- Opowiadanie: fishandchips - Ciemiężcy księżyca

Ciemiężcy księżyca

Wrzucałam fragment pt. “Irmina”, teraz dzielę się całością.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ciemiężcy księżyca

Mieszkańcy wioski dużo wiedzieli o sobie. Pewnie dlatego, że poza składowaniem drewna na zimę, pracy przy węglu czy ścince drzew nie było nic innego do roboty. W sezonie otwierały się puby, napełniały je rzesze turystów spragnionych tutejszego bimbru, górskiego powietrza i kojących widoków. To dla nich były magnesy z aniołami, dla nich gotowano w Bazie Ludzi z Mgły, Bieszczadzkiej Legendzie. Co obrotniejsi szybko znaleźli źródło dodatkowego zysku i wieczorami słuchali turystów na rauszu mówiących o tym, jak to pięknie byłoby mieszkać w górach. O tym, jak to jest naprawdę, wiedzieć mogą tylko ci, którzy przetrwają choć jedną zimę w hacjendzie z ogrzewaniem kominkowym. Niektórzy sądzili nawet, że góry nie są przeznaczeniem samotnych kobiet.

Jednak mieszkała w nich Irmina. Z dala od sąsiadów, jeszcze dalej od turystów, którzy zagłuszają odgłosy natury i płoszą zwierzęta. Jej dom stał na wzgórzu ponad wioską, obrośnięty bluszczem, z dyktą zasłaniającą okno od strony kuchni. Tylko niektórzy spotykali ją w lesie zbierającą grzyby czy jagody. Obce były jej zwyczaje ludzi, ich życie prywatne, ale w drugą stronę nie działało to tak samo. Wciąż była na językach, mówili o niej jak o dziwaczce, która żywi się mchem i porostami. Mieszkańcy zastanawiali się, dlaczego nigdy nie schodzi do wioski. Nieoficjalna wersja głosiła, że jest morderczynią ukrywającą się przed prawem. Nie od dziś wiadomo, że Bieszczady przyciągają uciekinierów politycznych, osoby cierpiące na depresję czy inne choroby psychiczne. Nikt normalny nie mógłby skazać się na surowe prawa natury i ciężką pracę w górach, żeby przeżyć.

Irmina pojawiła się tu przed kilkunastoma laty w zdezelowanym płaszczu składającym się niemal z samych kieszeni. Była uciekinierką. Skrywającą za pazuchą skarb, o którym wiedzieli tylko nieliczni. To z jego powodu musiała opuścić Kotlinę Kłodzką i udać się piechotą w bezpieczniejsze miejsce. Po długiej i wyczerpującej wędrówce znalazła opuszczoną altanę wymagającą niewielkiej renowacji i zagospodarowania przestrzeni. W kuchni pojawiły się kotły, a spiżarnię zaczęły wypełniać flakoniki i probówki. Ci, którzy mieli ją znaleźć, zawsze znajdą, a tych, których unikała, udawało się do tej pory nie spotkać w gąszczu drzew i luźno porozrzucanych skał.

 

***

Państwo Łopianko biegli przez dwie wsie z dzieckiem przelewającym się przez ręce. Byli już u siedmiu doktorów, w dwóch szpitalach – Rzeszowie i Krakowie. Nikt nie postawił diagnozy, a każde kolejne badanie mnożyło tylko niewiadome. Chłopcu pogarszało się z godziny na godzinę, niedawno stracił czucie. Nie reagował na łaskotki, a jeszcze kilka dni wcześniej tylko one sprawiały radość i wywoływały w nim skręty, nawet przez sen. Medycyna zawiodła, a ksiądz sugerował namaszczenie. Nie mieli nic do stracenia, więc zaufali ostatniej szansie, jaka pozostała na świecie, w tej części Europy.

Zastukali do drzwi altanki. Irmina otworzyła i gestem zaprosiła ich do środka.

– Wiedziałam, że się tu pojawicie – powiedziała. Choć nie znała tej rodziny osobiście, ani tym bardziej nie zdawała sobie sprawy z choroby chłopca, od rana czuła ból stawów, który zwiastował nadejście gości.

Małżeństwo rozsiadło się w niewielkiej jadalni, gdzie czuć było zapachy z kuchni – zioła i odór krwi. Czernina nie była im obca, jednak zmysły podpowiadały, że w kotle tli się coś zupełnie innego, czego jeszcze nie znają. Czy się wystraszyli? W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa, jakim jest choroba dziecka, bali się tylko śmierci.

– Nie mamy wiele czasu – powiedziała w pośpiechu matka.

– Najpierw zaparzę zielonej herbaty. Koi zmysły – odpowiedziała Irmina i poszła w stronę kuchni. Zniknęła na dość długo, a rodzice zapadli się na tapczanie. Andrzej trzymał chłopca na kolanach, Karolina głaskała go po główce i odgarniała grzywkę z czoła.

Wzdłuż ścian rozciągały się półki pełne słojów, w których znajdowały się najróżniejsze zwierzęta pływające w formalinie. W niewielkim pokoju gościnnym, gdzie znajdował się tylko okrągły stolik z kulą do wróżenia, wysłużona kanapa i wspomniany regał, unosił się zapach pleśni i charakterystyczny odór starej kobiety.

W końcu pojawiła się Irmina z tacą i trzema filiżankami.

– Przepraszam, rozlałam. To dlatego, że rzadko miewam gości.

– Nasz syn – zaczęła Karolina.

– Nic nie musicie mówić. Dajcie mi go dotknąć – odpowiedziała Irmina. Państwo Łopianko zamilkli. Wzięli ze sobą opasły segregator ze wszystkimi wynikami badań, wypisami ze szpitali i ksero konsultacji lekarskich ze specjalistami, u jakich do tej pory się pojawili. To ostatnia szansa – pomyśleli i odsunęli chłopca w stronę kobiety. Dotknęła go swoją pomarszczoną ręką, na której zabrzęczały bransoletki.

– Nie wygląda to najlepiej. Będzie kosztować.

– Zapłacimy każdą cenę – rzucił Andrzej bez cienia zastanowienia.

– Nie przyjmuję banknotów, wyłącznie monety.

– Ile? – spytała Karolina.

– Dwa tysiące.

– Nie mamy tyle w monetach – odpowiedział Andrzej. Przejechał ręką po zarośniętym policzku.

– Nie mogę wam…

– Ale zdobędziemy, tylko go uratuj – prosiła Karolina.

– Umówmy się tak – zaczęła Irmina. – Zostawcie u mnie chłopca, wyleczę go, a wy odbierzecie go dopiero wtedy, kiedy uzbieracie dwa tysiące w monetach.

– Zostanę z nim. Andrzej wróci z pieniędzmi – powiedziała Karolina.

– Tylko chłopiec.

Rodzice nie chcieli zostawiać syna samego, ale widząc słabnący oddech, wiedzieli, że to ostatnia szansa. Drugiej już nie dostaną.

– Zgoda – krzyknął Andrzej. – Pojadę gdzie trzeba, żeby zebrać wystarczającą ilość monet, tylko obiecaj, że nasz syn będzie żył.

Państwo Łopianko opuścili altankę. Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się, Irmina zeszła do spiżarni. Podstawiła drabinę pod regał i z najwyższej półki ściągnęła probówkę. Zaledwie kilka kropel esencji– wystarczy. Strzykawką zwilżyła chłopcu usta. Eliksir szybko postawił go na nogi, wróciło czucie i władza w kończynach, a gdy całkiem odzyskał świadomość, spytał o rodziców.

– Musisz na nich tutaj zaczekać – odpowiedziała.

Po trzech dniach wrócili państwo Łopianko z górskim plecakiem pełnym monet. Chłopiec przybiegł na powitanie. W oczach matki pojawiły się łzy, Andrzej wyraźnie tłumił w sobie wzruszenie.

Ta historia przypomniała Irminie, że licho nie śpi i wciąż stąpa jej po piętach. Musiała przygotować więcej eliksirów, zabezpieczyć się na zapas.

 

***

Irmina zatrzymała się przy bagnisku. Upewniła się, że żmija jest martwa. Do swojej receptury potrzebowała tylko jej język. Zabijanie zwierząt nie godzi się z sumieniem czarownic i zaleceniami kilkusetletnich przepisów zawartych w księdze eliksirów i odtruć. Legenda głosi, że pogwałcenie zasad godzi w całą rodzinę czarownic, a dobrze wiedziała, że na świecie zostało ich już niewiele. Wszystkie wytrwale chroniły wiedzę zawartą w opasłych pergaminach, aby nie dostała się w niepowołane ręce.

Z kieszeni wyciągnęła scyzoryk – nie byle jaki. Jego ostrze z łatwością przebiłoby skórę niedźwiedzia. Przystąpiła do pracy. Język wycinała ostrożnie, zaraz potem zawinęła go w kawałek pergaminu i wrzuciła do kieszeni. Droga do domu była długa, zaczęło się ściemniać, a w czasie marszu przypominała sobie skomplikowany przepis na eliksir. Choć niemal wszystkie znała na pamięć, lubiła zaglądać do przepiśnika. Podziwiała odręczne, zdobione pismo, ilustracje, a zapach starego papieru przypominał jej dzieciństwo u boku babci.

Mimo późnej pory przystąpiła do warzenia eliksiru. Odwinęła z pergaminu język żmii, wrzuciła go do kotła i tliła na niewielkim ogniu. Dodawała kolejno korzeń żeń-szenia, kilka kropel eliksiru miedzianego i zwojowego, a także mnóstwo trudno dostępnych w Bieszczadach ziół. W całym domu unosił się zapach gotowanej padliny, który w żadnym razie nie drażnił nozdrzy Irminy. Skupiona na swojej pracy, niemal zapomniała o bólu stawów – w ostatnim czasie miewała więcej gości niż zwykle.

Usłyszała znajome pukanie do drzwi. Trzy uderzenia, pauza, dwa uderzenia. Otworzyła drzwi, za którymi stał Gerwazy.

– Jak miło ciebie widzieć – powiedziała.

– Szedłem do ciebie dwa dni. Nie pospieszam, ale chciałem zobaczyć, jak się sprawy mają – odpowiedział. Pora odwiedzin wcale nie była zaskoczeniem. Ze względu na bezsenność, zwykle zjawiał się w nocy, kiedy to załatwiał większość prywatnych interesów lub poświęcał się czytaniu książek przygodowych, które niemal pożerał.

– Zjawiłeś się w samą porę. Wejdź do środka, nie będziemy o tym rozmawiać w drzwiach.

Irmina gestem zaprosiła go do środka. Nos Gerwazego również był przyzwyczajony do zapachu martwych zwierząt. Chcąc ukryć się przed nieznajomymi, spędził całą noc w skórze nieżywego, rozkładającego się niedźwiedzia. Było to dawno, ale do tej pory pamiętał zapach gnijącego mięsa. Czarownica zaparzyła korzeń żeń-szenia, który tak bardzo lubił Gerwazy. Czasem miała nawet wrażenie, że szuka pretekstu, aby się u niej zjawić i wypić choć odrobinę naparu.

Gdy tylko usiadł, wyciągnął z kieszeni zwitek papieru. Zdjęcie dziecka z napisem:

Zaginął 8-latek

w dniu zaginięcia miał

na sobie brązową bluzę z kapturem,

szare spodnie dresowe i tenisówki

– To niejedyny taki przypadek. W wioskach regularnie znikają dzieci, część zapada na tajemnicze choroby, a po dwóch tygodniach umierają. Robi się niebezpiecznie – powiedział Gerwazy.

– Była już u mnie jedna rodzina. Ciemiężcy powrócili. Muszę szukać nowej kryjówki – Irmina nagle wstała z kanapy i skierowała się w stronę kuchni. Bez patrzenia sięgnęła na najwyższy regał po przepiśnik. Tymczasem natknęła się na pustkę.

– Zniknął! To niewy… To niemo… zniknął! Ale jak? Kiedy?

– Kto zniknął? – dopytywał Gerwazy, nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli czarownica.

– Mój przepiśnik.

– Pewnie gdzieś po położyłaś i nie pamiętasz gdzie, zaraz się znajdzie – próbował uspokoić.

– Zawsze odkładam go w to samo miejsce. Nie rozumiesz powagi sytuacji. To nie przepis na zupę pomidorową i krupnik, ale kilkusetletnia wiedza czarownic. Tacy jak ty myślą, że potrafimy tylko leczyć złamaną nogę czy przedłużać życie umierającemu, ale… Mamy potężną moc, również z pogranicza czarnej magii. Jeśli pojawi się w niepowołanych rękach, może siać ogromne spustoszenie.

– Na przykład w rękach ciemiężców?

– Na przykład. Coś ci wyjaśnię – Irmina siadła obok Gerwazego i żywo gestykulując, zaczęła mu wszystko wyjaśniać. – Ciemiężcy zawsze stąpali nam po piętach. W piątym wieku zdarzyła się wielka zagłada czarownic. Jedna zdradziła nas, po czym nastąpiło wielkie polowanie na czarownice. Ciemiężcy posiedli wiedzę, jak nas zgładzić, odtąd wszystkie czarownice musiały się ukrywać, i tak zostało do dzisiaj. To wszystko jest w przepiśniku. Jest tam wiedza, z której nie korzystamy, ale oni…

– Skorzystaliby na pewno?

– Słuchaj, nie we wszystko mogę ciebie wtajemniczyć. To naprawdę potężna, strzeżona wiedza i trzeba być odpowiednio przeszkolonym, aby móc nią dysponować. Przypadkowi odbiorcy mogą dostać pomieszania zmysłów. Nie odróżniać dobra od zła. Nie mogę wyruszyć w poszukiwanie. Nie mogę zostawić tych wszystkich eliksirów, przecież to jak dać wrogowi broń.

– To zadanie wprost dla mnie – rzucił Gerwazy bez zastanowienia.

– To niebezpieczna misja. Chyba wciąż nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji.

– Mam wobec ciebie dług wdzięczności. Nie znasz nikogo, komu mogłabyś bardziej zaufać.

 

***

Gerwazy otrzymał kilka drobiazgów na drogę.

– Parasolka? Nie boję się deszczu – powiedział.

– Rozłóż.

Po rozłożeniu parasolka zamieniała się w półmetrowy, srebrny miecz. Błyszczące ostrze mogłoby powalić każdego, kto by się na nie natknął. Do szmacianej torby przez ramię wrzucił kilka probówek. Jedna pomniejszająca, druga powiększająca, trzecia gojąca rany. Irmina stanęła z flakonikiem w ręce i zawahała się.

– A ta… uśmierci każdego – Gerwazy wyciągnął po nią rękę. – Nie mogę ci jej dać. Jeśli ciemiężcy zniewolą cię, mogą wykorzystać ją przeciwko tobie. I tak narażam cię na zbyt duże niebezpieczeństwo.

– Nie mamy wyjścia, stoję po twojej stronie, nawet jeśli miałbym zginąć.

Gerwazy wziął ostatni łyk naparu, zarzucił na siebie torbę i wyszedł, nie oglądnąwszy się za siebie. Była głęboka noc, a las o tej porze wydawał się jeszcze bardziej nieodgadniony i niebezpieczny. W oddali słychać było trzask łamanych gałęzi – pewnie zwierzęta przechadzały się w poszukiwaniu schronienia.

Po kilku godzinach dotarł na szczyt, z którego Bieszczady ukazywały swoje piękno. Pochłonięte snem, niezagłuszone. Tylko z niektórych kominków wydobywał się dym. Góry znał jak własną kieszeń. Od urodzenia mieszkał w lesie, żywił się runem i pozostałościami pożywienia, jakie turyści porzucali na szlakach. Las był mu przyjazny, a zwierzęta traktowały jak brata. Jednak na przestrzeni swojego szesnastoletniego życia nigdy nie wyprawił się na słowacką i ukraińską stronę. Sam nie potrafił odpowiedzieć sobie, dlaczego. Teraz wiedział jednak, że musi odkryć nieznane tereny – może tam skrywa się odpowiedź. Tymczasem postanowił przespać się chociaż dwie godziny, aby zyskać trochę siły do dalszej wędrówki.

Zbudził go wilk. Zaczynało już świtać, więc przespał znacznie więcej niż zamierzał. Oczy zwierzęcia wydawały się dziwne – jakby dwa świecące ogniki, a w środku pustka. Podkulił ogon i zszedł na polanę. Gerwazy wyciągnął spod głowy torbę, zarzucił ją przez ramię i ruszył w tym samym kierunku. Miał nieodparte wrażenie, że wilk chce mu coś pokazać. Rzeczywiście po dwudziestu minutach truchtu zauważył dogasające ognisko. Ciemiężcy muszą być niedaleko – pomyślał.

W tej chwili usłyszał trzeszczące gałęzie. Schował się za drzewo i obserwował. Spomiędzy pni wyłonił się człowiek z turystycznym plecakiem na plecach. Wodą z butelki dogasił ognisko i ruszył w kierunku szlaku. Fałszywy trop. Jak mógł być tak naiwny i sądzić, że ciemiężcy rozpalili ognisko tuż pod jego nosem? Zaśmiał się sam z siebie i zaczął schodzić do wioski.

Wszedł do najbliższej karczmy. Jedyną osobą w środku był właściciel zestawiający krzesła ze stołów, przecierający blaty.

– Piwko? – spytał. Pozwalał mu czasem na darmowy browar w zamian za poroża jeleni, które znajduje przypadkiem na rykowiskach.

– Chętnie – odpowiedział Gerwazy i rozsiadł się na jednym z hokerów. Barman szybko sięgnął po kufel i wypełnił go po same brzegi, pozwalając piance spłynąć po krawędziach.

– Mamy lekkie opóźnienie. Wiesz, te tajemnicze zaginięcia dzieci, słyszałeś chyba – powiedział właściciel karczmy.

– Wciąż?

– Niestety. Powinieneś uważać w górach. Może zechcesz przenocować u nas? Gośka na pewno zgodzi się ciebie ugościć, zwłaszcza w tych okolicznościach.

– Dziękuję, nie ma potrzeby – powiedział Gerwazy. – Czy policja wpadła na jakiś trop?

– Śledztwo jest tajne, a ja nie jestem rodziną żadnego z nich. Wybacz, ale wrócę do swojej pracy – odpowiedział i udał się z powrotem w stronę sali jadalnej. – Jak w górach, dużo turystów? Bo, szczerze mówiąc, w karczmie posucha.

– Niewiele – odpowiedział. Skrycie liczył na to, że dowie się czegoś o zaginionych dzieciach. To nie przypadek, że znikają akurat wtedy, kiedy księga eliksirów została skradziona. Nie kwapił się do odbywania small-talków. Wypił szybko piwo i wyszedł.

 

***

Irminę zbudziło pukanie do drzwi. Tej nocy udało jej się zasnąć i przespać ciągiem kilka godzin, czego nie dokonała już od kilku miesięcy. Przez sen nie czuła nawet bólu stawów.

– Dzień dobry, komisarz Nadolny. Można wejść?

Irmina wpuściła go do środka, chciała poczęstować zieloną herbatą, ale odmówił.

– Co robiła pani w nocy z 31 października na 1 listopada? – spytał bez ogródek.

– Byłam w domu, warzyłam… gotowałam. Po prostu gotowałam.

– Ktoś może to potwierdzić?

– Jak pan widzi, mieszkam samotnie – odpowiedziała Irmina. Widziała, że jego wzrok przebiega po flakonikach.

– Co w nich pani trzyma? – wskazał gestem na słoiki z formaliną.

– Nie zabijam zwierząt, jeśli o to pan pyta. Zbieram tylko okazy z lasu.

– Czy mogę się rozejrzeć?

– Proszę pokazać nakaz – powiedziała stanowczo. Irmina chroniła swoje eliksiry przed ludźmi, którzy nie dowierzali jej umiejętnościom. Tym bardziej nie chciała ujawniać się policji.

– Proszę po dobroci. Zdaje sobie pani sprawę z tego, że znikają dzieci, podejrzenia padają na panią i nie ma pani alibi. Jeśli nie będzie pani współpracować, działa na swoją niekorzyść – rzekł urzędowo komisarz Nadolny.

– Podtrzymuję to, co powiedziałam. Jeśli to wszystko, możemy się pożegnać.

Komisarz wziął głęboki oddech, odczekał chwilę i wyszedł.

 

***

Gerwazego zbudził koszmar i gałęzie uwierające w plecy. Gdy tylko otworzył oczy, zobaczył stojącą nad nim sarnę. Przyglądała mu się uważnie, po czym odwróciła się i pobiegła przed siebie. Chłopak zarzucił torbę i ruszył za zwierzyną. Było ciemno, więc co rusz potykał się o wystające konary drzew, ale wstawał z klęczek i biegł dalej. W końcu sarna zatrzymała się, jakby chciała coś pokazać. Za gęstymi świerkami spostrzegł grupę ludzi w czarnych pelerynach z kapturami narzuconymi na głowy. Stali w okręgu, a w samym jego środku płonął stos. Z tej odległości widział tylko sarnie kopyta wystające poza ogień. Podszedł bliżej, żeby usłyszeć, co mówią. Posługiwali się łaciną, jakby odprawiali modły. Wznosili ręce do góry i pochylali się w stronę stosu. Jeden z nich wyciągnął z kieszeni flakonik i napełnił go popiołem. W końcu któryś powiedział:

– Dobrze, że Irmina ma opinię, jaką ma. Szczęście nie mogło nam bardziej sprzyjać.

Gerwazy wiedział już, że policja zacznie swoje poszukiwania od Irminy. Chciał szybko do niej wrócić i ostrzec ją, ale to by znaczyło, że oddali się znów od ciemiężców o jakieś trzy doby marszu. Zrobił krok do przodu. Ciemiężcy usłyszeli dźwięk przełamywanych gałęzi i skierowali wzrok na Gerwazego. Zaczęli biec w jego stronę. Chłopak uciekał, ale był zdecydowanie wolniejszy od reszty, jak się okazało, mężczyzn. Zdążył wyciągnąć flakonik eliksiru pomniejszającego, gdy jeden chwycił go pod pachami i podniósł do góry. Przechylił zawartość i wypił do dna. W jednej chwili zmniejszył się do rozmiarów żuka i zdołał uciec przed napastnikami niedostrzeżony.

Ciemiężcy byli znacznie szybsi, niż się spodziewał. Domyślał się, że to za sprawą eliksirów – żaden człowiek nie unosi się w biegu w powietrze i nie sunie nad ziemią. Jeśli miał odzyskać przepiśnik, to tylko drogą podstępu. Mężczyźni wrócili do ogniska dokończyć modły. Jeden z nich wyciągnął spod peleryny wielką księgę – przepiśnik, jak sądził Gerwazy – i czytał jej treść po łacinie. Przypuszczał, że składali zwierzę w ofierze. Chłopak znalazł wygodne miejsce za kamieniem, usiadł i przypatrywał się wszystkiemu, co działo się na jego oczach. Trwało to tak długo, że nawet nie wiedział, kiedy zasnął.

Obudził się przywiązany do drzewa. Eliksir przestał działać i ciemiężcy dostrzegli jego obecność.

– Myślałeś, że zdołasz nas przechytrzyć – powiedział mężczyzna, który przy nim stał. – Możemy jeszcze darować ci życie, pod jednym warunkiem.

– Nie spełnię waszych warunków – odpowiedział.

– Dołącz do nas. Przyda nam się świeża krew, zwłaszcza kogoś, kto tak blisko trzymał się z czarownicą.

– Za nic w świecie!

Gerwazy wolał umrzeć na drzewie niż przyłączyć się do podejrzanej sekty. Jaka by nie była, nie zależał zrzeszać się w żadnym ugrupowaniu i trzymał się z dala od wszelkich stowarzyszeń. Wiedział jednak, że śmierć byłaby lekkomyślna. Miał do wypełnienia misję i nie mógł zawieść swojej przyjaciółki.

Na dworze świtało. Wiedział, że nie może długo wisieć przywiązany do drzewa, bo niebawem pojawią się pierwsi turyści. Z drugiej strony nie sądził, że ciemiężcy zdradzą swoją kryjówkę. Krew odpływała powoli z kończyn, tak, że niemal ich nie czuł, a lina wbijała się mocno w nadgarstki oraz kostki. Przypuszczał, że gdyby udało mu się uwolnić, pokonałby przeciwnika. Był tylko jeden, a nie kilku, jak parę godzin wcześniej.

Gdy próbował poluzować wiązania, usłyszał stado stąpających kopyt. Rozpoznał sarny. Ciemiężca próbował uciec, ale zwierzęta otoczyły go ze wszystkich stron. Jedna po drugiej zaczęły go gryźć. Rozszarpały szatę i wygryzały mięso. Mężczyzna krzyczał przeraźliwie, wił się i wierzgał nogami. W tym czasie jedna sarna podeszła do Gerwazego i zaczęła przegryzać linę. Uwolnił jedną rękę, a resztę supłów rozwiązał sam.

– Pomóż mi – krzyczał mężczyzna. Sarny wyrzucały kawałki skóry dookoła i gryzły dalej. – Daruję ci życie, proszę.

Gerwazy zawahał się. Miał w sobie dość litości, żeby pomóc człowiekowi, a z drugiej strony wiedział, że ciemiężca nie zasługuje na łaskę. Była to zemsta lasu, której nie powinien przerywać. Stanął nad mężczyzną, gdy ten powiedział:

– Dziękuję, bardzo ci dziękuję.

– Nie zamierzam się nad tobą litować – odpowiedział. W tym momencie dostrzegł wielką księgę przywiązaną do pasa. Poluzował sprzączkę i wyciągnął przepiśnik.

 

***

Gerwazy wracał przez góry przez trzy doby. Był głodny i spragniony – wody źródlanej miał pod dostatkiem, ale brakowało mu piwa, który podkreśliłby smak zwycięstwa. Dotarł do altanki i zapukał.

– Gerwazy, jakim cudem tak szybko? – powiedziała Irmina i zaprosiła go do środka.

– Zwierzęta – powiedział. – Wskazały mi drogę. Odzyskałem przepiśnik, ale to nie koniec wojny. Zostało jeszcze sześciu, którzy wciąż poszerzają swoje szeregi.

Chłopak opowiadał o wędrówce, o tym, jak sarny uwolniły go z potrzasku i zemściły się za swoją krewną. Irmina wiedziała, że szare szeregi ciemiężców dorwą ją wszędzie. Nie chciała więcej uciekać. Pomyślała o spaleniu przepiśnika – niemal całą wiedzę miała w pamięci i to wystarczy. Gerwazy pożegnał się i wyszedł. Kierował się do karczmy, liczył na darmowy browar i kilka nowych informacji w sprawie zaginionych dzieci.

Irmina rozsiadła się na tapczanie i pogładziła grzbiet księgi. Otworzyła ją na przypadkowej stronie i dostrzegła, że jednej brakuje. Eliksir kontrolujący, za pomocą którego można zmanipulować każdą istotę. Najniebezpieczniejszy przepis zniknął.

Otworzyła drzwi i wybiegła za Gerwazym, ale chłopca już nie było. Tylko drzewa spoglądały na nią z ufnością.

Koniec

Komentarze

Interesujące opowiadanie, chociaż mogłoby być trochę lepiej napisane. Zaskoczyły mnie mięsożerne sarny. Dobrze się czyta. :)

Nigdy się nie poddawać

Opowiadanie zaczyna się tak samo jak "Irmina". Mam wrażenie, że to ta sama historia, w tej wersji bardziej rozbudowana.

Ando – właśnie to napisałam w przedmowie.

A dlaczego nie edytowałaś poprzedniej wersji opowiadania?

Czy w tytule nie powinno być “Ciemiężcy z kosmosu”? Bo teraz wygląda na to, że dręczą kosmos.

Odniosłam wrażenie, że za szybko ci ciemiężcy nie byli zbyt straszni, a na pewno mniej niż krwiożercze sarny. W przyszłości warto dodać więcej szczegółów w opisach miejsc i wydarzeń.

Ciekawe współczesne fantasy. Brakuje mi tu też garści szczegółów – niby akcja w Bieszczadach, ale przez brak dokładniejszych opisów z jakimś elementem charakterystycznym nie czuć klimatu tej okolicy. Jest pewna mitologia, ale nie odkrywasz jej stopniowo, tylko walisz wszystko podczas rozmowy z Gerwazym.

Ogółem tekst z pomysłem, nawet przyjemnie się czytało. Tylko przydałoby się ten koncert fajerwerków odrobinę oszlifować. Chwytaj przydatne do tego linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

 Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i rady NoWhereMan :)

Czytałem fragment “Irmina”, więc zacząłem od nowego tekstu, gdyż poprzedni dobrze pamiętałem …dziecko, czarna magia, płacenie w monetach… ;D itd.

No cóż, podobało mi się, ale jest mały niedosyt. Opowiadanie wciąga przez co wydaje mi się, że mogłoby być nieco dłuższe. 

Mi czytało się to sprawnie, więc nie mam zamiaru się czepiać stylu, bo uważam go za całkiem niezły. Zgodzę się z użytkownikami powyżej, że tych opisów nieco brakuje. Osobiście nie przepadam za opisami jednego drzewka na pół strony, czy coś takiego, ale jednak skoro te Bieszczady, to jakiś zarys by się przydał. No reszta wygląda dobrze. Fabuła wciąga, a to najważniejsze. 

Ciekawy jestem następnych opowiadań, jednak tym razem zalecałbym wstawianie ich od razu w całości :) 

Pozdrawiam!

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Przykro mi, Fishendchips, ale nie kupuje tego opowiadania.

OK, mogę przyjąć do wiadomości, że na odludziu w Bieszczadach żyje współcześnie pewna Irmina, ciesząca się sławą miejscowej babki, ale włączanie do tego magii i czarów uważam za mało poważne. Mogę uwierzyć, że ptaki pomogły Kopciuszkowi oddzielić mak od popiołu, ale czystą bajką są dla mnie zwierzęta pomagające Gerwazemu, tudzież sarny zagryzające człowieka – bo zakładam, że nie były wściekłe. Wiem, że Alicja zmniejszyła się po wypiciu pewnej substancji, ale nie przyjmuję do wiadomości, że w podobnej sytuacji znalazł się Gerwazy.

Dziwi mnie niefrasobliwość Irminy – skoro wiedziała, że w okolicy dzieje się coś niedobrego, dlaczego trzymała przepiśnik na wierzchu? Czy najwyższa półka regału była najlepszym do tego miejscem?

Poza tym nie bardzo rozumiem, o co chodzi w opowiadaniu i wszystko mnie tu dziwi. Zastanawiam się, dlaczego żaden lekarz nie zainteresował się cudownym i nagłym wyzdrowieniem małego Łopianko i czemu Irmina domagała się zapłaty w bilonie? Dlaczego policja podejrzewa Irminę o niecne czyny uprowadzania dzieci i dlaczego sprawa ich znikania nie została wyjaśniona? A już najbardziej nie wiem, kim jest sześciu panów w czarnych pelerynach, którzy urządzili sobie ognisko w lesie.

Nie rozumiem też tytułu, bo w opowiadaniu nie ma o tym choćby słowa  – co takiego zrobił księżyc, że jest ciemiężony?

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

W se­zo­nie otwie­ra­ły się puby… ―> Skoro, jak zaznaczyłaś na wstępie, jest to wioska, to rozumiem, że malutka. Dziwne wydaje mi się zatem, że znajdują się w niej puby, w dodatku w liczbie mnogiej.

 

w dwóch szpi­ta­lach – Rze­szo­wie i Kra­ko­wie. ―> …w dwóch szpi­ta­lach – w Rze­szo­wie i Kra­ko­wie.

 

– Wie­dzia­łam, że się tu po­ja­wi­cie – po­wie­dzia­ła. Choć nie znała tej ro­dzi­ny oso­bi­ście, ani tym bar­dziej nie zda­wa­ła sobie spra­wy z cho­ro­by chłop­ca, od rana czuła ból sta­wów, który zwia­sto­wał na­dej­ście gości. ―> Unikaj zapisywania narracji z didaskaliami. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania. Winno być:

– Wie­dzia­łam, że się tu po­ja­wi­cie – po­wie­dzia­ła.

Choć nie znała tej ro­dzi­ny oso­bi­ście, ani tym bar­dziej nie zda­wa­ła sobie spra­wy z cho­ro­by chłop­ca, od rana czuła ból sta­wów, który zwia­sto­wał na­dej­ście gości.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

że w kotle tli się coś zu­peł­nie in­ne­go… ―> Tlić się mogło pod kotłem, ale nie w kotle.

Pewnie miało być: …że w kotle gotuje się/ warzy/ pyrkocze/ pichci się coś zu­peł­nie in­ne­go

 

Do­tknę­ła go swoją po­marsz­czo­ną ręką… ―> Zbędny zaimek.

 

Za­le­d­wie kilka kro­pel esen­cji– wy­star­czy. ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

wrzu­ci­ła go do kotła i tliła na nie­wiel­kim ogniu. ―> …wrzu­ci­ła go do kotła stojącego na nie­wiel­kim ogniu.

Już drugi raz używasz tego pojęcia i jestem ciekawa, czy te określenia: w kotle tli się czy tlić na niewielkim ogniu są regionalizmami i oznaczają to samo, co gotowanie na małym ogniu, tak jak zaleca się gotowanie rosołu?

 

– To nie­je­dy­ny taki przy­pa­dek. ―> – To nie­ je­dy­ny taki przy­pa­dek.

 

– Pew­nie gdzieś po po­ło­ży­łaś i nie pa­mię­tasz gdzie, zaraz się znaj­dzie – pró­bo­wał uspo­ko­ić. ―>

– Pew­nie gdzieś go po­ło­ży­łaś i nie pa­mię­tasz gdzie, zaraz się znaj­dzie – pró­bo­wał uspo­ko­ić.

 

– Na przy­kład. Coś ci wy­ja­śnię – Ir­mi­na sia­dła obok Ger­wa­ze­go i żywo ge­sty­ku­lu­jąc, za­czę­ła mu wszyst­ko wy­ja­śniać. ―> Nie brzmi to najlepiej. Brak kropki po wypowiedzi.

Może: – Na przy­kład. Coś ci wy­ja­śnię. – Ir­mi­na sia­dła obok Ger­wa­ze­go i żywo ge­sty­ku­lu­jąc, za­czę­ła mu wszyst­ko tłumaczyć.

 

– Cie­mięż­cy za­wsze stą­pa­li nam po pię­tach. ―> Pewnie miało być: – Cie­mięż­cy za­wsze deptali nam po pię­tach.

Powiedzenie: deptać po piętach jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

zda­rzy­ła się wiel­ka za­gła­da cza­row­nic. Jedna zdra­dzi­ła nas, po czym na­stą­pi­ło wiel­kie po­lo­wa­nie na cza­row­ni­ce. Cie­mięż­cy po­sie­dli wie­dzę, jak nas zgła­dzić, odtąd wszyst­kie cza­row­ni­ce mu­sia­ły… ―> Powtórzenia.

 

Nie mogę wy­ru­szyć w po­szu­ki­wa­nie. ―> Nie mogę wy­ru­szyć na po­szu­ki­wa­nie.

 

Ger­wa­zy wziął ostat­ni łyk na­pa­ru… ―> Ger­wa­zy wypił ostat­ni łyk na­pa­ru

Łyków się nie bierze.

 

za­rzu­cił na sie­bie torbę i wy­szedł… ―> Zarzucić na siebie można np. płaszcz/ kurtkę/ pelerynę, ale nie torbę.

Proponuję: …za­rzu­cił torbę na ramię i wy­szedł

 

nie ogląd­nąw­szy się za sie­bie. ―> Masło maślane – czy mógł oglądnąć się przed siebie?

Proponuję: …nie ogląd­nąw­szy się. Lub: …nie spojrzawszy/ patrząc za sie­bie.

 

W od­da­li sły­chać było trzask ła­ma­nych ga­łę­zi – pew­nie zwie­rzę­ta prze­cha­dza­ły się w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia. ―> Zwierzęta, które nie żerują nocą, już dawno znalazły schronienie i z pewnością nie przechadzały się. Trzaski mogły powodować zwierzęta polujące nocą, choć te z reguły poruszają się cicho.

 

Tylko z nie­któ­rych ko­min­ków wy­do­by­wał się dym. ―> Chyba miało być: Tylko z nie­któ­rych ko­min­ów wy­do­by­wał się dym.

Kominek, poza tym, że to mały komin, to przede wszystkim specjalne palenisko wewnątrz domu.

 

żywił się runem i po­zo­sta­ło­ścia­mi po­ży­wie­nia, jakie tu­ry­ści po­rzu­ca­li na szla­kach. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Nie wydaje mi się też, aby przed powrotem do bazy, turyści pozbywali się jedzenia na szlaku. A jeśli już, to ewentualne resztki szybciej zjadłyby zwierzęta/ wydziobały ptaki.

 

Za­czy­na­ło już świ­tać, więc prze­spał znacz­nie wię­cej niż za­mie­rzał. ―> Za­czy­na­ło już świ­tać, więc spał znacz­nie dłużej niż za­mie­rzał.

 

– Piwko? – spy­tał. Po­zwa­lał mu cza­sem na dar­mo­wy bro­war w za­mian za po­ro­ża je­le­ni… ―> Wcześniej napisałaś o Gerwazym: Jed­nak na prze­strze­ni swo­je­go szes­na­sto­let­nie­go życia… ―>

Dlaczego szesnastoletni chłopak był pojony piwem?

 

– Co ro­bi­ła pani w nocy z 31 paź­dzier­ni­ka na 1 li­sto­pa­da? – spy­tał bez ogró­dek. ―> – Co pani ro­bi­ła w nocy z trzydziestego pierwszego paź­dzier­ni­ka na pierwszy li­sto­pa­da? – spy­tał bez ogró­dek.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Tym bar­dziej nie chcia­ła ujaw­niać się po­li­cji. ―> Nie mogła nie chcieć ujawniać się policji, bo przecież policja o niej wiedziała.

 

Chciał szyb­ko do niej wró­cić i ostrzec … ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

kto tak bli­sko trzy­mał się z cza­row­ni­cą. ―> …kto tak bli­sko trzy­mał z cza­row­ni­cą.

 

nie za­le­żał zrze­szać się w żad­nym ugru­po­wa­niu… ―> Pewnie miało być: …nie zamierzał zrze­szać się w żad­nym ugru­po­wa­niu

 

Na dwo­rze świ­ta­ło. ―> Czy istniała możliwość, aby świtało gdzie indziej, nie na dworze?

Wystarczy: Świtało. Lub: Zaczynało świtać.

 

usły­szał stado stą­pa­ją­cych kopyt. ―> To w Bieszczadach kopyta poruszają się stadami???

A może miało być: …usły­szał stą­pa­nie kopyt stada zwierząt.

 

Męż­czy­zna krzy­czał prze­raź­li­wie, wił się i wierz­gał no­ga­mi. ―> Masło maślane – wierzgać to machać nogami.

Wystarczy: Męż­czy­zna krzy­czał prze­raź­li­wie, wił się i wierz­gał.

 

Ger­wa­zy wra­cał przez góry przez trzy doby. ―> Powtórzenie.

Może: Ger­wa­zy trzy doby wra­cał przez góry.

 

W tym mo­men­cie do­strzegł wiel­ką księ­gę przy­wią­za­ną do pasa. Po­lu­zo­wał sprzącz­kę i wy­cią­gnął prze­pi­śnik. ―> Nie chce mi się wierzyć, że tak cenną księgę miał osobnik, którego pozostawiono z Gerwazym.

Poza tym zastanawiam się, jak porusza się ktoś z wielką księgą przywiązaną do pasa…?  

 

Był głod­ny i spra­gnio­ny – wody źró­dla­nej miał pod do­stat­kiem, ale bra­ko­wa­ło mu piwa, który pod­kre­ślił­by smak zwy­cię­stwa. ―> …bra­ko­wa­ło mu piwa, które pod­kre­śliło­by smak zwy­cię­stwa.

Zaczynam podejrzewać, że szesnastoletni Gerwazy jest dobrze zapowiadającym się alkoholikiem.

 

– Ger­wa­zy, jakim cudem tak szyb­ko? – po­wie­dzia­ła Ir­mi­na… ―> Skoro jest pytajnik, to chyba: – Ger­wa­zy, jakim cudem tak szyb­ko? – zapytała Ir­mi­na

 

Otwo­rzy­ła ją na przy­pad­ko­wej stro­nie i do­strze­gła, że jed­nej bra­ku­je. ―> Księdze nie mogło brakować jednej strony, mogło brakować jednej kartki.

W jaki sposób, otworzywszy księgę na przypadkowej stronie/ w przypadkowym miejscu, można stwierdzić, że brakuje jednej kartki?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Mnie też nie porwało.

Mam wrażenie, że dużo w fabule wydarza się, bo tak. Wszyscy chodzą na piechotę, łącznie z tymi złymi. Dlaczego? Irmina zostawia księgę na wierzchu, jej przeciwnicy poprzestają na kradzieży, zamiast od razu załatwić kobietę również, skoro ją znaleźli. Zmniejszony chłopak zasypia sobie podczas podsłuchiwania wroga i przesypia przywiązanie do drzewa…

Po trzech dniach wrócili państwo Łopianko z górskim plecakiem pełnym monet.

Bez przesady. Dwa tysiące w monetach to nie jest aż taka ilość, żeby wypełnić plecak.

– Co robiła pani w nocy z 31 października na 1 listopada?

Liczby w beletrystyce piszemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

Gdy próbował poluzować wiązania, usłyszał stado stąpających kopyt. Rozpoznał sarny.

Stado kopyt nasuwa zabawne skojarzenia. A kopyta w odniesieniu do saren dziwnie brzmią.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka