- Opowiadanie: rrybak - Wszyscy będziemy Ateńczykami

Wszyscy będziemy Ateńczykami

Praw­dzi­wa de­mo­kra­cja nie uzna­je pół­środ­ków, zwłasz­cza gdy nasi dziel­ni Po­la­cy ko­rzy­sta­ją z niej w al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Ma być nawet le­piej niż we wzor­cu wzor­ców – czyli w  sta­ro­żyt­nych Ate­nach. I nie ma prze­bacz!

 

Dlatego z góry uprzedzam co wrażliwszych Czytelników: wszelkie próby wyparcia prostej prawdy, że to O NAS, to tylko ucieczka, ostatnia rozpaczliwa próba likwidacji powstałego po lekturze dysonansu. Kto ma jeszcze jakieś wątpliwości (i czuje w sobie tę siłę;) – zapraszam do dwóch moich (ostatnich) wpisów w komentarzach. Ale ostrzegam, że TEŻ będzie bolało!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wszyscy będziemy Ateńczykami

Pa­ide­ia

– A któż to nam dziś przy­po­mni ma­te­riał o przy­czy­nach upad­ku sta­ro­żyt­nych Aten? – głos pro­fe­sor Ga­wrac­kiej ocie­kał fał­szy­wą sło­dy­czą. Ucznio­wie klasy ma­tu­ral­nej sto­łecz­ne­go XLVI LO imie­nia Ste­fa­na Czar­niec­kie­go za­drże­li i sku­li­li się na krze­słach, za pul­pi­ta­mi ławek. Wia­do­mo, koń­co­we  szli­fo­wa­nie wie­dzy. Po­wtór­ka z ca­ło­ści, od pierw­szej klasy. Każdy do­sko­na­le wie­dział, co teraz na­stą­pi i bał się tego pa­nicz­nie. Sęk w tym, że ob­rób­ka w wy­ko­na­niu Ga­wrac­kiej nigdy nie przy­po­mi­na­ła sub­tel­ne­go ju­bi­ler­skie­go cy­ze­lo­wa­nia, już ra­czej bru­tal­ne he­blo­wa­nie na zmia­nę z ku­ciem mło­tem pneu­ma­tycz­nym.

– O, ty, ty tam w przed­ostat­niej ławce. – Sę­ka­ty palec na­uczy­ciel­ki bez­błęd­nie wy­ło­wił ofia­rę. – O tobie mówię, ko­le­żan­ko z po­ma­lo­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi i tym, tfu! or­dy­nar­nym ta­tu­ażem na po­licz­ku. Tak, do cie­bie, po­zwól do ta­bli­cy! Szyb­ciut­ko, ko­cha­na, nie mamy aż tyle czasu.

Ma­ry­sia Wie­rusz z ocią­ga­niem wsta­ła i ru­szy­ła ku kla­so­we­mu pla­co­wi stra­ceń. Hi­sto­rycz­ka pa­trzy­ła na nią w tym cza­sie z ewi­dent­nym obrzy­dze­niem – ni­czym na do­rod­ne­go eg­zo­tycz­ne­go plu­skwia­ka, przy­szpi­lo­ne­go w ga­blot­ce wi­szą­cej na ścia­nie ga­bi­ne­tu bio­lo­gicz­ne­go pię­tro wyżej. Czy na rów­nie pa­skud­ne kor­ni­ki z są­sied­niej ga­blot­ki. A prze­cież mą­drzy lu­dzie mó­wi­li, ra­dzi­li, wręcz bła­ga­li, by przy­naj­mniej przed za­ję­cia­mi ze “Strasz­ną Nelą” dawać sobie spo­kój z ule­ga­niem sze­rzą­cej się ostat­nio wśród star­szej mło­dzie­ży szkol­nej mo­dzie na hi­per­in­dy­wi­du­alizm. I zmyć na­nie­sio­ny henną dwa dni wcze­śniej sym­bol Anar­chii – naj­mod­niej­sze­go obec­nie kon­te­stu­ją­ce­go ze­spo­łu roc­ko­we­go. Wy­ko­nu­ją­ce­go po klu­bach i piw­ni­cach ko­lej­ny swój prze­bój: „Kon­kla­we”.

Ale nie, Maria jak zwy­kle mu­sia­ła być mą­drzej­sza. Nie mogła wśród ko­le­ża­nek i ko­le­gów nie po­ka­zać, jaka to ona nie­za­leż­na i od­waż­na. To teraz ma za swoje. Głu­po­ta, nie od­wa­ga! Nie­waż­ne, co za chwi­lę powie, zło­śli­wa hi­sto­ry­ca za­prze­czy, wy­śmie­je i po pół­go­dzi­nie nie­uchron­nych dy­gre­sji po­świę­co­nych „tej dzi­siej­szej mło­dzie­ży” ode­śle upo­ko­rzo­ną uczen­ni­cę na miej­sce. Nie­unik­nio­na je­dyn­ka z od­po­wie­dzi, niech­by i w naj­lep­szym przy­pad­ku dwója, na pół roku przed ma­tu­rą i eg­za­mi­nem koń­co­wym z hi­sto­rii, to ko­niec ma­rzeń o czer­wo­nym pasku na świa­dec­twie. Nie­za­leż­nie od wy­ni­ku eg­za­mi­nu doj­rza­ło­ści.

Dia­bli by wzię­li! Plany stu­dio­wa­nia na wy­ma­rzo­nej ar­che­olo­gii war­szaw­skie­go uni­wer­ka wła­śnie idą się… Na drze­wo idą. Stara belfrzy­ca znana była od lat ze swej nie­na­wi­ści do wszyst­kie­go, co pach­nie zbyt wy­bu­ja­łym oka­zy­wa­niem nie­za­leż­no­ści. Po­dob­no padło jej tak na mózg, gdy ćwierć wieku wcze­śniej, w 1995, jak po cichu szep­ta­no na li­ce­al­nych ko­ry­ta­rzach – ponoć wy­lo­so­wa­no ją i przez kilka dni za­sia­da­ła w ano­ni­mo­wym Ko­le­gium Elek­to­rów, wraz z pięć­dzie­siąt­ką dzie­wiąt­ką in­nych nie­szczę­śni­ków. I trze­ba było trafu (co upar­cie po­wta­rzał ten i ów), że to jej ów­cze­sny typ wy­grał gło­so­wa­nie, a potem – pod­czas ostat­nie­go, ogól­no­kra­jo­we­go etapu eli­mi­na­cji, uzna­no go za war­te­go głów­nej na­gro­dy. Jeśli te po­gło­ski były praw­dzi­we, naj­wi­docz­niej hi­sto­rycz­ka nigdy już po tym in­cy­den­cie nie wró­ci­ła w pełni do rów­no­wa­gi. Praw­do­po­dob­nie zbyt mocno swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek prze­ży­ła, by naj­pierw – jak po­my­śla­ła sobie prze­lot­nie Maria, po­ko­nu­ją­ca moż­li­wie opie­sza­le dzie­sięć me­trów dzie­lą­ce ją od nie­uchron­ne­go upad­ku – de­ka­da­mi nie pró­bo­wać, cał­ko­wi­cie zresz­tą bez­sku­tecz­nie, za­po­mnieć, potem – li­kwi­do­wać wy­rzu­ty su­mie­nia, w końcu już tylko topić w po­stę­pu­ją­cym morzu zgorzk­nie­nia na­ra­sta­ją­cy nie­ustan­nie dy­so­nans. Chyba i przez to aż tak zdzi­wa­cza­ła na stare lata. Trud­no. Stało się. Co­kol­wiek by teraz Maria za­pre­zen­to­wa­ła, na­uczy­ciel­ka i tak ne­ga­tyw­nie pod­su­mu­je to w dzien­ni­ku ocen.

I w tym wła­śnie mo­men­cie, kiedy Ma­ryś­ka szy­ko­wa­ła się już na na­dej­ście de­fi­ni­tyw­nej ży­cio­wej klę­ski, na­stą­pił cud! Uczen­ni­ca, pod­cho­dząc do ta­bli­cy,  prze­ży­ła chwi­lę olśnie­nia. Ilu­mi­na­cję. Prze­błysk ge­niu­szu. Nagle od­ga­dła, ja­kich słów użyć i o czym opo­wie­dzieć, by unik­nąć nie­szczę­ścia. Chwi­lę jesz­cze po­mil­cza­ła, ukła­da­jąc sobie wszyst­ko w gło­wie, a gdy spo­strze­gła, że pro­fe­sorka już, już otwie­ra usta, by rzu­cić pierw­szą z serii nie­zbęd­nych w ta­kich sy­tu­acjach wstęp­nych drwin – za­czę­ła w na­tchnie­niu:

– Przy­czy­ną upad­ku de­mo­kra­cji sta­ro­żyt­nych Aten, a póź­niej sa­mych Aten, stała się bez wąt­pie­nia nie­do­sko­na­łość sys­te­mu walki z ty­ra­nią, a przede wszyst­kim – odej­ście od in­sty­tu­cji po­wszech­ne­go sądu sko­rup­ko­we­go. Jego nie­kon­se­kwen­cja, po­ło­wicz­ność, w końcu zaś – za­stą­pie­nie ostra­cy­zmu kom­plet­nie nie­sku­tecz­ną ati­mią, czyli zwy­czaj­nym po­zba­wie­niem praw wy­bor­czych na de­ka­dę, nawet bez wy­da­la­nia z polis. Po­nad­to fa­tal­na za­leż­ność ostra­cy­zmu od ak­tu­al­nej gry sił po­li­tycz­nych, co skut­ko­wa­ło wy­pę­dza­niem z Aten pro­pań­stwo­wych sku­tecz­nych po­li­ty­ków i wo­dzów, na przy­kład Te­mi­sto­kle­sa czy Ary­sty­de­sa… (w tym mo­men­cie stra­ci­ła nieco od­dech, z obawy czy nie prze­szar­żo­wa­ła, ale tylko na chwi­lę)… a w fi­na­le zda­nie się nie na de­cy­zję więk­szo­ści oby­wa­te­li, lecz je­dy­nie ich ni­kłej, przy­pad­ko­wej czę­ści. To wszyst­ko mu­sia­ło Ateny do­pro­wa­dzić do klę­ski, stało się po­cząt­kiem ich końca.

Mó­wiąc te słowa Maria z za­do­wo­le­niem spo­strze­gła na twa­rzy nie­lu­bia­nej pe­da­gog ewi­dent­ne ozna­ki osłu­pie­nia. Cią­gnę­ła więc z werwą dalej:

– A prze­cież wy­star­czy­ło być kon­se­kwent­nym i tak jak w de­mo­kra­ty­zu­ją­cej się, znów nie­pod­le­głej Pol­sce, jak to uchwa­lił nasz Sejm dru­giej ka­den­cji już w roku 1992 za radą i zgod­nie z pro­jek­tem ów­cze­sne­go pre­mie­ra, pójść z pełną wła­dzą ludu, zatem i z nie­od­łącz­nym od niej ostra­cy­zmem do końca. Aż do osta­tecz­ne­go wer­dyk­tu Obroń­cy De­mo­kra­cji. Bez zgni­łych kom­pro­mi­sów oraz fa­tal­nych pół­środ­ków. Bo tylko tam de­mo­kra­cja prze­trwać może (tu Ma­ry­sia za­cy­to­wa­ła gło­śno i wy­raź­nie frag­ment słyn­ne­go prze­mó­wie­nia jed­ne­go z par­la­men­ta­rzy­stów sprzed bi­te­go ćwierć­wie­cza), gdzie wszy­scy, ni­czym nie­gdyś Sar­ma­ci, bę­dzie­my Rzy­mia­na­mi w walce oraz Ateń­czy­ka­mi w rzą­dach na­szych. Gdy­byż to oni, sta­ro­żyt­ni Grecy, wie­dzie­li to, co my dziś! (tu Maria po­zwo­li­ła sobie na lekki uśmiech, ta­tu­aż na po­licz­ku był w tej sy­tu­acji prze­wrot­nym, za­baw­nym kon­tra­punk­tem). U nas ich sta­ro­żyt­nych błę­dów nie po­peł­nio­no. I dzię­ki temu Rzecz­po­spo­li­ta wła­śnie na ostra­cy­zmie zbu­do­wa­ła trwa­ły, kon­sty­tu­cyj­nie nie­usu­wal­ny fun­da­ment sku­tecz­nej i sa­mo­uz­dra­wia­ją­cej się de­mo­kra­cji…

Ma­ry­sia nie wia­do­mo skąd ro­zu­mia­ła przy tym, że słowo „sku­tecz­nej” na­le­ża­ło wy­ak­cen­to­wać zna­czą­co moc­niej.  To­ko­wa­ła w em­fa­zie, a słu­cha­ją­ca jej w oszo­ło­mie­niu na­uczy­ciel­ka nie do­strze­gła nawet, że in­te­li­gent­na siksa zwy­czaj­nie bie­rze ją pod włos. Bo prze­cież Ga­wrac­ka za­wsze pod­świa­do­mie wie­dzia­ła, czuła, że to co zro­bi­ła, po­wo­ła­na przez elek­tro­nicz­ną ma­szy­nę, lo­su­ją­cą z nu­me­rów PESEL pra­wie ćwierć wieku wcze­śniej, jed­nak mu­sia­ło mieć głęb­szy sens. Że ona, pro­sta li­ce­al­na wy­rob­ni­ca, była wów­czas tylko nie­zbęd­nym na­rzę­dziem w ręku nie­omyl­ne­go i solidarnego Ludu! A więc… więc chyba, po la­tach, mu­sia­ła do­pie­ro wy­słu­chać krnąbr­nej uczen­ni­cy, by wresz­cie to do końca pojąć i za­ak­cep­to­wać.

Chwi­lę jesz­cze wchła­nia­ła łap­czy­wie ko­lej­ne zda­nia od­po­wie­dzi, po czym zde­cy­do­wa­nie pod­nio­sła rękę, prze­ry­wa­jąc Wie­ru­szan­ce.

– Dość, wy­star­czy, sia­daj. Bar­dzo do­brze, trzy z plu­sem. Niech ci bę­dzie, czte­ry z mi­nu­sem. Ale ta­tu­aż zmyj! I to już! Za drzwi mi na­tych­miast! Za pięć minut wra­casz z czy­stą twa­rzą!

W kla­sie za­szu­mia­ło To było coś w hi­sto­rii li­ceum nie­by­wa­łe­go. Eg­ze­ku­cja uczen­ni­cy, szum­nie ogło­szo­na, nawet roz­po­czę­ta, w ostat­niej chwi­li zo­sta­ła od­wo­ła­na. I to przez kogo – przez samą Kor­ne­lię Ga­wrac­ką, bez­li­to­sną byłą uczest­nicz­kę Ko­le­gium Elek­to­rów sądu sko­rup­ko­we­go RP! Świat się koń­czy!

 

Sy­ko­fan­tes

Hmm… Kogo w tym roku mamy? Coraz trud­niej oby­wa­te­lom typować i zgłaszać, bo jakby i trud­niej ostat­nio o wła­ści­wych kan­dy­da­tów. Zna­czy – ta­kich, któ­rzy się wręcz sami pro­szą. Mą­drze­ją stop­nio­wo, czy jak? – pytał sam sie­bie, co praw­da tylko w duchu,  nie­po­zor­ny szczu­pły męż­czy­zna o krót­ko ob­cię­tych wło­sach i zmę­czo­nym spoj­rze­niu in­te­li­gent­nych piw­nych oczu. Dy­rek­tor Jerzy Ko­wa­lew­ski, cho­ciaż wy­spor­to­wa­ny i w służ­bo­wej, czyli obo­wiąz­ko­wo nie­złej for­mie, był już mocno szpa­ko­wa­ty, wokół oczu miał wy­raź­ne zmarszcz­ki – w końcu szó­sty krzy­żyk na karku. Od­czu­wał więc na­ra­sta­ją­ce zmę­cze­nie, jak za­wsze w ostat­nim kwar­ta­le – tra­dy­cyj­nie po­twor­nie pra­co­wi­tym.

Sie­dział w skrom­nie urzą­dzo­nym po­ko­ju, za biur­kiem na któ­re­go bla­cie pię­trzy­ła się ba­te­ria te­le­fo­nów, ekra­nów, dru­ka­rek. Oraz mi­nia­tu­ro­wa mo­sięż­na kopia Ti­ran­nok­to­noi. Od­czy­ty­wał wła­śnie po raz ko­lej­ny listę dwu­dzie­stu pół­fi­na­li­stów z naj­więk­szą licz­bą wska­zań, wy­ło­nio­nych w elek­tro­nicz­nym, trwa­ją­cym przez cały paź­dzier­nik i li­sto­pad obo­wiąz­ko­wym wstęp­nym gło­so­wa­niu pra­wie trzy­dzie­stu mi­lio­nów wy­bor­ców…

No tak. To było do prze­wi­dze­nia. Sam pre­mier, który prze­for­so­wał w Sej­mie ścię­cie świad­czeń eme­ry­tal­nych aż o pięć pro­cent. Szef opo­zy­cyj­nej par­tii: przez głu­po­tę czy za­po­mnie­nie znów ośmie­lił się do­nieść na Pol­skę, w ja­kiejś do­praw­dy bła­hej spra­wie, do mię­dzy­na­ro­do­we­go try­bu­na­łu. Ten już piąty raz w fi­na­le – skraj­ny głu­piec, albo aż taki de­spe­rat. Jeśli teraz mu się upie­cze, zgod­nie z pra­wem ma spo­kój na całą ko­lej­ną pię­cio­lat­kę. Może i o to mu cho­dzi, po­dob­no ce­lu­je w pre­zy­den­tu­rę w ko­lej­nym roz­da­niu, a tam musi być wolny od obaw, że pod­pad­nie. Oj, żeby się tylko nie prze­li­czył. Łaska ludu, wia­do­mo, na pstrym koniu… Kto tam na­stęp­ny? Szef rzą­do­wej in­sty­tu­cji ukry­wa­ją­cy do­cho­dy. Wolna prasa rzu­ci­ła się na niego jak stado wy­głod­nia­łych sępów. Co praw­da do­pie­ro wtedy, kiedy przy­szło na niego zle­ce­nie. Dwóch pro­mi­nent­nych po­słów i jeden se­na­tor, któ­rzy ni­czym kie­dyś Ka­li­gu­la konia In­ci­ta­tu­sa, w ostat­nich wy­bo­rach wpro­wa­dzi­li do par­la­men­tu swo­ich wy­de­pi­lo­wa­nych ko­cha­siów. Czy tam ko­cha­sie, wszyst­ko jedno. Jedno i dru­gie w po­li­ty­ce kom­plet­nie do dupy. Zwłasz­cza nad Wisłą.

Jakaś na­wie­dzo­na młoda skraj­nie le­wi­co­wa po­słan­ka, z przy­ro­dzo­nej temu wy­zna­niu eg­zal­ta­cji lub zwy­czaj­nie – oso­bi­ste­go idio­ty­zmu żą­da­ją­ca kon­sty­tu­cyj­nych ogra­ni­czeń w spo­ży­wa­niu nie­win­nych pro­siacz­ków, kar­pi­ków i kur­czacz­ków. Stron­ni­czy sę­dzia… O, jest i znana ar­tyst­ka. I po co jej było na­zy­wać pu­blicz­nie Po­la­ków, w do­dat­ku na mię­dzy­na­ro­do­wym fe­sti­wa­lu, fa­szy­stow­ski­mi de­bi­la­mi? Kiedy naród wciąż pa­mię­ta tego re­dak­tor­ka sprzed roku? Choj­ra­ko­wał, pod­ska­ki­wał, mą­drzył się, ale kiedy Obroń­ca De­mo­kra­cji zaj­rzał mu w fi­na­le w oczy – jak dziec­ko ze­mdlał ze stra­chu. I trze­ba go było przed wrę­cze­niem na­gro­dy in­ten­syw­nie cucić, przy wtó­rze bu­czą­cej wi­dow­ni. Że­na­da! Wstyd! Zero god­no­ści! A na ja­kie­go Sca­evo­lę wcze­śniej po­zo­wał!

Męż­czy­zna po­krę­cił zde­gu­sto­wa­ny głową, za­ci­snął z dez­apro­ba­tą usta. Nie wy­pa­da, Na­praw­dę na tym po­zio­mie nie wy­pa­da. Ale, ale… Są i ko­lej­ni sta­rzy zna­jo­mi. Młody gniew­ny hiperna­cjo­na­li­sta na do­rob­ku, głu­pek prze­po­twor­ny na­wia­sem mó­wiąc, z tych, co to nie są w sta­nie rów­no­cze­śnie iść, my­śleć i od­dy­chać, bo albo się udu­szą, albo wy­wa­lą, domaga­ją­cy się po­zba­wie­nia, ni­czym w Ate­nach me­toj­ków, praw wy­bor­czych Bogu ducha win­nej mniej­szo­ści na­ro­do­wej. Jed­nej z wielu, zresz­tą, bo nie­dłu­go po tym, gdy w Pol­sce przy­wró­co­no pełną de­mo­kra­cję czyli ostra­cyzm na wzór ateń­ski, dawny ma­tecz­nik bia­łej ka­to­lic­kiej więk­szo­ści niespodziewanie stał się nową oj­czy­zną dla ist­nych oko­licz­nych tłu­mów.

Cie­ka­we… jest nawet ten oli­gar­cha z pierw­szej piąt­ki naj­bo­gat­szych, który de facto wy­łą­czył spod pol­skie­go prawa swoją ma­jęt­ność na Ma­zu­rach i po­gnał batem kon­tro­le­rów z War­sza­wy. Ba­ga­te­la – sie­dem­na­ście ty­się­cy hek­ta­rów, w tym czte­ry spore je­zio­ra na daw­niej po­wszech­nie do­stęp­nym dla zwy­kłych tu­ry­stów szla­ku że­glu­go­wym. Nie omiesz­kał się tym nawet, głąb dęty, po­chwa­lić na wpły­wo­wym plot­kar­skim por­ta­lu. Choć mógł sie­dzieć cicho. Jak to mówią – pycha kro­czy przed upad­kiem…

Ja­kieś świe­żyn­ki? No­wi­cju­sze? Spójrz­my tylko… Ha! Tu­ście się scho­wa­li! Osła­wio­ny po te­le­wi­zyj­nych ma­te­ria­łach śled­czych sa­mo­rzą­do­wiec – ła­pów­karz plus trój­ka po­mniej­szych ma­chloj­ka­rzy.  I stary dobry, zna­jo­my bi­skup. Nie dość że mal­wer­sant, to jesz­cze przy oka­zji mi­ło­śnik chło­pię­cych nie­doj­rza­łych wdzię­ków. Ko­niec koń­ców mu­siał nie­źle wku­rzyć swe owiecz­ki, skoro za­po­mniały o nad­sta­wia­niu dru­gie­go po­licz­ka.

W sumie jed­nak banał! Nihil Novi sub Sole – po­my­ślał urzęd­nik, po raz ostat­ni przed wy­sył­ką uważ­nie od­czy­tu­ją­cy listę no­mi­no­wa­nych. Spoj­rzał kątem oka na wi­szą­cą na ścia­nie na wprost ma­to­we­go pan­cer­ne­go okna szkla­ną ga­blot­kę, ozdo­bio­ną ry­tu­al­nym cy­ta­tem z Wiesz­cza. Pod­świe­tlo­na stal za szkłem, praw­dzi­wy bułat,  rzu­ca­ła na jego biur­ko prąż­ko­wa­ne me­ta­licz­ne bły­ski. A niech sobie rzuca. W końcu, to i dla niego me­men­to. Pod sąd sko­rup­ko­wy pod­pa­da­li prze­cież co roku wszy­scy pol­scy oby­wa­te­le bio­rą­cy udział w sze­ro­ko poj­mo­wa­nej Wła­dzy. Czyli dobre pół mi­lio­na osób utrzy­my­wa­nych z po­dat­ków, albo ży­ją­cych i bo­ga­cą­cych się dzię­ki pu­blicz­nym kon­trak­tom i zle­ce­niom. Wa­ru­nek: bez­kar­nie gwał­cą­cych przy tym, jak to ma­wia­ją lu­dzie pro­ści, sól tej ziemi, prawa ludz­kie i bo­skie. Ska­za­nych pra­wo­moc­nie przez ja­ki­kol­wiek sąd po­wszech­ny, pro­ce­du­ra ostra­cy­zmu z za­sa­dy nie obej­mo­wa­ła.

Ale jest też coś no­we­go: pierw­szy raz od zdaje się czte­rech lat do­dat­ko­wy kan­dy­dat – ob­co­kra­jo­wiec. Rzad­kość tym oso­bliw­sza, że fak­tycz­nie – do­stał już nawet wy­ma­ga­ną w takim eks­tra przy­pad­ku wstęp­ną więk­szość gło­sów, grubo ponad pięt­na­ście mi­lio­nów. Czyli w tym roku wygra dwóch osob­ni­ków. Nasz względ­ną więk­szo­ścią i cudzy – bez­względ­ną. Nie­do­brze. To za­wsze ozna­cza kom­pli­ka­cje. Taaa, to było do prze­wi­dze­nia: ten drugi naj­pierw się, le­bie­ga, jak zwy­kle on, uchlał w pół­tru­pa. I w pi­ja­nym wi­dzie pu­blicz­nie dał upust głę­bo­ko skry­wa­nym na trzeź­wo an­ty­pa­tiom. Przy­jem­nia­czek: na fa­sa­dzie gwiaź­dzi­ste błę­ki­ty, ob­łud­na gęba pełna fra­ze­sów, a w sercu i piw­nicz­nej skryt­ce po dziad­ku nadal czer­wo­ny sztan­dar z gwiaz­dą, albo hin­du­skim zna­kiem szczę­ścia, co na jedno zresz­tą wy­cho­dzi… Po co mu to było? Za­po­mniał o In­flu­Ebo­li Dwa­na­ście? Gdzie tacy się rodzą? Ko­wa­lew­ski prze­cią­gnął się za biur­kiem i krań­co­wo zde­gu­sto­wa­ny po­now­nie po­krę­cił głową.

 

No­mo­phy­la­kes I

Kon­kurs na jego sta­no­wi­sko nie bez przy­czy­ny był mor­der­czo cięż­ki. Tu nie mogło dojść do żad­nej fu­szer­ki ani wpad­ki. Dla­te­go ta praca, po­zor­nie lekka, do­słow­nie spa­la­ła. Ech! to już chyba nie na jego zdro­wie i nerwy, za­czy­na to wszyst­ko brać zbyt po­waż­nie i oso­bi­ście, pora ustą­pić miej­sca młod­szym i przejść do dzia­łu ana­liz. Jerzy Kowalewski jesz­cze raz, na wszel­ki wy­pa­dek, prze­li­czył wszyst­kie głosy w ar­ku­szu kal­ku­la­cyj­nym prze­sła­nym mu do osta­tecz­ne­go za­twier­dze­nia przez pod­wład­nych. To nic, że przed nim zro­bi­ły to już czte­ry par­la­men­tar­ne in­sty­tu­cje i dwa tajne in­sty­tu­ty ba­daw­cze. Wszyst­kim wy­szło to samo, ale pro­ce­du­ra – rzecz świę­ta! Pro­ce­du­ra i chyba już nie­ste­ty po­czą­tek na­tręc­twa – skon­sta­to­wał po­nu­ro dy­rek­tor.

Plik prze­kon­wer­to­wał, wy­dru­ko­wał, pod­pi­sał, opie­czę­to­wał, za­re­je­stro­wał w dzien­ni­ku ko­re­spon­den­cji, wsa­dził do tecz­ki na naj­waż­niej­sze pa­pie­ry, tej z wy­tło­czo­nym orłem, dzier­żą­cym w szpo­nach miecz w mir­to­wym wień­cu i do­dat­ko­wo prze­słał po za­szy­fro­wa­niu chro­nio­ną linią do te­go­rocz­ne­go Ko­le­gium Elek­to­rów. Robił to co roku, odkąd roz­po­czął od­po­wie­dzial­ną pracę w Naj­wyż­szym Urzę­dzie Ochro­ny De­mo­kra­cji. Czyli w są­dzie sko­rup­ko­wym RP. Wes­tchnął, wstał zza biur­ka, wziął pod pachę ty­ta­no­wą, ognio­chron­ną, prze­ciw­wy­bu­cho­wą, ku­lo­od­por­ną, dla nie­po­zna­ki po­kry­tą czar­ną skórą ak­tów­kę i też jak co roku (który to już raz w NUOD – pięt­na­sty, szes­na­sty?) wy­szedł cięż­kim kro­kiem do se­kre­ta­ria­tu, z chro­nio­ne­go na okrą­gło ga­bi­ne­tu. Naj­wyż­szy czas za­ro­bić na pen­sję.

Przed drzwia­mi już stali trzej za­przy­się­że­ni ku­rie­rzy. Re­gu­la­mi­no­wa krót­ka broń au­to­ma­tycz­na u pasów, twa­rze ukry­te pod czar­ny­mi heł­ma­mi i bo­jo­wy­mi ke­vla­ro­wy­mi pół­ma­ska­mi. Jeden z nich przy­piął cięż­ką ak­tów­kę kaj­dan­ka­mi do le­we­go nad­garst­ka i ode­brał służ­bo­wy klu­czyk, który na­tych­miast prze­ka­zał dru­gie­mu ku­rie­ro­wi. Potem prawą dło­nią pod­pi­sał pro­to­kół prze­ję­cia, za­sa­lu­to­wał służ­bi­ście i w to­wa­rzy­stwie po­zo­sta­łej dwój­ki ru­szył ku wyj­ściu z nie­ozna­ko­wa­ne­go na ze­wnątrz biura, wta­pia­ją­ce­go się w ko­ry­ta­rzo­we sza­ro­ści za pan­cer­ny­mi po­dwój­ny­mi drzwia­mi. Mieli do po­ko­na­nia dwie­ście me­trów. W tym pięć­dzie­siąt w pio­nie. Tam od­da­dzą listę.

Jesz­cze nawet nie wsie­dli do windy, kiedy dy­rek­tor od­wró­cił się bez słowa, nie wie­dzieć czemu spoj­rzał na pa­znok­cie pra­wej dłoni, po czym głę­bo­ko za­my­ślo­ny wró­cił do swej sa­mot­ni, sta­ran­nie za­my­ka­jąc za sobą wie­lo­war­stwo­we odrzwia. Tego dnia wciąż miał przed sobą mnó­stwo pracy, któ­rej nikt poza nim nie był w sta­nie wy­ko­nać. Wcze­śniej zaś kilka waż­nych pytań, na które tylko on mógł zna­leźć od­po­wiedzi. Na przy­kład, gdzież to on, jesz­cze w stycz­niu, tuż po po­przed­nim fi­na­le, za­bun­kro­wał swój re­we­la­cyj­ny kar­bo­run­do­wy pil­ni­czek?

 

Kle­ro­te­rion

Te­go­rocz­ne Ko­le­gium Elek­to­rów w try­bie taj­nym i jak zwy­kle bez uwzględ­nia­nia nie­śmia­łych pro­te­stów zwie­zio­ne z całej Pol­ski do sto­li­cy przez funk­cjo­na­riu­szy NUOD, ob­ra­do­wa­ło od rana, za­mknię­te na głu­cho  w bun­krze po­ni­żej po­zio­mu grun­tu. W dro­dze po­wrot­nej z pod­zie­mi Urzę­du pierw­szy ku­rier niósł więc nie tylko opróż­nio­ną tecz­kę ale i ru­ty­no­wą in­for­ma­cję dla prze­ło­żo­nych, że elek­to­rzy dys­po­nu­ją już pełną wie­dzą o wstęp­nie wy­ty­po­wa­nych przez naród osob­ni­kach. Sam, w krót­ki­m tête-à-tête z owym zbio­ro­wym su­mie­niem Po­la­ków po­wie­dział wy­lo­so­wa­nym tylko i aż tyle, ile prze­wi­dy­wał re­gu­la­min: że jeśli któ­ryś z nich ze­chce się migać od de­cy­zji, nie wróci na razie do domu. Zgod­nie z pra­wem zo­sta­nie przez jego ze­spół prze­trans­por­to­wa­ny wprost z Alej Ujaz­dow­skich do miej­sca od­da­lo­ne­go o nie­speł­na dwie­ście ki­lo­me­trów – na dwu­let­nią re­edu­ka­cję oby­wa­tel­ską w luk­su­so­wej izo­lat­ce, w cen­trum taj­ne­go ośrod­ka szko­le­nio­we­go w Kiej­ku­tach. No chyba że zmięk­nie i od­ro­bi swą na­leż­ność wobec ludu, bio­rąc udział w pra­cach ko­lej­ne­go Ko­le­gium.

Ale do­tych­czas zda­rzył się tylko jeden taki przy­pa­dek. Jakiś uni­wer­sy­tec­ki fi­lo­zof twier­dzą­cy, że w imię naj­głę­biej po­ję­te­go hu­ma­ni­zmu nie ma prawa de­cy­do­wać o in­nych. Źle wy­brał zawód albo pań­stwo. Gdyby był ka­pła­nem, obo­jęt­nie ja­kiej re­li­gii, to by mu się upie­kło. Wia­do­mo – spra­wa su­mie­nia i wy­zna­nia: kon­kor­dat, usta­wy, Kon­sty­tu­cja… Jed­nak nikim takim nie był.  Nie­daw­no wy­szedł, sam go od­wo­zi­łem do domu – przy­po­mniał sobie jakoś tak mi­mo­cho­dem ku­rier – spo­koj­ny za­do­wo­lo­ny z pracy i po­bo­rów trzy­dzie­sto­la­tek, w NUOD od lat pię­ciu. Chyba nawet z tego wszyst­kie­go, ura­do­wa­ny i od­pa­sio­ny in­te­lek­tu­ali­sta za­po­mniał, za co go wła­ści­wie re­edu­ko­wa­no, bo przez cały pobyt w izo­lat­ce, w cza­sie wol­nym od wchła­nia­nia wie­dzy o po­win­no­ściach oby­wa­tel­skich, i rzecz jasna – od nauki pa­trio­tycz­nych pol­skich pie­śni, co ponoć było dlań, oby­wa­te­la świa­ta, naj­więk­szą męką, pisał jakiś tam swój fi­lo­zo­ficz­ny trak­tat o wol­no­ści. Od dawna za­pla­no­wa­ne, lecz wcze­śniej – z nad­mia­ru co­dzien­nych obo­wiąz­ków, braku czasu i środ­ków – bez końca od­kła­da­ne dzie­ło życia. Pro­fe­so­rek przy­znał się nawet pod­czas po­wrot­ne­go trans­fe­ru do domu ze strze­żo­ne­go ośrod­ka na Ma­zu­rach, że tak na­praw­dę, to roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wał tych dwóch lat. Co­dzien­na praca i licz­na ro­dzi­na wy­sy­sa­ły z niego wszyst­kie soki. Nie­zła książ­ka, swoją drogą. Zdo­by­ła  chyba jakąś sutą pań­stwo­wą na­gro­dę… Oraz ze sześć za­gra­nicz­nych…

Taaak, mądra głowa to wszyst­ko ob­my­śli­ła! – dumał w tym samym cza­sie, w win­dzie ja­dą­cej z po­wro­tem na górę, drugi ku­rier, ten z klu­czem, w NUOD siód­my rok. – Cie­ka­we jak długo tym razem Ko­le­gium Elek­to­rów bę­dzie de­ba­to­wać, kogo po­win­no uwol­nić od dal­szych eta­pów po­stę­po­wa­nia. Mo­dy­fi­ka­cję ową wpro­wa­dzo­no nie­daw­no, wcze­śniej elek­to­rzy de­cy­do­wa­li, kto ma przejść dalej i czę­sto od­bi­ja­ło się to do­praw­dy fa­tal­nie na ich psy­chi­ce. A tu, pro­szę: niby w isto­cie robią dziś to samo, ale kiedy się kogoś unie­win­nia, czło­wie­ka ogar­nia nie­odmien­nie błogi spo­kój. Widać to było na twa­rzy ich te­go­rocz­ne­go prze­wod­ni­czą­ce­go, który wy­szedł z sali obrad po listę – po­god­na, uśmiech­nię­ta, zre­lak­so­wa­na…

Przed opusz­cze­niem windy, ku­rie­rzy jesz­cze raz spoj­rze­li po sobie. Bez słów, bo wszyst­ko wy­da­wa­ło się jasne. Re­gu­la­min nie po­zo­sta­wiał nie­do­mó­wień: kiedy elek­to­rzy za­czną gło­so­wać, oni, skrom­ni funk­cjo­na­riu­sze przy­pil­nu­ją, by nikt nie prze­szka­dzał. By nawet do głowy ni­ko­mu to nie przy­szło. Aż sę­dzio­wie osią­gną kon­sen­sus i wezwą ku­rie­rów po swój wer­dykt. Listę dzie­siąt­ki fi­na­li­stów. To dla­te­go w NUOD Elek­to­rzy na­zy­wa­ni są też nie­kie­dy, z za­iste czar­nym hu­mo­rem: Kon­kla­we. Zaś przez lud rów­nie czę­sto – Sądem Osta­tecz­nym.

 

Am­fik­tio­nia

– Panie Mi­ni­strze Spraw Za­gra­nicz­nych Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej, w imie­niu na­sze­go rządu skła­da­m sta­now­czy pro­test prze­ciw bez­praw­nym kro­kom pod­ję­tym przez pań­stwo pol­skie i jego oby­wa­te­li na szko­dę oby­wa­te­la mo­je­go kraju, Pe­te­ra We­is­sa, wi­ce­prze­wod­ni­czą­ce­go izby niż­szej na­sze­go par­la­men­tu. Ja­kie­kol­wiek dal­sze nie­przy­ja­zne po­su­nię­cia prze­ciw niemu ze stro­ny pań­skie­go kraju i jego lud­no­ści, po­trak­to­wa­ne przez nas zo­sta­ną z naj­da­lej idą­cy­mi kon­se­kwen­cja­mi. Po­wtó­rzę sta­now­czo – z naj­da­lej idą­cy­mi! Aż do nie­unik­nio­nej re­ak­cji po­za­dy­plo­ma­tycz­nej.

Prze­wod­ni­czą­cy de­le­ga­cji Rolf Baden, wie­lo­let­ni am­ba­sa­dor w War­sza­wie, wy­po­wia­dał te słowa z god­no­ścią i na­le­ży­tym na­ci­skiem. Wie­dział, pew­nie że wie­dział, jak to się skoń­czy, ale jak każdy w tym spek­ta­klu, nie wy­pa­dał z roli do ostat­niej chwi­li. Choć do­sko­na­le pa­mię­tał, z taj­nych not tylu przed nim am­ba­sa­do­rów, co za chwi­lę usły­szy z ust szefa pol­skie­go MSZ. A jakże, oto i są te zda­nia, wy­słu­chi­wa­ne wie­le­kroć w prze­szło­ści, i co z tego, że coraz rza­dziej.

– Wasza Eks­ce­len­cjo. Przyj­mu­je­my sta­no­wi­sko pana rządu z na­le­ży­tym sza­cun­kiem i po­wa­gą – sta­ran­nie tłu­miąc roz­ba­wie­nie, de­kla­mo­wał nowy szef re­sor­tu Ja­nusz Wan­dec­ki. – Pra­gnie­my przy tym wy­ja­śnić, co jak mamy na­dzie­ję, skło­ni pań­ski rząd do sto­no­wa­nia swego sta­no­wi­ska, że w razie pod­ję­cia ja­kich­kol­wiek agre­syw­nych mi­li­tar­nych dzia­łań wobec Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej i mo­je­go na­ro­du, zwią­za­nych z su­we­ren­ną de­mo­kra­tycz­ną de­cy­zją trzydziestu mi­lio­nów wol­nych do­ro­słych oby­wa­te­li i ich re­ak­cją na ni­czym nie spro­wo­ko­wa­ny i skraj­nie wrogi akt ze stro­ny pana Pe­te­ra We­is­sa, lud Rzecz­po­spo­li­tej, w obro­nie wol­no­ści i god­no­ści, w osta­tecz­no­ści woli god­nie zejść z tego świa­ta, niż zre­zy­gno­wać ze swo­ich praw. Jak pan do­sko­na­le wie, obca prze­wa­ża­ją­ca agre­sja to je­dy­ny przy­pa­dek, w któ­rym nasza Kon­sty­tu­cja do­pusz­cza odej­ście Po­la­ków w ca­ło­ści w nie­byt. Prawo to po­twier­dzi­ło re­fe­ren­dum z roku 1998.

Wan­dec­ki już kilka lat wcze­śniej na­uczył się tego wy­stą­pie­nia na pa­mięć. Baden też nie od dziś poj­mo­wał jego treść. Cały glob, rzecz jasna po­wy­żej pew­ne­go szcze­bla wła­dzy i kom­pe­ten­cji, od ponad dwu­dzie­stu lat do­sko­na­le je znał. I orien­to­wał się, co się za nim fak­tycz­nie kryje. Jakby co, w sy­tu­acji dla Pol­ski bez wyj­ścia, uwol­nie­nie na te­re­nie RP sztucz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ne­go po po­łą­cze­niu z grypą, wi­ru­sa In­flu­Ebo­la Dwa­na­ście. Opra­co­wa­ne­go przez sza­lo­nych Po­la­ków pa­to­ge­nu, prze­no­szo­ne­go na gi­gan­tycz­ne dy­stan­se każdą moż­li­wą drogą, od mi­gru­ją­cych bo­cia­nów, po zwy­czaj­ny wia­te­rek, o od­po­wied­nio dłu­gim okre­sie wy­lę­ga­nia i prak­tycz­nie w stu pro­cen­tach dla za­ra­żo­nych śmier­tel­ne­go. Nie było na tę broń ab­so­lut­ną ani szcze­pio­nek, ani leków. Two­rzo­ne przez resz­tę świa­ta mo­de­le nie­odmien­nie to po­twier­dza­ły: już trzy­set­ne­go dnia po jej ak­ty­wa­cji z te­ry­to­rium RP, z całej ziem­skiej po­pu­la­cji po­zo­sta­nie może kil­ka­set ty­się­cy osób. W naj­lep­szym przy­pad­ku oca­le­ją ja­kieś od­se­pa­ro­wa­ne tu­byl­cze ple­mio­na w środ­ku pusz­czy ama­zoń­skiej, choć i tu pew­no­ści nie ma…

Naj­bo­gat­sze pań­stwa od dekad pró­bo­wa­ły zna­leźć an­ti­do­tum, wciąż bez efek­tu, choć Pol­ska prze­ka­za­ła im nawet, w akcie ewi­dent­nej drwi­ny, opis klu­czo­wych frag­men­tów ge­no­mu wi­ru­sa. Gdyby Po­la­cy kie­dyś speł­ni­li obiet­ni­cę – a am­ba­sa­dor był pe­wien, że jak to oni – nie ble­fu­ją i w razie czego zre­ali­zu­ją ją na pewno – nawet pre­wen­cyj­ne bom­bar­do­wa­nie ato­mo­we oka­za­ło­by się nie­sku­tecz­ne. Nikt prze­cież nie wie­dział, gdzie i w ilu miej­scach ukry­wa­ny jest ten cho­ler­ny no­śnik Apo­ka­lip­sy. Kto i kiedy go od­pa­li. No i co naj­gor­sze: którą ko­lej­ną wer­sję In­flu­Ebo­li mają już nad Wisłą.

Baden zło­żył notę, ukło­nił się i po chwi­li wy­szedł z ga­bi­ne­tu przy Ale­i Jana Chry­stia­na Szu­cha. Kie­row­ca cze­kał przed wej­ściem. Pie­prze­ni po­rą­ba­ni Po­la­cy. Pie­przo­ny wirus. Pie­przo­ny ten ich cały sąd sko­rup­ko­wy! Am­ba­sa­dor do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę, co teraz na­stą­pi. W końcu, poza tym swoim raz w roku ce­le­bro­wa­nym sza­leń­stwem, lud Pol­ski był cał­ko­wi­cie prze­wi­dy­wal­ny, nie­agre­syw­ny, przy­ja­ciel­ski, umów do­trzy­my­wał, żył i dawał żyć innym. Nawet nie chciał, choć prze­cież by mógł, i to w pełni bez­kar­nie a co naj­waż­niej­sze sku­tecz­nie – eg­ze­kwo­wać od jego kraju żad­nych za­le­głych re­pa­ra­cji. Zaś od in­nych są­sia­dów choć­by zwro­tu nie­gdyś za­gar­nię­tych przez nich te­re­nów. Fakt, że nie było ta­kiej po­trze­by. Jakoś tak samo wy­szło, że od pew­ne­go czasu każdy z wła­snej i nie­przy­mu­szo­nej woli, i to bez żad­nych, naj­mniej­szych nawet ze­wnętrz­nych su­ge­stii, od­da­wał Po­la­kom co był im tam wi­nien, i to od razu na sto lat wstecz. Ot tak, z czy­stej przy­jaź­ni oraz we­wnętrz­ne­go po­czu­cia spra­wie­dli­wo­ści. Bo sami miesz­kań­cy RP od całej resz­ty świa­ta chcie­li tylko, jak za­wsze, do­praw­dy drob­nost­ki: by jed­ne­go je­dy­ne­go dnia w roku wszy­scy się od nich ser­decz­nie od­pier­do­li­li.

Cóż, dzi­siej­sze od­wie­dzi­ny są prze­cież tajne. I takie, dy­plo­ma­ta był pe­wien, jak zwy­kle w po­dob­nych sy­tu­acjach po­zo­sta­ną. Nota zo­sta­nie za kilka dni sta­ran­nie znisz­czo­na, ślad po niej nie prze­trwa. A Weiss? Hmm… Sam sobie na­gra­bił. Nikt o zdro­wych zmy­słach nie do­pu­ści prze­cież do nie­uchron­nych la­wi­no­wych dy­plo­ma­tycz­nych kom­pli­ka­cji po tym, gdy Po­lacz­ko­wie wyślą już po klien­ta urzęd­ni­ków z tego ich cho­re­go NUOD. Zdaje się, że hobby tego kre­ty­na i pi­ja­ka to mor­skie węd­kar­stwo…

 

He­lia­stai

Ma­ry­sia Wie­ru­szan­ka jesz­cze raz z prze­ję­ciem spraw­dzi­ła, czy wszyst­ko ma pod ręką. W końcu – to jej wy­bor­czy de­biut. In­dy­wi­du­al­ny bio­czip oby­wa­tel­ski pod skórą pra­we­go nad­garst­ka uak­tyw­nio­ny, ro­dzin­ny ter­mi­nal gło­so­wa­nia też, sześć­dzie­się­cio­ca­lo­wy in­te­rak­tyw­ny te­le­wi­zor włą­czo­ny, na sto­li­ku jak co roku tra­dy­cyj­na, luk­su­so­wo wy­da­na Kon­sty­tu­cja RP, kart­ki i dłu­go­pi­sy. Na dru­gim sto­li­ku, pod ścia­ną, chip­sy, her­bat­ni­ki, na­po­je. Obok Marii na ro­dzin­nej ka­na­pie ro­dzi­ce w od­święt­nych ubra­niach. Jej sta­rzy, nie wie­dzieć dla­cze­go, trak­to­wa­li ten co­rocz­ny obo­wiąz­ko­wy cyrk jak swoje naj­więk­sze świec­kie świę­to. Już na mie­siąc przed nim, w mi­lio­nach domów mię­dzy Nie­mnem, Ho­ry­niem, Dnie­strem a Odrą i Nysą roz­ma­wia­no nie­mal wy­łącz­nie o ak­tu­al­nych kan­dy­da­tach. A biura buk­ma­cher­skie prze­ży­wa­ły praw­dzi­we ob­lę­że­nie.

Dzie­sią­ta wie­czór, 30 li­sto­pa­da. Też jak co roku. Nie­let­ni dawno śpią. Przy­mu­so­wo. Jeśli  nawet jesz­cze nie śpią, oglą­da­ją na od­bior­ni­kach w swo­ich sy­pia­len­kach świą­tecz­ny blok dzie­cię­cych ki­no­wych prze­bo­jów. Zaś dla do­ro­słych oby­wa­te­li, na ekra­nach te­le­wi­zo­rów w całej Pol­sce, a przy oka­zji w naj­więk­szych sie­ciach świa­ta – nasze in­no­wa­cyj­ne, a prze­cież jakże tra­dy­cyj­ne w Eu­ro­pie, się­ga­ją­ce dwóch i pół ty­siąc­le­cia wstecz, oby­wa­tel­skie An­drzej­ki. Na kogo wy­pad­nie, na tego bęc. I niech nikt nie czuje się zbyt pew­nie. Pol­ska de­mo­kra­cja w prze­ci­wień­stwie do sta­ro­żyt­nej ateń­skiej, nie uzna­je pół­środ­ków. Oraz świę­tych krów. Dla­te­go jest naj­lep­sza na Ziemi. Od sa­me­go ostre­go star­tu w 1992. Kiedy jesz­cze w Pol­sce gło­so­wa­no wy­łącz­nie w punk­tach wy­bor­czych, a nie za po­śred­nic­twem au­to­no­micz­nej na­ro­do­wej Sieci. Naród czuwa. I w więk­szo­ści świet­nie się przy tym bawi. Zwłasz­cza gdy jak co roku wie, że za chwi­lę kogoś uro­czy­ście i w pełni sa­mo­dziel­nie wy­ty­pu­je.

Oto są. Wy­szli na scenę. Bla­dzi, ale robią dobre miny. Hie­rar­cha wdział szaty ce­re­mo­nial­ne. Guzik mu z tego przyj­dzie. Oli­gar­cha dla od­mia­ny wło­żył strój ple­bej­ski. Dżin­sy, spor­to­wa ma­ry­na­recz­ka. Cwa­nia­czek, gra rów­nia­chę. Na tego parol za­giął oj­ciec Marii, zde­kla­ro­wa­ny węd­karz i wod­niak. Teraz turla się ku swoim bok­som, dziw­nie przy­po­mi­na­ją­cym sta­no­wi­ska wstęp­nej ob­rób­ki su­row­ca w za­kła­dach mię­snych,  jakaś po­śled­nia grup­ka drob­nych mal­wer­san­tów. Ci z kolei od­pi­co­wa­li się jak stró­że w Boże Ciało. Że niby tak nas, wy­bor­ców sza­nu­ją. Wcze­śniej trze­ba było sza­no­wać, co z tego, że teraz każdy z was bę­dzie mieć przy­dzia­ło­we pięć minut na prze­pro­sze­nie ro­da­ków. To może nie wy­star­czyć.

Idą ko­lej­ni, a każdy trzy­ma okrą­głą ta­blicz­kę z oso­bi­stym nu­me­rem, ni­czym kan­dy­dat­ki w kon­kur­sie pięk­no­ści. Cięż­ka idiot­ka od karpi, świ­nek i kur­czacz­ków wy­glą­da dziś na taką, dla któ­rej wszyst­ko jest OK, skąd więc w ogóle aku­rat o nią cały ten zgiełk? Matka jest na nią szcze­gól­nie cięta, bo nie dość, że blon­dyn­ka durna, to ładna. Lecz to nie umniej­sza faktu, że chce wszyst­kim na siłę utrud­niać i tak nie­lek­kie życie. Wi­gi­lia bez kar­pia? Nie­dzie­la bez scha­bo­we­go, albo kur­cza­ka w fast-fo­odzie? Że też takie po­krzy­wio­ne dzie­wu­chy świę­ta pol­ska zie­mia nosi!

Hi­per­na­cjo­na­li­sta pewny swego. O, nawet V po­ka­zał! Tłu­ma­czył się w pra­sie, że on tylko gło­śno mówił, co więk­szość i tak po cichu myśli. Oj, mo­żesz ty się jesz­cze ma­ni­pu­la­tor­ku prze­je­chać. Rok temu le­d­wieś się wy­mi­gał, mało ci jesz­cze?

Jak wszy­scy, to wszy­scy: jest i pre­mier. Już trzy mie­sią­ce temu od­wo­łał re­duk­cję eme­ry­tur, gdy tylko spraw­dził son­da­że, mą­dra­la. Spró­bo­wałby nie! Mu­siał za­miast tego ciąć wy­dat­ki na ad­mi­ni­stra­cję, ale widać za późno. Za to lider par­tii opo­zy­cyj­nej, ten stu­kacz, znów ci­chut­ki, sza­reń­ki, udaje, że w ogóle go na sce­nie nie ma. Nie­do­cze­ka­nie! Przez kilka lat to mu wy­star­cza­ło, za pew­nie się po­czuł, wpadł w ru­ty­nę chy­tru­sek. Po­ło­wa Ma­ry­si­nej klasy się na niego szy­ku­je. Z wy­pie­ka­mi na uszach. Do pię­ciu razy sztu­ka! Ma­ry­sia, choć w tym roku miała de­cy­do­wać po raz pierw­szy, też już wie­dzia­ła, na kogo odda swój głos.

Wła­śnie lecą ostat­nie re­kla­my i wy­cho­dzi na scenę pro­wa­dzą­cy. Echo nie­sie przez wi­dow­nię na Sta­dio­nie Na­ro­do­wym jego pierw­szy rzu­co­ny w locie dow­cip, tra­dy­cyj­ny su­char, że do sko­rup­ki sko­rup­ka, a zbie­rze się kupka. Ro­dzi­ce Marii też par­ska­ją lekko za­że­no­wa­nym śmie­chem. Wi­dow­nia wsta­je, boć to prze­cież teraz hymn! Na ekra­nie od­bior­ni­ka i te­le­bi­mów nad Sta­dio­nem Na­ro­do­wym – dumny Orzeł i Dwu­ko­lo­ro­wa, przed ekra­nem ro­dzi­ce też na bacz­ność. „Co nam obca prze­moc wzię­ę­ę­ła­aaa, sza­blą od­bie­rze­eeemy­yy!” – pły­nie przez całe Ma­ry­si­ne osie­dle. Świę­te słowa, nawet jeśli za­miast sza­bli dziś mamy naj­lep­sze na świe­cie in­sty­tu­ty mi­kro­bio­lo­gicz­ne. Na wszyst­ko może za­brak­nąć w Pol­sce kasy, ale nie na to! Choć prze­cież są tylko na­rzę­dziem w rę­kach wol­ne­go na­ro­du. Bo to myśmy gwa­ran­tem. My opoką. I osta­tecz­nym sądem. Od ma­leń­ko­ści tego w pol­skich szko­łach uczą. Nie tylko już zresz­tą, w pol­skich. Maria za­sta­no­wi­ła się nagle, czy to, co teraz od­czu­wa, to… duma? Dziw­ne, ale chyba tak.

Lecz show must go on! Naj­pierw lista pół­fi­na­ło­wej dwu­dziest­ki, wy­ło­nio­nej w eli­mi­na­cjach, w tym roku  przez z górą 28 mi­lio­nów wy­bor­ców. – Tym razem szcze­gól­na atrak­cja – cią­gnie pro­wa­dzą­cy, nie­kwe­stio­no­wa­na gwiaz­da nie tylko kra­jo­wych ekra­nów i scen – bo na li­ście mie­li­śmy do­dat­ko­we­go kan­dy­da­ta, ob­co­kra­jow­ca. Maria wie­dzia­ła, że za chwi­lę kon­fe­ran­sjer pal­nie zda­nie – że­la­zny punkt pro­gra­mu. A jakże, jest i ono: – Nie bez po­wo­du już kil­ka­na­ście de­mo­kra­tycz­nych kra­jów wzię­ło od nas gra­tis co­py­ri­ght na swoje wła­sne sądy sko­rup­ko­we.

Ow­szem, wzię­li. Oczy­wi­ście jako pierw­si – Grecy i Włosi. No­bles­se ob­li­ge! Ame­ry­ka­nie od przy­szłe­go roku też na po­waż­nie się szy­ku­ją, za­an­ga­żo­wa­li już spe­ców z Hol­ly­wo­od, choć po­dob­no wście­kli do bia­ło­ści, że to nie oni wy­my­śli­li i że nie mogą teraz sprze­da­wać chęt­nym for­ma­tów, bo te sobie Pol­ska gdzie się da za­strze­gła. Ame­ry­kań­skie show także ma być nada­wa­ne na cały świat, tyle że w lipcu. Pewnie nasze spad­nie wtedy do roli lo­kal­nej atrak­cji.

– Swoją drogą, dupek Weiss miał szczę­ście, że nie do­cze­kał. Po­dob­no się nie­chcą­cy uto­pił. Pięk­na śmierć – mówi nagle oj­ciec Ma­ry­si. – Wie­cie, że trzy­stu­ki­lo­wy za­cię­ty na wędkę tuń­czyk go przy wy­spie Krk wcią­gnął w głę­bię? Linka oplo­tła się wokół nogi i fru­uuu za burtę. Zanim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, było po chło­pie.

– I Bóg z nim – ucina matka, a Ma­ry­si robi się nagle jakby przy­kro. Kilka lat temu też miał się po­ja­wić jakiś ob­co­kra­jo­wiec, i także nie wziął udzia­łu w fi­na­le. Zmar­ło mu się bie­da­ko­wi na serce dwa ty­go­dnie przed Galą. Jak by sama Opatrz­ność pil­no­wa­ła, by to świę­to po­zo­sta­wa­ło czy­ste, nie­ska­la­ne, nasze, prze­pol­skie.

 

Gra­phe pa­ra­no­mon

Ale, wszel­kie smut­ki precz! Teraz bo­wiem na sce­nie od­czy­ty­wa­ne jest uza­sad­nie­nie Ko­le­gium Elek­to­rów. Jasno, lo­gicz­nie, bez­na­mięt­nie. Czyje grze­chy uważa w tym roku za nie­ko­niecz­nie głów­ne. Kto mimo wszyst­ko mniej ob­ra­ził swą hucpą naród, zatem – komu Kon­kla­we jed­nak da­ro­wa­ło i dla­cze­go. Cie­ka­we, że przy tym punk­cie pro­gra­mu za­wsze sły­chać na wi­dow­ni naj­gło­śniej­sze gwiz­dy. Tyle że lu­dzie gwiż­dżą nie dla­te­go, że ktoś tra­fił do fi­na­łu, ale dla­te­go, że we­dług nich – kon­kret­ne­mu łaj­da­ko­wi tym razem w Ko­le­gium nie­po­trzeb­nie od­pusz­czo­no. Ale po to wła­śnie ono jest – na wszel­ki wy­pa­dek, jako do­dat­ko­wy bez­piecz­nik: by wy­klu­czyć mniej win­nych. Oraz wy­eli­mi­no­wać z dal­szych roz­gry­wek tych, na któ­rych pro­ku­ra­to­rzy mają już kom­plet nie­pod­wa­żal­nych kwi­tów, wy­star­cza­ją­cych do ry­chłe­go pra­wo­moc­ne­go ska­za­nia, i wkrót­ce uru­cho­mią ofi­cjal­ne pro­ce­du­ry. Naj­bar­dziej win­ne­go, a przy tym do­tych­czas bez­kar­ne­go, w fi­na­le wska­że prze­cież i tak cały naród. Jed­nak i ro­dzi­ce, i Ma­ry­sie do­sko­na­le pa­mię­ta­ją, że Elek­to­rzy od­pusz­cza­ją tylko raz. Jeśli za rok uwol­nio­ny przez nich obec­nie klient po­ja­wi się na li­ście dwu­dzie­stu po­now­nie – nie bę­dzie zmi­łuj! Do fi­na­łu marsz! Wprost na Na­ro­do­wy!

– O, już wra­ca­ją za ku­li­sy uła­ska­wie­ni, jesz­cze chwi­la re­klam i naj­waż­niej­szy punkt pro­gra­mu – myśli sobie le­ni­wie dziew­czy­na po­gry­za­jąc chip­sy, bo na razie wszyst­ko jawi się jej nieco tylko po­waż­niej niż li­ce­al­ne po­ga­du­chy, po­prze­dza­ją­ce tra­dy­cyj­ne za­kła­dy o skrzyn­kę piwa. Pew­nie dla­te­go od kilku lat coraz gło­śniej mówi się o po­sze­rze­niu grona zwy­cięz­ców do trój­ki rocz­nie. A nawet o urzą­dza­niu Gali co kwar­tał. Kraj się roz­wi­ja, po­ku­sy rosną, a naród bądź co bądź ma swoje po­trze­by!

Teraz krót­ka prze­rwa na lo­so­wa­nie na­gród dla uczest­ni­ków fi­nal­ne­go gło­so­wa­nia, już za­re­je­stro­wa­nych na do­mo­wych ter­mi­na­lach. W tym roku, na bio­rą­cych udział w ty­po­wa­niu oby­wa­te­li – do wy­gra­nia jest pięć  domów jed­no­ro­dzin­nych ufun­do­wa­nych przez re­kla­mo­daw­ców, dwa­dzie­ścia pięć nie­złych sa­mo­cho­dów, tyle samo do­ży­wot­nich rent pie­nięż­nych. Dwa lata temu sa­mo­chód wy­lo­so­wał oj­ciec szkol­nej przy­ja­ciół­ki, Maria wie­dzia­ła więc, że to nie żaden pic. Po­dob­nie jak kara za nie­uspra­wie­dli­wio­ny brak udzia­łu w gło­so­wa­niu: rok co­dzien­nych prac spo­łecz­nych. Z za­mia­ną, w razie ich ola­nia, na grzyw­nę lub trzy mie­sią­ce bez­względ­ne­go aresz­tu. Niby nie­wie­le, ale komu by się chcia­ło ry­zy­ko­wać? Brat matki, wuj Al­bert raz z pełną pre­me­dy­ta­cją zlek­ce­wa­żył finał i potem przez dwa­na­ście mie­się­cy wy­no­sił ba­se­ny w re­jo­no­wym ho­spi­cjum. Bar­dzo słusz­nie! Nie ma to tamto! Każdy by chciał ko­rzy­stać z uro­ków de­mo­kra­cji, ale już wy­peł­niać pły­ną­ce z niej obo­wiąz­ki – nie­ko­niecz­nie. Choć tak się prze­cież nie da – uczo­no Marię w li­ceum.

 

Ek­kle­sia

Wresz­cie, wresz­cie jest! Jej pierw­szy w życiu w pełni świa­do­my Finał! Zo­sta­ła już przed wi­dza­mi tylko dzie­siąt­ka wro­gów pol­skiej, naj­lep­szej na świe­cie de­mo­kra­cji. Naj­pierw po pięć minut na tłu­ma­cze­nie się kan­dy­da­tów. Ko­lej­no wy­cho­dzą ze swych sta­no­wisk i pod­cho­dzą ku mi­kro­fo­no­wi na środ­ku es­tra­dy. Ten kaja się, że miał małe chore dziec­ko i po­trze­bo­wał na le­cze­nie. Jakby nie wie­dział, dureń, że na pasku leci od razu info z we­ry­fi­ka­cją: „Syn pana No­wa­ka ma już 36 lat i jest ab­so­lut­nie zdro­wy”. Czyli nie dość, że bez­kar­ny kom­bi­na­tor, to jesz­cze pry­mi­tyw­nie skła­mał na­ro­do­wi. Ale czego spo­dzie­wać się od sko­rum­po­wa­ne­go wójta za­bi­tej de­cha­mi wio­chy pod Dro­ho­by­czem, któ­rej je­dy­nym bo­gac­twem są no­wo­od­kry­te na jej te­re­nie złoża gazu ziem­ne­go? Na­gro­dę Dar­wi­na w bo­nu­sie dla ta­kie­go! Oli­gar­cha za­kli­na się, że te swoje ma­lut­kie i do­praw­dy nie­istot­ne je­zior­ka już i tak do­bro­wol­nie oddał na Skarb Pań­stwa (– Ja ci dam ła­zę­go ma­lut­kie, grube ty­sią­ce hek­ta­rów wody, i to ja­kiej! Perły Mazur. Za późno – szep­cze oj­ciec z dziką sa­tys­fak­cją). Lider opo­zy­cji sta­nął w tym swoim sza­reń­kim byle czym, ukrył twarz w dło­niach,  bo­kiem do ka­me­ry usta­wił ta­blicz­kę z nu­me­rem do gło­so­wa­nia i całym cia­łem udaje skru­chę. Fak­tycz­nie, jak prze­wi­dy­wa­ły ta­blo­idy, słowa nie mówi, gałka­mi prze­wra­ca, że niby tak mu żal i wstyd, aby tylko prze­cze­kać, w oczy się nie rzu­cić, gniew ludu pu­ścić mimo. Widać i do niego coś wresz­cie do­tar­ło! Nic z tego, cwa­niacz­ku: na pasku już lecą co sma­ko­wit­sze frag­men­ty z do­no­sów. Z wielu, wielu lat. Że niby Pol­ska łamie de­mo­kra­cję i prawa czło­wie­ka. Że jest agre­syw­nym mię­dzy­na­ro­do­wym szan­ta­ży­stą, pań­stwem wręcz roz­bój­ni­czym. I to czym łamie, wy­my­ślił sobie! Su­per­de­mo­kra­tycz­nym sądem sko­rup­ko­wym, rodem z sa­mych fun­da­men­tów eu­ro­pej­skiej cy­wi­li­za­cji! Ha, ha, ha! A przy oka­zji śmiga po ekra­no­wej linii w tę i nazad oso­bi­sty nu­me­rek de­li­kwen­ta: ósem­ka. Było tyle nie ka­blo­wać, tar­go­wic­ki łachu!

Pre­mier? Jak to pre­mier: dło­nie ku niebu, wzrok udu­cho­wio­ny w górę, mina cięż­ko nie­uświa­do­mio­ne­go se­mi­na­rzy­sty, coś tam truje o po­mył­ce w se­kre­ta­ria­cie i tra­dy­cyj­nie uci­śnio­ną nie­win­ność od­sta­wia. Pies cię trą­cał, w przy­szłym roku pew­nie też czymś pod­pad­niesz, a wtedy… Ak­tor­ka za to w przy­dzie­lo­nym jej cza­sie po­szła po rozum do głowy, zro­bi­ła istną woltę i zdą­ży­ła z uczu­ciem od­śpie­wać Rotę. No nie, spo­koj­nie, nie całą, tylko trzy pierw­sze zwrot­ki. Pu­blicz­ność oczy­wi­ście wzru­szo­na, wsta­ła i się przy­łą­czy­ła, a po czymś takim, rzecz jasna, chyba da­ro­wa­ła. Co to zna­czy – po­tę­ga sztu­ki!

Ale naj­lep­sza była na­wie­dzo­na eko­loż­ka. Za­czę­ła coś ga­wo­rzyć od rze­czy o ko­cha­nych bied­nych ry­beń­kach, niu, niu, niu, tych na­szych nie­do­szłych płe­twia­stych bra­ciach w ro­zu­mie, nie­ludz­ko zja­da­nych co roku i mę­czo­nych przed ich nie­eu­ro­pej­ską pol­ską he­ka­tom­bą naj­pierw w wan­nach, a potem na roz­grza­nych pa­tel­niach. Matka z miej­sca tak ser­decz­nie do łez się uśmia­ła, że trze­ba było na chwi­lę wyjść z po­ko­ju po jed­no­ra­zo­we chu­s­tecz­ki. W końcu wy­sa­pa­ła się jakoś i po­wie­dzia­ła tylko:

– Ka­ba­ret! Toż ona sama, ry­beń­ka, ewi­dent­nie na głowę chora, więc za co ją tu ostra­cy­zmo­wać? Karę boską już prze­cież do­sta­ła: ro­zu­mu toto nie ma nic a nic, kar­pik nasz płe­twia­sty!

A Ma­ry­sia po­my­śla­ła w tym cza­sie cy­nicz­nie: „Ech, sej­mo­wa cwa­nia­ra. Kuta na czte­ry nogi. Nie ma to, kiedy pali się pod dupą, jak rżnąć głupa!”. Ale wresz­cie i ko­niec pu­blicz­ne­go ka­ja­nia się, nawet sprze­daj­ny sę­dzia do­stał swoją szan­sę i pró­bo­wał coś tam per­swa­do­wać, tyle że ofer­ma – mam­ro­tał ję­zy­kiem praw­ni­czym, więc nikt go nie słu­chał. Też nie­zły spo­sób – za­nu­dzić wi­dow­nię.

Znów re­kla­my i wresz­cie nad­cho­dzi kul­mi­na­cja, gwóźdź pro­gra­mu, crème de la crème! Pu­bli­ka na sta­dio­nie zgod­nym ry­kiem, pod bi­ją­cy na ekra­nie wiel­ki zegar, od­li­cza ostat­nią mi­nu­tę, od sześć­dzie­się­ciu do jed­ne­go, w tym cza­sie zaś cała Pol­ska – jak długa i sze­ro­ka, kto jesz­cze nie zdą­żył, ko­lej­no przy­kła­da dło­nie do czyt­ni­ków do­mo­wych ter­mi­na­li oby­wa­tel­skich i na­ci­ska wy­bra­ne nu­me­ry kan­dy­da­tów. Czasu aż nadto.  

W tym roku Maria jako de­biu­tant­ka ma pierw­szeń­stwo. Po niej wy­bie­ra matka, a ostat­ni – oj­ciec. Chwi­lę się waha, ale nie – już wy­ty­po­wał. TRZY, DWA, JE­EDEN! – i… JE­EEEEST!!! – na całym osie­dlu i za­pew­ne w całym kraju w tej samej chwi­li szał eks­plo­du­ją­cy ni­czym pod­czas zwy­cię­skich me­czów re­pre­zen­ta­cji.

Kil­ko­ro z dzie­wiąt­ki od­rzu­co­nych tym razem fi­na­li­stów siada na sce­nie, gdzie kto w swoim bok­sie stał. Eko­loż­ka łka z ulgą, me­tro­po­li­ta – co za bła­zen! – bło­go­sła­wi wi­dow­nię, jakby nie wie­dział, że jego grze­chy nie ule­gną przedaw­nie­niu i jeśli na­tych­miast nie za­szy­je się w naj­su­row­szym za­ko­nie, de­fi­ni­tyw­nie nie znik­nie lu­dziom z oczu, to za rok – dwa… Ak­tor­ka ko­rzy­sta z oka­zji na dar­mo­wy lans i już zza ba­rier­ki wdzięcz­nie po­zu­je fo­to­re­por­te­rom; sę­dzia nic nie mówi, tylko stoi jak słup soli: pew­nie nie przy­pusz­czał, że mu się upie­cze, bo nagle, no tak, ewi­dent­nie po­si­wiał. Tego chyba de­fi­ni­tyw­nie mamy z głowy, ani chybi renta, albo przej­ście do no­ta­ria­tu. Drob­ni ła­pów­ka­rze roz­su­wa­ją jak na komendę węzły od­święt­nych kra­wa­tów. Oli­gar­cha za­du­ma­ny, po cichu coś na smart­fo­nie prze­li­cza. Za­pew­ne za­sta­na­wia się ła­chu­dra, czy aby nie prze­pła­cił, w końcu po co mu ma­ją­tek na Ma­zu­rach bez ta­kich, kurwa, za­je­bi­stych je­zior.

 

Ka­lo­ka­ga­thia

Na ekra­nie Ma­ry­sia znów widzi listę fi­na­li­stów, przy któ­rych na­zwi­skach pię­trzą się licz­by. Zwy­cięz­ca tym razem bez­a­pe­la­cyj­ny, bo raz czy dwa zda­rzy­ło się, że ko­lej­ni na li­ście od­sta­wa­li rap­tem o kilka ty­się­cy gło­sów. Lecz nie dziś. Wy­grał! Wy­grał o rząd wiel­ko­ści z oli­gar­chą i trze­cim w ko­lej­no­ści pre­mie­rem! Resz­ta da­le­ko z tylu, głosy na nich od­da­ne dość mocno się tym razem roz­pro­szy­ły.

W tym wła­śnie mo­men­cie Maria po­czu­ła się nagle star­sza o dobre kil­ka­na­ście lat. Więc to tak wy­glą­da doj­rza­łość. To wła­śnie na­zy­wa­ją oby­wa­tel­ską po­win­no­ścią. Zwy­cię­żył kan­dy­dat, któ­re­go i ona wska­za­ła. Kilka sło­nych kro­pe­lek spad­nie tym razem i na jej su­mie­nie. Przy­gry­zła wargi. Do bólu. Poza gra­ni­ce bólu. Stąd ten smak w ustach? Tak sma­ku­je od tej chwi­li do­ro­słość i jej Pol­ska? Jak kilka sło­nych że­la­zi­stych kro­pel? Oj­ciec przyj­rzał się jej i bez słowa po­drep­tał do kuch­ni. Wró­cił ze szklan­ką na­peł­nio­ną w dwóch trze­cich.

– Wypij có­recz­ko. Dziś twoja praw­dzi­wa ma­tu­ra. Trze­ba.

Przy­ję­ła z wdzięcz­no­ścią szklan­kę z ukra­iń­ską zbo­żo­wą ho­rył­ką i ni­czym wodę wlała w sie­bie pa­lą­cą za­war­tość. Ulży­ło, ale nie do końca i w tej wła­śnie chwi­li w pełni i do głębi zro­zu­mia­ła nie­szczę­sną Ga­wrac­ką.

Tym­cza­sem sły­chać już tra­dy­cyj­ne ryt­micz­ne, na­ra­sta­ją­ce skan­do­wa­nie pu­blicz­no­ści, co roku w tym mo­men­cie show iden­tycz­ne, dud­nią­ce ni­czym in­kan­ta­cje pra­daw­nych ka­pła­nów nie­gdyś kwit­ną­cych, dziś zaś dawno umar­łych cy­wi­li­za­cji, po­prze­dza­ją­ce zło­że­nie ofia­ry krwa­wym bó­stwom. Albo, w naj­lep­szym przy­pad­ku, jak bi­tew­ne za­wo­ła­nia wojów Chro­bre­go, Ja­gieł­ły, So­bie­skie­go a może i sa­me­go Ko­men­dan­ta. Zna­czy – Ziuka. Dziad­ka. Ktoś tę frazę wy­brał na samym po­cząt­ku i tak już zo­sta­ła, sku­tecz­nie po­łą­czy­ła dla wszyst­kich prze­szłość z przy­szło­ścią, tra­dy­cję z no­wo­cze­sno­ścią. Nie­śmier­tel­ny mic­kie­wi­czow­ski frag­ment z „Dzia­dów”: „Zemsta, zemsta na wroga. Z Bo­giem, a choć­by i mimo Boga!”.

Na ja­kie­go wroga? Wia­do­mo ja­kie­go, oto on, stoi w świe­tle ju­pi­te­rów, już wy­bra­ny.

Sta­dion aż się trzę­sie w po­sa­dach, wszyst­kie na­gro­ma­dzo­ne w ciągu roku zbio­ro­we na­pię­cia, małe i duże oso­bi­ste fru­stra­cje, eg­zy­sten­cjal­ny chro­nicz­ny ból na co dzień lek­ce­wa­żo­nych i dep­ta­nych ma­lucz­kich, ich tro­ski, nie­po­wo­dze­nia, roz­cza­ro­wa­nia, za­wie­dzio­ne na­dzie­je, nie­speł­nio­ne plany,  płyną teraz w całym kraju po­tęż­nie­ją­cą rzeką z sa­me­go dna pol­skich jaźni, uwal­nia­ją się w jed­nej chwi­li w po­wszech­nym kul­mi­na­cyj­nym pa­rok­sy­zmie, speł­nie­niu, gwał­tow­nym ni­czym elek­trycz­ne wy­ła­do­wa­nie!

 

No­mo­phy­la­kes II

Maria spo­strze­ga ze zgro­zą, że i jej ro­dzi­ce lekko się ko­ły­szą i po­ru­sza­ją niemo usta­mi, a tym­cza­sem ku trzy­ma­ne­mu krzep­ko pod ra­mio­na li­de­ro­wi opo­zy­cji, przez nie wia­do­mo skąd wy­ro­słych na sce­nie za­ma­sko­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy NUOD, już kocim kro­kiem pod­szedł – także jak za­wsze cały na czar­no i w masce eta­to­wy nasz gwa­rant pol­skiej wol­no­ści, sam Obroń­ca De­mo­kra­cji. Wszy­scy wi­dzo­wie – i ci na sta­dio­nie, i ci przed te­le­wi­zo­ra­mi oczy­wi­ście od dawna chcie­li­by wie­dzieć, kim on jest, ale ni­ko­mu do­tych­czas nie udało się tego od­gad­nąć. Za­kon­spi­ro­wa­ny i chro­nio­ny wręcz do­sko­na­le, bo zgod­nie z pra­wem uosa­bia­ją­cy całą na­ro­do­wą wolną wolę wspól­no­ty. Sta­nął przed wy­bra­nym. Wej­rzał mu głę­bo­ko w źre­ni­ce tym swoim brą­zo­wo­okim prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Jako ostat­nia in­stan­cja, w razie ja­kich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści nawet jed­nak i on mógł od­pu­ścić, da­ro­wać, choć do dziś nic ta­kie­go się w fi­na­le nie zda­rzy­ło.

O taaak, tu już nie ma sil­nych, wszy­scy w ta­kiej chwi­li mięk­ną, z te­go­rocz­ne­go wroga de­mo­kra­cji też pew­nie już coś no­gaw­ką ciek­nie, ale ka­me­rzy­ści ćwi­cze­ni, na pewno tego w zbli­że­niu nie po­ka­żą. Trze­ba być w końcu hu­ma­ni­tar­nym.  Obroń­ca De­mo­kra­cji jest hu­ma­ni­tar­ny. Wrę­cza­nie przez niego głów­nej na­gro­dy po­trwa więc góra kilka se­kund. O ile w ogóle dzie­się­cio­ca­lo­wy, na­ostrzo­ny jak brzy­twa szty­let w lewej ko­mo­rze serca, ry­tu­al­ny na­ro­do­wy ar­te­fakt z dra­pież­nym orłem wy­gra­we­ro­wa­nym u na­sa­dy głow­ni, w poprzednim swym wcieleniu, przed przekuciem, oręż któregoś z powstańczych sztyletników Traugutta, można na­zwać na­gro­dą.

W ręku Obroń­cy coś bły­snę­ło i na pier­si zwiot­cza­łe­go nagle zwy­cięz­cy po­ja­wi­ła się wy­pik­se­lo­wa­na czer­wo­na­wa plam­ka. Szyb­ko rosła, zmie­nia­jąc się za spra­wą kom­pu­te­ro­wej ani­ma­cji w ogar­nia­ją­cą cały ekran Ma­ry­si­ne­go te­le­wi­zo­ra biel i czer­wień. A na nich szary napis koń­co­wy, do­bit­ny i nie­odwo­łal­ny, ni­czym wciąż sły­sza­ne zza kadru, przy­tłu­mio­ne już, uro­czy­ste za­wo­dze­nie za­spo­ko­jo­ne­go wresz­cie tłumu. Słowo za sło­wem, które Maria za­pa­mię­ta od tej pory na za­wsze, które wy­krzy­czy nie raz przez sen, które po­kie­ru­ją całym jej dal­szym do­ro­słym ży­ciem, ni­czym naj­do­sko­nal­sza mapa i dro­go­wskaz:

„W trzy­dzie­stym pierw­szym.

Akcie.

Obro­ny.

De­mo­kra­cji.

NARÓD POL­SKI

ZDE­CY­DO­WAŁ!”

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało. Po pierwsze, światotwórczo ironiczne i zabawne, a zarazem – sensownie odnoszące się do oryginalnej ateńskiej praktyki. Po drugie, konstrukcyjnie IMHO bardzo dobre, z rosnącym napięciem, z powolutku, krok po kroku, pojawiającym się u czytelnika podejrzeniem, że gdzieś tam za humorem i pokpiwaniem czai się całkiem poważna – no, groza, jak dla mnie, zarówno w kontekście tego, co się dzieje, jak i tego, co to z Polakami porobiło (rewelacyjnie dobrany ten konkretny kawałek z Mickiewicza, zważywszy na jego rolę w “Dziadach!). Było w latach ‘90 w NF takie opowiadanko Iba Melchiora “Zwycięzca, a zarazem…” – Twoje ma gdzieś echo podobnej idei, ale na dwustuprocentowo mocniejszym doładowaniu. Wielce pod wrażeniem jestem.

Ależ mi się ta wzja alternatywnej IV RP nie podoba…

I nawet nie ten ostracyzm, ale to szantażowanie świata. Mam “kuku-robca” i co mi zrobicie? Jak Rosja strasząca atomem, brrr…

Fałszywe poczucie wyższości maskowane paskudnymi kompleksami. Tacy jesteśmy? Jesli tak, to fatalnie.

A że napisane sprawnie niezwykle, to mimo całego nieprawdopdobieństwa tej sytuacji (wiem, wiem, satyry czy groteski nie muszą być prawdopodobne) prawie w tę wizję uwierzyłem.

Rzeczywiście jesteśmy tacy paskudni?

 

A z uwag:

– “wprost z Alej Ujazdowskich” – a nie Alei?;

– “Lecz to nie umniejsza faktu” – zdaje mi się, że faktów nie mozna umniejszać; można ich wpływ, znaczenie, ale samych faktów – nie!;

– “Jak by sama Opatrzność” – jakby.

 

Technicznie majstersztyk, acz czytało mi się jak paskudny horror…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, mamy swoje lata, a w naszym wieku nie żyje się już złudzeniami;). Gdzie nasze elity? Gdzie imponderabilia? Gdzie nieprzekraczalne bariery w traktowaniu siebie i Pani P? Jesteśmy krajem i społecznością sprzyjającą? Patrząc na to, jak traktujemy siebie samych i otrzymane dziedzictwo – śmiem wątpić! Dzięki za uwagi. Paskudni? Ostrzegałem, że będzie bez taryfy ulgowej i brutalnie szczerze ;)Pozdrawia

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Jup, dobrze napisane. Znaczy wizja paskudna, ale pięknie wykorzystane elementy ateńskiej demokracji. Konstrukcyjnie fajne i co dla mnie najważniejsze, nie ma nawigatorskiej narracji. Za pojawienie się kobiety, choć to tylko niewinne dziewczę, ktore traci cnotę po raz pierwszy też plus.

Z tą ateńską demokracja, ucieszyłam się, że ninedin już przeczytała i dała swój stempel, ponieważ za mało znam grecki kontekst, tylko wyimki.

 

Jedyny dla mnie minus to polskie krajobrazy, próbowałam od nich abstrahować. Niby trudne, ale w gruncie rzeczy łatwe, wystarczy sobie podstawić inne figury, lęki, fobie i zadufania.

Też o klik się zwrócę!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ze szkółki pamiętam tyle, że sądy skorupkowe kończyły się wygnaniem delikwenta. I przyznam, że czytałam coraz bardziej rozdrażniona, zastanawiając się o co tyle hałasu, efektowne może tak, efetktywne już nie. Brew mi się tylko lekko uniosła, kiedy pisałeś o wirusie, bo nadal nie składało mi się to w całość. I właściwie do końca udało Ci się utrzymać mnie w tym stanie poirytowania, a potem było wielkie bum. I, fakt, zrobiło wrażenie. ;)

No, faktycznie złudzeń co do Polaków nie masz, ale z drugiej strony myślę, że to działałoby podobnie w każdym kraju. To nie tylko Polacy są wredni, a właściwie nawet nie tyle wredni, co bezmyślni, ale ludzie jako gatunek. Zresztą sa o tym wiesz, skoro kazałeś innym krajom u nas licencję kupować. ;)

Wirusik i konsekwencje, ech te nasze marzenia o wielkości. Ale w gruncie rzeczy też nie tylko nasze, bo przecież tę rolę przez lata spełniała broń atomowa i w sumie nadal spełnia (Korea Północna).

Fajnie napisane, choć początek trochę mi się dłużył.

Ode mnie też kliczek. :)

Językowo, technie, warsztatowo, mimo iż już poprzednio było świetnie, to odnoszę wrażenie, że z każdym tekstem jest jeszcze lepiej. To znaczy bardzo dobrze mi się czytało :)

Odnośnie treści, niestety, średnio się znam na ateńskich wzorcach :(, tak czy inaczej, i to opowiadane bardzo mi się podobało, mimo swojego – przynajmniej w moim odczuciu – gorzko-ironiczno-smutnego -wydźwięku. Ode mnie kolejny kliczek :)

Offtop trochę będzie

 

Sąd skorupkowy w swojej ateńskiej formie (bo wyglądałoby na to, że bywały i inne, w innych miastach i o mniejszym znaczeniu) w ogóle wydaje mi się superwdzięcznym (wybaczcie) zabiegiem do wykorzystania w fantastyce. No bo tak:

 

– może dotyczyć każdego obywatela;

– nie oznacza uznania winy, a jedynie założenie, że człowiek może potencjalnie być groźny KONKRETNIE I TYLKO DLA USTROJU, nie dla innego elementu państwowości/ życia społecznego;

– nie niesie ze sobą atimii/infamii, znaczy wraca się po dziesięciu latach z czystą kartą i można wrócić do życia publicznego;

– nie oznacza konfiskaty majątku, czyli nie pozbawia człowieka pozycji (a związki gościnności w różnych miastach, kultywowane przez wielkie rody, oznaczały, że bez problemu miało się gdzie mieszkać i skąd czerpać wiedzę o tym, co się działo w Atenach)

– jednocześnie (jak na przykład pisze w najnowszej książce o ostracyzmie M. Węcowki) jego główną funkcją było nie tyle wypędzanie niebezpiecznych, co kontrolowanie wszystkich polityków; wisząca nad nimi wizja ostracyzmu miała powstrzymywać ich przed podejmowaniem szczególnie ryzykownych działań i zbyt wyraźnym graniem pod siebie, na osiąganie wysokiej indywidualnej pozycji.

 

Od dawna mi chodzi po głowie tekst w fantasylandzie, który by taki koncept i jego wykorzystanie w fikcyjnej polityce ogrywał :)

 

Nie napiszę, że było fajne. Najlepiej opisuje to opowiadanie słowo “niepokojące”. Tak właśnie odczytuję Twoją wizję współczesnej demokracji. Z jednej strony można to uznać za utopię, wreszcie zostaną osądzeni ci, którzy wydają się bezkarni w realnym świecie. Z drugiej strony, tłumem łatwo sterować, a najsprytniejsi i tak unikną odpowiedzialności.

Podobała mi się zwłaszcza druga część tekstu, nawiązania do wyborów i trzymanie czytelnika w napięciu. Zgłaszałabym do biblioteki, ale widzę, że się spóźniłam.

Dziękuję za lekturę i wszystkie uwagi. Oraz kliki. ANDO zawsze jeszcze pozostaje klik do tekstu miesiąca ;D

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Czytałem to, więcej zagłębiałem się w tekście niczym w oparach szaleństwa, albo w czymś tak bliskim, jakby było o wyciągniecie ręki, w skorupce równoległego wymiaru. 

;)

Podchwyciłam pomysł i zgłosiłam do Piórka.

:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rrybaku, z pewnością miałeś pomysł na paskudny tekst i przedstawiłeś go w sposób pozwalający Ci żywić nadzieję, że wzbudzi kontrowersje. Domyślam się, że dla wzmocnienia efektu uznałeś za celowe poprzedzić zamieszczenie opowiadania dość nachalną autoreklamą, co, jak przypuszczam, miało jeszcze bardziej podnieść temperaturę oczekiwania na premierę i podsycać w przyszłych czytelnikach nadzieję na rewelacyjny tekst. Zabieg jak żywo przypominający atmosferę przed opisanym w tekście Finałem.

Twoja akcja promocyjna nie wywarła na mnie oczekiwanego wrażenia. Raczej niesmak, odbierający chęć lektury. Nie znoszę, kiedy wmawia mi się, że za chwilę otrzymam coś szczególnego, podczas kiedy wolałabym to dostać i sama ocenić, czy mi się podoba. Ale co robić, dodałeś opowiadanie w dzień mojego dyżuru i nie miałam wyjścia. Przeczytałam i cóż, mogę tylko powiedzieć, że to nie jest miła historia i nie czytałam jej z przyjemnością. Może dlatego, że zdała mi się za długa i miejscami gęsta od zawartych informacji i opisów zdarzeń, a może dlatego, że nie wszystkie wątki przypadły mi do gustu, choć da się zauważyć, że każdy miał przeznaczone sobie miejsce, a całość jest skonstruowana logicznie.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Ucznio­wie klasy ma­tu­ral­nej sto­łecz­ne­go 46 LO… ―> Zdaje mi się, że licea są oznaczane liczbami rzymskimi? Czy aby nie powinno być: Ucznio­wie klasy ma­tu­ral­nej sto­łecz­ne­go XLVI LO

 

za­drże­li i sku­li­li się na swo­ich krze­słach, za pul­pi­ta­mi ławek. ―> Czy zaimek jest niezbędny?

 

– O, ty, ty tam w przed­ostat­niej ławce – sę­ka­ty palec na­uczy­ciel­ki bez­błęd­nie wy­ło­wił ofia­rę. ―> – O, ty, ty tam w przed­ostat­niej ławce.Sę­ka­ty palec na­uczy­ciel­ki bez­błęd­nie wy­ło­wił ofia­rę.

 

ode­śle upo­ko­rzo­ną uczen­ni­cę na miej­sce  Nie­unik­nio­na je­dyn­ka… ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

Stara bel­frzy­ca znana była od lat… ―> Literówka.

 

ćwierć wieku wcze­śniej, w 1995., jak po cichu szep­ta­no… ―> …ćwierć wieku wcze­śniej, w 1995, jak po cichu szep­ta­no

 

ale tylko na chwi­lę)… A w fi­na­le zda­nie się… ―> …ale tylko na chwi­lę) …a w fi­na­le zda­nie się

 

Chwi­lę jesz­cze wchła­nia­ła łap­czy­wie ko­lej­ne zda­nia od­po­wie­dzi, po czym zde­cy­do­wa­nie pod­nio­sła rękę, prze­ry­wa­jąc Wie­ru­szan­ce. – Dość, wy­star­czy, sia­daj. Bar­dzo do­brze – trzy z plu­sem. Niech ci bę­dzie – czte­ry z mi­nu­sem. Ale ta­tu­aż zmyj! I to już! Za drzwi mi na­tych­miast! Za pięć minut wra­casz z czy­stą twa­rzą! ―> Wypowiedź dialogową zaczynamy od nowego wiersza.

Unikaj w dialogach dodatkowych półpauz, albowiem sprawiają, ze zapis staje się mniej czytelny.

Proponuję:

Chwi­lę jesz­cze wchła­nia­ła łap­czy­wie ko­lej­ne zda­nia od­po­wie­dzi, po czym zde­cy­do­wa­nie pod­nio­sła rękę, prze­ry­wa­jąc Wie­ru­szan­ce.

– Dość, wy­star­czy, sia­daj. Bar­dzo do­brze, trzy z plu­sem. Niech ci bę­dzie, czte­ry z mi­nu­sem. Ale ta­tu­aż zmyj! I to już! Za drzwi mi na­tych­miast! Za pięć minut wra­casz z czy­stą twa­rzą!

 

Oraz mi­nia­tu­ro­wa mo­sięż­na kopia Ti­ran­nok­to­noi Od­czy­ty­wał wła­śnie… ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

… No tak. To było do prze­wi­dze­nia. ―> Czemu służy wielokropek na początku zdania?

 

Ale, ale…. ―> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Ech!, to już chyba nie na jego zdro­wie… ―> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Sam, w krót­ki­mi tete a tete z owym zbio­ro­wym su­mie­niem… ―> Sam, w krót­ki­mi tête-à-tête

z owym zbio­ro­wym su­mie­niem

 

– Taaak, mądra głowa to wszyst­ko ob­my­śli­ła! – dumał w tym samym cza­sie… ―> Półpauza nie rozpoczyna zapisu myśli.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

w razie pod­ję­cia ja­kich­kol­wiek agre­syw­nych mi­li­tar­nych dzia­łań wobec Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej i mo­je­mu na­ro­do­wi, zwią­za­nych z su­we­ren­ną de­mo­kra­tycz­ną de­cy­zją 30 mi­lio­nów wol­nych… ―> …w razie pod­ję­cia ja­kich­kol­wiek agre­syw­nych mi­li­tar­nych dzia­łań wobec Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej i mo­je­go na­ro­du, zwią­za­nego z su­we­ren­ną de­mo­kra­tycz­ną de­cy­zją trzydziestu mi­lio­nów wol­nych

 

wy­szedł z ga­bi­ne­tu przy Ale­jach Jana Chry­stia­na Szu­cha. ―> Aleja Jana Chrystiana Szucha jest jedna, więc: …wy­szedł z ga­bi­ne­tu przy Ale­i Jana Chry­stia­na Szu­cha.

 

Spró­bo­wał by nie! ―> Spró­bo­wałby nie!

 

Po­ło­wa ma­ry­si­nej klasy się na niego szy­ku­je. ―> Po­ło­wa Ma­ry­si­nej klasy się na niego szy­ku­je.

 

A jakże, jest i ono!: – Nie bez po­wo­du… ―> Albo: A jakże, jest i ono! – Nie bez po­wo­du… Albo: A jakże, jest i ono: – Nie bez po­wo­du

 

Pewne nasze spad­nie wtedy do roli lo­kal­nej atrak­cji. ―> Literówka.

 

kul­mi­na­cja, gwóźdź pro­gra­mu, creme de la creme! ―> …kul­mi­na­cja, gwóźdź pro­gra­mu, crème de la crème!

 

TRZY, DWA, JE­EDEN! –i… JE­EEEEST!!! ―> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję za uważną lekturę i za Twoje poprawki. Już ponanosiłem.

 

Pozdrawiam serdecznie

 

p.s.

To nie miała być w żadnym przypadku rewelacyjna czy miła historia. ;). Wręcz przeciwnie – zgodnie z moim głębokim zamysłem – miała być paskudna i niemiła dla potencjalnych PT Czytelników od samego początku do samego końca. Cieszę się, że taka Ci się jawi.

Ukłony.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rrybaku, nie powiedziałam, że opowiadanie miało być rewelacyjne, a tylko to, że po Twojej akcji reklamowej można było się spodziewać opowiadania rewelacyjnego pod każdym względem.

No i bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Akcja reklamowa z zasady ma dopieścić nabywcę/odbiorcę, nie zaś Go irytować:). Znasz moje teksty na tyle, by przynamniej przypuszczać , że zdawałem sobie z góry sprawę z tego, że to co robiłem przed publkacją opka było akcją antyreklamową . Świadomym irytowaniem wstępnym:). Pozdrawiam serdecznie:D

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rozumiem Twój zamiar, Rrybaku, ale nie pojmuję celu takiego działania. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, napiszę Ci to w styczniu, gdy już będę wiedział, że antyreklama tam gdzie chciałem, spełniła swoją założoną rolę ;D. Pozdrawiam cieplutko:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

OK. Styczeń za pasem, a ja jestem cierpliwa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam! 

Cóż, wygląda na to, że całe to reklamowe tokowanie było efektywne, choćby dlatego, że przeczytałem tekst (zważywszy moje ograniczone możliwości) praktycznie zaraz po publikacji :-) 

I nie żałuję, bo jest to tekst dobry, choć, jak to zwykle w przypadku intensywnych kampanii reklamowych bywa – niewiele mający wspólnego z obietnicami.

Pomysł jest niezły, klasycznie fantastyczny – takie wzięcie na warsztat historycznego zjawiska i podkręcenie go do ekstremum to jak rozdział pierwszy z podręcznika tworzenia ciekawych, fantastycznych rzeczywistości. Zwłaszcza tych, w których pierwsze skrzypce gra socjologia i polityka. Nie będę zachwycał się nowatorstwem pomysłu, bo od czasu lektury kingowskiego "wielkiego marszu" i "uciekiniera" niewiele z takich ponurych, zakładających dobrowolny (lub pod wpływem manipulacji – wsio rawno) udział większości społeczeństwa w nieludzkim procederze w imię jedynie słusznego systemu, robi na mnie szczególne wrażenie. "Ateńczycy" się w tym mieszczą – dobra robota, nieco bliższa sercu, bo realia znajome. I tyle. 

No właśnie – realia. Rozumiem, że w Twoim alternatywnym świecie do głównego "rozwarstwienia" doszło po osiemdziesiątym dziewiątym. Wcześniej, historia Polski i Polaków (zabory, wojny, okupacja, komunizm) toczyła się torem zbliżonym do naszego. Ba, myślę, że musiało tak być, bo inaczej nie byłby to tekst o Polsce i Polakach w naszym obecnym rozumieniu, co odbierałoby mu większość z siły wyrazu. Zatem, jeśli to ten sam naród, o podobnej mentalności, ukształtowanej przez historię i kulturę (a cytaty z wieszczy o tym świadczą) to dwie rzeczy wybitnie mi nie pasują:

1:

Krnąbrność Polaków to wielka siła. Nawet gdyby cały ten ostracyzm i związane z nim "wybory" były przewspaniałym show, to jeśli za odmowę wzięcia w nim udziału groziły tak dotkliwe kary, to opór społeczny bardzo szybko stałby się dużo większy i bardziej zorganizowany, niż moda na indywidualizm wśród młodzieży, albo koncerty podziemnych, anarchistycznych kapel. I okazałoby się, że demokracja demokracją, słuszność procederu słusznością, ale ludzi do "głosowania" trzeba byłoby zapędzać pałkami odpowiednich służb. 

2:

Superwirus. W kraju o rozpieprzonej gospodarce, rozkradzionym majątku, kulejącej ekonomii i warunkach politycznego burdelu (bo początek lat dziewięćdziesiątych u Ciebie nie różni się chyba zbytnio od prawdziwego) udało się uzyskać i utrzymać technologię i całe zaplecze, pozwalające na opracowanie hiperwirusa, o lata świetlne wyprzedzając wszystko, co osiągnęli inni? 

Cóż, pal to sześć, kładę to na karb elementu fantastycznego, załóżmy, że coś dało Polsce fory, jak taki meteoryt z vibranium w Wakandzie. Zastanawiają mnie tylko plany jego ewentualnego użycia "w razie przeważającej militarnie agresji". 

To nie jest wymachiwanie szabelką, to nie (mityczna zresztą) ułańska szarża na czołgi, to nawet nie wzajemne wygrażanie sobie nuklearnym arsenałem. To samobójcze, nieracjonalne szaleństwo, może bliższe Wschodowi, ale owadzio obce polskiej i europejskiej (może powinienem powiedzieć – zachodniej) mentalności. Czy polskie społeczeństwo poszłoby na coś takiego (bo nie wierzę, że w sytuacji kadencyjności władzy i siłą rzeczy, przy wielu osobach zaangażowanych – choćby informacją – dało się długo utrzymać w tajemnicy fakt, że Polska, jako jedyna, jest w stanie wykończyć ludzkość i nikt nie może jej przed tym powstrzymać)? Północnokoreańskie może. A i tak potrzebna jest jawnie zamordystyczna władza. 

Dlatego, mimo wzmianek o historii i odniesień do aktualnej sytuacji polityczno-społecznej, nie widzę tego, że jest to tekst o Polakach, czy Polsce nawet. To znaczy technicznie jest – o alternatywnej – ale jest to Polska tak od "naszej" odległa, jak Stany Zjednoczone z "Człowieka z wysokiego zamku" od prawdziwych. I gdyby zmienić nieco fatałaszki, "Ateńczycy" mogliby się dziać w alternatywnych Atenach, Stanach, Australii, Korei, Pasikozistanie, czy na Tatooine. Czuję dystans do tekstu, a co za tym idzie, nie ma on takiej siły wymowy, takiego ładunku emocjonalnego, jaki mógłby mieć gdyby był, na przykład, celną polityczno-społeczną groteską. Jest na to zbyt "odległy", a przede wszystkim zbyt delikatny, za mało obrazoburczy, za mało "wredny", mówi "Ekhm, Ekhm, przepraszam pana" zamiast przepychać się łokciami i deptać po odciskach. I nie wyobrażam sobie, by zgodnie z kampanią reklamową, ktoś miałby się tu o coś obrazić.

A jako polityczno-socjologiczna fantastyka jest po prostu okej. Fajny, pomysłowy, choć bez szaleństw – mimo, iż przez znakomitą większość tekstu wyjaśniasz zasady działania wymyslonego przez Ciebie systemu, i tak nie bardzo go kupuję. Powiem szczerze, że przez cały czas miałem nadzieję, iż to jednak nie śmierć będzie "nagrodą", a coś zdecydowanie bardziej pomysłowego. Bo poważni kanciarze, przestępcy, wszelkiej maści obskurwialcy – to rozumiem, oni z założenia liczą na to, że im się upiecze. Ale nie kapuję, jak ktoś chciałby ryzykować wprowadzanie niepopularnych reform, głoszenie kontrowersyjnych poglądów, walkę o cokolwiek, co nie wiązałoby się z zadowoleniem (przepraszam za wyrażenie) pospólstwa w sytuacji, gdy mogą go za to prawomocnie zaciukać? A podatność takiego systemu na manipulacje, i to na wielu szczeblach? A zamordystyczne systemy kontroli (klasyczne pytanie – kto kontroluje kontrolerów?) 

Jeszcze słowo o stylu. Wszystko napisane jest bardzo sprawnie i porządnie (pojedyncze literówki, czy podwójne spacje nie mają znaczenia przy długości tekstu), skomplikowane, złożone, a jednocześnie czytelne zdania zdradzają doświadczenie, sprawność pióra i umiejętność panowania nad stylem. Profesjonalnie po prostu :-) 

Uważam jednak, że tekst jest przegadany. Wciąż opowiadasz o świecie i w jaki sposób on działa – fakt, z różnych perspektyw i przy użyciu różnych bohaterów, to spory plus – ale to ciągle jest strasznie dużo niepotrzebnego (moim zdaniem) światotwórczego gadania. Zwłaszcza, że nieistotne jak bardzo i dokładnie będziesz starał się wytłumaczyć działanie swego świata (lub – w tym konkretnym przypadku – pewnego zjawiska systemowego) jak mało białych plam pragnąłbyś zostawić, i tak ktoś będzie pytał "a dlaczego? A jak to możliwe? Czemu tak, a nie inaczej? Eee, to nie ma sensu…" Dlatego tekst, mimo że interesujący i sprawnie napisany, nieco mnie męczył. Przypominał mi ten pierwszy rozdział polskiego postapo z Twojego poprzedniego życia, którego tytułu, wybacz, nie pomnę. 

Okej, muszę kliknąć GOTOWE, bo klepię bezpośrednio na stronie, z komórki, więc jak mi się przeładuje, to szlag komentarz trafi. Jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, to nie omieszkam później napisać. 

Krótko i ogólnie – ciekawy tekst, choć niczym specjalnie nie zaskoczył, ani emocji nie wzbudził. Ale, jak twierdziła Ninedin, motyw sądu skorupkowego to świetna rzecz do wykorzystania w fantastyce, więc wybór dobry. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuę za aż tak wnikliwą, w niektórych przypadkach bardzo trafną recenzję. No, no, takiej od Ciebie jeszcze nie dostałem. Szacun! Ale dwie drobne uwagi: Twój pkt 1: No to DZIŚ dajmy możliwość takiego ostracyzmu Polakom… Założysz się, że poszlibyśmy w to jak w dym? I druga Twoja uwaga – koszty wirusa -broni absolutnej. Broń biologiczna w opku jedt niezbędna wyłącznie w celu ochrony ustroju i ostracyzmu w Polsce alternatywnej. Że to dkuteczne, świadczy przykład głodującej, mniejszej zdaje się od Polski Korei Płn., z jej bronią atomową i środkami przenoszenia, co jest TYSIĄCE razy droższe niż broń biologiczna. Nie bez powodu na broń biolo i chem. mówi się od zawsze: Atomówki dla ubogich!. Co do prawdopodobieństwa… Myśmy już w 1992 byli po ArtB. Kto wie, po czym wówczas byli Oni? Może po ArtB x 100? I jeszcze jedno: Że nie bylibyśmy w stanie się samozaorać tym wirusem. Gdy patrzę na naszą historię romantycznopowstańczą, jestem dziwnie pewien że w odpowiednch warunkach i owszem. Wspomnij słowa Piłsudskiego: "A jak już się dłużej balansować nie da – podpalcie świat!". Pozdrawiam sedecznie i jeszcze raz dziękuję za ten kawał recenzji. A, i jeszcze jedno: to nie była reklama dla Czytelników takich jak Ty, tylko ANTYREKLAMA dla zupełnie innyvh czytelników.

 

EDYCJA:

Szersze odniesienie się do Twoich uwag, poniżej

pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

No, niestety Rybaku, zupełnie mnie nie ruszyło.

Długie, rozbudowane zdania, męczą, a opisy procedur alternatywnej demokracji raczej nużą niż zaciekawiają. Taki przykład (zdaję sobie sprawę, że są oczywiście tacy czytelnicy, którym to się spodoba):

Jeden z nich przypiął ciężką aktówkę kajdankami do lewego nadgarstka i odebrał służbowy kluczyk, który natychmiast przekazał drugiemu kurierowi. Potem prawą dłonią podpisał protokół przejęcia, zasalutował służbiście i w towarzystwie pozostałej dwójki ruszył ku wyjściu z nieoznakowanego na zewnątrz biura, wtapiającego się w korytarzowe szarości za pancernymi podwójnymi drzwiami.

Dla mnie to tekst wypełniacz, godzien autora, któremu płacą od słowa.

Amfiktionia się nawet by mi się podobała, gdyby nie gotyk:

Pragniemy przy tym wyjaśnić, co jak mamy nadzieję, skłoni pański rząd do stonowania swego stanowiska, że w razie podjęcia jakichkolwiek agresywnych militarnych działań wobec Rzeczpospolitej Polskiej i mojemu narodowi, związanych z suwerenną demokratyczną decyzją 30 milionów wolnych dorosłych obywateli i ich reakcją na niczym nie sprowokowany i skrajnie wrogi akt ze strony pana Petera Weissa, lud Rzeczpospolitej, w obronie wolności i godności, w ostateczności woli godnie zejść z tego świata, niż zrezygnować ze swoich praw.

Mam wrażenie, jakbym czytał po niemiecku. Jak już znajdę na końcu zdania czasownik, to zupełnie nie pamiętam do czego się odnosi.

Opis ceremonii wnosi trochę tempa do narracji, czyta się jakby trochę płynniej, chociaż taniec gotyckich konstrukcji płynny być nie może. 

No i wreszcie sama kulminacja – publiczna egzekucja – to chyba jedyne co może wzbudzić jakieś emocje. Próbowałem sobie wyobrazić, czy coś takiego mogło by “przejść” w bądź co bądź cywilizowanym kraju, jakim jest Polska i odpowiedź lekko mnie zmroziła.

Dobry tekst, niewątpliwie biblioteczny, ale zapowiadanych fajerwerków wywołujących wku.w po prawej i lewej stronie zabrakło. Okazało się że reklamowany robot kuchenny, sam obiadu nie ugotuje.

Fizyku, dziękuję za lekturę. Język oficjalnych not dyplo taki właśnie jest. Dokładnie. Skoro zmroziło, warto mi bylo to napisać. Pozdrawiam.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Gdyby był kapłanem, obojętnie jakiej religii, to by mu się upiekło. Wiadomo – sprawa sumienia i wyznania: konkordat, ustawy, Konstytucja… Jednak nikim takim nie był.

Czyli konkordat wykluczał reedukację kapłana, ale ukatrupienie biskupa już nie?

Bo tylko tam demokracja przetrwać może (tu Marysia zacytowała głośno i wyraźnie fragment słynnego przemówienia jednego z parlamentarzystów sprzed bitego ćwierćwiecza), gdzie wszyscy, niczym niegdyś Sarmaci, będziemy Rzymianami w walce oraz Ateńczykami w rządach naszych.

No, staropolscy Sarmaci (wiem, że wyżej chodzi raczej o starożytnych, ale trudno uniknąć skojarzenia) zamiast ostracyzmu, poza bardziej krytycznymi momentami typu rokosz czy insurekcja, ograniczali się do grillowania kolejnych królów ;)

Że niby Polska łamie demokrację i prawa człowieka. Że jest agresywnym międzynarodowym szantażystą, państwem wręcz rozbójniczym. I to czym łamie, wymyślił sobie! Superdemokratycznym sądem skorupkowym, rodem z samych fundamentów europejskiej cywilizacji!

W dzisiejszej nomenklaturze określono by tę procedurę zapewne jako populistyczną. Bo gdzież we współczesnej demokracji ciemna tłuszcza miałaby osądzać demoliberalne elity!

Wydaje mi się, że Twoi Polacy nie do końca jednak wyciągnęli wnioski z historii Aten. Postawiony przed głosowanie nadal miał trochę czasu na wygłoszenie obrony, a więc system nie był Perykleso-odporny. 

 

Jeżeli chodzi o ogólny komentarz, to w dużej mierze podpisuję się pod opinią Thargone’a. Tekst bardzo dobry technicznie (choć gdzieś tam trafił się archaizujący szyk przestawny, wybijający, nie wiadomo po co, z rytmu). Jeżeli chodzi o fabułę, to choć oczywiście postacie “podsądnych” przydają opowiadaniu swojskości, z powodów wymienionych przed mego Przedpiścę nie mogę w pełni uwierzyć, że to nasz kraj.

No to DZIŚ dajmy możliwość takiego ostracyzmu Polakom… Założysz się, że poszlibyśmy w to jak w dym?

Myślę, że byśmy nie poszli, a na pewno nie wszyscy. Nawet osób popierających karę śmierci jest wg sondaży niewiele więcej niż przeciwników, a przecież to, co pokazałeś, to po prostu obudowany ładną foremką publiczny lincz, który na pewno wywołałby duży opór.

Gdy patrzę na naszą historię romantycznopowstańczą, jestem dziwnie pewien że w odpowiednch warunkach i owszem. Wspomnij słowa Piłsudskiego: "A jak już się dłużej balansować nie da – podpalcie świat!".

A obok Piłsudskiego jest Dmowski, który świadome śpiewanie “dziś twój tryumf albo zgon” uważał za akt zdrady. Społeczeństwo nie było, nie jest i nie będzie jednorodnym monolitem ;)

Z udziałem i karaniem kapłanów to przecież proste uczciwego chroni prawo. Nieuczciwy wpada w starorzymską zasadę "chcącemu nie dzieje się krzywda. Wyciągnęli wnioski– tabloidyzacja!;). Poszli by, poszli. Dmowski? 8 proc dziś! W latach 90 – może ze 2 proc.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Poszli by, poszli.

No cóż, z takim argumentem trudno dyskutować ;)

Dmowski? 8 proc dziś! W latach 90 – może ze 2 proc.

Myślę, że ludzie skłonni do wspomnianego przez Ciebie "podpalania świata", to nawet mniej niż 2%.

W napisanym przeze mnie opowiadaniu w rzeczywistości alter było ich wystarczająco. Widocznie nie mieli Okrągłego Stołu ;). I parę spraw potoczyło się inaczej niż u nas.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Szumnie zapowiadałeś tekst, którzy wszystkich – a więc i mnie – wkurzy. Nic takiego nie miało miejsca, czuję się oszukana. Znaczy, czułabym, gdybym jeszcze wierzyła w kampanie marketingowe. Ale, IMO, strzeliłeś sobie w stopę, sztucznie windując poprzeczkę.

Pomysł wykorzystania sądu skorupkowego bardzo ciekawy.

Konstrukcyjnie – sporo infodumpów, zwłaszcza na początku. Jakoś trudno mi było uwierzyć w zestresowaną uczennicę mówiącą pięknymi, bogatymi zdaniami, jakby czytała nawet nie podręcznik, ale przemówienie polityka. Tym trudniej, że wizerunek kujonki (wtedy jeszcze wyrypanie się frazesów na pamięć mogłoby przejść) kłóci się z manifestowaniem inności. Chociaż samo wykorzystanie szkolnej odpytki do przemycenia infodumpu jest dość sprytne.

Motyw supermocarstwowej Polski raczej ograny. No, ale bez niego istota tekstu nie miałaby szans na realizację.

Ale zgadzam się z Thargonem – ta rzeczywistość jest tak dalece alternatywna, że nie da się z nią utożsamiać, trudno o paralele. To tłumi emocje; już łatwiej dać się porwać totalitarnej dystopii – tego liznęliśmy.

Zastanawiałam się jeszcze, kto w Twoim świecie decyduje się zostać premierem Polski. Albo kimkolwiek, kto musi podejmować trudne decyzje. Chyba tylko samobójcy.

Babska logika rządzi!

Fin­klo, Thargone, pozostali Czytelnicy:

Wła­dza w kraju który w isto­cie trzę­sie świa­tem to wy­star­cza­ją­cy wabik, nawet w wa­run­kach za­gro­że­nia:). Spójrzcie na taki zsrr lat 30 -50. Praw­do­po­do­bień­stwo, że po­ło­ży się tam, będąc w jakiejkolwiek władzy, głowę pod topór “spra­wie­dli­wo­ści lu­do­wej” było od jednej trzeciej po nie­mal stu­pro­cen­to­we. A mimo to…

W Pol­sce ostra­cy­zmu – nie­bez­pie­czeń­stwo jest realnie zni­ko­me: może 0,5-1 proc. (roz­kład praw­do­po­do­bień­stwa plus za­sa­dy) – i to na naj­wyż­szym szcze­blu. Zwrócie uwagę (i Ty, Thargone też!) na bardzo sprawny i efektywny bezpiecznik systemowy, w postaci Kolegium Elektorów – losowanego przypadkowo, więc absolutnie niezależnego! Dokładnie jak Sąd Ludowy w Atenach (stąd starogrecki śródtytuł – one SĄ istotne!;). Niżej jest bez po­rów­na­nia niż­sze. To wy­star­czy by się pchać do wła­dzy, ale i… By jed­nak się choć tro­chę sa­mo­ogra­ni­czać;. W opkowym świe­cie re­for­my nawet głę­bo­kie jeśli mą­drze uza­sad­nio­ne pewnie by bez­kar­nie prze­szły. Ale już bezczelne rąb­nię­cie ludziom – jak u nas – OFE na pewno nie ;).

Cie­szy mnie, że za­uwa­ży­łaś Finklo że­la­zną lo­gi­kę we­wnętrz­ną opka (wirus!;). Jednak uważam, że nie masz racji co do ewentualnego braku zgody Polaków, demokratycznej, na użycie takiej broni ostatecznej. W innym kraju demokratycznym, i to w naszym świecie (USA) rząd taką zgodę w razie obrony przed atakiem dostał. Bo czymże jak nie zgodą na samozagładę własnego narodu jest upoważnienie prezydenta na odpalenie CAŁEGO arsenału atomowego, gdyby co…? No? I co Ty na to? Znaczy – USA też są totalitarne potwornie ;). Bo przecież ich krnąbrna ludność w życiu by się na coś takiego sama dobrowolnie nie zgodziła, czyż nie? ;D

Jed­nak STANOWCZO pro­te­stu­ję przed na­zy­wa­niem tam­tej­ Pol­ski to­ta­li­tar­ną. W isto­cie tam­tej­si lu­dzie są o niebo bar­dziej wolni niż my! Czy Wy mo­żecie aż tak kon­tro­lo­wać swo­ich pre­mie­rów? Już nie mówiąc o durnych posłach, a zwłaszcza wszechmocnych oligarchach? I aż tak trzy­mać ich za twarz?;). Czy oni w na­szym świe­cie aż tak Was szanują i lękają się zawieść Was choć w pięciu pro­cen­tach tak, jak lę­ka­ją się Was w tam­tym?;).

A że w moim tekście są niewielkie kary za olanie nieusprawiedliwione obowiązku głosowania? W naszych krajach Europy kary grzywny za brak udziału w wyborach też są, i to gorsze (w Belgii jesli nie pójdziecie na wybory, płacicie z miejsca grzywnę do 100 euro, a jeśli nie zrobicie tego trzy razy, tracicie prawa publiczne! I to z urzędu! Czy to jednak oznacza, że Belgia jest krajem totalitarnym?! Przerażające, jak bardzo pomieszano w dzisiejszym świecie, zwłaszcza u ludzi młodych, pojęcia i ich prawdziwe znaczenia. Wolność, demokratyczną możliwość ostrzejszego rozliczania tych, którzy robią z Wami bezkarnie wszystko – nazywać totalitaryzm!). No darujcie, to dopiero prawdziwe zniewolenie! ;)

I na koniec – Finklo – jesteś niesprawiedliwa! Marysia JEST kujonką! Kto inny myślałby realnie o świadectwie z czerwonym paskiem? A kucie nie jest równoznaczne z brakiem krnąbrności. Ja w liceum i na studiach byłem kujonem, a zarazem łobuzem jakich mało;).

Pozdr.

P.s. Staruch ma absolutną rację i on to jednak, jako starsze pokolenie, lepiej rozpoznające język ezopowy i bazujące bardziej na pewnym, hmmm fundamencie (bez obrazy, międzypokoleniowa ciągłość kulturowa w Polsce też się już obiektywnie zerwała), natychmiast wyłapał i zauważył, podobnie jak wielu innych czytelników: To EWIDENTNIE JEST opowiadanie o nas samych, tu i teraz!

Ale rozumiem także desperacką ucieczkę innych Czytelników przed nieświadomym głębokim dysonansem – w szukanie na siłę uzasadnień, by się jednak aż tak z tym nie utożsamiać , np. wyłapywanie dowodów, na to, że to nie my, że to nie u nas, że to “w Polsce, czyli nigdzie”. Ale to normalne. To normalny mechanizm psychologiczny. Który, nota bene, też coś o nas mówi ważnego.

Bo wybaczcie, moi złoci, ale po prostu nie wierzę, że naprawdę nie dostrzegliście, że WSZYSCY co do jednego finaliści w opku MAJĄ swe wierne lub wielce zbliżone odpowiedniki w naszej Polsce. Tu i teraz. Równie paskudne, a może i bardziej, bo bezkarne.

I (tu zastrzegam – że moim zdaniem) jesteśmy już często tak tym zmęczeni , że gdyby dano nam proste rozwiązania…Jak w opku.. To myślę, że chyba już byśmy z nich skorzystali. I to o tym także jest to opowiadanie!

 

Uprzedzałem Was, że łatwo, lekko i przyjemnie nie będzie!

Pozdrawiam i dziękuję za lekturę.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

OK, wierchuszka ZSRR to jest jakiś argument. Ale nie do końca mnie przekonał – to był system bardzo zakłamany, można było naiwnie wejść i zasłużyć się w komsomolcach, a potem nie umieć zawrócić i tak długo wybijać konkurentów, aż dookoła zrobi się pusto i wyrasta się na konkurencję dla piętra wyżej… No i czy oni słynęli z podejmowania decyzji? Mnie się wydaje, że raczej z przyklepywania tego, co ustaliła sama góra.

Niech będzie – kandydaci na premiera jeszcze się znajdą. Ale ktoś, kto podpisze na przykład decyzję o podniesieniu podatków (które będzie konieczne dla gospodarki) – tu już może być gorzej. Coś mi się wydaje, że w takim świecie politycy będą pędzić w stronę populizmu. Acz nie wiem do końca, czy finalista musi łamać prawo i robić złe rzeczy, czy wystarczy, że podpadnie większości wyborców (wzrost cen benzyny itp.). Więc nie wiem, jak będzie z głębokimi i uzasadnionymi reformami. Bo zawsze bezpieczniej będzie je odkładać do następnej kadencji.

Ach, obiecane obrażanie dopiero w komentarzach? Nie pisałam nic o braku zgody Polaków. Tłuszcza może nawet pokochać takie igrzyska. Szantażowanie całego świata ma swoje plusy. Jeśli trzymać się podobieństw z Ateńczykami – oni równie dobrze mogliby nagle zapragnąć wyzwolenia wszystkich niewolników (btw – Lincoln pewnie trafiłby do finału – taki zamach na własność prywatną nie może pozostać bezkarny). Doktryna MAD zapewnia jakąś tam równowagę, tutaj wszystko wylądowało w rękach jednostronnego szaleńca.

Nie nazywałam Twojej Polski totalitarną, czytaj ze zrozumieniem. OK, tłumaczę: napisałam, że opowiadania przedstawiające totalitaryzm bardziej grają na emocjach, bo (polski) czytelnik zna ten smak. A zamieszkanie w supermocarstwowej Polsce jest równie prawdopodobne, jak złowienie złotej rybki spełniającej trzy życzenia – można się nie stresować na zapas.

Wiem, że w niektórych krajach są kary za brak udziału w wyborach. Zaczyna się od bodajże 25 euro, a potem się podwaja.

Kujony. Dla mnie to ktoś, kto uczy się materiału na pamięć. I kłóci mi się to z inteligencją, bo ludzie inteligentni powinni bardziej szanować swój mózg i nie wykorzystywać go do przechowywania pustych frazesów. Nie wiem, dlaczego kujony tak robią. Nie rozumieją wykuwanych regułek, tylko powtarzają słowo w słowo? Uczą się gry Wojskiego na rogu, wierząc, że facet ma na imię Natenczas? Kujon potrafi wyrecytować słowo w słowo przerabiane ostatnio twierdzenia matematyczne. Dobry uczeń potrafi rozwiązać zadanie, nawet jeśli nie był na lekcji, na której omawiano kluczowe twierdzenie. Łatwiej powiedzieć, po co kujony to robią – dla ocen. Więc raczej nie sprzeczają się z systemem, tylko starają się dobrze wypaść – płyną z prądem, z całej siły machając ogonkami.

Teraz pytanie, czy dobry łobuz/kontestator powinien być inteligentny. To zależy, jaki łobuz. Taki, który zabiera słabszym dzieciom kasę albo mięśniak wykonujący polecenia szefa gangu – absolutnie nie, IQ może mu nawet szkodzić w procederze. Taki, który wyróżnia się z tłumu – raczej tak. Ktoś w końcu musi wymyślić, jak to zrobić. A Marysia trafiła do odpowiedzi, bo była inna. Nie wiem, czy moda na tatuaże z henny była powszechna, tylko co bystrzejsi zmywali je przed historią (wtedy może być kujonką), czy też tatuaż stanowił ewenement – wtedy jej postać mi zgrzyta.

IMO – to nie jest opowiadanie o nas tu i teraz. Oczywiście, że widać nawiązania do ludzi z realu. Ale bez tła w postaci wirusa takie rzeczy nie byłyby możliwe. Bajkowy wirus daje tłumowi władzę, a władza korumpuje. My na szczęście takich problemów nie mamy, acz instynkty możemy posiadać podobne.

Babska logika rządzi!

A czymże ja Cię obraziłem w komentarzu? Przedstawieniem generalnie smutnej konstatacji? No sorry! :). Jak zapewne zauważyłaś – odpowiedź jest zbiorowa – np. Thargone pisał o zgodzie Polaków :)

Wirus – no cóż, on jest rzeczywiście kluczowy dla powodzenia projektu. Ale tłumaczenie, że przez wirusa to nie o nas… No dajże pokój, zdawało mi się, że jest to opowiadanie fantastyczne… ;D. Kluczowe przy tym wirusie chroniącym ostracyzm – słowo – Amfiktionia (porozumienia demokratycznych greckich polis zakładały także zemstę na agresorach).

Karą w Belgii za uporczywe unikanie wyborów jest pozbawienie uchylającego się praw publicznych, a nie żadne 25 euro ;). Totalitaryzm!

Marysia – kujonka – przeżyła dodatkowo, jak zapewne zauważyłaś – natchnienie, iluminację.

Podniesienie podatków w warunkach pokoju, NIGDY nie jest konieczne i korzystne dla gospodarki – kolejna bujda którą politycy wmówili ludziom jako prawdę wcieloną, w ramach nowomowy. Podniesienie podatków służy wyłącznie politykom, by ci łatwiej kupowali głosy tych ludzi. Czyli – tak naprawdę – by mieli za co NISZCZYĆ same podstawy demokracji. Albo mieli za co domknąć budżet wyczyszczony wcześniejszym trwonieniem środków na kupowanie głosów, brak gospodarności czy idiotyczne populistyczne inwestycje. Czyli tak naprawdę – NISZCZYĆ podstawy Państwa. Litości, toż to truizmy są!. Nawet jeśli kolejne podatki politycy nazwą, by oszukać wyborców – jak u nas – “podniesieniem opłat”… ;). IMO – to JEST opko o NAS. Trudno.

 

Hmmm, jak to mówił Morfeusz do Neo w Matriksie? – Oto niebieska, a oto czerwona kapsułka… :D

 

Pozdrawiam serdecznie:)

 

 

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rrybaku mi się tekst podobał, czemu nawet dałem wyraz.  :D  Aczkolwiek część z wirusem uważam, za cośkolwiek przesadzoną.

Sam pomysł, że raz do roku można posłać do piachu jednego irytującego polityka uważam za ciekawe rozwinięcie ateńskiego ostracyzmu. Jak na moje oko taki system usunąłby z pierwszego szeregu polityków wiecznych kunktatorów i gości dostających małpiego rozumu na widok “kolorowych świecidełek” od zagranicy, za to pojawiłoby się sporo ludzi gotowych na każde ryzyko.

Nowa Fantastyka