydać się prosty lub zbyt prosty, ale ja takim znawcą nie jestem i kupuję tę opowieść. To była dobra lektura.


ps. Mała sprawa, nie wiem jakie poszukiwania poczyniłaś, ale ja pobieżnie rzuciłem okiem na Google i Bazylika Grobu Bożego budzi moje wątpliwości. Bazylika Grobu Świętego albo Bazylika Grobu Pańskiego, czy nawet Pańskiego Grobu – to rozumiem; Grobu Bożego nie do końca, czy to było zamierzone, czy jak… Tak czy inaczej, to jest chyba mały szczegół.

Hello, Merseyake, nice to meet you ;)

Cieszę się, że wpadłeś przeczytać opko mimo strasznie brzmiących tagów ;P Jeszcze bardziej się cieszę, że uznałeś je za ciekawe i godne lajka.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Sceneria historii i zastosowane gadżety bardzo w moim guście. Narracja także nieprzeladowana nie sprawiła mi problemów. Niestety przedwczesny finał, będący efektem rozwinięcia fabuły idącej jak po sznurku do oczekiwanego finału, nie był już tak satysfakcjonujacy. Warsztatowo ok, ale pomysł raczej z tych co "już ktoś kiedyś" ;) Pozdrawiam. Ps. Jak to jest z tym alkocholem/winem u Arabów? ;)

Jeśli się nie mylę, to już Twój drugi tekst osadzony w Izraelu (poprzedni był anonimowy) powstały w związku z Twoją i Cienia podróżą. Jak widać, podróże nie tylko kształcą, ale również inspirują.

Zacznę może od stylu. Nie znam innych Twoich (wcześniejszych) tekstów, więc na temat gravelowego stylu nie mogę się wypowiadać. Sama jednak w odpowiedzi na komentarze dotyczące m.in. oszczędnej stylistyki, narracji opartej na krótkich zdaniach, wspomniałaś, że próbujesz pisać nieco inaczej niż dotychczas. Sam przechodzę przez podobny proces i hartuję pióro w swego rodzaju suchości zdań, miarkowaniu słów i powściągliwości narracyjnej oraz stylistycznej. Moją motywacją jest pogoń za przejrzystością formy, celem karczowaniem chwastów i odsiewanie plew, tak aby poletko było żyzne i czyste, a kwiaty trafnych metafor, celnych uwag i mocnych sformułowań mogły rozkwitnąć z większą siłą i wyrazistością. Przyznaję jednak z pewnym bólem ;), że Tobie wychodzi to lepiej.

Cenię sobie na portalu Autorów, którzy naprawdę wiedzą (lub właśnie odkrywają), o co w pisaniu chodzi. Każdy z nich podąża inną ścieżką, czasem łączą siły (jak niedawno Cobold i Fun), ale wszyscy oni mają świadomość (na różnych poziomach) materii literackiej, znają odpowiednie chwyty literackie, intuicyjnie wiedzą jak korzystać ze środków i narzędzi literackich. A przede wszystkim posiadają owego literackiego czuja niezbędnego do pisania wiarygodnych opisów, dialogów, kreowania postaci z krwi i kości. Potrafią też rozmyślnie konstruować i snuć opowieść, nie tylko prowadząc swoich bohaterów i fabułę liniowo, od punktu A do punktu B z udawanymi twistami i meandrami (które tylko silą się na komplikowanie akcji i świata przedstawionego), ale świadomie (bądź półświadomie) i w miarę potrzeby, prowadząc ich także do wszystkich innych punktów w nieograniczonej przestrzeni wyobraźni, przy okazji prowadząc z czytelnikiem grę, bawiąc się literackimi elementami czy nasycając tekst dowolnymi odcieniami, klimatami, atmosferami. Ostatecznie zaś kompilując/modelując, chociażby i znane elementy/komponenty, w zamierzone i wyobrażone rzeczywistości. Czasem nawet, nie czyniąc tego wszystkiego pod pełną kontrolą. Ale nawet wtedy ich tekst oferuje godne uwagi interpretacje, znaczenia, naddane treści, mimo że niezaplanowane przez Autora. Nie wiem co jest konieczne, by osiągnąć taki poziom wśród amatorów, który pozwala stanąć na pierwszym stopniu schodów prowadzących do bycia prawdziwym Literatem. Czy to dojrzałość myśli i emocji? (ale ta powinna przychodzić z wiekiem). Czy niezbędny jest talent? (ale jak wiadomo sam talent nigdy nie wystarcza). Czy raczej oczytanie? (fundamentalne, ale wszak nie każdy czytelnik posiada ten dryg pisarski). Zapewne to wszystko i jakaś iskra jeszcze. Zatem tak. Uważam, że ów dar posiadasz. Podobnie warsztat i iskrę.

Biorąc się za gatunek sobie obcy (s-f), jak piszesz, korzystając z własnych doświadczeń i wrażeń, z osobistego odczuwania miejsca i jego tętna, rytmu, podskórnych fluidów, pogłębionych researchem (jak mniemam gruntowałaś swoją wiedzę i czucie Izraela/Jerozolimy wywiadem turystycznym) oraz korzystając ze znanych sobie motywów (słychać tutaj echa chociażby "Raportu mniejszości"), upichciłaś bardzo ciekawe opowiadanie.

Dwuznaczne w swym przekazie, otwarcie demaskujące mechanizmy władzy. Wskazujące moralne i etyczne ambiwalencje pewnych zjawisk/zagrożeń/nadużyć społecznych, technologicznych, politycznych. Ich nieoczywisty relatywizm.

I może nie mówisz nam nic szczególnie odkrywczego i nowego, może nie opowiadasz jakiejś wybitnie oryginalnej historii i nie nasycasz świata wizjonerskimi gadżetami czy innymi elementami przyszłości (nie jest to grzech, wszak mamy tu naprawdę bliski zasięg), ale jak na tak krótki tekst, bardzo dobrze napisany i skomponowany, dajesz czytelnikowi naprawdę sporo.

A ja zawsze powtarzam, że portalowych opowiadań napisanych na pewnym poziomie warsztatowym i ogólnie literackim nie wypada nie nominować.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Atmosfera zbudowana wspaniale, a i sam pomysł niczego sobie. Ciekawe, czy za pięć lat już będziemy mieć jakiś sposób na czytanie w myślach.

Zostaw ten żyrandol.

Jestem zaskoczony. Kiedyś rozmawiałem z Cieniem o dobrych opowiadaniach portalowych,polecił mi między innymi Twoje, ale nie były w moim guście. Nie mówię, że literatura sensacyjna jest, Ludluma i Morella czytałem dawno temu, w ogóle gdy podchodzę do opowiadania na nic się nie nastawiam, albo mnie chwyci, albo nie. Twoje opko niewątpliwe nosi znamiona opowieści sensacyjnej, i to, co najbardziej mnie zdziwiło, to zupełnie inna Gravel, którą mgliście pamiętam z innych opowiadań. Gdybyś opublikowała anonimowo, na pewno nie wskazałbym Ciebie jako Autorki. Ale to wszystko tylko w ramach ciekawostki.

Samo opowiadania bardzo mi się podobało. Co prawda nie jestem takim optymistą i nie wierzę, że świat zrobi taki postęp technologiczny w pięć lat i jednocześnie tak oficjalnie odbierze człowiekowi prywatność, bo że robi to nieoficjalnie to inna sprawa, to jednak jest mało istotne i nie ma większego znaczenia, jeśli chodzi o to konkretne opowiadanie. Ciekawa scenka, i dobrze wkomponowałaś w to święta, według mnie pasują. Dopełniają klimatu. Najlepsza jest jednak pociągnięta fabuła i warsztat, czy ktoś gustuje w takiej literaturze, czy nie, to jest po prostu dobre opowiadanie. Oszczędne, ale w zupełności wystarczające opisy, dobre, naturalne dialogi. Takie utwory się drukuje.

Aż jestem ciekaw, co mógł w becie poprawić Cieniu, bo opowiadanie wydaje się tak spójne, że nie widzę miejsca, gdzie mogło być poprawiane. A może Cieniu jest tak dobrym beta czytaczem. ;)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Samochód pełen gwoździ i żyletek przejechał w dół ulicy Jaffa

Wydaje mi się, że należy tłumaczyć całość nazw własnych, bądź wcale. Czyli Oxford street albo ulica Oxfordzka. “Ulica Oxford” brzmiałaby nienaturalnie, tak samo brzmi “ulica Jaffa”, bo przecież jest to ulica prowadząca do Jaffy, czyli ulica Jafska.

 

– Wiesz o Jaffie?

Jeśli zmienisz powyższe, to tu też by się przydało.

 

Skóra gospodarza miała jaśniejszy odcień, niż skóra Szukmana.

Bez przecinka.

 

Zerknął pytająco na żonę, ale nie zadał żadnego z pytań, które cisnęły mu się na usta

 

– Salam alejkum – odparł Szukman, zakładając ręce za plecy. Dyskretnie rozejrzał się po pokoju, ale na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku: typowe mieszkanie pary, która jakiś czas temu przekroczyła wiek średni i osią życia uczyniła spędzanie leniwych wieczorów w domu, przy lampce wina i książce. Dzieci dawno wyfrunęły z gniazda, ale wpadają czasami na weekendy.

– Nazywam się Kane Szukman – powiedział agent, nie wyciągając dłoni do gospodarza – z Wydziału Prewencyjnego. Przykro mi z powodu najścia, ale w związku z niedawnymi tragicznymi wydarzeniami oraz zbliżającymi się chrześcijańskimi obchodami świąt, wprowadzamy dodatkowe środki ochronne, aby każdy obywatel Izraela oraz przebywający obecnie w kraju turysta mógł przeżyć ten piękny okres jak najbezpieczniej, niezależnie od wyznania. Zgodnie z wytycznymi, muszę sprawdzić państwa dokumenty i przeprowadzić kilka standardowych procedur.

To jest ciągle wypowiedź jednej osoby, więc powinna być jednym akapitem. Albo, jeszcze lepiej, ponieważ część zaczynająca się od “dyskretnie rozejrzał się nie opisuje dialogu, powinna zostać wyłączona jako osobny akapit.

 

powiedział, kiedy pani Zulfa wróciła do salonu(+,) niosąc tackę z dwiema filiżankami i szklanką wody.

 

Chrześcijańskie Boże Narodzenie miało dla nich znaczenie nie większe, niż hinduskie Diwali.

Bez przecinka.

 

zobaczę jednak niektóre z obrazów, tworzonych przez pana mózg.

J.w.

 

Pan Said machnął ręką.

– Niech pan zaczyna, panie Szukman.

 

Wydział Prewencyjny robi wspaniałą robotę.

Kalka językowa prowadzi do powtórzenia, sugeruję “wykonuje”.

 

 

Uważam, że z opowiadań konkursowych, które przeczytałem, to jest jak na razie najlepsze. W bardzo sprawny sposób trzymasz czytelnika w napięciu. Postacie są “żywe” i zachowują się realistycznie. Czytelnikowi łatwo odnaleźć się w sytuacji, gdyż jest mu ona znajoma. A przez to, że nie wyjaśniasz wszystkiego wprost do końca, tekst zostaje w umyśle odbiorcy na dłużej. Wykonanie bez zarzutu.

Nie uważam, żeby to opowiadanie powinno wygrać konkurs z tego powodu, że jest tak samo świąteczne, jak “Die hard” – czyli akcja ma miejsce w święta i tyle. Nie przeszłoby odpowiednio zmodyfikowanej brzytwy. Natomiast to nie zmienia faktu, że jest najlepsze (przynajmniej z tych, które już czytałem), dlatego dołączam swój głos do nominacji do piórka :)

ironiczny podpis

Cześć nieczesianym i sorka za spóźnioną odpowiedź.

 

Blacktom, dzięki za komentarz. Szkoda, że finał wydał Ci się mało satysfakcjonujący. Pewnie gdybym mogła się bardziej rozpisać, fabuła wyszłaby mniej liniowo, noale… Cóż to jest 15k znaków? ;)

 

marasku, aż nie wiem, co Ci odpisać. Pozostaje mi tylko podziękować pięknie za wnikliwy, interesujący i bardzo schlebiający komentarz. Czapki z głów i powodzenia we wdrażaniu się w pisanie lożowskich komentarzy ;)

 

Morgiano, Verus, dzięki za przeczytanie <3

 

Darconie, też jestem zaskoczona, że Ci się podobało moje opowiadanie, bo gusta mamy zupełnie różne, z tego co kojarzę, ale tym bardziej mnie cieszy Twoja satysfakcja z lektury ;D

 

Issanderze, dziękuję pięknie za wyłapanie błędów. Nieważne ile razy poprawiam, i tak coś zostaje…

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Samochód pełen gwoździ i żyletek przejechał w dół ulicy Jaffa

Wydaje mi się, że należy tłumaczyć całość nazw własnych, bądź wcale. Czyli Oxford street albo ulica Oxfordzka. “Ulica Oxford” brzmiałaby nienaturalnie, tak samo brzmi “ulica Jaffa”, bo przecież jest to ulica prowadząca do Jaffy, czyli ulica Jafska.

 

 

Nie. W Jerozolimie jest ulica, która nazywa się Jaffa, nie Jaffa street (bądź jakiś odpowiednik słowa ulica w tamtejszym narzeczu), więc wszystko w tym zdaniu jest jak najbardziej okej. Nie ma tu żadnych przekłamań czy błędów logicznych.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawy pomysł i środowisko, w którym osadzasz akcję. Według mnie, najlepiej wypadła pierwsza scena, w której w niewielu słowach pokazujesz przebieg zamachu. Chociaż scena w domu małżeństwa również mi się podobała. Jestem też pod wrażeniem zakończenia, z twistem skłaniającym do zadawania pytań o winę człowieka oraz intencje osób sprawujących władzę. Ciekawie wprowadzasz motyw pielgrzymów, receptorów i zaszczepiania obcych myśli w głowach ludzi. Widzę w tym potencjał na dłuższą historię. Jedyne zastrzeżenie to zbyt mało motywów świątecznych, ale nie zmienia to faktu, że napisałaś bardzo ciekawy i udany tekst.

W Jerozolimie jest ulica, która nazywa się Jaffa, nie Jaffa street (bądź jakiś odpowiednik słowa ulica w tamtejszym narzeczu)

Otóż nie.

רחוב – ulica.

 

P.S. Otóż bardziej nie.

ironiczny podpis

Przyjemne :)

Przynoszę radość

Fajny pomysł na receptory w palcach. Mnie też podobało się pokazanie skutków ubocznych. Rękawiczki nie pomagały? Ciekawe, jak się zachowywały w wodzie. Szukman mógł chodzić na basen? A kąpać się w morzu?

Dobry opis zamachu. I scena w domu Arabów.

Zaskakująca końcówka.

Fabuła raczej z tych prostych – stary dobry kozioł ofiarny z elektronicznymi bebechami.

Ogólnie na plus. Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam dawno, zaraz po wrzuceniu, ale z komórki nie skomentowałam od razu, więc wracam z okazji głosowania.

 

Jest to świetnie napisany tekst, w którym mi czegoś dramatycznie brakuje i który niestety pozostawia mnie całkowicie obojętną emocjonalnie. Może dlatego, że nie ma tu żadnego bohatera, któremu mogłabym “kibicować”? Na chłodno i na logikę zakładam, że powinnam współczuć Zulfie i jej mężowi, ale czegoś mi w ich przedstawieniu brakuje, żebym poczuła realny dramat. (Tu mam zupełnie inne odczucia od większści poprzedników: scena w mieszkaniu powinna była poruszyć, a nie zadziałała). To nawet nie jest wina reporterskiego, chłodnego stylu, bo jak czytam Tochmana o Rwandzie, to ciarki mi po kręgosłupie przechodzą. Może tu jest po prostu z literackiego punktu widzenia zbyt sterylnie? Wszystko na swoim miejscu, wszystko idealnie skalkulowane i skrojone, ale po tym prawie miesiącu od lektury niewiele mi pozostało w pamięci – poza odczuciem, że to efektowne i spod igły. I jakby zbudowane pod ostatnie, tytułowe zdanie ;)

Masz tu połączenie thrillera politycznego z wariacją na temat Raportu mniejszości, masz element fantastyczny, który można by zastąpić porządnym praniem mózgów plus jakimiś substancjami chemicznymi, ale okej – budujesz na nim fabułę.

Problem mam też z motywacją służb specjalnych, że muszą złapać jakiegokolwiek terrorystę. Jasne, służby specjalne to dranie, wiemy to z niezliczonych thrillerów, trochę zieeew. Niemniej tu wydaje mi się to lekko naciągane – gdybyż jeszcze chodziło o próbę wstecznego zapobieżenia zamachowi i pokazanie nawet fałszywych aresztowań, ale że służby zrobiły, co mogły? A tu, wrobienie kogoś – właściwie po co? W ten sposób nijak nie wymażą wtopy z tym, że nie zapobiegli zamachowi z 22 grudnia, a tylko pompują sobie image. Może tak być, ba, bywa (zajmuję się naukowo propagandą, więc sporo o tym wiem), ale w literaturze nie do końca nie przekonuje, troszkę za bardzo sztampowe w tym pokazaniu, jacy to dranie. A z kolei za mało komiksowe, żebym była w stanie zaakceptować “umowność” postaci.

Była to więc lektura zadowalająca, wciągająca, świetnie zrobiona, jak jakiś kolejny Forsyth czy Ludlum, problem w tym, że tego rodzaju literatura znudziła mi się lata temu :(

 

http://altronapoleone.home.blog

ANDO, dzięki za jurorski komentarz. Podejrzewałam, że opowiadanie będzie za mało w świątecznym klimacie, ale nie żałuję, że wzięłam udział w konkursie. Dzięki za zorganizowanie fajnej zabawy ;)

 

Anet, dzięki!

 

Finklo, dzięki za komentarz, fajnie, że się podobało. Co do receptorów Szukmana: rękawiczki pewnie w jakimś stopniu mogłyby pomóc. Ale ja na przykład rękawiczek nie znoszę, nawet przy minus dwudziestu stopniach nie założę, wolę, żeby mi się palce odmroziły ;) Jeśli zaś chodzi o wodę, to przyznam, że nie pochylałam się nad tą kwestią, ale jeśli receptory są pod skórą, to ta skóra jakąś ochronę zapewnia.

 

drakaino, dzięki za wizytę. Że zbyt sterylne, wykalkulowane i spod igły – rozumiem skąd Twoje odczucia się biorą, przyjmuję krytykę na klatę ;) Sama mam wrażenie, że rozbudowanie koncepcji mogłoby się opowiadaniu przysłużyć; może nawet kiedyś się tego podejmę, bo czemu nie? Że sztampa – możliwe, ale thriller/sensacja, to nie jest gatunek, o którym mogę powiedzieć, że jestem z nim obeznana. To w zasadzie moje pierwsze w nim kroki, więc na razie sobie trochę poraczkowałam, może później przyjdzie pora na prawdziwe chodzenie ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Issanderze,

ja te tabliczki zapamiętałem trochę inaczej.^^ Generalnie nie powiedziałbym też, że רחוב (ulica) jest pełnoprawnym członem nazw ulic. No cóż, człowiek uczy się całe życie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niestety, wrażenia po lekturze co najwyżej średnie. Podobał mi się sam zamysł, podobał patent, że ostatnie słowa to tytuł, ale całość wyszła dość sucho.

Te Boże Narodzenie w tle trochę przeszkadzało, bo odwracało uwagę od dramatu mieszkańców, którzy dla władzy są jedynie pionkami na tej politycznej szachownicy. Oczywiście o tym też pisałaś, ale tło zdało mi się wprowadzone tylko po to, by przeszło w konkursie.

Fantastyka też właściwie pełni funkcje ozdobnika. Pewnie dałoby się zastąpić ten “wpływ” Pielgrzymów porządnymi torturami ;)

Słowem – ciekawy tekst, ale beznamiętny. Nie zaangażował mnie.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

To trzymam kciuki za rozbudowanie świata i pomysłu, bo wprawdzie z tego opka coś tam w kwestii Pielgrzymów można się domyślić, ale wydaje mi się, że z tej koncepcji – jeśli jest czymś więcej niż siłami specjalnymi w siłach specjalnych ;) – można by wycisnąć sporo ciekawego. Tylko przydałoby się więcej kontekstu i może trochę więcej psychologii postaci.

http://altronapoleone.home.blog

A mi się podoba, przeczytałam drugi raz. Dobre! Jest tak czyste i sterylne jak chyba żadne, które przeczytałam na forum. Pewnie niewiele czytałam – powiecie, ale tutaj, powtórzę, nie ma żadnego zbędnego słowa.

Konwencja bożonarodzeniowa, jak to konwencja, może się spodobać bądź nie, ale zawsze moment trzeba wybrać, a te takie są jak na razie, ważne, czyli punkty przełomu, zarówno osobiste czy istotne dla większej zbiorowości.

Z ulicą, o której wspomniał Issander, zdecydowanie polemizowałabym. Spolszczenie nazwy wywołuje niezrozumienie u czytelnika. Moim zdaniem w takim przypadku decydowałby redaktor merytoryczny wspólnie z autorem, zresztą wystarczy sprawdzić w książkach reportażowych. Polska to nie Francja, w której komputer nazywa się “ordinateur”, a większość i tak posługuje się innym terminem, przynajmniej w określonych środowiskach.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Count, dzięki za przeczytanie, szkoda, że nie poczułeś się zaangażowany w tekst.

 

drakaino, dzięki, pomyślę ;)

 

Asylum, dziękuję jeszcze raz za miłe słowa. W pierwotnej wersji tekstu zdecydowałam się na “ulica Jaffa” ze względu na czytelników nie orientujących się w topografii Jerozolimy. Rozumiem jednak, że może to brzmieć po prostu nienaturalnie, tak jak zauważył Issander.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

*przez pomyłkę wcześniej znalazł się tu post nie na temat*

ironiczny podpis

Issanderze, nie ten temat ;]

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ciekawy tekst, któremu narzucona długość wymusza pewne skróty.

Do kreacji świata nie mam zastrzeżeń. Tło oparte na rzeczywistym świecie dopowiada wiele, a sami Pielgrzymi zarysowani na tyle dokładnie, na ile się dało. Miałem oczywiste skojarzenia z “Raportem mniejszości”, choć samo przesłuchanie przywodziło mi na myśl jedną ze scen z “Dominium Solarnego”.

Samo przeczesanie myśli, punkt kulminacyjny, całkiem fajne.

Łyżka dziegciu jednak też się znajdzie. Bohaterem jest świat i pomysł Pielgrzymów, natomiast przez to sam Kane (świetne imię!) jest tutaj narzędziem do prezentacji. Jego oddzielenie emocjonalne powoduje też i moje pozostanie z boku wydarzeń. A przez to chwytasz mnie tylko pomysłem na świat, ale już nie samymi wydarzeniami.

Tak więc to ładny koncert fajerwerków, z fajnym pomysłem w tle.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tekst ciekawy. Sam pomysł jest ładnie przedstawiony, choć nie do końca mnie wciągnął. Twist na końcu udany. Pomysł z przeczesywaniem myśli fajny, ale nie nowy. A co założeń konkursu to niestety niespełnione, bo są jedynie tłem i nie odgrywają znaczącej roli.

Dziękuję za udział w konkursie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Czas odrabiać zaległości :-) 

No i wyjaśnić dlaczego takowałem. 

Będzie krótko, bo chwalenie nie jest specjalnie interesujące :-) 

Chociaż nie, chwalić jakoś zbytnio nie będę, bo pochwał już sporo usłyszałaś, niewiele mam więc do dodania. To bardzo solidne, dobrze skomponowane, fantastyczne opowiadanie. I przede wszystkim świetnie napisane. Spokojnie, chłodno, powściągliwie, beznamiętnie, można rzec, i wydaje się, że pewna suchość i brak emocji to wada. Ba, właściwie do końca lektury kręciłem nosem, ale potem pomyślałem sobie, że ten oszczędny styl znakomicie pasuje do treści i przekazu, paradoksalnie (paradoksalnie, bo to najczęściej barokowość odpowiedzialna jest za ciężkawy klimat) tworząc gęstą, pełną napięcia atmosferę. Co prawda w samej treści nic mnie nie zaskoczyło, niczego nowego się nie dowiedziałem, żadnego nietuzinkowego pomysłu nie dostrzegłem, ale…

Przekonało mnie chyba to, że mając do czynienia z kilkoma Twoimi wcześniejszymi tekstami, spodziewałem się czegoś innego. A otrzymałem konkretną, przejrzystą SF bliskiego zasięgu. Bez rozbuchania, bez pitolenia. Co udowadnia, że jesteś autorką dojrzałą, która w pełni panuje nad tym co i w jaki sposób chce przekazać, dostosowuje styl do pomysłu i treści, manipuluje nimi tak, by zrobić na czytelniku (a nie tylko na sobie) jak największe (a może po prostu odpowiednie) wrażenie. To ogromna zaleta. 

No i, jak zawsze w sytuacji, gdy tekst mnie nie zachwyca i na kolana nie rzuca, przeprowadziłem analizę negatywną (okej, wymyśliłem ten termin w tej chwili :-)) czyli spróbowałem znaleźć wady, minusy, coś, co w tekście mi nie pasuje. I okazało się, że dobrze jest tak jak jest, nie mogę do niczego się przyczepić i nie znajduję konkretnego powodu, by dać NIE. Znaczy, musi być TAK :-) 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Podpisuję się pod pozostałymi komentarzami, bardzo dobry tekst.

Użycie egzotycznej lokacji wydało mi się niewykorzystaną protezą, ot, to mógłby być Mozambik, Syberia albo Oborniki Śląskie, wszystko jedno.

Funkcjonariusze wydali mi się zupełnie nieożywionymi postaciami, które czasem zaklęły albo powiedziały “dać dupy”, więc teoretycznie były <autentyczne>.

Nie poczułam emocji przesłuchiwanego.

Tak naprawdę, to zupełnie nie wiem, co poet(k)a miał na myśli ;)

 

Unikaj takich konstrukcji: 

– Zgadza się. – Szukman przytaknął.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

NWM, dzięki za komentarz, fajnie, że się podobało :) Dużo osób wspomina w komentarzach “Raport mniejszości”, a ja chyba nawet tego filmu nie widziałam, muszę nadrobić ;D

Oddzielenie emocjonalne Kane’a trochę zamierzone, ale rozumiem, że mogło stać się powodem oddzielenia emocjonalnego czytelnika ;)

 

Morgiano, dziękuję za komentarz i za konkurs. Tak jak już pisałam ANDO, spodziewałam się, że opowiadanie będzie za mało świąteczne ;)

 

thargone, dziękuję za obszerny komentarz ;)

 

zygfrydzie, ukłony.

 

Naz, pokornie schylam głowę i obiecuję mocne postanowienie poprawy. Dzięki za komentarz ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Nowa Fantastyka