- Opowiadanie: tsole - Przewrót

Przewrót

Opowiadanie political fiction napisane w pierwszych dniach stanu wojennego. Zapraszam do próby rozkodowania inicjałów bohaterów.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Przewrót

Gdy C.K. wszedł na salę posiedzeń, za stołem siedziały zaledwie trzy osoby. Rozejrzawszy się, ujrzał jeszcze dwie sylwetki w cieniu dużego filodendrona: to oczywiście S.O. i A.S. szeptali między sobą, ukradkiem rozglądając się wokół, jak gdyby szykowali Bóg wie jaki spisek.

Usiadł, zapalił papierosa i spojrzał na zegarek. Do posiedzenia zostało jeszcze siedem minut. Oparł się łokciami o stół i wpatrywał weń ponuro, niczym facet zalewający robaka w knajpie. Na salę wchodzili kolejno następni, lecz C.K. nie zwracał na nich uwagi, pochłonięty własnymi myślami. Upadek N.N. nie podlegał najmniejszej wątpliwości. To posiedzenie będzie z pewnością decydujące. W głowie kołatała się jedna myśl: kto? On, C.K., ma w Biurze, a chyba także w Komitecie najsilniejszą pozycję. Być może, mógłby liczyć nawet na poparcie całej Partii, lecz jako szef Urzędu Bezpieczeństwa nie miał zbyt dobrej prasy w społeczeństwie. A członkowie Politbiura nie są aż tak wielkimi głupcami, żeby tego nie docenić. Gdyby tak jeszcze Partia miała zaufanie narodu, mogliby go poprzeć, ale teraz… Nie, nie będą samobójcami, choć się go boją.

Zatem – kto? Z.M. wspominał coś o K.W. Hmm. K.W. C.K. nie lubił go, choć nie miał pojęcia czemu. Ot, tak odruchowo. Niby facet był w porządku; sam gościł kilkakrotnie na orgietkach, które tamten organizował – nieźle było. A sposób, w jaki rozprawił się z tymi ubiegłorocznymi niepokojami wśród hutników też mógł budzić zaufanie. Na dobrą sprawę C.K. nie mógł mu niczego zarzucić. Także jako szef Bezpieki. Owszem, miał tam na niego kilka haczyków, jak na każdego w Biurze zresztą – nie, nie był na tyle naiwny, by zostawić kogoś czystego jak woda w górskim potoku…

Woda w górskim potoku… Przypomniał sobie, jak byli z K.W. na pstrągach w jego daczy. Co to on tam wtedy powiedział, zaraz… Aha. „Wiem, C., że każdemu możesz coś przypiąć. Mnie pewno też. A ja ci powiem, że cokolwiek byś miał, to jeszcze nic”.

Obydwaj byli już dobrze pod gazem, lecz słowa K.W. utkwiły w nim głęboko. O czym tamten myślał? Nie zapomniał oczywiście oto­czyć K.W. wzmo­żo­ną opieką od tego cza­su. Nic. Przeszłość jas­na, pochodzenie wzor­co­we… nie musiał so­bie dorabiać życio­rysu jak inni. Nic. Chyba, że ten profesorek – jak mu tam było? A.K. C.K. nie cierpiał żydów, a ten budził w nim szczególną odrazę. Spotkał go pewnego razu u K.W. na prywatnym przyjęciu (znalazł się tam zresztą zupełnie przypadkowo). K.W. coś tam bełkotał, dobrze już nadziany, że to osobisty psychoanalityk żony – rzecz dość naturalna, nie on jeden ma żonę snobkę. „Trzeba by ukrócić te kontakty z Zachodem” – pomyślał gniewnie.

Mimo wszystko ten profesorek… Co prawda, C.K. miał już wtedy także dobrze w czubie, lecz nie mógł zapomnieć przenikliwego wzroku profesora, gdy tamten był mu przedstawiany. Taak, ten profesorek. Ale jeśli nie K.W., to kto? Szukał w myślach i nie znajdował nikogo. Do tego jeszcze ta sugestia Z.M. Wygląda na to, że K.W. będzie miał poparcie większości Politbiura. Jeśli go nie poprę w tym momencie, a on wygra – stracę swoją pozycję. W końcu co ryzy­kuję? W razie czego mam na niego te kilka haczyków. Ale profesorkiem war­to by się dokładniej zainteresować. Tylko jak tam znaleźć dojście, u diabła?

Wszedł N.N., blady i skupiony. Doskonale wiedział, co go czeka. Posiedzenie rozpoczęło się.

 

***

 

– Zrozum C., że to jest konieczne. – K.W. nalał jeszcze po kielichu. C.K. wypił w milczeniu. Uporczywie wpatrywał się w czubek buta. Propozycja była zaskakująca, nieprzyjemnie zaskakująca: K.W. Sekretarzem Generalnym i szefem rządu. Najwyższe, zagwarantowane konstytucyjnie uprawnienia. Władza praktycznie absolutna. Nie, to nie do przyjęcia. Nawet jeśli chodzi o K.W. Przypomniał sobie swoje rozterki przed owym historycznym posiedzeniem Biura, na którym tamten został wybrany Pierwszym. I te owacje wielotysięcznej rzeszy, gdy przemawiał na wiecu. Spokój w całym kraju w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Spokój bez jednego wystrzału. Tak, K.W. umiał to robić. I umiał się odwzajemnić za poparcie. Kto jak kto, ale C.K. odczuł to wyraźnie. Miał pewność, że K.W. ufa mu niemal bezgranicznie. Jego pierwszego pytał zawsze o zdanie. Przed nim odkrywał najtajniejsze sekrety. Z nim konsultował wszystkie, nawet te błahe decyzje. Właściwie nie ma wielkiego ryzyka. W końcu mam go w garści…

– Nie wiem, w jaki sposób mógłbym dać ci jakieś gwarancje –odezwał się znowu K.W., jakby czuł, że C.K. zaczyna mięknąć. – Ale ta odrobina zaufania jest przecież konieczna.

C.K. wzdrygnął się. Zaufanie. Nie lubił tego słowa. Czuł przed nim instynktowny lęk. Jakby było z innego świata. Nie wiedzieć, czemu, przypomniał sobie chwile bezsenności, kiedy przewracał się w łóżku i wydawało mu się, że widzi, czuje raczej przenikliwe, wszechobecne spojrzenie. Nieufność wezbrała w nim z nową siłą. Sięgnął po butelkę i cofnął rękę. Nie. Zbyt ważne rzeczy się dzieją. K.W. zdawał się nie zauważyć tego ruchu. Siedział zamyślony, powoli sącząc swój trunek. C.K. obserwował go dyskretnie. Pierwszy był spokojny. „Jakby był pewny, że się zgodzę” – pomyślał. I wtedy, gdzieś z głębi wylazł lęk. Lęk, jakiego nie pamiętał od lat. Sprawy poszły za daleko. A ten jeszcze o zaufaniu. Tfu! Do tego ten profesorek. Niby nic nie udało się stwierdzić. A.K. prowadził typowy dla tego światka dziwaków tryb życia. Bywało, że całymi dniami zamykał się w swej pracowni. Istotnie, prowadził seanse psychoanalityczne w świecie establishmentu. Za granicę ostatnio nie wyjeżdżał, bodaj w ogóle tam nie był. Więc żadnych powodów do niepokoju nie było. Prócz intuicyjnej niechęci szefa Bezpieki. A przecież intuicja jeszcze nigdy go nie zawiodła.

Poczuł się znużony. „Starzeję się” – pomyślał.

– Nie sądzę, że to jest niezbędne – odezwał się wreszcie drewnianym głosem. Odchrząknął. – Jest spokój. Cały naród ufa ci. Po co chcesz to zmieniać?

– Właśnie dlatego, C., właśnie dlatego! – Pierwszy ożywił się. – Dlatego, że mi ufają. To jedyna okazja – zdobyć teraz uprawnienia na wypadek, gdyby… gdyby zaczęło być gorzej – a będzie, dobrze o tym wiesz, że to tylko kwestia czasu. Dziś chodzi o formalność. W praktyce będzie jak dawniej. Znasz mnie przecież. Czy kiedykolwiek ukrywałem coś przed tobą? To byłoby szaleństwo. Nie zamierzam wykorzystywać tych konstytucyjnych uprawnień do walki z tobą. Chcę wykorzystać swoją teraz popularność – kto jak kto, ale ty wiesz, że jako jedyny z Politbiura uchodzę za człowieka z czystymi rękami – zaśmiał się cyniczne – chcę porwać za sobą naród, a to oprócz innych korzyści pozwoli przede wszystkim umocnić pozycję Partii i jedynie to mnie interesuje, wierz mi!

C.K. milczał. Zaufaj mi, wierz mi… Puste słowa, bez pokrycia. Niebezpieczne. Szczególnie w ustach K.W. Tyle, że argumentacja jest przekonywująca. A gdyby tak Pierwszy poważył się przedstawić sprawę w Biurze bez jego poparcia… Gdyby tak go oskarżył o sprzeciwianie się działaniom mającym na celu umocnienie pozycji Partii… Brr.

Przez chwilę jeszcze myślał, jakie gwarancje może wymusić na K.W. Żadnych. Jeśli to ma być dobrze przeprowadzone, to żadnych.

Westchnął. Wtedy K.W. był już pewny, że wygrał.

 

***

 

– Prędko, towarzyszu, pozwólcie tutaj, prędko!

G.P., osobisty goryl C.K. stał w drzwiach wyraźnie podenerwowany.

– Co u diabła – mruknął szef Bezpieki.

W drugim pokoju stał włączony telewizor. Jeden rzut oka pozwolił mu stwierdzić, że dzieje się coś niedobrego. Przemawiał K.W. Bez uzgodnienia z nim?

W rogu ekranu widniało godło państwa. Jęknął. To godło… zmiany były niewielkie, ale nie wróżyły niczego dobrego. Podobnie głos Generalnego: spokojny, uroczysty. Niby taki sam, jak przy wszystkich podniosłych okazjach, ale czaiły się w nim jakieś złowróżbne ciepło, jakaś nieuchwytna dobroć, jakaś obrzydliwa ufność. Oczy K.W. również nie były te same. C.K. czuł to nawet przez ekran telewizora. Patrzyły prosto i uczciwie. Wręcz krzyczały prawdą.

– Żyliśmy wszyscy w okowach ideologii, którą – dobrze to wiem – zdążyliście znienawidzić. Dziś przyznaję – była to zła droga. Był to czas kłamstwa i hipokryzji. Czas ucisku i wyrzeczeń, które zmarnotrawiono. Czas nienawiści i podjudzania jednych przeciw drugim. Czas obumierania moralności w narodzie, którym władali ludzie bez czci i wiary, niewolnicy mechanizmów, jakie stworzył bezlitosny system. Wiem, co powiecie. Że jestem jednym z nich. Macie do tego wszelkie prawo.

Dziś jednak pragnę wam pokazać, że tak nie jest. Ja jestem jednym z was. Przeistoczyłem się w jednego z „nich” bo nie było innego wyjścia. Cóż bowiem mogliśmy – wszyscy razem, bądź każdy z osobna – zdziałać, by powstać przeciw panoszącemu się złu? Doświadczenia dziejów świata, zaś naszego narodu w szczególności pokazały, że masowe, krwawe rewolucje są zawsze zgubne dla narodów, pośród których się rozgrywają. Dlatego wybrałem inną drogę. Stałem się jednym z nich. Zamknąłem swoje prawdziwe ja w czeluściach podświadomości na długie lata. Drzemało tam, niczym zarodnik oczekujący chwili, w której znajdzie korzystne warunki dla dalszego rozwoju i rozmnażania. Nie pytajcie, jak to zrobiłem. To mało istotny w tej chwili szczegół techniczny. Obecnie ważne jest tylko zwalczenie zła, które pogrążyło nasz naród w tak długiej i beznadziejnej nocy. Aby go jednak zwalczyć, trzeba zniszczyć jego korzenie. Wszyscy wiemy, że korzenie owego zła tkwią w ideologii. Ideologia, którą naród żywił przez lata własnym potem i krwią jest nie tylko zmurszała, lecz nawet w najlepszych swoich dziesięcioleciach myliła się we wszystkich przewidywaniach…

C.K. nie słuchał dłużej. Szarpnął słuchawkę telefonu. Aparat milczał. Nacisnął przycisk. W drzwiach ukazali się członkowie osobistej ochrony. Komplet. Stali nieruchomo i tylko pobladłe twarze świadczyły o tym, że wiedzą.

– Dom obstawiła armia – zameldował jeden z nich, ubiegając pytanie przełożonego.

– Tajne wyjście?

– Też zablokowane.

– Chodźcie. Mam coś, o czym nikt nie wiedział. Nawet ty, G.

Istotnie, wyjście było sprytne. Doskonale zamaskowane, prowadziło do podziemnego bunkra. Stał tam transporter opancerzony. Wsiedli. C.K. nacisnął jakiś guzik i rozwarła się klapa podjazdu. Wyjechali pędem.

– Gdzie uciekamy? – spytał G.P.

– Nie uciekamy durniu – mruknął C.K. Wiesz, którędy do profesorka, co? – spytał kierowcę. Tamten skinął głową.

Willa profesora, o dziwo, nie była obstawiona. To nieco zbiło C.K. z tropu.

– Obstawić dom – rozkazał. A ty, G., chodź ze mną.

Profesor był w pracowni. Siedział za biurkiem i przeglądał jakieś papiery. C.K. stanął w progu zdyszany. Tamten zdjął okulary i jął przecierać szkła chusteczką.

– Czekałem na pana – powiedział spokojnie. – Proszę usiąść.

– Ty… ty kanalio! Co z nim zrobiłeś?! – ryknął C.K., zbliżając się z zaciśniętymi pięściami do biurka.

– Siadaj pan – powtórzył profesor. Jego spokój doprowadzał C.K. do pasji.

– Ja ci zaraz… G.! – wrzasnął. W drzwiach ukazał się goryl z rewolwerem w dłoni.

– Teraz będziesz mówił? – C.K. powoli opanowywał wzburzenie.

– Skończcie lepiej z tymi kowbojskimi sztuczkami. – Profesor spojrzał przelotnie na goryla. Twarz tamtego zmieniła się w okamgnieniu. Z nieśmiałym, przepraszającym uśmiechem podszedł do biurka, położył pistolet i na oczach osłupiałego szefa Urzędu Bezpieczeństwa podszedł do profesora i z szacunkiem cmoknął go w rękę! Po chwili wyszedł, zamykając za sobą starannie drzwi.

Zaskoczony C.K. opuścił bezradnie ręce. Usiadł. Profesor schował pistolet do szuflady biurka.

– Co pan zrobił z K.W.? Jestem pewien, że to jakaś pańska sztuczka!

– Nie wydaje się panu prawdopodobne, co? – Głos profesora był ironiczny. – Nie wydaje się panu prawdopodobne, że w człowieku, który obcował z wami przez z górą dwadzieścia lat, może się przechować choćby iskierka człowieka?

C.K. milczał. Myślał intensywnie. Profesor przetarł jeszcze raz szkła. Spoważniał.

– Najgorsze jest to, że ma pan rację – rzekł ze smutkiem. – To jest absolutnie niemożliwe. Nieprawdopodobne.

– Więc co? – C.K. ożywił się znowu. Miał zamiar przedłużyć rozmowę, być może G.P. otrząśnie się z hipnotycznego transu, będąc poza zasięgiem wzroku profesora.

– Sam pan widział. Przed chwilą.

– Hipnoza?

Profesor milczał.

– To niemożliwe. Przez taki okres? Nigdy w to nie uwierzę. Nasi specjaliści…

– Wasi specjaliści mają dwudziestoletnie opóźnienie. Znają się na tym akurat tyle, co pan.

Wyciągnął cygaro i zaczął obwąchiwać je z uwagą.

– K.W. był porządnym człowiekiem, jakich wielu w naszym kraju. Podobnie jak wszyscy – za wyjątkiem was, oczywiście – bolał nad tym, co wyprawiacie z tym nieszczęsnym narodem. Gdy go poznałem, był już opętany myślą, że opanuje was od wewnątrz. Trudno mu to było wybić z głowy. Pan wie najlepiej, czym kończyły się podobne próby. Nie ma takiego miejsca w świadomości, do którego nie umieliby dotrzeć ci pańscy „specjaliści”. Zwłaszcza, jeśli chodzi o swojego… Ale to nie znaczy, że nie ma takiego miejsca w człowieku w ogóle… Krótko mówiąc, postanowiłem go uwarunkować. Za jego zgodą, oczywiście; jest to eksperyment niezwykle ryzykowny.

– Nie rozumiem – wtrącił C.K.

– Jest to rodzaj hipnotycznego transu. K.W. okazał się dobrym medium. Udało mi się zepchnąć jego osobowość w obszar podświadomości, wprowadzając w zamian kopię jednego z was. Domyśla się pan zapewne, kogo? Wierna kopia, nieprawdaż?

Zapadło milczenie. Profesor starannie obracał w palcach cygaro. C.K. tracił nadzieję na to, że G.P. odzyska formę. Spokój profesora tylko to potwierdzał.

– Co ze mną zrobicie? – spytał w końcu.

– Ze mną? Nie pomyślał pan o swoich kumplach? – profesor pokiwał głową ze współczuciem. Cóż… Czeka was kara najstraszliwsza. Zostaniecie uwarunkowani. Podobnie jak K.W. tylko… jak by to powiedzieć… w drugą stronę. Będziecie dobrzy, uczciwi, miłosierni… Czy to nie potworne? – Uśmiechnął się z łagodną ironią. – I jeszcze jedna drobna różnica. Uwarunkowanie będzie nieodwracalne.

Profesor skierował swe dobrotliwe spojrzenie na kurczącego się trwożliwie w fotelu byłego szefa byłej Służby Bezpieczeństwa.

Koniec

Komentarze

Hmmm… Miła, rocznicowa lektura. Przyjemnie się czytało.

A K.W. to W.J., jak mniemam? Ciekawa interpretacja wallenrodyzmu.

Swoją drogą, C.K. z Twojego tekstu chyba się Szekspira po pijaku naczytał, że kogoś nazywa “kanalią”, bo z tego, co mi wiadomo, osoby z jego środowiska raczej łaciną się posługiwały ;).

Śmieszne, ale i straszne. Niestety, moje skojarzenia biegną nieuchronnie ku jak najbardziej współczesnym realiom. Gdyby tak znalazł się dziś taki utalentowany profesorek i poprzestawiał w niektórych ciemnych głowach… Ale to przecież fantastyka crying

Pozdrawiam smiley

 

Dzięki za wizytę i komentarz.Z rozkodowaniem byłaś blisko, ale to nie W.J. tylko właśnie sam K.W. :) W tamtym czasie W.J. miał w środowisku solidarnościowym jak najgorszą opinię. Oficjalne, urbanowskie media próbowały lansować narrację o bohaterskim generale, który swoim posunięciem uratował nas od sowieckiego knuta, ale dawali temu wiarę wyłącznie czerwoni, ewentualnie garstka pożytecznych idiotów.

Co do łaciny… eufemizowanie języka to tutaj moja sprawka. Po prostu nie jestem fanem wulgaryzmów. Inna sprawa, że C.K. (ten oryginalny) też raczej od “mięsa” stronił (podobnie jak Jaruzelski).

Gdyby tak znalazł się dziś taki utalentowany profesorek

Ależ po co nam profesorek skoro mamy media, które skutecznie to przestawianie w głowach robią – i to nie tylko w tych “ciemnych” :)

Pozdrawiam wzajemnie :)

Edit: a to ilustracja do napisanego wyżej o opinii jaką miał W.J. w tamtych dniach:

https://www.youtube.com/watch?v=cPy4_P5j9ow&feature=share&fbclid=IwAR1MR3t9D3vNStHJw4XCl2JNFGRvyuvC293pwF0Dr6ox14QmESY9XdAg4_4

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Taaa, K.W. jako żywy! Dobrze się czyta, rozkodowanie idzie płynnie, sęk w tym, że target coraz mniejszy:(. A to niedobrze, wojny zawsze wybuchają wtedy, gdy lud zapomni poprzednie. Tak czy siak, tekst w sam raz na rocznicę. Ale tym razem klika nie będzie, tsole:(. Bardzo, ale to bardzo nie spodobało mi się uwiecznienie G.P.! Nie zasługuje!:(. Nie Herostrates to, a zwykły krwawy oprych!

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Dziękuję za wizytę i komentarz.

Nie rozumiem czego się czepiasz. Owszem, uwieczniony, ale jako zwykły goryl a nie Herostrates! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Co do targetu, odnoszę wrażenie, że już mało kto pamięta ten cholerny czas, Kiedyś coś popełniłem na ten temat, nikt nie rozumiał, o czym piszę.Nie tu to było.

Nie czepiam się Ciebie wcale, mam na tego bandziora po prostu uczulenie, w każdej postaci. To nie do Ciebie, tsole. Spoko!:)

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

mało kto pamięta ten cholerny czas

Tym bardziej trzeba go przypominać, przekazywać prawdę z pokolenia na pokolenie.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tekst idealnie dopasowany do rocznicy stanu wojennego. Opowiadanie jest napisane w taki sposób, że dobrze się je czytało, była fantastyka, a jednocześnie zostały zachowane realia polityczne i specyficzna atmosfera wśród osób związanych z władzą i siłami bezpieczeństwa. Ciekawe zakończenie, ale nie będę pisać więcej, żeby nie robić spojlerów.

Przyznam, że nie udało mi się rozszyfrować nazwiska psychoanalityka. Może jakaś mała podpowiedź z imieniem?

Czy zastanawiałeś się nad tym, żeby zamiast inicjałów pisać np. Kazimierz P. ? Wtedy nabrałoby to dodatkowego znaczenia. (Nie wiem, czy to nie łamałoby jakichś przepisów).

 

Oni w ogóle posługiwali się między sobą pseudonimami, nawyk z jeszcze agenturalnych kkpowskich czasów, jak bandyci, którymi byli. To dlatego Gomułka rozkazał pobić i zamknąć Szpotańskiego– Gnom od Szpota przyjął się w aparacie. Wiesław nie mógł tego znieść. Świetnie uchwycili to Strugaccy w "Przenicowanym Świecie" – tam też wierchuszka je miała.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Ando, dzięki za wizytę, komentarz i klika. Co do inicjałów, pierwotna wersja była “fonetyczna” – czyli Ka Wu, Gie Pe itd. Jednak uznałem ją za nieco ekstrawagancką i zmieniłem na bardziej naturalną. Oczywiście, za tymi inicjałami kryją się postaci, które były inspiracją do bohaterów opowiadania; w większości z polskiej sceny politycznej, (ale nie tylko – np. “profesorek” otrzymał inicjały modnego w owym czasie radzieckiego hipnotyzera prowadzącego nawet terapie za pośrednictwem TV). Sama akcja też raczej nie odbywa się w Polsce; np. w telewizyjnym wystąpieniu K.W. wykorzystałem fragmenty z głośnego w tamtych latach eseju dysydenta rosyjskiego Andrieja Amalrika “Czy ZSRR przetrwa do 1980 roku”. Symbolicznie lokalizacja jest otwarta przez inicjały byłego Pierwszego: N.N., może to więc być dowolny kraj z naszego kręgu kulturowego, gdzie panował totalitaryzm i kult jednostki.

Prywatnie natomiast opowiadanie było mi potrzebne jako “antydepresant”, podtrzymanie nadziei, że z takim systemem można wygrać.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Wyjątkowe udane połączenie polityki z fantastyką, a poza tym doskonały tekst z okazji rocznicy stanu wojennego. Mimo iż jestem beznadziejna w rozszyfrowaniu politycznych nazwisk i nawet się do tego nie zabieram, Twoje opowiadanie Tsole jak zwykle przeczytałam zarówno z zainteresowaniem jak i z przyjemnością. Ode mnie kolejny w pełni zasłużony kliczek :)

Ach, Anatolij!… A ja się tyle namyślałam, kto to może być! 

Trochę to niekonsekwentne, że raz inicjały są jeden do jeden, a kiedy indziej wskazują na postaci fikcyjne (pomijam N.N.)…

Swoją drogą, ekstrawagancka wersja inicjałów chyba bardziej by mi podeszła. Myślę, że lepiej by się czytało. Z tymi kropkami to się trochę krztusiłam przy lekturze, ale może to osobnicze ;)

Ufff, jakoś uporałem się z tym, wrrrr… G.P. Choć trudno było . Klik!

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Katiu, serdeczne dzięki, Twoją opinią czuję się zaszczycony. Skoro nie przymierzasz się do rozszyfrowywania, ślę Ci rozwiązania pocztą. 

 

Facies_Hippocratica: No proszę, znów nie trafiam w gusta, a tak bardzo się starałem, bo za ekstrawagancję już mi się tu niejeden raz oberwało :)

Co do inicjałów to tylko jeden (choć najważniejszy) dotyczy osoby fikcyjnej, a i to nie do końca, bo to przecie ż postać historyczna, tyle, że została w naszej pamięci całkiem nieprawdziwa w stosunku do oryginału. Inna sprawa, że ta fikcyjność pasuje do kontekstu opowiadania, bo to on podlega całkowicie fikcyjnemu eksperymentowi uwarunkowania :)

 

rrybak: laugh i dziękuję!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Teraz się wyjaśniło z hipnotyzerem. :)

Dobrze, że zostawiłeś czytelnikowi pewną swobodę interpretowania. Ja na przykład odczytałam C.K. i K.W. bardziej historycznie, w powiązaniu ze służbami. Naprowadziła mnie na to wzmianka o strajku hutników.

 

 

Ech, Tsole, lubię Twoje opowiadania. Najczęściej się ze sobą nie zgadzamy, ale i tak lubię Cię czytać. Tym razem jednak, jakby to ująć, połączenie wallenradyzmu z Kaszpirowskim i NLP jakoś zupełnie mi nie siada. Mój prywatny logik, który siedzi mi na ramieniu i czyta to, co ja, zaczął wariować.

Zupełnie sensownie zauważasz, że wallenrodyzm nie ma racji bytu. I to nie tylko z powodów przez Ciebie podanych, ale po prostu durne młodzieńcze idee nie przetrwają w starciu z btutalną rzeczywistością. Ile świństw musiał zrobić, żeby dostać się na szczyt? I jest sam. Taki szpieg to przynajmniej ma zaplecze, a Wallenrod jest zdany tylko na siebie.

Skoro nie możesz samym Wallenrodem, dorzucasz mu Kaszpirowskiego. Nie dość, że samym wzrokiem potrafi zmienić wilka w owieczkę, to jeszcze potrafi tak uwarunkować człowieka, że jest to nieodwracalne. Ba, potrafi zepchnąć osobowość człowieka w jakiś ciemny kąt umysłu i wdrukować mu zupełnie inną, a kiedy delikwent jest już na szczycie, pyk, i znowu jest sobą. Tak się, dzięki Bogu, nie da.

Poza tym, nawet gdyby się dało, to Twoje rozwiązanie tak naprawdę niczego nie rozwiązuje. Jak Wallenrod w dwa tygodnie uspokoiłby nastroje ludzi, którzy nie mieli co do gara włożyć? Czarodziejską różdżką rozwiązyłby problemy gospodarcze?

Rozumiem, że opko było pisane tuż po wprowadzeniu stanu wojennego i, jak się domyślam, miało służyć odreagowaniu, poprawieniu sobie nastroju marzeniem o tym, że wszystko poszło inaczej. I pewnie masz do niego stosunek sentymentalny. Ale wrzucasz go teraz.

Gdybyś się pokusił o napisanie uwspółcześnionej wersji, twardego spojrzenia z naszych czasów, bez sentymentów, idealizmu i marzycielstwa i zestawił oba teksty, to byłoby coś. Jednak w tej formie, przepraszam, ale nie kupuję tego.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ech Irka, lubię Twoje komentarze. Nawet jak się nie zgadzasz z moimi tekstami, nawet jak ja się nie zgadzam z Twoimi argumentami. Nawet jak narzekasz na Szpaka i nawet kiedy Mu dziękujesz :)

Na szczęście to jest fantastyka, a tu się wszystko da. Nawet czarodziejska różdżka jest artefaktem dopuszczalnym. Zaś co do uspokojenia nastrojów, to nie takie cuda działy się na przestrzeni dziejów w realnym, niekoniecznie fantastycznym świecie.

Sorry, nie będę pisał żadnej uwspółcześnionej wersji. A ta ma być (dziś) raczej świadectwem frustracji i bezsiły jaką czuliśmy, my młodzi, pełni zapału i marzeń wyrwania się z okowów durnego systemu i budowy normalnego świata na zachód od Bugu i na wschód od Odry.

I nie masz za co przepraszać, klient ma prawo kupić tak samo jak nie kupować. Na szczęście (czy dzięki Szpakowi) dziś ma wolny wybór, bo w tamtych czasach musieliśmy kupować coś, co nam się baaardzo nie podobało :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

I dlatego ja wtedy często chodziłem w Góry.:)

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

Emigracja wewnętrzna na wysokościach… :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Na nierównościach terenu w sposób wypukły (odp. na pytanie na studium wojskowym: Co to są góry i w jaki sposób;)

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

A ta ma być (dziś) raczej świadectwem frustracji i bezsiły jaką czuliśmy, my młodzi, pełni zapału i marzeń wyrwania się z okowów durnego systemu i budowy normalnego świata na zachód od Bugu i na wschód od Odry.

Ok, jeśli to świadectwo ówczesnej frustracji, mój logik trochę się uspokoił. ;) W tym momencie tekst nabiera innego znaczenia. Zaznaczyłabym to w przedmowie, bo niektórzy są tu równie gruboskórni jak ja. ;)

 

A wspominając wiadomą rocznicę, ja wtedy pisałam bajeczkę o dzielnej dziewczynce, która przedziera się przez ogarniętą wojną Polskę, żeby dotrzeć do domu i uratować rodziców. Co im zagrażało i skąd o tym wiedziała już dziś nie pomnę. Bajeczkę diabli wzięli gdzieś na życiowej drodze. A wzięła się stąd, że miałam tego pecha, że akurat dopadło mnie to z dala od domu i rodziny. Dorośli, którzy się nami wtedy opiekowali (dzieciaki w wieku do szóstej klasy podstawówki) próbowali nam wyjaśnić, co się dzieje, ale ponieważ sami za bardzo nie wiedzieli, to tylko pogorszyli sprawę. Byliśmy przekonani, że to regularna wojna. ;)

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, bo to była regularna wojna, w ramach bardzo poważbych przygotowań do wojny dwóch bloków (z Drakainą mieliśmy właśnie pod carskim wagonem na ten temat wymianę zdań). Pozdr.

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka.

pisałam bajeczkę o dzielnej dziewczynce, która przedziera się przez ogarniętą wojną Polskę, żeby dotrzeć do domu i uratować rodziców

Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), czytałem książkę Jurgielewiczowej “O chłopcu, który szukał domu”. Ten chłopiec to sierota, błąka się po okrutnej wojnie i trafia do kobiety, której najeźdźcy odebrali córeczki. Chłopiec postanawia je odnaleźć, pomaga mu w tym dobra wróżka… i jego przygody są w zasadzie treścią tej książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, relatywnie największe w życiu.

Szkoda, że Twoja bajeczka nie ocalała… :(

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No, czasami też żałuję.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Hmmm. Nie trafiło do mnie. Politykę staram się omijać szerokim łukiem, podejrzewam, że nawet z rozszyfrowaniem współczesnych inicjałów miałabym problem. Coś tam dałam radę, ale ledwo-ledwo. Na profesorka w życiu bym nie wpadła. Bo reszta jednak kojarzyła mi się z Polską – wzmianka o stanie wojennym mocno zawężą obszar poszukiwań. ;-)

Tekst nie przemówił do mnie częściowo ze względu na lansowaną łatwość rozwiązania. No, nie przepadam za historyjkami typu ktoś (dobra wróżka, kosmici, wujek z Ameryki, ktokolwiek) nagle się zjawia i w cudowny sposób wszystkie problemy znikają. Ani to fabularnie ciekawe (bo przecież wybawca jest tak mocarny, że nikt mu nie podskoczy), ani nie propaguje zdrowego podejścia do życia (bo my możemy sobie spokojnie psuć świat w dalszym ciągu, czekając na cuda). Rozumiem potrzebę odreagowania, ale od tamtej pory dużo czasu upłynęło, więc uczucia wystygły.

 

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wizytę i komentarz. Nie trafiło – trudno. A uczucia, komu wystygły to wystygły.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

O klika się poskarżę, bo zdecydowanie dobrze napisane! 

Jednak targować się będę:) 

Pierwsza rzecz to inicjały, zapisane tak, jak zdecydowałeś ostatecznie, bądź poprzednio. W obu przypadkach utrudnia, IMHO. Wolałabym symboliczne nadanie. Podobnie jak Finkla nie rozszyfrowałam wszystkich, ale część tak.

Po przeczytaniu komentarzy i jakimś odnośniku do NLP – zadrżałam i wypuściłam powietrze z dużą ulgą, bo na szczęście takich odniesień nie znalazłam. I wtedy  byłam pośród skowronków:)

Opisujesz  czas przełomu i sięgasz po deus ex machina, Profesor. Z jednej strony buntuję się, z drugiej chciałabym podążyć za takim łatwym rozwiązaniem, z drugiej strony to był taki czas, kiedy uzdrawiacze cieszyli się dużą sławą, przyjmowali swoich pacjentów w kościołach, przemawiali przez ekran. Kiedy o tym teraz myślę, to wierzyć się nie chce. A jednak było to jakieś takie bardziej wprost, chyba uleganie mitom. dzisiaj wygląda to bardziej pokrętnie i mniej jednoznacznie..

PS. I ja popełniłam opko na wspomniany temat:), niefantastyczne. Fajnie, że przypomniałeś rocznicę!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dzięki za komentarz i klika. Tego się spodziewałem, że będą zarzuty iż inicjały utrudniają percepcję, z czym się zresztą zgadzam, lecz z drugiej strony powinno to dyscyplinować czytelnika :)

Nic dziwnego, ze nie znalazłaś w opku żadnych aluzji do NLP, bo ich tam po prostu nie ma (w czasach gdym go pisał, NLP było raczej w stanie prenatalnych, a ja o czymś takim nie miałem pojęcia); to już nadinterpretacja komentatora (któremu, broń Boże, nie odmawiam prawa do własnych skojarzeń).

Opisujesz  czas przełomu i sięgasz po deus ex machina, Profesor

I sądzę, że mam prawo w opowiadaniu mającym status fantastycznego.

A Twoje niefantastyczne z chęcią przeczytałbym :)

Pozdrawiam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

No cóż, tak już mam, że nie lubię ani polityki, ani tekstów okolicznościowych – nawet jeśli występuje w nich fantastyka –  a ponieważ te dwie sprawy zbiegły się w jednym opowiadaniu, Twój Przewrót niespecjalnie przypadł mi do gustu. Może także dlatego, że wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu wolę pamiętać po swojemu.

 

czy­ste­go jak woda w gór­skim po­to­ku.. ―> Kropka czy wielokropek?

 

Co to on tam wtedy po­wie­dział, zaraz.. ―> Jak wyżej.

 

Mimo wszyst­ko ten pro­fe­so­rek.. ―> Jak wyżej.

 

W końcu mam go w gar­ści.. ―> Jak wyżej.

 

–ode­zwał się znowu K.W. ―> Brak spacji po półpauzie.

 

Za­ufaj mi, wierz mi.. ―> Kropka czy wielokropek?

 

– Ty.. ty ka­na­lio! ―> Wielokropkowi brakuje kropki.

 

Nasi spe­cja­li­ści.. ―> Kropka czy wielokropek?

 

że nie ma ta­kie­go miej­sca w czło­wie­ku w ogóle.. ―> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg, poprawki naniesione (coś się musiało stać przy kopiowaniu z Worda, bo w oryginale mam OK).

Oczywiście, każdy ma prawo pamiętać i przeżywać tamte czasy “po swojemu” – w swojej optyce i wrażliwości, ale prócz daty powstania tekst ten niewiele ma wspólnego ze stanem wojennym, a już traktowanie go jako “tekstu okolicznościowego” jest przesadą.

Zdrowych i radosnych Świąt! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Może i jest przesadą, ale kiedy czytam, w jakich okolicznościach opowiadanie powstało i widzę datę, kiedy je wrzuciłeś tutaj, okoliczność jakoś sama się nasuwa. ;)

Dziękuję, Tsole.

I ja Ci życzę pięknych Świąt. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy tekst. Sam w sobie to fantastyczny thriller polityczny, z powolną akcją i dosyć typową dla Ciebie chwilą, gdy wykładasz “kawę na ławę” czytelnikowi. Czyta się miło, napięcie trzyma, końcówka tylko lekko zwalnia przez wyjaśnienia.

Jednak dla mnie, jako osoby zafascynowanej historią, to też tekst ukazujący ducha danego czasu. Co myślą ludzie, twórcy, artyści o danym momencie historycznym. Wypalony w tekście obraz, stanowiący sam w sobie wartość.

Tak więc dla mnie to cenny koncert fajerwerków, nawet nie tyle w interesującej treści, co ze względu na otaczające okoliczności powstania.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

NWM: Dziękuję za celny komentarz (i zapewne za klika, którego brakowało).

tekst ukazujący ducha danego czasu

Dokładnie taką miałem intencję publikując tekst tu i teraz.

 

Anet: Dziękuję i pozdrawiam!

 

Do obojga kieruję serdeczne życzenia noworoczne. Niech się darzy!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Nowa Fantastyka