- Opowiadanie: Mr.Wolf - Definicja zła

Definicja zła

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Definicja zła

Definicja zła

 

Położona w Górnej Bawarii miejscowość Defschtubel, choć leżała w bliskości ważnej dla transportu rzeki Inn, to była na tyle daleko, by w poczet często odwiedzanych miejsc jej nie zaliczać. Brak klasztoru, zamku należącego do znamienitszego rodu czy nawet świętego symbolu również wpływał na liche zainteresowanie obcych tym terenem. Złożona z kilkudziesięciu rodzin populacja żyła więc w spokoju i harmonii, nie nękana przez kawalkady jucznych wozów, tłumy brudnych pielgrzymów ani wszędobylskich poszukiwaczy wrażeń i majątku. Mając obfitą w ryby rzekę oraz życiodajny las, społeczność była całkowicie samowystarczalna, a relacje handlowe, zarówno z partnerami zza miedzy, jak i z odległymi miastami Północy, do ożywionych raczej nie należały.

Rutynę zakłóciły zdarzenia nowe i zupełnie niechciane, nawet obiad lokalnego pasterza owieczek bożych został w sposób nieprzyjemny i urągający tej idylli przerwany.

Wszystko zaczęło się od drobnego incydentu, który, gdyby nie postępujące po nim w krótkich odstępach czasowych następne, pewnie nie zostałby nawet w historii regionu odnotowany.

Pierwszego października, poniedziałkowym rankiem drwal Arholn Gwin udał się z synem do rzeźni pana Volkera, by z okazji siódmych urodzin pierworodnego kupić gęś. Po południu danie było już gotowe. W czasie rodzinnej uczty nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Jednak w środku nocy wszystkich świętujących przed paroma godzinami wzięło na potworne wymioty, solenizant pluł nawet krwią. O sensacjach państwo Gwin opowiedzieli znajomym, niektórzy – ci bardziej złośliwi – zasugerowali, że to wina rzeźnika Volkera, jednak sprawa dość szybko straciła na wyjątkowości.

Trzeciego dnia miesiąca miały miejsca aż dwa niepożądane ekscesy. Najpierw jeden z rybaków przyniósł do miasteczka kosz zgniłych do cna ryb, choć zarzekał się, że dopiero co wraca z połowu. Potem, już po wieczerzy, wedle tradycji mężowie udali się do gospody, by pogawędzić przy kuflu piwa. Karczmarz nalał, tak jak wczoraj, złocistego napoju z tej samej beczki. Jakże zląkł się, gdy rozjuszeni goście wylali mu na twarz coś, co w żadnym wypadku nie smakowało jak piwo. Wątpliwe ukojenie nerwów przyniosła dopiero wizyta mężów w piwniczce, w której karczmarz udowodnił swoje racje, a pachołek potwierdził skąd został nalany trunek.

Mimo to znalazło się paru śmiałków, głoszących tezy, że wydarzenia ostatnich dni to boska interwencja za doczesne grzechy mieszkańców lub – jak co odważniejszy z cicha szeptał – wina świadomego odstępstwa od wiary, bowiem heretyków, wolnomyślicieli, kacerzy i tym podobnych bezbożników cały czas przybywało. W krąg podejrzanych o sprzyjanie siłom nieczystym wliczono znachorkę Grettę, rzeźnika Volkera oraz wykazującego pierwsze objawy zatracenia na umyśle młodego panicza Antona Fynga.

Johan Krunz, burmistrz, a prywatnie ojciec rezolutnego, czasem aż nazbyt, młodziana imieniem Jonathan, wolał nie myśleć w tych kategoriach. I może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie przygoda lokalnego księdza.

Czwartkowy obiad samym swoim widokiem poprawił humor głosicielowi Słowa Bożego, noszącemu apostolskie imię Jan. Z zachłannością niegodną piastowanego stanowiska zaczął pochłaniać kurze udka, zagryzając suszonymi owocami. Kaszę postanowił zostawić na deser. Gładko szło mu opróżnianie michy, gdy nagle przeszły mu ciarki po ciele, poczuł bowiem, że skruszył sobie przednie uzębienie. Z bólem, zanosząc się płaczem, wypluł na stół wszystko, co miał w ustach. Zaalarmowana krzykiem gosposia przydreptała pośpiesznie. Nie rozumiejąc nic z bełkotu księdza sama pojęła, że chodzi o płynną zawartość leżącą na ławie. Ku wielkiemu zdziwieniu i przerażeniu księdza Jana, prócz mięciutkich ziaren kaszy i kawałków pożółkłych zębów, nie leżało tam nic twardego, nic na czym wielebny mógłby skruszyć jedynki i siekacze.

Po krótkiej konsultacji z burmistrzem ksiądz doszedł do wniosku, że tego już za wiele, że w katolickim państwie nie można dopuścić do sytuacji, w których heretycka magia pozbawia zębów sługę bożego, kpiąc tym samym ze Stwórcy. Jeszcze tego samego dnia pojechał do rezydencji biskupa, by zawiadomić go o tym i poprosić o wsparcie Świętej Inkwizycji. Szczęśliwie Inkwizytor Albrecht Mensze, duchowy opiekun i inspektor Bawarii, rezydował w biskupim zamku od ostatniej niedzieli, czyli ostatniego dnia września. Niezwykłym zrządzeniem losu nie był zajęty, postanowił więc od razu przyjrzeć się sprawie, która – jak twierdził – bardzo go zaintrygowała.

Nie minął tydzień od tamtych wydarzeń, a Mensze zagościł w Defschtubel na dobre, zaprowadzając swoje porządki. Rozpoczął od przesłuchań, wiążących się z uwięzieniem podejrzanych członków społeczności. Na pierwszy ogień poszła miejscowa zielarka-wróżbitka Gretta, która zaopiekowała się zatrutym solenizantem. Służący ze świty Inkwizytora, głównie dwaj mocarnie usposobieni Przesłuchujący, szybko zabrali się za wyciąganie zeznań i już drugiej nocy z lamentu zwierzęcych wrzasków Mensze dosłyszał przyznanie się do służby armiom zła, oddawania czci szatanowi i brania udziału w czarnych mszach.

Dosłownie całe miasteczko zgromadziło się na rynku dziesiątego października, by zobaczyć jak najpierw zamaskowani kaci znoszą chrust, a potem ustawiają krzyż, do którego na końcu przybili zrozpaczoną i potwornie okaleczoną niewiastę. Stawy barkowe zielarki były tak powykręcane, że mieli nawet pewne trudności, by przybić jej ręce do ramion krzyża. Na czas egzekucji zaszło słońce, niebo zaciągnęło czernią.

– Niewiasto, wiedz, że ten Święty Ogień wypędzi z zakamarków twej duszy zatraconej to, co miało służyć na zgubę istot Bożych – pobożnie i doniośle grzmiał z przygotowanego naprędce podwyższenia Inkwizytor, dzierżąc w dłoni płonącą pochodnię. – Za sprawą tego Ognia twoje heretyckie ciało ostawi w spokoju twą duszę, która ku naszej i twojej pociesze ulotni się do Królestwa Bożego. Amen.

Jedyną odpowiedzią, która przeszła przez napuchnięte wargi wróżbitki było głuche jęknięcie. Albrecht Mensze zszedł z loży i podpalił stos. Buchnął płomień, ogień powoli począł opiekać nogi i biodra skazanej, wrzeszczącej przez parę chwil głosem tak nieludzkim, że gdyby nie oczy, to smętnie rozchodzący się mieszkańcy mogliby pomyśleć, iż nie wydaje ich człowiek. Każdy korzystał z usług Gretty, nikt więc nie miał sumienia przyglądać się w niemocy jej męczarniom.

Poza jedną osobą.

Jonathan, syn burmistrza patrzył na scenę do samego końca i, mógłby przysiąść, że gdy kobieta wydała już ostatnie tchnienie, na ptasiej, wydłużonej twarzy Inkwizytora zagościł uśmiech, dość beztrosko przejechał ręką po siwej tonsurze, tą samą ręką, która przed chwilą skazała na męczarnie poczciwą znachorkę.

Młodzieniec, mimo tego, co wszyscy mówili o nieomylności Świętego Oficjum, przeczuwał, że coś tu nie gra, że zielarka nie mogła zrobić tych wszystkich rzeczy. Tylko nijak nie umiał tego potwierdzić dowodami. Postanowił je przeto zdobyć.

Następne dni przesiąknęły ponurą aurą egzekucji, ludzie żyli jak wcześniej, lecz chodzili posępni i milczący. Próżno było nadstawiać ucho za radosnym śmiechem. Pogoda też nie rozpieszczała: od pamiętnego dnia słońce ani razu nie wyjrzało zza czarnych, czasem granatowych chmur.

Trwało to dopóty, dopóki nie wyszła na jaw błędność, jak sądził Jonathan, oceny Inkwizytora. Wspomniany od razu wygłosił przemówienie, w którym wyjaśnił, iż za pomorem świń stoi współplemieniec bluźnierczego rodu Gretty. I zapowiedział ciąg dalszy poszukiwań odstępców.

Faktycznie, choć w jeden dzień pomarła tutejszym chłopom połowa trzody, nikt nie wystawiał oskarżeń wobec rzeźnika Volkera, w stronę którego skierował swe inkwizytorskie macki Albrecht Mensze. Swe tezy opierał na zeznaniach świadków, którzy jakoby widzieli rzeźnika w pobliżu chlewu, a także przy studni.

W publicznym procesie, odbywającym się na głównym placu przy widowni obserwującej zarówno na stojąco, jak i z wysokości okien sąsiednich domostw, Volker odpowiadał na pytania bardzo niejasno, wręcz pokrętnie. Mieszkańcy, przed procesem święcie wierzący w pobożność rzeźnika, teraz widząc i słysząc go, poczęli szeptać między sobą z niedowierzaniem. Tracili wiarę w człowieka znanego im odkąd ten był w pieluchach. Ale i jego zeznania nie dawały im wyboru. Pod koniec procesu, na pytanie, czy miał coś wspólnego z ostatnimi ekscesami zwlekał z odpowiedzią, kręcił głową, raz w górę i dół, raz na boki, jakby próbował przemówić przez niego Zły Duch. Inkwizytorowi to wystarczyło.

– Drodzy bracia i siostry, umiłowani przez Pana naszego wszechmiłosiernego, niestety moje podejrzenia okazały się prawdziwe – grzmiał z wysokości podwyższenia, z którego przesłuchiwał rzeźnika. – Obecny tu, w którym widzieliśmy nieskazitelnie czystą owieczkę naszego Pana, okazał się być plugawym odszczepieńcem, heretykiem zagorzałym, który z powodów znanych jeno sobie i szatanowi – przez tłum przeszła fala mrocznego pomruku – uznał za wartość najwyższą działanie na szkodę społeczności Defschtubel. Niniejszym, z mocy powierzonej mi przez samego Ojca-Stwórcę skazuję cię grzeszniku, Wilhelmie Volkerze na święty stos, który uwolni twą duszę od ciała, niestety za sprawą diabła, zniszczonego i przesiąkniętego złem. Jutro, w południe Święty Ogień wybawi doczesne aspekty twego zepsutego żywota. Amen.

Skazany swym obliczem nie wyrażał nic prócz bólu. Sąsiedzi i znajomi, do końca liczący, że zacznie bronić się i przysięgnie swą niewinność, teraz, gdy zbrojni w białych płaszczach prowadzili go do lochu, zamiast słów wparcia kierowali w jego stronę zgniłe pomidory. Cała tłuszcza zapomniała o łączących z tym człowiekiem relacjach, cała z jednym wyjątkiem.

Jonathan wciąż wierzył w niewinność Volkera, nie dopuszczał do głosu myśli podpowiadających jednoznacznie: rzeźnik, nieważne wierzący czy odstępca, ma związek z pomorem zwierząt. I za to właśnie spłonie jutro.

Górę wzięły jednak emocje, każące mu sprawdzić autentyczność i wiarygodność zeznań naocznych świadków. Wiedział, bowiem, iż papieska Inkwizycja skrupulatnie dokumentuje każdy, choćby najmniejszy szczegół w śledztwie.

Jak postanowił, tak zrobił i gdy już całe miasteczko zapadło w sen, wykradł się z burmistrzowego domu, by na palcach, w zupełnych ciemnościach, przekraść się do gospody, będącej na czas pobytu rezydencją papieskiego śledczego. Jedyna chyba pochodnia w osadzie tliła się przy głównym wejściu do karczmy. Jednak on, znając budynek, jak własną kieszeń, wdrapał się na szopę, a z niej, przez uchylone okno, do składziku na piętrze.

W środku gęsta ciemność aż go przygniotła, chwila minęła, nim zaczął cokolwiek rozróżniać. Szczęśliwie, drzwi na korytarz były zamknięte jedynie na klamkę, najciszej, jak potrafił wyszedł i skradając się niczym kot kierował swe kroki w stronę najokazalszego pokoju, w którym z pewnością gościł Inkwizytor. Nie miał cienia wątpliwości, że klecha trzymał swe księgi przy sobie, uznał więc, że stąd zacznie poszukiwania.

Serce na moment stanęło mu, gdy po delikatnym naciśnięciu klamki ta ustąpiła.

Mensze nie zamknął na noc drzwi – zagotował się. To dziwne, zwłaszcza, że nie wystawiał żadnej straży. Uważając, by nie zaskrzypiały zawiasy, wpełzł do środka.

Ściśnięte wnętrzności omal nie eksplodowały, poczuł lekkość w nogach. W izbie, przedzielonej po połowie parawanem, rozchodziła się ciężka, nienaturalnie złowroga powłoka czerwonawego światła dochodzącego zza przegrody.

Nie miał wyboru, choć rozum odradzał, wewnętrzna siła i zwyczajna ciekawość zmusiły go, by iść dalej. Najciszej, jak potrafił, przedostał się pod parawan. I wtedy, moment po tym, gdy było już za późno, zaklął na swą głupotę. Chciał uciec, jednak pośpiesznie cofając się, zaczepił o coś. Padając zauważył na dalszym planie wyryte na ścianie starogermańskie, pogańskie symbole. Na bliższym – niewyraźną postać, wysoką i chudą, niczym śmierć w sennych koszmarach. Gdy ta wyciągnęła doń kościstą dłoń, Jonathan poczuł, jak upływają z niego wszelkie siły. Wyrżnął w coś i stracił przytomność. W tle dosłyszał diabelski chichot.

A może – nie wiedział w jaki sposób i czym myśli – to już droga na tamten świat?

Koniec

Komentarze

Możesz usunąć tytuł z tekstu, edytor sam go wstawia na górze.

 

Jedyna chyba pochodnia w osadzie tliła się przy głównym wejściu do karczmy. – To zdanie znaczy, że w osadzie mieli jeno jedną pochodnię, a nie że tylko jedna pochodnia się tliła.

 

Wyrżnął w coś i stracił przytomność. – Chwilę wcześniej upadł i patrzył na inkwizytora. W jaki sposób więc w coś wyrżnął leżąc? Chyba, że rzucił się do ucieczki czy coś, ale o tym nic nie napisałeś.

 

A może – nie wiedział w jaki sposób i czym myśli – to już droga na tamten świat? – Nie wiedział czym myśli? Jedyny mądry chłopak w osadzie to był, to raczej wiedział, że myśli się mózgiem :P A tak serio coś tu nie gra.

 

Napisane zgrabnie. Do przeczytania, ale bez szału. Mam na myśli to, że w temacie inkwizycji nie napisałeś nic szczególnego, a trochę już tej tematyki się przewinęło. Procesy w wiosce, ciemny lud, zły inkwizytor okazujący się sługą szatana. No nic mnie tutaj nie zaskoczyło. Forma trochę nużąca jak dla mnie. Jedynymi dialogami są dwa przemówienia inkwizytora a reszta to opowieść narratora, i to napisana z pewnym dystansem, niczym opowiastka o dawnych czasach, przez co w żaden sposób nie mogłem związać się z jakimkolwiek bohaterem. Nie czułem ich emocji, motywacji, nie było mi żal płonących na stosach. Nazwisk i imion pojawiło się wiele, ale przez formę jaką przyjąłeś nie wprowadziłeś w nich życia. Przynajmniej według mnie.

Ale! Zajrzałem do Twojego wcześniejszego tekstu i przypomniałem sobie, że sam tam zaznaczyłem, jak długie i nieporęczne zdania stworzyłeś. Tutaj takich nie doświadczyłem. Czytało się lepiej, jest więc postęp, przynajmniej w tym aspekcie. No i jeśli zdecydowałeś się zostać na tym portalu to, na wszystkich bogów, nie oceniaj sam sobie tekstu, tak jak zrobiłeś to za pierwszym razem.

Reasumując: Nie jest źle, ale jest nad czym pracować. Więc do dzieła!

Pozdrawiam :)

Historia na kolana nie powala, widać lekka inspirację cyklem inkwizytorskim Piekary. Do tego jak na tak krótki tekst puenta nie wybrzmiewa jak trzeba, do tego jest przewidywalna i mało zaskakująca. Wydaje mi się również, że opowiadanie zyskałoby gdybyś zastosował bardzie fabularne rozwiązanie, zamiast opowieści przedstawionej w bloku tekstu.

Podsumowując nie jest źle, czytało się całkiem nieźle, ale niczego nie urwało.

Czytało się świetnie, ale zgodzę się z użytkownikiem Realuc, że brakuje życia w postaciach, które notabene mają ogromny potencjał. Dopiero zaczynam swoją przygodę z fantastyką i tematyki inkwizycji jeszcze nie ruszyłam, może dlatego nie odniosłam wrażenia, że “to już było” i “nie ma nic nowego”. Mnie bardzo podobał się tekst, a przede wszystkim językowo jest zgrabny i lekki.

Skoro historia odbywa się we w miarę konkretnym kontekście historycznym, trzeba zachować choćby minimalną dbałość o realia. Otóż w żadnym kraju chrześcijańskim krzyż nigdy nie był używany jako narzędzie kaźni.

Witam! 

Miałem już kręcić nosem na zbyt złożonego zdania, które w zasadzie nie są złe (poza nienajlepszą interpunkcją) bo warsztat jakiś masz, ale ich uproszczenie zdecydowanie dobrze zrobiłoby tekstowi, a przede wszystkim jego dynamice, zwłaszcza że prawie nie ma tam dialogów. 

(ha, też całkiem długie, nie? :-) 

Ale z ciekawości zajrzałem do "Lwów". I stwierdzam – jest postęp i to wyraźny. No i pewne skomplikowanie można złożyć na karb stylizacji. W sumie, mimo że styl wydał mi się nieco jeszcze rozdygotany i mało precyzyjny, czytało się całkiem dobrze. 

Natomiast treść… Okej, pal sześć jechanie według nieprawdziwych stereotypów. Pal sześć to, że Inkwyzycja nie zwracała sobie głowy takimi pierdołami jak tajemnicze zatrucia i pomór świń. Pal sześć kaźń (racje ma Nikolzollern z tym krzyżem) za którą inkwizytor sam poszedłby pod sąd. To w końcu Twój świat (choć choć użycie prawdziwych, geograficznych nazw sugeruje naszą, historyczną rzeczywistość) i może w tym świecie to normalne (choć warto byłoby to zaznaczyć), a może wszyscy współpracownicy Inkwizytora są opętani i tylko czekają na okazję zadymy w jakiejś odizolowanej mieścinie (i to też warto byłoby zaznaczyć). 

Bo dajesz czytelnikowi poznać kilka postaci, budujesz klimat tajemnicy opisując tajemnicze wydarzenia, tworzysz dramat wprowadzając psychopatycznego Inkwizytora, a potem sru – ktoś tam zobaczył w Inkwizytorze diabła i koniec. Nie wyjśniasz o co chodziło, co powodowało "dziwne" zdarzenia, jaki był cel Inkwizytora, dlaczego rzeźnik nie mógł się tłumaczyć i co się z nim stało… I w ogóle, co było dalej. Bo to że syn burmistrza zobaczył diabła, to żadne zakończenie. I żadna puenta. 

Jeśli tekst jest fragmentem, jak "Lwy", to okej, ale jako zamknięte opowiadanie słabo się broni. 

A z plusów – wygląda na to, że Twój styl ładnie się rozwija. Oczywiście nie wiem – może "Definicja zła" powstała przed "Lwami", ale jest lepiej napisana, więc uważam, że w tym kierunku powinieneś iść. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To banał: zło do wspólnot chrześcijańskich przychodzi z zewnątrz – ze świata pogan, ateistów itp. Ten pogląd zgodny jest z kościelną propagandą. Znacznie jednak ciekawsze byłoby wyjaśnienie zjawiska szczerej wiary w Chrystusa, która prowadzi do zła. Poza tym – gdzie jest ta definicja?

Marcinie, gdzie zasłyszałeś takie bzdury? Według chrześcijaństwa zło przychodzi z wnętrza ludzi, z grzesznych namiętności, ukorzenionych w ich sercach, które też czynią ich podatnymi na manipulacje szatana. Poganie i ateiści są do nawracania. Mogą też być prześladowcami, co nie jest wnoszeniem zła do wspólnot chrześcijańskich tylko ich atakowaniem, co je raczej wzmacnia.

Natomiast zjawisko o którym mówisz nazywa się zwiedzeniem. Nie można go nazwać szczerą wiara w Chrystusa, bo u podstaw ma oszukiwanie samego siebie, czyli hołubienie własnych grzesznych namiętności pod płaszczykiem wiary. Dla przykładu fanatyzm religijny jest maskowaniem namiętności gniewu, pychy i żądzy władzy pozorami pobożnej gorliwości. Oczywiście zwiedziony jest święcie przekonany o szczerości swojej wiary.

Marcinie, gdzie zasłyszałeś takie bzdury?

 

Jak napisałem, w kościelnej propagandzie.

 

Natomiast zjawisko o którym mówisz nazywa się zwiedzeniem. Nie można go nazwać szczerą wiara w Chrystusa, bo u podstaw ma oszukiwanie samego siebie, czyli hołubienie własnych grzesznych namiętności pod płaszczykiem wiary.

 

Mogę kryterium “zwiedzenia” uznać za poprawne do oceny moralnej chrześcijan, pod warunkiem, że wykorzystamy je obiektywnie także do oceny innych religii lub zespołów idei. Na przykład:

 

“Nie jest szczerą taka wiara w Allaha, u której podstaw leży oszukiwanie samego siebie, czyli hołubienie własnych grzesznych namiętności pod płaszczykiem wiary”.

 

Albo:

 

“Nie jest szczerym komunistą ten, czyje ideowe zaangażowanie jest tak naprawdę oszukiwaniem samego siebie, czyli hołubieniem własnych aspołecznych namiętności pod płaszczykiem ideowości”.

 

Jeżeli sprawiedliwie wszystkich, a nie tylko chrześcijan, będziemy oceniać według kryterium “zwiedzenia”, to nie mam nic przeciwko jego stosowaniu.

 

Ale zrobiła nam się tu dyskusja teologiczna, a przecież chodzi tylko o to, że omawiane opko jest dość banalne w swoich konstatacjach: zło przychodzi z zewnątrz organizacji (chrześcijańskiej, muzułmańskiej, komunistycznej itp.). Jak to się jednak dzieje, że szczery komunista zaczyna oszukiwać samego siebie i pod płaszczykiem zaprowadzania na Ziemi komunizmu buduje łagry? Oto jest temat na całą powieść, a nie tylko opowiadanie.

Mogę kryterium “zwiedzenia” uznać za poprawne do oceny moralnej chrześcijan, pod warunkiem, że wykorzystamy je obiektywnie także do oceny innych religii lub zespołów idei.

Zwiedzenie jest chrześcijańskim terminem ascetycznym i teologicznym. Wynika z tego, że percepcja rzeczywistości po upadku ludzkości w prarodzicach jest spaczona przez ukorzenione w człowieku grzeszne namiętności. Co do stosowania tego terminu na innych obszarach, to niektóre religie, idee lub zespoły idei są zwodnicze same w sobie, czyli powstały ze zwiedzenia stworzone przez ludzi zwiedzionych.

Systemy ascetyczne innych religii wypracowały własne odpowiedniki tego pojęcia, wychodząc z własnych założeń doktrynalnych.

Jasne, pojęcie “zwiedzenia” powstało, aby wyjaśnić, dlaczego chrześcijaństwo jest dobre, chociaż jego wyznawcy zachowują się w sposób trudny do etycznej obrony (np. dlaczego wyznawcy Chrystusa stworzyli torturującą i palącą ludzi na stosach inkwizycję, albo dlaczego istnieją księża-pedofile). Analogiczne pojęcia można jednak stworzyć dla islamu, komunizmu a nawet neoliberalizmu (dlaczego np. neoliberalne reformy w Chile wymagały zaprowadzenia zbrodniczej dyktatury Pinocheta?). Każdy zespół idei jest dobry, tylko wśród jego zwolenników występuje jakiś odpowiednik “zwiedzenia”, to oczywiste.

Masz typowo marksistowsko-leninowskie pojmowanie tematu wsparte totalną ignorancją w dziedzinie historii chrześcijaństwa. :) Pojęcie “zwiedzenia” pochodzi z literatury monastycznej IV wieku, stworzonej przez pierwszych mnichów, wcale nie po to by tłumaczyć czyjeś zachowania, ale w charakterze podręczników poruszania się po polu minowym życia duchowego, po to by nie dać się zwieść i wykryć zwiedzenie w sobie.

Co się tyczy inkwizycji, to, nie usprawiedliwiając owej instytucji, trzeba powiedzieć. popularna “wiedza” na jej temat pochodzi przeważnie z protestanckiej i masońskiej propagandy XVI-XVIII wieku, która do potęgi wyolbrzymiała jej znaczenie, zasięg i okrucieństwo. Jedynym krajem w katolickiej i protestanckiej Europie, gdzie nie było polowania na czarownice, była Hiszpania. Właśnie dzięki inkwizycji, która w zarodku stłumiła zbiorową histerię i spaliła łowców wiedźm, którzy przyszli z Francji. To jest fakt historyczny.

W Prawosławiu nawiasem mówiąc nigdy nie istniała.

Masz ty­po­wo mark­si­stow­sko-le­ni­now­skie poj­mo­wa­nie te­ma­tu wspar­te to­tal­ną igno­ran­cją w dzie­dzi­nie hi­sto­rii chrze­ści­jań­stwa. :)

 

Mogę się zre­wan­żo­wać: masz ty­po­wo mark­si­stow­sko-le­ni­now­ski spo­sób dys­ku­to­wa­nia. :)

 

Po­ję­cie “zwie­dze­nia” po­cho­dzi z li­te­ra­tu­ry mo­na­stycz­nej IV wieku (…)

 

Ale po­cho­dze­nie tego po­ję­cia jest mało istot­ne dla na­szej dys­ku­sji. Uży­łeś go dla wy­ka­za­nia, że ide­owy chrze­ści­ja­nin nie może czy­nić zła, a ja po­ka­za­łem, w jaki spo­sób ana­lo­gicz­ne po­ję­cia mogą słu­żyć do obro­ny do­wol­ne­go sys­te­mu idei.

 

Co się tyczy in­kwi­zy­cji (…)

 

Cóż, dla mnie tor­tu­ro­wa­nie i pa­le­nie ludzi na sto­sach jest czymś głę­bo­ko od­ra­ża­ją­cym, nie­za­leż­nie od tego ilu ludzi w ten spo­sób zgi­nę­ło i w ja­kich hi­sto­rycz­nych oko­licz­no­ściach to się stało. Nie chciał­bym żyć w świe­cie z in­kwi­zy­cją, nawet ła­god­ną. Ale zdaję sobie sprawę, że to wszyst­ko za­le­ży od po­zio­mu i ro­dza­ju mo­ral­nej wraż­li­wo­ści i dla kogoś in­ne­go nawet krwa­wa in­kwi­zy­cja hisz­pań­ska może być czymś do­pusz­czal­nym. Ro­zu­miem to, ale nie chcę, żeby lu­dzie tego po­kro­ju prze­ję­li kie­dy­kol­wiek wła­dzę w Pol­sce.

 

W Pra­wo­sła­wiu na­wia­sem mó­wiąc nigdy nie ist­nia­ła.

 

Ale też prze­śla­do­wa­no in­no­wier­ców albo heterodoksów. Nie je­stem zresz­tą pe­wien (bo czy­ta­łem to dość dawno temu), ale zdaje się Cyril Mango w swo­jej “Hi­sto­rii Bi­zan­cjum” wspo­mi­na o in­kwi­zy­cji za­pro­wa­dzo­nej za ce­sa­rza Alek­se­go I Kom­ne­na. Któ­ryś z ów­cze­snych bi­zan­tyj­skich po­etów miał się przed nią ukry­wać na dachu Hagia So­phia.

 

Wra­ca­jąc do te­ma­tu: fak­tem jest, że wy­znaw­cy roz­ma­itych idei mogą w imię tych idei czy­nić rze­czy uzna­wa­ne za zło. Mo­że­my teraz przy­jąć, że wszyst­kie te idee są jakoś ułom­ne albo od­wrot­nie – wszyst­kie one są dobre, tylko ułom­ny jest re­ali­zu­ją­cy je czło­wiek (za spra­wą “zwie­dze­nia”, “odej­ścia od isto­ty idei”, czy cze­go­kol­wiek in­ne­go). I to są o wiele cie­kaw­sze te­ma­ty niż za­kła­da­nie, że zło może po­cho­dzić wy­łącz­nie z ze­wnątrz danej wspól­no­ty ide­owej.

I to są o wiele ciekawsze tematy niż zakładanie, że zło może pochodzić wyłącznie z zewnątrz danej wspólnoty ideowej.

Tego nawet inkwizycja nie zakładała. Herezja zawsze powstaje wewnątrz wspólnoty. Komuniści mieli własnych heretyków – ukłonistów prawych i lewych, trockistów i innych istów. A teraz nas czeka inkwizycja w imię tolerancji i poprawności politycznej.

Tego nawet inkwizycja nie zakładała. Herezja zawsze powstaje wewnątrz wspólnoty (…)

 

Ale koncepcja oblężonej twierdzy zakłada, że w środku są ideowi katolicy lub komuniści i jeżeli cokolwiek zagraża realizacji ich idei, to zawsze są to ludzie nieideowi lub nie w pełni ideowi (na przykład niepojętne jeszcze, “lgnące” do księży dzieci, czy też mało rozgarnięci wierni, którzy naczytali się nieprawomyślnej literatury albo wraże środowiska, które samą swoją obecnością i niewłaściwym wyglądem sprowadzają ludzi prawomyślnych lecz niedoświadczonych na manowce). Nigdy w tej koncepcji źródłem zła nie może być więc ten zespół idei, który wyznają w pełni pojętni prawowierni.

 

A teraz nas czeka inkwizycja w imię tolerancji i poprawności politycznej.

 

Terror tolerancji to koncepcja wymyślona przez ludzi, którzy nienawidzą tolerancji, sami więc chętnie stworzyliby coś w rodzaju inkwizycji, aby ją zwalczać. A przecież to tolerancja sprawia, że ludzie o odmiennych poglądach mogą razem przejechać kilka nawet przystanków autobusem bez wywoływania publicznej awantury, więc co w niej złego?

 

A przy okazji: przyszło mi do głowy ogólne pojęcie, które moglibyśmy wykorzystać do obrony dowolnego systemu ideowego. Otóż każdy system ideowy jest dobry, tylko ludzka percepcja tych idei jest wadliwa.

 

 

Nie mam zamiaru bronić każdego systemu ideowego, jeśli jest tworem ludzi i może być z góry wadliwy.

Tolerancja to akceptowanie wolnej woli drugiego człowieka i absolutnie nic poza tym. Czyli nie rozwalam łba temu gościowi, bo wierzy w pierdoły, bo ma wolną wolę. Z tego nie wynika, że uważam, że to w co wierzy jest dobre i słuszne, ewentualnie percepcja jest wadliwa. A to jest już pomieszanie prawdy i kłamstwa, dobra i zła w mikserze do stanu postmodernistycznej papki.

Terror tolerancji kwitnie na Zachodzie na całego. Ludzi zwalnia się z pracy za noszenie krzyżyka, teraz w Wielkiej Brytanii ze szpitala zaczęli wyrzucać pacjentów za to, że komuś się nie podoba LGBT, to nie jest terror? Według mnie jest.

Na tym kończę swój udział w dyskusji. Mam nadzieję, że sprawiła radość autorowi powyższego dzieła, bo napisaliśmy kupę długich komentarzy ;)

Nie mam zamiaru bronić każdego systemu ideowego, jeśli jest tworem ludzi i może być z góry wadliwy.

 

Wszystkie systemy ideowe są tworem ludzi.

 

Tolerancja to akceptowanie wolnej woli drugiego człowieka i absolutnie nic poza tym. Czyli nie rozwalam łba temu gościowi, bo wierzy w pierdoły, bo ma wolną wolę.

To niezłe ujęcie.

 

Z tego nie wynika, że uważam, że to w co wierzy jest dobre i słuszne, ewentualnie percepcja jest wadliwa.

Też tak nie uważam. Pokazałem tylko, że Twój sposób obrony chrześcijaństwa nadawałby się także do obrony islamu, komunizmu i wielu innych systemów ideowych.

 

Terror tolerancji kwitnie na Zachodzie na całego. Ludzi zwalnia się z pracy za noszenie krzyżyka, teraz w Wielkiej Brytanii ze szpitala zaczęli wyrzucać pacjentów za to, że komuś się nie podoba LGBT, to nie jest terror? Według mnie jest.

To są tak zwane miejskie legendy, najczęściej niewiele mające wspólnego z prawdą.

 

Na tym kończę swój udział w dyskusji. Mam nadzieję, że sprawiła radość autorowi powyższego dzieła, bo napisaliśmy kupę długich komentarzy ;)

Widać, że dziełko okazało się inspirujące. ;)

Nie bardzo wiem, Mr.Wolfie, co miałeś nadzieje opowiedzieć, zwłaszcza że chyba zapomniałeś zmieścić w tekście jakieś wyjaśnienie, że o braku sensownego zakończenia nie wspomnę.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

gdyby nie po­stę­pu­ją­ce po nim w krót­kich od­stę­pach cza­so­wych na­stęp­ne… ―> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: …gdyby nie na­stę­pu­ją­ce po nim w krót­kim cza­sie kolejne

 

Trze­cie­go dnia mie­sią­ca miały miej­sca aż dwa nie­po­żą­da­ne eks­ce­sy. ―> Czy to na pewno były ekscesy?

Proponuję: Trze­cie­go dnia mie­sią­ca miały miej­sce aż dwa nie­po­żą­da­ne zdarzenia.

 

dwaj mo­car­nie uspo­so­bie­ni Prze­słu­chu­ją­cy… ―> Dziwnie to brzmi. Dlaczego wielka litera?

Może: …dwaj, wyglądający na silnych, przesłuchujący

 

szyb­ko za­bra­li się za wy­cią­ga­nie ze­znań… ―> …szyb­ko za­bra­li się do wy­cią­ga­nia ze­znań

 

niebo za­cią­gnę­ło czer­nią. ―> …niebo za­cią­gnę­ło się czer­nią.

 

– Nie­wia­sto, wiedz, że ten Świę­ty Ogień… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

– Za spra­wą tego Ognia… ―> Jak wyżej.

 

pa­trzył na scenę do sa­me­go końca i, mógł­by przy­siąść, że… ―> Zmęczyło go stanie i dlatego mógłby/ chciałby przysiąść?

A może miało być: …pa­trzył na scenę do sa­me­go końca i, mógł­by przy­siąc, że

 

dość bez­tro­sko prze­je­chał ręką po siwej ton­su­rze… ―> Tonsura to wygolone kółko na czubku głowy, a skoro wygolone, to bezwłose, więc tonsura nie może być siwa.

 

zie­lar­ka nie mogła zro­bić tych wszyst­kich rze­czy. ―> Raczej: …zie­lar­ka nie mogła przyczynić się do wszystkich wydarzeń.

 

Próż­no było nad­sta­wiać ucho za ra­do­snym śmie­chem. ―> Próż­no było na­sta­wiać ucha za ra­do­snym śmie­chem.

 

skie­ro­wał swe in­kwi­zy­tor­skie macki Al­brecht Men­sze. Swe tezy… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

za­miast słów wpar­cia kie­ro­wa­li w jego stro­nę zgni­łe po­mi­do­ry. ―> Skąd mieli pomidory?

Proponuję: …zamiast słów wsparcia, rzucali w jego stronę zgniłe jajka.

 

Cała tłusz­cza za­po­mnia­ła o łą­czą­cych z tym czło­wie­kiem re­la­cjach… ―> Cała tłusz­cza za­po­mnia­ła o łą­czą­cych z tym czło­wie­kiem re­la­cjach

 

Men­sze nie za­mknął na noc drzwi – za­go­to­wał się. ―> Kto się zagotował?

 

W izbie, prze­dzie­lo­nej po po­ło­wie pa­ra­wa­nem… ―> W izbie, prze­dzie­lo­nej w po­ło­wie pa­ra­wa­nem

 

roz­cho­dzi­ła się cięż­ka, nie­na­tu­ral­nie zło­wro­ga po­wło­ka czer­wo­na­we­go świa­tła do­cho­dzą­ce­go zza prze­gro­dy. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …snuła się dziwna, nie­na­tu­ral­nie zło­wro­ga poświata czer­wo­na­we­go świa­tła, do­cho­dzą­ce­go zza prze­gro­dy.

 

we­wnętrz­na siła i zwy­czaj­na cie­ka­wość zmu­si­ły go, by iść dalej. ―> …we­wnętrz­na siła i zwy­czaj­na cie­ka­wość zmu­si­ły go, by szedł dalej.

 

Jo­na­than po­czuł, jak upły­wa­ją z niego wszel­kie siły. ―> …Jo­na­than po­czuł, jak odpły­wa­ją z niego wszel­kie siły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nie porwało :(

Przynoszę radość :)

Mnie też nie rzuciło na kolana. Dużo stereotypów z bardzo złymi inkwizytorami. Mało oryginalnych elementów.

Czy gęsi jada się już w październiku?

Położona w Górnej Bawarii miejscowość Defschtubel, choć leżała w bliskości

Źle to wygląda.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka