- Opowiadanie: Cephiednomiko - Jeźdźcy Upuaut – II. Ofiara

Jeźdźcy Upuaut – II. Ofiara

Oceny

Jeźdźcy Upuaut – II. Ofiara

Całe szczęście, że nie zdążył zjeść obiadu, bo nawet jego twardy żołądek buntował się na tak makabryczny widok. To musiała być naprawdę ładna dziewczyna, a teraz wyglądała niczym na poły wypatroszony kurczak. Odrażające. Komisarz omiótł niewielkie pomieszczenie spojrzeniem, a potem wyszedł na zewnątrz, pozwalając, by technicy zrobili resztę. Peron metra był opustoszały, a żółte taśmy rozciągnięte przy wejściu skutecznie powstrzymywały gapiów i media. Obraz tego miejsca stanowczo nie powinien się znaleźć na okładce żadnej z jutrzejszych gazet. Panika nikomu nie była potrzeba. Jednocześnie coraz bardziej oczywisty stawał się fakt, że mieli do czynienia z seryjnym mordercą. Nawet jeśli góra usilnie starała się nazywać to inaczej. Siedem ofiar w ciągu trzech tygodni to stanowczo zbyt wysoka frekwencja.

Komisarz Edward Nowak został przydzielony do tej sprawy po tym, jak odnaleziono trzecie zmasakrowane ciało. Nie było w tym większego schematu, ofiarami padały zarówno kobiety, jak i mężczyźni, w różnym wieku, posiadający różne wykształcenie i zawody. Jedyną cechą wspólną pozostawała bliskość stacji Centrum. Wszystkich morderstw dokonano w promieniu trzech kilometrów od tego miejsca.

To jednak było pierwszym zabójstwem dokonanym bezpośrednio na peronie metra, a konkretnie w niewielkim pomieszczeniu technicznym, gdzie przechowywano części zapasowe oraz środki czystości. I przynajmniej tym razem mieli świadka całego zajścia. Co prawda dziewczyna była ciężko ranna i nieprzytomną odwieziono ją do szpitala, ale Edward liczył, że za kilka dni zdoła uzyskać od niej zeznania. To mógł być przełom w śledztwie, bo jak do tej pory nie mieli niczego. Miejsca zbrodni, choć przypominały chory sen obłąkanego rzeźnika, nie zdradzały niczego pożytecznego. Żadnych odcisków palców, materiału organicznego, nawet śliny czy włosów. Nie było tam niczego, co nie należałoby do samych ofiar. A te ginęły od licznych ran kłutych, szarpanych i miażdżonych. Nierzadko brakowało im części wnętrzności, a ich twarze były straszliwie okaleczone. Gdyby nie fakt, że morderstwa zostały dokonane w środku miasta, można by przypuszczać, że ci ludzie zginęli w starciu z jakimś rozszalałym niedźwiedziem.

– Czekam na raport z sekcji i oględzin – rzucił komisarz w stronę szefa techników. Ten z ponurą miną oglądał dotychczas zebrane dowody i jedynie bez słowa pokiwał głową.

Edward wiedział, że sam niewiele tutaj wskóra, zwłaszcza, że pomieszczenie było małe i nie było sensu robić sztucznego tłoku. Widział już wystarczająco. Miał nazwisko ofiary, dzięki legitymacji studenckiej, którą znaleźli w portfelu, więc musiał odnaleźć jej rodzinę i przekazać straszne wieści. To z pewnością nie będzie przyjemny wieczór.

 

Z ciężkim westchnięciem usiadł w fotelu i włączył telewizor. Mruk oczywiście wykorzystał okazję i od razu wskoczył mu na kolana, ocierając pyskiem o tors mężczyzny. Edward bezwiednie zaczął gładzić czarną sierść na grzbiecie kota, wciąż myślami wracając do wydarzeń z dzisiejszego dnia. Masakra na stacji, a potem dramatyczna rozmowa z matką zamordowanej. Po latach pracy przywykł do histerycznych reakcji, ale ta wymykała się wszelkiej skali.

Resztę wieczoru spędził, przesłuchując znajomych Anity Kłos, z którymi miała się spotkać poprzedniego dnia. Okazało się, iż nigdy na to spotkanie nie dotarła, co potwierdzały wstępne analizy śledczych, sugerujące, że zgon nastąpił dobę wcześniej. To chyba było najbardziej zastanawiające. Morderstwo nie zostało dokonane w ciemnym, cichym zaułku, lecz w środku dnia, w niezwykle ruchliwym miejscu. Pomieszczenie było malutkie, a metalowe drzwi nie wygłuszyłyby hałasów ze środka. Aż dziwne, że nikt niczego nie zgłosił.

Policjanci zabezpieczyli monitoring ze stacji, więc jutro będzie musiał się temu dokładniej przyjrzeć, choć miał przeczucie, że i to niewiele powie im na temat sprawcy. Ale tym zamierzał przejmować się dopiero za kilka godzin. Teraz miał tylko nadzieję, że to, co widział wcześniej, nie wróci do niego w postaci sennych koszmarów. I bez tego od dwóch tygodni nie sypiał najlepiej.

– Wiesz, Mruk. Czasami zazdroszczę ci błogiej nieświadomości – powiedział do kota, który z zadowolenia brzęczał jak transformator.

 

Gdy następnego ranka wszedł do biura, zobaczył raport z oględzin zwłok i miejsca zbrodni. Pobieżnie przejrzał dokument, ale nie zawierał niczego odkrywczego. W pomieszczeniu znaleziono jedynie ślady obu dziewcząt. Anita Kłos zmarła na skutek rozległych ran klatki piersiowej.

Rzucił teczkę na blat biurka i sam usiadł na skrzypiącym krześle. Po raz kolejny zagłębił się w zebrane materiały, mimo że znał je na pamięć. Siedem, teraz już osiem ofiar, których zdjęcia przyprawiały o mdłości. Wszędzie ta sama brutalność, to samo bestialstwo. Kimkolwiek był sprawca, rzeczywiście zasługiwał na miano potwora.

Oczywiście Edward nie powinien tego rozważać w podobnych kategoriach, potrzebował konkretów i dowodów, tymczasem wszystko ubabrane było krwistym sosem, który zdawał się przykrywać fakty.

Czuł, że ponowne przeglądanie tych materiałów jest jedynie stratą czasu, więc z rosnącą irytacją złożył dokumenty na nierówny stos i wstał od biurka. Zszedł do działu technicznego, gdzie funkcjonariusze analizowali zapisy monitoringu. Kiedy tylko otworzył drzwi i zobaczył twarze współpracowników, już wiedział, że to kolejny ślepy zaułek.

– Tutaj mamy zapis z chwili przed zdarzeniem – tłumaczył jeden z techników, pokazując wybrany fragment nagrania. – Widać tę Kłos, jak wchodzi na peron. Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem zaczyna się rozglądać, podchodzi do drzwi pomieszczenia technicznego i moment później tam wchodzi.

– Ktoś ją zawołał?

– Na to wygląda. Zresztą w przypadku tej drugiej dziewczyny – tu mężczyzna spojrzał przelotnie w notatki – Andżeliki Rybik, było dokładnie tak samo. Ona również zdawała się reagować na czyjeś wołanie. Co dziwne tylko ona. W pobliżu stało kilkoro ludzi, ale nikt nawet nie spojrzał ani na dziewczynę, ani w stronę pomieszczenia.

Edward pokiwał nieznacznie głową.

– Kto jeszcze tam wchodził?

– Klika godzin przed Anitą Kłos wszedł tam konserwator stacji, spędził w środku dwie minuty i wyszedł, niosąc jakieś przewody. Chłopcy już go przepytali, ponoć miał naprawić jedno ze świateł sygnalizatora. Sam nie zobaczył niczego nadzwyczajnego.

Komisarz powstrzymał jęk irytacji.

– Szukajcie dalej. Morderca musiał się tam jakoś dostać.

 

Kilka godzin później otrzymał informację ze szpitala, że świadek odzyskała przytomność. Niestety i to okazało się bezużyteczne. Komisarz oczywiście od razu postanowił tam pojechać, ale dziewczyna trwała w zbyt wielkim szoku. Wciąż gadała jakieś niestworzone rzeczy o potworze na owadzich nogach, wołającym o pomoc ludzkim głosem. I że to niby on zabił i próbował pożreć Anitę Kłos. Nie potrafiła jednak w żaden logiczny sposób wyjaśnić jak sama się uratowała i gdzie zniknęła ta przerażająca bestia. Ostatnie co powiedziała składnie, to że ocalił ją kulawy, chory pies. Niedorzeczność.

Oczywiście Edward wysłuchał tego ze stoickim spokojem i wszystko zanotował. Lata doświadczeń podpowiadały, że w tej absurdalnej opowieści mogą kryć się ziarna prawdy, fakty teraz jeszcze przykryte fantazjami zrodzonymi przez przerażony umysł. Kiedy psychiatrzy wyprowadzą ją z traumy, porozmawia z nią ponownie i może wtedy całość nabierze nieco więcej sensu.

 

Powinien wracać do domu, ale ta sprawa nie dawała mu spokoju. Od kilku godzin spacerował w okolicy stacji Centrum i obserwował. Przetaczały się tędy tysiące ludzi, z których każdy, pod maską normalności, mógł kryć umysł psychopaty. Ze strony Edwarda to był swego rodzaju akt desperacji. Nie mogąc wydedukować niczego z posiadanych informacji, liczył na zwykły łut szczęścia, jakkolwiek mało było to prawdopodobne.

Niestety podobnego farta miewali jedynie bohaterowie tandetnych kryminałów puszczanych nocą w telewizji. Zamiast tego do Nowaka zadzwonił inspektor Głowiński.

– Nie przypilnowaliście wystarczająco ludzi – warknął przełożony. – Ktoś sfotografował miejsce zbrodni po tym, jak opuścili je technicy. Teraz w sieci wrze. Minister wezwał mnie na dywanik i domaga się rezultatów.

Edward zaklął w duchu. Jeszcze tylko rozgłosu im brakowało.

– Zjedzą nas żywcem, Nowak, jeśli nie znajdziemy tego drania.

– Przecież wie pan, że nic nie mamy – odparł niechętnie.

– A świadek?

– Na razie nic z tego, dziewczyna bredzi.

– Dociśnij ją.

Komisarz westchnął, ale nie oponował. Ze wściekłym Głowińskim nie warto było dyskutować. Zresztą po chwili usłyszał sygnał rozłączonego połączenia, więc raczej inspektor nie czekał na odpowiedź.

Edward zadzwonił do szpitala, ale lekarz prowadzący podważył sensowność rozmowy ze świadkiem. Nafaszerowali dziewczynę taką ilością psychotropów, że ledwo kontaktowała. Ponoć po jego wyjściu stała się agresywna wobec personelu. Słuchając tego, Edward coraz bardziej wątpił, by czegokolwiek dowiedział się z tego źródła.

Sfrustrowany do granic, wrócił do domu, by nakarmić kota i odpocząć po tym bezowocnym dniu.

 

Zbudził go telefon. Półprzytomny poderwał się z łóżka i sięgnął do stolika. Odruchowo spojrzał na zegarek, było wpół do siódmej rano.

– Nowak, słucham.

– Mamy kolejną ofiarę. – Usłyszał głos jednego z funkcjonariuszy.

– Gdzie?

– Zaplecze klubu „Pięćset”.

 

– Mężczyzna, około dwudziestu lat. Głowa i ręce leżą przy tamtym stoliku, reszta ciała pod oknem – wyjaśnił technik.

Edward rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyglądało to tak, jakby ktoś w napadzie wariackiego szału rozszarpał tego człowieka na strzępy. Na podłodze, ścianach, nawet na suficie, pełno było śladów krwi i fragmentów ciała. Stanowiło to tak absurdalny widok, niczym z jakiegoś groteskowego horroru, że nawet nie budziło obrzydzenia. Było zbyt nierealne.

– Ktoś cokolwiek widział? – zapytał bez nadziei w głosie komisarz.

– Wezwał nas właściciel. Tłumaczył, że klub pracuje tylko w weekendy i on przyjechał pierwszy, żeby zacząć przygotowania. Przez ostatnie dni wszystko było tu zamknięte na głucho. Monitoringu brak.

– A sąsiedzi?

– W okolicy dużo jest pubów i salonów gier. W wielu do późna odbywały się imprezy, więc domniemanych świadków może być sporo. Trudno jednak ich teraz odnaleźć i przepytać. Szukamy.

Komisarz pokiwał głową.

Jeszcze przez niemal godzinę oglądał cały klub, szukając czegoś, co zwróciłoby jego uwagę. Niestety jedyne na co się natknął, to tłum dziennikarzy, którzy mimo wczesnej pory, już zdążyli pojawić się na ulicy. Zarzucili Edwarda setką pytań, na które nie miał zamiaru odpowiadać. Odesłał wszystkich do rzecznika prasowego policji, zasłaniając się dobrem śledztwa i czym prędzej umknął do samochodu.

Odetchnął dopiero, gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, a uwaga zebranych skupiła się na innym funkcjonariuszu. To będzie kolejny długi, paskudny dzień. Sięgnął po telefon, zastanawiając się, gdzie teraz powinien zadzwonić. Czy budzić Głowińskiego o tej porze i narażać się na jego furię? A może w szpitalu będą mieli jakieś lepsze wieści?

Nim jednak podjął jakąkolwiek decyzję, coś przykuło jego uwagę. Wśród gęstniejącego tłumu gapiów jedna osoba zachowywała się dziwnie. Niski, żylasty mężczyzna, o długich, skołtunionych włosach i kilkudniowym zaroście na twarzy. Z wyglądu przypominał zapitego żebraka, ale jego mimika nie pasowała do takiego wizerunku. Pijacy czy bezdomni zwykle mają oczy otępiałe i zniechęcone, natomiast wzrok tego osobnika pozostawał dziwnie rozbiegany, a ruchy podejrzanie nerwowe.

Komisarz wysiadł z samochodu, ale mężczyzna chyba musiał dostrzec jego zainteresowanie, bo zniknął bez śladu, nim Edward zdążył przecisnąć się przez zgromadzenie.

 

– Macie nagranie z metra już po naszym przyjeździe? – zapytał techników, kiedy wrócił na komendę.

Jeden z funkcjonariuszy skinął głową i po chwili obrócił swój monitor w stronę Edwarda. Komisarz przyglądał się nagraniom z kilku kamer umieszczonych w różnych częściach stacji. Ich jakość pozostawiała wiele do życzenia, ale mimo to po chwili rozpoznał charakterystyczną, nerwowo schodzącą po schodach, sylwetkę.

– Ten mężczyzna – wskazał go współpracownikom. – Był w metrze i dziś przed klubem. Dowiedzcie się kim jest.

Wychodząc z laboratorium po raz pierwszy poczuł dziwne podekscytowanie. Wyglądało na to, że wreszcie coś znaleźli. Zdarzało się, że psychopaci wracali na miejsce zbrodni, by podziwiać swoje dzieło, więc był to trop, którego nie mogli zlekceważyć.

 

Kilka godzin później otrzymał informacje ze szpitala, że dziewczyna odzyskała świadomości na tyle, by można było podjąć kolejną próbę zebrania jej zeznań. Zmotywowany niedawnym odkryciem, komisarz czym prędzej udał się na miejsce. Jego entuzjazm niestety został szybko zgaszony. Andżelika Rybik co prawda nie bredziła już o potworach, ale w ogóle kontakt z nią był mocno ograniczony. Rozpoznała w ofierze swoją koleżankę ze studiów, potrafiła nawet potwierdzić jej nazwisko, jednak nic ponadto nie chciała powiedzieć. Edward zrozumiał, że tutaj traci tylko czas. Dlatego pożegnał lekarza, poprosił o kontakt, kiedy sytuacja będzie bardziej sprzyjająca i opuścił szpital.

Nie zdążył dojść do samochodu, kiedy zadzwonił telefon. Już obawiał się kolejnego opierdolu od Głowińskiego, ale na szczęście był to tylko jeden z podległych Nowakowi funkcjonariuszy.

– Mamy trop tego gościa z metra. Właścicielka kwiaciarni położonej blisko stacji Centrum, rozpoznała go. Nie umiała powiedzieć gdzie konkretnie mieszka, ani jak się nazywa, ale powiedziała, że często wieczorami kręci się w okolicy rynku na Krzywej, gdzie zbiera puszki i makulaturę.

Odruchowo komisarz spojrzał na zegarek, było piętnaście po szóstej.

– Rozejrzę się tam trochę, wy szukajcie dalej.

 

Targowisko przy ulicy Krzywej o tej porze świeciło pustkami. Wszędzie stały, zamknięte na głucho, kupieckie budy, pomiędzy nimi walały się resztki jedzenia i inne śmieci, a całość bałaganu dopełniały stada gołębi, a także dzikie koty i bezpańskie psy, które wśród przepełnionych śmietników szukały czegoś dla siebie.

Edward szedł jedną z wąskich alejek, obserwując czujnie okolicę. Nagle głośny trzask przykuł jego uwagę, ale okazało się, że to tylko jakieś dzieciaki wykorzystywały pobliskie schody do jazdy na rolkach. Uspokojony poszedł dalej, aż do położonego na samym skraju targowiska, wielkiego skupiska śmietników, których zawartość czuć było z daleka. I wtedy go dostrzegł. Tajemniczy mężczyzna grzebał w jednym z kontenerów, a potem włożył coś do brudnego, płóciennego worka, który przerzucił przez ramię. Edward, ukryty za jednym ze straganów, z pewnym niepokojem zauważył, że worek poruszał się samoistnie, najwyraźniej więc znajdowało się w nim coś żywego. Nie było słychać żadnego płaczu, więc to raczej tylko schwytany gołąb, a nie jakieś uprowadzone dziecko.

Przez dłuższy moment obserwował mężczyznę, a kiedy ten się oddalił, poszedł w jego ślady, starając się nie tracić podejrzanego z oczu. Nie trwało to zresztą długo, bo minąwszy dwie przecznice, mężczyzna wszedł do sutereny jednego z budynków. Kiedy komisarz podszedł bliżej, wszystko wydało się jeszcze bardziej podejrzane. Cała posesja była przygotowana do rozbiórki i stanowiła co najwyżej tymczasowe lokum dla bezdomnych, choć zamurowane okna i drzwi miały im to skutecznie utrudnić. Jednak wejście do piwnicy, mimo że wcześniej ewidentnie zamknięte, teraz stało otworem. Skobel był wykrzywiony, a zepsuta kłódka leżała pod ścianą.

Edward uchylił drzwi, starając się, by nie zaskrzypiały zbyt donośnie, i wślizgnął się do środka. Tam panował smród i mrok. Całą posadzkę pokrywały śmieci, fragmenty potłuczonych butelek, a także pióra i jakieś resztki czegoś, co wyglądało jak kawałki skóry lub mięsa. Omijając wszystko, co mogło wydać dźwięk pod podeszwą, Edward wszedł głębiej, w stronę niewielkiego korytarza na końcu pomieszczenia, który odcinał się od reszty drgającą, pomarańczową łuną. Gdy komisarz podszedł bliżej, dostrzegł jeszcze więcej krwawych śladów na podłodze, a w powietrzu przebijał się wyraźny swąd spalenizny.

Wiedziony złymi przeczuciami, Edward wyciągnął broń i wkroczył do środka. Podłoga cała była brudna od krwi i pierza, a wszystko oświetlały grube świece ustawione po kątach. Mężczyzna chyba nie spodziewał się gości, bo w pierwszej chwili nawet nie zauważył intruza. Pochylony nad czymś, co było jakąś absurdalną formą ołtarza zrobionego z drewnianych palet, właśnie patroszył ciało niewielkiego psa. Pozbawiona oczu głowa kundelka była oddzielona od tułowia, a mężczyzna rozciął jego klatkę piersiową i rozginał żebra na boki z wyraźnym wysiłkiem. Ten widok niespodziewanie skojarzył się Edwardowi ze stanem ciała Anity Kłos, co do reszty zmroziło mu krew w żyłach.

– Odłóż nóż! – zawołał, mierząc w mężczyznę z broni.

Ten wyprostował się gwałtownie i odsunął od ołtarza. Jego ubabrana krwią twarz, wyrażała całkowite zaskoczenie. Długi, rzeźnicki nóż nadal jednak pozostał w dłoni.

– Kim ty… nie przeszkadzaj! – krzyknął, kiedy zrozumiał swoją sytuację.

– Rzuć nóż! – powtórzył rozkaz komisarz.

– Nic nie rozumiesz! Nie przeszkadzaj! Nie mam czasu!

Z tym stwierdzeniem Edward mógł się zgodzić, zupełnie nie rozumiał, co tutaj miało miejsce. Jakiś chory rytuał? Obłąkańcze przyjemności szaleńca? I przede wszystkim jaki związek miało to z zabójstwami? Bo że jakiś związek istniał, komisarz nie miał wątpliwości.

– Pod ścianę! – rzucił komendę.

Szaleniec nerwowo przestępował z nogi na nogę, to patrząc na psa, to na wymierzoną w niego broń. Nóż drżał mu w rozdygotanej ręce, a po twarzy przechodziły dziwne tiki.

– Zostaw mnie! Nie mam na to czasu! – powiedział w końcu, z powrotem podchodząc do ołtarza.

– Rzuć nóż i pod ścianę! – zawołał komisarz i wystrzelił, trafiając w mur tuż obok mężczyzny. – Więcej nie będę powtarzał!

W końcu wariat puścił nóż, wyraźnie przestraszony hukiem strzału i odsunął się pod samą ścianę.

– Nie rozumiesz! Jesteś ślepy! Znowu zginą niewinni! Zginą przez ciebie!

Edward zmarszczył brwi.

– Co wiesz na temat morderstw? Kto zabił tych ludzi?

Mężczyzna nagle zaśmiał się spazmatycznie i przetarł twarz dłonią, rozmazując na niej jeszcze więcej psiej posoki.

– Demony… Demony domagają się ofiary. Jak jej nie dostaną, same sobie wezmą.

– Demony?

Szaleniec pokiwał gwałtownie głową i wskazał na szczątki zwierząt leżące na podłodze.

– Szczury i gołębie nie wystarczają, czasami przyciągają je koty, ale muszą być dwa, a najlepiej psy, te lubią najbardziej. To je przyciąga i nie szukają gdzie indziej.

Edward słuchał tego z mieszaniną zdumienia i obrzydzenia.

– Czy te demony kazały zabijać ci ludzi? – zapytał tknięty nagłym przeczuciem.

W jednej chwili rozbawienie mężczyzny przeszło w gniew.

– Zabijać?! Ja ich ratowałem! Składałem ofiary, by nie ginęli niewinni!

Komisarz zdał sobie sprawę, że dalsza dyskusja z tym człowiekiem nie miała większego sensu. Musiał go aresztować i oddać w ręce lekarzy. Co prawda nic tutaj jednoznacznie nie sugerowało, że odpowiadał on za morderstwa, ale z pewnością i tak był niebezpieczny dla otoczenia.

– Pójdzie pan ze mną i opowie wszystko ze szczegółami na komisariacie.

– Nigdzie z tobą nie idę! Demony są blisko! Pożrą nas, jeśli nie dostaną ofiary!

Edward czuł, że w pojedynkę niewiele tu wskóra. Dlatego nie spuszczając mężczyzny z oka, sięgnął ręką do kieszeni po telefon.

Nagle świece zadygotały, a potem zgasły. Gwałtowna ciemność oszołomiła komisarza. Próbował rozeznać się w przestrzeni, ale poczuł jedynie jak szaleniec uderza go w ramię i usłyszał jego kroki w korytarzu.

Przyświecając sobie komórką, ruszył za nim, przez przejście i zaśmiecony przedsionek, aż na zewnątrz. Po mrokach piwnicy blask wieczornego słońca wydawał się niemal oślepiający. Edward przysłonił twarz ręką, akurat by zobaczyć jak mężczyzna wybiega na ulicę. Towarzyszył temu nieprzyjemny pisk, a potem nastąpiło głuche uderzenie. Ciało szaleńca przetoczyło się po całym samochodzie, po czym spadło z drugiej strony i zapadała nieprzyjemna cisza.

Przerwał ją dopiero trzask otwieranych drzwi. Z samochodu wysiadła młoda kobieta i mimo wyraźnego zdenerwowania, bez wahania podeszła do mężczyzny i sprawdziła jego stan. Moment później po jej twarzy przemknął nieprzyjemny grymas, po czym wyciągnęła telefon i odezwała się zdecydowanym głosem.

– Przyślijcie karetkę na róg Krzywej i Spadowej. Potrąciłam mężczyznę. Jest nieprzytomny, podejrzewam ciężki uraz głowy, dużo krwi w obrębie twarzy i szyi.

Kiedy się rozłączyła, Edward podszedł bliżej.

– Ta krew nie jest jego – odezwał się, przyciągając tym spojrzenie kobiety. Popatrzyła na niego podejrzliwie, dlatego szybko dodał. – Komisarz Edward Nowak, wydział kryminalny.

– Ścigał go pan?

Policjant pokiwał głową. Nie chciał zdradzać zbyt wiele szczegółów, zwłaszcza przypadkowej osobie.

– Proszę się nie obawiać. Widziałem całe zajście, nie miała pani szans zareagować.

Kobieta jeszcze przez moment patrzyła na niego, a potem przeniosła wzrok na nieprzytomnego szaleńca.

– Niewielka pociecha. Jestem lekarzem i nieraz widziałam tego typu obrażenia. Nie dawałabym mu zbyt wielkich szans.

Edward westchnął i pokiwał nieznacznie głową.

 

Karetka przyjechała po kilku minutach i na sygnale zabrała mężczyznę do pobliskiego szpitala. Niedługo później przybyła także policja, by spisać zeznania kobiety i zabezpieczyć miejsce znalezione przez komisarza. Edward wszedł do środka dopiero, gdy przybyli technicy, którym szczegółowo wyjaśniał wszystko czego był świadkiem. Po chwili udało im się nawet uruchomić oświetlenie, co w pełni ukazało pobojowisko. Jednak największe zdumienie ogarnęło Edwarda, kiedy wszedł do pomieszczenia z ołtarzem. Drewniane palety były połamane i rozrzucone na wszystkie strony, a po szczątkach psa nie pozostał nawet ślad. Czy mógł to zrobić ten szaleniec, w momencie, gdy zgasły świece? Trudno do uwierzenia.

– Demony… – mruknął komisarz, kręcą z niechęcią głową. – Co za absurd.

Koniec

Komentarze

OK, kryminał mamy, właściwie niezły wstęp do kryminału, napisane też zacnie (szczegółów nie będę się czepiać), ale właściwie gdzie ta fantastyka? Końcowy twist to jak dla mnie zdecydowanie za mało. W dodatku opko naprawdę sprawia wrażenie początkowego fragmentu czegoś większego, urwanego po pierwszym rozdziale.

Jeśli się nie myle, to może zmień na “fragment”? ;)

pozdr.

 

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Jeśli wrzucasz coś w częściach, nawet jeśli to mogą być odrębne opowiadania, dawaj na górze linki do poprzednich fragmentów.

Przynoszę radość

Sytuacja rozwija się, ale to nadal jest tylko fragment, a nie skończone opowiadanie. Raz jeszcze proszę – Cephiednomiko, bądź uprzejma zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

To jed­nak było pierw­szym za­bój­stwem prze­pro­wa­dzo­nym bez­po­śred­nio na pe­ro­nie metra… –> Nie wydaje mi się, aby zabójstwo można przeprowadzić.

Proponuję: To jed­nak było pierw­szym za­bój­stwem, dokonanym bez­po­śred­nio na pe­ro­nie metra

 

– Cze­kam na ra­port z sek­cji i oglę­dzin – ko­mi­sarz rzu­cił w stro­nę szefa tech­ni­ków. –> – Cze­kam na ra­port z sek­cji i oglę­dzin.Ko­mi­sarz rzu­cił w stro­nę szefa tech­ni­ków.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

zna­leź­li w jej port­fe­lu, więc mu­siał od­na­leźć jej ro­dzi­nę… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

ocie­ra­jąc py­skiem o tors męż­czy­zny. –> Koty nie są zbyt duże, więc może: …ocie­ra­jąc się py­szczkiem o tors męż­czy­zny.

 

drzwi nie wy­głu­szy­ły­by ha­ła­sów środ­ka. –> …drzwi nie wy­głu­szy­ły­by ha­ła­sów ze środ­ka.

 

ponoć po­trze­bo­wał na­pra­wić jedno ze świa­teł sy­gna­li­za­to­ra. –> Do naprawy świateł potrzebował przewodów, ale: …ponoć chciał/ musiał/ miał na­pra­wić jedno ze świa­teł sy­gna­li­za­to­ra.

 

otrzy­mał in­for­ma­cję ze szpi­ta­la, że świa­dek od­zy­skał przy­tom­ność. –> To była dziewczyna, więc: …otrzy­mał in­for­ma­cję ze szpi­ta­la, że świa­dek od­zy­skała przy­tom­ność.

 

.…stała się agre­syw­na wzglę­dem per­so­ne­lu. –> …stała się agre­syw­na wobec per­so­ne­lu.

 

wąt­pił, by co­kol­wiek do­wie­dział się z tego źró­dła. –> …wąt­pił, by czego­kol­wiek do­wie­dział się z tego źró­dła.

 

pełno było śla­dów krwi i frag­men­tów ciała. To był tak ab­sur­dal­ny widok, ni­czym z ja­kie­goś gro­te­sko­we­go hor­ro­ru, że nawet nie bu­dził obrzy­dze­nia. Był zbyt nie­re­al­ny. –> Lekka byłoza.

 

ale jego mi­mi­ka nie kom­po­no­wa­ła się z takim wi­ze­run­kiem. –> Raczej: …ale jego mi­mi­ka nie pasowała do takiego wizerunku.

 

Był w me­trze i dziś przed klu­bem. –> Literówka.

 

że dziew­czy­na od­zy­ska­ła na tyle świa­do­mo­ści… –> …że dziew­czy­na od­zy­ska­ła świa­do­mo­ść na tyle

 

pod­jąć ko­lej­ną próbę ze­bra­nia jej ze­znań. –> Czy zeznania zbiera się? Czy może: …pod­jąć ko­lej­ną próbę wysłuchania jej ze­znań. Lub: …pod­jąć ko­lej­ną próbę przesłuchania jej.

 

po­mię­dzy wa­la­ły się reszt­ki je­dze­nia i inne śmie­ci… –> …po­mię­dzy nimi wa­la­ły się reszt­ki je­dze­nia i inne śmie­ci

 

do po­łoż­ne­go na samym skra­ju tar­go­wi­ska, wiel­kie­go zgro­ma­dze­nia śmiet­ni­ków… –> Śmietniki nie tworzą zgromadzenia.  

Proponuję: …do po­łoż­ne­go na samym skra­ju tar­go­wi­ska wiel­kie­go skupiska śmiet­ni­ków

 

reszt­ki cze­goś, co mogło być ka­wał­ka­mi skóry lub mięsa. Omi­ja­jąc wszyst­ko, co mogło wydać… –> Powtórzenie.

 

głowa kun­del­ka była odłą­czo­na od tu­ło­wia… –> Raczej: …głowa kun­del­ka była oddzielona od tu­ło­wia

 

za­wo­łał, mie­rząc w męż­czy­znę bro­nią. –> …za­wo­łał, mie­rząc w męż­czy­znę z bro­ni.

 

Nóż drżał w roz­dy­go­ta­nej ręce, a po twa­rzy prze­cho­dzi­ły mu dziw­ne tiki. –> Czy dobrze rozumiem, że przez twarz drżącego noża przechodziły dziwne tiki? 

 

– Czy te de­mo­ny ka­za­ły za­bi­jać ci tych ludzi? –> Czy oba zaimki są konieczne? 

 

Mo­ment póź­niej po jej twa­rzy prze­szedł nie­przy­jem­ny gry­mas… –> Raczej: Mo­ment póź­niej po jej twa­rzy przemknął nie­przy­jem­ny gry­mas

 

Je­stem le­ka­rzem i nie raz wi­dzia­łam tego typu ob­ra­że­nia. –> Je­stem le­ka­rzem i nieraz wi­dzia­łam ob­ra­że­nia tego typu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam na komentarze, ale niestety życie upomniało się o siebie. 

Tutaj również zmieniłam na fragment i zgodnie z sugestią Anet umieściłam link do poprzedniej części. 

regulatorzy – dziękuję za wskazanie usterek i uwagi. Zostały wyregulowane ;) 

Przeczytałam drugą część Twojego cyklu. Wydała mi się lepsza niż pierwsza, ciekawsza, sprawnie napisana, dobrze się ją czyta. Tekst wygląda na typowy kryminał: zaczyna się od zbrodni, poznajemy komisarza, który zaczyna ścigać przestępcę, pojawia się zagadka. Po pierwszej części uważam, że fantastyka jest, mam nawet konkretne podejrzenia co do powiązania kobiety kierującej autem z demonami. Zobaczymy, czy się sprawdzą.

Teraz zastrzeżenia. Rozwinęłabym trochę bardziej postać komisarza, który prawdopodobnie będzie głównym bohaterem cyklu. Zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego policja uważała, że wszystkich zbrodni dokonał jeden człowiek. Warto bardziej to podkreślić. Najczęściej poznaje się to po modus operandi, takim samym sposobie działania sprawcy plus ewentualnie po śladach na miejscu zbrodni.

Całkiem udany tekst, ale podczas czytania miałam wrażenie, że ktoś odebrał mi radość z rozwiązywania zagadki, bo w pierwszej części dowiedzieliśmy się, kto był mordercą. Zmieniłabym wspomnienia Andżeliki na bardziej niejednoznaczne, sugerujące chorobę psychiczną lub z “dziurą” w pamięci, żeby ten morderca nie wydawał się taki oczywisty. Chodzi mi bardziej o sposób opowiadania niż o zmianę treści. Idę czytać następny fragment.

Zgadzam się, że tę część czyta się lepiej. Jest bardziej dynamiczna. Mam zastrzeżenie co do demonów. Jeśli to się dzieje w naszym świecie, to miejsce demonów w nim zajmują zupełnie inne, nie fantastyczne istoty, jeszcze groźniejsze, ale o innym, że tak powiem, zakresie działania. W każdym razie sugerowałbym uwzględnienie tradycyjnego postrzegania demonów w naszym świecie. Te potwory są raczej gośćmi z alternatywnej rzeczywistości. Czytam dalej.

Nowa Fantastyka