- Opowiadanie: maciekzolnowski - Do Soli pójdę ja, do Soli

Do Soli pójdę ja, do Soli

Tym razem nie ma fantastyki, buu, ale za to jest felieton (reportaż podróżniczy?), który stara się pobudzić wyobraźnię (zdaje się głównie moją, ale mam nadzieję, że nie tylko). Gorące podziękowania dla Reg, za pomoc w usuwaniu baboli w jednej z wcześniejszych wersji tego tekstu. Wcale bym się jednak nie zdziwił, gdyby w miejsce starych pojawiły się nowe błędy niczym byczki pasące się na zielonej łączce. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Werwena

Oceny

Do Soli pójdę ja, do Soli

Szedłem raz z Adamem długą stromą dróżką pod górę. Już trzeci dzień z rzędu się tak wałęsaliśmy, dając upust zewowi letniej przygody. Wieś sielska żywiecka za nami, a my gdzieś na krańcu świata, na rozstaju, niewielkim granicznym trójstyku i poza uczęszczanymi szlakami.

Mijamy głęboki wąwóz gliniasty, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. Przed nami jedna wielka niewiadoma. I od razu też pojawia się pytanie, co znajduje się o, tam? Pewno jakiś groń: Słowików, Burów, Soblański. Ale my tego nie wiemy. To ma być niespodzianka, jak zresztą wszystko tutaj.

Skręcamy w lewo i zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów ponad poziom morza. Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki oraz odwodnione ciała wślizgują się w wieczny cień, co traktujemy jako błogosławieństwo. Poskręcane pnącza otuliny starego zagajnika tworzą tu coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach znajdują się bezkresne łąki i bezpańskie sady. Może tak właśnie wygląda Eden, może tak prezentuje się największy, najdzikszy i najbujniejszy ogród uprawiany przez Matkę Naturę, bez udziału człowieka i jego cywilizacji? Jeśli gdzieś jeszcze w Polsce znajduje się najprawdziwszy pogański pomnik przyrody, to z całą pewnością odnajdziemy go właśnie w Soli. Energia bijąca z trzewi tych ziem jest wprost magiczna. Wyobrażam sobie, że na Słowików przychodziły wiedźmy czynić i odczyniać uroki, że lgnęły do Gronia młode dziewice, by wywróżyć świetlaną przyszłość u boku kochanka, że pielgrzymowały doń stare babki w chustach na głowach i o laskach, by zmówić pacierz, ostatni albo jeden z ostatnich tuż przed śmiercią. Jeśli gdzieś kiedyś odbywały się zloty czarownic, to z całą pewnością właśnie tutaj, pośród tych nagich korzeni drzew i krzewów. Na Groniu czuje się obecność wielu różnych dusz, choć miejsce nie należy do nawiedzonych. Widać, że myśli ludzkie się na nim skupiają i wkoło niego kręcą.

Idziemy dalej, posuwamy się, płyniemy, żeglujemy na falach promieni, a w morzu traw. Żegnamy Słowików, a witamy Burów. Groń za groniem odchodzi, Groń za groniem przychodzi. Jakaś para tubylcza prosi, ażebyśmy im nie ruszali odstawionego na bok dróżki grzybka. Mówią, że go sobie rezerwują i że jak będą tędy wracali, to go na pewno capną, do domu zabiorą, ugotują albo usmażą. Żegnamy się, zdróweczka życząc, i znów idziemy, suniemy, wędrujemy.

Przed nami na prawo otwiera się zalana ostrym światłem polana – jakże typowy na tych ziemiach spłacheć pod wypas owiec, coś takiego, jak bieszczadzka połonina. Siadamy w słońcu tym naszym zakochani, choć pewno wolelibyśmy przycupnąć w cieniu. Robimy przerwę na posiłek. Krótką. Podziwiamy widoki. Kopki siana wetkniętego w ucięty i obrobiony kawał świerku – rolnicza sprawa. Wyglądają niczym tańcujące obertasa chochoły. Jest to tradycyjna ostew, zwana u nas na Śląsku Cieszyńskim łorstwią. Tylko patrzeć, jak spod ziemi wypełzną krasnoludki i małe rogate czarty. Ta pogańskość tutejsza nie jest wcale bezbożna ani nawet antychrześcijańska. Jest po prostu jakaś ultrapolska.

Na otwartych grądach czujemy się jak pielgrzymujący Karol Wojtyła za młodu, zwłaszcza, że znajduje się niedaleko krzyż oraz Szlak Papiesko-Loretański. Może cofniemy się w czasie i go spotkamy, tak znienacka? Co by to było, gdybyśmy na niego wpadli, porozmawiali z nim i razem wspólnie się pomodlili? Jaka by to była dla nas radość, a jaka nauka? A może przy okazji też nadzialibyśmy się na innego jeszcze wędrownego wieszcza albo filozofującego włóczykija? Ależby to było doświadczenie barwne natknąć się na postaci z legend, baśni i podań ludowych!

I znów mijamy głęboki wąwóz gliniasty, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. Skręcamy w lewo i ponownie zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów nad poziom morza. Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki wślizgują się teraz w wieczną mgłę, która znienacka nas otacza i zdaje się osaczać. Poskręcane pnącza otuliny starego zagajnika tworzą tu coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach znajdują się bezkresne łąki i bezpańskie sady, te same, które już raz dziś mijaliśmy. No nie! Czyżbyśmy się zapętlili? Czyżbyśmy się w czasie zagubili?

Ale oto przecieramy oczy, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. I świat się na powrót robi normalny, to znaczy nie tyle zwyczajny, co niesamowicie piękny i kolorowy.

No a teraz czas na jedzonko. Obiadek w cieniu drzew i krzewów oznacza towarzystwo dwóch, trzech os. Ich atak jest nagły, lecz nieszkodliwy. Ech, i pomyśleć, że zaczynało już być tak miluśko i tak beztrosko.

Burza na środku wzgórza, tam gdzie iglasty las murem z jednej strony stoi. Wczoraj, najdalej przedwczoraj musiało być tu bycze ognicho, bo nadal czuć ów charakterystyczny swąd. I oto przed Oźną gubimy drogę, ale na szczęście słyszymy znajomy hałas i, przeprawiając się przez kolczaste chaszcze, kierujemy się w stronę, skąd dochodzi jęk motorynki daleki. I już płyniemy, mkniemy, suniemy… jak te baranki po modrym niebie.

Adaś próbuje zrozumieć sens i tajemnice Drogi Krzyżowej. Niesporo mu idzie, albowiem reprezentuje umysł sceptyczny, wobec religii wrogo nastrojony. Jest mowa o jakimś szczycie z kapliczką, o tym, gdzie ów szczyt się znajduje i co to za kapliczka. Taki już jest ciekawski ten mój koleżka Adaś, że wszystko chce wiedzieć, każdy zakamarek i połać ziemi znać.

I teraz już prawie u podnóża, a na skraju lasu. Kolejna przerwa równa się kolejna stacja Drogi Krzyżowej Chrystusowej. Adaś idzie za potrzebą, ja daję odsapnąć nogom. Rozmyślam, bowiem czas to szczególny: Matki Boskiej Zielnej. Końcówka lata – tych kilka wyjątkowo upalnych dni, a wszystko dokoła bzyczy, chroboce i ćwierka. Pełnia sezonu. Jest to ta jego część, kiedy lato ma z górki. Ja się na tym znam, na tej dojrzałości sierpnia się znam. Mam z tej źrałości sierpnia wszystkie doktoraty i habilitacje porobione. I cóż więcej można powiedzieć, oprócz tego, że znalazłem się we właściwym miejscu o stosownym czasie. Ot, złoty czas na Złotym Groniu spędzony i więcej nic.

Wchodzimy teraz do Soli. Droga licha nas wita i mnóstwo starych chałup. W pełnej krasie wiejskie życie. Ech, piękne jest to życie, piękne jest!

***

Inny czas, inny raz. A ja znów wędruję, tym razem bez Adasia. O! Gospodarstwo agroturystyczne pod Oźną. Letnicy siedzą na ganeczku. Pozdrawiamy się. A dwa kroki niżej – strumyk z korytem na wodę dla bydlątek. Myję się, opłukuję z pyłu i kurzu. Chrzczę się, zmieniam wiarę na żywiecką, nawracam na dawną staropolską bakchiczność, słuchając w wyobraźni „Kaprysu Polskiego” Grażyny Bacewicz. Wyczuwam delikatną słowiańską nutę lat sześćdziesiątych – nie wiem, skąd się ona bierze – po trosze „Skaldów”, po trosze Artura Malawskiego.

***

Od tamtej pory zawsze powracam do Soli i obu Rycerek, nieważne, czy to deszcz, czy mgła opada. Magiczną datę wyznacza dzień Matki Boskiej Zielnej, ukazując koncyliacyjne podejście do tego, co organicznie lechickie. Polskie, choć zarazem: po części pogańskie, a po części chrześcijańskie. I tak to właśnie jest jak napisałem, tak to właśnie jest.

Koniec

Komentarze

Musiałam wygooglować, przyznam szczerze, czy miejsce jest prawdziwe, czy też stworzone na potrzeby felietonu. Pojechałabym tam, i to najlepiej teraz, natychmiast, tym bardziej, jeśli miałaby mi ta wycieczka przy okazji zafundować podróż w czasie do lata. Którego? A to już nie robi mi różnicy, tym bardziej, gdy patrzę na tę szarość za oknem. Może być więc do któregokolwiek.

 

Załatwiłeś mi właśnie wycieczkę, bo inaczej tego nie nazwę. Na początku czytania trochę kręciłam nosem, pojawiło się dużo nazw, których zwyczajnie nie znałam, potem jakoś cały klimat sprawił, że zupełnie przestało mi to przeszkadzać.

W płynny sposób opowiadasz nie tylko o miejscach i czasach, ale też o ideach – bo to trochę jest tekst również o chrześcijaństwie oraz pogaństwie, nie mylę się chyba? Wszystkie te wątki się u Ciebie przeplatają i to tak, że nie umiałabym narysować granicy. Przez moment nie rozumiałam, dlaczego określiłeś to felietonem, teraz chyba wiem.

Pewnie słychać, że tekst mi się podobał. Wskazałabym jakieś błędy, ale ich nie widzę, zrzucam winę na długi dzień i zostawiam wyłapywanie innym. Ewentualnie wrócę, jeśli coś mi się skojarzy, ale nie obiecuję. :)

 

Zostaw ten żyrandol.

Piszesz dość nietypowo – bardzo specyficzny styl, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, jednak w tym tekście dopatrzyłem się głównie opisów otoczenia i tylko tu pobudziło to moją wyobraźnię. Taki był cel ;D?

Znając życie pewnie coś przeoczyłem.

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

To są piękne nastrojowe opowieści, ale ta akurat ma jedną, podstawową dla mnie wadę – zdecydowany niedostatek fantastyki (poza tym, że jest fantastycznie napisana:).

Odwołania do potraktowanych wyłącznie historycznie folkloru i lokalnej mitologii to jednak za mało…

A szkoda. Bo naprawdę umiesz tworzyć klimat, nastrój i malować słowem – zresztą, nie pierwszy chyba raz to piszę.

pozdr.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Miejsce istnieje naprawdę i można je wskazać na mapie:

https://mapio.net/pic/p-97765892/

 

https://www.google.com/maps/place/%C5%81ysica/@49.4830353,19.0504725,15z/data=!4m13!1m7!3m6!1s0x4714376259e8d6b3:0xd6608e2e002b6fb2!2s34-370+Rycerka+Dolna,+Polska!3b1!8m2!3d49.477838!4d19.0609188!3m4!1s0x471439fbe51388e5:0x4ee304ff21ab558a!8m2!3d49.4830217!4d19.058412

 

Również istnieje naprawdę kolega Adaś z Krakowa, którego lubię i szanuję jak brata.

Maćku, kolejny raz przemierzasz swoją Krainę i kolejny raz sprawiasz, że chciałoby się tam być. Przemierzasz ścieżki, podziwiasz widoki, wspinasz się na szczyty, dostrzegasz to, co pewnie uszłoby uwadze innych, a z każdego słowa wyziera uczucie do tych wszystkich miejsc. A choć w Twoich opowieściach brakuje fantastyki, to pozostają one nieodmiennie magiczne. ;)

 

Cieszę się, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za ciepłe słowa oraz wyrozumiałość względem tekstu, który do fantastyki się nie zalicza. Mógłby się zaliczać, gdybym się nieco wysilił i wskrzesił JPII albo któregoś z rzeczonych wieszczów i dziadów wędrownych, wprowadził jakiś z nimi dialog. W szczególny sposób dziękuję Reg (tak, tak, wiem, że się już powtarzam).

@ Verus, możesz mi wierzyć, ja sam chętnie bym się tam przeniósł, i to najlepiej teraz, natychmiast. ;-)

@ NearDeath, niczego nie przeoczyłeś; gdyby nie moje lenistwo, dałoby się wyjść poza li tylko opis.

@ RRybaku, z Twoich ust usłyszeć, że potrafi się malować słowem i tworzyć klimat, to naprawdę wielki komplement. ;-)  

Macieju, nie przesadzaj, please, z tym przecenianiem mej skromnej kolejowej prozy. To się tutaj głównie pierzem mierzy. A o to niełatwo, oj niełatwo! ;D

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Nie przeceniam. No właśnie, to się pierzem mierzy. A kto tutaj ma złote piórko, bo przecież nie ja. ;-)

Złoto… Tu brąz się liczy!:). Powiem Ci, Macieju, że paradoksalnie o złoto łatwiej. Bo wynik jest zerojedynkowy. Tymczasem brąz to wynik skomplikowanej rywalizacji, i to wieloetapowej, w dodatku zaangażowanych w nią jest mnóstwo osób. I podpowiem Ci – chodzi o ten efekt WOW! U Ciebie, przy tak Schulzowskiej narracji opisowo-nastrojowej, naprawdę niewiele więcej trzeba, byś się do piórka przebił: Mocna wyobraźnią, a tej Ci nie brakuje,fantastyczna akcja, która uzupełnia "od wewnątrz" Twoją formę poetycką. Ta poezja opisu w piórkowym opku nie może być sama dla siebie. Ona musi być kmplementarna do tego, co w nią opatulasz. A tu człek widzi piękne opakowanie, przedziera się przez szynszyle, jedwabie, w końcu wykwintne koronki, już już ma nadzieję, a tam w środku jeno aromat perfum, nic więcej poza obietnicą, a… hmm… Konkretnej baby w środku nie ma, że się tak przyziemnie wyrażę:). 30-40 proc pracy nad opkiem więcej, zaledwie, i sam wystąpię o Piórko dla Ciebie:).​

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Cudowna wędrówka. W sam raz do poczytania, kiedy aura robi się zimowa, a długość nocy skłania do uznania Polski jednak za kraj Północy. :) Bardzo przyjemnie, bardzo zachęcająco do odwiedzenia opisywanych stron. Podoba mi się poetyckość tekstu. Pozdrawiam.

@ Bardzo Ci dziękuję, Rrybaku, za słowa, na które chyba jednak nie zasłużyłem, jeszcze nie, jeszcze długo, długo nie. Ale chciałbym, żeby tak właśnie było, po Schulzowsku i z przytupem, i z akcją, i żeby nie było w środku pusto. No cóż, trzeba się więcej starać, otworzyć na ludzi, rozmawiać z nimi, wypytywać o różne, nawet błahe sprawy, co nieco z tego sobie zapisywać, robić notatki. Człowiek musi wiedzieć, co i dla kogo pisze, musi mieć coś do przekazania (często to słyszę). Odłożę na zaś to opowiadanko, ale będę doń wracał. Niech sobie dojrzewa niczym wino.

30-40 proc pracy nad opkiem więcej, zaledwie, i sam wystąpię o Piórko dla Ciebie.

Takie słowa zobowiązuję do jeszcze większej pracy. Ciekawe, czy jak wiesz, że ktoś na ciebie liczy, to jest ci łatwiej, czy trudniej może? Dziękuję w każdym razie raz jeszcze! ;-)

 

 

@ Dzięki, Filipie, i za miłe słowa, i za odwiedziny. Masz rację, Polska to jednak kraj Północy, a zatem czasu na czytanie i pisanie mamy pod dostatkiem. 

Faktycznie, nie ma fantastyki, ale mogłaby być. Przecież z niemal każdym miejscem w górach – szczytem, polanką lub stawkiem – związana jest jakaś legenda albo zadziwiająca opowieść, o których wzmianki można by wpleść do tekstu takiego literackiego przewodnika. Wyszłoby wtedy coś w rodzaju “Fantastycznego Atlasu Polski” Pawła Dunin-Wąsowicza, tyle że w tym przypadku ograniczonego do gór. A tekst czytało się nieźle.

 

PS Przypomniałem sobie właśnie, że podobne krajoznawcze książki pisał Stanisław Pagaczewski, twórca przygód Baltazara Gąbki.

Dzięki, Marcinie, za dobre słowo. A wiesz, że szukałem czegoś w rodzaju przewodnika z legendami i niczego takiego nie znalazłem. Wstyd się przyznać, ale o “Fantastycznym Atlasie Polski” dowiedziałem się dopiero od Ciebie. Wdzięczny więc jestem, że o nim napomknąłeś. 

No jak nie ma fantastyki? Ja jakąś widziałam. Nic to, że może nic się nie wydarzyło, mnie satysfakcjonuje że mogło, bo uwierzyłam w tę możliwość podróży w czasie, w czarownice, czarty i krasnoludki. Zawsze jak jestem w takich miejscach, to wierzę :) 

Piękna wyprawa, dziękuję! Klikam, bo niezmiernie ładnie to napisałeś.

Bardzo dziękuję, Werweno, i za dostrzeżenie fantastyki, i za kliknięcie. Na razie niczego w tym “opku” nie ruszam. A niech sobie leżakuje i dojrzewa niczym winko. Może za miesiąc albo dwa doń powrócę, a wtedy już będę wiedział, co i czy w ogóle cokolwiek warto poprawić. :-)

Ciekawe, dlaczego nie przeczytałam wcześniej. Być może z powodu ostrzeżenia w przedmowie. No cóż, to prawda – nie widzę tu fantastyki. Fabuły też właściwie nie. A szkoda.

Babska logika rządzi!

A szkoda, mogłoby być fajnie. No nic, dzięki, Finkla, jeszcze pomyślę, w jaki sposób poprawić to opowiadanie, a raczej szkic-reportaż. 

Nowa Fantastyka