- Opowiadanie: Nikolzollern - Burzyć – nie budować

Burzyć – nie budować

To opowiadanie, podobnie jak “Szaber sakralny”, stanowi wtrącony rozdział do powieści “Przypadki Fredegara von Stettena nieco dostosowany do samodzielnego bytu. Jest oddzielną historią, nie związaną z narracją powieści, ale dobrze charakteryzującą jej uniwersum. Osoby sukcesywnie czytające “Przypadki” mogą poczekać i przeczytać ten fragment we właściwym miejscu po odcinku cd.9.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

katia72, NoWhereMan, Użytkownicy

Oceny

Burzyć – nie budować

 

Jednym ze sposobów spożytkowania czasu niezajętych obowiązkami członków załogi imperialnego niszczyciela „Rabe” były wykłady wprowadzone przez kapitana von Lemberga. Prowadzili je głównie oficerowie i podoficerowie, ale do głosu byli dopuszczani i szeregowcy, jeśli zaproponowali interesujący temat i udowodnili, że posiadają odpowiednią wiedzę. Tematy były bardzo zróżnicowane: w większości oczywiście wojskowe i kosmiczne, ale też historyczne, krajoznawcze, a nawet teologiczne. Teraz załoganci mieli okazję posłuchać gościa, korvettenkapitäna Manfreda von Laimsdorfa, wracającego na swój okręt z urlopu spędzonego na lokalnej wojnie u przyjaciela.

Temat brzmiał: „Technologie lokalnego zwiększenia grawitacji na małych planetach”. Na studiach kosmicznych ten temat był poruszany tylko pobieżnie, jako swoiste kuriozum. Słuchaczy zebrało się sporo, ale raczej ze względu na referenta, który wkroczył na pokład w gotyckiej zbroi, a teraz przebrał się w czarny mundur floty imperialnej, niż na temat wykładu.

– Meine Herren – zaczął Manfred, ruchem głowy odrzucając blond loki – wszyscy wiemy, że przed czterema stuleciami Rzesza stanęła u progu poważnego kryzysu: od osiemdziesięciu lat nie odkryto żadnej nadającej się do życia planety. Doprowadziło to do wybuchu tak zwanej „Wojny Młodszych Synów”[1], która zachwiała tronem Ditricha VIII. W tej wojnie, jak wiadomo, toczonej na dziewiętnastu planetach, zginęło do stu milionów ludzi. Mimo że Młodsi Synowie wysuwali tylko personalne  pretensje, istniało realne zagrożenie, że przy następnym kryzysie ktoś zażąda zmian w Kodeksie Rzeszy. W każdym razie cesarz i rząd imperialny postanowily działać, żeby na wypadek dalszego braku planet do podboju, mieć jakieś alternatywne rozwiązanie, zanim młodsi synowie odbudują populację i zaczną walić łyżkami w stół.

 Wówczas zajęto się terraformacją planet „nieużytków”, nieprzyjaznych, ale generalnie nadających się do zamieszkania światów, takich jak zimny jak diabli Eisenferrum IV, czy Schwartzstern, któremu za słońce służy żarzący się jak węgiel w kominku brunatny karzeł. Z pierwszym nic nie wyszło, a Schwartzstern przez dwieście lat był księstwem Rzeszy. Wszakże chętnych mieszkać pod jego piekielnym słońcem było za mało, a miejscowa roślinność nie nadawała się dla koni, więc, gdy odkryto Zyrdę, większość poddanych udała się tam, a w ich ślady i sam erzherzog, który musiał zadowolić się tytułem hrabiego. Ale mniejsza z tym! Wracamy do tematu.

W czasie tych dramatycznych poszukiwań do Ferdynanda IX zwrócił się pewien niemłody freiherr z Aldebarana. Nazywał się Leopold von Kalwitz. Jego majątek leżał za rzeczką nieopodal naszego Laimsdorfu, a moja cioteczna babcia wyszła za mąż za Kalwitza. Nie jestem pewien, czy był potomkiem Leopolda w linii prostej, ale nie przyszedłem tu rozprawiać o genealogii. Otóż ów Kalwitz oświadczył, że opracował metodę lokalnego zwiększenia grawitacji na małych planetach, która dałaby możliwość przekształcenia wielu księżyców w pełnowartościowe planety o klimatycznych charakterystykach zbliżonych do planet, którym towarzyszą. Przyniósł ze sobą opasłą teczkę wywodów i obliczeń. Pomysł wydawał się szalony, ale też niezwykle obiecujący. Cesarz natychmiast powołał konsylium wiodących profesorów, którzy skrupulatnie sprawdzili obliczenia freiherra, który wśród uczonych mężów już zdążył zdobyć reputację dziwaka i generatora fantastycznych pomysłów.

Koryfeusze nauki rozpoczęli pracę z pobłażliwym uśmieszkiem na twarzy, który stopniowo bladł, aż całkiem zniknął. Tez freiherra nikt nie obalił i cesarz zaproponował Kalwitzowi sformować grupę naukowców i inżynierów do wcielenia projektu w życie. Jak się okazało stworzenie zespołu okazało się niemalże równie skomplikowane, jak jego zadanie. Od lat wyszydzany przez środowisko naukowe, Kalwitz okazał się nieufny i drażliwy, ciągle obawiał się złośliwości kolegów i prób okradzenia go z przyszłej chwały. Gdyby nie nacisk ze strony cesarza, który monitorował sprawę osobiście, sprawa zakończyłaby się nie zdążywszy się zacząć, gdyż nieomal doszło do kilku pojedynków. Niemniej w pobliżu niesfornego freiherra znalazł się człowiek, który znalazł z nim wspólny język i zdobył jego zaufanie. Nazywał się Reinhard von Grumbach. Był młodszym synem pewnego rycerza z Malagry, który, jak się okazało miał do odegrania w tej historii niepoślednią rolę.

Wreszcie zespół rozpoczął pracę. Koncepcja Kalwitza polegała na stworzeniu wokół obiektu sieci sztucznych satelitów wyposażonych w potężne baterie słoneczne i reaktory grawitonowe, podobne do tych, jakich używa się na okrętach i stacjach kosmicznych, ale zamiast sferycznego pola wytwarzały strumień skierowany na obiekt. Strumienie uderzały w powierzchnie i zaczynały ją opływać niczym woda czy gaz. Efekt był taki, jakby pole siłowe roztaczała sama planeta. W zamierzeniu grubość tego pola grawitacyjnego miała dochodzić do kilkudziesięciu kilometrów, żeby móc utrzymać atmosferę. W ten sposób źródła grawitacji znajdywały się poza jej zasięgiem, a zwiększona lokalnie siła ciążenia nie wpływała na relacje z planetą, wokół której obracał się ów satelita.

Problemem pozostawało zużycie grawitonu, którego odkryte zasoby nie pozwalają zbyt hojnie nim szafować. Ten jednak odłożono na później, tym bardziej, że równolegle podejmowane były próby stworzenia syntetycznego grawitonu, które wydawały się być bliskie sukcesu. Zespół, liczący z początku pięćdziesiąt osób rozrósł się do trzystu i pracował z wielkim entuzjazmem i ofiarnością. Po czterech latach skończono prace projektowe, a po sześciu latach był gotów pierwszy działający element, zbudowany ma cesarskiej stoczni Rigel 16. Zbliżał się czas prób, do których wybrano w miarę foremną, kulistą asteroidę przezwaną przez członków zespołu „Jednooka Czaszką”, ze względu na pojedyncze, przypominające oczodół wgłębienie. Leżała w pobliskim systemie solarnym, gdzie okrążała satelitę gazowego giganta, który to satelita był ewidentnym kandydatem do przystosowania dla życia według technologii Kalwitza. W ciągu następnego roku wykonano następnych kilkanaście satelitów, mających „dociążyć” asteroidę. Potem przyszła pora na rozmieszczenie urządzeń wokół obiektu. Nie była to łatwa sprawa – naturalna grawitacja asteroidy była mizerna, a do tego dochodziły wpływy jej kosmicznego suzerena oraz jego własnego seniora – gazowego giganta. Sztuczne satelity musiały zatem ciągle manewrować silnikami, żeby utrzymywać pozycje. W trakcie tych dramatycznych zmagań jeden satelita roztrzaskał się o powierzchnię planetoidy – suzerena, dwa inne zderzyły się ze sobą. Jeden naprawiono, drugi, niestety, spisano na straty.

Wreszcie wszystkie elementy znalazły się na swoim miejscu i nastąpił moment prawdy. Przybył głównodowodzący floty cesarskiej Teofil von Falkenhayn, znany z tego, że zawsze woził ze sobą ulubionego rumaka, dla którego miał specjalny skafander z wkomponowanym na stałe siodłem. Nie mógł rzecz jasna przegapić takiej okazji i oznajmił, iż dokona testowania osobiście. Byli tam też dwaj admirałowie imperialni, jednakowoż historia nie zachowała ich imion, nie wpadli bowiem na to, by zabrać ze sobą wierzchowce. System włączono i umieszczone na asteroidzie czujniki odnotowały pożądany wzrost grawitacji. Lądownik admirała nieźle trzepnęło na granicy pola grawitacyjnego, koń się przewrócił i przygniótł Falkenhayna, łamiąc mu nogę. Niemniej dzielny admirał odbył swoją przejażdżkę, wprawdzie nie galopem, jak zamierzał, lecz stępa. Z dryfujących w pobliżu okrętów widać było jak okrąża „oczodół czaszki”, czy też jedzie dookoła nierównego globu na tle rozgwieżdżonego kosmosu. Na asteroidzie o średnicy około kilometra na swoim koniu wyglądał jak mrówka dosiadająca karalucha na dużej piłce. Żartem proponowano mu potem przybrać tytuł „Fürst von der Ball”. Na sugerowanym przez żartownisiów herbie widniał jeździec na odzianym w skafander koniu, dumnie kroczącym po kolorowej dziecięcej piłce głową w dół. Na pewno w Internecie nadal wisi to nagranie – polecam.

– Na tym etapie odniesiono niewątpliwy sukces. – kontynuował Manfred przysiadając na rogu biurka – System Kalwitza działał. Nie muszę opisywać, jaki entuzjazm wtenczas zapanował. Ferdynand VII chciał już kazać bić w dzwony i śpiewać „Te Deum”, ale zreflektował się i postanowił z tym zaczekać. Na Kalwitza i jego współpracowników posypały się zaszczyty. Wynalazca dostąpił uroczystej audiencji u cesarza, który zszedł z podwyższenia i uściskał go serdecznie. Otrzymał w podarunku iście książęcy, czarny, nabijany złotem, garnitur zbrojny dla rycerza i konia oraz własny konny portret, wykonany przez dworskiego malarza, na którym widniał napis „Leopold von Kalwitz, Markgraf zu…”. Postanowiono bowiem, że przystosowane do życia małe „dociążone” planety po zaludnieniu staną się marchiami, a pierwszym margrabim zostanie oczywiście nasz bohater. Innym członkom zespołu obiecano hrabiowskie, baronowskie i rycerskie tytuły i majątki w tejże marchii. Było to poniekąd dzieleniem skóry na niedźwiedziu, ale nic nie kosztowało i dobrze motywowało do dalszej pracy.

Pozostawał jednak problem zużycia grawitonu, który mógł zagrozić całej sprawie. Reaktory satelitów „dociążających” asteroidę ze znikomą grawitacją własną w ciągu jednego dnia zżerały więcej rzadkiej i kosztownej substancji, niż krążownik kosmiczny w ciągu roku. W przypadku planetoid wymagających przykładowo „jedynie” sześciokrotnego zwiększenia grawitacji, zużycie było proporcjonalnie mniejsze, ale liczba elementów  potrzebnych do wytworzenia pola wynosiła już nie dziesiątki i nie setki, ale tysiące i dziesiątki tysięcy.

Po audiencji odbył się bal, na którym Kalwitza zaszczyciła tańcem cesarzowa Ludwika Eleonora, a cesarz Gretę, córką Leopolda. Po odtańczeniu gawota podano lody i musujące wina, wtem monarcha poprosił freiherra na stronę i podzielił się swoimi obawami.

– Proszę się nie martwić, Wasza Cesarska Miłość – odrzekł Kalwitz, uśmiechając się chytrze – potrzebowałem się przekonać, że system działa. Teraz mogę przejść do wprowadzania poprawek. Problem zużycia grawitonu był do przewidzenia, więc zawczasu obmyśliłem kilka dróg jego przezwyciężenia. Potrzebowałem praktycznych pomiarów, aby wybrać jedną z nich i odpowiednio dopracować. – Freiherr spojrzał znad kielicha na rozpromienioną córkę, opowiadającą uprzejmie zainteresowanemu Grumbachowi coś zabawnego. Młodszy kolega był jeszcze nieżonaty i najwyraźniej podobał się dziewczynie. – W tej chwili mogę zagwarantować Waszej Cesarskiej Mości ośmiokrotne obniżenie zużycia, i zapewniam, że to nie jest kres możliwości.”

Ferdynand VII nieco się uspokoił, ale przy sposobności zapytał Grumbacha, czy to prawda. Młody rycerz wzruszył ramionami i odrzekł:

 –  Raczej tak, Mein Kaiser, to do niego podobne: freiherr von Kalwitz nigdy nie mówi wszystkiego z obawy, że ktoś ukradnie mu odkrycie, ale nie sądzę, by zwodził Waszą Cesarską Miłość. Jest szczerze zadowolony z wyników i pełen optymizmu, co sugeruje, że uważa problem za czysto techniczne zadanie. Przez te lata miałem czas dobrze mu się przyjrzeć i przekonałem się, że mimo całej swej podejrzliwości, sam nie potrafi ukrywać swych uczuć, bądź je udawać.

– Rozumiecie, Grumbach, jak cenny dla Rzeszy jest ten człowiek – powiedział cesarz. – Do tego ma trudny charakter. Doniesiono mi, że pojedynkował się osiem razy i trzykrotnie został poważnie rany, a dwóch przeciwników zabił. Jest więc narwany i skłony do bitki, co w jego wieku jest szczególnie niebezpieczne. Proszę więc, abyście go przypilnowali w czasie rocznego urlopu, jaki otrzyma teraz zespół. Być może macie go dość, ale nikt inny nie dogaduje się z nim tak dobrze. Mam nadzieję, że panna von Kalwitz umili wam ten czas.

Grumbach bez trudu namówił Kalwitza, aby udał się z nim na Malagrę, do włości swojego pana ojca. Nie wiadomo, czy uczynił to tylko z woli cesarza, czy też szczerze polubił podstarzałego dziwaka. Na Aldebaranie w zamku Kalwitzów rządził wówczas żonaty syn freiherra, jak on miał na imię? Helmut? Czy Holmfried? Zresztą to nieważne. W każdym razie ojciec nie najlepiej się z nim dogadywał, więc nie wyrywał się do domu.

Malagra to przyjazny świat. Zielonkawe słońce, łagodny klimat, który podziałał na osadników z różnych planet dość kojąco. To oczywiście nie oznacza, że czasem nie okładają się mieczami, ale generalnie to spokojni ludzie. Zatem Reinhardt uznał, że najprędzej tam zdoła utrzymać podopiecznego z dala od kłopotów. To uzasadnione przeświadczenie okazało się wszak pułapką.

Rycerz Reinhardt za długo nie był w domu, może nawet z dziesięć lat, a już na pewno od rozpoczęcia pracy w projekcie. Pan ojciec nie poinformował go o swoim zatargu z sąsiadem o ugór, który przez kilkaset lat nikogo nie interesował, ale ostatnio zyskał na wartości. Był to kamienisty nieużytek na pograniczu włości Grumbachów i Ingelheimów, znajdujący się w dodatek na okropnym wygwiździsku, gdzie z powodu ostrych wiatrów nie dało się nawet wypasać bydła. Omyłkowo książęca kancelaria przyznała ten teren obydwóm wasalom i przez stulecia nikt nie zawracał sobie głowy bezużytecznym kawałkiem ziemi, który każdy uważał za swój, lecz nie wiedział, co z nim począć. Rozwój pobliskiej kopalni soli i rozrost górniczej osady Salzheim stworzyły zwiększone zapotrzebowanie na prąd. Wówczas pan von Ingelheim przypomniał sobie o wietrznym ugorze, kupił wielkie prądnice i zaczął budować pod nie cztery wieże z miejscowego kamienia, który go nic nie kosztował, jakoż zalegał tam obficie. Oswald von Grumbach wnet przypomniał sobie o swych prawach do ugoru i chciał był procesować się o niego, jak tu się okazało, że sąsiad też ma takie same prawa, jak on, zaś akty nadania obu panów są równoważne. Postanowił tego tematu sądownie nie drążyć, bo koniec sprawy najpewniej byłby taki, że książę sprostowałby błąd kancelarii wyłączając działkę z obydwóch majątków i zabierając sobie wiatrowe dochody. Pluł teraz w brodę, że spalił się ze swoimi pretensjami do tego gruntu w sądzie i Ingelheim już nie da się zaskoczyć zbrojnym zajazdem. Sąsiad obsadził wieże kusznikami i wzniósł prowizoryczny szaniec z kamieni i ziemi.

 Potencjał militarny stron był podobny, a z pozyskiwaniem sojuszników wśród miejscowej szlachty trzeba było uważać – to mogło przyciągnąć uwagę suzerena i pogrzebać nadzieję na utrwalenie swych praw. Trudno też było znaleźć chętnych do walki o jakieś wątpliwe bądź co bądź prawa, kiedy nie działa się mu jawna krzywda. Malagryjczycy to spokojni ludzi, niełacno znajdziesz wśród nich warchołów skorych do bitki z byle powodu. Pozostało najmowanie zbrojnych przez Internet, trudniejsze do wykrycia przez przeciwnika, ale czasochłonne, a więc dające drugiej stronie więcej czasu na przygotowania.

Pani żona Oswalda – Brigitta – proponowała pokojowe rozwiązanie – podzielić inwestycyjne wydatki i przyszłe dochody między obydwa rody, a nawet podjęła się mediacji. Tu jednak na przeszkodzie tego wielce rozsądnemu planu stanęła przeszłość: swego czasu obydwaj rycerze, Ingelheim i Grumbach, ubiegali się o jej rękę. Grumbach wygrał konkury, zaś zawiedziony Ingelheim pojął za żonę majętną pannę o nieszczególnej urodzie, która przez całe życie była zazdrosna o jego dawną miłość. Ona to wyperswadowała mężowi wszelkie ustępstwa i doradziła, by w obliczu zagrożenia zmobilizować część chłopów do obrony terytorialnej.

Obydwie strony chyłkiem zaciągały zbrojnych gdzie się dało. Grumbach starszy przypominał charakterem Kalwitza (może dlatego Reinhardt dobrze się z nim dogadywał?) więc cię zaciął i jasne było, że sprawy nie poniecha, choćby miał polec na tym cholernym wygwiździsku. Starszego syna (a miał jeszcze dwóch) do tych spraw Oswald nie mieszał. Ten, choć dziedzic, miał własne życie odkąd udał się na studia do Uniwersytetu cesarskiego na Rigel. Może Oswald chciał oszczędzić mu niepokoju, a może się obawiał, że Reinhardt spróbuje go powstrzymać. Nie uprzedził syna o szykującym się starciu i wtedy, kiedy otrzymał od niego wieść o przybyciu w rodzime progi z drogim gościem, całym baronem z orszakiem dziesięciu zbrojnych. Pozyskanie Kalwitza dla sprawy radykalnie zmieniało balans sił na korzyść Grumbachów.

Możecie wyobrazić sobie przerażanie i konsternację młodego Grumbacha, kiedy, wjechawszy na zamkowy dziedziniec ujrzał pełno swoich, domowych, i obcych, najemnych zbrojnych, najwyraźniej szykujących się do dzieła. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy ujrzał błysk w oku podopiecznego, świadczący o gotowości wzięcia udziału w zadymie, nieważne, czego by dotyczyła. Pan ojciec serdeczne uściskał zesztywniałego syna i rozpromienionego gościa, który wykazał żywe zainteresowanie wojennymi przygotowaniami gospodarza. Grumbach starszy udał, że nie chce wplątywać przybysza z innej planety w sprawy tutejszego podwórka, czym jeszcze bardziej pobudził jego ciekawość. Tymczasem rycerz Reinhard, nie mając możliwości porozmawiać z każdym ze starszych panów na osobności, mógł tylko z rezygnacją słuchać jak jego przebiegły ojciec wciąga skądinąd podejrzliwego freiherra w swoją awanturę jak ostatniego naiwniaka. I oto Kalwitz już zapewnia, że pomoc ojcu przyjaciela i gospodarzowi przyjmującemu go pod swoim dachem, jest jego świętym obowiązkiem.

 Reinhard rozumiał, że przemawiając Kalwitzowi do rozsądku, kiedy ten uznał coś za sprawę honoru, nie tylko nic nie osiągnie, ale jedynie pogorszy sprawę, prowokując do szalonych wyczynów. Zamiast tego oschle poinformował freiherra, że cesarz osobiście prosił go zadbać, by genialnemu wynalazcy w czasie urlopu nic się nie stało, więc przez wzgląd na ich przyjaźń prosi nie narażać swego życia niepotrzebnie. Połechtany w swej próżności baron poklepał go po ramieniu i zapewnił go, że w podarowanej przez cesarza zbroi będzie bezpieczny i nie zamierza popełniać żadnych szaleństw, niemniej uczyni wszystko, co powinien czynić rycerz w takiej sytuacji. Następnie Grumbach młodszy zdybał gdzieś ojca samego i bez ogródek powiedział mu, że wykorzystując Kalwitza naraża całą karierę swego najstarszego syna i jego samego na niełaskę cesarza, nie wspominając już o możliwej niepowetowanej szkodzie dla całej Rzeszy, jaką byłaby śmierć wynalazcy na danym etapie prac. Ojciec jął przysięgać na wszystkie świętości, że tylko postraszy Ingelheimów wspaniałym rycerzem z baronowskim szlaczkiem na proporcu i tyle wystarczy, by zmusić przeciwnika do odwrotu, że oczywiście ze wszech miar ma na względzie karierę syna i dołoży wszelkich starań, by jej nie zaszkodzić. Reinhard wszakże wiedział, że te solenne zapewniania są niewiele warte, kiedy pan ojciec zagryzł wędzidła, zwęszywszy szansę dla zaspokojenia swojej zachłanności.

Tak szczegółową relację zawdzięczamy pamiętnikom samego Reinhardta, opublikowanym po jego śmierci przez jego wdowę Gretę von Grumbach z domu von Kalwitz,  opatrzonym przez nią komentarzami, dotyczącymi życia rodziny von Kalwitz przed opisywanymi wydarzeniami.

Kalwitz z zapałem włączył się w planowanie operacji. Czas gonił, gdyż przewaga Grumbacha uzyskana dzięki przybyciu syna z gośćmi mogła zostać rychło wyrównana przez otrzymanie posiłków przez adwersarza. Każdy z przeciwników miał oczywiście we wszystkich pobliskich miejscowościach i gospodach swych informatorów, którzy natychmiast donosili o ruchu wszystkich rycerzy i zbrojnych po okolicznych drogach. Widziano, jak dwóch gości, pociągających piwo przy stoliku przed tawerną, ujrzawszy przejeżdżających traktem uzbrojonych jeźdźców, natychmiast wyciągnęło komórki, i wcale się nie kryjąc, zadzwoniło do swych mocodawców, by zameldować o liczebności i kierunku jazdy zauważonej grupy. Spełniwszy obowiązek, obydwaj wrócili do swojej pogawędki i picia na koszt Grumbachów i Ingelheimów. O żadnej dyskrecji nie było mowy.

Grumbach wiedział, iż Ingelheim już wie, jak też zdawał sobie sprawę, że przeciwnik zdaje sobie sprawę z jego wiedzy. Postanowiono uderzyć na sporny obiekt nazajutrz siłami stu dwudziestu siedmiu jeźdźców, którzy mieli przepędzić nieprzyjaciela spod wież. Dwudziestu piechurów zamkowych mieli z kolei wykurzyć z nich kuszników i obsadzić w charakterze garnizonu. Nie rozpatrywano najechania którejś z trzech wsi Ingelheima, gdyż stała tam obrona terenowa, a poza tym krwawy najazd spowodowałby oburzenie sąsiadów i własnych poddanych, którzy mieli w tych wioskach wielu krewnych. Zamek Igelheimów leżał na drugim końcu ich ziem, więc też nie wchodził w rachubę, a ponieważ przeciwnik rozumiał to równie dobrze, można było z dużym prawdopodobieństwem się spodziewać, że stawi się do walnej rozprawy ze wszystkim, co mu się udało zgromadzić.

Armia Grumbachów liczyła ośmiu rycerzy: Oswalda von Grumbacha z najstarszym i najmłodszym synami Reinhardtem i Osbertem (średni syn Bernhardt został na zamku, gdyż zwichnął sobie nogę i w ogóle nie należało narażać wszystkich mężczyzn rodu naraz), jego kuzyn i bratanek, którym obiecano udział w dochodach, wędrowny rycerz-banita z Nibiru, najemnik-zastępca zwerbowany przypadkiem, gdy przejeżdżał przez Salzheim, oraz Kalwitz. Poza tym było jeszcze czterech giermków uzbrojonych w kopie. Tych dwunastu kopijników stanowiło centrum formacji Grumbachów, a w samym środku, obok gospodarza stanął freiherr Leopold von Kalwitz w całej okazałości swej „margrabiowskiej” zbroi. Resztę armii stanowili zamkowi sierżanci, konni knechci i najemnicy, zwerbowani pojedynczo lub małymi grupami. Armia przeciwnika wyglądała podobnie. Liczyła stu siedemnastu konnnych, z czego tylko siedmiu kopijników.

Obydwie drużyny stanęły na przeciwległych wzniesieniach, mając pośrodku płytką dolinkę. Po lewej stronie od pozycji Ingelheimów sterczały niedobudowane wieże wiatrakowe. Odległość była sam raz do przeprowadzenia spotkaniowego boju kopijniczego – około dwustu metrów. Porywisty wiatr dął wzdłuż szeregów szarpiąc pióropuszami, sztandarami i proporcami kopii, wśród których najokazalszy był fioletowy ze srebrnym turem i baronowską koroną.

 Przeciwnicy ruszyli na siebie niemal jednocześnie, ich nierówne, łamiące się linie zderzyły się na dnie dolinki rozpadając się na poszczególne grupki walczących. Jednak losy batalii ważyły się w centrum, gdzie ilość i jakość kopijników Grumbacha zdecydowała o zwycięstwie. Kalwitz został trafiony kopią, która skruszyła się na jego wspaniałej zbroi, nie pozostawiając nawet wgięcia na kirysie. Freiherr ugodził kopią kuzyna Ingelheima, Kurta, (nie wiem dlaczego pamiętam właśnie jego imię, a nie pamiętam samego pana), a jego giermka powalił wraz z koniem, taranując go swym opancerzonym rumakiem. Ingelheimom udało się wysadzić tylko dwóch wrogich kopijników w tym najmłodszego Grumbacha oraz banitę Nibiryjczyka, przy czym obydwaj przeżyli. Centrum nieprzyjaciela było zatem pogruchotane. Pięciu kopijników Ingelheima leżało na ziemi, z czego nie żyło trzech, w tym szwagier głowy rodu. W obliczu jawnej klęski wódz wrogiej armii zawrócił konia i popędził w stronę wież, w ślad za nim poddali tyły i pozostali.

Dmąc w rogi zwycięski zastęp Grumbacha gonił w ich ślady, aż dotarł na szczyt wzniesienia. Lżej uzbrojeni ścigali przeciwnika jeszcze ze sto metrów, biorąc do niewoli kolejnych kilkunastu jeńców, w tym zamkowego ekonoma. Kopijnicy zatrzymali się nieopodal wież. Nie brali udziału w pościgu, gdyż ich ciężkie rumaki były zbyt zmęczone po jeździe pod górę i już wykonały swoje zadanie. Wszystkich przepełniała euforia zwycięstwa, nawet zagniewany na pana ojca Reinhardt dał się jej porwać. I wtedy zdarzyła się katastrofa, która przekreśliła zarówno małe zwycięstwo Grumbachów jak i wielkie nadzieje wiązane z projektem Kalwitza. Czy to chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza, czy coś powiedzieć towarzyszom, niedoszły margrabia podniósł przyłbicę, zapominając o zabarykadowanych w wieży kusznikach. Bełt z ciężkiej kuszy, wypuszczony z bodaj kilkudziesięciu kroków skruszył kość policzkową, przebił podniebienie i przeszył rdzeń kręgosłupa u nasady czaszki. Siedząc w głębokim siodle kopijniczym i wsparty na szerokich rycerskich strzemionach, nie spadł od razu, tylko upuścił buzdygan. Jeden z knechtów zeskoczył z konia, by mu go podać i wtedy zauważył sterczący z twarzy bełt. Kusznicy wystraszyli się własnego sukcesu, domyślając się, że ustrzelili kogoś znacznego, a główne siły nie przyjdą im z pomocą, nie wypuścili więcej ani jednego pocisku, obawiając się, że rozwścieczony przeciwnik weźmie wieżę szturmem i wytnie ich do nogi.

 Zdawszy sobie sprawę, iż podopieczny nie żyje, Reinhardt von Grumbach pożałował, że nie poległ w niedawnym starciu. Chciał był rzucić się z mieczem na pana ojca, ale wiedział, że to niczego nie zmieni. Wielki wynalazca właśnie zginął w głupiej wojence dwóch małopanków o kamienisty ugór, zabierając ze sobą do grobu rozwiązanie kluczowego problemu projektu o żywotnej ważności dla całej Rzeszy. Winowajca tej tragedii był jeden, w każdym razie w oczach cesarza – Reinhardt von Grumbach. Jego kariera, jego życie leciało w przepaść. Zanim stanie przed cesarzem, będzie musiał zanieść smutną wieść Grecie von Kalwitz, z którą łączyło go uczucie.

 Dla Grumbacha starszego słodkie zwycięstwo nagle utraciło cały smak. Powiadają, że stał skonsternowany, jakby zapomniał po co tu przybył, wśród gapiących się na niego zbrojnych, oczekujących rozkazu do szturmu wież. Do szturmu zresztą nie doszło – najmłodszy Grumbach, pozbierawszy się po upadku, podjechał do wież z białą flagą i zaproponował kusznikom bezpiecznie opuścić pozycję, z której to propozycji ci po krótkim namyśle skorzystali. Zbrojni Grumbacha obsadzili wieże, ale nie na długo. Następnego dnia knajpiani informatorzy donieśli o zbliżaniu się do rejonu konfliktu setki zbrojnych pod arcyksiążęcym sztandarem, suzeren bowiem również miał swoich informatorów i szybko dowiedział się, że omyłkowo przyznane ziemie już wywołały lokalną wojnę. Oddział towarzyszył arcyksiążęcemu geodecie, mającemu sprostować ów błąd, i heroldowi, mającemu obwieścić zwaśnionym wolę seniora. Stało się tak jak obawiał się pan Oswald – sporny teren został wycięty z obu nadań, przy czym nikt nie mógł protestować, skarżąc się na uszczuplenie majątku. W nadaniach teren był opisany jako bezwartościowy nieużytek, od którego nie płacono podatku. Ingelheim otrzymał od księcia zwrot zainwestowanych w budowę pieniędzy i odsprzedał mu zakupione prądnice. Grumbach musiał zapłacić główczyznę za zabitych członków rodu i zbrojnych sąsiada a na dodatek zadbać o rodziny własnych ludzi poległych w starciu. Oswald ciężko rozchorował się ze zgryzoty i zmarł niecały rok później.

To jednak było później, a teraz zdruzgotany Reinhard stanął przed Gretą von Kalwitz, trzymając uzdę konia jej ojca. Za nim przez zamkową bramę wtoczył się wóz z ciałem freiherra Leopolda. Dziewczyna zbladła już zobaczywszy minę rycerza. Wnet pojąwszy, co się stało i zamiast opłakiwać poległego skupiła się na ratowaniu żywego.

– Reinhardzie! Nie mam do ciebie żalu. Chroniłeś ojca jak mogłeś, ale on umarł tak, jak żył. Nie przepuścił żadnej okazji do bitki i nie pozwolił nikomu siebie powstrzymać. Ani tobie, ani mnie, ani świętej pamięci pani matce.

– Walczył dzielnie i przechylił szalę zwycięstwa na naszą stronę. Zginął gdy już wygraliśmy – rzekł łamiącym się głosem rycerz.

– Zatem umarł jako zwycięzca, pełen radości i dumy. Myślę, że taka śmierć mu odpowiada. Kiedy byłam mała, mieliśmy starego ogara, bardzo przyjaznego, wszystkie dzieci go uwielbiały, bo był niesyty pieszczot i zabawy. Był też bardzo zawziętym myśliwym. Gdy ojciec czy matka zabieraly go ze sobą na przejażdżkę konną, zawsze gonił każdą zwierzynę jaką napotkał – jelenie, sarny, dziki. Wracał zziajany, słaniający się na nogach, niekiedy z krwią na pysku. Psiarz mówił, że te gonitwy go w końcu zabiją, lecz ojciec mimo wszystko mu na to pozwalał. Pewnego razu, staruszek ruszył ostro za sarną, i przebiegłszy ze sto kroków padł na ściernisku nieżywy. Strasznie płakałam za nim, bo przecież mógłby przeżyć jeszcze parę lat, lecz ojciec powiedział, że nasz pies umarł szczęśliwy jak prawdziwy drapieżnik, goniąc zwierzynę i to było dlań lepsze niż konać powoli, na posłaniu, zniedołężniałym i ślepym. Teraz ojciec umarł tak samo, szczęśliwy, jak prawdziwy drapieżnik, który goni każdego zwierza, nie oglądając się na nic i na nikogo. Niech Pan Bóg ulituje się nad jego duszą. Reinhardzie, wiem jak bardzo ojciec ciebie skrzywdził, wybacz mu jeśli potrafisz! Myślisz, że twe życie się wali – nie poddawaj się! Jestem z tobą!

Podniesiony nieco na duchu przez miłość wiernej Grety, Reinhard von Grumbach przygotowywał się, aby stawić czoła rozgniewanemu cesarzowi, lecz ten był chwilowo zajęty konfliktem dynastycznym rilgerdzkich wasali w pobliżu stolicy i nie przyjął go osobiście, przekazując sprawę imperialnemu ministrowi rozwoju technologii. Ten wysłuchał go oschle, bez rzucania retorycznych pytań w rodzaju „jak to mogło się stać?! O czym pan, do cholery, myślał?!” Zapytał rzeczowo, czy Grumbach wie, jak Kalwitz zamierzał zredukować zużycie grawitonu. Ten uczciwie odpowiedział, że nie, ale że spróbuje przeanalizować wszystkie notatki, obliczenia i pomiary, jakie po nim zostały. Dostojnik chłodno życzył mu powodzenia i na tym rozmowa się skończyła.

Oczywiście Reinhardt niezwłocznie wrócił do stacji badawczej i jął przekopywać wszystkie materiały, wśród których zresztą nie znalazł wiele tego, czego nie znał wcześniej. Pozostawał jeszcze osobisty komputer poległego Freiherra, chroniony, jak należało się spodziewać po starym paranoiku, kilkoma hasłami. Dwa z nich udało się rozwiązać z pomocą Grety, ale pięć pozostałych opierały się nawet specjalistom. Wyciągnięto z lochu słynnego arcyhackera Köpenicka, który przed trzema laty obrabował największy bank na Betelgeize i został skazany na powieszenie, ale zamiast egzekucji był, na wypadek nagłego zapotrzebowania na jego talenty, trzymany w kajdanach w więzieniu bez instalacji elektrycznej. W ciągu dnia rozpracował program ochronny Kalwitza i wyrażał się o nim z respektem, choć prawdopodobnie po to, by przydać większą wartość swojej robocie. Grumbacha tymczasem czekało kolejne rozczarowanie. W plikach freiherra znalazły się pewne formuły i obliczenia, lecz oparte na nich symulacje komputerowe wykazywały oszczędność grawitonu w granicach czterech – sześciu procent, co w skali przemysłowej było niemało, ale problem można byłoby uznać za rozwiązany przy oszczędności rzędu sześćdziesięciu – siedemdziesięciu.

Prace zespołu zabrnęły w ślepy zaułek. Mijały tygodnie i miesiące. Reinhardt zlecał jakieś pomiary, przeprowadzał jakieś obliczenia, testował formuły, ale tylko po to, by wiedzieć, że sprawdził wszystkie możliwości i niczego nie zaniedbał, ale w głębi duszy wiedział, iż nie znajdzie rozwiązania. Czy Kalwitz je miał? Czy wierzył że je znajdzie? Czy też blefował przed cesarzem? Coraz więcej czasu spędzał, grając na klawesynie nieskończenie tęskne wariacje, które doprowadzały biedną Gretę do rozpaczy. Zbliżał się moment, gdy będzie musiał zameldować cesarzowi o niepowodzeniu projektu.

W końcu pewnej „nocy”, jego improwizacje przerwał na wpół ubrany giermek, który wpadł do pokoju, wystraszywszy zapatrzoną w kosmiczny krajobraz Gretę i zameldował, że właśnie przybył posłaniec z ministerstwa technologii. Grumbach zamknął instrument i wyrzekł: „cóż, raz kozie śmierć!” i wyszedł na spotkanie z nieuniknionym upokorzeniem.

Tymczasem posłaniec przemawiał niezwykle uprzejmie, a nawet przepraszająco. Powiedział iż z przykrością musi powiadomić zespół badawczy o zwijaniu tego programu w związku z odkryciem nadającej się do podboju planety (był to Tormans) i przekazaniu wyników badań, oraz zbudowanych urządzeń do ministerstwa zbrojeń. Okazało się bowiem, że jeden z admirałów Hoch Raum Flotte, oglądający harce Falkenhayna po powierzchni „Jednookiej Czaszki”, wpadł na pomysł bojowego wykorzystania nowej technologii – zbudowania grawitacyjnego działa, stwarzającego krótko działające strefy zwielokrotnionej grawitacji, miażdżącej wszelkie zabudowania i bunkry w wybranym rejonie, strącającej też wszelkie obiekty latające. W ten sposób kariera Grumbacha nie tylko się nie załamała, ale i nabrała rozpędu.

Jak mówi rosyjskie porzekadło, „burzyć – to nie budować”. Zespół Kalwitza ciągle walczył o spowolnienie procesu reakcji rozpadu jądra grawitonu, by uzyskać długo działający strumień energii, która, zalewając powierzchnie ciała kosmicznego, zwiększa jego siłę przyciągania. Tu zadanie było dużo prostsze – w cel miał uderzyć skoncentrowany promień o średnicy kilkudziesięciu kilometrów, wywołujący gwałtowny skok grawitacji o kilkaset procent w ciągu kilkunastu sekund – jednej minuty. Dla zespołu Kalwitza to zadanie było śmiesznie łatwe – wystarczyło nieco przekalibrować istniejące urządzenia, a właściwie je uprościć, ażeby źródła życiodajnej grawitacji zamieniły się w morderczą broń. Reinhard z zespołem, do którego dołączył ułaskawiony Köpenick, przeniósł się do wojskowego ośrodka badawczego na księżycu w systemie Tuccana i przez cały rok udawał burzliwą działalność, która w rzeczywistości zajęła mu przeszło tydzień, po czym zaprezentował komisji Raumwaffe przerobioną z orbitalnego generatora grawitacji armatę.

Armata, zamontowana nieruchomo na dziobie starego niszczyciela zamiast rakietowo-torpedowych rur, uderzyła w opuszczone miasto na świeżo podbitym Tormansie, pełne paskudnych, szklanych wieżowców. Próbne strzelania wypadły bardzo pomyślnie, wykryły też uboczne skutki użycia tej broni. Skok grawitacji wywołał mocne trzęsienie ziemi, które obróciło w perzynę dopiero co wzniesiony zamek w odległości stu kilometrów od miasta i zmieniło bieg sporej rzeki, wskutek czego trzeba było przenieść uprawy ryżu i wybudować na nowo spłukane do morza miasteczko. Krótko mówiąc, broń okazała się skuteczna i była masowo zastosowana przy podboju planety Wcielenia. Z powodu sporych rozmiarów działa grawitacyjne postanowiono umieszczać pojedynczo na specjalnie zbudowanych okrętach, wyposażonych oprócz tego tylko w krótkodystansowe środki obrony. Taki okręt zabierał dziesięć ładunków grawitonu. Wybudowano ich wówczas około trzydziestu i zaklasyfikowano jako „Sturmschiff”. Pierwsze dwa nazwano „Kalwitz” i „Grumbach”.

Reinhardt, który w gniewie wyrzekł się dziedzictwa swego rodu, otrzymał nadanie w landzie cesarskim na Tormansie, w pobliżu zburzonego przez jego armatę miasta z prawem odzyskiwania z niego metalu i innych materiałów. Szczęśliwie żonaty z Gretą dochował się licznego potomstwa, wybudował zamek i hutę, zajmował się gospodarstwem i miejscową polityką, w wolnym czasie próbując odgadnąć, jak jego nieżyjący teść chciał rozwiązać sprawę zużycia grawitonu.

 

 

 

[1] Wojna Młodszych Synów wybuchła w trakcie innej wojny feudalnej, toczonej przez cesarza Ditricha VIII przeciwko koalicji jedenastu książąt Rzeszy, domagających się zmiany granic swoich i cesarskich posiadłości. Po dwóch latach tej wojny, obfitującej w krwawe starcia, dziesiątkujące szeregi szlachty, ale nie przynoszące rozstrzygnięcia, rycerz Ewald von Arnstedt, wasal arcyksięcia Betelgeize, oskarżył cesarza i wojujących książąt o rozmyślne rozpętanie tej wojny celem przetrzebienia stanu rycerskiego, zbyt licznego, by zmieścić się w nadanych ich rodom majątkach. W wyniku tego wystąpienia część rycerzy wrogich armii przystąpiła do Sprzysiężenia Młodszych Synów i wypowiedziała wojnę swoim suzerenom. Ruch przyjął masowy charakter i ogarnął nie tylko wojujące planety, ale jeszcze osiem innych, gdzie ferment wykorzystali miejscowi malkontenci. Wojna trwała osiemnaście lat, a na niektórych planetach nawet 23 lata, doprowadziła do upadku trzech dynastii planetarnych i ogromnych zniszczeń. Historycy dyskutują nad zasadnością wysuniętych przez Ewalda oskarżeń wobec cesarza i książąt, ale wszczęta przezeń rebelia nader skutecznie spełniła zadanie likwidacji nadwyżek stanu rycerskiego. Wojna zakończyła się zwycięstwem różnych stronnictw na poszczególnych planetach, co zostało utrwalone przez tzw. Pokój Archernarski. Na jego mocy wszyscy uczestnicy wydarzeń zostali zwolnieni z odpowiedzialności za dokonane w czasie wojny czyny pod warunkiem, że ponownie złożą hołd cesarzowi i swoim suzerenom. Rycerz Ewald przeżył wojnę, ale przerażony rozmiarami wywołanej tragedii, dobrowolnie oddał się na sąd cesarza, ten jednak odmówił mu wymierzenia kary, każąc żyć dalej ze świadomością konsekwencji swoich poczynań. Zdruzgotany buntownik zmarł w klasztorze opłakując swoje grzechy.

Koniec

Komentarze

Od września mam w planach wziąć się za komentowanie Twojego Fredegara (z lekturą jestem na bieżąco, z zabraniem się za konkretny komentarz gorzej), ale skoro wpadło pojedyncze opowiadanie, to się zabieram.

 

Na początek będą uwagi szczegółowe, potem – ogólne :)

 

1. Czy “Burzyć, nie budować” ma być pierwszym “zdaniem”, czy zostało jako powtórka tytułu? Bo jak to drugie, to wywal, system Ci zapisuje tytuł na górze sam :)

 

2. “Wykłady, prowadzone przez kapitana (…) na jego ciasnym pokładzie” → to by się przydało przeformułować, bo wychodzi na to, że chodzi o pokład kapitana. “Na ciasnym pokładzie jednostki?”

 

3. “Meine Herren,” → uwaga techniczna: zlikwiduj przecinek, dodaj półpauzę przez wypowiedzią. Generalnie zapis dialogów jest chwilami do poprawy.

 

4. “wybrano w miarę foremną, kulistą asteroidę przezwaną przez członków zespołu „Jednooka Czaszką”, za pojedyncze, przypominające oczodół wgłębienie.” → lepiej “ze względu na pojedyncze…”

 

5. “Jeden naprawiono, drugi, niestety, spisano.” → tu bym doprecyzowała, po polsku lepiej zabrzmi “spisano na straty”

 

6. “Grumbach nie był wszak bezinteresownym zawistnikiem, który wolałby widzieć upragniony przedmiot w rękach kogoś trzeciego, byle nie sąsiada.” → to zdanie jest fajne jako takie, ale w kontekście się nie tłumaczy, jest po prostu niezrozumiałe. Jak to się ma do następnego zdania i militarnych planów bohatera?

 

7. “Postanowiono uderzyć na sporny obiekt nazajutrz siłami stu dwudziestu siedmiu jeźdźców, którzy mieli przepędzić nieprzyjaciela spod wież i zabrać ze sobą dwudziestu piechurów zamkowych dla wykurzenia z nich kuszników i osadzenia w charakterze garnizonu.” → podzieliłabym to zdanie, także dla jasności, na przykład tak:

Postanowiono uderzyć na sporny obiekt nazajutrz siłami stu dwudziestu siedmiu jeźdźców, którzy mieli przepędzić nieprzyjaciela spod wież. Planowano także zabrać ze sobą dwudziestu piechurów zamkowych dla wykurzenia z wież kuszników, a następnie osadzenia w charakterze garnizonu.

 

8. Uwaga techniczna: “najemnik– zastępca” → najemnik-zastępca

 

9. “z którą dzielił wzajemne uczucie” → lepiej “Z którą łączyło go uczucie” albo “którą kochał ze wzajemnością”?

 

I teraz ogólnie.

Powiem Ci tak: lektura dłuższych kawałków Twojej powieści sprawiła, że zaczął mnie intrygować ten świat od strony światotwórstwa, bo wydaje mi się ciekawym pomysłem na setting dla space opery o kosmicznej wojnie. To, że technologia gwiezdnego imperium łączy się w nim z feudalizmem, i to szczegółowo, drobiazgowo obmyślonym, uważam za zaletę, bo, jak dla mnie, to działa: reguły świata, jak się już je pozna, wydają się konsekwentne, a te zasady i pomysły (polityczne, społeczne, religijne etc.), które tworzysz dla swojego świata, następnie wykorzystujesz w konstruowaniu fabuł – one są Ci do czegoś potrzebne, nie są tylko ozdobnikami świata przedstawionego, i to jest cenne. Jak na razie świat wychodzi Ci nieco lepiej, moim zdaniem, niż postacie, ale trzeba powiedzieć, że Twoi bohaterowie trzymają się wymyślonej im przez Ciebie etyki i moralności: pod tym względem też jesteś konsekwentny.

 

I teraz tak. ja rozumiem, że ten tekst ma swoje miejsce w uniwersum i w całości narracji i że zapewne dlatego ma formę wykładu, ale powiem Ci od serca, jako czytelniczka: szkoda mi tej historii na narrację o przeszłości, podaną w postaci wykładu. Masz tu kawałek dobrej fabuły, zamkniętej w sensie konstrukcyjnym, tworzącej jedną całość. Masz kilka ciekawych zwrotów akcji: sukces wynalazku, który się oryginalnie na sukces nie zapowiadał, przypadkową śmierć wynalazcy, klęskę obróconą finalnie w sukces, bardzo paradoksalny – ponieważ wielki wynalazek a) przestał być możliwy do dokończenia po śmierci twórcy, b) przestał być potrzebny dzięki odkryciu nowej planety, nagle okazał się co najmniej równie potrzebny w nowej, bardziej morderczej, inkarnacji :) . Masz świetne pojedyncze sceny: ta przejażdżka po asteroidzie! Scena przyjazdu młodego Grumbacha do domu. Śmierć Kalwitza. Masz bohaterów z potencjałem: paranoiczny, nawiedzony, nie rozumiejący tak naprawdę do końca własnego znaczenia geniusz, Reinhardt – młody człowiek, który musi podjąć się bardzo trudnych zadań i kilka rzy jest na progu klęski, ale się nie poddaje i bierze odpowiedzialność za swoje działania, jego ukochana, która ojca na pewno kochała, ale wychowanie i charakter pozwoliły jej zaakceptować sytuację… Powiem Ci szczerze: to byłby bardzo dobry materiał po prostu na opowiadanie. Nie na opowieść z przeszłości, przekazaną przez narratora, tylko na postawienie nam tego przed oczami i wygranie całej emocjonalnej strony tej historii – kwestii miłości, lojalności, honoru, odwagi, determinacji, odpowiedzialności. Tak jak mówię, rozumiem, czemu napisałeś to tak, ale uważam, że może kiedyś, jak będziesz mieć czas, warto byłoby spróbować dla eksperymentu nadać temu nową formę? 

Na długo zniknęłaś z widoku i już obawiałem się, że zniechęciłaś się do Przypadków, a tu dowiaduję się, że czytasz na bieżąco! Jestem bardzo uradowany. Historia Kalwitza ma faktycznie spory potencjał i sądzę, że nie na opowiadanie, a na całą powieść. Może się kiedyś tym zajmę. Na razie przerabiam “Kod naszej pani” na “Kabestan losu”, a potem będę kuł drugi tom Fredegara.

Twoje wrażenia są dla mnie bardzo pokrzepiające. Pozwalają mieć nadzieję, że to co robię nie jest tylko grafomańska przygodą :).

Nikolzollernie:)

Dla mnie to pojedyncze opowiadanie jest ciekawe. Zawiera wiele wątków, lecz jednocześnie zamkniętą historię.  Zwraca uwagę poziom szczegółowości i swoboda, z którą poruszasz się po wykreowanym przez siebie świecie. Odnosiłam wrażenie, że mógłby być to prawdziwy świat.

Forma wykładu, chociaż niezachęcająca czytelniczo, jest poprowadzona konsekwentnie i dla mnie wiarygodnie. Postaci nie są wydmuszkami. Rozumiem decyzję „ubrania” opowieści w taki kostium, jeśli ma wchodzić w skład powieści.

Natrafiłam na kilka niezręczności stylistycznych, ale niestety nie podam ich – czytałam na telefonie. Przy czytaniu kolejnych rozdziałów postaram zadbać o to, abym mogła to zrobić.

Naturalnie, zastanawiałam się nad potencjalną możliwością przytoczonego przez Ciebie sposobu zwiększania lokalnej grawitacji, tzn. przeszkodami. Na pierwszy rzut oka, takich nie dostrzegłam, więc porzuciłam temat, trzeba byłoby się nad tym dłużej podumać. 

Trochę trudności sprawiały mi obco brzmiące nazwiska i stopnie, ale za wcześnie dla mnie na wyrażanie opinii, czyli nie mam zdania, muszę przeczytać kilka innych opowieści z Twojego uniwersum.

 

pzd srd :)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, witam w uniwersum Wielkiej Rzeszy. Cieszę się, że świat zrobił wrażenie wiarygodnego. Co do sposobu lokalnego zwiększenia grawitacji, największą przeszkodą jest brak w przyrodzie pierwiastku zwanego grawitonem:)

 

Hmmm. Opowieść szkatułkowa ma swoje zalety, ale odnoszę wrażenie, że tym razem szkatułka jest ciekawsza od zawartości. Znaczy, wykłady na statku wydają się interesującym pomysłem, zabawa z grawitacją też, ale sedno stanowi opowieść o walce dwóch szlachetków i ona mnie znudziła…

Początek wykładu brzmiał infodumpowato, i to sztucznie – wykładowca wydawał się mówić o rzeczach doskonale znanych każdemu z słuchaczy. A czytelnik i tak może nie zapamiętać wielu z podawanych faktów, bo na początku te liczne nazwiska nic dla niego nie znaczą.

Z uwag technicznych: zdarzają się błędy w zapisie dialogów, trochę brakuje przecinków, garść literówek.

Zespół, liczący z początku 50 osób rozrósł się do trzystu

W beletrystyce raczej liczby zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie. Ciekawie to odebrałaś. Widzisz sedno historii w walce dwóch szlachciców o ugór. Widocznie można i tak… Tego się nie spodziewałem.

Informacje na początku są potrzebne dla kontekstu – dlaczego w ogóle podjęto te badania. Wykładowca mówi o znanych słuchaczom faktach gwoli wprowadzenia a znane fakty i nazwiska pozwalają umiejscowić wydarzenia w czasie i sytuacji historycznej. Czytelnik nie musi zapamiętywać wszystkich nazwisk, ale w wykładzie muszą one zabrzmieć.

Wiesz, gdyby ten skryty wynalazca zginął w wypadku, to przecież nie poświęciłbyś tyle czasu historii samochodu, prawda? A kto był pierwszym właścicielem, a na jaki kolor przemalował, po tym, jak ktoś mu zarysował… Jeśli już, to akapit, góra dwa o tym, dlaczego hamulce zawiodły.

Babska logika rządzi!

Wojna o ugór dobrze pokazuje uniwersum i charakter samego wynalazcy. Gdyby zginął, bo był piratem drogowym, poświęcił bym sporo uwagi jego jeździe, prędkości, adrenalinie, temu jak czuje samochód i miałoby sens. Kalwitz jest niepoprawnym zadymiarzem. Wojenka jest dla niego równie ważna jak wynalazek.

To prawda. Ale kto i ile zainwestował w sporny kawałek ziemi, dlaczego nagle stał się cenny – to już nic o wynalazcy nie mówi. I dla mnie ta ilość szczegółów na temat sporu przeniosła akcent na sam spór.

Babska logika rządzi!

To stanowi okazję do opisu świata, codzienności, obyczajów, gospodarki. Poza tym istotne są stosunki międzyludzkie, rodzinne. Mogłem z bliska pokazać stosunki w rodzinie Grumbachów, Grety i Reinharda. Uważam, że jest uzasadnione.

OK, Twoje prawo. Ale ja bym wolała więcej szczegółów w rodzaju hippiki na asteroidzie. To było fajne, oryginalne, przemawiające do wyobraźni. A nie jakaś tam wojenka o miedzę – te tematy mnie nie kręcą.

Babska logika rządzi!

Zgadzam się z Ninedin, zwłaszcza z tym fragmentem:

I teraz tak. ja rozumiem, że ten tekst ma swoje miejsce w uniwersum i w całości narracji i że zapewne dlatego ma formę wykładu, ale powiem Ci od serca, jako czytelniczka: szkoda mi tej historii na narrację o przeszłości, podaną w postaci wykładu.

Dalej masz dokładną receptę, co można udoskonalić. Forma wykładu wydaje się najłatwiejsza, ale dla czytelnika – najmniej ciekawa. A wiem, że potrafisz tworzyć plastyczne, dynamiczne sceny.

Zgadzam się też z Finklą.

Moim zdaniem, największy potencjał w tym opowiadaniu ma historia wynalazku – wszystko, co związane z grawitonem i przystosowywaniem obcych planet do życia. Z tego mogłaby wyjść barwna, zajmująca opowieść z wynalazcą jako głównym bohaterem.

Zachęcam Cię do napisania autonomicznej historii, nie powiązanej z powieścią.

Akurat dla mnie wynalazki są najmniej ciekawe. Nie mam też wiedzy technicznej i nie czuję się na tym gruncie pewnie. Z tego powodu unikam wdawania się w szczegóły. Wynalazki są dla mnie tylko tłem dla innych rzeczy. Nie wiem, czy wrócę akurat do tej historii, ale coś z grawitonem się pewnie pojawi ;)

Nikolzollernie, nie mogę powiedzieć, że opowiadanie czytało się źle, ale cóż, chyba nie jestem entuzjastką podobnych historii. Znużył mnie wykład, a opis przygotowań do potyczki o nieużytek i sama bitewka jakoś mnie nie zajęły, więc skupiłam się na wyłapywaniu niedoskonałości.

 

wy­kła­dy wpro­wa­dzo­ne przez ka­pi­ta­na von Lem­ber­ga. Pro­wa­dzi­li je… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Meine Her­ren – za­czął Man­fred… ―> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź.

 

W każ­dym razie ce­sarz i rząd im­pe­rial­ny po­sta­no­wi­ły dzia­łać… ―> W każ­dym razie ce­sarz i rząd im­pe­rial­ny po­sta­no­wi­li dzia­łać

 

Na imię miał Le­opold von Kal­witz. ―> Chyba: Nazywał się Le­opold von Kal­witz.

 

w po­bli­żu nie­sfor­ne­go fre­iher­ra zna­lazł się czło­wiek, który zna­lazł z nim wspól­ny język… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

re­ak­to­ry gra­wi­to­no­we, po­dob­ne do tych, jakie używa się… ―> …re­ak­to­ry gra­wi­to­no­we, po­dob­ne do tych, jakich używa się

 

że by móc utrzy­mać at­mos­fe­rę. ―> …żeby móc utrzy­mać at­mos­fe­rę.

 

– Na tym eta­pie od­nie­sio­no nie­wąt­pli­wy suk­ces, – kon­ty­nu­ował Man­fred… ―> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

ale zre­flek­to­wał się po­sta­no­wił z tym za­cze­kać. ―> …ale zre­flek­to­wał się i po­sta­no­wił z tym za­cze­kać.

 

za­szczy­ci­ła tań­cem ce­sa­rzo­wa Lu­dwi­ka Ele­ono­ra. Ce­sarz tań­czył z Gretą von Kal­witz, córką Le­opol­da. Po od­tań­cze­niu ga­wo­ta… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

że to nie jest kres moż­li­wo­ści.” ―> …że to nie jest kres moż­li­wo­ści”.

 

– Ro­zu­mie­cie, Grum­bach, jak cenny dla Rze­szy jest ten czło­wiek. – po­wie­dział ce­sarz – Do tego ma trud­ny cha­rak­ter. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi. Brak kropki po didaskaliach.

 

Grum­bach bez trudu na­mó­wił Kal­wit­za udać się z nim na Ma­la­grę… ―> Grum­bach bez trudu na­mó­wił Kal­wit­za, aby udał się z nim na Ma­la­grę

 

Pan oj­ciec nie po­in­for­mo­wał go swoim za­tar­gu… ―> Pan oj­ciec nie po­in­for­mo­wał go o swoim za­tar­gu

 

przy­po­mniał sobie o swych pra­wach na ugór… ―> …przy­po­mniał sobie o swych pra­wach do ugoru

 

bo ko­niec spra­wie naj­pew­niej byłby taki… ―> …bo ko­niec spra­wy naj­pew­niej byłby taki

 

Ma­la­gryj­czy­cy to spo­koj­ni ludzi, nie łacno znaj­dziesz… ―> Ma­la­gryj­czy­cy to spo­koj­ni ludzi, niełacno znaj­dziesz

 

po­dzie­lić in­we­sty­cyj­ne wy­dat­ki i przy­szłe do­cho­dy po­mię­dzy oby­dwo­ma ro­da­mi… ―> …po­dzie­lić in­we­sty­cyj­ne wy­dat­ki i przy­szłe do­cho­dy mię­dzy oby­dwa ro­dy

 

na prze­szko­dzie temu wiel­ce roz­sąd­ne­mu planu sta­nę­ła prze­szłość… ―> …na prze­szko­dzie tego wiel­ce roz­sąd­ne­go planu sta­nę­ła prze­szłość… Lub: …na prze­szko­dzie temu wiel­ce roz­sąd­ne­mu planowi sta­nę­ła prze­szłość

 

przez całe życie była się za­zdro­sna… ―> …przez całe życie była za­zdro­sna

 

kiedy trzy­mał od niego wieść… ―> …kiedy otrzy­mał od niego wieść

 

świad­czą­cy o go­to­wo­ści wziąć udział w za­dy­mie… ―> …świad­czą­cy o go­to­wo­ści wzięcia udziału w za­dy­mie

 

pro­wo­ku­jąc go do sza­lo­nych wy­czy­nów. Za­miast tego oschle po­in­for­mo­wał go, że ce­sarz oso­bi­ście pro­sił go za­dbać, by ge­nial­ne­mu wy­na­laz­cy w cza­sie urlo­pu nic się nie stało, więc przez wzgląd na ich przy­jaźń prosi go nie na­ra­żać swego życia nie­po­trzeb­nie. Po­łech­ta­ny w swej próż­no­ści baron po­kle­pał go po ra­mie­niu i za­pew­nił go, że… ―> Nadmiar zaimków.

 

prosi go nie na­ra­żać swego życia nie­po­trzeb­nie. ―> …prosi, by nie narażał życia nie­po­trzeb­nie.

 

tego wy­star­czy, by zmu­sić prze­ciw­ni­ka… ―> …tyle wy­star­czy, by zmu­sić prze­ciw­ni­ka

 

oczy­wi­ście wszech miar… ―> …oczy­wi­ście ze wszech miar

 

do­ty­czą­cy­mi życiu ro­dzi­ny von Kal­witz… ―> …do­ty­czą­cy­mi życia ro­dzi­ny von Kal­witz

 

przez prze­ciw­ni­ka. Każdy z prze­ciw­ni­ków miał… ―> Powtórzenie.

 

by za­mel­do­wać o ich li­czeb­no­ści i kie­run­ku jazdy za­uwa­żo­nej grupy. ―> …by za­mel­do­wać o li­czeb­no­ści i kie­run­ku jazdy za­uwa­żo­nej grupy.

 

Dwu­dzie­stu pie­chu­rów zam­ko­wych mieli z kolei wy­ku­rzyć z nich kusz­ni­ków i ob­sa­dzić w cha­rak­te­rze gar­ni­zo­nu. ―> Dwu­dzie­stu pie­chu­rów zam­ko­wych miało z kolei wy­ku­rzyć z nich kusz­ni­ków i pozostać w cha­rak­te­rze gar­ni­zo­nu.

 

na­jem­nik–za­stęp­ca zwer­bo­wa­ny przy­pad­kiem… ―> …na­jem­nik-za­stęp­ca zwer­bo­wa­ny przy­pad­kiem

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Li­czy­ła stu sie­dem­na­stu koni z czego tylko sied­miu ko­pij­ni­ków. ―> Chyba miało być: Li­czy­ła stu sie­dem­na­stu konnych, z czego tylko sied­miu ko­pij­ni­ków.

 

mając po środ­ku płyt­ką do­lin­kę. ―> …mając pośrod­ku płyt­ką do­lin­kę.

 

Od­le­głość była sam raz dla prze­pro­wa­dze­nia spo­tka­nio­we­go boju ko­pij­ni­cze­go… ―> Od­le­głość była w sam raz do prze­pro­wa­dze­nia spo­tka­nio­we­go boju ko­pij­ni­cze­go

Co to jest bój spotkaniowy?

 

wśród któ­rych naj­oka­zal­szym był fio­le­to­wy… ―> …wśród któ­rych naj­oka­zal­szy był fio­le­to­wy

 

nie wy­pu­ści­li wię­cej ani jed­ne­go po­ci­ska… ―> …nie wy­pu­ści­li wię­cej ani jed­ne­go po­ci­sku

 

i za­pro­po­no­wał kusz­ni­kom bez­piecz­nie opu­ścić po­zy­cję… ―> …i za­pro­po­no­wał kusz­ni­kom bez­piecz­ne opu­szczenie po­zy­cji

 

i zmarł nie­ca­ły rok póź­niej.

To jed­nak było póź­niej… ―> Czy to celowe powtórzenie.

 

Ani tobie, ani mi, ani świę­tej pa­mię­ci pani matce. ―> Ani tobie, ani mnie, ani świę­tej pa­mię­ci pani matce.

 

– Wal­czył dziel­nie i prze­chy­lił szalę zwy­cię­stwa na naszą stro­nę. Zgi­nął gdy już wy­gra­li­śmy. – rzekł ła­mią­cym się gło­sem ry­cerz. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Gdy oj­ciec czy matka za­bie­ra­ły go ze sobą… ―> Gdy oj­ciec czy matka za­bie­ra­li go ze sobą

 

Re­in­har­dzie, wiem jak bar­dzo oj­ciec cie­bie pod­sta­wił… ―> A tego to nie rozumiem. Co to znaczy bardzo podstawić kogoś?

 

przy­go­to­wy­wał się sta­wić czoła roz­gnie­wa­ne­mu ce­sa­rzo­wi… ―> …przy­go­to­wy­wał się, aby sta­wić czoła roz­gnie­wa­ne­mu ce­sa­rzo­wi

 

ale po­zo­sta­łe pięć opie­ra­ły się nawet spe­cja­li­stom. ―> …ale pięć po­zo­sta­łych opie­ra­ło się nawet spe­cja­li­stom.

 

rzędu sześć­dzie­się­ciu– sie­dem­dzie­się­ciu. ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

gra­jąc na kla­we­sy­nie nie­skoń­czo­ne tę­sk­ne wa­ria­cje… ―> …gra­jąc na kla­we­sy­nie nie­skoń­cze­nie tę­sk­ne wa­ria­cje

 

To za­da­nie było dla ze­spo­łu Kal­wit­za do śmiesz­ne­go pro­ste… ―> To za­da­nie było dla ze­spo­łu Kal­wit­za śmiesznie pro­ste

 

ude­rzy­ła po opusz­czo­nym mie­ście na świe­żo pod­bi­tym Tor­man­sie, peł­nym pa­skud­nych, szkla­nych wie­żow­ców. ―> …ude­rzy­ła w opuszczone miasto na świe­żo pod­bi­tym Tor­man­sie, peł­ne pa­skud­nych, szkla­nych wie­żow­ców.

 

ob­ró­ci­ło w perzy­nę do­pie­ro co wznie­sio­ny zamek w stu ki­lo­me­trach od mia­sta… ―> …ob­ró­ci­ło w perzy­nę do­pie­ro co wznie­sio­ny zamek, oddalony sto ki­lo­me­trów od mia­sta

 

broń oka­za­ła się sku­tecz­ną… ―> …broń oka­za­ła się sku­tecz­na

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uregulowane!

Bój spotkaniowy to starcie, w którym przeciwnicy uderzają na siebie równocześnie, a nie przyjmują ról atakującego i broniącego się.

Reinhardzie, wiem jak bardzo ojciec ciebie podstawił… ―> A tego to nie rozumiem. Co to znaczy bardzo podstawić kogoś?

Nieświadomie użyty rusycyzm. Oznacza wystawić kogoś na ogień, narazić na niebezpieczeństwo, zwalić na kogoś winę. Od tego powstał niedawno rzeczownik подстава, brzmiący identycznie z polskim, ale o zupełnie innym znaczeniu.

Nikolzollernie, dziękuję za wyjaśnienie boju spotkaniowego.

Co do zdania, którego nie zrozumiałam – podejrzewałam, że tak właśnie było, ale nie miałam pewności. Teraz już wiem na pewno. Dziękuję.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmieniłem na “skrzywdził”.

No, teraz zdanie jest bardzo czytelne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A czy po polsku to nie będzie “wystawić”?

Babska logika rządzi!

Wystawienie kojarzy mi się z wiatrem – wystawić kogoś do wiatru, czyli zrobieniem go w konia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, do wiatru też, ale również jakby wystawić w roli tarczy, niech ściągnie na siebie ciosy. Chyba w światku przestępczym często się ludzi wystawia, jednak to jeszcze nie grypsera.

Babska logika rządzi!

W rosyjskim podstawić (człowieka) i podstawa to też wyrazy pochodzenia więziennego. Bardzo dużo ich weszło do powszechnego użytku w latach 90-ch.

Przeczytałam najpierw wykład, a potem fragment numer dziewięć. Jeśli chodzi o wykład, na pewno podoba mi się pomysł z wynalazkiem. Idea prowadzenia wykładów też na plus. Sama forma… mi nie przeszkadzała, zwłaszcza, że to jedynie kropla w morzu całej trzytomowej powieści :) Ode mnie kliczek :)

Prawdziwy prezent na święta. Już myślałem, że ten tekst nic nie zbierze, choć lubię go bardziej od “Szabru”. A wynalazek chyba wykorzystam w konkursie marsjańskim.

Od jakiegoś czasu kręcę się na grupie FB “Conworldawka”. I tam spotykam takie teksty – gdzie ważna jest sama historia jako element świata. Ważniejsza niż bohaterowie czy elementy emocjonalne. I o ile takie opowiadania nie mają wielu zwolenników, to mnie się podobają :)

Widać, że masz rozbudowane uniwersum, w którym umieszczasz kolejne elementy, postacie czy miejsca. Forma wykładu dodaje posmaku, bo w takim przekazywaniu wiedzy łatwo może tlić się tajemnic lub przekłamane elementy.

Tak więc to całkiem fajny tekst przekazujący historię świata. Całkiem przyjemny, choć specyficzny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dzięki za odwiedziny i uznanie. Faktycznie taka forma niektórych zniechęca. W “Przypadkach Fredegara von Stettena” rozsiano dużo podobnych, dłuższych i krótszych opowieści. Ta jest dłuższa i bardziej samodzielna, więc ją wyodrębniłem jako opowiadanie dla reklamy całości (mam cichą nadzieję, że cię zainteresuje). ;)To samo dotyczy “Szabru sakralnego”. Tylko niewydarzony “Kod naszej pani” powstał niezależnie od powieści, choć w tym samym uniwersum.

I ja poskarżę się poniewczasie. :) NWM ma rację, historia też może być samoistnym elementem świata, szczególnie wtedy, gdy uniwersum jest tak starannie dopracowane. Fajnie byłoby, gdyby wylądowało w bibliotece.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dzięki za uznanie. Zapraszam do “Przypadków”.

Poczytuję Nik, ale tak, zamierzam przeczytać. Sprawdzę, czy mam wszystkie zakolejkowane;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka