- Opowiadanie: Irka_Luz - Ministerialna Gwiazdka

Ministerialna Gwiazdka

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ministerialna Gwiazdka

War­sza­wa, 18 grud­nia

Nie­na­wi­dzi­ła świąt, całej tej bie­ga­ni­ny, go­to­wa­nia, pie­cze­nia, ku­po­wa­nia. A wszyst­ko tylko po to, żeby na ko­niec dnia, pa­da­jąc na pysk, za­siąść do sutej ko­la­cji i po go­dzi­nie po­żreć się z ro­dzi­ną. Prze­dzie­ra­ła się przez roz­go­rącz­ko­wa­ny tłum, ści­ga­na przez są­czą­ce się ze skle­pów świą­tecz­ne szla­gie­ry. Merry Chri­st­mas Eve­ry­one za­głu­sza­ło Coraz bli­żej świę­ta, iry­tu­ją­ce Jin­gle Bells kon­ku­ro­wa­ło z Last Chri­st­mas, a kiedy z otwar­tych drzwi skle­pu z dżin­sa­mi gruch­nę­ło swoj­skie Bóg się rodzi, przed ocza­mi Ma­dzen­ty za­czę­ły latać czer­wo­ne plam­ki.

Na do­da­tek zima po­sta­no­wi­ła po­ka­zać kli­ma­to­lo­gom środ­ko­wy palec i za­sy­pa­ła Pol­skę śnie­giem, a słup­ki ter­mo­me­trów opa­da­ły w za­wrot­nym tem­pie. W bot­kach na wy­so­kich ob­sa­sach, wiedźma balansowała niepewnie po­mię­dzy gó­ra­mi nie­uprząt­nię­te­go śnie­gu, pa­łę­ta­ją­cy­mi się po ulicy dup­ka­mi prze­bra­ny­mi za Mi­ko­ła­jów i za­ku­po­wi­cza­mi, cią­gną­cy­mi ze sobą zmę­czo­ne i ma­rud­ne dzie­ci. Jakiś ba­chor darł się wście­kle, tu­piąc no­ga­mi i opry­sku­jąc prze­chod­niów śnie­go­wą breją. Ma­dzen­ta spoj­rza­ła na niego z taką furią, że prze­ra­żo­ny dzie­ciak za­milkł i scho­wał się za no­ga­mi matki.

– Wi­dzisz, jak bę­dziesz nie­grzecz­ny, to cię dia­beł za­bie­rze. – Ro­dzi­ciel­ka nie omiesz­ka­ła wy­ko­rzy­stać sy­tu­acji do celów dy­dak­tycz­nych.

Przez chwi­lę wiedź­ma miała ocho­tę zmie­nić oboje w kró­li­ki, ale dała spo­kój i ru­szy­ła ener­gicz­nie, a lu­dzie, wi­dząc jej minę, in­stynk­tow­nie od­ska­ki­wa­li, woląc ra­czej za­paść się w zaspę brud­ne­go śnie­gu, niż sta­nąć na dro­dze wku­rzo­nej babie.

Za­pisz­czał smart­fon, Ma­dzen­ta nie zwal­nia­jąc kroku ode­bra­ła wia­do­mość i sta­nę­ła jak wryta.

– Co, kurwa?! Po­je­ba­ło ich! – wrza­snę­ła.

*

– Nie ob­cho­dzi mnie, że jest za­ję­ta! – darła się. – Z drogi, bo wle­cisz do środ­ka razem z drzwia­mi!

Asy­stent go­rącz­ko­wo za­sta­na­wiał się, która z ko­biet jest groź­niej­sza, jego sze­fo­wa, czy to bab­sko w amoku. Ode­tchnął z ulgą, gdy drzwi ga­bi­ne­tu uchy­li­ły się.

– Wejdź, Ma­dzen­to, i prze­stań wrzesz­czeć – przy­wi­ta­ła ją Aura­dio­ne.

Wiedź­ma wpa­ro­wa­ła do środ­ka i opa­dła na fotel.

– Nie po­ja­dę tam za chiń­skie­go boga – oznaj­mi­ła, ma­cha­jąc smart­fo­nem, na który go­dzi­nę wcze­śniej do­sta­ła in­for­ma­cję, że te­go­rocz­na im­pre­za gwiazd­ko­wa Mi­ni­ster­stwa Magii, Re­li­gii i In­nych Spraw Nad­przy­ro­dzo­nych od­bę­dzie się w przed­dzień Wi­gi­lii w Biesz­cza­dach, o rzut ka­mie­niem od domu Wi­da­ra.

– W na­szym przy­pad­ku obec­ność jest obo­wiąz­ko­wa.

– Po­je­ba­ło ich!

– Mi­ni­ster­stwo chce udo­wod­nić, że nie boi się Wi­da­ra. De­mon­stra­cja siły, ro­zu­miesz – wy­ja­śnia­ła Au­ra­dio­ne.

– A jed­nak ich po­je­ba­ło – wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją Ma­dzen­ta. – Nie wy­star­czy im to, co zro­bił z Vi­kan­de­rem?

– Ochro­na bę­dzie silna jak nigdy, nasi naj­lep­si plus bo­ro­wi­ki. Cały ośro­dek zo­stał oto­czo­ny ma­gicz­ną ko­pu­łą, nawet mysz się nie prze­śli­zgnie.

– Nie chcę!

– Po­ja­wi­my się na chwi­lę, żeby nas zo­ba­czy­li, a potem spie­prza­my.

– Nie chcę, to się źle skoń­czy!

– W razie czego…

Au­ra­dio­ne do­tknę­ła wi­sior­ka na szyi. Mogła go łatwo zmie­nić w la­ta­ją­cą mio­tłę. Druga wiedź­ma miała taki sam.

– Teraz to cie­bie po­je­ba­ło! Czy ja wy­glą­dam na mio­tło­cy­klist­kę! – wku­rzy­ła się Ma­dzen­ta. Nie­na­wi­dzi­ła la­ta­nia.

 

***

 

Gdzieś w Biesz­cza­dach, 23 grud­nia

– Ponad czte­ry­sta me­trów! Ro­zu­miesz, kurwa jego mać! Ponad czte­ry­sta me­trów do przej­ścia, zanim znaj­dzie­my się pod ochro­ną. A potem mu­si­my jesz­cze wró­cić! – pie­kli­ła się Ma­dzen­ta, wy­sia­da­jąc z auta.

Au­ra­dio­ne nie od­po­wie­dzia­ła, bo sama czuła się nie­pew­nie. Ro­zej­rza­ła się trwoż­nie, a potem ru­szy­ła szyb­kim kro­kiem ku do­li­nie. Im prę­dzej znaj­dzie się w środ­ku, tym le­piej. Była tak prze­stra­szo­na, że nawet nie zwró­ci­ła uwagi na ko­ro­nę wień­czą­cą bu­dy­nek, do któ­re­go zmie­rza­ły. A było na co po­pa­trzeć. Tam gdzie koń­czy­ła się ma­gicz­na ko­pu­ła, tań­czy­ły zie­lo­ne, żółte i czer­wo­ne świa­tła. Jakby zorza po­lar­na za­wi­ta­ła nagle w Biesz­cza­dy.

*

Prze­mó­wie­nia cią­gnę­ły się w nie­skoń­czo­ność. Każda szy­cha chcia­ła się po­chwa­lić ja­kimś suk­ce­sem, a na ko­niec mi­ni­ster jesz­cze raz pod­su­mo­wał wszyst­kie do­ko­na­nia re­sor­tu. Oczy­wi­ście o spra­wach schrza­nio­nych nie wspo­mniał ani razu. Pra­cow­ni­cy zie­wa­li, wal­cząc ze znu­że­niem. Jesz­cze chwi­lę trwa­ło, zanim mi­ni­ster zo­rien­to­wał się, że po­ziom znu­dze­nia u słu­cha­czy osią­gnął szczyt i wresz­cie skoń­czył swoją mowę ja­kimś nie­zbyt uda­nym dow­ci­pem. Na salę wkro­czy­li kel­ne­rzy, a to­wa­rzy­stwo tro­chę się oży­wi­ło.

„Jedno trze­ba im przy­znać, do­bre­go żar­cia i picia za­wsze jest pod do­stat­kiem” – po­my­śla­ła Ma­dzen­ta, roz­pra­wia­jąc się ze ste­kiem z dzika.

Kątem oka zo­ba­czy­ła zbli­ża­ją­ce­go się wi­ce­mi­ni­stra Stul­tu­sa.

„O żeż, w mordę jeża” – po­my­śla­ła.

To on był od­po­wie­dzial­ny za przy­go­to­wa­nie do­ssier Wi­da­ra i wal­ki­rii, a co za tym idzie, za śmierć Vi­kan­de­ra. Nie­na­wi­dzi­ła su­kin­sy­na tym moc­niej, że nie po­niósł żad­nych kon­se­kwen­cji. I na do­da­tek od mie­sią­ca pró­bo­wał umie­ścić ją w swoim ha­re­mie. Męż­czy­zna niósł flasz­kę sto­licz­nej i dwa kie­lisz­ki, naj­wy­raź­niej uznał, że to dobra oka­zja, by uko­ro­no­wać swoje sta­ra­nia. Ma­dzen­ta za­klę­ła w duchu, nigdy nie miała moc­nej głowy.

„Że też jesz­cze nikt nie wy­my­ślił za­klę­cia przed” – po­my­śla­ła.

Ist­nia­ły wpraw­dzie czary ni­we­lu­ją­ce skut­ki upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, ale z re­gu­ły, gdy ich po­trze­bo­wa­no, nie było już ni­ko­go na tyle trzeź­we­go, by je rzu­cić.

Wi­ce­mi­ni­ster do­siadł się do wiedź­my i na­peł­nił kie­lisz­ki.

– No, pani Ma­dzen­to, za mi­ni­stra Fal­su­sa – za­czął bez wstę­pów.

Wy­pi­ła, a Stul­tus po­now­nie nalał.

– Za wi­ce­mi­ni­stra Ava­ru­ma… Za pod­se­kre­ta­rza Sem­pe­ra…

Wzno­sił ko­lej­ne to­a­sty, a Ma­dzen­ta piła i za­sta­na­wia­ła się, ilu wła­ści­wie mają pod­se­kre­ta­rzy w mi­ni­ster­stwie i czemu, kurwa, tak dużo. Męż­czy­zna spoj­rzał w lekko już szkli­ste oczy wiedź­my i po­ło­żył rękę na jej ko­la­nie. Nie za­pro­te­sto­wa­ła. Nie, żeby nie miała ocho­ty dać mu w pysk, ale przed im­pre­zą rzu­ci­ła na sie­bie za­klę­cie zapewniające, że nie zrobi, ani nie powie, ni­cze­go głu­pie­go. Po­li­tyk zręcz­nie na­peł­nił kie­lisz­ki i wzniósł toast za ko­lej­ne­go apa­rat­czy­ka, a jed­no­cze­śnie jego ręka po­wę­dro­wa­ła na udo Ma­dzen­ty. Ko­lej­ny toast i palce Stul­tu­sa do­tar­ły do skra­ju poń­czosz­ki i do­tknę­ły skóry. Wi­ce­mi­ni­ster ze­rwał się jak opa­rzo­ny.

– No, muszę iść, obo­wiąz­ki wzy­wa­ją – rzu­cił, od­da­la­jąc się.

Na twarz wiedź­my wy­pełzł wred­ny uśmiech. Nie za­mie­rza­ła ry­zy­ko­wać zwich­nię­cia ka­rie­ry, ale też nie miała ocho­ty robić za ko­cia­ka. Ko­lej­ny czar, rzu­co­ny jesz­cze na trzeź­wo gwarantował, że każdy kto po­le­zie z ła­pa­mi tam, gdzie sobie nie ży­czy­ła, za­li­czy trzy­sta wol­tów. Ode­tchnę­ła, wsta­ła nieco chwiej­nie i ro­zej­rza­ła się w po­szu­ki­wa­niu Au­ra­dio­ne.

*

– Czy na pewno chcą panie wyjść? Wy­pu­ścić mo­że­my, ale już póź­niej ni­ko­go nie wpusz­cza­my – do­py­ty­wał się bo­ro­wik, pa­trząc na dwie chwie­ją­ce się przed nim ko­bie­ty.

– Pussss­szaj – wy­beł­ko­ta­ła Au­ra­dio­ne.

– Nie! Ma! Po­wro­tu! A panie są, tego… w nie­naj­lep­szym sta­nie.

– Fiem, sso robię. Pusss­szaj, bo ci rzyć przy­pa­lę!

Na takie dic­tum ochro­niarz wzru­szył ra­mio­na­mi, upew­nił się, że po dru­giej stro­nie jest bez­piecz­nie i otwo­rzył przej­ście.

Mróz i sy­pią­cy w oczy śnieg na chwi­lę otrzeź­wi­ły obie wiedź­my. Spoj­rza­ły na sie­bie i od­wró­ci­ły się jak na ko­men­dę. Za późno, przej­ście za­my­ka­ło się z sy­kiem, a torba z cie­pły­mi ciu­cha­mi i wy­god­ny­mi bu­ta­mi zo­sta­ła w środ­ku.

– Kurwa! – wark­nę­ła Ma­dzen­ta i za­szczę­ka­ła zę­ba­mi.

– Damy radę, to tylko czte­ry­sta me­trów.

Ru­szy­ły chwiej­nie, Au­ra­dio­ne pra­wie na­tych­miast zwa­li­ła się w śnieg, ale udało jej się wstać. Ma­dzen­ta za­to­czy­ła się i wpa­dła w zaspę. Otrzeź­wie­nie już mi­nę­ło i droga roz­jeż­dża­ła jej się w oczach.

– Zdech­nie­my tu – jęk­nę­ła.

– Nie gadaj głupstw. No, dalej, ze śpie­wem na ustach – za­rzą­dzi­ła Au­ra­dio­ne. – Bóg się rodzi, moc tru­chle­je… – za­czę­ła nie­zbyt czy­stym altem.

– Się rodzi… – do­łą­czył mocno spóź­nio­ny so­pran.

Prze­szły ja­kieś sto me­trów i Ma­dzen­ta upa­dła.

– Od­pocz­nę tro­chę. Tylko parę minut – po­wie­dzia­ła i za­mknę­ła oczy.

– Mu­si­my iść, niech cię wszy­scy dia­bli!

Au­ra­dio­ne pró­bo­wa­ła pod­nieść ko­le­żan­kę, nie dała rady i sama kla­pnęła obok niej. Przez chwi­lę jesz­cze wal­czy­ła, ale w końcu jej także opa­dły po­wie­ki i za­chra­pa­ła cicho.

*

Widar i Hlokk stali ukry­ci mię­dzy świer­ka­mi, kilka me­trów od par­kin­gu z sa­mo­cho­da­mi pra­cow­ni­ków mi­ni­ster­stwa i przy­glą­da­li się ośrod­ko­wi, w któ­rym od­by­wa­ła się im­pre­za.

– Nie wku­rza cię to? – za­py­ta­ła wal­ki­ria.

Bóg wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Przy­naj­mniej jest cicho – od­po­wie­dział.

Fak­tycz­nie, ma­gicz­na ko­pu­ła sku­tecz­nie tłu­mi­ła hałas.

– Bóg się rodzi…

Ciszę prze­rwał nie­rów­ny duet altu i so­pra­nu. Ten pi­skli­wy gło­sik Widar roz­po­znał od razu.

– Znowu ona! – wark­nął, czu­jąc jak ro­śnie w nim furia.

Spoj­rzał na dwie fi­gur­ki, do­brze wi­docz­ne w grze świa­teł nad ma­gicz­ną ko­pu­łą. Ko­bie­ty za­ta­cza­ły się, pa­da­ły, wsta­wa­ły, cią­gle wy­wrza­sku­jąc ko­lę­dę, od któ­rej bo­la­ły go uszy. Aż w końcu za­le­gły w śnie­gu i za­sty­gły. I znowu zro­bi­ło się cicho.

– Za­mar­z­ną – za­uwa­ży­ła Hlokk. – Do rana bę­dzie po nich.

Widar wes­tchnął. Po­do­ba­ło mu się w Biesz­cza­dach, ale jeśli te baby umrą, mi­ni­ster­stwo nie da mu spo­ko­ju.

– Trze­ba im pomóc – mruk­nął.

– Ale śpie­szyć się nie mu­si­my – stwier­dzi­ła wal­ki­ria.

Wol­niut­ko ru­szy­li w stro­nę wiedźm, tak wolno, że za­ję­ło im to pół go­dzi­ny. Sta­nę­li nad śpią­cy­mi ko­bie­ta­mi i przy­glą­da­li im się w mil­cze­niu.

– A może je jed­nak zo­sta­wi­my? – za­py­ta­ła Hlokk. – Wiesz, ile wrza­sku na­ro­bią, gdy je obu­dzi­my?

Widar spoj­rzał na nią z ukosa.

– Nie kuś – po­wie­dział i kop­nął Au­ra­dio­ne po­tęż­nym bu­cio­rem.

– Co, co, kto? – Nie do końca przy­tom­na wiedź­ma roz­glą­da­ła się do­oko­ła.

– Świę­ty Mi­ko­łaj z anioł­kiem – wark­nę­ła Hlokk. – Wsta­waj, idiot­ko!

Spoj­rze­nie Au­ra­dio­ne zo­gni­sko­wa­ło się na wal­ki­rii. Zza opa­rów al­ko­ho­lu wy­pły­nę­ło wspo­mnie­nie ich ostat­nie­go spo­tka­nia.

– Aaaaaaa! – wrza­snę­ła.

Krzyk obu­dził Ma­dzen­tę. Pierw­szą rze­czą, którą zo­ba­czy­ła, była po­chy­la­ją­ca się nad nią twarz Wi­da­ra.

– Iiiiiiii! – za­pisz­cza­ła, a bóg od­sko­czył gwał­tow­nie.

Au­ra­dio­ne już miała w ręku mio­tłę.

– Dawaj, spa­da­my! – ryk­nę­ła na ko­le­żan­kę.

W se­kun­dę póź­niej obie wiedź­my od­la­ty­wa­ły, a ciszę roz­ry­wał krzyk Ma­dzen­ty, która nie zno­si­ła la­ta­nia.

I wła­śnie ten do­bie­ga­ją­cy z wy­so­ka wrzask uru­cho­mił w końcu siły przy­ro­dy. Naj­pierw ru­szy­ła nie­wiel­ka zaspa pra­wie u szczy­tu jed­nej z gór, a potem już ze wszyst­kich stron pę­dzi­ły ku ośrod­ko­wi zwały śnie­gu. Wi­dar i Hlokk zdą­ży­li się prze­mie­ścić nieco wyżej i z fa­scy­na­cją po­dzi­wia­li roz­gry­wa­ją­cy się u ich stóp spek­takl, a la­wi­na omi­ja­ła ich ła­god­nym łu­kiem. Wokół bu­dyn­ku śnieg ko­tło­wał się jak woda w ki­pie­li. Ma­gicz­na ko­pu­ła za­dzia­ła­ła jak ma­gnes, biały puch przy­le­gał do niej, two­rząc coraz grub­szą war­stwę. Gdy wszyst­ko uci­chło tam, gdzie stał ośro­dek, wy­ro­sła nowa góra.

– A niech mnie Fen­rir w dupę ugry­zie – szep­nę­ła na­boż­nie Hlokk. – Nie od­ko­pią się do No­we­go Roku!

Widar wie­dział, że ko­pu­ła ochro­ni­ła gości. Wy­obra­ził sobie jed­nak śmi­głow­ce, cięż­ki sprzęt i wszyst­kich ludzi, za­an­ga­żo­wa­nych przy od­ko­py­wa­niu mi­ni­ste­rial­nej im­prez­ki. I hałas, który bę­dzie mu­siał znieść.

– Kurwa! – rzu­cił w prze­strzeń.

A góry od­po­wie­dzia­ły echem.

 

***

 

Pol­ska prze­strzeń po­wietrz­na, noc z 23 na 24 grud­nia

Z lot­ni­ska w pod­kra­kow­skich Ba­li­cach do­stoj­nie star­to­wał bo­eing 747. Wzno­sił się pew­nie, mimo mar­nej po­go­dy, gdy nagle coś prze­mknę­ło tuż za oknem kok­pi­tu. Tylko lata prak­ty­ki uchro­ni­ły ka­pi­ta­na przed pusz­cze­niem ste­rów i praw­do­po­dob­nym roz­wa­le­niem sa­mo­lo­tu.

– Wi­dzia­łeś to? – za­py­tał, gdy ochło­nął.

– Dwa bał­wa­ny na mio­tłach? – od­po­wie­dział nie­pew­nym py­ta­niem drugi pilot.

Spoj­rze­li na sie­bie i na­tych­miast po­sta­no­wi­li za­po­mnieć o tym, co zo­ba­czy­li.

*

Sy­pa­ło cały czas. Au­ra­dio­ne wy­trzeź­wia­ła na szczę­ście na tyle, że mogła chro­nić sie­bie i ko­le­żan­kę cza­rem ogrze­wa­ją­cym. Nie żeby to bar­dzo po­ma­ga­ło, ale przy­naj­mniej jesz­cze żyły, choć ob­sy­pa­ne śnie­giem fak­tycz­nie wy­glą­da­ły jak bał­wa­ny. Pro­wa­dzi­ła, co rusz zer­ka­jąc na GPS. Le­cą­ca za nią Ma­dzen­ta po­ję­ki­wa­ła cicho, zdą­ży­ła już po­zbyć się z żo­łąd­ka tak dzi­czy­zny, jak i al­ko­ho­lu. Było jej zimno, bo­la­ła głowa i dawał się we znaki lęk wy­so­ko­ści. Całe szczę­ście, nie­wie­le było widać, ale i tak brak opar­cia pod sto­pa­mi po­wo­do­wał takie za­wro­ty głowy, że z tru­dem utrzy­my­wa­ła się na mio­tle.

– Już nie­dłu­go – po­cie­szy­ła ją Au­ra­dio­ne, gdy zna­la­zły się w oko­li­cach To­ma­szo­wa.

I w tym mo­men­cie GPS zdechł, le­cia­ły po omac­ku. Au­ra­dio­ne za­klę­ła. Na do­da­tek nie miała już siły utrzy­my­wać czaru ogrze­wa­ją­ce­go. Wie­dzia­ła, że kiedy mio­tła znaj­dzie się pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od domu, sama znaj­dzie drogę. Szy­bo­wa­ły dalej, a wiedź­ma bła­ga­ła ko­lej­nych bogów, by nie zgu­bi­ły się w śnie­ży­cy. Wresz­cie mio­tłą szarp­nę­ło w bok i już wie­dzia­ła, że są oca­lo­ne.

 

***

 

War­sza­wa, 24 grud­nia

Wy­lą­do­wa­ły na dy­wa­nie w sa­lo­nie Au­ra­dio­ne. Ma­dzen­ta bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła zleźć z mio­tły.

– Dupa mi do kija przy­mar­z­ła – po­skar­ży­ła się. – I uda zresz­tą też.

– Po­dob­nie jak mnie.

Uło­ży­ły się na pod­ło­dze, w moż­li­wie wy­god­nych po­zy­cjach. Zgra­bia­łe z zimna dło­nie, za­tka­ne ka­ta­rem nosy i obo­la­łe gar­dła nie po­zwa­la­ły im pomóc sobie za­klę­ciem. Le­ża­ły więc i ta­ja­ły, i ta­ja­ły, i ta­ja­ły.

Nim wresz­cie zdo­ła­ły ode­rwać się od mio­teł, wy­grzać po­rząd­nie w wan­nie i w ogóle do­pro­wa­dzić sie­bie i miesz­ka­nie do względ­ne­go po­rząd­ku, za oknem zro­bi­ło się ciem­no, a na bez­chmur­nym w końcu nie­bie po­ja­wi­ła się pierw­sza gwiazd­ka.

Sie­dzia­ły w fo­te­lach, opa­tu­lo­ne ple­da­mi, po­pi­ja­jąc barsz­czyk z kar­to­ni­ka so­lid­nie do­pra­wio­ny pie­przem i prze­gry­za­jąc od­grza­nymi w mi­kro­fa­lów­ce kro­kie­tami. Miesz­ka­nie Au­ra­dio­ne po­ło­żo­ne było na luk­su­so­wym osie­dlu i kosz­to­wa­ło kro­cie, ale ścia­ny były tak cienkie, jak w gier­kow­skich blo­kach. Więc z miesz­ka­nia po­wy­żej do­bie­gał wrzask Ke­vi­na, który zo­stał sam w domu, za ścia­ną ry­cza­ły ko­lę­dy w wer­sji heavy me­ta­lo­wej, a po­ni­żej jakiś dzie­ciak darł się, że to nie o tę wer­sję gry mu cho­dzi­ło.

– Wiesz, w ta­kich chwi­lach sama mam ocho­tę się­gnąć po but i przy­wo­łać wi­kin­gów Wi­da­ra – po­wie­dzia­ła nie­spo­dzie­wa­nie Au­ra­dio­ne.

Ma­dzen­ta już miała gwał­tow­nie za­pro­te­sto­wać, ale nagle po­my­śla­ła, że może rze­czy­wi­ście, przy­naj­mniej raz w roku, przy­da­ła­by się jedna cicha noc.

 

Koniec

Komentarze

Zabawna, lekka historia. Dobrze oddana przedświąteczna atmosfera i klimat imprez firmowych. Fajne żarty, wplecione w zajmującą opowieść. Tekst niby o wiedźmach, ale ich problemy wydają się bardzo ludzkie, a bohaterki wzbudzają sympatię. Uśmiechnęłam się kilka razy, szczególnie przy bałwanach na miotłach i reakcji ochroniarzy. Zgłaszam do biblioteki.

– Co, kurwa?! Pojebało ich! – wrzasnęła.

A tu od początku jest klimat, a i przekleństwo, takie swojskie, niewydumane.

Ponieważ nie muszę przeszukiwać internetu aby zrozumieć, kim jest dane bóstwo, włożyłem spory wysiłek, aby wyobrazić sobie poniższą scenę i niestety sromotnie poległem. :(

 

Była tak przestraszona, że nawet nie zwróciła uwagi na koronę wieńczącą budynek, do którego zmierzały. A było na co popatrzeć, tam gdzie kończyła się magiczna kopuła, tańczyły zielone, żółte i czerwone światła. Jakby zorza polarna zawitała nagle w Bieszczady.

Korona wieńczy budynek i ma kopułę, a zielone, żółte i czerwone światła wyglądają jak zorza polarna. OK, trzecia próba dała radę.

 

– Dupa mi do kija przymarzła – poskarżyła się. – I uda zresztą też.

– Podobnie jak mnie.

Ułożyły się na podłodze, w możliwie wygodnych pozycjach.

No, to mi zrobiło wieczór.

Czytało się fajnie, podobało się bardziej, niż opko konkurencji.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

 godzinie pożreć się z rodziną

Powtórzony dźwięk ("in").

ścigana przez sączące się ze sklepów

Czy coś, co się sączy, może ścigać?

 Marry Christmas Everyone

… hilarious.

 irytujące Jingle Bells

A może to pokażesz? To wku…rzające brzdąkanie, arr?

 Wiedźma balansowała niepewnie, w botkach na wysokich obsasach

Przestawiłabym: W botkach na wysokich obcasach wiedźma balansowała niepewnie pomiędzy… Hopsasa :)

 górami nieuprzątniętego śniegu

Może po prostu "zaspami"?

 dupkami, przebranymi

Bez przecinka, bo przebranie jest atrybutem dupka.

 ruszyła energicznie

Hmm.

 gorączkowo zastanawiał się

Hmm. A po czym to widać?

 Wejdź, Madzento i przestań

Wejdź, Madzento, i przestań.

 smartfonem, na który godzinę wcześniej dostała informację

Coś to kolokwialne.

 A jednak

A miała co do tego wątpliwości? Bo "a jednak" wskazuje, że miała, a teraz się ostatecznie rozwiały.

 wisiorka, który nosiła na szyi

Skróciłabym: wisiorka na szyi.

 Czy ja wyglądam na miotłocyklistkę!

 A było na co popatrzeć, tam gdzie

Rozdzieliłabym: A było na co popatrzeć. Tam, gdzie…

 walcząc ze znużeniem

Zbędne, bo oczywiste.

 Stultusa

Nazwisko znaczące? ;)

 a co za tym idzie za śmierć Vikandera

A co za tym idzie, za śmierć Vikandera.

tej akcji

Psuje rytm i nic nie wnosi.

 by ukoronować swoje starania

Na pewno wiesz, co to znaczy?

 ale z reguły, gdy ich potrzebowano

To nie brzmi dobrze.

 za ministra Falsusa

A, czyli nazwiska są znaczące. OK, ale nie wiem, czy z tym nie przesadzasz – w Polsce łacińskie nazwiska rzadko się zdarzają.

 ponownie polał

Aliteracja.

 zastanawiała się ilu

Zastanawiała się, ilu.

 nie żeby

Nie, żeby.

 nie zrobi, ani nie powie niczego

Nie zrobi, ani nie powie, niczego.

 Kolejny czar, rzucony jeszcze na trzeźwo ręczył

Wtrącenie: czar, rzucony jeszcze na trzeźwo, ręczył. Ręczyć może tylko osoba.

voltów

Przez "w". Ustawa o ochronie języka, wiesz.

 każdy kto

Każdy, kto.

 Otrzeźwienie już minęło

Może lepiej "chwila otrzeźwienia już minęła"?

 sama klapła

Klapnęła.

 czując jak

Czując, jak. Po co mnie o tym zapewniasz?

 Spojrzał na dwie figurki, dobrze widoczne w grze świateł nad magiczną kopułą, kobiety zataczały się

Któryś z tych przecinków winien być zastąpiony kropką. Który? Niechaj Anonim samodzielnie wybierze.

 Wiesz ile wrzasku

Wiesz, ile wrzasku.

Wstawaj idiotko!

Wstawaj, idiotko!

 rzeczą, jaką zobaczyła

Którą.

 ciszę rozrywał krzyk

Łaaa… purpurowe…

 wrzask, uruchomił

Przecinek między podmiotem, a orzeczeniem? Oj, bo wezwę Widara.

 kotłował się, jak woda

Tu akurat przecinka bym nie dała.

 hałas, jaki

Który.

 niepewnym pytaniem

To pilot jest niepewny swego. Eh.

na szczęście na tyle

Powtórzenie.

 Nie żeby

Nie, żeby.

 Auradione zaklęła, na dodatek

Tu też dałabym raczej kropkę.

Wreszcie miotłą szarpnęło w bok i już wiedziała, że są ocalone.

Skracasz. Limit?

Podobnie jak mnie.

Taka formalność w takiej sytuacji?

 barszczyk z kartonika, solidnie doprawiony pieprzem

Bez przecinka.

 cieńkie

Cienkie.

przydałaby jedna cicha noc

A gdzie "się"?

 

Hmm. Bohaterowie są zmęczeni. Nie jest źle, ale czuje się znużenie tematem i sprawdzoną formą, widać pewne niechlujstwo (gdzie "się"? Gdzie?), pewnie z tego znużenia wynikłe. Ujdzie. Szału nie ma, ale ujdzie.

Masz mój głos.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Wydarzenia nie łączą się z puentą, nie ma tu typowej fabuły prowadzącej do jakiegoś typowo opowiadaniowego zakończenia, jest pokazane tylko jakieś zdarzenie z życia, wiele jest wątków nieznaczących, nie wnoszących nic do fabuły, ale w sumie przyjemnie się czytało. Opowiadanie zaciekawiło i wciągnęło, było zabawne. Ładnie wpisało się w temat pojedynku, bo święta i zimno były tu ważnym elementem fabularnym.

Opko pokazuje wszechobecne pijaństwo społeczeństwa i niebezpieczne skutki spożycia alkoholu – bohaterkom się akurat upiekło, ale ledwo, ledwo. Nie zawsze wychodzi się z tego szczęśliwie. Bezdomni piją, żeby poczuć fałszywe ciepło, jakie daje upojenie alkoholowe, a potem zamarzają, bo nie czują zimna. Pokazany tu jest też brak asertywności przy namawianiu do picia (”ze mną się nie napijesz?”) i problem molestowania pracownic przez swoich szefów, które boją się sprzeciwić, bo boją się utraty pracy.

pochylająca się nad nią twarz Widara. 

Twarz sama z siebie nie może się pochylać.

Wikander i Hlokk zdążyli się przemieścić nieco wyżej 

A nie Widar?

– Już niedługo, pocieszyła ją Auradione, 

Po niedługo półpauza, nie przecinek.

 

Poza tym mi też trudno było wyobrazić sobie scenę z koroną.

 

Całkiem niezły, dobrze napisany tekst. 

Jest lekko, płynnie, bez istotnych potknięć, co tym bardziej warto docenić przy tak krótkim terminie. Humor niczego sobie, na szczęście nie polegający tylko na przeróżnych konfiguracjach wulgaryzmów. Motyw zimowo-świąteczny obecny, istotny dla fabuły i mimo krytyki pewnych okoloświątecznych zachowań i zwyczajów,) ładnie i zaskakująco ciepło wybrzmiewający na końcu. 

Fabuła prościutka – taka kolejna przygoda, kolejny odcinek, ale właściwie, biorąc pod uwagę "konwencję" widarowej serii, nie jest to wada. Choć rzeczywiście – bohaterowie są już zmęczeni i można dać im odetchnąć. 

Ale czytało się bardzo dobrze, a o to tutaj chodzi. Dlatego też, Anonimie, masz mój głos. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jeśli dobrze zrozumiałam, opowiadanie traktuje o konieczności wzięcia udziału w bankiecie, w którym nie chciałoby się uczestniczyć i zgubnych skutkach nieumiarkowania w piciu alkoholu. Całości dopełnia nienachalny humor w niezłym gatunku i kilka umiejętnie wplecionych smakowitych zdań, że wspomnę o miotłocyklistce.

Przekleństw nie lubię, ale tutaj je przełknęłam, uznając za uzasadnione.

 

Męż­czy­zna niósł flasz­kę sto­licz­nej i dwa kie­lisz­ki, naj­wy­raź­nie uznał… ―> Literówka.

 

Wy­pi­ła, a Stul­tus po­now­nie polał. ―> Raczej: Wy­pi­ła, a Stul­tus po­now­nie nalał.

 

śnieg ko­tło­wał się, jak woda w ki­pie­li. ―> Widzę tu masło maślane – kipiel to kłębiąca się woda.

 

po­pi­ja­jąc barsz­czyk z kar­to­ni­ka, so­lid­nie do­pra­wio­ny pie­przem i prze­gry­za­jąc od­grza­ne w mi­kro­fa­lów­ce kro­kie­ty. ―> …i prze­gry­za­jąc od­grza­nymi w mi­kro­fa­lów­ce kro­kie­tami.

 

Więc z miesz­ka­nia po­wy­żej do­bie­gał je wrzask Ke­vi­na… ―> Więc z miesz­ka­nia po­wy­żej do­bie­gał wrzask Ke­vi­na

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, tutaj zima i święta odgrywają istotną rolę.

Humor też wydaje mi się lepszy. Wizja bałwanów latających na miotłach – całkiem, całkiem.

Na klimat pracowej imprezy integracyjnej też nie będę narzekać.

Wikander i Hlokk zdążyli się przemieścić nieco wyżej

Widar?

Babska logika rządzi!

Po pierwsze, jeszcze raz dziękuję wszystkim za głosy na moje opko. Kurcze, lubię wygrywać. :) Muszę jednak przyznać, że sama głosowałabym tak, jak Sonata, co trochę psuje mi radość ze zwycięstwa.

 

Po drugie, pragnę poinformować, że Widar idzie spać na co najmniej sto lat. Przede wszystkim dlatego, że, jak ktoś to ładnie napisał, opko było fajne, ale dupy nie urywało, a skora nie urywało, to… Poza tym zaczynam mieć obawy, że w końcu przyjdzie mi do chaty pismo od prawnika, żądające kasy za bezprawne przywłaszczenie Madzenty, Vikandera i Auradione. A muszę przyznać, że jakoś nie potrafię już sobie wyobrazić Widara bez nich. ;)

Jak się w którymś momencie złamię, możecie mi tyłek skopać. ;)

 

Większość baboli już poprawiłam, ale zdaje się, że coś mi się tam jeszcze przeoczyłam. Obiecuję poprawę.

 

Fizyku,

Korona wieńczy budynek i ma kopułę, a zielone, żółte i czerwone światła wyglądają jak zorza polarna. OK, trzecia próba dała radę.

Ok, budynek jest pokryty magiczną kopułą, która ma mniej więcej takie właściwości, jak atmosfera ziemska. Uderzający w nią śnieg powoduje efekt podobny do zorzy polarnej.

I widzisz, kurcze, w końcu udało mi się to napisać zwięźle i mam nadzieję zrozumiale. :)

 

Anet, fajnie, że fajne. :)

 

Tarnino, ech, ujdzie już mnie, psiakostka, nie zadawala. ;)

Czy coś, co się sączy, może ścigać?

Nie wiem, ale fajnie mi brzmiało. ;)

 

Może po prostu "zaspami"?

Zaspa jest kawałek niżej. ;)

 

A miała co do tego wątpliwości? Bo "a jednak" wskazuje, że miała, a teraz się ostatecznie rozwiały.

Powiedziałabym raczej, że miała nadzieję, że się myli.

 

Na pewno wiesz, co to znaczy?

Chodziło mi o to ostatnie znaczenie. ;)

 

A, czyli nazwiska są znaczące. OK, ale nie wiem, czy z tym nie przesadzasz – w Polsce łacińskie nazwiska rzadko się zdarzają.

A wiesz, jak to jest, kiedy zostały Ci tylko trzy godziny, doszłaś właśnie do miejsca, w którym trzeba nadać imiona pojawiającym się postaciom, a Ty masz pustkę w głowie? ;) Na swoją obronę dodam tylko, że Madzenta i Auradione też nie brzmią po polsku. ;)

 

Wtrącenie: czar, rzucony jeszcze na trzeźwo, ręczył. Ręczyć może tylko osoba.

Wiem, ale jedyne, co przyszło do głowy mnie i słownikowi to gwarantować, a gwarantowanie jest dwie linijki wyżej. ;)

 

Przez "w". Ustawa o ochronie języka, wiesz.

O, nie wiedziałam.

 

Może lepiej "chwila otrzeźwienia już minęła"?

Ech, tak to jest, jak człowiek za wszelką cenę stara się unikać powtórzeń. Kawałek wyżej jest, że otrzeźwiały na chwilę. ;)

 

To pilot jest niepewny swego. Eh.

Też bym na jego miejscu nie była. ;)

 

Sonato,

Wydarzenia nie łączą się z puentą, nie ma tu typowej fabuły prowadzącej do jakiegoś typowo opowiadaniowego zakończenia, jest pokazane tylko jakieś zdarzenie z życia, wiele jest wątków nieznaczących, nie wnoszących nic do fabuły, ale w sumie przyjemnie się czytało.

W sumie masz rację, ale czy fabuła musi zawsze prowadzić prościusieńko do puenty? Dla mnie ważne, że się przyjemnie czytało. Widary nie mają aspiracji do wielkiej literatury, chciałabym, żeby czytelnik miło przy nich spędził czas.

Poza tym mi też trudno było wyobrazić sobie scenę z koroną.

Ech, bo mi się trochę rozjechała.

 

Thargone, dziękuję. :)

 

Reg, cieszę się, że podobała mi się miotłocyklistka. :)

Przekleństw staram się nie nadużywać, ale Widar przekleństwami stoi, a konkretnie jednym. :)

 

śnieg kotłował się, jak woda w kipieli. ―> Widzę tu masło maślane – kipiel to kłębiąca się woda.

Wiem, sama sprawdziłam. Na początku była sama kipiel, ale czytałam to zdanie parę razy i za każdym się potykałam. Nie gniewaj się, ale zostawię masło maślane. ;)

Cieszę się, że Ci się podobało. :)

 

Finklo, dziękuję :)

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ależ Irko, skoro Twoim zdaniem na samej kipieli można się potknąć, a i nie dajcie bogowie, niechybnie wywalić, to niechże Ci się rzeczone masło maśli do woli. ;)

No i ilekroć zdarzy mi się przeczytać o miotłocyklistce, a traktuję ją jako dobro portalowe i jestem niezmiernie wdzięczna Unfallowi, że ją swego czasu wymyślił. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Wiem, ale jedyne, co przyszło do głowy mnie i słownikowi to gwarantować, a gwarantowanie jest dwie linijki wyżej. ;)

A co sądzisz o “sprawiać”, “zapewniać”, “zapobiegać” itd.? ;-)

Edytka: I oczywiście gratuluję wygranej w pojedynku. :-)

Babska logika rządzi!

ujdzie już mnie, psiakostka, nie zadawala

Kurczę, wymagania mają :D

Nie wiem, ale fajnie mi brzmiało. ;)

Irciu droga, wyobraź sobie sączenie przez bibułkę. I co, może? Hmm?

Chodziło mi o to ostatnie znaczenie. ;)

:P

A wiesz, jak to jest, kiedy zostały Ci tylko trzy godziny, doszłaś właśnie do miejsca, w którym trzeba nadać imiona pojawiającym się postaciom, a Ty masz pustkę w głowie?

I dlatego nie umiem na termin. Ulubiona_emotka_Baila.

Na swoją obronę dodam tylko, że Madzenta i Auradione też nie brzmią po polsku. ;)

Nie, ale ktoś mógłby tak skrzywdzić potomstwo :)

Wiem, ale jedyne, co przyszło do głowy mnie i słownikowi to gwarantować, a gwarantowanie jest dwie linijki wyżej. ;)

Mniejszym złem jest powtórzenie. Słownik synonimów jest zaś dobrem :)

Też bym na jego miejscu nie była. ;)

XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

 

Finklo,

A co sądzisz o “sprawiać”, “zapewniać”, “zapobiegać” itd.? ;-)

A czemu ja tego nie widziałam w słowniku? ;)

Dobra, poprawiłam.

 

Tarnino,

I dlatego nie umiem na termin.

Oj tam, oj tam, panika dobrze działa na wenę ;) Z reguły.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Jak na mnie za dużo wulgaryzmów. Pisarze to elyta mająca prowadzić maluczkich na wyżyny najczystszej kultury, a nie ulegać marnemu naśladownictwu. I z tym przesłaniem stawiam klika! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, witaj, dzięki za kliczka. Obiecuję, że najmocniejszymi przekleństwami w następnym opku będą cholera i psiakrew. :) A maluczkich prowadzić nie zamierzam, niech sami zasuwają. ;) Już nie wspomnę o tym, że taki ze mnie pisarz, jak z koziej… eee… to znaczy żaden. Nawet centa na tym pisaniu nie zarobiłam. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Oj tam, oj tam, panika dobrze działa na wenę ;) Z reguły.

To ja jestem wyjątkiem, który ją potwierdza. Odrobinka stresu i deer in the headlights, serio.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Irka, głowa do góry! Się postarasz to jeszcze noblistką zostaniesz. Może nobliwą ale zawsze noblistką :) Ino pamiętaj o maluczkich :)

A tak serio to opko zacne, niedługie ale z rozmachem poprowadzone.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

przywitała ją Aurdione.

:) :) :) :) :)

 

ściany były tak cieńnkie

 

Wreszcie jestem!

Leciutkie to opowiadanie i takie nienachalnie zabawne. Zupełnie inny kaliber niż ten mój kloc, teraz już nie mam wątpliwości, dlaczego zasłużenie wygrało. ;)

Trudno jakoś roztrząsać ten tekst, bo ewidentnie jest rozrywkowy, wręcz komercyjny (:p), stąd myślę, że najlepszym komentarzem będzie, że po prostu dobrze się bawiłem podczas lektury, a i nie poczułem zmęczenia.

/Szybko czytając wystraszyłem się, że minister magii i reszty tego dziadostwa nazywa się Fallus. XD/

Gratuluję jeszcze raz. Mam nadzieję na rewanż, kiedyś tam. ;)

 

“Bohaterowie są zmęczeni”.

To jedno, podrzucone przez Tarninę zdanie, tak trafnie oddaje odczucia związane z lekturą, że właściwie można by na tym poprzestać.

Opowiadanie nie jest złe. Jest naprawdę przyzwoite. Czyta się dobrze. Zdecydowanie ma swoje momenty. Tak, jak pisałem pod opowiadaniem MrB, punktujesz celnie, kiedy można i na tym opiera się wartość tekstu. Znokautować nie ma z czego.

Czy to Twoja wina?

Nie. Przynajmniej moim zdaniem. Zrobiłaś tu tyle, ile mogłaś. Zwyczajnie temat jest już wyeksploatowany, wyciśnięty jak cytryna. No czuje się w trakcie lektury, że nic więcej wyszarpać się z niego nie da, bo już zwyczajnie nie ma z czego.

Punktujesz utrzymaniem klimatu, stosunkową lekkością tekstu. Jest kilka fajnych, wcale zabawnych fragmentów, takich “na wyczucie” – to znaczy, gdzie pojawia się szansa na jakiś akcent humorystyczny, tam się on pojawia.

Nie pomagają natomiast wulgaryzmy. Mój stosunek do nich jest powszechnie znany, tym nie mniej postaram się być maksymalnie obiektywny. Głównym problemem jest więc tutaj nie sama ich obecność, ale przesadne nagromadzenie. Czym jest wulgaryzm? Szalenie mocnym słowem akcentującym, podkreślającym. Kilka takich słów może pełnić właśnie taką formę. Jeśli jest ich więcej, zatapiają się już w tekście, stają się jego częścią i, tak jak tutaj, ciążą, niestety, na lekkości opowiadania.

“Bohaterowie są zmęczeni”. Czy to oznacza zmierzch Widara? Moim zdaniem niekoniecznie. Nawet uznałbym to za błąd. Bo Widar dalej będzie miał klimat, potencjał, żeby bawić, albo chociaż umilać czas. Potrzeba tylko dłuższych wakacji i radykalnego odświeżenia. Bo to formuła się wyczerpała. Nie sam Widar. Masz pewien fundament w postaci klimatu, charakterystycznego bohatera. Potrzeba tylko poszukać jakiejś nowej drogi. Pomijanych dotąd elementów charakterystyki tej postaci, jej mitologicznej historii. W tej mitologii muszą tkwić jeszcze jakieś rezerwy. Podobnie jak w samej postaci. A może wystarczy nawet prościej? Jakaś zamiana ról? Żadnych konkretów oczywiście nie podam. Sugeruję tylko, że jest jeszcze wcale spora szansa na przynajmniej jeden “triumfalny” powrót tej historii. Za rok? Półtorej? W nowych szatach, ale ze starym charakterem.

Wiesz, dla mnie pisanie tego akurat komentarza jest zadaniem szalenie osobliwym. Bo widzisz, wystarczy usunąć z tej mojej opinii słówko “Widar”, zastąpić je “Quetzalcoatlem” i nagle okazuje się, że z perspektywy czyjegoś opowiadania mogę spojrzeć i na swoje, które, nawet mając odmienną charakterystykę i historię, obecnie zmaga się z tym samym problemem: wyeksploatowania tematu. Uczucie dziwne, ale i w jakiś sposób przyjazne, bo pozwalające w ten pokrętny sposób spojrzeć na własną pisaninę z perspektywy czyjegoś opowiadania.

Plus jest taki, że wysnuwając szereg wniosków na temat Quetzalcoatla, mogę też podrzucić Ci je jako potencjalnie opcje dla Widara. Bo naprawdę uważam, że po odświeżeniu jest tu jeszcze miejsce na jeden naprawdę solidny tekst. A może i więcej?

Jednocześnie wiem też, że i moje perspektywy “wiezienia” się na podstawowej koncepcji Quetzalcoatla zmierzają ku końcowi. :)

Odbiegłem trochę od tematu, więc na koniec jeszcze raz podkreślę. “Bohaterowie są zmęczeni”, ale walczyłaś dzielnie, rozsądnie, więc i lekturę oceniam jako satysfakcjonującą. :-)

Tyle ode mnie. 

Pozdrawiam. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Czym jest wulgaryzm? Szalenie mocnym słowem akcentującym, podkreślającym.

Tak. Właśnie tak.

z perspektywy czyjegoś opowiadania mogę spojrzeć i na swoje

heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

MrB, dzięki. Rewanż – zawsze. :)

 

CM, no są zmęczeni, ale Widar poszedł spać na sto lat. Jeśli dobrze pamiętam, to Twoje bóstwo o piekielnie skomplikowanej nazwie, wystąpiło w dwóch opkach. W porównaniu z nim, Widar, który ma za sobą pięć moich i dwa Jasnej Strony jest naprawdę weteranem. ;) Przyznam jednak, że lubię go i dobrze się z nim bawię. Tak więc istnieje prawdopodobieństwo, że złamię się przed upływem wieku. ;) Mam jednak nadzieję, że Ciapek pojawi się wcześniej. :)

Co do przekleństw, wiem, że nie lubisz. Problem w tym, że one istnieją. Staram się ich nie nadużywać, ale czasem po prostu są potrzebne. A propos, rozumiem, że są marne szanse zobaczenia Twojego komentarza pod opkiem na Lokomotywik?

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Za ten Lokomotywnik to miałem szczerą ochotę Cię oskalpować. ;-)

Stworzyłaś takiego wrednego bohatera, jakiego bardzo nie lubię, a który niesamowicie zachęca do lektury, bo już od samego początku życzysz mu podagry, syfilisa i dziesięciu wizyt w ZUSie i ta rosnąca niechęć niesie cię przez kolejne akapity, bo coraz mocniej mu “kibicujesz” (wiadomo z jakim przesłaniem). W pewnym momencie przyszło mi jednak sromotnie polec. Znasz powód, prawda? :-)

Z tym Twoim opowiadaniem to jest tak. Czułem od pierwszych akapitów, że jest wciągające. Nominacja do piórka tylko mi to potwierdziła. Więc tak, jak na początku zostało bezwzględnie zdyskwalifikowane (podobnie jak tekst Chrościska), tak raczej koło świąt się jednak pod nim pojawię. 

Naparzę sobie melisy i jakoś te wulgaryzmy zniosę.

Inna rzecz, że tak, jak tutaj zrzędziłem o te wulgaryzmy, tak tak spodziewałbym się już permanentnych lamentów. :)

A może i zadania pokuty. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oj tam, zaraz lamenty, a i pokuta jakoś do mnie nie pasuje. ;)

A wiesz, tak mi się przypomniała anegdotka polsko – niemiecka. Otóż u Niemców rolę przerywnika pełni słowo scheisse (nie chce mi się niem. podwójnego s szukać) i ma taki ciężar gatunkowy, że nawet go w telewizji nie wypikowują. Kiedyś koleżankę z pracy, Niemkę właśnie, wkurzył nasz szef, kiedy już sobie poszedł, mocno wzburzona zaczęło mówić, co o nim myśli. W pewnym momencie zapowietrzyła się, zabrakło jej słów. I wtedy powiedziałam: Widzisz, właśnie w takich sytuacjach przydaje się nasza polska k… Zatkało ją na chwilę, potem się roześmiała i w końcu przyznała mi rację. Zastrzegając jednak, że my tego przekleństwa zdecydowanie nadużywamy.

I mniej więcej taki stosunek mam do wulgaryzmów. Z tym, że jeśli opisuję kogoś, kto permanentnie nadużywa wiadomych słów i będę je mimo wszystko opuszczała, to co piszę przestanie być wiarygodne.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irciu, wulgaryzm ma swoje miejsce w języku. Idzie o to, żeby był jakiś język, nie same bluzgi.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Toż o tym mówię. :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No, w sumie o tym :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

:)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No, w sumie o tym :D

Toś pomogła, Tarnino. Naprawdę. XD

 

Irko, przykład w punkt. On akurat dobrze pokazuje, że wulgaryzmy mają swoje miejsce i rolę w języku. Temu zresztą nie przeczę. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jak tylko znajdę chwilę czasu, to o te wulgaryzmy w literaturze i tak będę pyskował dalej. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

A, pyskuj, pyskuj :D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ładny, lekki tekst. Nie pozbawiony wad, ale widzę tu tempo związane z “konkursem” i trybem powstania. Czyta się nieźle. Krótko mówiąc: przyjemny koncert fajerwerków, taki do obiadu ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM, dziękuję. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka