- Opowiadanie: Łosiot - Kiedyś to były Święta

Kiedyś to były Święta

UWAGA: Tekst poprawiony po komentarzu Realuca (dzięki dobry człowieku) – miedzy innymi wyleczony z wszystkozy i byłozy :)
 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kiedyś to były Święta

Rany, ale byłam szczęśliwa! Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam, zaplanowałam, a na koniec – zrealizowałam, co wymagało sporo wysiłku. Tego dnia rozpierała mnie duma, bo udało mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik. 

A przecież było tak mało czasu na przygotowania (człowiek wiecznie zabiegany); przecież wszystkim zajęłam się sama (Henry ma gdzieś te sprawy, a dzieciaki, cóż, wolą przyjść na gotowe); a w dodatku nie bardzo mogłam poszaleć (krucho u nas z pieniędzmi); naprawdę dałam radę. 

 

Dom był pięknie oświetlony, wieczorem wyglądał cudownie, jak z baśni! Dałam tylko i wyłącznie złote lampki, ale, ponieważ było ich bardzo wiele, pokryły go lejącą się siecią błyszczącego jedwabiu. Takie same welony z lampek narzuciłam na rosnące w ogrodzie świerczki, wyglądały jak świecące na złoto panny młode! Zrobiłam garść fotek domu z zewnątrz, wyszły świetnie.

 

Salon: posprzątany, czysty i wystrojony. Wszędzie, gdzie się dało, poukładałam świąteczne dekoracje, ozdóbki i bibeloty. Różnie się teraz robi. Wiem, że modne są wystroje bardzo nowoczesne, widziałam takie proste, oszczędne aranżacje i niezbyt mi się podobały. Może i nie jestem zbyt oryginalna, ale wybrałam tradycyjną czerwono-zieloną kolorystykę ze złotymi akcentami. W tym samym stylu przybrałam choinkę: sięgającą sufitu kształtną jodłę obwieszoną bombkami i łańcuchami tak gęsto, że prawie nie widać było igieł i gałęzi; tak kiedyś stroiło się choinkę w domu u moich rodziców. Sporo pracy, ale warto, takie choinki są najpiękniejsze. 

 

Co jeszcze? Zapach. Nie ma atmosfery świąt bez tej mieszanki woni korzennych przypraw, bigosu, pieczonej ryby czy gotowanego barszczu. W każdym domu inna, ba, każdego roku różniąca się od tej z roku poprzedniego, ma jednak w sobie jakąś bazę, wspólną część, to właśnie zapach Świąt. W tym roku wypełniał cały dom. 

 

Wreszcie, świąteczny stół. Wybrałam prostą, białą zastawę i zwykłe sztućce (bardziej eleganckie są okropnie drogie, a przecież i tak mało kto zwraca na nie uwagę). Przy każdym nakryciu serwetka, maleńki stroik z gałązki świerku, pękate kielichy na wino. Ustawiłam też kilka pojedynczych świeczników, bo nic tak nie przydaje wytworności świątecznemu stołowi, jak blask świec. Butelki Coca-Coli ustawiłam na środku. Musiały być w widocznym miejscu, to raz. A dwa – nie ma Świąt bez Coli, co nie? Pstryknęłam kilka zdjęć i nakręciłam kilka krótkich filmików.

 

Gdy uznałam, że wszystko jest gotowe, wezwałam domowników. Pojawili się momentalnie, wszyscy naraz, co było bardzo miłe, bo z reguły trudno z nimi cokolwiek załatwić bez krzyku. 

Najpierw zmierzyłam każdego wzrokiem. Henry i chłopaki wyglądali bardzo dobrze. Świąteczne swetry z reniferami, fryzury, białe zęby, Henry jakby szczuplejszy, no szok! Nie miałam się do czego przyczepić. Uśmiechnęłam się do nich, a wtedy oni do mnie, z wyraźną ulgą. 

– Kochanie, jak tu pięknie – rzekł Henry, przerywając wydłużającą się, nieco niezręczną ciszę. – Musiałaś się bardzo napracować. 

– Dziękuję. Bez przesady z tym napracowaniem. Kochani, wyglądacie świetnie.

– Mamo, wyglądam w tym swetrze jak pajac! – rzucił oskarżycielskim tonem, lecz z uśmiechem na twarzy nasz młodszy. – Ała, nie kop mnie! – dodał jadowitym tonem, patrząc na Henry’ego, który stał obok, bez ruchu 

Puściłam to mimo uszu, nie zamierzałam pozwolić na to, żeby dziś ktoś mi zepsuł nastrój. 

– Siadajcie, kochani. – Wskazałam im stół. – Zrobimy sobie kilka rodzinnych zdjęć, dobra?

Nikt nie westchnął, nie przewrócił oczami, niesamowite. Zrobiłam fotki i parę dłuższych ujęć nas, siedzących przy stole, w tle choinka, przystrojony salon, zastawa stołowa praktycznie niewidoczna, w przeciwieństwie do butelek Coli. Przejrzałam szybko pliki – dobra robota. 

 

Zaczęliśmy od barszczu z uszkami, potem mieliśmy pieczoną rybę, na koniec ciasta – w tym oczywiście, piernik. Henry wciąż wszystko chwalił, wiem ile go kosztowało, żeby brzmieć choć trochę autentycznie. Chłopcy niewiele się odzywali, z ich twarzy nie schodził uśmiech, zasłona dla nieobecności. Ale przecież choć cząstka ich uwagi to i tak dużo. Niech tam sobie robią co chcą, wiem, że się starają. Co jakiś czas robiłam kolejne zdjęcia i dokręcałam filmiki. 

 

Posiedzieliśmy tak jeszcze parę chwil. Ponownie przejrzałam pliki zdjęć, upewniając się, czy mam wszystko, co chciałam, czy znajdują się na nich niezbędne elementy. 

– Chodźcie, jeszcze jedno, tylko takie dla nas – poprosiłam, pokazując aparat. 

Ustawiliśmy się blisko siebie, przytuliłam wszystkich trzech. Pstryk! Od razu przesłałam plik ze zdjęciem chłopcom i Henry’emu. 

 

 

Po kolei zniknęli z ciężkich, dębowych krzeseł ustawionych przy świątecznym stole. Ja zdjęłam zestaw VR ostatnia, a potem jeszcze, jak zwykle, miałam problem z wyciągnięciem z nosa emiterów zapachu. 

– Czekaj, mamo – starszy syn zbliżył się do mnie, złapał delikatnie za kabelki i pomógł mi się wyplątać z całego osprzętu. 

Siedzieliśmy w kuchnio-jadalnio-salono-sypialni naszego maleńkiego mieszkanka, ściśnięci wokół niedużego stołu. Syknęło, to Henry otworzył butelkę Coli. Nalał brązową, pieniącą się ciecz do kubków, odczekał chwilę, po czym dolał jeszcze trochę. 

– I jak, zadowolona? – zapytał, rozstawiając szklanki. – Wydaje mi się, że wyszło super!

– Nie wiem, Henry, to znaczy, no wyszło fajnie, ale wiesz, czy to się spodoba? Na pewno będzie ogromna konkurencja.

– Mamo, na pewno wygrasz! Zobaczysz! – zaczęli mnie pocieszać chłopcy.

– Oj, gdyby to było takie pewne – westchnęłam. 

– Kochanie, nie myśl już teraz o tym. Wyślij to na ten konkurs i tyle – wtrącił się Henry, jak zwykle głos rozsądku. 

– Wiecie co, może się uda, dzięki wam, byliście bardzo grzeczni, wyszliście super na zdjęciach, zobaczymy!

 

*

 

Chłopcy już spali, a ja, w towarzystwie Henry’ego, po cichu przygotowywałam jeszcze materiały: zdjęcia i krótki klip z naszej wirtualnej Wigilii. Byłam z siebie zadowolona, naprawdę pięknie mi to wyszło. Jak już wrzuciłam je w aplikację konkursową, wypełniłam formularz online i zatwierdziłam wszystkie zgody marketingowe, pozostał mi tylko do kliknięcia przycisk “Wyślij”. Wciąż miałam wątpliwości, w myślach zastanawiałam się, czy dobrze wyeksponowałam logo organizatora konkursu, czy prawidłowo podpięłam zdjęcia… 

Klik! To Henry pomógł mi, wciskając guzik. Poszło. Odetchnęłam z ulgą, gdy praktycznie od razu dostałam potwierdzenie:

 

Dziękujemy za przesłanie zgłoszenia w konkursie “Święta Twoich Marzeń”. Mamy nadzieję, że dobrze się bawiliście, tworząc z nami swój magiczny świat Świąt! Wasz projekt z pewnością spodoba się wszystkim, nie zapomnijcie zaprosić znajomych do wspólnej zabawy!

Pamiętajcie, nie ma Świąt bez Coca-Coli!

 

– Kiedyś to były Święta, co kochanie? – mruknął Henry i położył się na rozkładanym łóżku, w którym spaliśmy z chłopcami. Łóżku w jednopokojowej klitce bez okien, w ogromnym, wielopiętrowym stożku mieszkalnym, jednym z wielu porastających tę część miasta. Zasypiając, wyobrażałam sobie, że w nocy wyglądają jak upstrzone światełkami gigantyczne choinki. 

 

Koniec

Komentarze

Hej!

No kiedyś to było, nie to co teraz. 

A teraz do opowiadanka ;p 

Czytało się płynnie, szybko i przyjemnie – nie wyłapałem jakiś błędów, choć wiem że nie jestem w tym zbyt dobry. Tak więc stylowo na plus. 

Klimacik świąteczny, oczywiście jest, więc fajnie. 

SPOILERY!

Opowiadanie wygląda na kolejny odcinek do Black Mirror ;p 

Główni bohaterowie, udają szczęśliwą rodzinkę, po to, aby wygrać konkurs “Święta Twoich Marzeń”. Pytanie tylko czy to fantastyka, czy już może organizowane są takie konkursy ;D Jeśli nie, to blisko do tego. 

Krótko, sprawnie, bez zbędnego przedłużania. Mi się podobało. 

Pozdrowienia! 

Ładnie, niewiele znaków, ale dużo treści pod tą pozornie banalną scenką się kryje. Podobało mi się, jak stopniowo odsłaniasz o co chodzi. Mocna klamra na koniec z tymi stożkami-choinkami, podziałało na moją wyobraźnię to porównanie. Klik ode mnie masz.

Podobało się. Mocne. Dobrze poukładane, spięte, i pod pokrywką sztafażu vr – całkiem głębokie. Co prawda po doświadczeniach corbusierowskich blokowisk trudno wyobrazić sobie taką Megajednostkę Mieszkalną w ogóle zdatną do funkcjonowania. Koniecznie wyrzuć przecinek z tytułu! Na zachętę ode mnie klik! Ps: Którędy wlatuje Sw. Mikołaj?;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Przepłynęłam przez to opowiadanie. Sprawnie napisane. Jednak po “Gdańsku 76” spodziewałam się czegoś mocniejszego ;) Miałam nadzieję, że te dziwne zachowania chłopców wynikają z jakiejś świątecznej podmianki, czy czegoś podobnego. xD

Ale ładnie to zakończyłeś. Zwłaszcza porównanie bloku mieszkalnego z choinką. :)

Powodzenia w konkursie!

 

O rany co się tutaj odfranciszkowało w nocy! Cześć, jest mi bardzo miło, że mogłem moim tekstem uczestniczyć w waszych insomniach. Super, że taki to ma fajny odbiór. Starałem się, żeby to było mocne Saro. Ale mi tu wygrała prostota.

robiłam kolejne zdjęcia i dokręcałem filmiki.

Narrator czasami zmienia płeć ;)

SPOILER: Nie wiem, czy taka antyteza: małe (obskurne?) mieszkanko versus wygodny dom jest najwłaściwsza. Wychodzi na to, że szczęśliwe rodzinne spotkanie świąteczne może się odbywać t y l k o w odpowiednich warunkach, dekoracje, sweterki etc… no nie wiem…

Siemanko ms chalbarczyk. Tak, Święta to coś znacznie więcej niż dekoracje, sweterki i bigos (choć bez tego ostatniego, to jakoś sobie nie wyobrażam). Pytanie brzmi, na czym się większość z nas skupia podczas Swiąt, co jest w nich najważniejsze, czy przypadkiem ktoś nam nie wtłacza do głów właśnie tej podanej przez Ciebie tezy?

Na początek malutkie czepialstwo :):

 

Rany, ale byłam szczęśliwa! Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam, zaplanowałam, a na koniec – zrealizowałam, a to wcale nie było takie łatwe. Tego dnia byłam z siebie bardzo dumna, bo naprawdę wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

A przecież było tak mało czasu na przygotowania… – Lekka byłoza :) W pierwszych zdaniach powtarzasz też często słowo: naprawdę. Poszukałbym jakiś zamienników.

 

oszczędne aranżacje i niezbyt i się podobały. – zjadło m.

 

Wreszcie, świąteczny stół. Wybrałam prostą, białą zastawę i zwykłe sztućce (bardziej eleganckie są okropnie drogie, a przecież i tak mało kto zwraca na nie uwagę). Przy każdym nakryciu serwetka, maleńki stroik z gałązki świerku, pękate kielichy na wino. Wzdłuż stołu, środkiem, ustawiłam też kilka pojedynczych świeczników, bo nic tak nie przydaje wytworności świątecznemu stołowi, jak blask świec. Pękate butelki Coca-Coli ustawiłam na środku stołu.  – Powtórzenia. Może dałoby się znaleźć jakieś inne określenia?

 

Ała, nie kop mnie! – dodał jadowitym tonem, patrząc na Henrego, który stał obok, bez ruchu – Kropkę zjadło.

 

Co jakiś czas robiłam kolejne zdjęcia i dokręcałem filmiki. – Zmiana płci :)

 

Posiedzieliśmy tak jeszcze parę chwil. Raz jeszcze– Nie brzmi najlepiej. Wywaliłbym pierwsze.

 

Posiedzieliśmy tak jeszcze parę chwil. Raz jeszcze przejrzałam pliki zdjęć, upewniając się, czy mam wszystko, co chciałam, czy znajdują się na nich wszystkie niezbędne elementy. 

– Chodźcie, jeszcze jedno, tylko takie dla nas – poprosiłam, pokazując wszystkim aparat. 

Ustawiliśmy się blisko siebie, przytuliłam wszystkich trzech. – Powtórzenia.

 

Nalał brązową, pieniącą się ciecz do kubków, odczekał chwilę, po czym dolał jeszcze trochę. – To niby zwykły opis, ale bardzo takie lubię, bo opisem czynności bądź zjawiska, z którym spotkał się prawie każdy z nas, fajnie dodać można wiarygodność i klimat do tekstu :)

 

– Kiedyś, to były Święta, co kochanie? – Ten pierwszy przecinek potrzebny?

 

Mam nadzieję, że coś się z tych uwag przyda :) A co do tekstu, to spodobał mi się oczywiście. Lubię Twój styl pisania, jest dobrze przyswajalny i nieprzekombinowany. Miłe i smutne to opowiadanie zarazem, za co również plus.

Pozdrawiam!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Kłaniam się jury, dzięki Realucu za świetne uwagi. Tekst nie odleżał, jestem zbyt niecierpliwy :)

Sprawnie napisane, gorzkie w wymowie. Zabrakło mi przerośniętego krasnala w czerwonym kubraku. Ode mnie klik.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Fabularnie świetnie, czyta się też dobrze. Jednej tylko rzeczy się czepnę. Henry solą mi w oku. Idealne święta mają wybitnie polski wydźwięk. Mamy pierniki, mamy eksponowaną Coca Colę, która jakkolwiek kojarzona ze świętami wszędzie, u nas jest widziana na świątecznym stole wyjątkowo chętnie. Podejrzewam zatem, że swojski Henryk pasowałby lepiej. W dodatku popełniasz błąd przy odmianie rzeczonego Henry'ego zapisując go jako Henrego. Henryk jest w porównaniu zupełnie bezproblemowy.

Bilmemek değil, öğrenmemek ayıptır

Cieszę się, że pomogłem :) Ja też z reguły jestem niecierpliwy i napisane teksty wstawiam niemal natychmiast (po 2-3 korektach), co widać zresztą po tym konkursie, który zacząłem :D

Pozdrówka!

Nie przepadam za wykrzyknikami w narracji i na twoim miejscu starałabym się ich unikać, kiedy piszesz dla dorosłych. Dla mnie zawsze wydają się uinfantylniać narrację; narrator sprawia wówczas wrażenie rozentuzjazmowanego dziecka. 

 

Butelki Coca-Coli

Nazwa produktu małą literą.

 

– Ała, nie kop mnie! – dodał jadowitym tonem, patrząc na Henrego, który stał obok, bez ruchu 

Kropkę urwało temu zdaniu.

 

Nalał brązową, pieniącą się ciecz do kubków, odczekał chwilę, po czym dolał jeszcze trochę.

To trochę czepialstwo kosmetyczne, ale zmieniłabym ciecz na napój. Brązowa, pieniąca się ciecz brzmi zdecydowanie mniej zachęcająco ;)

 

Henrego

Henry, Henry’ego, Henry’emu, z Henrym. Nauka wyniesiona z Harry’ego Pottera ;)

 

Jest pomysł, jest ciekawa wolta na koniec, która dodaje nieco goryczy, ale wykonanie nie przypadło mi do gustu. Chodzi mi konkretnie o sposób wyrażania się narratorki – jak już pisałam, skojarzył mi się mocno z narracją prowadzoną z punktu widzenia dziecka. Zgrzytnęło mi na przykład “okropnie drogie”, “bardzo miłe”; może się po prostu czepiam, ale wyjątkowo tego nie lubię. Nie brzmi mi to naturalnie. Na przykład: “Kasia była dla mnie bardzo niegrzeczna w pracy” – zdania tego typu brzmią po prostu lepiej, kiedy zdecydujemy się na coś bardziej dosadnego. Na przykład: “Kasia zachowywała się dziś jak wyjątkowa pinda”. To dodaje koloru, mięcha, życia.

Feel free to ignore me, mam dzisiaj nietoperzowy nastrój i się czepiam, czego mogę ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Paszo

Henry z angielska jest zabiegiem celowym, zmieszałem tu bigos a amerykańskimi swetrami, dodałem właśnie takiego Henry’ego (o, jednak umiem ;)) i podlałem colą w dośc konkretntm celu – żeby pokazać, jak to się nam globalnie zwyczaje świąteczne miksują i przez to obrzydliwie unifikują. Fakt, mogłem dać tu Billa, nie skaszaniłbym odmiany. Poprawie oczywiście. I bardzo dziękuję za lekture i komentarz. 

 

gravel

Jeśli chodzi o C(c)oca-(c)Colę – kurczę, no nie wiem. Zależało mi, zeby tu wybrzmiało, że chodzi o konkretny brand. 

I teraz – narracja. Z jednej strony, bardzo fajnie, że zauważyłaś, że coś tu nie tak, że jest sztucznawo, infantylnie. Dobrze, bo chciałem, tak subtelnie i cichaczem, pokazać, że mamy do czynienia z człowiekiem spłaszczonym, uproszczonym, sformatowanym przez przekaz marketingowy, który generalnie ma to do siebie, że spłaszcza ludzi jak walec, zbija w grupy docelowe i wypluwa myślące tak samo klony.

Ale, pewnie nie wyszło, skoro Ci to nie podeszło, to nie była część planu – miało się podobać :)

 

Dzięki, również dla takiego “nietoperzowego czepialstwa” wrzucam tu teksty, także zapraszam do moich opowiadań zawsze, jak Cie tylko najdzie taki nastrój. Jak nie najdzie, też!

 

 

No dobra, po twoich wyjaśnieniach styl narracji nabiera sensu i rzeczywiście zaczyna mieć inny wydźwięk. Nie załapałam od razu, mea culpa ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jako autor, zdecydowanie biorę culpę na siebie :))

O, kolejny świetny tekst. Zaczęłam czytać i aż mnie w pierwszym momencie przymuliło od słodyczy. A potem dorzucasz coraz więcej goryczki i na koniec walisz z młotka. Biedna ta mamuśka i pewnie nie tylko ona, ale wszyscy, którym święta sprowadzają się do wystroju wnętrza i sztucznych uśmiechów. Coca-cola i konkurs rewelacyjne.

Podoba mi się Twój sposób prowadzenia narracji, spokojny, nieśpieszny, stopniowo budujący napięcie. Autentycznie przenosisz czytelnika w swój świat, a raczej powolutku go tam wprowadzasz.

Generalnie: cudeńko. :D

 Lecę dać kliczka :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dobre. Lubię Twoje teksty. Ten, wyjątkowo gorzki w wymowie, ale z pewnością zasługujący na bibliotecznego klika :)

Mocne w treści i dobrze napisane. Kliczków masz już komplet, więc ode mnie taki wirtualny.

Irko, katiu, no bardzo dziękuję. To jeden z tych tekstów, który napisał mi się sam. Ten typ co to pojawia się w głowie i tylko trzeba naciskać klawisze, wiecie ocb.

O, fizyku, dziękuję również Tobie, w tym, za VR-klika!

Fajne. Na początku myślałem, że elementem fantastycznym w opowiadaniu będzie perfekcja w przygotowaniu Świąt, potem spodziewałem się lecących ciężarówek coca-coli, a tu proszę, mały “Kongres futurologiczny”. ;) Ciekawe, ładnie napisane, robiące wrażenie.

Też bym kliknął, gdyby był jeszcze sens. Nieźle napisana historia ze zgrabnym finałem. Co prawda czytając czuje się wyraźnie, że to wszystko będzie sztuczne i jednak coś będzie nie tak (chociaż nie byłem pewny, że to akurat vr), ale ostatnie zdanie z choinkami spokojnie to nadrabia.

Łosiocie, bardzo fajny pomysł przekształciłeś w naprawdę niezłe opowiadanie. Krótki, zwarte i treściwe. I smutne.

Butelki Coca Coli wyglądają w tekście paskudnie, ale gdybym zobaczyła je na prawdziwym wigilijnym stole, też by mi się nie spodobały, więc tutaj zabieg z wielkimi literami uważam za naprawdę trafny i wiele mówiący. ;)

 

Pstryk­nę­łam kilka zdjęć i na­gra­łam kilka krót­kich fil­mi­ków. ―> Filmiki nagrywa się, czy może raczej nakręca?

 

Po­ja­wi­li się mo­men­tal­nie, wszy­scy na raz… ―> Po­ja­wi­li się mo­men­tal­nie, wszy­scy naraz

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki ludziska, bardzo mnie cieszą Wasze pozytywne reakcje. 

Fajny, sprawnie zrealizowany pomysł. Szczególnie ostatnie zdanie przypadło mi do gustu i nadało tekstowi większej głębi.

belhaju, dziękuję!

Fajne :)

Przynoszę radość

Wypadałoby w końcu napisać jakiś komentarz, zamiast ciągle bawić się w offtopy. :)

A ponieważ trwa obecnie jakaś moda na znęcanie się nad Łosiotem, z przyjemnością dołączę do grona oprawców. XD

Pamiętam jak zrzędziłem parę miesięcy temu pod Twoimi odpowiadaniami. Że tego za mało, tego za dużo, tu brakuje jakiegoś wabika na czytających, a tutaj to przesadziłeś z brawurą. Zamysł tego zrzędzenia z każdym razem był taki, że potrzeba tylko znalezienia pewnego balansu. Że wtedy wszystko już powinno zagrać jak trzeba.

Wpadam po tych paru miesiącach i wygląda na to, że ten balans udało Ci się znaleźć. 

Szybko. :-)

W tym opowiadaniu wszystko jest już jak trzeba. Nie szarżujesz niepotrzebnie ani w jedną, ani w drugą stronę. To znaczy, masz tu i konkretny koncept i pomysł, jak go skutecznie zaprezentować. Z drugiej strony nie starasz się nic podkreślić na siłę, raczej subtelnie budujesz konkretny obraz pod zakończenie.

Wszystko jest więc OK, a mimo to nie do końca zadziałało to na mnie tak, jak powinno. Dlaczego?

Zrzędząc pod tym opowiadaniem czuję się nieswojo. Nieswojo dlatego, że marudzę przy dobrym tekście i to w sytuacji, gdy ja sam przygotowuję na ten konkurs tekst wybitnie rekreacyjny, w dodatku o niczym. Można by więc pomyśleć, że trochę to niepoważne jęczeć, gdy samemu nie ma się do zaoferowania nic lepszego. Tym nie mniej każdy ma swój koncept na podejście do konkursu i niezależnie od wszystkiego uważam, że lepiej spisać pełną uczciwą opinię niż bawić się w jakieś krępacje. 

Nawet jeśli ta uczciwa opinia jest nieco odmienna od odczuć pozostałych.

Dobra, bo piszę na około, a trzeba by w końcu konkretniej.

<sięga po zakrwawioną siekierę>

Widzisz, w moim przypadku przy lekturze tego opowiadania było tak, że czułem wszystko, co próbowałeś przemycić w utworze, tylko działało to na mnie nie do końca tak, jak sobie zaplanowałeś.

Myślę w pierwszym rzędzie o tej sztuczności atmosfery i wypowiedzi. Czuć ją wyraźnie, tak jak chciałeś. I tu plus dla Ciebie, bo to znaczy, że w pewien sposób potrafisz już w jakimś stopniu zapanować nad opowiadaniem. Tyle że nawet, kiedy stopniowo odkrywasz karty. Kiedy mogę się powoli domyślać, że zmierzamy do jakiejś wyraźnej puenty (nie wiem jeszcze wtedy, czy refleksyjnej, czy typu: łopatą między oczy), dalej nie wiem, czy owa “sztuczność” atmosfery wynika z tego, że tak sobie zaplanowałeś, czy dlatego, że coś Ci się w tym opowiadaniu rozjechało. Jasne, na końcu dowiaduję się, że to wszystko było planowe. Tylko ponad połowę lektury spędziłem w niepewności. I jeśli nawet zakończenie wszystko wyjaśnia, jeśli ma jakieś konkretne brzmienie i przesłanie, to jednak w pamięci zostaje ta wątpliwość, która towarzyszyła sporej części lektury.

Drugi element to zakończenie. Wyraźne, pasujące do tekstu, refleksyjne, ale… nie ruszyło mnie zbyt mocno. W tym też momencie zacząłem się już naprawdę konkretnie zastanawiać, dlaczego. Bo przecież tekst jest dobry, bezpośrednich zarzutów do opowiadania nie mam. Odbiór jest słusznie pozytywny. 

A ja zrzędzę.

Szukałem więc tej odpowiedzi i znalazłem. 

Trafiłeś na zły typ czytelnika. :) Bo widzisz, to, co tutaj jest gorzkim refleksyjnym obrazem, dla mnie staje się już raczej ponurą realnością, do której przyzwyczaiła mnie wypracowywana przez obserwację otoczenia postępująca niewiara w człowieka. Zwyczajnie mój wewnętrzny jednorożec stał się nieczuły na podobne historie, traktując je jako coraz bardziej typowe, a więc przez swą powszechność niewarte przejmowania się czy nawet pochylania nad nimi.

Na koniec podkreślę to, co zwykle. Spisuję swoje odczucia. Odczucia, które pojawią się mimowolnie, na które nie mam wpływu. W porównaniu z pozostałymi opiniami moja pełni tym razem funkcję skrajnej. I to podkreślam, bo skrajne opinie, jeśli nawet nie należy ich odrzucać, to co najmniej powinno się traktować z przymrużeniem oka właśnie przez ową skrajność. Końcowy odbiór opowiadania jest wypadkową wszystkim komentarzy, więc ten jeden stanowi zaledwie drobny element materiału poglądowego.

Tyle. 

Ponieważ moja opinia jest skrajna, możemy spokojnie przyjąć, że to nie z opowiadaniem jest coś nie tak, ale z samym CM-em, który uczynił swego wewnętrznego jednorożca nieczułym zgredem.

Ewentualnie, że CM krwawo mści się na użytkownikach, którzy wskazali go do Loży. ;-)

MrB będzie następny. XD

UWAGI KOŃCOWE:

Zaświadcza się, że spisany powyżej komentarz jest opinią opartą na odczuciach, nie spisem prawd objawionych. Użytkownik ma prawo protestować do oporu. A nawet mieć swoje zdanie. Ponadto w wyniku powstania tego komentarza nie zginął żaden kotek, nie ocieplił się klimat ani nie podniesiono podatków.

Podpisano.

Podbito.

Porzucono w najbliższym referacie. :)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, 

 

Twój tekst przypadł mi do gustu.

 

Powiedziałbym, że z jednej strony mamy tu do czynienia z ciekawą wizją przyszłości (chociaż VR, już tak naprawdę, obecnie funkcjonuje dość prężnie), a z drugiej z posępnym studium socjologicznym. Studium dobrze przystającym do obecnych czasów – najważniejsze, żeby focie na “fejsbuniu” były ładne, nieważne że niezbyt przystają do rzeczywistości. 

Podoba mi się ta ciekawa krytyka (a być może deskrypcja po prostu), tkwiącej w ludziach, konieczności nad-konstruowania swojego wizerunku w oczach innych. Myślę, że ten szczególny rys charakteru ludzkiego wynika z potrzeby przybierania pozy nie tylko dla świata zewnętrznego, ale również dla samego siebie. Głównie po to, aby niwelować dysonans poznawczy pomiędzy postrzeganą realną jakością własnego życia a zinternalizowanymi oczekiwaniami społecznymi. Zgodnie z mechanizmem: żyję słabo vs powinienem być idealny i szczęśliwy, zatem utkam iluzję na potrzeby innych, a może bardziej po to żeby poprawić sobie samopoczucie i zniwelować to natrętne poczucie napięcia wewnętrznego. 

Przypadła mi do gustu uniwersalność tego przesłania. Przy tym wypowiedziałeś je w zgrabny i oszczędny sposób. 

 

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne to zastanowiłbym się nad jedną kwestią, co do której sam nie jestem 100% pewien jako chodząca antyteza poprawności interpunkcyjnej.

 

Wydaje mi się, że jeżeli chciałeś podkreślić, że te dębowe krzesła były ciężkie, nie powinno się stawiać poniższego przecinka. Ale podkreślam, że wydaje mi się i być może użyłeś go prawidłowo. Tak czy siak jest to kompletny niuans.

Po kolei zniknęli z ciężkich, dębowych krzeseł(…) 

Pozdrawiam

Cichy0

 

 

 

CM

Twój komentarz jest chyba dłuższy od mojego opowiadania :)

Po pierwsze, miło Cię znów widzieć, od razu wiedziałem, że będzie komentarz skłaniający do przemyśleń. Ale też potwierdzający, że, jednak, udało mi się to napisać nienajgorzej, zgodnie z planem i tak dalej. Ciekawe, co piszesz odbiorze tej lekkiej sztuczności i konfuzji z nią związanej, nie wpadłbym na to. Oczywiście, wolałbym, żeby całość Cię przekonała, coś czuję jednak, że w tym przypadku jest to po prostu niemożliwe. Bo:

 

Piszesz: Trafiłeś na zły typ czytelnika. :) Bo widzisz, to, co tutaj jest gorzkim refleksyjnym obrazem, dla mnie staje się już raczej ponurą realnością, do której przyzwyczaiła mnie wypracowywana przez obserwację otoczenia postępująca niewiara w człowieka. Zwyczajnie mój wewnętrzny jednorożec stał się nieczuły na podobne historie, traktując je jako coraz bardziej typowe, a więc przez swą powszechność niewarte przejmowania się czy nawet pochylania nad nimi.

 

Patrzymy bardzo podobnie. Bardzo. Mnie chyba daje po prostu satysfakcję wyrzucanie tego z siebie. Owszem, to nie jest walka ze złem, ale tylko pokazywanie go palcem, zawsze coś, sądzę, że warto.

 

No i satysfakcja jeszcze większa, gdy uda mi się, wreszcie, po tylu próbach (jak wiesz, często nieudanych) dotrzeć pisaniem do czytelnika, który w swej uprzejmości napisze mi, że tak, napisałem zrozumiale, i jemu się to podoba. 

Tu przejdźmy płynnie do cichego0:

Jestem Ci ogromnie wdzięczny za odwiedziny i komentarz, rozumiemy się świetnie, great minds think alike ;)

Co do przecinka – wrócę do tego, jednak na razie skoczę do mojego poprzedniego opowiadania, gdzie dostałem kumulację uwag od Osób, Które Dają Dużo Uwag , sporo tego, a zależy mi na jego dopracowaniu, akurat mam czas żeby się tym zając. 

 

 

Twój komentarz jest chyba dłuższy od mojego opowiadania :)

To u mnie coraz częstsza przypadłość. W najbliższym czasie planuję poprosić Anet o odpowiednie szkolenie. :-)

Oczywiście, wolałbym, żeby całość Cię przekonała, coś czuję jednak, że w tym przypadku jest to po prostu niemożliwe.

I słusznie. Dlatego tak podkreślałem, że tekst jest dobrze napisany, a mój komentarz skrajny. Sporo winy ponosi w tym przypadku czytelnik. Nie piszę, że całą winę, bo to podważa mój autorytet. XD

 

Owszem, to nie jest walka ze złem, ale tylko pokazywanie go palcem, zawsze coś, sądzę, że warto.

Jak najbardziej warto. To są tego typu historie czy postawy, które nie powinny nam powszednieć. I jak pokazuje ogólny odbiór opowiadania, na szczęście nie powszednieją :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej Łosiot,

 

Cała przyjemność (czytania) po mojej stronie :) 

 

Pozdrawiam

Cichy0

No niestety, mnie nie porwało. Co nie zmienia faktu, ze poruszony problem ciekawy socjologicznie – choć zdecydowanie bardziej na felieton niż na opowiadanie. W opowiadaniu trzeba by się nieźle nagimnastykować, żeby to chwytało mocniej.

 

To już kolejne opowiadanie po “Domu Cyfrowego Brata” w którym opisujesz pewne zjawisko społeczne. Podoba mi się ta cecha Twoich opowiadań. Jednak tutaj wyszło trochę letnio. Tak sobie myślę, że jakbyś pokusił się o końcówkę taką chwytającą za gardło, to byłoby niezłe opowiadanie. 

Taka sztuczna, cukierkowa sielanka, a potem bach, bach i czytelnik leży i kwiczy :)

Czekam z niecierpliwością na następne opowiadanie z emocjami wyzierającymi z każdego kąta ;)

 

Hejo,

 

Na początek podziękowania za lekturę, cieszę się, że w sobotni wieczór kliknęliście akurat w moje opwiadanie :)

 

To jest chyba jeden z tych tekstów, które mogą się podobać w całości, albo wcale. Sam się trochę drapię w głowę, zakłopotany. Nie, nie oddałbym tutaj tekstu, co do którego nie byłbym pewien, że jest przemyślany i napisany najlepiej, jak potrafię. Ale już po publikacji, zacząłem się zastanawiać. Za płytkie? Za proste? Za słabe? Nie wiem. Nadal mi się podoba, uważam, że jest tu pewna moc, ale ona w pewnym sensie wynika z niedopowiedzeń, z tego, czego tu nie ma. Może to to?

 

Może rację ma mr Wilk, że tu lepszy byłby np esej? Ale w eseje nie umiem. 

Ej, a gdzie ostrzeżenie o lokowaniu produktu? ;-)

Pomysł dość prosty, konkurs nieco go wzbogaca. Szału nie ma, jednak czyta się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Świąteczny, kapuściano-buraczano-grzybowy szał pierogów, pierników, uszek i pasztecikow dopiero przed nami, Finklo. Trzymajmy się wszyscy mocno, zanim nas porwie. Dzięki, że czytasz moje opowiadania :)

Podobało mi się, właśnie przez taki klimat jak z “Black Mirror”; opowiadanie jest low-key, bez wściekłych fajerwerków, krwi, przemocy, bez igrzysk – i IMHO właśnie dlatego działa.

Hej ninedin, bardzo mi miło, że zajrzalaś. Ciekawe z tym low-key, pojęcie znane mi bardziej z fotografii. Super, że podeszło Ci w takiej konwencji.

Językowo opowiadanie jest dobrze przemyślane. Zaczynasz od nudnawych, cukierkowych opisów, przy których mimowolnie zaczynałem przelatywać wzrokiem w dół. Jednocześnie jednak wskazujesz głosem narratora, że postacie dobrze się “starają”, tak jakby odgrywały rolę, a to już sugeruje, że w tym całym opisie jest coś nie tak.

Końcowa wizja oczywiście nie zostawia w wesołym nastroju. Ktoś wyżej wspomniał “Kongres futurologiczny”. Też mi przyszedł on do głowy, ale po przemyśleniu stwierdziłem, iż, choć Twój obraz nie jest tak radykalny (ludziom jeszcze nie odpadły ogony ;)), to wydaje mi się mimo to gorszy. Bo u Lema większość ludzi nie była świadoma, że żyje w wielostopniowej złudzie, a tutaj nie dość, że wiedzą o tym, to jeszcze sami ją tworzą (mimo że już nawet w nią nie wierzą).

Reasumując, nie mogę stwierdzić, że mi się podobało, ale to chyba sukces, bo tekst wywołał we mnie, jak podejrzewam, zamierzone przez autora emocje.

Światowiderze, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Bo utwierdziles mnie w przekonaniu, że mi wyszedł tekscik. Co więcej, bardzo fajnie swoją interpretacją ponazywaleś to, co chciałem przekazać. Owszem, tekst jest przemyślany i bardzo "świadomy", ale też intuicyjny. Przyszedłeś z, za przeproszeniem, egzegezą i mi poukładales myśli :)

Przyznam, że przeczuwałem, w jakim kierunku idzie tekst, ale to nie zmienia faktu, że czytało się całkiem przyjemnie. Myślę, że dość umiejętnie zagospodarowałeś niecałe siedem tysięcy znaków.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Opowiadanie mi się podobało, zaskoczenie z tym vr, myślałam, że będzie chodziło o coś innego. Pokazana jest tu smutna prawda o tym, że dzisiaj nie liczy się magia świąt, tylko marketing. Szczegółowe opisy na początku nie przeszkadzały mi, bo dzięki nim poczułam świąteczny klimat. Wszystko niby cacy, ale – gdzie tu fantastyka?

Cześć Nevazie I Sonato! Miło Was tu gościć i czytać Wasze komentarze. Sonato, pytasz o fantastykę. A nie wiem, czy ona jest, czy jej nie ma, w sumie dobre pytanie. Pewnie zależy od definicji? No mamy istniejącą technologię, ale wyciągniętą do etapu rozwoju, który może nadejdzie, ale nie musi (super realistyczne VR). Mamy jej wykorzystanie w sposób obecnie niemożliwy, mamy jakąś wizję przyszłości. To takie bliskie scifi,gdybym miał zgadywać. Odpowiedź brzmi: nie wiem, nie orientuję się,ale wydaje mi się, że jest, ale nie będę się z nikim o to bił :)

Hello, to ja, Merseyake cool Przeczytałem opowiadanie i komentarze, a oto moje wrażenia.

Jest fajnie, daję tutaj lajka yes Tekst ładnie złożony, w który włożyłeś przekaz. Muszę przyznać, że to nie moja wrażliwość, ale to mój problem, więc Autor niech się nie przejmuje.

 

Wielki Wywód W ogóle niepotrzebny 1 (WWWn)

 

Zwróciłbym Twoją uwagę na dwie kwestie: narracja i przekaz, które w zasadzie będą wchodzić w synergię. Można teraz dyskutować, czy narracja była zamierzona, czy to pewien wypadek przy pracy. Wiesz, ja powiem to tak, nie zainteresowała mnie bohaterka. Wydała się jednoznaczna (czyt. nudna), z tendencją do negatywnego odbioru, jakby była po to, żeby zaprezentować ideę. Może potrzebowałbym szerszego opowiedzenia tej historii.

Druga sprawa – przekaz. Powiedziałbym to tak, że to pewnego rodzaju walka między archetypami, a stereotypami. To delikatna sprawa, aby znaleźć uniwersalną treść, bo dotyka osobistego odbioru rzeczywistości oraz po prostu emocji. Ja np. nie jestem fanem Black Mirror, bo po jednym odcinku uznałem, że korzysta z prostych dźwigni typu: technologia zła, zabija relacje, ten świat nie jest taki, jaki być powinien. (To nie moja wrażliwość).

Mówię o tym wszystkim, bo czegoś brakowało mi w Twoim opowiadaniu, a ja sam dumam nad podobnymi problemami. Wydaje mi się, że mierzę się z tymi rzeczami, co Ty. Dla mnie to taka walka między dojrzałym złożeniem problemu, a przekombinowaniem lub ewentualnie spłyceniem (np. przez cynizm). Ja mam tendencje do przekombinowania.

 

Sprawę widzę tak,

a) jest podejście, żeby pisać, aby coś zmienić w społeczeństwie/drugim człowieku/mentalności i temu podobne (opowieść jako narzędzie kaznodziejskie, aby interweniować w rzeczywistość lub podnosić alarm);

b) jest podejście, żeby pisać, aby opowiedzieć ciekawą historię (opowieść jako narzędzie tworzenia ucieczki od rzeczywistości; przenieść się do innego świata i przez chwilę myśleć trochę inaczej).

 

Dla mnie podejście b) jest bardziej atrakcyjne i uczę się, aby wypracować takie myślenie, opowiadanie historii i przeżywanie fantastyki. Tyle tylko, że to jest są rzeczy do przepracowania w głowie. No i tutaj dzwonek: dzyń! dzień dobry, dalej nie jedziemy XD

 

Koniec WWWn

 

Mam nadzieję, że poleciałem w kosmos z moim WWWn. Jestem ciekaw co Ty, o tym myślisz, więc daj znać.

Cześć Mersayake, fajosko, że wpadłeś do mnie, dzięki za ciekawy komentarz, nie nazwałbym tego niepotrzebnym wywodem, ekstra, że poświęciłeś swój czas. Wydaje mi się, że jest dokładnie tak, jak napisałeś (ja nie do końca kumam mój proces twórczy i lubie, jak ktoś to rozkłada na kawałki), czyli tutaj prosta historyjka i bohaterka-wydmuszka, miały do wypełnienia konkretne role. Jeśli czegoś tu brakuje, to myślę, że może właśnie bohatera(ów) z krwi i kości? No, ale taka koncepcja, tak wyszło. 

 

Black Mirror obejrzałem ze dwa-trzy odcinki. Bardzo mi się podobały, choć rozumiem, że to może nie podejść, bo poruszaną tematykę podświetlają Bardzo Ostrym Światłem.

 

Z Twoich a i b, wybierałbym c, czyli a+b :)

To na poziomie deklaracji, deklarować łatwo.

Dzięki!

Trochę mnie zmęczyły początkowe opisy, choć po przeczytaniu całości rozumiem, że były potrzebne dla całości przekazu. Całość definitywnie z morałem, choć dość często występującym w tego typu tworach. Przyjemne dla ucha? oczu? głowy? Ciężko określić, niemniej przyjemne. :)

Zostaw ten żyrandol.

Od początku opowiadania zastanawiałam się jaki będzie haczyk i zaskoczyłeś mnie (zwłaszcza z tym konkursem). Krótkie, na temat, dobrze się czyta.

 

Powodzenia w konkursie :)

Cześć Verus I Monique, dzięki za odwiedziny. Wesołych Świąt!

Podobało misię:) Dobrze zrealizowany pomysł, Łosiocie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej Asylum, fajosko!

Mam mieszane odczucia po przeczytaniu tego tekstu. Podobały mi się Twoje eksperymenty z narracją, widać też, że tekst jest dopracowany, a sam pomysł dość ciekawy. Jednak trudno mi było kibicować Twojej bohaterce, prawdopodobnie z powodu sposobu opowiadania przez nią o świętach w pierwszej części tekstu. Nie zdołałam jej polubić.

Twist z wirtualnymi świętami zabrzmiał interesująco, chociaż po wzmiance o butelkach coca-coli na stole przewidywałam, że będzie to miało znaczenie dla historii.

Hej ANDO, dziekuję za jurorski komentarz. I ja nie lubię mojej bohaterki, cieszę się, że Ty też, przeraziłbym się, gdyby było inaczej, brrr! Co do coca coli, to ona ma tu duże znaczenie, kluczowe, rzekłbym. W mojej opinii oczywiście :)

 

Bardzo fajny był ten konkurs, świetna inicjatywa. Dzięki serdeczne!

No to mamy reklamę Coca Coli w iście świątecznym wydaniu. Oj, to naprawdę rodzina żywcem wzięta z reklamy. Podobał mi się pomysł i pokazanie jak bardzo technologia może zmienić w niedalekiej przyszłości oblicze świata i w sumie pojawia się refleksja, jak teraz w dobie tych wszystkich portali społecznościowej, ludzie zaczynają żyć na pokaz w wyidealizowanym świecie.

Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hej Morgiano, to ja dziękuję za zorganizowanie tego konkursu. Zainspirował, wziąłem się za pisanie, zrobiłem opowiadanie, z którego jestem bardzo zadowolony i przeczytałem parę świetnych tekstów (jak zwykle, za mało, chciałoby się zapoznać z wszystkimi konkursowymi). 

Nowa Fantastyka