- Opowiadanie: fizyk111 - Co chciałbyś zmienić?

Co chciałbyś zmienić?

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Co chciałbyś zmienić?

140.

Ile razy jeszcze

Samotne święta

Będą pełne

Alkoholowych przemyśleń

Ile razy można próbować

Ile razy wierzyć

Ile marzeń można zbudować

Na ustach niespodziewanie

Składających się do pocałunku

Arthur Grizzle, “Wiersze młodzieńcze”

 

Siedział w swoim azylu o wymiarach dwa i siedem na trzy i pół metra i po raz kolejny słuchał powalającej swoją świeżością, a jednocześnie do bólu tradycyjnej płyty Script for a Jester's Tear. Wigilia. Jeszcze niedawno kojarzyła mu się z gwarem i śmiechem, zapachem barszczu i smakiem makówek, prezentami rozdawanymi przez Mikołaja i nocną jazdą saniami na pasterkę – tego dnia była samotnie celebrowana przy muzyce, alkoholu i w oparach tytoniowego dymu. Po śmierci taty jeszcze dwa razy wzięli udział w rodzinnej wigilii; w obliczu śmierci celebracja narodzin i nowego życia działała na nich irytująco. Siostry mamy, widząc ich reakcje, co rusz dawały do zrozumienia, że swoim zachowaniem psują świąteczny nastrój. I pewnie trwaliby w takim niedopowiedzeniu, gdyby nie jego występ trzy lata wcześniej.

Odgonił wspomnienia. Wstał z fotela i podszedł do okna. Spojrzał w ciemność za szybą, a ta wciągnęła go jak zwykle w swoje objęcia. Usiadł na parapecie. Lubił tę nocną godzinę, kiedy miasto śpi. Noc była jego przyjacielem. W nocy mógł być sam na sam ze sobą i swoją muzyką. Nikt mu nie przeszkadzał. Mógł się wsłuchać w monumentalne dźwięki Close to the Edge i siedząc na parapecie swojego okna, mając z jednej strony ciemność nocnego miasta z jego absolutną obcością, a z drugiej oświetlony, ciepły pokój zapewniający bezpieczeństwo, czuł się jak na krawędzi dwóch światów. Ale wspomnienia wracały, dzisiaj nawet noc nie potrafiła ukryć w swoim wnętrzu tej jego cholernej samotności.

„Do dupy to wszystko” – pomyślał.

 

– Chciałbyś coś zmienić? – Z pokoju dotarł do Krzyśka dobrze znany głos, którego nie słyszał już od wielu lat.

Nie odwrócił się. Wbijając intensywnie wzrok w ciemność za oknem, bał się, że gdy spojrzy do środka, zobaczy jedynie pusty pokój.

– Tylko jedną rzecz – odpowiedział.

– Tego akurat nie da się zmienić. Śmierć w tym świecie jest ostateczna, bo jest wyborem Boga. Ale wasze ludzkie wybory można zmieniać. Dla kogoś, kto dysponuje odpowiednią technologią, sprowadza się to do wyboru odpowiedniego stanu wszechświata.

– Wasze?

– Kiedy umierasz, przestajesz być człowiekiem. – Głos zawisł niedokończonym zdaniem.

Krzysiek odwrócił głowę i ogarnął wzrokiem pokój, z przekonaniem, że tak jak był kilka minut temu, tak i teraz jest pusty. Nie był. Tata siedział w swobodnej pozie na fotelu i właśnie zaciągał się papierosem. Takiego go pamiętał – uśmiechniętego, luzackiego i zawsze pewnego siebie. Myśli rozsadzały Krzyśkowi głowę, emocje targały sercem, ale rozum nakazał zignorować wszystkie banalne pytania.

– I kim się wtedy stajesz? – kontynuował.

– Najbardziej adekwatnym określeniem jest to, że stajesz się bytem. I nie próbuj nawet myśleć o nim jak o duszy. Byt to coś, co istnieje, ale nie jestem w stanie opisać słowami jak, gdzie i kiedy.

– Powiesz mi, jak tam jest?

– Nie.

To nie było przeczenie zamykające temat, Krzysztof czekał więc na ciąg dalszy.

– Nie dlatego, że nie chcę. Bardzo bym chciał ci o tym opowiedzieć, ale nie ma ani słów, ani pojęć w twoim języku, które chociaż w przybliżeniu odpowiadałyby tamtej rzeczywistości.

– Czy my… ja, mama… i inni, trafimy po śmierci tam, gdzie ty?

– Tam, czyli gdzie? Znowu twoje słowa nie mają odpowiednika w moim świecie. Chciałbyś wiedzieć, co cię czeka po śmierci? Nie jestem ci w stanie odpowiedzieć.

– Spotkamy się tam?

– Byty się nie spotykają. Byty mają świadomość swojego istnienia, byty się przenikają, przemierzając dostępne im wymiary wszechświata. Używam znanych ci słów na określenie czegoś, czego tymi słowami określić nie sposób.

– Nie odpowiedziałeś mi, czy…

– Czas ucieka – przerwał mu ojciec. – Jestem tu, aby poznać twoją odpowiedź na pytanie: czy chciałbyś coś zmienić?

Krzysztof pomyślał o tym nieszczęsnym in vitro, o upartej kobiecie i ustach, których nie pocałował.

 

 

***

 

– To całe inwitro to powinni zakazać. Kto to widział, żeby człowieka w próbówce robić.

Większość przy stole pokiwała głowami z aprobatą, ale nikt się nie odezwał. Wiadomo, że ciotka Leokadia potrafiła zrugać nawet tych, którzy się z nią zgadzali.

– A jak się powinno robić człowieka? – spytał Krzysiek z niewinną miną. Chwilę później trochę się jednak skrzywił, gdy poczuł mocne kopnięcie w kostkę.

– Jak to jak? – zaperzyła się ciotka. – Po bożemu.

„Pod pierzyną i na misjonarza” – pomyślał sobie, ale tego już nie odważył się głośno powiedzieć, głównie ze względu na obawę o stan swojej kostki.

Ciotka rozejrzała się wkoło, poszukując oznak sprzeciwu, a gdy ich nie znalazła, powróciła w bezpieczne, kulinarne regiony.

– W tym roku gołąbeczki wyszły ci, mamusiu, szczególnie dobre. A sosik to po prostu poezja.

– Dziękuję, Lodziu, Marysia mi pomagała. – Babcia spojrzała z miłością na mamę Krzyśka. – A i grzybków tej jesieni Krzysio nazbierał wyjątkowo dużo.

Ciotka popatrzyła na Krzysia spode łba. Temu zaś sprawa in vitro jakoś nie dawała spokoju. Postanowił więc zaryzykować zdrowie i wykorzystując pełną mlaskania przerwę w konwersacji, zapytał, nie zdając sobie sprawy z tego, czym tak naprawdę ryzykuje:

– A tak wracając jeszcze do tego in vitro, to nie wydaje ci się, ciociu, że Jezus mógł być właśnie takim dzieckiem z probówki?

Już sekundę później zaczął żałować tego pytania, ciotka Leokadia wyglądała bowiem tak, jakby konsumowany właśnie pierożek z kapustą i grzybami stanął jej w gardle i postanowił ją zamordować.

– Nie bluźnij, Krzysiu – wydusiła z siebie ciotka, cała już czerwona na twarzy – bluźnierstwo to grzech śmiertelny.

– Ale ciociu… – Krzysztof postanowił mocniej zacisnąć sobie pętlę na szyi. – Tak biorąc na rozum, to jest jedyny sposób, żeby zajść w ciążę bez tego… no… aktu miłosnego.

Ciotka wstała, opierając się całym swym prawie stukilowym ciałem o brzeg stołu. Ten zatrzeszczał niebezpiecznie, a kostka Krzyśka krzyczała, że jutro chce wizytę u ortopedy.

– Jakiego aktu? – wysyczała ciotka. – Maryja dziewica jest niepokalana i poczęła z Ducha Świętego, a ty, Krzysiu – wycelowała w niego palec wskazujący – za swoje bluźnierstwa przy wigilijnym stole będziesz się w piekle smażył. – Chwyciła krzesło za oparcie i z trzaskiem dostawiła do stołu.

– Moja noga więcej w tym domu nie postanie – powiedziała, udając się do przedpokoju.

Mama Krzysztofa z babcią udały się za nią i zaczęły przekonywać, żeby jednak została, że Krzysiu przeprosi, że młody jest i głupi jeszcze i że pewnie chciał się popisać. Nic to nie dało, Ciotka Leokadia się zawzięła i poszła do domu. Zaraz za nią wyszedł wujek Heniek z dwójką dzieci. Zostali przy stole w czwórkę.

– Stara dewota – przerwał niezręczną ciszę wujek Marek.

Mama ukradkiem wytarła łzę. Krzyśkowi zrobiło się głupio i chciał przepraszać, ale wszystkie słowa, które przychodziły mu na myśl, były beznadziejne.

– Nie martwcie się – powiedziała babcia. – Złość jej przejdzie, to wróci.

Nie wróciła.

 

***

 

Siedzieliśmy przy stole w czwórkę. Pierwszy raz od trzech lat widziałem na twarzy mamy coś na kształt uśmiechu. Wujek Marek brzdąkał na gitarze, mama z Alicją śpiewały Lulajże Jezuniu. Wujek wchodził niewątpliwie w fazę starokawalerstwa; trochę z własnej winy, bo żadnej ze swoich partnerek nie traktował z atencją, jakiej od niego wymagały. Wigilie spędzał więc na zmianę u każdego z trojga rodzeństwa. W tym roku wypadło na mamę. Mnie z kolei udało się nakłonić Alicję, żeby ten wieczór spędziła z nimi. Łącząc te nasze miłości – moją do Alicji i mamy, maminą do syna i brata – udało nam się stworzyć ciepłą wigilijną atmosferę z opłatkiem, prezentami i śpiewaniem kolęd.

– To może jeszcze Dzisiaj w Betlejem, co? – zaproponował wujek, spoglądając na mnie w dziwny sposób.

– A potem w coś zagramy – dodała mama. – Może scrabble? – Pytanie retoryczne, dobrze wiedziała, że wszyscy uwielbiają tę grę. – No to graj, Mareczku.

Wujek zaczął grać, a kobiety śpiewać. Ja coś tam nuciłem pod nosem, tak żeby nie zepsuć efektu. Popłynęły słowa kolędy.

 

Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem

Wesoła nowina,

Że Panna czysta, że Panna czysta

Porodziła Syna.

 

W tamtym momencie wujaszek spojrzał na mnie ponownie i mrugnął jednym okiem. „No żeż ty, dowcipniś jeden” – pomyślałem.

Graliśmy drugą partyjkę scrabbli – której po sromotnej porażce w pierwszej domagał się wujek Marek – gdy zobaczyłem, że Alicja dyskretnie odebrała i przeczytała SMS-a. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Dokończyliśmy grę, mama z wujkiem poszli do kuchni zrobić herbatę.

– Muszę wracać do domu, Krzysiu – powiedziała Alicja, gdy zostaliśmy sami. – Teraz.

Spojrzałem na nią pytająco.

– Tatę wezwali do szpitala, wypadek autobusu, jest wielu rannych, nie chcę, żeby mama była teraz sama.

– Nie możesz zostać? Mieliśmy iść razem…

– Nie – przerwała mi – zawieź mnie, proszę, do domu, chcę być teraz z mamą.

Wiedziałem, że nie ma co dalej ciągnąć tematu; miała tak samo jak ja: raz postanowione i nie ma odwołania. Poszedłem do kuchni i powiedziałem mamie, że jadę odwieźć Alicję do domu i wrócę jeszcze przed pasterką.

Nie chciałem dać tego po sobie poznać, ale byłem wkurzony. Nie personalnie na Alicję, ale generalnie, na cały świat. Od dawna już święta nie były świąteczne. I jakiś palant postanowił to zmienić, zabijając przy okazji nie wiadomo ilu ludzi. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyłem z piskiem opon.

– Hej, co ty wyprawiasz?! – krzyknęła Alicja.

Zatrzymałem się i odetchnąłem kilka razy.

– Przepraszam, zirytowała mnie ta sytuacja. Nie jestem zły na ciebie. Raczej na świat, który nam organizuje takie atrakcje.

Emocje trochę opadły i spokojnie ruszyłem w drogę. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu i czekając na zielone światło, zapytałem.

– Zobaczymy się jutro?

– Nie wiem – odpowiedziała Alicja. – Zależy od tego, kiedy ojciec wróci z dyżuru. – Podniosła głowę i powiedziała: – Jedź, masz zielone.

Ruszyłem i wtedy zobaczyłem nadjeżdżający z prawej strony samochód. Kierowca pewnie myślał: „A, jeszcze zdążę”.

 

***

 

– Na zakończenie chciałbym wam życzyć wesołych i rodzinnych świąt oraz wielu sukcesów w przyszłym roku. Prestiżowych publikacji, dużych grantów, mocnych patentów, że o Nagrodzie Nobla nie wspomnę. – Dziekan zakończył swoją przemowę i wzniósł lampkę wina. – Wszystkiego najlepszego.

– Uff, skończył wreszcie – szepnął mu do ucha Darek. – Teraz biegiem do koryta, zanim się kolejka zrobi.

Zupełnie nie miał ochoty na jedzenie. Wziął lampkę białego wina i poszukał wzrokiem Doroty. Stała otoczona wianuszkiem znajomych, którzy mniej lub bardziej szczerze gratulowali jej sukcesu. Wziął jakąś kanapkę i stanął z boku, obserwując gwarny tłumek jedzących, pijących i składających sobie życzenia ludzi. Perspektywa zbliżających się świąt raczej go przygnębiała, a sukces, którego tak wielu mu zazdrościło, wcale tak bardzo nie cieszył.

– Hej, Krzysiek, wszystkiego najlepszego. – Andrzej okrasił jowialne powitanie potężnym ciosem w plecy. – No i gratuluję kasy. Miliony, miliony baksów, cała Polska będzie wam zazdrościć takiej aparatury.

– Dzięki, Andrzeju, tobie też wszystkiego najlepszego. – Wiedział, że w tym przypadku gratulacje były szczere. Andrzej odziedziczył spory majątek i pracę w instytucie traktował jako przyjemne hobby. Z lubością powtarzał, że w biznesie sobie nie radzi, a przecież coś fajnego w życiu trzeba robić. – Pozdrów ode mnie Irenkę i dzieciaki.

– Pozdrowię, pozdrowię. Nie daj się tam zjeść w tej Ameryce. – Klepnął go ponownie w plecy i poszedł dalej.

Rozejrzał się raz jeszcze po sali i zobaczył zmierzającą w jego stronę Dorotę. Podeszła i uniosła kieliszek w geście toastu, stuknęli się szkłem.

– Za nasz sukces, Krzysiu.

– Za sukces – odpowiedział.

– Wczoraj wysłali zaproszenia. – Dorota wpatrywała się intensywnie w swój kieliszek. – Nie zmienisz zdania? To jest też twój projekt. Oboje poświęciliśmy mu dwa lata i tak po prostu chcesz go komuś oddać? – Podniosła wzrok znad kieliszka. – Nie będzie ci żal? Projektu i…

– Nie – wszedł jej w słowo, nie pozwalając dokończyć – nie będzie mi żal projektu, rozmawialiśmy już o tym. Wiesz dlaczego.

Dorota podjęła jeszcze jedną desperacką próbę.

– Jedź ze mną, proszę – powiedziała, patrząc mu błagalnie w oczy. – Zostaw przeszłość tam, gdzie jej miejsce, i zawalcz o siebie. I o nas – dodała po chwili.

Odwrócił głowę i wbił wzrok w przestrzeń za oknem. Tam gdzieś, całkiem niedaleko stąd, była ta jego przeszłość. Przeszłość, od której nie dało się uwolnić, bo była jednocześnie jego teraźniejszością. Grób ojca. Samotna mama, której siostra nie mogła wybaczyć tej feralnej wigilii, a która po śmierci babci nie potrafiła odnaleźć w życiu choćby odrobiny radości. Zgruchotane wraz z kręgosłupem życie Alicji, która – ciągle go kochając – nie pozwalała mu się do siebie zbliżyć, uznając, że wszystko robi dla niej z litości. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że ma rację – miłość, jak alkohol z otwartej butelki, ulatniała się powoli, aż zostało tylko poczucie obowiązku. Nawet nie litość.

– Krzyś, spójrz na mnie.

Dorota chwyciła klapy jego marynarki i lekko go do siebie przyciągnęła. A on spojrzał i dostrzegł usta lekko składające się do pocałunku. Chciał, tak bardzo chciał ją pocałować, tylko że twarz, którą widział, była twarzą Alicji.

– Nie mogę, Dorotko. – Pokręcił głową. – I nie chcę – dodał, delikatnie uwalniając się z jej dłoni. – Wybacz, proszę. – Mówiąc to, odwrócił się i odszedł, nie oglądając za siebie.

 

***

 

Odwrócił się od okna, zostawiając ciemność nocy i wspomnienia za sobą.

– Powiedz mi, czy po tej zmianie – Krzysztof jeszcze raz ułożył sobie pytanie w głowie – czy ja będę wiedział, że coś się zmieniło? Czy będę pamiętał tę rzeczywistość sprzed zmiany, będę świadomy tego, że ja o tym zdecydowałem?

– I tak, i nie. – Ojciec przerwał na chwilę, jakby dobierając w myślach odpowiednie słowa. – Twoja pamięć będzie zawierać wszystko, co tworzy nową rzeczywistość. Mówiąc otwarcie, będziesz kimś innym, niż jesteś teraz, ukształtują cię bowiem zupełnie inne wydarzenia. Jednocześnie jednak będziesz miał wiedzę o tej obecnej rzeczywistości i świadomość, że to twoja decyzja ją zmieniła. Tylko że… w tej nowej rzeczywistości nie znajdziesz nic, co potwierdzałoby istnienie tej innej, tej, którą zmieniłeś. W naturalny sposób zaczniesz więc wątpić w swoje poprzednie wspomnienia, aż wreszcie, dla zachowania równowagi psychicznej, twój mózg umieści je w dziale „Urojenia”.

Krzysiek wsłuchiwał się w płynący nieśpiesznie i pachnący kosmosem organowy podkład i łkającą gitarę. Czekał na charakterystyczny, składający się z czterech nut gitarowy riff i wchodzącą po czwartym powtórzeniu perkusję. Gdy usłyszał słowa Remember when you were young, wiedział już, co odpowie na pytanie ojca.

Koniec

Komentarze

dzisiaj nawet noc nie potrafiła ukryć w swoim wnętrzu, tej jego cholernej samotności.

Przecinek do odstrzału.

 

które chociażby w przybliżeniu odpowiadałyby tamtej rzeczywistości.

Albo albo:

→ które chociaż w przybliżeniu odpowiadałyby tamtej rzeczywistości

które chociażby w przybliżeniu odpowiadały

 

Najpierw zajmę się tymi elementami, które mi nie podeszły, do chwalenia przejdę później.

Właściwie marudzenia nie będzie dużo. Wątpliwości moje budzi głównie zmiana narracji z trzecioosobowej na pierwszoosobową. Po co? Ponadto duże zagęszczenie postaci w tak krótkim tekście. Momentami ciężko było mi się połapać kto jest kim i jaką rolę w życiu bohatera pełni.

Zakończenie takie… bez pierdolnięcia. Nie wybrzmiewa, a chciałoby się jakiejś trafnej puenty, która sprawi, że tekst zostanie z czytelnikiem na dłużej.

Dobra, to teraz do chwalenia. Bardzo dobrze się czytało, choć tekst jest gorzki, ale ja tam akurat gorycz uważam za niemożliwy do pominięcia element świątecznego wystroju i nastroju, więc no… Podoba mi się sposób, w jaki sportretowałeś rodzinę Krzyśka. Nie jest toksyczna ani patologiczna, ale – jak we wszystkich familiach na świecie – każdy niesie pewien bagaż doświadczeń i przykrych wspomnień związanych z innymi członkami rodziny. Zdarzają się momenty ciepłe i przyjemne – chociaż w przypadku twojego tekstu dzieją się one poza kadrem, są wspomniane jako przeszłość, do której już nie ma powrotu – ale dominuje w relacjach bohaterów głównie żal i rozgoryczenie. Prawdziwe, ładnie ujęte.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki, Gravel, za tak szybki i miły komentarz.

Przecinek i “by” odstrzelone.

Narracja pierwszoosobowa wkradła się z dwóch powodów: po pierwsze wydawało mi się, że urozmaici trochę opowiadanie, wprowadzi taki fajny twist – jak widać nie zagrało. Po drugie, zawsze strasznie ciągnie mnie do narracji pierwszoosobowej i gdy tylko zbytnio wejdę w opisywaną rzeczywistość i zacznę się w jakiś sposób utożsamiać z bohaterem, to włącza się automatycznie i później często muszę to przerabiać. :)

A z zakończeniem to naprawdę nie wiem co zrobić, żeby nie popaść w banał. Pierdolnięcie, mówisz? Ale ja chyba w to nie potrafię. A chciałbym. smiley

Za resztę komentarza bardzo dziękuję, bo właśnie o to mi w tym opowiadaniu chodziło. Zarówno w warstwie faktograficznej jak i uczuciowej.

Marudzę na to zakończenie chyba głównie dlatego, że miałam nadzieję, iż nie pójdziesz w tę stronę ;) Możliwe, że gdybym nie nastawiała się na nic konkretnego, bardziej by mi pasowało do tekstu. Mogę się też założyć, że wielu osobom się spodoba; samo w sobie nie jest złe.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki, ja zasadniczo lubię marudzenie pod moimi opowiadaniami.

Szczególnie takie. smiley

Trochę się gubiłam w rodzinnych koligacjach, przeleciałam ze trzy razy, zanim udało mi się właściwie poustawiać poszczególne osoby. Z jednej strony ja tak mam, ale z drugiej, ta nagła narracja pierwszoosobowa wprowadziła niepotrzebne zamieszanie. Przez moment myślałam, że to z perspektywy taty.

No do kitu miał chłopak te Wigilie. I to właściwie jedyne, co mogę powiedzieć, bo zostawiłeś mnie w stanie zawieszenia. Nie mam pojęcia, co wybrał Krzysiek, jak się to dalej potoczyło. Jako czytelnik nie potrafię postawić się w jego roli i odgadnąć, co by zmienił. A co za tym idzie, nie wiem do czego właściwie zmierzasz.

Zgadzam się z Gravel, rodzinka fajnie przedstawiona, rozumiem smutek mamy Krzyśka po wyjściu siostry i poczucie winy bohatera. Przypuszczam jednak, że gdyby zdecydował się to zmienić, w pewnym momencie i tak skończyłoby się podobnie, ktoś palnąłby coś, co wkurzyłoby ciotkę Leokadię.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki Irko za przeczytanie i komentarz.

Nikogo z rodziny nie wytnę z opowiadania, wszystkim obiecałem, że tu się znajdą i nie wiem jak wyglądałyby moje święta, gdybym kogoś pominął. wink

Nieszczęsną narrację pierwszoosobową będę musiał chyba zmienić. Jeszcze się waham, ale w notatniku już przerobione.

Jako czytelnik nie potrafię postawić się w jego roli i odgadnąć, co by zmienił.

No właśnie, trudne to jest w takich okolicznościach, co?

Ja potrafię się postawić w jego sytuacji, ale też nie wiem, co bym zmienił. To taki przykład sytuacji ekstremalnej, nie dowiesz jak byś postąpiła, dopóki tego nie przeżyjesz.

Jakże prawdziwe spojrzenie na Święta. Jakże inne od tego, co próbują nam wmówić krzykliwe reklamy, jaskrawo udekorowane centra handlowe, wystawy i sklepy. Jakże dalekie od tej całej świetlistej cudności i upierdliwego brzmienia dzwoneczków.

Wiem, że dla niektórych właśnie ta otoczka stanowi o wszystkim i pomaga wczuć się w klimat Świąt, mnie, niestety, zniechęca całą mocą swej nachalności. Pewnie dlatego bardzo mi się podoba, że Twoi świętujący są zwyczajni, że w ten dzień także towarzyszą im troski i niewesołe myśli, których nie da się przecież ani zapomnieć na jakiś czas, ani nawet odsunąć na kilka godzin z okazji Wigilii.

 

Sio­stry mamy, wi­dząc ich re­ak­cje, co rusz da­wa­ły im do zro­zu­mie­nia… ―> Drugi zaimek zbędny.

 

Wbi­ja­jąc in­ten­syw­nie wzrok ciem­ność za oknem… ―> Wbi­ja­jąc in­ten­syw­nie wzrok w ciem­ność za oknem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Bardzo mi się podoba. Gęsto tu od emocji, ale takich nieświątecznych raczej. Pytania o naszą egzystencję po śmierci w rozmowie ze zmarłym ojcem – dobre. Wigilijna kłótnia rodaków – jakże prawdziwe. Wypadek, który zmienia wszystko – każdy z nas czuje strach na myśl o tym. Miłość, która zamienia się w litość, a potem w obowiązek – straszny dylemat czy zostać czy zostawić. No i koniec – mnie się podobał, bo nie daje odpowiedzi. Może jest to pytanie, co my byśmy zmienili mając taką możliwość. Trudne to sprawy, ale jak w życiu niestety.

 

W tym fragmencie powtórzenie

“– Pozdrowię, pozdrowię. Nie daj się tam zjeść w tej Ameryce. – Klepnął go PONOWNIE w plecy i poszedł dalej.

Rozejrzał się PONOWNIE po sali i zobaczył zmierzającą w jego stronę Dorotę.”

Super. Realistyczne, wyważone i życiowe opowiadanie. Fakt, musiałem robić nawrotki żeby nie pogubić się kto kim jest. Zakończenie, cóż, frustrujące. Ale chyba ciężko żeby było inne.

Bardzo dziękuję wszystkim niedzielnym gościom za miłe słowa.

Reg, poprawki zrobione.

Jakże prawdziwe spojrzenie na Święta.

Takie właśnie chciałem – pokazać święta od strony dorosłych, bo zwykle pokazywane są od tej dziecięcej, wesołej strony.

 

Matko Chrzestna, wielkie dzięki za fajne podsumowanie, ale szczególna wdzięczność za poniższy fragment:

 Gęsto tu od emocji,

Bardzo czekałem na takie słowa, bo to jest to co chciałem przede wszystkim osiągnąć.

 

ANDO, dzięki, że tu zawitałaś i może nawet przeczytałaś i może nawet się spodobało. smiley

 

Łosiot, dzięki;

Realistyczne, wyważone i życiowe opowiadanie.

Nic tylko się rozpłynąć pisać dalej.

Bardzo mi się podobało. Naładowane emocjami, a czytało się lekko. Westchnęłam nawet kilka razy poruszona nieszczęśliwymi przypadkami. Dobrze to rozpracowałeś. Początek i zakończenie tworzą ładną klamrę. Cieszę się, że przedstawiłeś Święta naturalnie, a emocjonalnie zarazem. Szkoda tylko, że bohater miał takie przykre doświadczenia. Nie wiem, jak to ująć: przedstawiłeś normalną Wigilię w nienormalny sposób. ;)

Ładne to. Ładne i smutne.

Polecam do Biblioteczki. 

Powodzenia w konkursie!

Pisanie o emocjach w wyważony i nieprzesadzony sposób, nie jest proste. Chociaż opowiadanie nie porywa fabułą, to przecież nie takie tutaj było jego zadanie. Cel byl prosty: pokazac w nienachalny sposób emocje, związane z tragedią, która spotkała głównego bohatera. Według mnie udało Ci się ro zrobić. Ponieważ jestem fanem tego typu literatury (tj więcej emocji i filozofii, mniej laseru z oka w fantastyce), postaram się o klika. Pozdrawiam Cichy0

SaraWinter, dziękuję za komentarz i kliczka, cieszę się że potrafiłem wreszcie napisać coś co wywołało jakieś wzruszenie. I jeszcze dzięki za możliwość dodania kolejnego cytatu, który cieszy me oczy:

Ładne to. Ładne i smutne.

 

Cichy0, tobie również dziękuję za komentarz i kliczka. Gratuluję osiągnięcia pięćdziesiątki, jeszcze pamiętam, jakie to było przyjemne. smiley

Sympatyczny tekst. Nie rzuca na kolana jak nowina pasterzy, ale czyta się w miarę przyjemnie.

Zgadzam się, że panuje natłok postaci. Gubiłam się w koligacjach.

Pomysł “co byś zmienił w swoim życiu” chyba nie jest nowy.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za komentarz i kliczka.

Nikogo nie chciałem rzucać, przykro mi, jeśli poczułaś się zawiedziona.wink

Cieszę się, że czytało się przyjemnie, pomimo niezbyt oryginalnego pomysłu.

Trochę zbyt stereotypowa ta Leokadia i rzeczywiście zbyt duży natłok koligacji. Opowiadanie podoba mi się, niestety. Szkoda tylko, że nieistniejący zapewne ‘tamten świat’ nie przenika się z naszym – nawet w Wigilę.

Ohouapssie, dziękuję, że przeczytałeś i skomentowałeś.

Polacy to jakaś taka stereotypowa nacja jest – ciotka dewotka, wujek lewak, babcia robi pierogi, kto z was nie ma kogoś takiego w rodzinie?

Zastanowiła mnie konstrukcja “Opowiadanie podoba mi się, niestety.” – to wolisz takie, co Ci się nie podobają? smiley

A “tamten świat” przenika się z naszym. Tylko “tamci” nie mają o czym z nami gadać. sad

Bardzo dobry tekst, widzę w nim pewne punkty wspólne z moim konkursowym opowiadaniem, ale moim zdaniem, Tobie udało się podjeść do tematu w dużo lepszy i z pewnością mniej rozłzawiony sposób :) Przeczytałam z przyjemnością. 

Hello, to ja, Merseyake cool Dobrze wykonane i ciekawe opowiadanie, daję lajka yes Lubię takie filozoficzne dekonstrukcje rzeczywistości, mam tu na myśli wątek wprowadzony przez ojca bohatera. Byłbym ciekaw rozwinięcia pewnych obrazów, ponieważ postać (umownie) zjawy sugeruje ograniczenia poznawcze, ale robi to selektywnie. (Tłumaczy np. pamięć po przejściu zmiany). Z drugiej strony powstałby traktat filozoficzny, a czytelnik od początku otrzymałby zbyt wiele bodźców – eksplozja mózgu gwarantowana. Nie mówiąc już nic o limitach w znakach. Kiedy bohater kłócił się z babcią o in vitro, napadł mnie niepokój, czy opowiadanie nie skorzysta ze zbyt prostych schematów, ale był to fałszywy alarm. Uznałem, że tamta scena współpracuje z resztą.

Myślę, że historia została opowiedziana w wyważony sposób, co też zaliczyłbym na plus. Ujmę to tak: był tutaj emocjonalny balans. Wykonanie językowe wyszło jak dla mnie dobrze, może nawet bardzo dobrze. Przez tekst przeleciałem szybko, chociaż też wracałem do siatki rodzinnej, którą uznałem później jako drugi plan.

Katiu, bardzo dziękuję. Zupełnie nie wiem co powiedzieć, pokażę więc co czuję.

 

Mersayake, dzięki za wizytę i komentarz. Przyznam szczerze, że musiałem trochę powstrzymać ojca, przed rozwijaniem teorii światów równoległych.

Dziękuję za pochwały. Zastanawiam się nad pokazaniem w przedmowie jakiegoś drzewa genealogicznego. laugh

Gravel reklamowała, więc CM przybył. :)

Motyw “co chciałbyś zmienić” stosunkowo prosty, wykorzystywany po wielokroć. Jednak, jak pisałem już nieraz, w motywie ważne jest przede wszystkim, żeby czemuś służył, dopiero później rolę gra jego ewentualna wtórność bądź jej brak. Tutaj służy, jest, jak pisałem, prosty, podobnie jak samo opowiadanie. Z tym, że prosty nie zawsze oznacza zarzut. I tak jest właśnie tutaj, bo też i dajesz temu swojemu tekstowi konkretne obrazy i refleksje do przesłania, więc jakiekolwiek kombinowanie czy komplikacje w opowiadaniu raczej zrobiłyby mu krzywdę niż stanowiły wartość dodaną.

Tekst przesyła konkretne obrazy i refleksje w oparciu o dwa “punkty podparcia”. Pierwszy to rodzina. Drugi – pełne goryczy oblicze świąt. Oba wątki zaraz rozwinę. Natomiast na wstępie zwrócę uwagę na ich cechę wspólną. Prawdziwość. Ta prawdziwość jest tu wartością, bo z jednej strony przesyła wiarygodne refleksje, z drugiej jest w stanie ich bronić niejako za Autora. Autor z czytelnikiem dyskutować już nie musi, bo też, jeśli ktoś będzie próbował podjąć polemikę, znaczyć to będzie nie mniej, nie więc, jak pewną, świadomą bądź nie, próbę zakłamywania rzeczywistości.

Mamy więc ty dwa motywy. Zacznę od rodziny. Rodzina, jak pisałem, jest prawdziwa. Obraz znany, powszechny i, niestety, w tej swojej powszechności niezmienny. Smutne to, bo oznacza niejako taki trochę triumf schematów nad refleksyjnością. Czy ta rodzina u Ciebie jest jednoznacznie zła? Może w jakiś sposób patologiczna? Nie. Jest zwyczajna. A jednak, jak to w święta, próbuje zerwać z tą swoją przeciętnością, neutralnością, przystrojona w wymuszone przez kartkę z kalendarza przesłodzone sztuczne uśmiechy i równie sztuczną życzliwość. Buntująca się przeciwko każdej próbie powrotu do normalności poprzez podjęcie polemiki. Wcale nie jednoznacznie złośliwe. Raczej podkreślające pewne różnice czy to poglądowe, czy na przestrzeni uczuć. Zamiatająca wszystko, co złe, pod dywan, w jakimś takim roboczym, wypracowanym bezmyślnie przekonaniu, że tak trzeba: bo święta. Czas, kiedy jesteśmy jednoznacznie dobrzy. Kochani. Cudowni. Idealni. Na szczęście tylko przez dwa, trzy dni, bo udawać dłużej byłoby już zbyt ciężko.

Masz więc rodzinę prawdziwą i równie prawdziwy, gorzki obraz świąt. Ten obraz jest tutaj czymś w rodzaju “przypominajki”, że święta oznaczają całą paletę odczuć. Te odczucia są mocniejsze, niż w innych okresach, ale to nie zawsze jest pozytywne. Bo tak, jak korzystając z pretekstu świąt możemy, w gronie rodzinnym, zamieść dowolną ilość problemów pod dywan – co w praktyce może też oznaczać czas przyjemnej beztroski, tak samo wszystkie negatywne elementy życia, braki, potrzeby, wybrzmiewają w tych dniach szczególnie. Bo zamieść pod dywan można coś, co istnieje. To, czego nam brakuje, co straciliśmy, do zamiecenia jest niemożliwe. To będzie w święta uwierało szczególnie, bo, gdybyśmy tylko to mieli, właśnie ten okres dostarczałby nam największej radości.

Pozytywów w tym opowiadaniu, mimo gorzkiego brzmienia, jest sporo. Tym nie mniej, przez zwykłą uczciwość, muszę podkreślić, że jest to tekst przyzwoity. Bo tak, jak ciężko bezpośrednio się czegoś czepiać, tak trzeba pamiętać o dwóch ważnych sprawach. Wydźwięk tekstu bardziej wynika z otaczającej nas rzeczywistości niż z kreacji Autora. Ta prawdziwość jest tu trochę bronią obusieczną. Bo tak, jak wiarygodność tekstu nie pozostawia czytelnika obojętnym, tak przejmujemy się właśnie bardziej tą rzeczywistością niż historią przedstawioną w opowiadaniu.

Druga ważna sprawa to jednak pewna powszechność tej historii. Ta powszechność, jak pisałem powyżej, nie powinna być zarzutem, bo też i ma swoją rolę. Ale też z górny należy pamiętać, że w wyniku owej powszechności tekst nie wybije się ponad przyzwoitość. Bo zwyczajnie nie ma “z czego”. Brakuje tu jednego czy dwóch elementów, dzięki którym można powiedzieć: No tak, to nie tylko obraz wyjęty z życia, ale coś więcej. Obraz bogatszy, bo wsparty pewną kreatywnością, która jednak przedstawia ten nasz ułomny w swojej umownej prostocie świat w innych szatach, barwach, okolicznościach, scenerii.

Jest więc to opowiadanie przyzwoite. Naprawdę przyzwoite, a przy okazji okazjonalne – czyli takie, które świetnie wybrzmiewa w danym okresie, ale na dłużej w pamięć nie zapadnie. W innym okresie może też przejść niezauważone. Czy to źle? Nie. Bo nie jest rolą każdego tekstu zachwycać, imponować kreacją, pretendować do piórek. Czasem trzeba prościej. Bez przesadzonych ambicji, za to z konkretnym przesłaniem. I tak właśnie odebrałem to Twoje opowiadanie. A że czytałem z zainteresowaniem, to można wywnioskować z długości komentarza. :)

Kończąc, poświęcę może jeszcze zdanie wspominanej już refleksyjności. Bo też, choć prezentujesz w opowiadaniu obraz gorzki, to jednak wcale nie on wybrzmiewa w tym tekście najmocniej, ale płynąca z niego, prosta, acz koszmarnie ponura refleksja. Prezentujesz obraz dobrze znany, wałkowany po raz tysięczny. Tyle samo razy wyciągamy z niego swoje wnioski i refleksje. A na końcu i tak robimy to, co zwykle.

Tyle ode mnie.

Pozdrawiam. 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Niesamowity CM-ie, bardzo dziękuję za Twój, jakże imponujący komentarz. Czuję się zobowiązany godnie na niego odpowiedzieć, jednakże dzisiaj czasu na to nie znajdę – może w nocy, a na pewno jutro odniosę się do Twojej wypowiedzi.

Spokojnie, nie “poli się”. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

W pierwszym momencie sądziłam, że to smutne spojrzenie na święta. Teraz nie mogę się zdecydować. Czuć, że mimo jakichś rodzinnych waśni mają dla Krzyśka niebagatelne znaczenie.

Z czystej ciekawości muszę spytać: czy gdybyś miał dopisać jeszcze jedno zdanie, wiedziałbyś, co odpowie Krzysiek? Podjąłeś tę decyzję? Zawsze zastanawia mnie, czy zostawiając tak otwarte zakończenie autor ma jednak konkret na myśli, nawet jeśli nie chce go podawać czytelnikom. (Żeby była jasność: nie chcę usłyszeć tego konkretu, jedynie czy on w Twojej głowie istnieje.)

Zostaw ten żyrandol.

Verus, to jest smutne spojrzenie na święta. sad 

Jest Wigilia a Krzysiek jest sam, no jak byś się czuł na jego miejscu?

Nie, nie mam pojęcia co Krzysiek odpowiedział. Teoretyzowanie typu “co byś zrobił gdyby”, jest bezsensowne wtedy, gdy dotyczy sytuacji ekstremalnych. Nie dowiesz się inaczej jak tylko w praktyce – nikomu nie życzę.

 

CMsad

– zakupy

– gotowanie

– sprzątanie

– pakowanie prezentów

– czwarty odcinek Wiedźmina

– przejrzeć NF

– spać

Czy jestem usprawiedliwiony?

 

Nie jesteś, Fizyku xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Widzę, że na razie królują raczej pesymistyczne teksty. Zgadzam się z poprzednimi komentarzami, że jest tu dużo goryczy, życiowych tragedii i niesnasek. Główny bohater ma sytuacje nie do pozazdroszczenia. Czytało się dobrze, podobał mi się fragment z opisem wyglądania przez okno – dwa światy. Ja akurat nie gubiłam się zbytnio w koligacjach rodzinnych (a przynajmniej szybko się odnajdywałam). Narracja pierwszoosobowa również mi nie przeszkadzała, sama lubię tak pisać.

 

Powodzenia w konkursie :)

Czy jestem usprawiedliwiony?

CM pragnie uprzejmie poinformować, że ze względu na szereg argumentów oraz okoliczności łagodzących wniosek o usprawiedliwienie rozpatrzono pozytywnie. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Myślałam, że wstawiłam komentarz, a teraz go nie widzę, tylko jedną żartobliwą uwagę.

Przepraszam za gapiostwo. I szybko przeklejam:)

Opowiadanie mi się podobało, również przez to, że jest inne niż Twoje dotychczasowe. Piszesz o ludziach, ich wspomnieniach i wszystko to mogłoby się zdarzyć. Prawdziwe. Cenię je za brak psychopopowych skrótów. Motyw fantastyczny jest mi bliski.

Ładnie jest też napisane. 

Gdyby miała się czepiać to uczelnianej Wigilii. Dużo tam się dzieje, postaci, spraw. Nad tym można byłoby się zastanowić.

pzd srd :)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Raz jeszcze CM-ie dziękuję za bardzo obszerny komentarz.

Mam wrażenie, że jest on bardzo dyplomatyczny w sensie takim jak TUTAJ.  wink

 

Pozwolę sobie streścić w kilku słowach, jak ja rozumiem Twoją ocenę:

Opowiadanie jest oparte na prostym pomyśle, historia jest niezbyt oryginalna a wykonanie przyzwoite.

Pomimo usilnych prób osłodzenia tego werdyktu, nic nie jest w stanie zmienić jego wymowy. Ja, jako autor, mogę tylko zgodzić się z taką opinią i ją zaakceptować, ponieważ po pierwsze, takie masz prawo jako czytelnik, a po drugie jest to opinia zapewne dość bliska prawdy. Czułbym się jednak trochę nie w porządku, gdybym poniechał przedstawienia kilu swoich uwag.

 

Po pierwsze, wolałbym Twoją opinię wyrażoną bardziej wprost, bez tak wielu tłumaczeń. Ja wiem, że taki masz styl w swoich komentarzach, ale tym razem, chyba za bardzo chciałeś być miły. (Tutaj ja muszę podążyć Twoją ścieżką i dodać, że wolę abyś taki okraszony zastrzeżeniami komentarz napisał, niż gdybyś miał go nie napisać wcale). Doceniam Twój wysiłek i jednocześnie proszę o wpisanie fizyka na listę użytkowników z twardą dupą. smiley

 

Po drugie, nie mogę się zgodzić z Twoją tezą o dwóch “punktach podparcia” tego opowiadania. 

Pierwszy to rodzina. Drugi – pełne goryczy oblicze świąt.

 To zupełnie nie tak. W moim zamyśle jedynym filarem tego opowiadania jest miłość i jej różne oblicza. Wiem, że pisząc to przyznaję wprost, że nie jest to dobre opowiadanie, ponieważ nie potrafiłem w nim przekazać tego co chciałem w zrozumiały dla czytelnika sposób.

Z drugiej jednak strony, mam wrażenie, że na Twojej interpretacji całego opowiadania, zaważyła głównie scena z ciotką Leokadią, że pozostałe dwie sceny (w zamyśle autora dużo ważniejsze) zostały przytłoczone przez, jakże stereotypowo, pokazane święta i rodzinne swary przy stole wigilijnym. Tak, wiem, sam jestem sobie winien. To ja wywołałem temat światopoglądowo-religijny i wtłoczyłem opowiadanie w gorset stereotypu. Mogłem wymyślić cokolwiek innego – nieoddaną pożyczkę, uwiedzioną szwagierkę, dom otrzymany w spadku a sprzedany bez wiedzy rodziny – no cokolwiek. Ale nie wymyśliłem, poszedłem na łatwiznę i zbieram tego owoce. W moim zamyśle, w tej scenie ważny był efekt końcowy – przez swoje egoistyczne zachowanie Krzysiek krzywdzi osobę, którą kocha i przez następne lata ponoszą oni konsekwencje tego zachowania.

W drugiej i trzeciej scenie jest podobnie – kochane przez niego osoby są krzywdzone, jedna przez los, druga przez wewnętrzne rozterki czy też poczucie odpowiedzialności bohatera. To kim Krzysiek jest teraz, zdeterminowane jest przez wybory dokonywane przez niego, lub innych – Krzysiek mógł nie wspomnieć o Chrystusie in-vitro, kierowca mógł jednak zatrzymać się na czerwonym świetle a poczucie winy wobec Alicji mogło być odrobinę słabsze. W każdym takim momencie powstają alternatywne światy. Jak potoczyło by się jego życie, gdyby te wybory były inne? 

 

I po trzecie, bardzo doceniam wszystkie pozytywne uwagi:

Bardzo dziękuję za wyeksponowanie “prawdziwości” tej opowieści. To ważne dla mnie, bo chciałem, aby tak to właśnie wybrzmiało, szczególnie w warstwie emocjonalnej. Tym bardziej cieszy, że wszystkie zdarzenia opisane w opowiadaniu są jak najbardziej fikcyjne (z wyjątkiem mojego upodobania do siadania na parapecie).

Cieszy mnie również, że czytałeś z zainteresowaniem, co można wywnioskować z długości Twojego komentarza. smiley

 

Dziękuję i czekam na Twoje komentarze pod moimi następnymi opowiadaniami.

Monique.M – dzięki za komentarz, cieszę się że dobrze się czytało i że pierwszoosobowa narracja nie przeszkadzała. Założyłem, że po trzeciej negatywnej uwadze na ten temat, zmienię ją na konsystentnie trzecioosobową, ale nie było potrzeby.

Asylum – Tak właśnie chciałem, napisać inaczej, napisać emocjonalnie i uczuciowo. Szkoda mi tej ostatniej sceny, jest równie ważna jak pozostałe, a przez fakt, że jest na końcu, może nawet jest najważniejsza, Miała w zamyśle wieńczyć dzieło.

Cieszą komplementy – dziękuję.

Mam wrażenie, że jest on bardzo dyplomatyczny

A tutaj Cię zaskoczę, bo… wręcz przeciwnie. W ogóle nie ma tu dyplomacji. Raczej panuje taka nieudolna chęć zapanowania nad odpowiednim wydźwiękiem komentarza, co rzadko wychodzi tak, jakby się chciało.

U mnie dyplomacja wygląda nieraz tak, że oczywiście wskazuję pewne niedociągnięcia, ale stosując pewne żartobliwe wstawki, jakąś potoczną mowę, itp. A przede wszystkim poprzez słowa typu: widziałbym, oczekiwałbym, liczyłem, rozwinąłbym, itd.

Pozwolę sobie streścić w kilku słowach, jak ja rozumiem Twoją ocenę:

Opowiadanie jest oparte na prostym pomyśle, historia jest niezbyt oryginalna a wykonanie przyzwoite.

Nie do końca tak. To znaczy: opowiadanie jest oparte na prostym pomyśle, historia jest niezbyt oryginalna, a wykonanie dobre.

I dopiero te wszystkie elementy składają się na końcową ocenę: przyzwoite. 

 

Widzisz, z tym moimi komentarzami to jest tak. Ja spisuję emocje i odczucia. Przed napisaniem opinii biegnę sobie raz jeszcze wzrokiem przez tekst i czekam na pojawiające się wspomnienia typu: na to zwróciłeś uwagę, to zrobiło na tobie wrażenie, koniecznie wspomnij o tym elemencie, bo on mocno wpłynął na odbiór opowiadania…

Takie spisywanie odczuć ma tę jedną zasadniczą wadę, że często jest szalenie chaotyczne i ciężko nad tym zapanować, bo też wydźwięk końcowy opinii nieraz jest kompletnie różny od tego, co czułem.

Dobra, najlepiej na konkretach.

Kiedy spisywałem swoje odczucia, było wiele obrazów, czy elementów, które na mnie działały i to w sposób ewidentny, który trzeba było podkreślić. Efekt był taki, że powstawał dość długi komentarz wskazujący poszczególne zalety opowiadania. jego wydźwięk był tak jednoznacznie pozytywny, że właśnie aż raził tą “pozytywnością”, co mogło przywodzić na myśl daleko posuniętą dyplomację. Co ciekawe, było to komentarz uczciwy, bo wszystko co czułem i spisywałem było zgodne z prawdą. Tych wszystkich spraw typu: historia jest prosta, nie ma nic nowego… nawet nie chciałem wspominać, bo przecież wiemy to obaj. Ja wiem, że (podobnie jak inni) wybrałeś proste motywy, celem przekazania konkretnych obrazów i refleksji. Ty również to wiesz. Dlatego nie czułem nawet potrzeby, żeby o tym wspominać. Słowem, opowiadanie jest świątecznie uproszczone, i jako takie, sprawdza się bardzo dobrze. Robotę wykonałeś jak trzeba. 

Tylko, jak wspominałem, pomijając z początku sprawę tej prostoty opowiadania, wyszedł taki komentarz o charakterze mocno pochwalnym, jakbym komentował co najmniej tekst piórkowy. Dlatego te wszystkie wstawki o brakach, prostocie miały pełnić formę takiej “przypominajki”. Wiem, że to prosty tekst świąteczny o określonych założeniach, jako taki go oceniam, i jako taki sprawdza się dobrze – to jest, przemyca w sobie to, czego bym od niego wymagał. Natomiast oceniając w ten sposób, muszę też określić, jak spoglądałem na tekst, żeby było wyraźnie widać, że nie bawię się w dyplomację, tylko oceniam opowiadanie pod konkretnym kątem i z konkretnej perspektywy.

Widzisz, że nawet wyjaśnienia do tego komentarza są mocno poplątane. :) Czasem naprawdę ciężko sklecić opinię tak, żeby z jednej strony przekazać wszystko, co się chciało, z drugiej zaś, zachować w nim właściwe odczucia. :)

No, to krótko, żeby te odczucia były jasne: dla mnie to opowiadanie biblioteczne, mniej więcej na tym poziomie, co Irki. Jest proste, bo tak wszyscy podeszliśmy do konkursu i takich też tekstów oczekiwałem. Ma swoje założenia, mocno wpisuje się w temat konkursu i przemyca to, co przemycić powinno.

Poziom “przyzwoity” tego opowiadania polega na tym, że poza konkursem mogłoby być zbyt proste. Ale też poza tym konkretnym konkursem też pisałbyś zapewne inaczej, budując określony świat jak w “Psokotach”, czy bawią się formą, jak przy okazji”Lokomotywnika”.

Gdyby ten mój bełkot wyjaśniający był niejasny, to będę go jakoś uzupełniał. Tym nie mniej bełkot ów wydaje mi się ważny, bo wydźwięk mojego pierwszego komentarza kompletnie nie oddaje tego, co rzeczywiście czułem i sądziłem. :)

Do pozostałych elementów odniosę się szerzej wieczorem lub jutro. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki CM-ie, Twój bełkot wyjaśniający jest jak najbardziej jasny – wiem już gdzie szukać dyplomacji w Twoich komentarzach. Bardzo to miłe, gdy ktoś wspomina moje poprzednie teksty, szczególnie w taki sposób, w jaki Ty to zrobiłeś. Dziękuję i czekam na dalszą część. smiley

 To zupełnie nie tak. W moim zamyśle jedynym filarem tego opowiadania jest miłość i jej różne oblicza.

Opowiadania tak, natomiast fundamenty budowania odczuć są dwa. Przynajmniej w moim przypadku. 

Opowiadanie, jako całość, może być oparte na miłości jako konkretnym terminie, zagadnieniu. Natomiast same odczucia, tak sądzę, budowane są poprzez obrazy bądź słowa. Najczęściej. Nie chce się tu wymądrzać, bo piszę wyłącznie o sobie. 

Te dwa punkty podparcia, to pisząc w skrócie, te obrazy, które pobudzając wyobraźnię, prowokują konkretne odczucia i refleksje. Miłość sama w sobie obrazem jeszcze nie jest. Trzeba ją pokazać. I w moim odczuciu pokazywałeś ją na rodzinie i prawdziwym (w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu) obrazie świąt. Stąd moja uwaga o dwóch punktach podparcia. Natomiast podkreślę jeszcze raz: ta uwaga dotyczy wyłącznie moich odczuć. Każdy, co nieuniknione, może mieć te odczucia różne, więc i różne będą dla niego te punkty podparcia.

Z drugiej jednak strony, mam wrażenie, że na Twojej interpretacji całego opowiadania, zaważyła głównie scena z ciotką Leokadią

Pełna racja. Przyznaję się bez bicia. :)

Pisałem, że opowiadanie jest prawdziwe. Autentyczne. Owa prawdziwość to ma do siebie, że mocno działa na emocje. Słowem, dany obraz czy scena, jeśli wzbudzi w tobie konkretne, wyraziste odczucia, potrafi przysłonić nieco całą resztę. Nie w pełni, ma się rozumieć. Czytasz dalej i walczysz nawet z tym konkretnym odczuciem, wywołanym jedną tylko sceną. Ale jest to walka z góry skazana na porażkę. Nie wygrasz z odczuciami. Wiem, bo nie pierwszy raz mnie tak znosi. Podkreślam to celowo, z pełną premedytacją, bo jest i w tym zawarty taki bardzo konkretny wniosek, a mianowicie: prawdziwość ma to do siebie, że czasem, jeśli trafisz na taki szczególnie dający do myślenia obraz (szczególnie dla ciebie, nie dla ogółu) to on przykuje mocniej twoją uwagę i nic z tym nie zrobisz. Zdarzało się, że znosiło mnie tak i przy opowiadaniach piórkowych, więc tutaj autor czy autorka nic już nie może poradzić. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję CM-ie.

W ostatecznym rozrachunku, liczą się wrażenia i interpretacje czytelnika, a jeśli są zbieżne z intencjami autora to znaczy, że dobrze dobrze to napisał. Tutaj jak widać nie do końca się udało, ciągle brakuje wyobraźni i warsztatu. Może za rok? smiley

Dobry tekst. Wciągnął, co w stosunku do mnie dzieje się rzadko jeśli chodzi o obyczajówki. Przedstawiasz bowiem mocno gorzki, ale bliski prawdziwości. Z jasnymi i ciemnymi sprawami. I ta część wypada najlepiej.

Z kolei elementy fantastyczne to ładna klamra, podsumowanie tego, co widać w sferze obyczajowej. Taka kropka nad “i”.

Tak więc koncert fajerwerków na plus. A nawet wciągnął, co nieczęsto dzieje się ze mną przy obyczajówkach. Niech to o czymś świadczy ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za miłe słowo NWM-ie. 

<… fizyk lekko się rumieni i dyga jak panienka z dobrego domu…>

Cieszę się, że tekst wciągnął Cię aż dwa razy. wink

Ładne :)

Przynoszę radość

Dziękuję za przyniesioną radość. :)

swoją

Zbędny zaimek.

była samotnie celebrowana

W zasadzie nie można świętować samotnie, ale rozumiem, o co Ci chodzi. Tylko "celebrowanie" odnosi się do świąt bardziej oficjalnych, publicznych, nie do rodzinnej Wigilii.

w obliczu śmierci celebracja narodzin i nowego życia działała na nich irytująco

To jest nieznośnie zadęte (znów ta "celebracja", i to jeszcze przy swojskim "tacie") i łopatologiczne jak nie wiem.

swoim zachowaniem

A czym innym?

trwaliby w takim niedopowiedzeniu

Sama nie wiem…

Odgonił wspomnienia.

Nie potrzebujesz tego mówić explicite.

a ta wciągnęła go jak zwykle w swoje objęcia

… łał. Ciemność, czy szyba?

nocną godzinę, kiedy miasto śpi

Jedną godzinę?

monumentalne dźwięki

Nie jestem melomanką – może dlatego to nie wydaje mi się sensowne.

ciemność nocnego miasta z jego absolutną obcością

Dwie ości, i o co w sumie chodzi? Muszę wydłubywać sensy jak rodzynki łyżeczką.

czuł się jak na krawędzi dwóch światów

Sami na to nie wpadniemy…

ukryć w swoim wnętrzu

Znaczy co, połknąć?

Wbijając intensywnie wzrok w ciemność za oknem, bał się

Jak wbijanie wiąże się ze strachem? Bo chyba najpierw się bał, i dlatego wbijał, nie?

Tylko jedną rzecz

Anglicyzm. Tylko jedno.

Śmierć w tym świecie jest ostateczna, bo jest wyborem Boga.

O ile wybory Boga są, według teologii, niezmienne, to nie wynika z tego, żeby jakieś zjawisko, choć zarządzone boskim wyrokiem, musiało być ostateczne.

Kiedy umierasz, przestajesz być człowiekiem.

Dlaczego niby? Owszem, przestajesz być jednością psychofizyczną (tymczasowo, do zmartwychwstania) tak, bo nie ma już physis, ale dlaczego człowiekiem?

tak jak był kilka minut temu

Tak, jak parę minut temu. "Był" zaraz powtarzasz, a obejdzie się bez niego.

ogarnął wzrokiem

Zbyt wysokie.

Myśli rozsadzały Krzyśkowi głowę, emocje targały sercem, ale rozum nakazał zignorować wszystkie banalne pytania.

I nie możesz tego pokazać? I – "zignorować" to anglicyzm.

stajesz się bytem

Byt to to, co istnieje. Człowiek już jest bytem. Tylko niebyt nie jest bytem (ach, te zajęcia z ontologii XD)

To nie było przeczenie zamykające temat

Mało naturalne.

pojęć w twoim języku

Pojęcia są w myślach, nie w języku. Szyk: w twoim języku nie ma słów, które…

Znowu twoje słowa

Znowu, twoje słowa.

Nie jestem ci w stanie odpowiedzieć.

Nie jestem w stanie ci odpowiedzieć.

Byty się nie spotykają. Byty mają świadomość swojego istnienia, byty się przenikają, przemierzając dostępne im wymiary wszechświata.

… what? Jeśli to miała być demonstracja, że o tym nie da się opowiedzieć, to się udało.

Większość przy stole

Większość obecnych przy stole.

Wiadomo, że ciotka Leokadia potrafiła zrugać

Wiadomo, że ciotka potrafi; albo wiedzieli, że ciotka potrafi.

Chwilę później trochę się jednak skrzywił, gdy poczuł mocne kopnięcie w kostkę.

W sumie dałoby się to skrócić.

poszukując

Ciut wysokie.

Temu

"Jemu" brzmiałoby lepiej.

nie zdając sobie sprawy z tego, czym

Nie zdając sobie sprawy, czym. Zdawać sprawę z czegoś, to składać raport.

to nie wydaje ci się, ciociu, że Jezus mógł być właśnie takim dzieckiem z probówki?

W jaki sposób niby? Maszyna czasu? Rozumiem, że facet chce rozdrażnić wkurzającą ciotkę, i że nie musi w tym być logiczny, ale pozostaje faktem, że nie jest.

zaczął żałować

Anglicyzm. Pożałował.

konsumowany właśnie

Domyślilibyśmy się.

już

Zbędne.

Tak biorąc na rozum

Credo, quia absurdum :)

swym

Zbędne.

Ciotka

Małą literą, to nie imię.

dewota

Dewotka.

w czwórkę

We czwórkę, to kwestia wymowy.

Lulajże Jezuniu

Lulajże, Jezuniu. Wołacz w tytule pozostaje wołaczem.

spędziła z nimi

A nie – z nami?

w dziwny sposób

Czemu nie "dziwnie"?

tak żeby

Tak, żeby.

zobaczyłem, że Alicja dyskretnie odebrała i przeczytała SMS-a

C.t. – odbiera i czyta.

dalej ciągnąć

Wystarczy "ciągnąć".

Od dawna już święta nie były świąteczne. I jakiś palant postanowił to zmienić,

Znaczy, tę nieświąteczność? Nie rozumiem.

nie wiadomo ilu

Nie wiadomo, ilu.

swoją

Obejdzie się bez tego.

szepnął mu do ucha Darek

Komu? Przecież nie dziekanowi.

Perspektywa zbliżających się świąt raczej go przygnębiała, a sukces, którego tak wielu mu zazdrościło, wcale tak bardzo nie cieszył.

Łopatologiczne trochę.

coś fajnego w życiu trzeba robić

Szyk: coś fajnego trzeba w życiu robić.

wpatrywała się intensywnie w swój kieliszek

Jakoś… sama nie wiem. Trochę dużo tu tych kieliszków, ale w końcu impreza.

, nie pozwalając dokończyć

Zbędne, po to przecież się wchodzi w słowo.

Wiesz dlaczego

Wiesz, dlaczego.

zawalcz

Brzydki kolokwializm, choć w dialogu ujdzie.

miłość, jak alkohol z otwartej butelki, ulatniała się powoli, aż zostało tylko poczucie obowiązku

Czym jest miłość? (Pytanie retoryczne, nie odpowiadaj, bo utkniemy do przyszłego roku.)

tylko że

Tylko, że.

bowiem

Psuje mi to rytm.

będziesz miał wiedzę

Do krętka bladego, będziesz wiedział. Piszmy językiem literackim, nie urzędowym.

nie znajdziesz nic

Niczego.

wspomnienia, (…) „Urojenia

Rym.

 

Język cokolwiek niezgrabny – z początku pretensjonalny, potem jest dużo lepiej. W przeciwieństwie do ogółu nie miałam kłopotu z relacjami między postaciami (no, przez chwilkę, ale się szybko wyklarowało). Fabuła… no, jest, tylko, że trochę od końca, bo nie tyle doprowadza bohatera do rozwiązania, co wyjaśnia jego decyzję. Chociaż jej nie poznaliśmy. Ale nie musieliśmy. Myślę, że tekst straciłby na takim domknięciu, przynajmniej o ile byś go sporo nie przedłużył i nie pokazał konsekwencji wyboru (wyborów?).

Szczerze mówiąc, niespecjalnie mi się podoba kolejny literacki portret człowieka nieszczęśliwego, dziwnym trafem w ten sam sposób, to wszyscy inni sportretowani (a może to jest jedyny sposób?), ale to już kwestia gustu.

Narracja pierwszoosobowa wkradła się z dwóch powodów: po pierwsze wydawało mi się, że urozmaici trochę opowiadanie, wprowadzi taki fajny twist – jak widać nie zagrało.

Nie, niespecjalnie. Owszem, przybliża bohatera – ja w ogóle zrobiłabym to wszystko w pierwszej osobie – ale takie nagłe przybliżenie powinno być jakoś uzasadnione, a nie widzę, żeby było.

Polacy to jakaś taka stereotypowa nacja jest – ciotka dewotka, wujek lewak, babcia robi pierogi, kto z was nie ma kogoś takiego w rodzinie?

… ja?

W moim zamyśle jedynym filarem tego opowiadania jest miłość i jej różne oblicza

Hmm. Miłość na pewno gdzieś tu błyska, ale czy ją widać?

przez swoje egoistyczne zachowanie Krzysiek krzywdzi osobę, którą kocha i przez następne lata ponoszą oni konsekwencje tego zachowania.

Mogłeś to jednak jaśniej pokazać. Bo skrzywdził matkę tym egoizmem, pewnie – ale nie widzimy tego konsekwencji (jej cierpienia), załatwiasz je skrótowo. Alicji przecież nie skrzywdził – już bardziej ona jego odrzuciła. A Dorota? Konflikt lojalności? Jak miał wybrać, kogo porzucić?

Miłość sama w sobie obrazem jeszcze nie jest. Trzeba ją pokazać.

Nic nie jest samo w sobie swoim własnym obrazem. Zgadzam się, trzeba rzeczy pokazywać za pośrednictwem innych rzeczy.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Tarnino, dzisiaj tylko podziękowania za nalot (wielkich zniszczeń nie widzę). Poprawki i dyskusja w miarę możliwości jak najszybciej. laugh

Gorzkie spojrzenie na święta. Za największy atut tego tekstu uważam jego “życiowość”. Tu nic nie zostało wymyślone na siłę, mamy prawdziwych ludzi z prawdziwymi problemami. Postać ojca ciekawie dopełnia dylematy (i może trochę poczucie winy) bohatera.

Dobrze, że nie przesadziłeś z emocjami, wydają się doskonale wyważone, a przez to – wiarygodne. Postawiłeś na zakończenie otwarte. Myślę, że w tym tekście takie rozwiązanie pasuje do treści. Nie udało mi się namierzyć autora wiersza rozpoczynającego opowiadanie. Czyżby to było również Twoje dzieło?

Dzięki ANDO za piękną laurkę. Tak właśnie chciałem, żeby to opowiadanie zostało odebrane. Szkoda że brakło… no właśnie, czego w nim brakło?

Co do wiersza, czyżby się spodobał?

Tak to moje młodzieńcze dzieło i było punktem wyjścia do napisania tego opowiadania.

Szkoda że brakło… no właśnie, czego w nim brakło?

Jak napisałam w wątku z wynikami konkursu, różnice w punktacji wzięły się z miejsc, które teksty zajmowały u każdego z jurorów. Dlatego też moja opinia to tylko połowa ogólnej oceny.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, zmniejszyłabym liczbę osób, czasem trudno mi było zorientować się w powiązaniach pomiędzy nimi.

Ogólnie, nie oceniałabym opowiadań konkursowych w kategoriach: czegoś zabrakło, coś nie wyszło. Raczej: który pomysł i wykonanie bardziej przypadły do gustu jurorkom.

Co do wiersza, czyżby się spodobał?

Tak, podobał się. :)

Dzięki ANDO, ja się nie skarżę, tak sobie pomyślałem, że może czegoś się dowiem na przyszłość.

Fajnie, że zahaczyłaś o wiersz, nikt do tej pory nie zwrócił na niego uwagi (a jeśli zwrócił, to nie dał znać).

Widać jak następujące po sobie zdarzenia wpływają na życie bohatera i to mi się w tym tekście bardzo podobało. Mnie samo w sobie zakończenie nie rozczarowało i cieszę się, że żona bohatera nie zmarła. Przez to to wszystko wydaje się bardziej prawdziwe. Zagrało mi na emocjach. Gratuluję wyróżnienia.

Dziękuję za udział w konkursie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo się cieszę Morgiano, że zagrało na uczuciach, bo taki był mój zamiar podczas pisania. 

Dzięki za komentarz i wkład w wyróżnienie. :)

fizyk111 super opowiadanie, takie życiowe, widzę, że jesteś mądrą osobą.

 

Pozdrawiam!

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Dzięki Dawidzie za odwiedziny i miły komentarz.

Nowa Fantastyka