- Opowiadanie: Leon Luppe - Imię dla kundla

Imię dla kundla

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy II, rrybak

Oceny

Imię dla kundla

IMIĘ DLA KUNDLA

 

Z zapisków Aspnysa

 

Z dziecieństwa zapamiętałem sporo, acz nie wszystko. Pewnie to i lepiej. Na świat pisane mi było przyjść przeciskając się przez łono pewnej bogini. Później przy każdej okazji złośliwcy nie omieszkali się zaśmiać, że moje narodziny z przeciskaniem nie miały wiele wspólnego.

– Jakby nie ten wielki łeb, Gyzesse wyplułaby go z piczy na śpiocha.

Takie i podobne drwiny padały zwykle na mój widok zamiast powitań. Miotali je wszyscy. No prawie wszyscy, jasnym było, że członkowie Chwalebnej Ławy nie zaszczycą choćby mruknięciem pośledniego bożka, w dodatku chłystka. Nawet gdyby lędźwie któregoś z nich nawiedziła chuć nagła, pewnikiem wybrałby sobie ładniejszego chłopca. Znając z opowieści ich wyczyny, w myślach często dziękowałem matce, że nie przekazała mi swego powabu.

By dziękować jej osobiście, nie miałem specjalnie sposobności. Odkąd pomnę, większa część jej boskiego żywota upływała w pozycji horyzontalnej. Gdy zdarzało się, że odwiedzałem jej pałacyk, przeważnie zastawałem ją leżącą. Czasami samą i śpiącą, otoczoną pustymi flaszami po obrzydliwie słodkim winie, częściej w towarzystwie, na wpół przytomną, jęczącą pod którymś z nieśmiertelnych. Kilka razy – o zgrozo! – zdarzyło się, że polegiwał na niej jakiś z tych, których hodujemy. Wiele widziałem, ale to w sam raz wolałem rychło wyprzeć.

Nie znając ojca i nie mogąc liczyć na względy matki, z nudów chłonąłem wiedzę. Dla skorego do nauk młodego boga jej źródła stały otworem. Więcej niż gorliwie i bardziej, niżby nakazywał obyczaj, czerpałem nauki z Krynicy Sensów. Przeciwnie do zblazowanych bożków, na pewno lepiej urodzonych ode mnie, w lot stałem się faworytem szanowanego Hyppekona. Wśród znanych mi bóstw uchodził on za dziwadło, ale i autorytet.

Rektor Hyppekon z własnej woli przybrał postać zgrzybiałego starucha. Owszem, zdarzało się to i pozostałym bogom. Oni jednak dokonywali takich metamorfoz jedynie czasowo, chcąc dla własnych kaprysów zbrzydzić obcowanie płciowe młodym dziewicom, akolitkom ich kultów. Hyppekon był ponad to. Nie dbał o rozgłos i cześć wśród hodowlanych. Zresztą wśród bogów też nie. Może tak z raz na stulecie objawiał się w jednej z pięciu wzniesionych ku jego czci kaplic(…)

 

***

 

– Wchodząc w jakie miejsce, warto by rozeznać prawa, które nim władają. Choćby te najważniejsze – zauważył trzeźwo Małosolny. – Czy hołdować im? – zaśmiał się gburowato, czyli we właściwy dla siebie sposób. – Wszystkich to się nie da… ni przyswoić, ni przestrzegać.

– Cóż więc mam czynić? – zapytał nerwowo Paramuch.

– Staraniem się wykaż. Myśl. Mało mów i wiele słuchaj. A jeśli chodzi o detale, nie troskaj się nazbyt. Mnisi ci, chociaż dają pozór nie wiadomo jakich mędrków, już dawno pogubili to, co najpierwsze być winno. – Małosolny omiótł współczującym wzrokiem monstrualny klasztorny budynek. – Widzisz, chłopcze, oni pogubili ducha.

– Ale… jak to? Nie pojmuję ni w ząb! Ślęczą na tym bezludziu całe życie, z daleka od wszystkiego, czym może skusić świat. Przywdziewają cudaczne szaty, uczą się formuł w dawnych językach, hołubią księgi, z których co druga więcej warta, niż kilka wiosek razem. Gdzie, na bogów, trudniej zgubić ducha niż tu?

– W tym sęk, tutaj to jak igraszka. I żebyś się nie dziwował, gdy pomiarkujesz, że ten z twoich mistrzów, który najgłośniej opiewa cnotę ubóstwa, wieczorami, już samemu i cichcem przelicza monety. Takoż samo, zapalczywy piewca płciowej czystości, znany jest wszem jako lubieżnik, który najwięcej wsiowych dziewek wyobracał i to na takie podłe sposoby, że wybacz, ścisły opis zmilczę.

– To po kiego gada mam się pchać między takich opojów, liczykrupów i rozpasańców? – Paramuch niemal gotował się od środka. – Ja jedynie pragnę wyuczyć się fachu, żeby móc poślubić i utrzymać Malwę…

– O opojach nie wspominałem. – Ponownie roześmiał się Małosolny – Chociaż tak… prawdę rzekłeś! Za tymi murami to chlejus żłopa moczymordą pogania! Zresztą, na psa urok, pijacy to pół biedy przy niektórych takich, co miast chędożyć wieśniaczki upatrują sobie pacholaków. Rada na to jest jedna: sypiaj czujnie i zadem do ściany.

Paramuch nerwowo przełknął ślinę, a jego czoło zrosiło kilka kropel potu. Małosolny, widząc lęk u rozmówcy, podjął uspokajająco:

– No, ale takich na przeszło setkę jest raptem kilku, szybko się rozeznasz, który to, a który. Chwytaj wiedzę, póki choć okrawki jej tutaj ostały. Mnichów też się nie bój, są tacy sami, jako inni ludzie. Znaczy różni. Przebierają się w paradne fatałaszki, mawiają długo i zawile, ale każdy z nich jest podobny do mnie czy do ciebie. Kości i trzewia obleczone skórą, i to ukryte, nie wiedzieć gdzie, tchnienie bogów. No, dobra. Czasu żal. Przynajmniej mojego. Łap za kołatkę i dobijaj się do furty, póki nie zmierzcha!

 

***

 

O na świętych pięć sutków Gunaluwy! Toż to kula! Żywa kula sadła”. Paramuch stał jak wryty przed okrągłym niczym księżyc w pełni obliczem mnicha. Ten nie zaszczycił przybyłego nawet przelotnym spojrzeniem. Jedną dłonią wertował oprawioną w skórę księgę, drugą zaś podsuwał sobie do ust niedopieczony udziec.

– Siada, no! Niech siada – zapiszczał ponaglająco mnich, nie przerywając żadnej z wykonywanych czynności. Wysoki, drażniący tembr głosu, przywodzący na myśl bardziej podlotka, niż nobliwego kapłana dopełniał miary groteski.

Paramuch nie wybijając się z odrętwienia, odruchowo spełnił rozkaz tłuściocha. Ten wreszcie uniósł łeb znad księgi i otaksował przybyłego.

– Paramuch z Mrużalina, herbu Skrzydlata Studnia (…) pierworodny syn Puszka i Sitolicy, urodzony czterysta i osiem wiosen po Drugiej Słonej Krzywdzie, jedenastego dnia miesiąca (…) – czytał otyły człek, rytmicznie jak maszyna szczegóły z życiorysu przybysza. Wymieniwszy wszystkie sioła, które to oprócz Mrużalina miały przypaść Paramuchowi w spadku, kłapnął księgą tak zamaszyście, że przy okazji strącił z blatu sekretarzyka misę. Ta potoczyła się po dębowej podłodze i po krótkich, acz intensywnych podrygach rozpękła się na różnych rozmiarów skorupki.

– A, przydrożny pies ją trącał! – rzucił beztrosko grubas, chwytając w nalaną dłoń kielich, na dnie którego mieniły się jeszcze resztki rubinowego napitku. Zamachnął się widowiskowo i po chwili mozaika z fragmentów salatery wzbogaciła się o odłamki kolejnego naczynia. – Prawdę powiadam ci, Paramuchu! Cała wataha kundli, po ojcu przybłędzie i suczej maci wilczycy, jebała te nędzne fajanse, skoro bogowie zesłali nam do terminu syna tak znamienitego rodu.

– Nie uchodzi mi słuchać tych pochwał, panie. – Zażenowany Paramuch z trudem wydobył z siebie głos. – Wszak ród mój czczę wielce, a miejsce w mym sercu ma zaraz po bogach, jednako pamiętam, że to czyny mają za mnie przemawiać.

– O! I taki do czynu wyrywny – zaszczebiotał mnich, szczypiąc Paramucha w policzek. Lepkie od smalcu (i bogowie raczą wiedzieć od czego jeszcze!) paluchy zakonnika przyprawiły chłopaka o odruch wymiotny, który ten, siłą woli ledwie zdołał zdusić. – Ale rację masz, mój młody przyjacielu! Bogowie nie po próżnicy zostawili taki, a taki porządek świata, nasza rzecz go pielęgnować. – Ton wypowiadanych słów znienacka przeszedł z kpiarskiego w niepokojąco mentorski. – Jako twój wielki ród zaczął się gdzieś w mroku dziejów, tak godzi się byś i ty, dążąc ku świetności zaczął od mroku!

Paramuch nie rozumiał, co jego rozmówca miał na myśli. Pamiętając pouczenia Małosolnego, postanowił od tej pory solennie się ich trzymać.

Mało mów i wiele słuchaj – odbijało mu się w głowie, jakby echem, niestety chyba już poniewczasie.

Rad nierad uciekł w milczenie. By doprawić je nieco pokorą, powoli spuścił oczy. Następny ruch należał do silniejszego.

– Psiarnia, tak… Myślę, że zaczniesz od psiarni. – Słowa grubego brzmiały piskliwie i nie odsłaniały żadnych emocji.

Chłopak na pomoc z zakamarków pamięci przywołał formułkę, której skrzętnie wyuczył się, pozostając pod opieką Małosolnego.

– Niech melodia słów twoich losowi memu ulepi kształt!

– Niech ulepi, niech ulepi – przytaknął zakonnik, zanosząc się przy tym od donośnego śmiechu. Paramuchowi przeszło przez myśl, że po stokroć milej byłoby słuchać roztrojonej gęśli. – Czekaj no, poślę po brata Susa, zawiedzie cię na twe nowe włości.

 

***

 

Tu sypiał będziesz. – Przygarbiony chudzielec wskazał od niechcenia Paramuchowi barłóg w kącie ponurej, zagrzybionej i pozbawionej otworów okiennych izdebki. – Znaczy się, jak skończysz obrządek przy psach. Wcześniej ani się waż, bo posmakujesz Pana Cierpliwego.

Młodzieniec nie zdążył nawet pytająco spojrzeć na brata Susa, gdy ten wysunął zza pasa wiążącego szatę długi na ponad dwie stopy i szeroki jak męskie przedramię pozłacany pręt. Paramuch nie miał odwagi, by przyjrzeć mu się dokładniej, zauważył jednak, że artefakt ów połyskuje nie tylko dzięki złoceniu. Złowrogiego majestatu dopełniał wijący się niczym wąż rząd kanciasto oszlifowanych szafirów.

– Pan Cierpliwy wychował już niejedno pokolenie zakonnych psiarczyków. Co bystrzejszym nadto było go ujrzeć, głupsi często ciągali go w tany. – Brat Sus uśmiechnął się, odsłaniając wybrakowane uzębienie. – Zasady są proste: rób swoje, a poza to, co do ciebie należy, nosa nie wytykaj. Bogowie w swej niezgłębionej mądrości zrządzili, że tobie w udziale przypadło sprawować pieczę nad Lawiną. Lawina jest szczenna, za tydzień ma rozwiązanie. Żyjmy nadzieją, że będzie szczęśliwe. – Mnich ujął w garść Pana Cierpliwego i znacząco nim pomachał.

– Niech nasza nadzieja z wolą bogów w jedno zgodne się splecie – pospiesznie podjął Paramuch. – Pragnąłbym jednak, mistrzu, prosić cię o bliższe wskazówki. Jako żyję, nie dane mi było oglądać takiego psa.

– Pewno, że nie było ci dane. Gdzie tam wiejskim szlachciurom do prześwietnych, zakonnych sfor? – dworował sobie Sus. – Jednako za narzędzia wystarczą ci chęci najszczersze. Lawina, chociaż droższa od wszystkich twych wiosek i co tam jeszcze dobrego będąc dziedzicem na Mrużalinie otrzymasz, otóż Lawina w samej istocie jest jak każde inne bydlę. Potrzeba jej żreć, napić się i wyspać.

– I natenczas kontenta będzie?

Wyucz się szczekać, a sam jej zapytasz. Zważaj sumiennie, by nie żarła nic nadto, co ci bracia z rzeźni dla niej przyniosą. I choćby boska ladacznica Gyzesse zlazła w te progi i wszystkimi swymi otworami cię mamiła, nie waż się połasić nawet na kęs!

– Jakże to?! – uniósł się Paramuch. – Wybacz zuchwałość, panie, ale nawet morzony głodem tak bym się nie skalał! Nie wyniosłość, wszak, a litera prawa boskiego… – Tu zamilkł, bo mnich znacząco poklepał się po szacie w okolicy miejsca, gdzie tkwił Pan Cierpliwy.

– Li tylko moja to fantazja, czy przyjdzie ci wieczerzać z ludźmi, z psami, czy z rogacizną. A nauczać będziesz sztuczek pomiot Lawinowy, nie brata Susa bożych prawideł!

Chłopak westchnął w duchu, runął kolanami na klepisko i wyrzucił na jednym tchu:

– Niech melodia słów twoich losowi memu ulepi kształt!

 

***

 

– Zdaje się, najdroższy Aspnysie, że na dzisiaj już ci wystarczy. – Stary Hyppekon z hukiem zamknął książkę, obłożoną w ociekającą strumieniami wody okładkę.

Chociaż krople gęsto bryzgały na obydwu bogów, stronice – o dziwo – pozostawały suche. Aspnys, mimo wielogodzinnych studiów nad księgą u boku Hyppekona, zdawał się być ciągle zdumiony. Starzec, dostrzegłszy to, zaśmiał się.

– Kuglarstwo z tą okładką! Jarmarczne figle, ot co! A wiesz może na co to potrzebne?

Młody bóg zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

– Wnoszę, że to ma odwracać uwagę od tego, co zawiera. Żeby niepowołani, niegodni nie mogli jej przeczytać i objąć rozumem.

Hyppekon powoli pokiwał głową.

– Prawda to i nie prawda. To i to naraz.

Aspnys spojrzał na nauczyciela pytająco, łaknąc dalszych wyjaśnień. Był pewien, że je otrzyma, ale nie od razu i nie wprost. Dostojny Hyppekon zwykł dawkować wiedzę, tak jak medyk czyni to z lekarstwem.

– A cóż takiego ty sam, Aspnysie, zrozumiałeś z dzisiejszych czytań?

Serce bożka ogarnął wstyd. Pamiętał jednak, że z Hyppekonem można rozmawiać tylko szczerze.

– Niektóre pojedyncze wyrazy i tylko tyle – wykrztusił. – Żeby być najbliżej prawdy, powiem: nie zrozumiałem z niej nic.

Naraz sędziwa twarz boskiego profesora rozpromieniła się z mocą równą gwieździe. Bijący z niej blask stał się tak intensywny, że Aspnys, mimo swej nadprzyrodzonej natury, musiał zmrużyć oczy.

– Świetnie. Zatem zrozumiałeś wszystko. Wiesz już, że w „Cieknącej Księdze” nie ma nic godnego uwagi. Bełkot wierutny w dziwaczność przyobleczony.

– Na darmo więc ją spisali?

– Nie. Dla tych, co zrozumieją. Gdy rozeznasz źródło głupoty, zdobywasz potężny oręż.

– Czy zechcesz mi zdradzić, jak zaprząc go do walki, czcigodny Hyppekonie?

– Wystaw na pełnię światła i czekaj. Muchy znajdują zdrój w kloacznych dołach, a głupota wszelaka w głowach boskich i ludzkich po równej obfitości zasiana. Łaknie, więc bieży do swoich źródeł.

– Nie może być! – Zapalił się Aspnys. – Dziś rano widziałem, gdy stałeś, czytałeś i tłumaczyłeś jakieś zawiłości, a najświetniejsi z Chwalebnej Ławy siedzieli w kręgu niczym zaklęci. I nawet Rądru, pan i władca płonących gazowych sznurów, nie ważył się chrząknąć! Pyszna i wyniosła Jubuwima, ta sama, co jej głowę i łono porastają szczerozłote kłaki, spijała każde słowo, które opuściło twoje usta. Jak więc to?

– Właśnie tak. Głupcy lgną do głupoty łapczywie, krztuszą się nią. Nadstawiają jej uszy, nozdrza i zady, radzi, gdy ona raczy ich posiąść.

– Tako rzeczesz o Chwalebnej Ław… – Aspnys nie zdążył dopowiedzieć do końca. Hyppekon z wymownym uśmiechem przyłożył palec wskazujący do swoich warg.

– Nie wszystko potrzeba nazywać. Nie wprost.

Przez chwilę obydwaj stali naprzeciw siebie w milczeniu. Ciszę przerwał Aspnys.

– Daruj mi śmiałość, Hyppekonie, ale… – słowa z trudem przeciskały się bożkowi przez gardło – ale rzekłeś jeszcze u zarania naszych nauk, że dane mi będzie rozeznać, kim jest ten, który zgotował me poczęcie.

– I inaczej stać się nie może, choć gdy już się stanie, będziesz przeklinał ten dzień – ponuro zawyrokował profesor. – Dziś ci powiadam, wyklniesz, na czym świat stoi, godzinę wzbudzenia cię do żywota i naurągasz dniowi, w którym poznasz imię ojca.

– Zaliż taki on zły, winny zbrodni, występków jakich?

– Żadna jest jego wina. Całe jej brzemię twoją matkę po wsze czasy kala! – zagrzmiał Hyppekon. Jego krzyk sprawił, że rosnące nieopodal dęby powaliły się na ziemię. Z ich koron, jak na rozkaz, wyfrunęły gęste chmary ptactwa. Wrzeszcząc przeraźliwie, długo kołowały bogom ponad głowami. Staruch, widząc skutek swojego uniesienia, podjął tym razem spokojnie – Ludziom, czy jak to się wśród nam podobnych mawia: hodowlanym, ojciec twój był bliski i skory do pomocy. Był… przyjacielem – mówiąc, zdawał się ważyć każde słowo. – Tyle ci dzisiaj znać, bo tyle udźwignąć podołasz.

– Nic więcej?

– Nic. Pierwej, Aspnysie, trzeba ci zbadać koleje losu Paramucha, dziedzica na Mrużalinie. Z ludzi się wywodził, prawda to, ale bogom historie powyplatał. Posłuchaj…

 

***

 

Za wszystkie zwiastuny wypijem naraz, do dna!

Wieczne piętno wypalił nam przyrodni brat ognia

Struny szarpał do rytmu daleki krewny wichrów

W prastarej lutni zrobionej z drewna,

Drzewa znanego tylko z mitów

 

Złożona raptem z pięciu linijek obrzędowa pieśń prędko zapadła Paramuchowi w pamięć. Gdy legł ledwo żywy po całym dniu wypełnionym obowiązkami, w ciszy winszował sobie, że zdążył się jej nauczyć. Nazajutrz spodziewał się egzaminu. Był pewien, że komisja, w skład której na pewno wejdzie brat Sus, nie podaruje mu żadnego błędu, czy to w intonacji, czy w treści. Balansując na błogiej granicy jawy i snu, ocknął się nagle.

– Budźże się, Paramuchu! Chyżo! Lawina się szczeni. – Któryś z zakonnej czeladzi psiarczyków, o twarzy usianej bliznami po ospie, stał nad nim, bezlitośnie poklaskując.

– Też wynalazła sobie porę – burknął chłopak i przeciągle ziewnął.

– I tako rzekniesz bratu Susowi? – Złośliwie uśmiechnął się tamten.

Paramuch obrzucił ospowatego pogardliwym spojrzeniem, ale przełknął przekleństwo, które cisnęło mu się na usta.

Doigrasz się kiedy, lizodupie! – przemknęło mu jeszcze przez myśl, gdy truchtem podążał do kojca Lawiny.

Zwolnił nieco kroku, gdy dostrzegł legowisko swojej podopiecznej, a wokół niego kilka przycupniętych sylwetek. Niechybnie rozpoznał wśród obecnych zakonnego zielarza, smarującego brzuch Lawiny jakimś naparem. Dostrzegł też, że asystował mu czeladnik, ten sam, który przed chwilą go obudził.

W gronie zebranych zabrakło brata Susa. Paramuch odetchnął z ulgą, by zaraz poczuć jak krzepnie mu w żyłach krew, a czaszkę rozsadza tępy, pulsujący ból.

– Na zadatek jutrzejszej odpłaty, łachudro! – Chudy mnich wyłonił się jakby znikąd i zaczął okładać chłopaka na oślep swym osławionym rekwizytem. – Warować ci przy niej było!

– Panie, poniechaj!

– A zdechniesz pierwej!

Zdawało się, że furia zakonnika nie znajdzie kresu. Paramuch wśród otrzymywanych razów padł na klepisko. Resztką sił wołał o pomoc do wszystkich znanych sobie bogów. Wkrótce poddał walkę. Ostatnim okruchom jaźni pozwolił roztopić się w pustce.

Kilka kroków obok na świat przyszło siedem zdrowych szczeniąt.

 

***

 

– Każden bóg mnie świadkiem – zaklinał się brat Dyvnim, klasztorny medyk. – Znoiłem się, jako mogłem, by zachować go u żywota. Po próżnicy znać wszystko, kiedy wola bogów inna.

– Albo konował lebiega – rzucił któryś z mnichów, wzniecając między zgromadzonymi salwę chichotu.

Przewodzący naradzie omiótł salę karcącym wzrokiem.

– Zważajcie, bracia. Tu nie lupanar, nie szynk, a uświęcone miejsce. Zdradź nam, Dyvnimie, cóżeś podjął ku ocaleniu brata Susa.

– Wprzódy powróz, który kark mu opinał, przesiekłem, ująłem biedaczka w pół i ułożyłem plackiem na podłodze. Nie dychał, fizjonomię miał siną, a ciepławy był ledwo co. Na ostatek zbadałem, czy mu w żyłach jeszcze jucha tętni, ale ta też ustała.

– A skropiłeś mu skroń jakimi esencjami?

– Nalewką z gadzieliczki na okowicie, doprawioną pazurzym chwastem. – Dyvnim bezwiednie, ale z błogością oblizał wargi. – Co dzień, ledwie zaświta, wtykam flaszkę tego cudu za pazuchę.

– Lejąc naprzód ze dwie takie w gardziel – przedrzeźniał któryś z sali, tym razem naprawdę szeptem.

– Gadzieliczka na wiele przypadłości skuteczna, ale do granic natury. Nie ma mocy wskrzeszać, darmo truchło namaszczałem.

– Darmo, czy nie, w szlachetnym zamiarze. Rzeknij jeszcze, jako się zapatrujesz na ozdrowienie Paramucha.

– Ee, wyliże się, choć Sus udatnie pogruchotał mu gnaty. A na wieczystą pamiątkę naszego fratra prawym okiem będzie świat podziwiał. Lewego nie utrzymałem, wypłynęło…

– Niedobrze. Stary Puszko upomni się o synowską krzywdę.

– I cóż on władny? – włączył się w dysputę siedzący w narożniku sali brodaty mnich. – Wielkie mecyje, panisko na kilku wiochach!

– Prawda, Satukyłamie, są wśród szlachty znaczniejsi, ale o hardziej uwziętych daremno.

– Zatem przekupić trzeba – odparł tamten.

– Puszko z Mrużalina dumy kruszcem nie zrachuje.

– Wszak nie o złocie rozprawiam. – Satukyłam podniósł się i chytrze zatarł dłonie. – Niechby tak paniczyka obdarzyć szczenięciem z lawinowego miotu…

Zebrani, nie wyłączając mnicha, który im przewodził wybuchnęli gromkim śmiechem. Ten, gdy rechot wybrzmiał do cna, siląc się na powagę podjął:

– Lawina uległa kundlowi, więc mieszańce urodziła. Nie dziwota, a sucza rzecz. Brat nasz, Sus, nie upilnował jej jako należało, przeto wstydem wiedziony, szyję opatulił sznurem. Serce pęka, ale rozum obejmuje. Rzecz to ludzka, na wskroś…

– Troje zaś rzeczy Świętemu Klasztorowi. Nędza, głód i zguba! – potrząsając sakiewką, lamentował teatralnie brat-ekonom. – Od szczeniaków nieskalanej krwi, to i kijami kupców nie szło opędzić. A to barachło pokundlone…

– … zda się przednio na przebłaganie Paramucha – z pełnym spokojem wszedł mu w słowo Satukyłam. – Zmiarkujcie, czcigodni bracia, czyliż pobierał on gdzie nauki, jako psy czystej rasy klasztornej od inszych odróżnić?

Zgromadzonych ogarnęła nagła cisza. Większość, przystając od razu na ten pomysł, poczęła z aprobatą kiwać głowami. Kilku w milczeniu roztrząsało wszystkie za i przeciw, jednak z przeświadczeniem, że decyzja została powzięta.

– Niech melodia słów twoich losowi naszemu ulepi kształt! – przewodzący mnichom zwrócił się do Satukyłama, ostatecznie pieczętując wynik narady.

 

***

 

Najdroższy mój Przyjacielu!

 

Radością wiedziony, donieść Ci spieszę, że ducha w zakonie nie postradałem. Zrządzeniem bogów ostaję żyw, a choć poniosłem na zdrowiu niejaki uszczerbek – urazy do winowajcy nie chowam. Sprawca mej krzywdy ukarał się sam i niechaj już Hutanuj z asesorami swymi pobłażliwie go osądzą. Ciebie zaś o jedno upraszam – nie wspomnij o tych wypadkach memu ojcu! Klasztor mi za wszystkie straty po stokroć powetował, takoż dolewać frasunku na jego siwe skronie, tym więcej się nie godzi.

Blagą zgoła byłoby obstawać, że mnisi jeno uczynili mi zadość! Kapituła Świętego Klasztoru ze szczodrości bledszej ledwie według boskiej, obdarzyła mnie wybornym szczenięciem. Coby mnie tak Lustmosz w stęchłej ropie ze swych parchów wymazał, jeśli kiedy przedtem widziałem podobne stworzenie. Po Mrużalinie mnogo psów się pałęta, prawda to. Jedne wilczeją łażąc samopas, inne przy kmiecich obejściach w wierności stróżują. Albo i obydwa dorodne posokowce, te co je ojciec od kniazia w kości wygrał. Wszystkie z psiego rodu, a różne takie… Nic jednak każdy pies z osobna, nic nawet cała psia zbieranina przy moim Jaspisie. Bo trzeba Ci wiedzieć, Jaspisem go nazwałem.

Pokładam wiarę, że i Ty poznawszy liczne jego walory, poczujesz doń afekt. Niemożebnym jest, by miało być inaczej.

Najważniejsze spisałem, a że jeszcze cokolwiek niedomagam, resztę opowiem Ci w cztery oczy. Oby bogowie dali rychło skrzyżować nam ścieżki. Tymczasem pozostawaj w zdrowiu. Miej baczenie na Malwę i ucałuj ją serdecznie!

 

Twój Paramuch

 

– Słyszałeś przeto? – Zaśmiała się czarnowłosa piękność, mnąc w drobnych dłoniach dopiero co odczytany list. – Całuj mnie, jako Paramuch ci nakazał!

Małosolny łypnął na nią lekceważąco.

– Nakazał, powiadasz?! Jego pies mu winny posłuch, nie ja - rzucił pogardliwie, ale cmoknął dziewczynę w policzek. Ledwie zdołał ją musnąć, ta kokieteryjnie odskoczyła od niego, lądując miękko na przeciwległym skraju łoża.

– A może ja ni jemu, ni tobie pisana? – droczyła się Malwa.

– A może mordę zawrzesz? Tęższe mam teraz zgryzoty.

Dziewczyna prychając zakryła nagie piersi kaszmirowym szalem. W swoim niespełna dwudziestoletnim życiu nie przywykła do takiego traktowania. Adoratorów miała na pęczki, pochlebców na jedno skinienie. Grubiańskie odzywki kochanka do żywego ubodły jej dumę.

– Snadź boskie skaranie dla szlachetnie urodzonej, co to ją zamroczy i pod chamem legnie – cedziła przez zaciśnięte zęby. Jedną ręką zbierała porozrzucaną bezładnie garderobę, drugą wygrażała Małosolnemu.

Ten na końcu języka miał już stosowną ripostę, ale wszystkimi siłami starał się opanować.

Nie nosił świat chłopa z tak mocarną gębą, coby babę przegadał – przypomniał sobie porzekadło ojca, nieco się uspakajając. Zdążył jeszcze zaczerpnąć haust powietrza, kiedy nagle otworzyły się drzwi. Do komnaty wtargnął szczeniak i radośnie pomerdując ogonem, zaczął obszczekiwać wszystkie napotkane przedmioty. Buszował tak dobrą chwilę, by wreszcie u wezgłowia łoża wywęszyć i pochwycić w pysk zabarwioną szkarłatem część bielizny.

Gdy Malwa spostrzegła, że pies szarga jej najbardziej osobisty przyodziewek, jęknęła przeciągle. Niemal natychmiast zajęczała po raz drugi, kiedy spojrzała w kierunku otwartych na oścież drzwi. U ich progu stał Paramuch.

 

***

 

Zasadniczo w budynku Wydziału Humanistycznego obowiązywał ścisły zakaz palenia. Od każdej reguły bywają jednak odstępstwa. Taki, co prawda nieoficjalny wyjątek poczyniono wobec pomieszczeń katedry, w której niepodzielne rządy sprawował profesor Chleboń.

Na osobiste polecenie dziekana, poparte od ręki zgodą kierownika administracyjnego, w pokojach przynależnych jednej z katedr czujniki dymu zostały wyłączone. Tkwiły w narożnikach ścian i na sufitach, ale ich rola ograniczyła się do zbieranina kurzu.

Chleboniowi nie sposób było odmówić. Dorobkiem naukowym mógłby obdzielić kolegów z całego wydziału. Gdyby zechciał, przebierałby w ofertach uniwersytetów. Nie tylko krajowych.

Na seminarzystów dobierał studentów według sobie tylko znanego klucza. Tajemnicą poliszynela było, że najważniejsze kryterium selekcji Chlebonia to ponadprzeciętna odporność na tytoniowy dym.

– Panie profesorze! – zaskrzeczała nagle sucha studentka o aparycji kujonki – co się stało dalej?

– „Stało się”, panno Ilono, to proszę uważać, trochę za dużo powiedziane. – Naukowiec głęboko zaciągnął się papierosem i przez dłuższy moment wstrzymywał oddech. – Musimy pamiętać, że cały czas operujemy na płaszczyźnie mitu, a to z kolei obliguje nas, jako badaczy do trzymania się pewnej perspektywy.

Gdy profesor wypuścił resztki dymu, dostrzegł, że studentka się zarumieniła.

– Ufam jednak, że pani się jej trzyma i poczyniła jedynie pewien myślowy skrót…

Lekko skołowana dziewczyna skwapliwie przytaknęła, a Chleboń kontynuował:

– Otóż w odniesieniu do materiału źródłowego, gdyż tylko w ten sposób możemy rozpatrywać tę legendę, im dalej, tym trudniej o rzetelną rekonstrukcję. Dotarłem do kilku źródeł, w zasadzie zgodnych i komplementarnych wobec siebie. Szkopuł w tym, że części wydarzeń w nich nie ujęto. Co do szczegółów chronologicznego przebiegu akcji jesteśmy poniekąd skazani na domysły.

– Ale czy w świetle dotychczasowych pańskich badań można odtworzyć najbardziej wiarygodny dalszy ciąg? – wypalił sprawiający wrażenie cwaniaka pucułowaty student w okularach.

– Tak. Myślę, że tak. Co prawda opisy diametralnie różnią się w detalach. W meritum zaś wszystkie znane mi materiały źródłowe są zgodne. Paramuch zabił Malwę i Małosolnego. Po dokonaniu zbrodni na wiarołomnej narzeczonej i zdradzieckim przyjacielu, pogrążył się w obłędzie. Posłuchajcie, państwo…

Profesor na przemian odczytywał i objaśniał zapiski z kserokopii kilku niezwykle rzadkich kronik. Wśród odgłosu szeleszczących kartek gabinet spowiły gęste kłęby siwego dymu.

 

***

 

Ludzie na ucztach bogów to nader rzadcy goście. Zdarza się jednak, że nieśmiertelnym przyjdzie kaprys by dopuścić do swego grona któregoś z maluczkich. Pozorny to splendor. Taki wybraniec pobłaznuje ku uciesze potężniejszych od siebie, żeby nim się obejrzy wrócić do swoich i już na zawsze nosić piętno szaleńca. Choć bywało i tak, że biesiadujący z bogami nie powracał w ogóle.

– Napełnij mój róg winem, Paramuchu! – zawołała ze swadą bogini, której twarz okalała burza złotych loków. – Żwawiej, no, bo wyschnę jako ten wiór! – ponaglała chichocząc.

Paramuch w milczeniu podniósł się znad stołu i spełnił jej żądanie. Wracając na swoje miejsce, co róż napotykał na spojrzenia siedzących bóstw. Większość łypało nań z wyższością, kilkoro z pewnym zaciekawieniem.

– Miarkuj się, Jubuwimo! – cichym, acz stanowczym tonem napomniał złotowłosą niebywale szpetny bóg. – Trunków ci u nas więcej niźli dostatnio, ale pijaństwem chwały sobie nie zaskarbiasz.

– Cóż ci do tego, Lustmoszu, jako ja się zabawić umyśliłam?! – syknęła, złowieszczo przymrużając powieki. – Idźże lepiej poużywaj, póty Gyzesse leży zmroczona.

Nadprzyrodzone towarzystwo ogarnęła powszechna wesołość. Niewybredne drwiny z odpychającego wyglądu Lustmosza i rozwiązłości Gyzesse stanowiły stały punkt w programie każdej z boskich uczt.

– Pierwej niechaj sprawdzi, czy już poprzedni amant zdążył z niej zleźć – zaśmiewając się, doradził któryś bożek.

– Słusznie! Ze wszech miar słusznie! – podjęła Jubuwima klasnąwszy z zapałem w dłonie. – Paramuchu! Pójdź no za Lustmoszem. Zdarzy się pomyślnie, to i ty zakosztujesz wdzięków boginki.

– Nie nazbyt sobie folgujesz? – wstając skrzywił się Lustmosz. – Wiadomo wszak, ona pierwsza pijanica, jednako z boskiego rodu. Sromota i zgorszenie żeby tak… nieśmiertelna z hodowlanym!

– Nie raz pierwszy i nie ostatni – ucięła i opróżniła swój róg do dna. – A jeśliś nie ufny w swe męskie przymioty, dolej mi wina i puszczaj przodem Paramucha.

Ucztujący chóralnym okrzykiem poparli Jubuwimę. Wyraźnie zrezygnowany Lustmosz wstał od stołu i gestem przywołał Paramucha. Tamten podniósł się i obojętnie podążył za nim.

– Ja pierwszy do niej zajdę, ty zaraz po mnie – Lustmosz instruował chłopaka, gdy kroczyli ramię w ramię w stronę pałacyku Gyzesse. Drogi dzielącej go od miejsca biesiady nie sposób było określić mianem długiej lub krótkiej. Podobnie jak wszystko w świecie bogów, wymykała się ludzkim pojęciom i miarom. Co najlepsze – zawsze idealnie dopasowywała się do zdarzeń, dla których stanowiła scenerię.

– Niech melodia słów twoich losowi memu ulepi kształt – bez krztyny emocji wydukał Paramuch. Jego boski towarzysz przystanął i spojrzał mu w twarz. Nie wyczytał z niej wiele. Wargi młodzieńca zastygły w zwartym grymasie. Miejsce po lewym oku przysłaniał skrawek brudnej szmaty, za to prawe ziejąc szaleństwem patrzyło gdzieś w dal.

Szpetny bożek współczująco westchnął i wyruszyli dalej. Na horyzoncie majaczyły już kryształowe wieżyczki posiadłości Gyzesse. Minęli miejsce, gdzie ścieżka przechodziła w dukt, który u swego końca stykał się z malachitową bramą.

Lustmosz, widząc jej masywne kolumny, uśmiechnął się i zdawszy sobie sprawę, jak blisko jest cel, z lubością przymknął powieki. Zaraz je otworzył i dostrzegł, że od strony pałacu coś do nich biegnie, wzniecając przy tym tumany kurzu.

– Jaspis! – wykrzyknął Paramuch i pędem wyrwał naprzód.

 

***

 

– (…)

– To dzisiaj, Hyppekonie? – mimo wysiłków Aspnysa, jego głos łamał się i drżał.

– Tak. To musi stać się dzisiaj. Usiądź, nim się dowiesz.

– W tak ważkiej godzinie plwam na wygody! – Obruszył się Aspnys. – Mów! Kim on był?

– Zapisano to w twym imieniu. Rozdziel je na poły i odczytaj wspak…

– (…)

 

Lublin, 20 XI 2019

Koniec

Komentarze

Nie przepadam za takim językiem, ale przebrnęłam nie męcząc się wielce. Zaciekawił mnie już sam wstęp, dobrze napisany, obrazowo. Historia sama w sobie nie jest szczególnie porywająca, ale coś w niej jednak być musi, bo czytałam z zainteresowaniem. Dobrze wykreowałeś bohaterów i świat. Jedynie ten fragment z profesorem i studentami, moim zdaniem, nie wnosi do tekstu zbyt wiele, trochę wybił mnie z rytmu. Zakończenie dobre!

Polecam tekst w bibliotecznym wątku.

@ SaraWinter

 

Dziękuję Ci za poświęcony czas. Od strony fabuły opowiadanie rzeczywiście trąci banałem, nie wypieram się. Przyjaźń, miłość, zdrada to zjawiska występujące w większości uniwersów, zmieniają się jedynie dekoracje.

Co do fragmentu dziejącego się współcześnie – w założeniu miał on stanowić miejsce, w którym czytelnik odetchnie od tych wszystkich “zaliż”, “snadź” czy “pomiarkuj”. Ponadto, zdecydowałem się na ten zabieg, by ująć opowiadaniu nieco z dosłowności. Zamierzyłem sobie, że czytelnicy będą snuć domysły, co się działo z Paramuchem w tak zwanym międzyczasie. Szczegółowy przebieg mordu na Małosolnym i Malwie, również pragnąłem pozostawić fantazji odbiorców.

Później, przy każdej okazji złośliwcy nie omieszkali się zaśmiać

Bez przecinka.

 

Gyzesse wypluła by go z piczy na śpiocha

“By” z osobowymi formami czasowników pisze się razem.

 

– Jakby nie ten wielki łeb, Gyzesse wypluła by go z piczy na śpiocha – takie i podobne drwiny padały zwykle na mój widok zamiast powitań.

Coś tu trzeba zmienić. Albo nie traktujesz tego jako dialogu – wtedy należy usunąć pierwszy myślnik i będzie git. Albo traktujesz to jako dialog, i wtedy wszystko co masz po drugim myślniku należy przenieść do nowego akapitu.

 

Nawet, gdyby lędźwie któregoś z nich nawiedziła chuć nagła

Bez przecinka.

 

w myślach często dziękczyniłem matce

W myślach z definicji nie można dziękczynić.

 

na wpół przytomną

 

Wiele widziałem, ale to w sam raz wolałem rychło wyprzeć.

To wyrażenie zupełnie nie ma sensu w tym miejscu.

 

Dla skorego do nauk młodego boga, jej źródła stały otworem.

Bez przecinka.

 

Więcej niż gorliwie i bardziej, niżby nakazywał obyczaj, czerpałem nauki z Krynicy Sensów pełnymi garściami.

Powtarzasz wyrażenia o tym samym znaczeniu.

 

Wśród znanych mi bóstw, uchodził on za dziwadło

Bez przecinka.

 

Hyppekon był ponadto.

Aua. “Ponad to”.

 

Zresztą wśród bogów, też nie.

Bez przecinka.

 

Może tak z raz na stulecie objawiał się w jednej z pięciu wzniesionych ku jego czci kaplic(…)

 

Choćby te najważniejsze – trzeźwo zauważył Małosolny.

Błędny szyk zdania – “zauważył trzeźwo”.

 

Wszystkich to się nie da… Ni przyswoić, ni przestrzegać.

Wielokropek zastępuje tutaj przecinek, wiec zacznij po nim małą literą.

 

chociaż dają pozór nie wiadomo jakich mędrków

Razem.

 

dawno pogubili to, co najpierwsze być winno(+.) – Małosolny omiótł współczującym wzrokiem monstrualny, klasztorny budynek.

 

monstrualny, klasztorny budynek.

Bez przecinka.

 

Ślęczą na tym bezludziu całe życie

Frazeologia – ślęczy się nad czymś.

 

Gdzie, na bogów(+,) trudniej zgubić ducha niż tu?

 

zapalczywy piewca płciowej czystości, znany jest wszem jako lubieżnik

Bez przecinka.

 

i to na takie podłe sposoby, że – wybacz – ścisły opis zmilczę.

Używanie myślników zamiast przecinków w kwestii dialogowej utrudnia zrozumienie tekstu czytelnikowi, który spodziewa się komentarza dialogowego.

 

chociaż tak… Prawdę rzekłeś!

Ponownie, mała litera.

 

takich, co miast chędożyć wieśniaczki(+,) upatrują sobie pacholaków.

 

Paramuch nerwowo przełknął ślinę, a jego czoło zrosiło kilka kropel potu. Małosolny, widząc lęk u rozmówcy, podjął uspokajająco – No, ale takich na przeszło setkę jest raptem kilku

Akapity z dialogiem musi otwierać wypowiedź, tu powinno wyglądać to w ten sposób:

Paramuch nerwowo przełknął ślinę, a jego czoło zrosiło kilka kropel potu. Małosolny, widząc lęk u rozmówcy, podjął uspokajająco:

– No, ale takich na przeszło setkę jest raptem kilku

 

każdy z nich jest podobny do mnie, czy do ciebie.

Bez przecinka.

 

Kości i trzewia obleczone skórą(+,)te to ukryte, nie wiedzieć gdzie – tchnienie bogów.

Primo, przed kolejnym wystąpieniem tego samego spójnika – przecinek. Secundo, wtrącenia musisz oddzielać konsekwentnie tak samo z obu stron. Zdecyduj się – albo myślniki, albo przecinki. Przy czym, ponieważ jest to wypowiedź w dialogu, zdecydowanie lepsze będą przecinki.

 

podsuwał sobie do ust niedopieczony, krwisty udziec.

“Niedopieczony” i “krwisty” mają to samo znaczenie w stosunku do mięsa.

 

Wysoki, drażniący tembr głosu, przywodzący na myśl bardziej podlotka, niż nobliwego kapłana dopełniał miary groteski.

Przecinek w złym miejscu. Nie powinno go być przed “niż”, za to powinien być przed “dopełniał”.

 

Paramuch(+,) nie wybijając się z odrętwienia, odruchowo spełnił rozkaz tłuściocha.

 

– Paramuch z Mrużalina, herbu Skrzydlata Studnia (…) pierworodny syn Puszka i Sitolicy, urodzony czterysta i osiem wiosen po Drugiej Słonej Krzywdzie, jedenastego dnia miesiąca (…)

Ciekawy jestem, w jaki sposób mnich czytał “(…)”. A jeśli masz na to odpowiedź, to właśnie tak to powinieneś zapisać w tekście.

 

jedenastego dnia miesiąca (…) – otyły człek, rytmicznie jak maszyna czytał szczegóły z życiorysu przybysza.

Błędny szyk zdania, skoro “czytał” (na głos), to czasownik powinien być pierwszym wyrazem – szyk przestawny.

 

Cała wataha kundli, po ojcu przybłędzie i suczej maci wilczycy(+,) jebała te nędzne fajanse

 

– Nie uchodzi mi słuchać tych pochwał, panie – zażenowany Paramuch z trudem wydobył z siebie głos.

Kropka, wielka litera.

 

Lepkie od smalcu (i bogowie raczą wiedzieć od czego jeszcze!)

 

który ten, siłą woli ledwie zdołał zdusić.

Bez przecinka.

 

Bogowie nie po próżnicy zostawili taki, a taki porządek świata

Bez przecinka.

 

nasza rzecz go pielęgnować – ton wypowiadanych słów znienacka przeszedł z kpiarskiego w niepokojąco mentorski.

Kropka, wielka litera.

 

Jako że twój wielki ród zaczął się gdzieś w mroku dziejów, tak godzi się(+,) byś i ty, dążąc ku świetności(+,) zaczął od mroku!

 

Paramuch nie rozumiał, co jego rozmówca miał na myśli. Mając w pamięci świeże pouczenia Małosolnego

Powtórzenie.

 

Rad-nierad uciekł się w milczenie.

 

po stokroć milej byłoby słuchać rozstrojonej gęśli

 

– Tu sypiał będziesz – przygarbiony chudzielec wskazał od niechcenia Paramuchowi barłóg w kącie ponurej, zagrzybiałej i pozbawionej otworów okiennych izdebki.

Kropka, wielka litera.

 

głupsi często ciągali go w tany – brat Sus uśmiechnął się, odsłaniając wybrakowane uzębienie.

To samo.

 

Zasady są proste: rób swoje, a poza to(+,) co do ciebie należy(+,) nosa nie wytykaj.

 

Żyjmy nadzieją, że będzie szczęśliwe – mnich ujął w garść Pana Cierpliwego i znacząco nim pomachał.

I znowu.

 

– Niech nasza nadzieja z wolą bogów w jedno zgodne się splecie – pospiesznie podjął Paramuch.

Błędny szyk zdania. “Podjął pospiesznie Paramuch”.

 

Nie wyniosłość, wszak, a litera prawa boskiego… – tu zamilkł,

Wielka litera.

 

Chłopak westchnął w duchu, runął kolanami na klepisko i wycedził na jednym tchu – Niech melodia słów twoich losowi memu ulepi kształt!

Ponownie, kwestia dialogowa musi otwierać akapit.

 

 

W tym miejscu na razie się zatrzymam, ponieważ twoje opowiadanie jest dłuższe, niż się spodziewałem. Wrócę, oczywiście, w najbliższym czasie, tylko rozłożę sobie lekturę na dwa, trzy dni.

Jak na razie dwie główne rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, to że masz problem z przecinkami i z poprawnym zapisem dialogów. Wszystkich zasad interpunkcji co prawda raz dwa się nie nauczysz (choć oczywiście stopniowo powinieneś), ale samo poprawne zapisywanie dialogów to pestka. Nawet tu, na forum, znajdziesz odpowiednie zasoby. W związku z tym nie będę już w dalszej części poprawiał błędów związanych z poprawnym zapisem dialogów. Błędów spoza tych dwóch kategorii nie ma dużo.

ironiczny podpis

@Issander

 

Przyznaję bez bicia, moja interpunkcja leży i kwiczy. Braki w tej dziedzinie postaram się szybko nadrobić. Twoje wskazówki dotyczące dialogów zacząłem już wdrażać, w ciągu następnych dni będę przeglądał i poprawiał tekst pod tym kątem, aż do pożądanego skutku. Poprawki błędów, które mi wskazałeś (i analogicznych, które udało mi się wychwycić), naniosłem dzisiaj. Jestem wdzięczny za rady, oczekuję następnych.

No cóż, osobliwe to opowiadanie, bo mimo że napisane w sposób dość męczący, potrafiło zaciekawić. I choć początkowo nie bardzo wiedziałam, o czym czytam, albowiem nie od razu cała rzecz zdała mi się jasna, finał sprawę wyjaśnił i wszystko podwiązało się w logiczną całość.

Fragment traktujący o zajęciach na współczesnej uczelni nieco wybił mnie z rytmu, ale nie na tyle, aby w znaczący sposób przeszkodzić w lekturze.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, że niebawem poprawisz warsztat i Twoje opowiadanie będą się prezentować znacznie lepiej.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Z dzie­cieństwa za­pa­mię­ta­łem sporo―> Czy to literówka, czy celowy zapis?

 

Mnisi ci, cho­ciaż dają pozór nie­wia­do­mo ja­kich mę­dr­ków… ―> Mnisi ci, cho­ciaż dają pozór nie wia­do­mo ja­kich mę­dr­ków

 

„O na świę­te pięć sut­ków Gu­na­lu­wy! ―> „O na świę­tych pięć sut­ków Gu­na­lu­wy!

 

strą­cił z blatu se­kre­ta­rzy­ka por­ce­la­no­wą misę. Ta po­to­czy­ła się po dę­bo­wej pod­ło­dze i po krót­kich, acz in­ten­syw­nych po­dry­gach roz­pę­kła się na róż­nych roz­mia­rów sko­rup­ki. ―> Obawiam się, że porcelana rozbiłaby by się zaraz po zderzeniu z podłogą i wcale by nie podrygiwała.

 

 

„Mało mów i wiele słu­chaj” ―> Albo kursywa, albo cudzysłów.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Rad-nie­rad uciekł w mil­cze­nie. ―> Rad nie­rad uciekł w mil­cze­nie.

 

w kącie po­nu­rej, za­grzy­bia­łej i po­zba­wio­nej… ―> .…w kącie po­nu­rej, zagrzybionej i po­zba­wio­nej

 

Wyucz się szcze­kać, a sam jej za­py­tasz. ―> Wyucz się szcze­kać, a sam za­py­tasz.

 

A na­uczać bę­dziesz sztu­czek po­miot la­wi­no­wy… ―> A na­uczać bę­dziesz sztu­czek po­miot La­wi­no­wy

 

chłopak runął ko­la­na­mi na kle­pi­sko i wy­ce­dził na jed­nym tchu: ―> Wycedzić, to powiedzieć coś powoli i dość niechętnie; na jednym tchu/ jednym tchem, to powiedzieć/ zrobić coś bardzo szybko, od razu.

Skoro więc chłopak słowa wycedził, to nie mógł tego zrobić na jednym tchu.

 

– Zdaje się, naj­droż­szy Asp­ny­sie, że na dzi­siaj już ci wy­star­czy. – Stary Hyp­pe­kon z hu­kiem za­mknął książ­kę, ob­ło­żo­ną w ocie­ka­ją­cą stru­mie­nia­mi wody okład­kę. Cho­ciaż kro­ple gęsto bry­zga­ły na oby­dwu bogów, stro­ni­ce – o dziwo – po­zo­sta­wa­ły suche. Asp­nys, mimo wie­lo­go­dzin­nych stu­diów nad księ­gą u boku Hyp­pe­ko­na zda­wał się być cią­gle zdu­mio­ny. Sta­rzec do­strze­gł­szy to za­śmiał się. ―> Narracji nie zapisujemy razem z didaskaliami. Winno być:

– Zdaje się, naj­droż­szy Asp­ny­sie, że na dzi­siaj już ci wy­star­czy. – Stary Hyp­pe­kon z hu­kiem za­mknął książ­kę, ob­ło­żo­ną w ocie­ka­ją­cą stru­mie­nia­mi wody okład­kę.

Cho­ciaż kro­ple gęsto bry­zga­ły na oby­dwu bogów, stro­ni­ce – o dziwo – po­zo­sta­wa­ły suche. Asp­nys, mimo wie­lo­go­dzin­nych stu­diów nad księ­gą u boku Hyp­pe­ko­na zda­wał się być cią­gle zdu­mio­ny. Sta­rzec do­strze­gł­szy to za­śmiał się.

 

Beł­kot wie­rut­ny, a dzi­wacz­nie przy­oble­czo­ny. ―> W co przyobleczony?

Chyba miało być: Beł­kot wie­rut­ny, w dziwaczność przy­oble­czo­ny.

 

– Wy­staw na peł­nię świa­tła i cze­kaj. Muchy znaj­du­ją zdrój w klo­acz­nych do­łach, a głu­po­ta wsze­la­ka, w gło­wach bo­skich i ludz­kich po rów­nej ob­fi­to­ści za­sia­na – łak­nie, więc bieży do swo­ich źró­deł. ―> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach. Dodatkowe półpauzy w wypowiedziach sprawiają, że dialogi stają się mniej czytelne, a miejscami wręcz wprowadzają czytelnika w błąd.

 

– Nie może być! – za­pa­lił się Asp­nys – Dziś rano wi­dzia­łem… ―> Brak kropki po didaskaliach. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

spi­ja­ła każde słowo, co opu­ści­ło twoje usta. ―> …spi­ja­ła każde słowo, które opu­ści­ło twoje usta.

 

i na­urą­gasz dniu, w któ­rym po­znasz imię ojca. ―> …i na­urą­gasz dniowi, w któ­rym po­znasz imię ojca.

 

Za wszyst­kie zwia­stu­ny wy­pi­jem na raz, do dna! ―> Za wszyst­kie zwia­stu­ny wy­pi­jem naraz, do dna!

 

„Do­igrasz się kiedy, li­zo­du­pie!” prze­mknę­ło mu jesz­cze przez myśl… ―> Albo kursywa, albo cudzysłów. Brak spacji przed półpauzą.

 

jąłem go w pół i uło­ży­łem plac­kiem na pod­ło­dze. ―> …ująłem/ obłapiłem go wpół i uło­ży­łem plac­kiem na pod­ło­dze.

Jąć to inaczej zacząć.

 

a cie­pła­wy był co-le­d­wo. ―> … a cie­pła­wy był le­d­wo co.

 

czy mu w ży­łach jesz­cze jucha tętni , ale ta też usta­ła. ―> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Nie do­brze. ―> Niedo­brze.

 

– La­wi­na ule­gła kun­dlo­wi, więc mie­szań­ce po­wi­ła. ―> Obawiam się, że powić, odnosi się tylko urodzenia dzieci.

 

A te ba­ra­chło po­kun­dlo­ne… ―> A to ba­ra­chło po­kun­dlo­ne

 

– … Zda się przed­nio na prze­bła­ga­nie Pa­ra­mu­cha… ―> …zda się przed­nio na prze­bła­ga­nie Pa­ra­mu­cha

 

urazy dla wi­no­waj­cy nie cho­wam. ―> …urazy do wi­no­waj­cy nie cho­wam.

 

Cie­bie zaś o jedno upra­szam – nie po­mnij o tych wy­pad­kach memu ojcu! ―> Pewnie miało być:  …nie wspo­mnij o tych wy­pad­kach memu ojcu!

Pomnij to inaczej pamiętaj.

 

Jedne wil­cze­ją łażąc w sa­mo­pas―> Jedne wil­cze­ją, łażąc sa­mo­pas

 

a różne takie…Nic jed­nak każdy pies z osob­na… ―> Brak spacji po wielokropku.

 

Jego pies mu winny po­słuch, nie ja - rzu­cił po­gar­dli­wie… ―> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

obłożoną w ociekającą strumieniami wody okładkę.

Frazeologia. Po pierwsze obłożoną czymś, po drugie, to musi być jakiś materiał.

 

– Wnoszę, że to ma odwracać uwagę od tego, co zawiera.

Zaimkoza.

 

Tyle ci dzisiaj w sam raz znać, bo tyle udźwignąć podołasz.

 

Posłuchaj (…)

Tych znaków używa się tylko i wyłącznie do zastąpienia fragmentu przytaczanego cytatu. Nie mają miejsca w opowiadaniu.

 

– Wprzódy powróz, który kark mu opinał przesiekłem, jąłem go w pół i ułożyłem plackiem na podłodze.

Czemu Dyvnim chwycił powróz wpół i położył na podłodze?

 

czy mu w żyłach jeszcze jucha tętni , ale ta też ustała.

Spacja ci się wkradła.

 

– Nie dobrze.

Razem.

 

 

Poniżej brakujące przecinki:

Aspnys, mimo wielogodzinnych studiów nad księgą u boku Hyppekona(+,) zdawał się być ciągle zdumiony. Starzec(+,) dostrzegłszy to(+,) zaśmiał się.

Aspnys, mimo swej nadprzyrodzonej natury(+,) musiał zmrużyć oczy.

I nawet Rądru, pan i władca płonących gazowych sznurów(+,) nie ważył się chrząknąć!

wyklniesz(+,) na czym świat stoi(+,) godzinę wzbudzenia cię do żywota i naurągasz dniu, w którym poznasz imię ojca.

Z ich koron, jak na rozkaz(+,) wyfrunęły gęste chmary ptactwa

Był pewien, że komisja, w skład której na pewno wejdzie brat(+,) Sus nie podaruje mu żadnego błędu,

stał nad nim(+,) bezlitośnie poklaskując.

– Wprzódy powróz, który kark mu opinał(+,) przesiekłem

Zebrani, nie wyłączając mnicha, który im przewodził(+,) wybuchnęli gromkim śmiechem. Ten, gdy rechot wybrzmiał do cna, siląc się na powagę(+,) podjął:

Brat nasz, Sus(+,) nie upilnował jej jako należał.

 

Poniżej niepotrzebne przecinki:

A wiesz, może na co to potrzebne?

– Niektóre, pojedyncze wyrazy i tylko tyle

Bełkot wierutny, a dziwacznie przyobleczony.

głupota wszelaka, w głowach boskich i ludzkich po równej obfitości zasiana

Złożona raptem z pięciu linijek obrzędowa pieśń, prędko zapadła Paramuchowi w pamięć.

 

Dalej przecinków już też poprawiać nie będę – sam widzisz, ile tego jest, jak się jedno pod drugim wypisze.

ironiczny podpis

@regulatorzy, @Issander

 

Powoli, acz konsekwentnie sprawdzam zasadność sugerowanych przez Was poprawek. W większości przypadków skłaniam się ku temu, co proponujecie. Mam jednak kilka wątpliwości:

 

Był pewien, że komisja, w skład której na pewno wejdzie brat(+,) Sus nie podaruje mu żadnego błędu,

Issanderze, czy wstawienie przecinka w tym miejscu jest na pewno zasadne? Nie widzę powodu, żeby oddzielać przecinkiem tytuł “brat” od imienia. Jeśli się mylę, proszę Cię o wytłumaczenie mi takiego rozwiązania.

Inny dylemat mam w związku z sugestią regulatorzy (trochę niezręcznie mi pisać nicki małą literą, ale czynię tak, bo szanuję wybory ludzi).

We fragmencie będącym tekstem obrzędowej pieśni wskazujesz, żeby na raz zastąpić naraz. Jeszcze przed zamieszczeniem opowiadania na tych łamach, sprawdzałem na https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/naraz-czy-na-raz;2686.html sens używania obydwu tych zapisów. W kontekście rymowanki, której uczył się Paramuch, chyba obydwa zapisy i idące za nimi znaczenia mają sens?

Za rzeczone wszystkie zwiastuny można wypić naraz, czyli synchronicznie, pełna zgoda. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wypić na raz, rozumiejąc to jako całkowite opróżnienie kieliszków. Z punktu widzenia przebiegu akcji aspekt ten można uznać za trzeciorzędny, jednak jestem ciekaw jak się do tego odniesiesz.

 

Za wszystkie rady kolejny raz pięknie dziękuję i serdecznie Was pozdrawiam.

co róż

Uch. Co rusz.

 

Co do twojego pytania, oczywiście masz rację. Przecinek tam, rzecz jasna, i tak musisz dodać, tylko machnąłem się i wpisałem nie w tym miejscu co trzeba. Poprawnie przecinek powinien być nie przed, a po słowie “Sus”.

 

 

Pierwsze, co rzuca się w, oczy, to styl. Pozwól, że posłużę się anegdotką:

W szkole nie przepadałem ani nie przykładałem się do lekcji języka polskiego. Oczywiście musiała nadejść pora na maturę. Pierwsze pytanie, jakie padło ze strony komisji, brzmiało: “a dlaczego wybrał pan tak trudny temat?”

Otóż ze względu na swój brak doświadczenia nieświadomie dołożyłem sobie pracy. Tak samo jest często przy pisaniu archaizowanego opowiadania. Decydując się na ten krok, automatycznie podnosisz sobie poprzeczkę i dokładasz roboty. Po pierwsze, takie teksty są z natury trudniejsze w odbiorze i bardziej męczące, musisz się więc dodatkowo postarać, by był naprawdę super, żeby nie zamęczyć czytelnika. Po drugie, musisz sporo się napracować – usiąść nad źródłami, usiąść nad tekstami naukowymi o języku staropolskim… Upewnienie się, że cały tekst jest archaizowany autentycznie, to nie byle co – bowiem, żeby osiągnąć efekt jak u Sienkiewicza, trzeba w to włożyć tyle pracy, co Sienkiewicz! Opieranie się na intuicji nie jest wystarczające.

Przeważnie lepszym rozwiązaniem jest prowadzenie narracji językiem współczesnym, ale utrzymanie archaizowanych wypowiedzi. 

 

Kolejna rzecz, to że zapominasz o dwóch istotnych podczas pisania zasadach: show, don’t tell oraz by nie pisać rzeczy niepotrzebnych. Bardzo mało w twoim opowiadaniu faktycznie się dzieje w stosunku do jego długości, a z kolei przekazujesz bardzo dużo informacji za pomocą listów, opisów, z ust postaci… 

 

Ogólnie jednak odniosłem wrażenie, że pod tym wszystkim styl masz w porządku. Zwłaszcza fragment w narracji współczesnej czytało się bez problemu.

 

Co do historii, jest odwrotnie. Chociaż nie powala, to jest sensowna i niebanalna, nie jest też od razu oczywiste, jakie będzie zakończenie, co jest zaletą. Nawet w jednym miejscu rozbawiła mnie na tyle, że się uśmiechnąłem. Natomiast właśnie totalnie nie kupuję fragmentu dziejącego się “współcześnie”, mam wrażenie, że to niedopracowany worldbuilding. Masz świat, w którym potwierdzalnym empirycznie faktem jest istnienie bogów, a mimo to historia tak się w nim potoczyła, że nie da się go odróżnić od naszego?

 

Ogólnie tekst na plus, tylko nie utrudniaj sobie na przyszłość już tak życia :)

ironiczny podpis

Za wszyst­kie zwia­stu­ny wy­pi­jem na raz, do dna!

Zdanie odczytałam w ten sposób, że nie będzie kilkakrotnego picia za kolejne zwiastuny, a tylko wypicie za wszystkie naraz/ jednocześnie/ zusammen do kupy. ;)

 

Inny dy­le­mat mam w związ­ku z su­ge­stią re­gu­la­to­rzy (tro­chę nie­zręcz­nie mi pisać nicki małą li­te­rą, ale czy­nię tak, bo sza­nu­ję wy­bo­ry ludzi).

Leonie, mój nick jest fragmentem adresu mailowego, dlatego zaczyna się małą literą i nic na to nie poradzę, ale nic nie stoi na przeszkodzie, abyś pisał go wielką literą. Może być też Regulatorka, albo krótko Reg. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pragnę poinformować, że naniosłem większość poprawek, które sugerowali mi Regulatorka i Issander. Muszę szanować zasady interpunkcji. To samo się tyczy poprawnego zapisywania dialogów.

Błędów w tekście zapewne pozostało jeszcze sporo. W wolnych chwilach będę starał się je poprawiać. Jeśli ktoś jeszcze jakieś wyłapie i zechce mnie o nich powiadomić w komentarzu, nie omieszkam podziękować za taki piękny gest.

Tekst interesujący, trochę też męczący ze względu na stylizację. Brakuje mi też wyraźnego celu. Bo dostałem jakiś wycinek historii, nie do końca chcący bez przeczytania komentarzy złożyć się w jednolitą całość. I mnie też wybił ten fragment ze współczesności, trochę wyskakujący jak królik z kapelusza.

Jednak styl całkiem ciekawy i czytałem z zainteresowaniem. Tak więc koncert fajerwerków, choć trudny w odbiorze, pewną satysfakcję dostarczył :)

A na koniec chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podobało mi się, przyznam, że trochę trwało, zanim zorientowałam się kto jest kim, bo przeskakujesz z Aspnysa na Paramucha, potem trochę zawichrowań wprowadza wątek współczesny, ale na końcu wszystko układa się w sensowną całość. Zakończenie muszę przyznać zaskakujące.

Wątkiem współczesnym trochę sobie sprawę uprościłeś, zręcznie omijając kawałek historii. I od razu mówię, że nie jest to zarzut. Pomysłowe to było. :)

Czy wykorzystałeś jakąś realnie isniejącą mitologię, czy też wymyśliłeś na potrzeby opowiadania? Bo przyznam, że imiona bogów nic mi nie mówią, a i wujek Gugel też nie miał nic do powiedzenia.

Ode mnie kliczek. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

@NoWhereMan

 

Jeśli opowiadanie dostarczyło Ci choć krztynę satysfakcji, to już wiem, że warto było je napisać. W zasadzie był to mój główny, o ile nie jedyny cel. Mam coś z wampira, odurzam się emocjami, które uda mi się u innych wywołać.

Reakcje na powyższy tekst mają też pomóc rozeznać, co w swojej pisaninie powinienem poprawić. Gdy zyskuję wiedzę na ten temat, pochłaniam ją łapczywie.

Za opinię i linki do poradników serdecznie dziękuję. Mam pomysł, który nie daje mi spać, więc wszystko wskazuje, że z zamieszczonych przez Ciebie odnośników, zrobię w nadchodzących dniach użytek.

 

@Irka_Luz

 

Wyłączając Malwę, Lawinę, Małosolnego i Jaspisa, użyte w tekście imiona to autorskie wymysły. Z googlem trafiłaś w dziesiątkę. Gdy nazywałem bohaterów, sprawdzałem w wyszukiwarce, czy dane słowo w ogóle istnieje. Jeśli algorytm twierdził, że nie, tym lepiej dla takiego wyrazu.

Jeżeli jesteśmy już przy tym wątku, uchylę rąbka innej tajemnicy. Otóż jeszcze kilka imion w tekście ma ukryte znaczenie. Sens nazwania bohatera Aspnysem zostaje na końcu wyjaśniony, ale również brat Sus nie wziął się z przypadku. Użyłem krótkiego palindromu, chcąc zasugerować czytelnikowi, by sprawdził, czy inne imiona czytane wspak nabiorą nowych znaczeń. Niech tam, odsłonię karty. Sprawdź, jaki sekret skrywa Satukyłam.

Serdecznie dziękuję Ci za silny powiew wiatru w żagle, a także za kliczek.

No! Dowcipne, czyta się, the pointa jest na miejscu, choć nie łupie po głowie.

Kliczek

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Hmmm. Fabuła trochę rozwleczona, ale daje radę. Zaskoczenia puentą nie było – tak odruchowo czytam co dziwniejsze nazwy własne od tyłu. I Satukyłam nie pasował mi do archaicznej stylizacji. No, jak wół do karety.

Współczesny fragment uczelniany też tak słabo się komponuje z resztą. Może, gdyby takich przeskoków było więcej… Ale obecnie za bardzo wystaje z szeregu, IMO.

co róż napotykał na spojrzenia siedzących bóstw.

Oj. Róże nie mają tu nic do rzeczy.

Większość łypało nań

Jeśli większość, to łypała.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka