- Opowiadanie: katia72 - Ocalić Karattu

Ocalić Karattu

Tekst napisany parę miesięcy temu, od tamtej pory wielokrotnie zmieniany, jak na mnie dosyć eksperymentalny. Zrozumiem, jeśli się nie spodoba :) Tak czy inaczej, próbowałam ujarzmić trochę emocje... Nie katiuję :) Obie ilustracje mojego autorstwa... Chciałam, żeby było pozytywnie, a przynajmniej niedepresyjnie.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ocalić Karattu

Moje zabłocone, bordowe trzewiki zostawiały za sobą śmieszne ślady w kształcie fasolek. Zimna woda spływała mi po czole, dosięgała nosa i kapała na piersi. Kichnęłam. Raz, drugi, trzeci. Gdzie jest ta cholerna chusteczka? W prawej kieszeni dżinsów znalazłam coś… Nieważne co, dobrze że szerokie i miękkie, wysmarkałam nos i trzymając się poręczy – nieprzyjemnie kleiła się brudem – zaczęłam ostrożnie schodzić na poziom „minus trzy”. Ominęłam kałużę czegoś żółtobiałego, grudkowatego, śmierdzącego rozkładem. To chyba było zepsute mleko szczuraka. Pieprzone marnotrawstwo. Nacisnęłam klamkę. Zamknięte. Uderzyłam pięścią w drzwi i wrzasnęłam:

– Hatti, otwieraj!

Brzdęk, harmider, stukot.

– Bidi… Luz, luz. Łeb mnie od rana napierdala. – Hatti przyłożył pomarszczoną dłoń do czoła, ciężko westchnął, a jego westchnięcie oznaczało zarówno, że jest zmęczony, jak i że nie ma ochoty na pogaduszki.

– Ale syf na zewnątrz. Brr… – oznajmiłam niezadowolonym tonem, spoglądając podejrzliwe na współlokatora, który, prawdopodobnie próbując mnie udobruchać, uśmiechnął się szeroko, ukazując pokryte liliowym nalotem zęby.

Tyle razy mu powtarzałam, żeby przestał ssać te pastylki, niby na uspokojenie, a według mnie na ogłupienie, ale co z tego, skoro moje prośby były niczym rzucanie grochem o ścianę. Choćbym się dwoiła, a nawet troiła, przestrogi nigdy nie zapadały mu w pamięć.

– Brr – powtórzyłam odrobinę głośniej.

– Czaju? – zapytał.

– Pewnie, dzięki – odpowiedziałam, po czym sama się uśmiechnęłam.

Mój współlokator chrząknął, podrapał się po szyi – była chuda i żylasta, a mocno wystająca z niej grdyka przypominała jajo ptarodka, nie lubiłam na nią patrzeć – po czym rozlał herbatę do blaszanych kubków, jednego w kolorze zgniłej zieleni, a drugiego wyblakłego różu. Zanurzyłam usta w gorącym, pikantnym, intensywnie pachnącym imbirem trunku, a Hatti w tym czasie podszedł do mnie i wskazał palcem na zabłocone trzewiki.

– Dobra, dobra, już zdejmuję.

Ściągnęłam buty i ustawiłam je na gumowym chodniku koło drzwi, tuż obok mocno powycieranych glanów Hattiego. To bordo i ta czerń wyjątkowo ładnie się ze sobą komponowały.

– Szczęśliwy? – zapytałam, włączając radio.

W pomieszczeniu rozległy się skoczne dźwięki rockowej muzyki. Odgarnęłam z czoła mokre włosy i zabrałam się do sprzątania powstałej pod krzesłem, na którym siedziałam, brunatnej kałuży. Hatti wydał z siebie pomruk zadowolenia, poklepał mnie po ramieniu i wypił porządny łyk czaju. Otrząsnął się, parsknął i powiedział:

– Doooobre. Moooocne.

– Dobre i mocne – powtórzyłam.

Muzyka w radiu ucichła, a do naszych uszu dobiegł zachrypnięty głos:

„Karattu czeka zagłada. Nasza planeta umiera. I to wy, wy, jego dzieci, musicie jej pomóc. Dlatego po raz kolejny wzywam was do uczestnictwa w Obrzędzie Jedności. Tylko Jedność może nas ocalić. Pamiętajcie…”.

– W pizdę jebany – przeklął Hatti, jednocześnie zmieniając stację. – Kocopoły bredzi.

Podkuliłam nogi, przyciskając brodę do kolan i cicho, jakbym się bała, że ten Kapłan z radia, który przed chwilą charczał o Jedności, w jakiś tajemniczy sposób mnie usłyszy, oznajmiłam:

– Wszyscy umieramy. Życie to umieranie. Umieranie, które zaczyna się w momencie narodzin, więc w cóż w tym dziwnego, że Karattu zmierza do zagłady? A że szybciej od innych planet? Cóż, nie jesteśmy tacy sami, prawda, Hatii?

– Pra… prawda. – Przyznał mi rację, mrużąc powieki, po czym bardzo poważnym tonem dodał: – Ale wszyscy walimy w ramki.

 

***

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przeszkadzało mi… Po pierwsze, światło malutkiej lampki umocowanej nad łóżkiem Hattiego – on panicznie bał się ciemności, mówił, że mrok zabiera go do więziennego bunkra, w którym odpokutowywał chachanie się ze strażników. Po drugie, donośne chrapanie mojego współlokatora o kryminalnej przeszłości, który, niestety, upodobał sobie spanie w pozycji na wznak. Przekręcałam się z boku na bok, obiecując sobie, że spróbuję dostać robotę z prawdziwego zdarzenia i wtedy będę mogła wynająć jakąś klitkę na własny rachunek, a na chwilę obecną, cóż…

Arbajtowałam, jakby to powiedział Hatti, w sklepie mięsnym u grubego Rolego. Myłam tam głównie podłogi, wywoziłam śmieci, z rzadka stawałam za ladą. Nie miałam stałych godzin pracy ani stałej kasy. Roli nie chciał dać mi ani kontraktu, ani awansować na sprzedawczynię. Hatti powtarzał, że to przez to, że nie daję „Grubemu” dupy, a ja? Ja się chyba w sumie z nim zgadzałam. Nieraz widziałam, jak obściskuje małą Heli, jak łapie ją za tyłek, jak włada paluchy pod spódnicę, jak dotyka kościste kolano… Wzdrygnęłam się, po czym zakryłam głowę poduszką.

Póki nie zmienię pracodawcy, nie będę więcej zarabiać. A póki nie będę więcej zarabiać, muszę mieszkać z chrapiącym współlokatorem. Hatti nigdzie nie arbajtował, ale dostawał hajs od szemranych kumpli, którzy podobno mieli wobec niego dług nie do spłacenia. Podejrzewałam, żeby ich kryć, poszedł do paki albo dłużej siedział za kratami, bo nie chciał ich wydać, ale tak do końca nic na pewno nie wiedziałam – Hatti niechętnie rozmawiał o czasie spędzonym w ziemskim więzieniu. On w ogóle mało mówił. Tak czy inaczej, płacił czynsz, a ja w zamian za kasę, odwdzięczałam mu się pomocą przy gotowaniu i sprzątaniu, i on chyba… on chyba czuł się ze mną dobrze.

Spojrzałam na niego spod poduszki. Stary, poczciwy Hatti – twarz pokryta pajęczyną zmarszczek, siwe brwi, pokaźnych rozmiarów nos i nieustępujące mu wielkością wargi. Tak naprawdę, miałabym problem, żeby zostawić go tak samego, na pastwę losu.

Odwróciłam się w stronę ściany, wciągnęłam powietrze głęboko w płuca, policzyłam do szesnastu i obraz zafalował, już nie byłam w łóżku. Już pędziłam w nieznane na motorobalu, lecz nie takim zwyczajnym, lecz wyposażonym w mechaniczne skrzydła. Oderwaliśmy się od podłoża, niebo rozświetliła purpurowa gwiazda, a ja zatopiłam się w różowofioletowym śnie; ze świata słodkich marzeń wyrwał mnie dopiero furkoczący dźwięk budzika i krzyk Hattiego:

– Bidi! Bidi! Lutnij to cholerstwo, ja musi kimać.

Ja też – pomyślałam, po czym uderzyłam dłonią czerwony guzik i z powrotem zagrzebałam się pod kołdrę.

– Bidi!

– Co znowu? – warknęłam.

– Ty nie arbajtujesz? – Hatti podniósł się do pozycji półsiedzącej i zaropiałymi oczami popatrzył na mnie pytająco.

– Arbajtuję, arbajtuję…

Zwlekłam się z posłania i jak na ścięcie podreptałam do kuchenki. Wstawiłam wodę na kawę, po czym zabrałam się do przygotowywania kanapek. Dla siebie – z prażoną brutulką i masłem, a dla Hattiego, który znowu zaczął chrapać – z serkiem i wędzonym hapiem. Zjadłam, znowu przesadzili z solą w maśle, umyłam się, na tyle dokładnie, na ile pozwalała mi na niewielka miska z nie do końca ciepłą wodą, jednym haustem wypiłam kawę, która już na szczęście zdążyła wystygnąć, pospiesznie się ubrałam i wybiegałam po schodach na tonącą w eozynowej poświacie ulicę.

Szybkim krokiem ruszyłam w stronę skrzyżowania, mijając poprzyklejane do sklepowych witryn olbrzymie plakaty przedstawiające oświetloną słonecznymi promieniami Świątynię Jedności i wylatujące z jej okien srebrzyste plamki.

– Dusze opętanych – wyszeptałam sama do siebie, po czym naciągnęłam kaptur i włożyłam zmarznięte dłonie do kieszeni, bo znowu się rozpadało. Parodia, tyle deszczu, a ludzie umierali z pragnienia. Z miesiąca na miesiąc na Karattu było coraz mniej słonecznych dni, wewnętrzny pasożyt wysysał wodę z gleb, a jego skrzydlaty brat zabierał nam światło. Krok za krokiem ku nieistnieniu.

Przyspieszyłam i tak byłam już pięć minut spóźniona – „gruby” będzie zły, zmarszczy czoło i powie, żebym szorowała oblepione zgniłym mięsem haki. Do sklepu wślizgnęłam się tylnym wejściem, od zaplecza, kierując się do szafy z mopem i środkami dezynfekującymi.

– O, Bidi przyszła. – Heli delikatnie szturchnęła mnie w bok.

– Ciii. – Przyłożyłam palec do ust.

– Spoko, spoko, Roli nie zauważył, że cię nie ma. Gada z jakimś szychą odwalonym w srebrny garnitur.

Do moich uszu dobiegł rubaszny śmiech „grubego”. Zbliżyłam się do drzwi, za którymi mieściło się śmierdzące kwaśnym potem i trutką na wijowce biuro.

– Specjalne zamówienie. Tak. Pewnie, że się wyrobimy.

Znowu donośny rechot.

– Będzie zapierdol, ale będziesz miała więcej kasy. – Heli uśmiechnęła się krzywo, a ja chwyciłam mopa i zabrałam się do mycia podłogi, bojąc się, że gdy Roli opuści cuchnącą pieczarę i złapie nas na podsłuchiwaniu… Te deski, nieważne, ile czasu bym ich nie szorowała, zawsze wyglądały tak samo obrzydliwie.

– Trzęsityłek – syknął chudzielec, dając mi kolejnego kuksańca w bok, tym razem zdecydowanie mocniejszego.

Miałam ochotę coś jej odpysknąć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język, przecież to ulubienica szefa. Zanurzyłam frędzle w szaroburej wodzie, wycisnęłam w popękanym koszyku i wbiłam wzrok w podłogę. Milczenie popłaca. Zawsze i wszędzie.

– Ej, gówniary! Nie uwierzycie, jaki się biznes kroi. Ach, ach, paluchy oblizywać. Ty. – Wskazał mnie ruchem głowy. – Następne dwa tygodnie, od siódmej do dwudziestej? Kapisz?

– Tak. – Stanęłam przed nim na baczność, wciąż ściskając w ręce mopa, jakby to była co najmniej jakaś dzida albo włócznia, a on ponownie wybuchnął śmiechem, po czym nieoczekiwanie klepnął mnie w plecy tak mocno, że prawie się przewróciłam.

 

***

Do końca dnia harowałam głównie przy opróżnianiu, a następnie czyszczeniu wiader z mięsnymi odpadkami, z których większość była przerabiana na paszę na szczuraków albo na suchokiełbaski, tak mocno przyprawiane, że jedząc je, czuło się bardziej smak papryki i pieprzu niż tego z czego je przyrządzano – skór, oczu, ogonów, pazurów i wąsów. Gdy zaczęłam arbajtować u „grubego”, nie mogłam na nie patrzeć, ale po paru miesiącach… Było mi już wszystko jedno, najważniejsze, żeby ci w brzuchu nie burczało.

Ze sklepu wyszłam grubo po dwudziestej. Wiało, padało, cuchnęło czymś obrzydliwym, czymś, co wydostawało się ze studzienki kanalizacyjnej po drugiej stronie ulicy. Przyspieszyłam.

– Ty, mała!

Obróciłam się raptownie, odchyliłam odrobinę kaptur, by cokolwiek dostrzec. Pod blaszaną ścianą zamkniętego na cztery spusty zakładu krawieckiego, którego właściciel, podobno z powodu długów, powiesił się pół roku temu na taśmie krynolinowej, siedziała żebraczka bez lewej ręki.

– Nie szukasz roboty? Potrzebują ludzi przy dojeniu szczuraków. – Staruszka pomachała w moją stronę obwiązanym brudnym bandażem kikutem.

Zrobiłam trzy duże kroki w jej kierunku, wrzuciłam do blaszanej miseczki dwie pięciopyrkowe monety, a ona niespodziewanie złapała mnie za rękaw i wymamrotała:

– Wiesz, laleczko, to właśnie szczurak odgryzł mi rękę.

Odepchnęłam staruchę, a ta, mimo iż z trudem zachowała równowagę – w chwilach gniewu nabierałam nieproporcjonalnej do postury siły – wybuchnęła złowieszczym śmiechem. Przez moment i pewnie mi się tylko wydawało, ujrzałam w jej pokrytych cienką, białą błonką oczach trupie czaszki. Zamrugałam, czaszki zniknęły, a ja wzięłam nogi za pas i pomyślałam, że szczuraki były coraz większe, dorzucano im do żarcia coraz więcej sterydów, i coraz częściej dochodziło na farmach do wypadków, nierzadko śmiertelnych. Stara tak naprawdę powinna się cieszyć, że żyje.

 

***

– Hatti, co ci? Boli cię coś? – Kiedy wreszcie znalazłam się w naszej norze, zastałam współlokatora leżącego na łóżku w pozycji embrionalnej, z uchylonymi lekko wargami, z prawą dłonią przyciśniętą do brzucha.

– O, Bidi, jesteś. Ja się martwił. – Hatii podniósł się odrobinę, po czym wsparł głowę na lewym łokciu.

– Zrobić ci kanapkę z hapiem?

– Mhm. – Pokiwał głową.

– Kiepsko wyglądasz.

– Moje bebechy. Boli… Tu i tu, i tu. – Stuknął palcem najpierw w okolicy mostka, potem pod lewym żebrem, a na koniec chyba odrobinę powyżej pępka, chyba, bo przecież nie miałam w oczach skanera i nie mogłam zobaczyć pępka przez gruby, włochaty, już od dawna wymagający prania sweter.

– To pewnie przez te pastylki, które łykasz na poprawę humoru.

– Eee… W kiciu mnie zepsuli.

Chciałam zapytać, co dostawał do żarcia w pace, ale nie zapytałam, bo i tak by mi nie powiedział, jak na niego i tak wyjątkowo się rozgadał. Podałam mu zgniłozielony kubek.

– Dzięki. Goooorący.

– Wypij. Dobrze ci zrobi na żołądek. Nie dodawałam przypraw… – Zawiesiłam głos, bo Hatti rzucił mi takie spojrzenie, jakbym co najmniej uśmierciła mu ojca, a może i matkę. – No, dobra, twoja sprawa, chociaż moim zdaniem będzie cię jeszcze bardziej boleć.

Sięgnęłam po imbir, chili i cynamon.

– Poza tym od jutra codziennie będę tak późno wracać. Roli dostał duże zlecenie od jakiegoś kolesia w srebrnym garniturze. Pewnie dla świątyni. Darmozjady.

Hatti zanurzył usta w herbacie. Wydawał się w ogóle mnie nie słuchać, ja, tak czy inaczej, kontynuowałam:

– Krwiopijcy. Omamiający ludzi pieprzeniem o jedności dusz. Wielkie zjednoczenie szczuraków. Wiesz co, Hatti? Jak na razie to my wsuwamy szczuraki, ale już niedługo, to one zjedzą nas. To nie brak wody i słońca nas zabije, tylko te szczurze krowy.

– Ja nie lubić, ja dygać – odezwał się znienacka Hatii.

– Ja też. – Przełknęłam ślinę, po czym chrząknęłam znacząco.

– Nie lubić, że cię nie ma.

– To chwilowe. Dwa, trzy tygodnie i znowu będę pracować po parę godzin, no i znowu nie będę mieć kasy.

Zaczęłam się huśtać na krześle, a Hatti dopił herbatę i poczłapał do łóżka. Przygarbiony, podkurczony, stary, prawie tak stary, jak ta żebraczka bez ręki. Zacisnęłam powieki. Martwiłam się o niego bardziej niż o siebie. Jemu było trudniej, przecież kiedyś żył na Ziemi, a ja urodziłam na Karattu i nie miałam za czym tęsknić. Czasem lepiej nie wiedzieć, nie znać, nie kochać.

 

***

Mimo iż arbajtowałyśmy w sklepie z Heli, Mare i Sydą od rana do wieczora, Roli i tak był ciągle niezadowolony, bez przerwy nas poganiał i marudził, że jesteśmy za wolne, niedokładne, że nam nie zależy, że gadamy, zamiast pracować. W czwartek ze skwaszoną miną oznajmił, że od soboty w sklepie pojawi się nowa dziewczyna i że stanie za ladą, a my będziemy mieć więcej czasu na przygotowywanie mięsa przeznaczonego na transport, już oficjalnie było wiadomo, że do świątyni. Heli, gdy tylko to usłyszała, zrobiła krok w tył, po czym spojrzała na „grubego”, jakby miała ochotę go zabić, a przynajmniej rozkwasić nos, przecież do tej pory to ona zawsze królowała w sklepie.

– Dodatkowa pomoc nie oznacza, że macie się więcej obijać. – Roli zmarszczył czoło, a potem jeszcze brwi, już zupełnie upodabniając się do hybrydy krowy ze szczurakiem, którą kiedy jeszcze byłam dzieckiem, próbowali zaadoptować do hodowli na Karattu poprzednicy Kapłanów Jedności, zagorzali bioinżynierzy, przekonani, że planetę może uratować jedynie postęp naukowy i technologiczny. A gdy się im nie udało, nadeszły czasy łasych na dusze Bogów. „Gruby” chrząknął, na odchodne przebiegł po nas wszystkich wzrokiem i zniknął za drzwiami biura.

Jeszcze tego samego dnia, kiedy czyściłam z zaschniętej krwi ostrza maszyny mielącej, podeszła do mnie Heli i wyszeptała na ucho:

– Uważaj na nową. Ona była podpięta…

– Była podpięta? – powtórzyłam pytająco. – To dlaczego…

– Nie wiem, po co ona się zgłosiła do „grubego”, ale ja bym trzymała się od niej z daleka. Coś tu mocno cuchnie. I Roli też się dziwnie zachowuje.

– Bo odsunął cię od lady? – Nie byłam w stanie powstrzymać się od uszczypliwości.

– Nie o to chodzi.

Nasza rozmowa prawdopodobnie rozwinęłaby się w jeszcze bardziej nieprzyjemnym kierunku, ale została nieoczekiwanie przerwana.

– A wy co? Znowu zebrało was na ploty? Do roboty! – zagrzmiał Roli, wtaczając się na zaplecze z bordowymi wypiekami na tłustych policzkach i lśniącymi w zbyt jaskrawym świetle jarzeniówek kroplami potu na czole i łysej czaszce. – I żeby mi to wszystko błyszczało!

Błyszczało. Te ostrza liczyły sobie pewnie więcej lat niż ja. Dziwne, że jeszcze były w stanie cokolwiek kroić, ale żeby zaczęły błyszczeć? Czy on zupełnie oszalał? Złota mamona zeżarła mu mózg. Wciągnęłam powietrze głęboko w płuca i nacisnęłam gąbką na czarnobordową, chropowatą plamę. Od tego szorowania drętwiały mi palce, zdecydowanie wolałam myć podłogi, nawet jeśli pozostawały czyste jedynie parę minut. Na zewnątrz lało i lało, a gleby na Karattu wciąż były suche. Podziemny Diabeł nigdy nie zaspokoi swojego pragnienia, a jego skrzydlaty brat nigdy nie odleci na inną planetę. Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zabolały mnie zęby. Plama zniknęła, ale ostrze nie zabłyszczało.

 

***

Miała niebieskie oczy i patrzyła nimi w taki właśnie niebieski sposób. Zimna nadzieja. Lazurowy smutek. Przypatrywałam się jej ukradkiem, udając, że myję szybę, której już bardziej umyć się nie dało. Coś mnie ciągnęło do tej nowej dziewczyny Rolego. Była inna niż Heli, Mare, Sade, inna niż ja. Jasna skóra, blond włosy osłonięte, w ogóle niepasującym do niej białym czepkiem, maleńkie piersi ukryte pod cienką, błękitną koszulą. Imię też miała jakieś takie nietypowe, długie i mało kobiece – Rodrepete.

Walczyłam ze sobą, by do niej nie podejść i zagadać o… o byle co, o pogodę, albo o to, jak się jej podoba za ladą, albo czy nie marznie, bo ta koszula, mimo iż bardzo ładna, podkreślająca piękno jej spojrzenia, zupełnie tu nie pasowała, przecież sprzedawaliśmy mięso; „gruby” dbał, by temperatury w sklepie były niższe niż na zewnątrz. Tak czy inaczej, w mojej głowie wciąż pobrzmiewały słowa Heli: Uważaj na nią. I… musiałam sama przed sobą przyznać, że trochę się tej nowej sprzedawczyni bałam. Więc jak na razie, stałam jedynie przy oknie ze szmatą w ręce i raz po raz łypałam wzrokiem to na smukłą dłoń wbijającą w mięso plakietki z cenami, to na koszulę delikatnie się unoszącą, gdy Rodrepete zbliżała się do klimatyzatora, to na smukłą szyję…

– Bidi?

Znieruchomiałam, odłożyłam ścierkę i bardzo powoli, jakbym znajdowała się w swego rodzaju transie, podeszłam do lady.

– Bidi, możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę płyn do czyszczenia kleju po starych nalepkach? – Jej oczy odrobinę pociemniały, lazur przeszedł w błękit królewski.

– Ja… ta… – Poczułam gulę w gardle i nie potrafiłam sformułować prostego zdania.

Chciałam pójść na zaplecze i przynieść płyn, o który zapytała, ale straciłam zdolność ruchu, a poza tym, ja… Rodrepete… Ona mnie magnetyzowała. Przez chwilę odnosiłam wrażenie, że widzę tylko ją, że sklep zniknął, że jesteśmy same i nie dość, że same, to połączone ze sobą jakąś niewidzialną nicią, że… Szłyśmy, trzymając się za ręce, przez owianą mgłą łąkę, ku światłu, nie, my nie szłyśmy, lecz unosiłyśmy się nad pokrytą szronem trawą.

– Bidi? Dobrze się czujesz?

– Ja… – Ponownie zobaczyłam ladę, a oczy Rodrepete zbladły. – Ja prze… przepraszam. Zaraz przyniosę ci płyn.

– Dziękuję.

 

***

Tego wieczoru po pracy z ogromnym wysiłkiem wymieniłam parę zdań z Hatiim, to znaczy ja mówiłam zdaniami, a on odpowiadał pojedynczym słowem albo ruchem głowy, przyszykowałam mu kolację i sama nic nie jedząc, pospiesznie się umyłam i jeszcze przed dziewiątą wślizgnęłam pod kołdrę.

Tak czy inaczej, długo nie mogłam zasnąć, rozmyślając o tajemniczej dziewczynie o blond włosach i bladej twarzy. To pewnie, dlatego, że była kiedyś podłączona. Podobno wszyscy Podłączeni tracą pigment i zmienia się też skład ich krwi i zdolności percepcyjne. Tak przynajmniej opowiadała na straganie sprzedawczyni serków ze szczurakowego mleka, garbata Rozi, ta, która chodziła do świątyni modlić się za Jedność, za Kapłanów i za Podłączonych, a przede wszystkim błagać Boga o zbawienie Karattu, o przegonienie wiecznie spragnionego Diabła i wiecznie głodnej naszego światła Skrzydlatej Bestii. W sumie nie miałam powodów, by jej nie wierzyć. Tylko dlaczego Rodrepete opuściła świątynię? I co ona u licha zrobiła ze mną, gdy podeszłam do lady? Powinnam słuchać Heli i trzymać się od niej z daleka. Czarownica.

Gdy zadzwonił budzik, schowałam zmarzniętą stopę pod kołdrę, przytuliłam policzek do poduszki i po prostu pozwoliłam blaszanemu zegarkowi w kształcie rozpłaszczonego grzyba dalej dzwonić.

– Lutnij go! Lutnij!

Krzyk Hattiego, ale ja musiałam jeszcze spać. Byłam fizycznie i psychicznie wykończona.

Bum. Alarm ucichł, a ja podkuliłam kolana, po czym nakryłam kołdrą głowę. Błoga cisza i błoga ciemność.

– Bidi!

Hatti szarpnął mnie za ramię.

– Idź sobie! – warknęłam.

– Ty nie arbajtujesz?

– Nie – skłamałam, obracając się w kierunku popękanej ściany.

– Ja głodny… bandzioch boleć…

– Idź sobie! Idź spać!

Hatti na szczęście przestał się odzywać, a ja ponownie zapadłam w sen, z którego obudził mnie dopiero dobiegający do moich uszu harmider, brzdęk blaszanych naczyń, skrzypienie podłogi i czyjeś głośnie sapanie. Uchyliłam powieki i ujrzałam krzątającego się przy kuchence Hattiego. Przeniosłam wzrok na zegarek. Siedemnaście po dziesiątej.

– Cholera! – wrzasnęłam, po czym zerwałam się na równe nogi; Roli ubije mnie siekierą, a potem wrzuci do maszyny mielącej, tej samej, której ostrzom nie byłam w stanie nadać blasku.

– Ja… – Hatti mimo zaawansowanego wieku wyglądał niczym dziecko, które coś przeskrobało, zakłopotana mina, niepewność i strach w oczach.

– Ja… – powtórzył drżącym głosem, po czym podał mi złamaną, plastikową łyżkę, czerwoną w czarne serduszka, bardziej moją niż jego, mimo iż był to podarunek od jednego z więziennych kumpli.

– Trudno. – Wzruszyłam ramionami. – I Hatti, przepraszam, ale muszę lecieć.

– Ty… ty nie arbajtujesz.

– Arbajtuję, ale… – Włożyłam spodnie, sweter, kurtkę, przemyłam twarz, Hatti w tym czasie stał nieruchomo przy kuchence, wciąż zaciskając w ręce złamaną łyżkę. – Ale pogadamy, kiedy wrócę. Okej?

Pokiwał głową.

 

***

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu Roli nie był wściekły, wręcz przeciwnie, kiedy tylko mnie zobaczył, szeroko się uśmiechnął, po czym powiedział:

– Bidi, ty się chyba ostatnio przepracowujesz. Źle wyglądasz. Co powiesz, aby dzisiaj dać sobie na luz i pomóc Rodrepete za ladą?

Znieruchomiałam, wybałuszyłam oczy – o czym on bredził, dlaczego mnie nie opieprzył, nie pogroził obcięciem pensji albo potrójnymi nadgodzinami? Gapiłam się na niego bez słowa, jakbym zobaczyła jakiegoś nieznanego stwora, a on ponownie się uśmiechnął, tym razem jeszcze szerzej niż poprzednio, ukazując przy tym już nie tylko pokryte żółtym osadem zęby, ale też górne dziąsła, po czym wciągnął powietrze i położył na moim ramieniu swoją ciężką, grubą dłoń.

– Bez stresu, Bidi. Napij się herbaty, a potem idź do Rodrepete. To wyjątkowo miła dziewczyna.

Ciągle milcząc, podreptałam do maleńkiego pomieszczenia, bardziej przypominającego jakąś zapyziałą komórkę niż kuchnię, nastawiłam czajnik z wodą i wyjęłam z plastikowego, stojącego na podłodze kosza pokryty herbacianym nalotem kubek. Roli trzymał przeznaczone dla siebie naczynia w biurze, zamknięte na klucz. I w sumie wcale mu się nie dziwiłam, ryzykowanie złapaniem jakiegoś choróbska, tylko dlatego, że korzystało się z tych samych naczyń, co pracownice, wydawało się zwykłą głupotą. Nie rozumiałam za to, z jakiego powodu nie pozwalał tym pracownicom przynosić własnych kubków i talerzy, przecież chyba nie byłoby mu na rękę, gdybyśmy wszystkie naraz się rozchorowywały?

Ze smakiem wypiłam herbatę; nawet nie zdawałam sobie sprawy, że byłam tak spragniona. Dokładnie umyłam kubek, tak czy inaczej, nie będąc w stanie usunąć teinowego osadu i wyszłam na korytarz. Tak naprawdę nie chciałam iść do Rodrepete, wolałam na kolanach szorować zabłocone podłogi. Nie chciałam, żeby mnie znowu omamiła tym swoim niebieskim spojrzeniem. Oparłam się o ścianę i wbiłam wzrok w powycierane czuby trzewików. Ostatnio tyle zarabiałam, że powinnam kupić sobie nowe buty, tylko, no właśnie, tyle arbajtowałam, że nie miałam już czasu na nic innego. Biedny Hatti. Dzisiaj nawet nie zrobiłam mu śniadania.

– Bidi… – Słodki głosik Rodrepete, wiedziałam, że należy do niej, zanim jeszcze podniosłam wzrok, takich niebieskich oczu i takiego melodyjnego głosu się nie zapomina. – Pomożesz mi z krojeniem mięsa? Wciąż nie jestem w tym dobra. Hm… tak szczerze, to nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.

Fala ciepła i zimna. Muzyka spokojna i żywa. Radość i smutek. Wzdrygnęłam się, próbując za wszelką cenę przeciwstawić się sile jej umysłu, jej magii, jej magnetyzującej mocy, jej… Byłam za słaba. Niczym lunatyk ruszyłam za blond dziewczyną w głąb lasu. Przyjemny półmrok, zapach drzew, pohukiwania sopoli. Rodrepete wyciągnęła do mnie drobną rękę o prawie przezroczystej, przezroczystej, lecz nie pergaminowej skórze, spod której prześwitywały delikatne, błękitne żyłki… Zacisnęłam palce na kruchej dłoni, dopiero wtedy zauważając, że zarówno ja jak, i Rodrepete byłyśmy bose, a nasze ciała przykrywały jedynie cienkie, zwiewne sukienki w kolorze amarantu.

– Nie bój się, chodź – wyszeptała. – Będzie ci z nami dobrze.

Ciepło, spokój i radość. Szłam. Szłam do światła. Do światła, które nagle zniknęło. A wraz z nim zniknęłam też ja. Zanurzyłam się w czerni.

 

***

Jakieś nieznajome odgłosy, szuranie, chrobotanie, pisk. Czy to Hatii? Co on robi w środku nocy? Czy on czegoś szuka? Tylko… przecież… Otworzyłam oczy i zamarłam. Nie mogłam wydusić z siebie pojedynczego słowa. Nie byłam w naszej podziemnej norze, lecz w oświetlonej pochodniami celi o tak maleńkim oknie, że nie przecisnęłabym przez nie głowy.

– Gdzie ja jestem?! – wrzasnęłam, kiedy wreszcie odzyskałam głos. – Gdzie ja jestem?! Pomocy!

Odpowiedziała mi upiorna cisza. Ustało nawet chrobotanie i szuranie, i piski.

Powoli się podniosłam, bo wciąż czułam się odrobinę zamroczona, jakbym wzięła jakieś dragi albo co najmniej te fioletowe pigułki, które namiętnie łykał Hatti, po czym podeszłam do drzwi i zaczęłam najpierw przywalać w nie pięściami, a potem kopać, jednocześnie przy tym krzycząc najgłośniej, jak tylko potrafiłam:

– Wypuście mnie! Wypuście! Zbiry! Szuje! Ja wam tego nie daruję! Słyszycie?! Natychmiast mnie wypuście!

Bardzo szybko zupełnie opadłam z sił, zaburczało mi w brzuchu, zaschło w gardle i musiałam nie tylko zaprzestać dalszego awanturowania się, ale też usiąść. Przebiegłam wzrokiem po celi w poszukiwaniu… Tak pod oknem zobaczyłam łóżko. Łóżko, nie, to raczej była prycza i nie usiadłam, lecz osunęłam się na nią niczym konający suchotnik.

Nie miałam pojęcia, ile czasu przeleżałam w stanie onirycznego zawieszenia, kiedy do moich uszu dobiegł zgrzyt klucza w zamku. Z trudem uchyliłam powieki i ujrzałam… To był Kapłan. Nie mogłam się mylić – charakterystyczna długa szata w kolorze rozbielonego cyklamenu, sandały na koturnie, ogolona głowa i tatuaż słońca na środku czoła. Jeden ze znienawidzonych przeze mnie i Hattiego Kapłanów Jedności.

Zmieniłam pozycję z leżącej na półsiedzącą, przycisnęłam kolana do brody i dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, iż nie mam na sobie swoich przepoconych, brudnych ciuchów, lecz amarantową sukienkę i sandały na koturnach. Przypomniałam sobie las i Rodrepete. To ona… To jej czary. Zamarłam.

– Bidi. – Kapłan stanął naprzeciwko i wbił we mnie spojrzenie swoich… swoich niebieskich oczu, dużo bardziej niebieskich niż oczy Rodrepete.

Ciepło, słodycz, spokój. Chciałam, nie chciałam, chciałam, żeby został. Bałam się, ale potrzebowałem jego magii.

 

***

Zostałam uwięziona w Świątyni Jedności, bo zdaniem Kapłanów, kryłam w sobie niesamowite, zdolne uratować Karattu moce. Trzymali mnie zamkniętą na klucz w maleńkiej celi i przekonywali, że tylko zjednoczenie dusz jest w stanie ocalić naszą planetę.

– Dziecko, rozumiem, że w twoim sercu króluje sceptycyzm, że uważasz Obrzędy Jedności za czarną magię, za zło… – Kapłan Unifide, ten, który jako pierwszy mnie odwiedził, zawiesił na moment głos, po czym spojrzał mi prosto w oczy i kontynuował pół tonu ciszej: – Ale my chcemy uratować Karattu, nasz i twój dom, a ty jedynie potrzebujesz czasu, by wniknąć w głąb samej siebie i ujrzeć jak nieopisywalne piękno kryje twoje wnętrze, więc przestań walczyć, dobrze?

Unifide był miły, mówił wolno i spokojnie, nigdy nie podnosił głosu, tak czy inaczej, nie reagował na moje prośby wypuszczenia na wolność, gdy zaczynałam rozpaczać i niczym mantrę powtarzać w kółko imię Hattiego, po prostu wychodził. A ja? Ja mimo ich starań zapanowania nad moim umysłem, wciąż się broniłam.

– Oni nie pozwolą ci odejść. – Dziewczyna, która przynosiła mi jedzenie, towarzyszyła w łaźni, czesała i dbała, żebym miała świeżą pościel, usiadła obok mnie i wzięła za rękę.

– Myślałam, że nie możesz ze mną rozmawiać – odburknęłam.

– Nie powinnam. – Delikatnie uścisnęła moją dłoń. – Nie powinnam, ale bardzo mi ciebie żal. Chciałabym ci pomóc.

Zesztywniałam.

– Jak masz na imię? – zapytałam, odchylając się do tyłu, ale nie zabierając ręki.

– Antropeja.

– Jak tu trafiłaś? Ciebie też porwali?

– Nie – wyszeptała, po czym nieoczekiwanie się podniosła i zabrała do sprzątania pustych naczyń. – Ja wierzę w Jedność.

Popatrzyłam na nią pytająco.

– I bardzo bym się chciała podłączyć, ale nie zdałam testu i… i tak się cieszę, że tu jestem, nie martwię się o jedzenie i dach nad głową. A ty… – Nachyliła się nade mną i jeszcze ciszej, jakby bała się, że ktoś stoi za drzwiami i nas podsłuchuje, powiedziała: – Żeby uciec, musisz się podłączyć.

– Co?

Przyłożyła palec do ust, obróciła się na pięcie i wyszła.

Zostałam sama ze swoim lękiem, wewnętrznym bólem, tęsknotą za Hattim i wolnością i narastającym poczuciem bezsensu. Co ona miała na myśli? Żeby uciec, musisz się podłączyć. Podłączeni tracili osobowość, indywidualność, niezależność i co najgorsze nie byli w stanie sami się rozłączyć, jedynie Kapłani mogli oderwać ich od źródła, a to… Przypomniałam sobie Rodrepete, ją przecież z jakiegoś względu uwolnili. Wbiłam paznokcie w kolana, przygryzłam dolną wargę. Siła psychiki. Kapłani, zapewne prędzej czy później i tak włamią się do mojego mózgu i mentalnie zmuszą do Podłączenia. Hatti! Hatti! – zawyłam w głowie.

 

***

Przez kolejne parę dni do celi przychodziła inna dziewczyna, próbowałam zagadać ją o Antropeję, ale odpowiedziała mi jedynie spojrzeniem wystraszonych oczu. Byłam niemalże pewna, że moją poprzednią „służącą” odsunięto, bo zaczęła ze mną rozmawiać, być może Kapłani nawet wiedzieli, o czym.

Od tamtej pory Unfidite odwiedzał mnie trzykrotnie częściej i albo to on stosował coraz silniejsze metody, albo to ja z dnia na dzień słabłam. Potrafił stać nieruchomo pośrodku celi i po prostu na mnie patrzeć, a ja czułam wydobywające się z jego delikatnie unoszącej się i opadającej piersi fale ciepła i jak przez mgłę widziałam przesuwające się za nim obrazy: ludzkie sylwetki utkane ze światła, tańczące w lesie, łączące się w tęczową kulę… Magiczny spokój, ulga pozbycia się fizyczności, odczepienie od będącego źródłem cierpienia ciała, duchowe wyzwolenie. Tracąca kontury twarz Kapłana, rozmyty świat przenikających się barw, bezkształtność. Tak, nie, tak… Potrzeba Podłączenia, nie, Podłączenie to śmierć.

 

***

– Bidi, śpisz?

– Kto to? – Przestraszona raptownie otworzyłam oczy, ale w celi było zbyt ciemno, bym cokolwiek mogła dostrzec.

– To ja, Antropeja. Cicho… – Dziewczyna przycupnęła na skaju pryczy, pogłaskała mnie po włosach. – Mam tylko parę minut. Bidi musisz się podłączyć, póki jeszcze masz w sobie wolną wolę i podczas Podłączenia musisz nawiązać kontakt z kimś z zewnątrz, z kimś, kto cię uratuje. Ja, podobnie jak Kapłani, czuję twoją moc, jesteś zdolna do telepatii… Innym, dużo słabszym już się to wcześniej udawało. Dzieci wzywały na pomoc rodziców, żony mężów… Jest taki moment, zanim zostajesz pochłoniętą, chwila, kiedy wrota są otwarte i możesz wniknąć w duszę kogokolwiek zechcesz. Uwierz mi, proszę. – Na moment zamilkła, po czym powiedziała stanowczym tonem: – Muszę iść.

– Antropeja, nie odchodź. – Złapałam ją za rąbek amarantowej sukienki.

Pocałowała mnie w czoło, po czym delikatnie odsunęła moją dłoń.

 

***

Podczas kolejnego spotkania Unfidite jawił mi się jako ojciec. Mój ojciec, ten którego widziałam jedynie na pożółkłych fotografiach, znalezionych w kufrze po matce. Unfidite miał twarz mojego zmarłego ojca. Geny, pamięć przodków, DNA, Ziemia, zakrzywienie czasoprzestrzeni. Twarz ojca i twarz Hattiego, uśmiech i smutek, zmarszczone czoło i podniesione brwi, magia, szarlataństwo, a może wiara w to, co obiecała mi Antropeja.

– Zgadzam się – wyszeptałam, po czym zakryłam dłońmi twarz, nie będąc w stanie dłużej patrzeć na przenikające się obrazy, które wręcz wwiercały mi się w mózg.

Unfidite położył swoje zadbane, białe dłonie na mojej głowie, wciągnął powietrze i nie, nie powiedział, lecz przesłał te słowa do mojego wnętrza bez używania ust:

– Bardzo się cieszę. Będziesz częścią cudu.

 

***

Szliśmy, Kapłan z przodu, a ja pół metra za nim; nasze kroki odbijały się echem od zdobionych freskami ścian i połączonego z nimi łagodnymi łukami wysokiego sufitu. Po drodze mijaliśmy liczne drzwi, za którymi, jak się domyślałam, mieściły się inne cele. Cele, w których być może zamknięto podobnie jak ja porwane i omamione ich czarami, a być może wierzące w Jedność, dziewczyny.

Kręty korytarz wydawał się nie mieć końca. Kojarzył mi się z wijącym wężem o dwóch głowach, dwóch, bo w pewnym momencie rozwidlił się na dwa mniejsze tunele, z których ten po prawej, wybrany przez Kapłana, zaprowadził nas do ogromnej, kwadratowej sali o sklepieniu w kształcie kopuły. Gdy tam weszłam, z wrażenia zaparło mi dech w piersiach. Pośrodku stał okrągły, wyglądający, jakby był zrobiony z diamentów stół, a przy nim ze dwadzieścia, a może nawet więcej srebrnych krzeseł o bardzo wysokich oparciach. Nad stołem znajdowała się przezroczysta, rozszerzona na dole rura, która połyskiwała delikatnie w świetle pochodni umieszczonych w miedzianych zamocowaniach z wizerunkami słońca, dokładnie tego samego, który zdobił czoło Kapłanów.

Słońca, które odrobinę przypominało ludzką twarz, pękatą, z jednym przesadnie dużym okiem i ustami złożonymi z trzech warg. Słońca, czyli wizerunku Boga Jedności, symbolizującego nastanie Ery Światła. Jedno oko oznaczało prostotę celów i dążenie ku Jedności, a potrójne wargi? Nie wiedziałam. Przez moment zawahałam się, czy nie zapytać o to Kapłana, ale on uprzedził mnie, mówiąc:

– Droga Bidi, to tak zwana Wielka Sala, miejsce, gdzie odbywają się nasze Obrzędy Jedności. Pięknie tu, prawda?

Ponownie się rozejrzałam, tym razem przypatrując się lśniącej, kamiennej podłodze, wykonanym z czegoś przypominającego drut drzewom, na których gałęziach wisiały złote jabłka i czterem, ustawionym w rogach, bogato zdobionym fotelom. Nie to raczej nie były fotele, lecz trony.

 

***

Minęło zaledwie parę dni i zostałam podłączona. Siedziałam na jednym ze srebrnych krzeseł, na miękkiej, puchowej poduszce i byłam… Było mi wyjątkowo przyjemnie. Trzymałam dłonie na stole, podobnie jak inni Podłączeni – kobiety w błękitnych sukniach, mężczyźni w powłóczystych szatach koloru miedzi, młodzi i starzy, wszyscy spokojni, skoncentrowani na niewidzialnym punkcie gdzieś pomiędzy przezroczystą rurą a stołem. Powietrze wibrowało, do moich uszu docierały dźwięki, to chyba była harfa i dzwoneczki, diamenty, których dotykałam opuszkami palców, delikatnie pulsowały. Szczęście, radość, błogość, zjednoczenie.

W pewnym momencie błyszczący blat zatrząsł się, a moje dłonie lekko się uniosły. Podobnie jak inni wbiłam wzrok w… tam coś było… seledynowa kulka, nie, szmaragdowy stożek, nie, szafirowy walec… to coś płynnie zmieniało kształty i barwy, a ja… Ja bardzo powoli opuszczałam swoje ciało. Już nie siedziałam na krześle, lecz wraz z innymi lewitowałam nad stołem. Chwyciliśmy się za ręce i jeden z mężczyzn zaczął śpiewać. Nie rozumiałam słów, to był jakiś nieznany mi język, tak czy inaczej, pragnęłam, by ta piosenka nigdy się nie kończyła. Po chwili dołączyła do niego kobieta, a potem mężczyzna, i kolejna kobieta, i kolejny mężczyzna i… Ja też otworzyłam usta. Ja też śpiewałam, mimo iż nie wiedziałam o czym.

Ujrzałam smugi dymu wylatujące spomiędzy naszych warg, łączące się w jedno i zmierzające w górę, do rury, która rozbłysła niesamowitym światłem. Ponownie się od siebie oddzieliłam, jakbym… jakbym się kopiowała, jednocześnie przy każdej kopii czyniąc się coraz bardziej przezroczystą i przybliżając się do innych Podłączonych, już nie trzymaliśmy się za ręce, lecz nasze dłonie przenikały przez siebie nawzajem niczym nakładające się obrazy.

Przez moment poczułam strach. Czy Antropeja mnie oszukała? Kapłanom zależało na tym, żebym się podłączyła, ale czyżby ryzykowali możliwością mojej ucieczki, czy to było jedno wielkie kłamstwo? Dlaczego… dlaczego ja nigdy nie odróżniałam prawdy od iluzji? Obraz ponownie zafalował.

Ta starsza, siwa kobieta obok mnie. Zobaczyłam ją rysującą patykiem na piachu uśmiechnięte serce, czyjś cień padał na jej twarz. Cień kobiety. Mój cień. Wstałyśmy i ruszyłyśmy w kierunku żółtego, nie ono nie było żółte, lecz zbudowane z diamentów, morza. W oddali ujrzałyśmy innych Podłączonych. Fruwali niczym ptaki nad falami. Ja też… ja też spróbowałam wznieść się w powietrze, ale gdy tylko oderwałam się od piaszczystej plaży, poczułam rwący ból w obu kościach przedramienia. Upadłam.

– Bidi? Bidi?

Otworzyłam oczy. Ciągle byłam w Sali, ale już nie siedziałam na krześle, lecz leżałam na kamiennej, zimnej posadzce, a tuż obok mnie kucała Antropeja.

– Bidi, kochanie. Masz, wypij to.

Zielony napój, ale ciemniejszy od tych, które przynoszono mi do celi. Spróbowałam podnieść rękę, ale nie mogłam. Uchyliłam jedynie usta, a Antropeja zaczęła mnie powoli poić. Z każdym łykiem przybywało mi sił i zanim opróżniłam cały kubek, byłam już w stanie usiąść.

– Bidi, byłaś rewelacyjna. Kapłani są bardzo z ciebie zadowoleni. Twoja pierwsza sesja i nawiązałaś kontakt z pozostałymi zgromadzonymi. Poczekaj, pomogę ci wstać… – Wzięła mnie pod ramiona.

– Dziękuję. – Fizycznie czułam się dużo lepiej, przeszedł mi ból w rękach, ale psychicznie ciągle odnosiłam wrażenie, jakbym nie do końca była sobą albo jakby mi czegoś brakowało i czegoś jednocześnie zbywało.

 

***

Antropeja odprowadziła mnie do celi, przyniosła ciepły posiłek i powiedziała, że powinnam zastanowić się nad wyborem imienia, które ma być swego rodzaju wyrazem mojej duszy i mojego podłączenia, tego, jak ja je widzę, jak postrzegam swoją rolę w spirytualnym procesie ocalania Karattu. Gdy to usłyszałam, niemalże natychmiast w moje głowie pojawił się obraz wzburzonego morza i diamentów.

– Diapecta – wyszeptałam.

– Dobrze, bardzo dobrze. – Antropeja pocałowała mnie w czoło, po czym poradziła, żebym po skorzystaniu z łaźni, od razu poszła spać.

Po siedmiu kolejnych sesjach odbyła się uroczystość nadania mi nowego imienia i mianowania Podłączoną, co zaowocowało między innymi przeprowadzką do większej i wygodniejszej celi. Prycza została zastąpiona całkiem szerokim łóżkiem o miękkim, pachnącym lawendą materacu. Zmieniły się też posiłki, prawdopodobnie były teraz przygotowywane ze smaczniejszych części szczuraka, napój stracił zieleń na rzecz ugru. I, co w sumie najbardziej mnie ucieszyło, dostałam własną, przystającą do celi łazienkę, malutką, ale własną. Tak czy inaczej, okno pozostało tych samych rozmiarów, a drzwi, tak jak wcześniej zawsze zamykano na klucz.

 

***

To było chyba dwudzieste trzecie spotkanie przy diamentowym stole. Tego dnia od samego rana czułam się dziwnie, widziałam jakby przez mgłę i piszczało mi w uszach, nie potrafiłam skupić myśli, a gdy usiedliśmy na srebrnych krzesłach, zebrało mnie na mdłości, ale… nie, nie zwymiotowałam, lecz praktycznie od razu opuściłam swoje ciało i znalazłam się na piaszczystej, tonącej w słońcu plaży.

Byłam tam sama, ale wiedziałam, że niedługo nadciągną inni. Przygotowywałam dla nich posiłek złożony ze światła umieszczonego w przezroczystych misach. To było wyjątkowo ciepłe, żółtopomarańczowe światło, które gdy je spożywałeś, dawało ci niesamowitą energię i siłę, dzięki którym zbliżałeś się do pełnego zjednoczenia.

– Diapecta, Diapecta, Diapecta… – szepty nadciągające znad morza.

Podniosłam wzrok i ujrzałam nadlatujących Podłączonych. Przez moment wydało mi się, że ich ręce zamieniły się w skrzydła, ale gdy wylądowali na plaży, wyglądali jak zwyczajni ludzie. Podchodzili do mnie jeden po drugim, a ja wręczyłam im wypełnione światłem miski. Dziękowali skinieniem głów, powtarzając moje imię:

– Diapecta, Diapecta, Diapecta…

Gdy wręczyłam ostatnią miskę, zdjęliśmy z siebie ubrania i zupełnie nadzy zbliżyliśmy się do siebie. Nasze nierzeczywiste ciała zaczęły się rozpadać na dziesiątki, setki, tysiące części, tkanek, komórek. One wszystkie wirowały i układały się w jedną olbrzymią, świetlaną istotę, która ruszyła w diamentowe morze i szła, szła, szła, aż jej stopy stanęły na drugim brzegu, gdzie padał deszcz i pasły się krowo-szczury.

Gdzieś niedaleko… Idź! Idź świetlana istoto! Tutaj, za tym zakrętem był sklep Rolego, a jeszcze dalej zabity zardzewiałą blachą zakład krawiecki, zabłocona ulica i zejście do podziemi, do poziomu „minus trzy”. Haaaaaaatttttiiiii!!! Hati! Pomóż mi! Pomóż! Zabierz mnie ze Świątyni! Hatti, gdzie jesteś?!

Siedział przy stole z parującym kubkiem czaju, chudy, zmarszczony i cholernie smutny.

 

***

Unifide wpatrywał się we mnie lodowatym wzrokiem, tak lodowatym, że mimo iż z pewnością w komnacie było bardzo ciepło, drżałam z zimna.

– Diapecta, słuchaj bardzo uważnie tego, co mam ci do powiedzenia. Masz niesamowitą moc jednoczenia, wykraczającą poza krąg Podłączonych, prawdopodobnie zdolną dotrzeć do wszystkich, nawet najbardziej ponurych zakamarków Karattu, do każdego menela, żebraka, bezdomnego, ćpuna i recydywisty. Problem w tym, że ty ciągle za bardzo się boisz, że nie ufasz samej sobie. Szukasz ratunku tam, gdzie możesz znaleźć jedynie ciemność. – Na moment zamilkł, by krzyknąć: – Diapecta, ty przywołałaś naszego Boga!

Podszedł do mnie i chwycił za ramiona. Potrząsnął.

– Diapecta! My za wszelką cenę chcemy ocalić Karattu, rozumiesz?

– Tak. – Zamknęłam powieki, westchnęłam. – Czy mogę wrócić do celi? Jestem bardzo zmęczona. Muszę położyć się spać.

 

***

Od czasu rozmowy z Kapłanem o moich tajemnych mocach, przestałam jeść szczuraka, a zaczęłam być raczona wyjątkowo delikatnym mięsem, nie miałam pojęcia jakiego pochodzenia. Obstawiałam dzikie kozoduki, żyjące w Górach Błękitnych, na które polowali tak zwani wolnoludzie, czyli ci odporni na zimno, brak światła i kamieniste podłoże, ci umiejący tygodniami nic nie jeść, a wciąż tryskać energią. Podobno w ich żyłach płynęła krew rdzennych mieszkańców Karattu, tych, których dawno temu wybili Ziemianie, tych, którzy byli od nas fizycznie i mentalnie silniejsi, ale przede wszystkim nadmiernie empatyczni i pokojowo nastawieni. To ich zgubiło.

Mięso było pyszne i mimo iż podejrzewałam, że ono samo, albo dodane do niego przyprawy, psychicznie mnie osłabiają, czyniąc uległą i podporządkowaną Kapłanom, to i tak było mi przykro, gdy miska robiła się pusta.

Z dnia na dzień przywykałam do luksusów, a co gorsza do Obrzędów Jedności. Spełniłam prośbę Kapłana i przestałam walczyć. Z każdym posiedzeniem przy diamentowym stole, odnosiłam wrażenie, że coraz bardziej i bardziej przestaję być Bidi, a staję się prawdziwą Diapectą, ich guru, ich zbawicielką, ich nadzieją na ocalenie. Oczywiście wciąż dbali, bym im nie uciekła, ale przecież skarby trzyma się w sejfach.

 

***

Ile dni minęło od porwania? Nie wiedziałam. Antropeja powiedziała, że jestem gotowa, że dzisiaj spróbują nawiązać z Bogiem Jedności głębszy kontakt i prosić o pomoc. Zostałam ubrana w błyszczącą srebrem szatę i położna na stole. Pozostali Podłączeni dotykali mnie swoim dłońmi, śpiewając pieśni, których słów wciąż nie rozumiałam, ale których treść czułam. Opowiadały one historie niedające się wyrazić żadnym ludzkim językiem, można je było próbować opisać jako piękne, transcendentne, magiczne i tylko tyle, by je zrozumieć, trzeba by było oddzielić się od ludzkiej natury, a tym samym od zdolności mowy.

Leżałam i wbijałam wzrok w wibrujący obiekt, którego kształty i kolory nieustannie się zmieniały, a Podłączeni śpiewali i śpiewali, i śpiewali… Błyskawica, jedna, druga, trzecia. Nastała cisza. Słodka i wszechogarniająca. Byłam już tylko ja, inni wniknęli w moje ciało, a raczej ducha, bo ja już odleciałam. Unosiłam się w stronę rury, stopniowo przybierając bezkształtną, świetlistą formę i oddając siebie… Tak, pełna integracja, całkowite zjednoczenie. Bóg Jedności. Bóg Jedności, który zabija skrzydlatego stwora i podziemnego pasożyta. Widziałam ich walkę, widziałam ostrze świetlistego miecza dosięgające głów potworów.

 

***

Ból. Chciałam krzyknąć, ale ktoś zatykał mi dłonią usta.

– Bidi, spokojnie, spokojnie, już wszystko dobrze.

– Mmm, mmmm.

Co się dzieje? Kto to? Czy Bóg zwyciężył? Gdzie ja jestem? Dostrzegłam w półmroku ściany celi i maleńkie okno. I mężczyzn w kominiarkach. Jeden z nich, wciąż zatykając mi usta, zmusił mnie do wstania. Zaczęłam się szamotać.

– Bidi, wracamy do Hattiego. Uspokój się, proszę, bo zgubisz i siebie i nas.

Hatti? Hatti? Fiolet zalał pomarszczoną twarz staruszka. Oni kłamią. Oni nie chcę mnie zabrać do Hattiego, bo Hatti… Do moich oczu napłynęły łzy. Przestałam się wyrywać i niczym szmaciana lalka zostałam wyniesiona na korytarz, a potem… Potem poczułam na policzkach krople zimnego deszczu.

– Przykryj ją, bo zamarznie. Jest prawie naga.

Szorstki materiał, to był chyba czyjś płaszcz… Zrobiło mi się odrobinę cieplej, ale to powietrze… Kaszlnęłam, czując napływającą do gardła żółć. Powoli zaczęłam tracić czucie w kończynach, słabły moje zdolności percepcyjne, nie miałam pojęcia, dokąd idziemy, chyba wsiedliśmy do jakiegoś pojazdu, nie wiedziałam, pogrążyłam się w ciemności.

Gdy odzyskałam przytomność, siedziałam oparta o coś miękkiego, a moja głowa bezwładnie opadała mi na piersi. Podniosłam ją z trudem, po czym odrobinę uchyliłam powieki i ujrzałam wpatrującego się we mnie mężczyznę o zupełnie białych włosach. To nie był żaden z Kapłanów ani Hatti, ani Roli. Nigdy wcześniej go nie spotkałam. Obcy. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, po czym wymamrotałam:

– Co… co tu tak śmie… śmierdzi?

Uśmiechnął się bez otwierania ust.

– Szczuraki, ale ja już dawno przestałem je czuć. Przywykłem.

 

***

Mężczyzna o siwych włosach miał na imię Zibudi, urodził się na Ziemi i jako pięcioletnie dziecko trafił do sierocińca, gdzie poznał rok starszego Hattiego, jak twierdzi – to była miłość od pierwszego wejrzenia, brajdak na całe życie, z którym dwa lata później zwiał z zapchlonego i śmierdzącego naftaliną przytułku, dołączając do miejskiej bandy. Dwaj spryciarze szybko opanowali sztukę drobnych kradzieży, potem zaczęli dziachać auta, a mając po lat naście, po raz pierwszy uczestniczyli w skoku na bank. Raz po raz się im farciło. Kejsef, błoto, chmielówa, gaz, panienki. Złote czasy.

Po kolejnych większych napadach, Hatti kończył wtedy dwadzieścia cztery, a Zibudiemu brakowało do dwudziestu trzech niecałe dwa miesiące, założyli własną szajkę, na samym początku liczącą jedynie sześciu członków, ale przed wpadką – tutaj mój rozmówca spuścił wzrok i ciężko westchnął – gang tworzył już rozbudowaną sieć kryminalną, sięgającą prężnymi odnogami nawet poza Ziemię, nawet do Karattu.

Wpadli, obrabiając sklep jubilerski. Niby żadna gruba robota, łatwizna, wszystko dobrze zaplanowane, po prostu mieli pecha. Na zapleczu ktoś jeszcze był, jak się później okazało kuzyn właściciela, na dodatek glina. Postrzelił Hattiego.

– I co dalej? – Skrzyżowałam ręce na piersi, głęboko odetchnęłam, ciągle nie czułam się w pełni świadoma, miałam wrażenie, że rozmawiam ze zjawą, że to raczej sen albo narkotyczna wizja, a nie rzeczywistość.

– Uciekliśmy. – Nie byłam pewna, czy mi się to nie przewidziało, lecz w oczach Zibudiego dostrzegłam łzy. – Hatti był dla mnie jak brat. Za wszelką cenę, chciałem wydostać go z paki, ale… poległem, a on przez wszystkie te lata trzymał język za zębami, twardziel. A gdy w końcu wydostał się na wolkę, był już taki, no wiesz… Prawie nic nie mówił. Nie mam pojęcia, czy to przez tę kulkę, którą zarwał u jubilera, czy go te chuje tak urządziły. Przepraszam… Ja…

– Gdzie on teraz jest? – zapytałam drżącym głosem.

– Chodź.

– Gdzie?

Zibudi westchnął, po czym wyciągnął do mnie swoją dłoń. Dużą, pomarszczoną, ale nie tak pomarszczoną, jak dłonie Hattiego, on w ogóle wyglądał dużo młodziej od mojego przyjaciela, jakby dla niego okrutny czas okazał się łaskawszy. Ostrożnie, bo trochę kręciło mi się w głowie, wstałam, owinęłam się starannie nie swoim płaszczem i ruszyłam za mężczyzną o białych włosach.

Z pokoju wydostaliśmy się do tonącego w półmroku, małego korytarza prowadzącego do stromych schodów, przed którymi raptownie się zatrzymałam. Z pewnością nie dam rady sama na nie wejść, szczególnie na tych wysokich koturnach. Odwróciłam się do Zibudiego, uchyliłam usta, ale nic nie powiedziałam.

– Złap się poręczy, będę asekurował cię z tyłu. Powoli.

Powoli. Szliśmy bardzo powoli, a ja z każdym schodkiem czułam coraz bardziej intensywny smród szczuraków, który, gdy wreszcie wydostaliśmy się na powierzchnię, sprawił, że, gdyby nie natychmiastowa reakcja Zibudiego, osunęłam bym się na ziemię niczym wyzbyta energii kukła.

– Bidi…

– Diapecta – wymamrotałam, zaciskając palce na jego twardym ramieniu.

– Bidi – powtórzył stanowczym tonem, po czym wziął mnie na ręce i zaniósł pod rozłożyste drzewo.

To chyba był skipotus, lubiący suche podłoża i obecność szczurakowych odchodów, duży i kolczasty.

Niedaleko mocno pofałdowanego pnia skipotusa znajdował się niewielki kopiec, widać było, że niedawno, dwa, maksymalnie cztery dni temu usypany, a na nim palcem albo patykiem, raczej palcem, narysowane serce.

– Hatti – wybełkotałam, po czym… nie, ja nie chciałam tych łez powstrzymywać, ja po prostu wybuchnęłam rzewnym płaczem.

– Haaaaattttiii – zawyłam do nieba, które przypominało skutą lodem rzekę pełną martwych hapii.

– Bidi, maleńka. – Zibudi usiadł pod drzewem, wziął mnie na kolana, objął ramieniem. – Nie płacz. On umarł, spełniając swoją misję. On… on wie, że jesteś bezpieczna, że wyrwaliśmy cię z objęć szarlatana, że patrzysz na jego grób… Bidi…

Wciąż szlochałam, wbijając koturn w miękką ziemię. Błoto, rozwodniony nawóz bez wody.

– Jak to się stało? Jak on zginął? Jakim cudem mnie znaleźliście?

Smród i zimno. Deszcz i ciemność. Prawdziwe Karattu. Poza Świątynią. Zbyt prawdziwe. Drżałam.

– Powiem ci, tylko się uspokój, oddychaj.

– Do… dobrze – wyjąkałam, po czym chwyciłam dłońmi ramiona i skrzyżowałam nogi, próbując za wszelką cenę powstrzymać przeszywające mnie dreszcze.

Hapie na niebie zbladły, przykryły je szare chmury. Zdechłe ryby pod deszczową chmurą.

– Gdy zniknęłaś, to znaczy nie wróciłaś z pracy dnia pierwszego, drugiego i trzeciego, to był wieczór dnia trzeciego, pojawił się u nas Hatii, przygarbiony i on, on nawet na nas nie patrzył, on nie patrzył w podłogę, on patrzył w nicość. Tak czy inaczej, grobowym głosem powiedział, że musimy cię znaleźć.

– I? – Wciągnęłam powietrze, moje serce ciągle uderzało o klatkę piersiową niczym złapany w sieci motyl, ale na szczęście zaczęłam przyzwyczajać się do odoru szczuraków. Tak czy inaczej, dopiero teraz dostrzegłam na horyzoncie farmę i ich owalne, bardziej przypominające ziemskie świnie niż krowy sylwetki na tle prostokątnych obór.

– Tak, tam hodują szczuraki. Z premedytacją założyliśmy bazę pod polem, na którym są pasione. Nikt tu nie zagląda… Ich smród jest skuteczniejszy od karabinu, ale wracając do… – Na moment zamilkł, pogłaskał mnie po głowie. – Hatii nie płakał, ale był tak cholernie smutny, że niewiele się zastawiając, ruszyliśmy w miasto. Gadaliśmy z żebraczką bez ręki, z Rosi, z Heli, z Mare i z Sydą, no i z tym wstrętnym Rolim. Byliśmy pewni, że Roli coś wie… My… chcieliśmy wycisnąć z niego prawdę. – Znowu zawiesił głos.

– Czy wy mu coś zrobiliście, to znaczny… – Nie dokończyłam.

– Tak, Bidi, złamaliśmy mu nogę i rozcięliśmy dolną wargę, bo ja jestem pewien, że on coś wiedział, tylko pewnie ta wiedźma go zaczarowała.

– Rodrepete? – zapytałam.

– Tak, Rodrepete, ale do niej nie zdołaliśmy dotrzeć i straciliśmy nadzieję, a Hatti powiedział, że idzie do swojej nory i będzie tam na ciebie czekał, zawsze, aż wrócisz. Próbowaliśmy go zatrzymać, a potem oferowaliśmy mu, że znajdziemy kogoś na twoje miejsce, ale on uparcie powtarzał: Czekam na Bidi, czekam na Bidi. Jak w mantrze. I się doczekał. Przyszłaś do niego w śnie, pokazałaś mu Świątynię i Wielką Salę, i celę, w której spałaś i siebie w amarantowej sukni. Dla nas to było już proste, tylko Hatti… on… już wcześniej miał słaby żołądek, a twoje zniknięcie…

Podkuliłam kolana i głośno zaszlochałam. To ja go zabiłam, moja diabelska, telepatyczna moc jednoczenia i jej samolubne wykorzystanie. Nieważne czy istnieje Bóg Jedności, bo ja i tak jestem córką pasożyta.

– Ej, to nie twoja wina. On był chory i… on chciał cię uratować.

Nic nie odpowiedziałam, za to przygryzłam dolną wargę tak silnie, że poczułam w ustach krew. Co oni wiedzieli? To Kapłani mieli rację, mogłam ocalić Karattu, ale jedyne, na co było mnie stać, to zabić Hattiego, ale… może jeszcze mogłam odpokutować swoje grzechy? Wyciągnęłam dłoń w stronę pobłyskującego w oddali miasta.

– Bidi?

– Ja…

– Bidi, ty musisz lecieć na Ziemię. Musisz uciekać.

– Na Ziemię? – powtórzyłam, wciąż wpatrując się w migoczące światła.

– Rodrepete cię znajdzie, ona jest jak pies, wszędzie cię wywęszy. Nie jesteś tu bezpieczna.

Ostrożnie się podniosłam i ruszyłam do przodu. Daleko, bardzo daleko dostrzegłam delikatnie zarysowaną na tle nieba smukłą sylwetkę Świątyni.

– Nie możesz wrócić do Rolego. – Zibudi złapał mnie za ramię.

Zatrzymałam się, ale po chwili znowu zrobiłam krok naprzód. Ja z pewnością nie chciałam wracać do Rolego, lecz… musiałam dowiedzieć się, co oznaczają trzy wargi w wizerunku Boga.

Koniec

Komentarze

Czytając Twoje opowiadanie odczuwałem delikatne, acz pozytywne napięcie. Fabuła wciągająca, ale najbardziej podobały mi się fragmenty dotyczące "podłączenia", które zdecydowanie nie byly depresyjne. Pozdrawiam:)

Miency – dziękuję bardzo za przeczytanie (chyba trochę za długie to wyszło) i cieszę się, że spodobały się fragmenty, gdzie opisuję “podłączenie”. Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo mi się podobało. Masz niezwykły dar kreowania pomysłowych, oryginalnych światów, łączących jakieś dziwaczne SF z równie nietuzinkową formą fantasy. Tutaj pogrywasz teoretycznie znanymi klockami (dystopia, swoista forma opresyjnej religijności) w twórczy i pomysłowy sposób. Wciągnęła mnie historia, ale przede wszystkim kupił nastrój, plastyczność i barwność opisów, naszkicowany lekko i bez infodumpów, ale barwny świat. Klik ode mnie.

EDIT: Ale kończy się w takim momencie, że chciałoby się dalszego ciągu :).

Zgadzam się z Ninedin.

To trzeci Twój tekst. który przeczytałam. Są to opowiadania pełne trudnych problemów, które silnie poruszają emocje i pozostają na długo w pamięci. Każde z nich jest trochę inne i myślę, że to dobrze. Zwróciłam uwagę na plastycznie odwzorowane miejsca, zwłaszcza masarnię i dom Bidi. Zgłaszam do wątku bibliotecznego.

Ninedin – dziękuje za przeczytanie i komentarz i jest bardzo miło, że ten tekst również Ci się spodobał. Zakończenie rzeczywiście trochę otwarte i takie sobie zaplanowałam, chociaż chyba dzisiaj zaświtała mi myśl, że może powinnam pociągnąć historię dalej, tylko wtedy to już nie byłyby opowiadanie :) Dzięki za kliczka. Pozdrawiam ciepło.

 

Ando – tak, rzeczywiście mam upodobanie do trudnych problemów… chociaż w tym tekście chciałam, że nie było bardzo smutno… Cieszę się, że tekst Ci się spodobał :) dziękuję za kliczka i miłego wieczoru :)

Podkuliłam kolna i głośno zaszlochałam.

kolana

 

Też nabrałem ochoty na więcej. Bardzo ciekawy tekst. Realistyczny syf i interesujące wizje, nie przeładowane niesamowitością, która wyłącza wyobraźnię i percepcję po pięciu linijkach. Takie w sam raz. I do końca nie wiadomo czym jest ten kult.

Nikolzollern – dziękuję za przeczytanie i komentarz, cieszę się, że świat się spodobał :) Zaraz poprawiam “kolna”. Pozdrawiam serdecznie.

on panicznie bał się ciemności, mówił, że mrok zabiera go do więziennego bunkru,

Podejrzewałam, żeby ich kryć, poszedł do paki albo że dłuższej siedział za kratami,

Tak naprawę, miałabym problem, że zostawić go tak samego, na pastwę losu.

Na razie krótka łapanka. Wrócę do lektury jutro. Przyznam się, że mnie wciągnęło.

Chrościsko – dzięki za wyłapanie baboli, niestety, boję się, że jest dużo więcej :( Fajnie, że wciągnęło :)

Zajmującei! Tworzysz niezapomniane pary, z imionami, które wpadają w ucho. Tutaj w dodatku kreujesz drugi świat. Będziemy mieli antagonistę, mamy go już i nie jest nim enigmatyczny świat, warunki. 

Dla mnie Katiu, to opowiadanie jest przekroczeniem jakiejś granicy, pomiędzy krótką i dłuższą formą. Nie potrafię tego uchwycić, co to takiego jest, czym jest, ale pierwsze zdanie, które meandrowało mi w umyśle po przeczytaniu to – przecież to powieść, powieściowy styl pisania, akcja rozwija się w taki sposób, sceny tak są budowane. Próbuję uzasadnić, ale słabo mi to wychodzi, bo co ja się tam na tym wszystkim znam. Niemniej, dla mnie jest różnica i to w dodatku przy zachowaniu intensywności samego tekstu. Gratuluję:)))

 

Przyjrzyj się kilku zdaniom, może lekko zmień:

,Podejrzewałam, żeby ich kryć, poszedł do paki albo że dłuższej siedział za kratami, bo nie chciał ich wydać, ale tak do końca nic na pewno nic nie wiedziałam

Tu coś nie gra.

,miałabym problem, że zostawić go tak samego, na pastwę losu.

„Że” zamieniłabym na żeby, aby lub inne.

,czuło się bardziej smak papryki i pieprzu niż to z czego je przyrządza

Nie brzmi mi „to”, może „tego”?

,Było mi już wszystko, najważniejsze, żeby ci w brzuchu nie burczało.

Czegoś brakuje – „jedno”?

,Dziewczyna, która przynosiła mi jedzenie, zaprowadzała do łaźni

Tutaj słowo „zaprowadzała”

,Pośrodku stał okrągły, wyglądający, jakby był zrobiony z diamentów stół,

,Ponownie się rozejrzałam, tym razem przypatrując się lśniącej, kamiennej podłodze, wykonanym z czegoś przypominającego drut drzewom, na których gałęziach wisiały złote jabłka i czterem, ustawionym w rogach, bogato zdobionym fotelom, nie to raczej nie były fotele, lecz trony.

Hmm, tu jest ok, ale trochę zawikłane to zdanie. Najłatwiej byłoby chyba je podzielić.

 

Zgłaszam do klika bibliotecznego:) i dobrej niedzieli życzę :), a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj, do pozytywności to daleko temu opowiadaniu :P Od początku do końca spowiła mnie szarość i ogarniał smutek. Ale to dobrze. Bo wszedłem w ten klimat bez zastanowienia i dałem mu się porwać. I nawet teraz jakoś tak mi smutno, bo żal mi Hattiego, Bidi i w ogóle :(

Więc: Emocje i klimat, są. Ciekawy świat, jest. No i pięknie :) Według mnie umiejętnie dawkujesz informacje o wykreowanej przez Ciebie planecie. Stopniowo, nie nachalnie, nie za mało, nie za dużo. Na tyle, aby dowiedzieć się o wszystkim istotnym, ale też zostawić trochę mgły tajemnicy. Jest trochę literówek, błędów itp. ale nie chciałem sobie przerywać, gdyż czym prędzej chciałem poznać zakończenie.

A to, może nie tyle mnie rozczarowało, co miałem na nie inne nastawienie. Wydaję mi się nieco otwarte, dające pole do dalszych działań, ale jako zakończenie jednorazowego opowiadania zostawiło we mnie jakiś niedosyt.

Pozdrawiam!

mieściły się inne cele. Cele, w których być może zamknięto inne podobnie jak ja porwane i 

duży i kolczasty; on zamiast liści miał olbrzymie kolce.

– I? – Wciągnęłam powietrzne, moje serce ciągle uderzało o klatkę piersiową niczym złapany w sieci motyl,

 

Pierwsza część, ta w mięsnym i norze Hattiego, genialna. Niesamowity klimat, świetny styl, dbałość o szczegóły, zbalansowane zdania. A już opis mopa we wiadrze z brudną wodą… w życiu nie pomyślałbym, że można to zrobić tak pięknie.

Od porwania już podobało mi się nieco mniej, to znaczy było już tylko bardzo dobrze. ;)

Ten początek to było takie połączenie późnego PRL-u, postapo i Diuny.

Przeszkadzało mi troszkę, że z jednej strony jest to już epoka kolonizacji innych światów, więc czasy odległe, a poziom technologii codziennej zachowałaś taki bardzo współczesny. Mopy, szmaty, plastikowe wiadra, haki na mięso, metalowe kubki… trudno mi było to pogodzić. Warto by wyjaśnić, skąd się te produkty wzięły na obcej planecie. Czy rozwinął się miejscowy przemysł? Jeżeli tak, to dlaczego akurat tak zacofany w stosunku do chociażby hybryd genetycznych. Czy może z jakichś powodów nastał regres?

Zakończenie również nieco rozczarowało, ale znowu, w porównaniu do genialnego początku. Zastanawia mnie relacja Hatti – Bidi. Z jednej strony zdawało się, że byli jedynie współlokatorami z przymusu, a prócz wzajemnego zrozumienia i sympatii nic tam się między nimi nie iskrzyło. A ostatecznie okazało się to wielką przyjaźnią, jeżeli nie miłością.

W samym zakończeniu troszkę za szybko spadło napięcie. Punkt kulminacyjny zdaje się być przy ucieczce w świątyni, a później napięcie już opada. Co więcej, zakończenie jest otwarte. Zamierzasz dopisać drugą część?

 

Moja ocena 5.3/6.

 

Widzę ten tekst w przyszłorocznej antologii. Zobaczymy, czy Loża też go tam widzi. :)

Asylum – dziękuję bardzo przeczytanie, komentarz, kliczka i wyłapanie dziwnych konstrukcji zdaniowych, spróbuję coś z nimi zrobić :) Fajnie, że się podobało.

 

Realuc – dzięki za przeczytanie i komentarz, i jak to u mnie zbyt wesoło nie wyszło… Odnośnie zakończenia, może warto, by je rozwinąć, tylko że już wtedy chyba wyszłaby z tego książka…

 

Chrościsko – dziękuję za przeczytanie, komentarz i kliczka. Zgadzam się, że pierwsza cześć lepsza od drugiej, i początek lepszy od zakończenia… :( i że nastąpiło pomieszanie przeszłości z teraźniejszością i przyszłością, dodatkowo pozbawione uzasadnienia… Jeśli wpadnie mi coś do głowy, to może próbuję coś pozmieniać :)

 

Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę udanego wieczoru :)

Katiu, nie mogło się nie spodobać!:DDD

Ta nierówność/nierównoważność podług Chrościska wynikała podług mnie z innego prowadzenia fabuły, znaczy ma się toczyć dalej:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, nierównowagę, niestety, czułam pisząc… tylko jakoś, gdy Bidi weszła do świątyni, nie potrafiłam utrzymać tego samego klimatu, który udało mi się stworzyć na początku… Nic to, ciągle się uczę :) – głownie dzięki tej stronie i Waszym uwagom. I w sumie to bardzo lubię w pisaniu – wciąż jest nad czym pracować :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Myślę inaczej, Katiu, pozwolę sobie sprostować. Tak musi być, moim zdaniem, nie da się utrzymać tempa przy dłuższej opowieści, czas na wytchnienie czytelnika musi być i poznawanie nowej sytuacji, scenerii. Ty tam pisz i nie zastanawiaj się za bardzo:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

:):):)

Ja tylko dodam, że po kilku pierwszych scenach miałem wrażenie, że jest już tu dla Ciebie za ciasno. Że przyszedł chyba czas, by wspiąć się wyżej. Dużo wyżej.

Dzięki, Chrościsko :) Ja wspinam się dosyć powoli, i na dodatek czasem krok do przodu, a potem dwa do tyłu, ale moim zdaniem nigdy nie trzeba się poddawać :)

musiałam dowiedzieć się, co oznaczają trzy wargi w wizerunku Boga.

Roliemu rozcięto wargę więc miał ich trzy. Jeśli nie dowiem się co oznaczają trzy wargi w wizerunku Boga to mam godzinę w plecy smiley

Patrzę na wiek autorki, jest napisane 39 ale myli nick. No bo 72 to chyba nie waga yes. Znaczy się autorce wróżę sukces. Ma jeszcze na niego czas. 

 

Czytałem to i czułem smród szczuraka surprise

 

Wyczułem pejoratywny stosunek do Kapłanów. Miliardy, miliardów gwiazd. Jeśli wśród nich jest 50 cywilizacji z osobnikami nam podobnymi, to jestem pewien, że na każdej z nich są spece od nicnierobienia. Takie niebieskie ptaki co to nie orzą, nie sieją, nie żną, nie gromadzą w magazynach a dobrze się odżywiają. No bo wszędzie sprzedają swoje bajki i suto sobie za to każą płacić.  

 

Może są i inni zdolni w fachu pisarskim ale jeszcze się nie wczytałem w więcej.  

nie ma

Arko – siedemdziesiąt dwa to moja ulubiona liczba, dziękuję za przeczytanie tekstu i komentarz, jeśli chodzi o trzy wargi, myślę o kolejnej części :) Niebieskie ptaki i bajki – coś w tym jest. Pozdrawiam serdecznie.

Klik w ciemno, opinia później Katiu :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole – dziękuję i czekam :)

No to jestem! Było w ciemno, teraz będzie w jasno :) A w jasno powiem, że w ciemno było jak najbardziej uzasadnione :)

Ja nie jestem wielkim miłośnikiem, znawcą fantasy, nawet nie umiałbym orzec, czy to na pewno słuszna klasyfikacja; pewnie tak, bo nikt jej tu nie kwestionuje. Ale mam wrażenie, że swoją prozą sięgasz ponad jakiekolwiek gatunki, na co pozwala Ci warsztat i kreatywność.

Warsztat to świetne obrazowanie, lekkość stylu, łatwość operowania słownictwem różnych środowisk, choćby “menelskich”, panowanie nad klimatem i odbiorem czytelnika (przynajmniej w moim przypadku tak to działa: gdy już zaczynam czytać Twoje teksty, szybko tracę suwerenność i czuję się trochę jak niewolnik przywiązany do nich Twoim kaprysem :)

Kreatywność to dar Boga lub Natury (nie kłóćmy się teraz o szczegóły), który pielęgnujesz i rozwijasz. Masz w wyobraźni swój świat, bynajmniej nie lukrowany, raczej mroczny, nieprzyjemny, trudny, nieprzyjazny lecz nie beznadziejny – bo żyją w nim ludzie (powiedzmy ogólniej – istoty) zdolne do marzeń, pragnień, empatii, przyjaźni… tu np. widzimy wzruszającą parę Bidi-Hatti.

W kwestii (nielicznych) niedostatków zgadzam się z Chrościsko.

Na koniec zabawny drobiazg:

Trzęsityłek – syknął chudzielec

W tym przypadku chodzi o kobietę. Mamy właśnie czas walki niektórych środowisk o żeńskie końcówki. Jak tutaj powinno być? chudzielca? chudzielina? chudzielaczka? laugh

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

W tym przypadku chodzi o kobietę. Mamy właśnie czas walki niektórych środowisk o żeńskie końcówki. Jak tutaj powinno być? chudzielca? chudzielina? chudzielaczka?

– syknęła chudzinka.

 

Naturalne i niewydumane. 

Niestety, nie do końca spełnia zasady, bo to zdrobnienie, a “chudzielec” bynajmniej zdrobnieniem nie jest. :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz, jeśli chodzi o gatunek, to w moim odczuciu ten tekst najbliższy jest fantastyce, tylko nie takiej do końca klasycznej… :) Cieszę się, że i tym razem opowiadanie mimo swoich niedostatków, ogólnie się podoba :) Pozdrawiam ciepło.

 

Tsole, Chrościsko – zmieniłam “Chudzilca” na Heli.

Niestety, nie do końca spełnia zasady, bo to zdrobnienie, a “chudzielec” bynajmniej zdrobnieniem nie jest. :)

EDIT:

Jest też słowo “chudzina”.

Zgodnie z zasadami polskiego języka “chudzinka” byłaby żeńską wersją słowa “chudzin” lub “chudzinek”. Zgadzam się, że “chudzielec” nie ma żeńskiej wersji, zresztą jak wiele innych wyrazów, dlatego poszukiwanie na siłę takich końcówek uważam za idiotyzm, a moja uwaga miała charakter satyryczny, o czym świadczy końcowy emotikon.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

a moja uwaga miała charakter satyryczny, o czym świadczy końcowy emotikon.

Domyśliłem się. Jednak zabrzmiało to troszkę jak prowokacja, w mojej opinii w tym miejscu niepotrzebna. Wszak ani autorka, ani nikt z komentujących na siłę takich końcówek nie poszukiwał.

Kolejny raz wracam do opowiadania. Oprócz pary Bidi – Hatti z całą skomplikowaną relacją tej dwójki, widzę jeszcze fascynację Bidi Antropeją.

Chrościsko, przepraszam, jeśli poczułeś się sprowokowany, takich intencji nie miałem. Osobiście “chudzielec” w niczym mi nie przeszkadzał; zdanie jest poprawne, a cała ta uwaga miała charakter OT.

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Chrościsko, przepraszam, jeśli poczułeś się sprowokowany, takich intencji nie miałem.

Tsole, nie ma potrzeby przepraszać, bo i nie ma za co. Tłumaczyłem jedynie swoją naturalną reakcję.

Oki, wrócił chudzielec :)

Super! :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

A coście się nagle formami ona/on przejęli:)

Chudzina dobra, bo i ona i on:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ale chudzielec tak jakoś bardziej brzydko brzmi ;)

 

Ps. Chrościsko, Asylum – dzięki wielkie za nominacje. Moim zdaniem “małopiórkowe” opowiadanie, ale tak czy inaczej, miło być nominowanym :)

Katiu, uwielbiam Twoje światy, Twoja wyobraźnia zdaje się nie mieć granic. Do każdego opka tworzysz odrębne uniwersum i one są jak płatki śniegu – każde unikatowe, wyjątkowe i kompleksowe. A jednocześnie czytelnikowi pokazujesz tylko mały skrawek tych światów, widzimy je z perspektywy pojedynczego człowieka, ptrzymy na to, co jest dla Twojego bohatera ważne. To jest charakterystyczne dla Twoich tekstów, a przynajmniej dla tych, które przeczytałam. I powoduje, że zazwyczaj kończę lekturę z uczuciem niedosytu. Bo chciałabym te Twoje światy poznać lepiej, spędzić w nich więcej czasu. Tym razem jest mi szczególnie trudno pogodzić się z tym, że to już koniec.

Twoje teksty mają jeszcze jedną (a właściwie nawet dwie) cechy wspólne. Mam wrażenie, że stawiasz pytania, ale odpowiedzi na nie pozostawiasz czytelnikowi. I może właśnie dlatego to konkretne opko kończy się tak, jak się kończy. Widzę w tym świecie podział na “nas” i “onych”. “Oni” to ludzie związani ze świątynią jedności. Nawet dokładnie nie tłumaczysz, skąd u Bidi i jej otoczenia ta niechęć do świątyni, nawet nie jestem pewna, czy wszyscy na Karratu mają podobne odczucia, czy też jest to charakterystyczne tylko dla tej najuboższej grupy społecznej. Krótkie, wymuszone spotkanie ze świątynią rodzi u Bidi pytanie: “A co, jeśli “oni” mają rację?” Co, jeśli ci, których nie lubimy, którymi pogardzamy mają rację, może nie we wszystkim, ale przynajmniej w paru istotnych kwestiach. Pewnie gdybyś pobiegła z opowieścią dalej, to pytanie nie wybrzmiałoby, zginęłoby w morzu wątków. A masz tam tego jeszcze trochę. ;)

Niby takie zaakcentowanie tego, co dla Ciebie ważne ma sens, ale ja bym szczerze mówiąc wolała się dowiedzieć, co było dalej. Słowem, niezwykły świat, piękna opowieść, ale zbyt szybko zakończona.

Irka – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz, fajne, że ten świat też Ci się spodobał. Świadomie zakończyłam opowiadanie w takim momencie, ale może powinnam rzeczywiście troche bardziej je rozwinąć. Może Bidi powinna wrócić do świątyni i… i musiałbym coś wybrać, a ja sama nie znam odpowiedzi na pytania, które stawiam :( ale jeszcze nad tym pomyślę :)

Bardzo dobry tekst.

Przede wszystkim wspaniale stworzony świat. Niby pełen obcych nazw, ale stopniowo można się w nim rozeznać. Zgadzam się z przedpiścami, że opisy plastyczne. Czuć syf u rzeźnika.

Świetna stylizacja językowa Hattiego.

Dobrze rozbudowane stosunki między postaciami. Tej nie kocham, tej nie lubię…

Emocjami – tradycyjnie – sterujesz dobrze. Na ile mogę to odgadnąć. ;-)

Relatywnie słaby punkt stanowi zakończenie – niewiele wyjaśnia. Co w końcu z tym ratowaniem Karattu? Uda się czy nie? Wręcz urywasz na pytaniu o trzy wargi. No, nieładnie tak.

Jestem na TAK, czyli.

 

Aha, i zgadzam się z przedpiścami, że dojrzałaś do podbijania literackiego świata. To już jest w pełni drukowalna proza. Głębsza i oryginalniejsza niż niejedna rzecz widziana w księgarni czy bibliotece. I prujesz nią raz za razem.

Babska logika rządzi!

Popieram Finklę, Katia do księgarń, czyli.

Finkla – szczerze, nie spodziewałam się tak pozytywnej opinii :) Bardzo dziękuje za miłe słowa. Super, że spodobała Ci się stylizacja językowa Hattiego, paradoksalnie, spędziłam nad nią bardzo dużo czasu, studiując pochodzące z różnych źródeł słowniki gwary więziennej (tak czy inaczej, nie jestem pewna, czy nie palnęłam tu jakiejś głupoty). Odnośnie zakończenia – dodałam kolejne prawie dziewięć tysięcy znaków… Niestety, nie wiem, czy jest lepiej, czy gorzej… Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

 

Chrościsko – dziękuję :)

Końcóweczka super!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

O, to bardzo się cieszę :):):)

Dlaczego paradoksalnie? Dobrze zrobić coś, co jest cholernie oddalone od języka, jakim człowiek posługuje się na co dzień – to bardzo trudne.

Babska logika rządzi!

smileysmileysmiley

 

A paradoskalnie, bo dłużej się zagłębiałam w więzienną mowę niż pisałam samo opowiadanie :)

Katiu, dołączam się do zdania przedpiśców: Katia do księgarń. Kupiłabym Twoją książkę.

I jeszcze sama sobie zilustruje…

Babska logika rządzi!

Ando, Finkla – dzięki :) Książka powstaje, ale… myślę, że żeby coś wydać, to znaczy książkę, muszę napisać przynajmniej parę sztuk, żeby dało się to czytać :)

Co myślicie o nowym zakończeniu? Może zostać?

To zakończenie odebrałam jako bardziej optymistyczne niż wcześniejsze, szczególnie w świetle słów Bidi, że kiedyś znów wróci do Hattiego. Zrozumiałam, że ten kult dawał Bidi nadzieję na coś lepszego niż szczurołaki i śmierć bliskich. Całość jest tak fajnie napisana, że niby wszystko wiemy, a jednocześnie ten obraz jest na tyle uniwersalny, że można do niego dodać własną interpretację.

Ando, to chyba dobrze, że wyszło bardziej optymistycznie :) Dzięki wielkie za przeczytanie :)

Katiu:), a ja nie wiem, czy jest lepiej, czy gorzej.

Poprzednie zakończenie było ok, obecne też takim jest i w dodatku dorzuca pewne wyjaśnienie. Chyba lepiej, lecz nie potrafię rozeznać. Kocham Twoje opowieści!:)

Dla mnie foremka tego ciastka powiększyła się, jest dłuższa i szersza. Odbieram końcówkę jako nadpisanie dalszego ciagu. Jest dobre!  Cały czas pozostaje oryginalne. Pisz.

Jednak, wiesz, ja optymistycznych zakończeń nie widzę – jest status quo. Może jestem spaczona jak kawałek drewna niewysychającego w optymalnych warunkach. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – ja tak sobie ostatnio myślę, że znowu piszę za dużo albo, że za dużo publikuję… :) Odnośnie zakończenia też sama nie wiem, chciałam przede wszystkim, żeby było mniej otwarte i żeby się trochę więcej rzeczy wyjaśniło… Pozdrawiam ciepło :) I życzę udanego weekendu :)

Nie piszesz za dużo, w sam raz, ja w każdym razie kibicuję i chciałabym więcej, więcej, bardzo!:DDD  Może masz rację z tym wyjaśnianiem i mniejszą otwartością. Nie potrafię tego rozeznać, nie znam się, najprostsza, chociaż pewnie nie za mądra rada – serce i myśl. Za nimi podążaj.

Dzisiaj weekend jest dobry, jutro już będzie inaczej. Też dobrze, ale inaczej, ale to ok:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. A ja chyba wolałam pierwotne zakończenie. To jest za bardzo odjechane.

I pod jego wpływem wyobraziłam sobie trzy wargi jako coś godnego czerwia z Diuny…

Babska logika rządzi!

W takim razie usuwam :) Zostało nominowane w poprzedniej wersji, więc myślę, że powinno do niej wrócić…

O rany, od razu katjujesz. Jedna jaskółka nie czyni żadnej pory roku. Poczekaj na większą próbę, nie wysnuwaj wniosków na podstawie garstki obserwacji.

Babska logika rządzi!

Hmm, ja sama chyba też je mniej lubię… Zachowałam na dysku. Tym, którzy będą marudzić na zakończenie, wyślę w prywatnej wiadomości… :) Jak się tak nad nim zastanowiłam, to nie do końca pasuje do reszty, wyszło takie, hm, za bardzo natchnione :)

A w ogóle to jeszcze nie podziękowałam Ci za nominację :) Bardzo mi miło smileysmileysmiley

Mnie też. Lubię nominować. :-)

Babska logika rządzi!

Katiu:), nie kombinuj;DDD. 

Pomyśl jeszcze chwilkę, chwileczkę chwilunię, taka malusieńką. Ja sama nie wiem, Finkla też ciut w pozycji – dumam. 

Ty decyduj!:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Finklayes

 

Asylum – usunęłam i lepiej się czuję… Tak czy inaczej, zachowałam alternatywne zakończenie dla zainteresowanych :)

 

Ach, nie prosto z tymi zakończeniami… Może zabiorę się do pisania powieści w odcinkach, która nigdy się nie skończy ;)

Uwielbiałabym w odcinkach. Ciągle pamiętam to zrzędzenie Tołstoja na Annę Kareninę w odcinkach. Tutaj byłoby chyba zbyt trudne, chociaż nie tracę nadziei na to, że byłoby możliwe, pod warunkiem, że zamknięte sekwencje.

Jednak wiesz, że jestem niekoniecznie reprezentatywna. W sumie nie wiem, jak to jest? Nie lubię fragmentów, ale Twoje czytałabym i czekała na nie. 

Wracając do Tołstoja to znielubił ostatecznie Kareninę. Powody chyba były złożone, za mało wiem, o tym.

Mózg paruje, bo kminię i kminię. Napiszę tak – decyzja Autora – ostateczna jest najlepsza .

 

Ps. Cholernie nie prosto z zakończeniami.

 

srd,

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj, trudno, trudno… sad

:DDD, oj nieprosto!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

usunęłam i lepiej się czuję…

A ja gorzej :(

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Oj, i co ja mam teraz zrobić… Hm, muszę to przemyśleć :)

Ależ Katiu, mną się nie przejmuj :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Tsole, oczywiście, że się przejmuję :) I oczywiście, bym chciała, żeby wszyscy byli zadowoleni :) ale z drugiej strony, gdyby wszyscy lubili to samo, byłoby trochę nudno :) Pozdrawiam ciepło i życzę miłego wieczoru :)

Mną się też nie przejmuj, proszę! :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, gdybym się tak nie przejmowała, to nie zrobiłabym w pisaniu żadnego kroku naprzód :( Mimo zdaniem łatwiej jest się nauczyć rysować na własną rękę niż pisać. Opinie użytkowników są bezcenne, nawet jeśli czasem gdzieś zaboli… Trzymaj się ciepło i dobrej nocy :)

Tak, opinie są bezcenne. Ale nie każda jedna opinia.

Babska logika rządzi!

Im więcej, tym lepiej, niestety, gdy tekst się podoba jednej osobie, a stu innym nie… Cóż :) Miłej niedzieli :)

Z nauką rysowania, że łatwiejsza  niźli pisanie w pełni się zgodzę. :)

I drugi pogląd jest mi bliski – każda opinia jest cenna. Może jednak spróbuj je zważyć, która płynie z większego doświadczenia i bardziej bliska Twojej własnej. 

A tak w ogóle to sądzę, że rozumiem dylemat. Mojej opinii, w każdym razie, nie bierz w rachubę. Podoba mi się i tak, i tak.

srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na razie nic nie ruszam :)

Pamiętaj, że spokojnie możesz odrzucić skrajne opinie.

Babska logika rządzi!

Mhm :) Zawsze trzeba próbować znaleźć złoty środek… Chyba :)

Tak się złożyło, że Twoje opowiadanie jest dwusetnym, które tutaj komentuję, więc myślałem, żeby wrzucić jakąś niekonwencjonalną formę komentarza “uświetniającą jubileusz”, ale chyba odpuszczę.

Napiszę po prostu długi. 

Bardzo długi… XD

Dlaczego czytamy Katię? Dlaczego jesteśmy jak ten idący bezmyślnie za grajkiem tłum, który nie słyszy tego, że muzyk fałszuje? Ano dlatego, że nam się ten fałsz podoba. :-)

Oczywiście “fałsz” ten pisany jest tutaj przeze mnie trochę żartobliwie. Albo w cudzysłowie. Bez żadnych złośliwości, ani w stronę Autorki opowiadania, ani Autora samej tezy, którego opinie charakteryzuje ogromna merytoryczność. Bo też ja nie formułuję podobnych wniosków. Nie formułuję dlatego, że zwyczajnie na tym poziomie moja ocena jest zbyt słaba. Nie mnie oceniać, czy to, co mi się podoba, jest czystą muzyką, czy też atrakcyjnym dla ucha fałszem. Nie znam się na tym. Mnie wyjaśnić, dlaczego ta muzyka przypada mi do gustu.

Stawiasz tutaj na dwa solidne fundamenty. Pierwszy to charakterystyczna dla Ciebie kreacja bohaterów i emocji. O tym pisze się sporo, może nawet napisano już wszystko, dlatego w kontekście tego opowiadania rozwinę ten wątek po raz ostatni.

Ten pierwszy fundament, tak dla Ciebie charakterystyczny, jest jednocześnie czymś w rodzaju karty atutowej. To taki kapitalnie ważny, wyjątkowy na swój sposób element warsztatu, który stanowi dla czytelnika coś w rodzaju obietnicy. A może gwarancji? Gwarancja owa polega na tym, że nie przeczytawszy nawet jednego zdania czytelnik już wie, że opowiadanie raczej nie pozostawi go obojętnym. Ta zasada nie dotyczy każdego z czytających. To oczywiste. Ważne jednak, że istnieje. I działa. Opowiadanie lub powieść mogą wyjść lepiej lub gorzej. Historia może zaciekawić lub znudzić. Tak jest zawsze. Zawsze też podchodzimy do lektury niejako w ciemno, mając jedynie nadzieję, że autor lub autorka stworzyli coś dla nas interesującego. U Ciebie ta nadzieja poparta jest czymś w rodzaju wstępnej gwarancji: czytelniku, historia może cię zaciekawić lub nie, ale przynajmniej wiesz, że nie pozostawi cię obojętnym. Że jednak coś tam poczujesz. A chociaż do pełnej satysfakcji z lektury to nie wystarczy, to przynajmniej masz gwarancję, że na końcu nie zostaniesz z niczym.

Po co o tym wszystkim piszę? Ano po to, by podzielić się z Tobą jednym ważnym spostrzeżeniem (tylko moim i niekoniecznie zgodnym z prawdą). Otóż jeżeli wplatasz w opowiadanie emocje, nie ma chyba sensu rozważać, jakie ich stężenie jest właściwie dla czytelnika. Z mojej perspektywy, jako czytelnika, trzeba na to patrzeć właśnie przez pryzmat karty atutowej. Stałego fundamentu, wypracowanego, który przecież nie spadł Ci z nieba, a który zawsze będzie wartością dodaną. I właśnie najistotniejsze jest, by do tej wartości dodanej dobudować całą resztę. By temu elementowi poświęcać najwięcej czasu i uwagi. Bo te emocje to u Ciebie (również, nie wyłącznie!) rodzaj polisy na wypadek rozczarowania czytelnika konceptem czy historią.

Jedyne, czego będzie trzeba poszukać na przyszłość, to rozwinięcie palety emocji. Poszukanie tych ewidentnie pozytywnych barw, bo też, czy to w przypadku zbioru opowiadań, czy nawet wydawania kolejnych powieści (czego szczerze Ci życzę) one w pewnym momencie staną się niezbędne, żeby utrzymać czytelnika przy sobie. Tak sądzę. Ale patrzę tylko ze swojej perspektywy.

Ok. Może w końcu coś o samym opowiadaniu.

Dlaczego każdy chyba z bohaterów tego opowiadania budzi emocje? Bo nie są ani wymyśleni, ani narysowani. Mimo kompletnie obcego świata są tacy jak my. Ani do końca czarni, ani biali. Każdego można za coś krytykować, ale i próbować zrozumieć. Słowem, prezentując prawdziwość, nie narzucasz żadnych interpretacji postaci, żadnych konkretnych odczuć. To ja i moje emocje decydujemy o konkretnym ich odbiorze, poglądzie na ich postawy. Jednocześnie postawy ich interesują nas o tyle, że na tym obcym dla nas Karattu, mierzą się z problemami jakoś tak dziwnie swojskimi. Dylematami znanymi nam tak dobrze. A my obserwujemy sobie te ich poczynania z tym większym zainteresowaniem, że popartym takim cichym poszeptem nadziei, że znajdą może oni odpowiedzi, których my w swoim świecie nie dostrzegamy.

Co ważne, spostrzeżenie to można odnieść do każdego z bohaterów.

Do Bidi, która budzi w czytelniku sympatię bardzo nienachalnie. Która jest doskonale przeciętna. Ani mocno bohaterska, nie szczególnie heroiczna. Po prostu zmagająca się z prozą niewesołego życia na Karattu na swój sposób i na miarę swoich możliwości.

Można to również odnieść do Hattiego: przestępcy, wzbudzającego jednak pewną nić współczucia.

Podobnie jest z Heli, która poddaje się bezwolnie pewnym regułom świata, a nawet i z “Grubym”, tak pozornie jednoznacznie negatywnym. A jednak i jemu można przypisać jakąś bezradność wobec niepisanych reguł, które zmuszają go do tej pewnej podłości w oparciu o jakiejś ułomne przekonanie, że tak należy robić. Że tak trzeba, jeśli chce się do czego dojść czy utrzymać pewną pozycję.

A wszystkie te słabości, problemy, postawy, wyglądają jakoś tak niesamowicie znajomo. :)

Dobra, kończę o tych emocjach, bo zaraz się okaże, że napiszę komentarz dłuższy niż opowiadanie na ponad 50 000 znaków. :-)

Mamy więc pierwszy fundament w postaci bohaterów i emocji. Czy to wystarczy do pełnej satysfakcji z lektury? Ano nie bardzo. To jest tylko ten, nazwijmy to, fundament podstawowy. Potrzeba czegoś jeszcze. 

I tu właśnie pojawia się drugi fundament w postaci wykreowanego świata.

Tu już niestety (a może stety:)) będę się streszczał. Wszystkie te, rozłożone przeze mnie na czynniki pierwsze emocje będą guzik warte, jeśli nie towarzyszy im żadna tajemnica. Obietnica poznania. Coś odmiennego. I tu z pomocą przychodzi ten Twój świat. Świat ciekawi, ma swoją historią, dręczące go problemy, na swój sposób fantastyczne, a więc spełniające obietnicę poznania. 

Dla czytelnika ów świat jest ciekawy właśnie dlatego, że fantastyczny i inny. Inność stanowi zaletąę dlatego, że zabierasz mnie w pewną podróż do miejsca, do którego nie dociera żaden pociąg, samochód czy samolot. Fantastyczność zaś dlatego, że nie mogę przewidzieć rządzących światem reguł. W każdej chwili możesz czymś zaskoczyć, bo jestem zdany nie na reguły rządzące owym światem, ale na Twoją wyobraźnię.

Dla mnie jest to opowiadanie-kandydat do piórka. Nie zdążyłem zgłosić, ale myślę, że sama deklaracja podkreśli moje odczucia związane z odbiorem tego opowiadania. Zwykle przy takich tekstach odpuszczam sobie szukanie na siłę czepów czy jęczeń. Kupuję opowiadanie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tutaj zrobię wyjątek, Nie dlatego, że odczuwam jakąś silną potrzebę podkreślenia, że “Ocalić Karattu” nie jest tekstem idealnym, ale dlatego, że jesteśmy tu po to, żeby się rozwijać. Więc wypadałoby z mojej strony choć podjąć próbę stworzenia Ci takiej możliwości poprzez swoje uwagi.

O potrzebie rozbudowy palety emocji już pisałem. Nie jest to potrzeba paląca, ale kiedyś będzie trzeba tego spróbować. I może właśnie Portal NF jest dobrym miejscem do podjęcia takiej próby? Niechby i szalonej, opartej na wrzuceniu tekstu humorystycznego. Bo żeby się rozwijać, trzeba próbować. A jakiś geniusz wspomógł nas na szczęście możliwością publikacji anonimowej, jeśli nie czujemy się zbyt pewnie. :-)

Druga rzecz to długość opowiadania. Dla mnie ta forma, którą tu prezentujesz, jest czymś za dużym na opowiadanie, a jednocześnie za małym na powieść. Masz koncepcję na cały świat. Jednocześnie wydawał mi się on trochę niedopowiedziany. Wszystkiego można się domyślić, wszytko można zrozumieć, odkrywasz przed nami ten świat sprawnie, powoli i uczciwie. A jednak chciałoby się już takiej naprawdę drobiazgowej prezentacji tego świata, z dokładnymi wyjaśnieniami, drobiazgową prezentacją reguł, problemów i prób ich rozwiązania (tak teraźniejszych, jak i historycznych), charakterystycznej już bardziej dla powieść niż opowiadania. 

Świat jest więc lekko niedopowiedziany i tak samo delikatnie “niedorysowany”. Ten sklep na przykład, przynajmniej w obrazie podrzuconym przez moją wyobraźnię, wyglądał jednak na zbyt “nasz”. Zbyt podobny do tego, co możemy znaleźć (lubi mogliśmy kiedyś) u siebie, a zatem w zbyt mocnym stopniu odarty z tej tajemnicy, obcości, o której już wspominałem.

Na koniec podkreślę raz jeszcze: wymienione czepy są tylko próbą poszukania dla Ciebie pewnych perspektyw, może jakichś ścieżek rozwoju, elementów, które warto rozwijać w pierwszej kolejności.

Nie jest to na pewno krytyka, bo też samego opowiadanie życzliwie Ci zazdroszczę. Życzliwie dlatego, że oznacza owa zazdrość nie mniej, nie więcej tylko docenienie jakości, której pewnie w dalszej perspektywie oczekiwałbym od siebie. Niezależnie od tego, na ile takie oczekiwania są realne.

Tyle ode mnie. 

Przy następnej okazji postaram się już bardziej streszczać. :)

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

CM – bardzo, bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas, który zaowocował tak drobiazgowym komentarzem. Przeczytałam go bardzo uważne i jestem wdzięczna za wszystkie wskazówki. A teraz spróbuję się trochę odnieść do Twoich uwag.

Jeśli chodzi o emocje, niestety, chyba dlatego wychodzą mi dobrze te “negatywne”, bo to te właśnie najlepiej czuję. Paradoksalnie, prawdopodobnie już o tym wcześniej na tej stronie wspominałam, w “rzeczywistości” należę do osób, które (poza porankami) chodzą cały dzień z uśmiechem na twarzy i nie jest to wcale uśmiech sztuczny ani udawany – ja naprawdę lubię się śmiać. Tylko… ja nie do końca rozumiem własny śmiech :) A żeby o czymś dobrze pisać, trzeba to moim zdaniem czuć i rozumieć. Cóż, może kiedyś spróbuję napisać coś, może nie humorystycznego, ale bardziej optymistycznego, ale to… może za parę miesięcy, teraz tak jakoś szaro za oknem :)

Odnośnie długości – mam ochotę pisać dłuższe rzeczy, “książki”, ale nie czuję, że te moje dłuższe twory miałby się od razu nadawać do druku, a niestety, nie ma portalu, na którym można by dodawać powieści i czekać na wartościowe komentarze, tak jak ma to miejsce tutaj… Krótkie formy mi odrobinę nie wystarczają, ale oczywiście rozumiem, że na formie opowiadania, cierpią moje “światy”.

Jeszcze wielkie dzięki i pozdrawiam serdecznie :)

 

Podzieliłbym ten tekst na trzy części: rzeźnię, świątynię i zakończenie. Główny wątek, którym najpewniej miało być ratowanie Karattu zdaje się błąkać gdzieś między wierszami i w żadnej z tych części nie wybrzmiewa odpowiednio mocno. Bardziej widzę w tym tekście historię Bidi i Hattiego. Tylko. Albo aż.

Pierwsza część podobała mi się najbardziej – światotwórstwo, bohaterowie i zależności między nimi, scenerie… Wiele się nie dzieje przez co nie mógłbym powiedzieć, że czytałem z wypiekami na twarzy, ale z zainteresowaniem – i owszem.

Na początku drugiej części to dobre wrażenie zostaje stopniowo zastąpione przez kilka małych znaków zapytania. Trochę rozmywa się ta narracja z części pierwszej, a całość staje się mniej osadzona w rzeczywistości. Dominować zaczynają jakieś metafizyczne wątki, jest dziwnie.

A zakończenie niezbyt dla mnie zrozumiałe. Nie wiem, czy to wersja pierwsza, druga czy piąta, ale znów zdaje mi się oderwana od treści, jakby pisana odrębnie. Trochę za duża pompa, warstwa emocjonalna nieco przerysowana moim zdaniem.

Zatem – opowiadanie interesujące, ale bardzo pozytywne wrażenia z części pierwszej zblakły w obliczu całości.

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count – bardzo dziękuję za przeczytanie i opinię. I cóż, zgadzam się odnośnie zaburzonej równowagi tego tekstu. Może następnym razem będzie lepiej :) Pozdrawiam serdecznie.

W to nie wątpię. Pomimo kręcenia nosem, zgadzam się z przedpiścami, że pisarką jesteś nader obiecującą. I masz wiele opowiadań, które bardzo mi się podobały :)

Dlatego nie zrażaj się. Zamiast katiować, postępuj spokojniej, z większą rozwagą. I nie wątp w siebie.

 

Trzymaj się ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki Count, ja mimo swoich okresowych załaman, chyba od czasu do czasu, muszę się wyciszyć :) potem i tak wracam do pisania bądź rysowania, nie dlatego, że jestem "obiecująca pisarką" czy rysownikiem, lecz że lubię to robić :)

Kolejne Twoje fascynujące opowiadanie. Początek pochłonął mnie bez reszty, bo i znakomite było opisanie tak relacji współlokatorów, jak i doświadczeń Bidi w pracy. Zwłaszcza sytuacje w sklepie bardzo mi się spodobały i tę cześć czytałam z największą przyjemnością.

Mogę zrozumieć, że ludzie opuścili Ziemię i przenieśli się na inną planetę/ inne planety, ale nie zorientowałam się, co zagrażało Karattu i dlaczego ratunek zależał od Bidi. Nie zrozumiałam tej części opowiadania, kiedy Bidi pozostaje we władzy kapłanów, wmawiających jej, że to ona może stanowić o dalszych losach planety. Może dlatego, że nie lubię opisów bohaterów, którzy wyłażą z powłok cielesnych i rozanieleni bujają w świecie nierzeczywistym, dla mnie trudnym do zrozumienia. Za bardzo przypominają mi opisy snów, a tych bardzo nie lubię. Pewnie dlatego ten fragment opowiadania był dla mnie najmniej interesujący, zwłaszcza że nie dowiedziałam się, na czym polegały szczególne predyspozycje Bidi/ Diapecty.

Nie wiem jaki był pierwotny finał opowiadania, ale nie będę ukrywać, że aktualny wydał mi się nazbyt pośpieszny, pozostawił mnie z lekkim niedosytem i brakiem odpowiedzi na kilka pytań

 

po czym roz­lał her­ba­tę […] Za­nu­rzy­łam usta w go­rą­cym, pi­kant­nym, in­ten­syw­nie pach­ną­cym im­bi­rem trun­ku… ―> Herbata nie jest trunkiem.

 

i wska­zał pal­cem na za­bło­co­ne trze­wi­ki. ―> …i wska­zał pal­cem za­bło­co­ne trze­wi­ki.

Palcem wskazujemy coś, nie na coś.

 

więc cóż w tym dziw­ne­go… ―> Literówka.

 

Do moich uszu do­biegł ru­basz­ny śmiech „gru­be­go”. ―> Wcześniej napisałaś: …że nie daję „Grubemu” dupy… –> Proponuję ujednolicić zapis.

 

Te deski, nie­waż­ne, ile czasu bym ich nie szo­ro­wa­ła… ―> Te deski, nie­waż­ne jak długo bym je szo­ro­wa­ła

 

więk­szość była prze­ra­bia­na na paszę na szczu­ra­ków… ―> Chyba miało być: …więk­szość była prze­ra­bia­na na paszę dla szczu­ra­ków

 

Przy­gar­bio­ny, pod­kur­czo­ny, stary… ―> Chyba miało być: Przygarbiony, pokurczony, stary

 

Za­ci­snę­łam zęby tak mocno, że aż za­bo­la­ły mnie zęby. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

Proponuję: Za­ci­snę­łam szczęki tak mocno, że aż za­bo­la­ły mnie zęby. Lub: Za­ci­snę­łam zęby tak mocno, że aż mnie za­bo­la­ły.

 

Ciągle byłam w Sali, ale już nie siedziałam na krześle… ―> Dlaczego wielka litera?

 

– Nie byłam pewna, czy mi się to nie przewidziało, lecz w oczach Zibudiego dostrzegłam łzy. ―> – Nie byłam pewna, czy mi się to nie przywidziało, lecz w oczach Zibudiego dostrzegłam łzy.

Za SJP PWN: przewidzieć 1. «przeczuć, domyślić się co będzie, co może nastąpić» 2. «określić, oznaczyć coś z góry» przywidzieć się «ukazać się czyimś oczom, nie istniejąc w rzeczywistości»

 

Hatii nie płakał… ―> Literówka.

 

Podkuliłam kolana i głośno zaszlochałam. ―> Kolana można zgiąć, można je przyciągnąć do siebie, ale nie można ich podkulić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka