- Opowiadanie: p.dolhain - Fatalny grafik

Fatalny grafik

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Fatalny grafik

Nie zamawiaj u mnie obrazków! – Dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania obrazków i obrabiania grafiki, ale naprawdę dobrze ci radzę: nie kupuj, nie przyjmuj, a już na pewno nie zamawiaj!

 

Zawsze miałem dryg do rysunku. Na placu zabaw przed blokiem byłem popularny, bo potrafiłem z marszu narysować kotka, pieska, czy samochód wyścigowy. Piotruś i jego teczka – taki tandem, a teczce kartki, ołówki, gumki, węgiel.

W szkole byłem najlepszy na plastyce. Lepszy od dziewczyn. Później wspólnie z kolegami odkryliśmy tatuaże. Nosili je twardziele i inni zajebiści goście. Też chcieliśmy. – Piotruś, zrób mi tatuaż! – słyszałem co chwila od któregoś z chłopaków. Za każdym razem cieszyło mnie to. Za każdym razem dodawało kilka punktów do popularności i samozadowolenia. Brałem długopis albo cienkopis i dziarałem kumpli. Płonąca czacha, serce przebite strzałą czy goła baba, jak któryś był odważniejszy i nie bał się mamy. Już wtedy TO działało. Każdy zamówiony "tatuaż" w przeciągu kilku dni pociągał za sobą siniak, zadrapanie, oparzenie, zwichnięcie albo złamanie.

Nie. Nikt nigdy nie skojarzył moich dziecięcych bazgrołów z tymi mniej lub bardziej poważnymi dziecięcymi obrażeniami. Do mnie też dotarło to z mocnym opóźnieniem. Przecież dzieci zawsze robią sobie krzywdę. Ktoś się przewróci, potknie. Przypadek… Tyle, że to nie był przypadek.

 

Do mojego talentu stopniowo dochodziły umiejętności. Z roku na rok sprawniej radziłem sobie z ołówkiem, poznawałem nowe techniki, moje kotki i pieski były bardziej futrzaste, a samochody błyszczące. Moi koledzy wyrośli z tatuaży robionych długopisem. Dostałem się do liceum plastycznego. Byłem jednym z najzdolniejszych uczniów. "Bardzo zdolny, choć leniwy." – tak określali mnie profesorowie. Na szkolnych wystawach moje prace zajmowały honorowe miejsca. Wtedy zacząłem zauważać powiązanie.

Zaczęło się od mojej cioci.

 

– Piotruś, Ty taki artysta jesteś, narysowałbyś cioci jakieś ładne kwiatki do salonu. – rzuciła kiedyś. Ja, licząc na dodatkową stówkę do urodzinowej czekolady, ochoczo się zgodziłem i zaraz złapałem za pędzel i farby. Po kilku tygodniach na ścianie ciocinego salonu zawisła obrzydliwie kiczowata martwa natura z pokaźnym bukietem kwiatów i moim autografem w rogu. Treściowo – szczyt odpustowej tandety, technicznie – nie musiałem się wstydzić – było dobrze. Zadziałało dość szybko. Miesiąc później ciocię zwolnili z pracy, a wujek, jej mąż, stracił nogę w wypadku w fabryce. Znajomi odwiedzali wujka, pocieszali ciocię i podziwiali mój obraz. Ciocia oczywiście uśmiechała się przez łzy i wskazywała swojego zdolnego siostrzeńca. Wyprodukowałem w tamtym czasie kilka obciachowych zachodów słońca, paskudnych pastelowych landszaftów, parę niezłych abstrakcji, jeden akt, do którego modelkę znalazłem na rozkładówce w Playboyu i jeden święty obrazek. Nikt zdawał się nie widzieć oczywistego:

– zachód słońca nad jeziorem – pożar;

– zachód słońca nad morzem z żaglówką – kradzież samochodu;

– zachód słońca nad morzem z latarnią morską – potrącenie przy przechodzeniu przez pasy;

– krajobraz "górska dolina" – napad z pobiciem, pęknięcie czaszki;

– krajobraz z wiejską chatą – wypadek rowerowy, obie ręce złamane;

– abstrakcja niebieska – zerwany dach podczas burzy;

– abstrakcja geometryczna czarno-biała – upadek ze schodów, wybity bark, połamane żebra i liczne stłuczenia;

– goła baba – atak wyrostka robaczkowego, jakieś zakażenie pooperacyjne;

– uśmiechnięty Jezus – kradzież "na wnuczka".

Ja zauważyłem. Trawiłem tę listę w myślach. Zapisałem od myślników. Kiedy patrzyłem na kartkę z feralnymi obrazami do głowy przyszły mi wszystkie tatuaże długopisem i następujące po nich wypadki. Zgadzałoby się. Potem przypomniałem sobie kilka obrazków, które rozdałem w podstawówce i późniejsze łzy z powodu zmarłego chomika albo zagubienia ulubionego piórnika. Wszystko się zgadzało.

Tyle, że to nie mogła być prawda – tak myślałem. To musiał być zbieg okoliczności. Nie był.

 

Parę miesięcy później, na krótko przed maturą, dwóch moich kuzynów miało się żenić. Nie ze sobą oczywiście. Jakoś tak w krótkim odstępie czasu zaręczyli się ze swoimi dziewczynami i niedługo, jeden po drugim, mieli brać ślub. Ciągle nie chciałem dopuścić do świadomości grozy wynikającej z mojej listy, więc pomyślałem, że świetnym prezentem ślubnym będzie jakaś sztuka na nową drogę życia. To nie miały być zwykłe cukierkowe ślubne portrety-monidła. Chciałem, pokusić się o spersonalizowany romantyzm: jeden kuzyn kochał motocykle, drugi był weterynarzem. Mieli swoje pasje. To były świetne motywy na obrazy: para na motocyklu i para pośród zwierzaków. Idealny prezent. Zacząłem szkice. Nigdy ich nie skończyłem. Nie doszło do ślubów: motocyklista, jak łatwo sobie wyobrazić, miał wypadek na swojej Hondzie – paraliż od szyi w dół. Narzeczona chciała z nim zostać – szlachetnie, ale im dłużej nie było poprawy, tym ona bardziej próbowała leczyć swoją depresję alkoholem. Krótko mówiąc – nieciekawe rozwiązanie, przykre rozstanie.

Weterynarz miał chyba trochę lżej – podczas wizyty w pobliskiej stadninie złapał solidnego kopa podkutym kopytem prosto w skroń. Zapadł w śpiączkę, z której nie wybudził się, z tego co wiem, do dzisiaj. Po kilku miesiącach narzeczona pogodziła się z tym i ułożyła sobie życie. Tylko zacząłem szkice.

Wtedy miałem już pewność. Widziałem wielką czerwoną krechę łączącą każdy mój obraz z jego adresatem. Mało tego, poukładałem sobie wszystko i wyglądało na to, że z wiekiem (albo z rozwojem moich umiejętności) efekty były coraz bardziej tragiczne. Przestraszyłem się. Podziękowałem sam sobie, że byłem takim egoistycznym synalkiem i nigdy nie zrobiłem żadnego obrazka dla swoich rodziców. Oni chyba też nie nalegali, bo w domu piętrzyły się moje szkolne prace. Odetchnąłem. Postanowiłem nie przyjmować zleceń, ale nie mogłem przecież całkowicie zrezygnować z rysunku, malarstwa i grafiki – kochałem to i nadal kocham. Stwierdziłem, że problemem było tworzenie z myślą o konkretnej osobie. Malowanie czy rysowanie samo przez się zdawało się nie pociągać za sobą żadnych przykrych konsekwencji. Pomyślałem, że dam radę od tego uciec jeśli nie będę zajmował się grafiką ani malarstwem profesjonalnie. Tylko dla zdrowia psychicznego, jakiś jeden obrazek na miesiąc, czy na tydzień, do szuflady. Cała rodzina zdziwiła się mocno, kiedy oświadczyłem, że rzucam sztukę i po maturze nie idę na ASP tylko na informatykę, na jakiejś podrzędnej prywatnej uczelni. Zacząłem żyć na własny rachunek: wynajęty kąt, prace na część etatu: jakieś call-center, jakaś produkcja, jakaś mała gastronomia, żeby opłacić studia i mieszkanie. Później naprawy komputerów. Wiązałem koniec z końcem.

W połowie drugiego roku zaczęliśmy przerabiać grafikę komputerową. Naturalnie, to był mój przedmiot. Moja grupa dowiedziała się, że kończyłem "plastyka".

Powtórka z podstawówki i podwórka: – Piotruś, narysuj mi coś! – powtarzały szczególnie dziewczyny. Każdorazowo, kiedy odmawiałem wychodziłem na bufona, bo przecież "co mi szkodzi, ale jak nie, to nie", ale odmawiałem zawsze. Poza jednym razem. To był mój pierwszy trup.

Sesja. Wspólne studenckie zakuwanie przerodziło się we wspólną studencką popijawę. Nikt nie liczył na pierwszy termin, wiedzieliśmy, że tak czy tak czeka nas poprawka, więc równie dobrze można było się napić i pobawić. Mieliśmy już nieźle w czubie, kiedy najładniejsza dziewczyna na roku (i to nie taka "najładniejsza wśród informatyków", tylko naprawdę laska-modelka) poprosiła o swój portret. Zgodziłem się. Kilka wypitych kolejek podkręciło moją odwagę, czy bardziej wyłączyło myślenie. Złapałem za jakąś kserówkę i na odwrocie szybkimi, wprawnymi ruchami naszkicowałem jej śliczną buzię, dlugie blond wlosy i ponętny dekolt. Marta była zachwycona. Za portret dostałem cudowny pocałunek i możliwość zapuszczenia rąk pod jej koszulkę. Impreza zakończyła się nad ranem. Oczywiście wszyscy oblali egzamin, ale nie to było w tym dniu najgorszą wiadomością. Marta w drodze z uczelni wpadła pod tramwaj. Zginęła na miejscu.

Długo nie mogłem dojść do siebie. Próbowałem znowu wmawiać sobie zbieg okoliczności, przypadek. Na próżno – doskonale widziałem te czerwone krechy łączące moje obrazy i ich ofiary. Szczególnie odcinała się ta ostatnia. Wiedziałem, że to mój szkic po raz kolejny otworzył bramę dla złego Fatum. Nie znajdowałem nic na swoje usprawiedliwienie. Byłem winny tej śmierci i zadręczałem sie tym.

 

Pewnego ranka czarna bańka po prostu pękła i uśmiechnąłem się. Uśmiechałem się długo. Byłem posłannikiem losu. Złego losu. Heroldem. Odźwiernym. Dlaczego mam mieć wyrzuty sumienia? Ja tylko rysuję obrazki. Nikogo nie zabiłem, nikomu nic złego nie zrobiłem, nawet nikomu źle nie życzyłem! Oni sami o to prosili. W sumie, to może być nawet zabawne. Zachłysnąłem się mocą.

 

Grafika komputerowa. Współczesna riposta na farby olejne, gwasz, akwarele, ołówki, kredki, tusz i wszystkie inne środki artystycznego wyrazu wymyślone przez ludzkość. Lepsze i szybsze. Spełnione marzenie każdego artysty.

Odświeżyłem znajomości z liceum. Znalazłem jedno zlecenie, drugie, trzecie… Wyrobiłem sobie nazwisko w środowisku. Za każdym razem z niecierpliwością wyczekiwałem upadku mojego zleceniodawcy. Czasem tracili majątki, czasem nadzieje, rodziny, zdrowie lub życie. Ten ostatni przypadek – o zgrozo! – cieszył mnie najbardziej. Najpierw wypełniałem zlecenie. Tworzyłem dobre prace. Klientom się podobały, ja też byłem zadowolony. Potem czekałem. Tydzień, dwa, czasem miesiąc lub dłużej. Nigdy się nie zawiodłem. Zawsze zapisywałem dzieło i jego następstwa, tworząc jakby kontynuację mojej listy.

Dwa przypadki szczególnie zapamiętałem. Dwa loga. Przy obu Fatum długo kazało na siebie czekać. Prawie traciłem nadzieję na nieszczęśliwy koniec.

 

Pan Stanislaw. Lokalny potentat biznesu. We wczesnych latach 90-tych wiedział jak tanio kupić i drogo sprzedać. Przez lata wyrobił się, prowadził hurtownię w wynajętych magazynach, później wszedł w ubezpieczenia, inwestycje. Sprytny cwaniak. Jego firmy nigdy nie przynosiły zysków i kończyły się upadłością, ale pod jego wielkim domem z artystycznie kutą bramą i wysokim murem co roku stawało nowe czarne BMW lub Mercedes klasy executive. Skontaktował nas jeden z jego licznych kontrahentów. Miałem wykonać pełną identyfikację graficzną dla jego nowej firmy – jakieś inwestycje w nieruchomości. Logo, wizytówki, baner, papier firmowy, ulotki. Poważna, luksusowa szata graficzna miała sugerować duże pieniądze. Dobra gaża dla mnie. Ostateczny efekt był bardzo zadowalający – wytworna elegancja. Po kilku dniach logo zawisło przed siedzibą firmy na stalowym artystycznie kutym ramieniu. Interes szedł jak woda. Przynajmniej tak mówił pan Stanisław, kiedy spotkaliśmy się po dwóch miesiącach. Dziękował za logo – podobno przyciągało klientów. Uśmiechnąłem się kurtuazyjnie. Z czasem jego czerwona, ulana twarz, widywana w lokalnych wiadomościach i prasie z podpisem “człowiek sukcesu”, zaczęła mnie irytować. Fatum, gdzie jesteś?

Po kolejnym miesiącu nerwowego wyczekiwania nagłówek w regionalnym dodatku dużego dziennika uspokoił mnie: Stanisław S. pod nadzorem inspekcji finansowej. Wiedziałem, że to to. Kupiłem gazetę. Mojego zleceniodawcę prześwietlano na okoliczność zaginionych milionów nie tylko z obecnej firmy, ale i z poprzednich biznesów. Dwa dni później powiesił się na tym samym kutym ramieniu, na którym wisiał szyld z moim logo. Uśmiechnąłem się.

 

Drugie logo zamówił u mnie pan Chryzostom – multiinstrumentalista, któremu zamarzyła się Akademia muzyczna. Dobrze trafił: kółko muzyczne w lokalnym domu kultury śpiewało tylko fałszywie przaśne ludowe piosenki, a zdolnych dzieci było o okolicy sporo. Znalazł klientów. Ściągnął nauczycieli – filharmoników. Moje logo powiewało na białej pionowej fladze. Nic wyszukanego – prosta kompozycja z klawiszy, nutek i kilku linii, ale było czytelne i od razu stworzyło markę. W tym przypadku Fatum jeszcze dłużej testowało moją cierpliwość. Ponad cztery lata sukcesów, wygranych konkursów, koncertów, występów. Pan Chryzostom, który stał się miejscowym Sygietyńskim czy Hadyną, pozował dumnie do zdjęć ze swoimi wychowankami.

Kiedy wreszcie ktoś wybił kilka okien w Akademii odetchnąłem. Mogłem już spokojnie czekać na ciąg dalszy. Po kilku tygodniach natknąłem się na headline w lokalnym portalu informacyjnym: Chryzostom K., dyrektor znanej szkoły muzycznej zatrzymany pod zarzutem pedofilii. Zarzuty udowodniono nie tylko dyrektorowi, ale i kilku nauczycielom. Prawie wszyscy uczniowie mieli jakieś doświadczenia w tej kwestii. Pan Chryzostom trafił do więzienia, gdzie już pierwszej nocy popełnił samobójstwo, podczas gdy wszyscy współwięźniowie w jego celi smacznie spali. Nie śledziłem procesów pozostałych nauczycieli. Uśmiechałem się.

 

Te dwie historie zapamiętałem dobrze, nie ze względu na happy end rodem z moralitetu i zwycięstwo dobra nad złem, ale na ten dreszczyk emocji w oczekiwaniu na finał. Ostatecznie wszyscy ludzie mają coś na sumieniu i mniej lub bardziej zasługują na śmierć, albo przynajmniej na to, aby stało im się coś złego.

W tym okresie wykonałem zlecenia dla 187 osób. Za każdym razem złe Fatum wcześniej czy później zbierało swoje żniwo: wypadki drogowe, nieuleczalne choroby, utonięcie, zawał, pęknięty tętniak, zaczadzenie, a jedno porażenie piorunem. Zacząłem nawet szukać związków między tematem zlecenia i pechowym finałem dla zleceniodawcy, ale na próżno – Fatum zdawało się mieć konkretne rozwiązanie dla każdego, bez względu na to co malowałem. Ja miałem tylko otworzyć drzwi. Z perspektywy czasu widzę, że mój uśmiechnięty okres był osobliwą formą odreagowania śmierci Marty. Ogłaszałem swoje usługi, prowadziłem portfolio i kilka profili na artystycznych mediach społecznościowych. Chciałem wykonać jak najwięcej zleceń. Dobrze przy tym zarabiałem, ale zdarzało mi się zejść z ceny albo zrobić komuś prezent tylko po to, żeby zobaczyć co mu się przydarzy. Czułem misję i potrzebę aktywnego jej wypełniania. Uśmiechałem się – dawało mi to upiorną przyjemność.

 

Powoli gniew, frustracja i ta podła, perwersyjna przyjemność, płynąca ze sprowadzania na jak największą liczbę ludzi złego losu, słabły. Skasowałem ogłoszenia, profile, znalazłem stały etat w jednym z dużych portali internetowych. Przestałem łowić kolejnych mecenasów do wypychania w przepaść. Zaakceptowałem bycie odźwiernym złego Fatum, z tym, że nie szukałem już ludzi, którym mógłbym otworzyć te drzwi. Oni sami mnie znajdowali i nadal znajdują. Już nie odmawiam. Jeżeli ktoś miał pecha poprosić mnie o jakiś obraz, czy grafikę to pewnie tak mu było pisane – ja tylko aranżuje spotkanie z nieuchronnym. Myślę o sobie jak o grabiach, które ktoś zostawia w trawie zębami do góry, albo o kredycie we Frankach. Akceptuję siebie i to czym jestem.

Jednego nie zrobię nigdy – autoportret nie wchodzi w grę…

Koniec

Komentarze

Nie zamawiaj u mnie obrazków! – Dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania obrazków i obrabiania grafiki, ale naprawdę dobrze ci radzę: nie kupuj, nie przyjmuj, a już na pewno nie zamawiaj!

Oprócz powtórzenia błędne formatowanie tekstu (przy czym powtórzenie “zamawiaj” jest jak najbardziej ok, bo służy podkreśleniu przestrogi dla odbiorcy). Jeśli pierwsze zdanie jest wypowiedziane na głos, możesz zapisać całość w formie dialogu, ale wtedy drugie zdanie musi być osobnym akapitem, bo nie opisuje tego, co dzieje się z postaciami biorącymi w nim udział:

– Nie zamawiaj u mnie obrazków!

Dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania i obrabiania grafiki, ale naprawdę dobrze ci radzę: nie kupuj, nie przyjmuj, a już na pewno nie zamawiaj!

Jeśli chcesz zachować myślnik, powinieneś objąć zdanie cudzysłowem oraz po myślniku dać małą literę:

“Nie zamawiaj u mnie obrazków!” – dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania i obrabiania grafiki, ale naprawdę dobrze ci radzę: nie kupuj, nie przyjmuj, a już na pewno nie zamawiaj!

Możesz też zastąpić go kropką. Wydaje mi się, że wtedy cudzysłów nie będzie konieczny:

Nie zamawiaj u mnie obrazków! Dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania i obrabiania grafiki, ale naprawdę dobrze ci radzę: nie kupuj, nie przyjmuj, a już na pewno nie zamawiaj!

 

potrafiłem z marszu narysować kotka, pieska, czy samochód wyścigowy.

Bez przecinka przed "czy".

 

Piotruś i jego teczka – taki tandem, a teczce kartki, ołówki, gumki, węgiel. 

Literówka.

 

Brałem długopis albo cienkopis i dziarałem kumpli.

Piszesz stylem potocznym, więc nie ma uzasadnienia podkreślanie kursywą poszczególnych potocznych słów. Chwilę wcześniej masz “zajebistych gości” pisanych normalnie.

 

Nikt nigdy nie skojarzył moich dziecięcych bazgrołów z tymi mniej lub bardziej poważnymi dziecięcymi obrażeniami.

Dorośli nie mają siniaków, oparzeń i nie łamią nóg?

 

Tyle, że to nie był przypadek.

Zdecydowanie bez przecinka.

 

"Bardzo zdolny, choć leniwy." – tak określali mnie profesorowie.

Bez kropki (ale już np. w języku angielskim kropkę się cytuje).

 

– Piotruś, Ty taki artysta jesteś, narysowałbyś cioci jakieś ładne kwiatki do salonu. – rzuciła kiedyś

Bez kropki oraz: nie piszesz listu ani nie piszesz o Bogu – nie pisz zaimków wielką literą.

 

Po kilku tygodniach na ścianie ciocinego salonu zawisła obrzydliwie kiczowata martwa natura z pokaźnym bukietem kwiatów i moim autografem w rogu.

Przebudowałbym to zdanie tak, żeby było niedwuznaczne i nie dało się z niego wywnioskować, że bukiet kwiatów znajdował się razem z autografem w rogu obrazu.

 

Treściowo – szczyt odpustowej tandety, technicznie – nie musiałem się wstydzić – było dobrze.

Masz tutaj dwie struktury w których przecinki zastąpiłeś myślnikami w taki sposób, że się zlały, bo obie wymagają myślnika w tym samym miejscu. Sugeruję to wtrącenie jednak zostawić z przecinkami.

Treściowo – szczyt odpustowej tandety, technicznie – nie musiałem się wstydzić, było dobrze.

 

Zadziałało dość szybko.

Zacząłbym w tym miejscu nowy akapit, bowiem zaczynasz nową myśl.

 

jeden akt, do którego modelkę znalazłem na rozkładówce w Playboyu(+,) i jeden święty obrazek.

Przecinek.

 

Wyprodukowałem w tamtym czasie kilka obciachowych zachodów słońca, paskudnych pastelowych landszaftów, parę niezłych abstrakcji, jeden akt, do którego modelkę znalazłem na rozkładówce w Playboyu i jeden święty obrazek. Nikt zdawał się nie widzieć oczywistego:

– zachód słońca nad jeziorem – pożar;

– zachód słońca nad morzem z żaglówką – kradzież samochodu;

– zachód słońca nad morzem z latarnią morską – potrącenie przy przechodzeniu przez pasy;

– krajobraz "górska dolina" – napad z pobiciem, pęknięcie czaszki;

– krajobraz z wiejską chatą – wypadek rowerowy, obie ręce złamane;

– abstrakcja niebieska – zerwany dach podczas burzy;

– abstrakcja geometryczna czarno-biała – upadek ze schodów, wybity bark, połamane żebra i liczne stłuczenia;

– goła baba – atak wyrostka robaczkowego, jakieś zakażenie pooperacyjne;

– uśmiechnięty Jezus – kradzież "na wnuczka".

Umieściłeś w tekście dwa razy tę samą listę, tylko sformatowaną w inny sposób.

 

Kiedy patrzyłem na kartkę z feralnymi obrazami(+,) do głowy przyszły mi wszystkie tatuaże długopisem i następujące po nich wypadki.

Przecinek.

 

Potem przypomniałem sobie kilka obrazków, które rozdałem w podstawówce(+,) i późniejsze łzy z powodu zmarłego chomika albo zagubienia ulubionego piórnika.

Przecinek.

 

Tyle, że to nie mogła być prawda – tak myślałem.

Bez przecinka, to raz. Dwa – myśli w pseudodialogu oznacz kursywą bądź cudzysłowem.

 

Parę miesięcy później, na krótko przed maturą, dwóch moich kuzynów miało się żenić. Nie ze sobą oczywiście.

Żeby nie było – podoba mi się ten żart, ale z mężczyznami się nie żeni, tylko wychodzi się za nich za mąż. Żeby żart semantycznie miał sens, zamień “miało się żenić” na płciowo neutralne “miało brać ślub”.

 

Jakoś tak w krótkim odstępie czasu zaręczyli się ze swoimi dziewczynami i niedługo, jeden po drugim, mieli brać ślub.

Masło maślane. Z kim innym mogli się zaręczyć? A oprócz tego właśnie tu możesz dać “mieli się żenić”, żeby nie było powtórzeń.

 

Chciałem, pokusić się o spersonalizowany romantyzm:

Wkradł ci się przecinek.

 

miał wypadek na swojej Hondzie

Firma Honda produkuje motocykle marki Honda, ale jak mowa o konkretnej hondzie, to nie jest to ani firma, ani marka, wiec piszemy małą literą.

 

Narzeczona chciała z nim zostać – szlachetnie, ale im dłużej nie było poprawy, tym ona bardziej próbowała leczyć swoją depresję alkoholem.

Jeśli możesz się pozbyć zaimka, to czemu by nie?

 

Weterynarz miał chyba trochę lżej

Miał sugeruje jakąś ciągłość, sugeruję:

Weterynarzowi dostało/oberwało się chyba trochę słabiej

 

Malowanie czy rysowanie samo przez się zdawało się nie pociągać za sobą żadnych przykrych konsekwencji.

Propozycja: “samo w sobie”.

 

Pomyślałem, że dam radę od tego uciec(+,) jeśli nie będę zajmował się grafiką ani malarstwem profesjonalnie.

Przecinek.

 

jakiś jeden obrazek na miesiąc, czy na tydzień

A tu z kolei bez.

 

Zacząłem żyć na własny rachunek: wynajęty kąt, prace na część etatu: jakieś call-center, jakaś produkcja, jakaś mała gastronomia, żeby opłacić studia i mieszkanie.

Masz wyliczenie w środku wyliczenia. Zdanie zdecydowanie do uproszczenia.

 

Powtórka z podstawówki i podwórka: – Piotruś, narysuj mi coś! – powtarzały szczególnie dziewczyny. Każdorazowo, kiedy odmawiałem wychodziłem na bufona, bo przecież "co mi szkodzi, ale jak nie, to nie", ale odmawiałem zawsze. Poza jednym razem. To był mój pierwszy trup.

Dialog nie może zaczynać się w środku akapitu, a zdania nieopisujące samego dialogu powinny również być nowym akapitem:

Powtórka z podstawówki i podwórka:

– Piotruś, narysuj mi coś! – powtarzały szczególnie dziewczyny.

Każdorazowo, kiedy odmawiałem(+,) wychodziłem na bufona, bo przecież "co mi szkodzi, ale jak nie, to nie", ale odmawiałem zawsze. Poza jednym razem. To był mój pierwszy trup.

Oprócz tego brakujący przecinek.

 

Poza jednym razem. To był mój pierwszy trup.

Psujesz sobie szansę na zbudowanie jakiegokolwiek napięcia, opisując efekt końcowy na samym początku historii.

 

wiedzieliśmy, że tak czy tak czeka nas poprawka

Frazeologia, zlały ci się dwa wyrażenia: “tak czy siak” oraz “i tak, i tak”.

 

Kilka wypitych kolejek podkręciło moją odwagę, czy bardziej raczej wyłączyło myślenie.

 

Współczesna riposta na farby olejne, gwasz, akwarele, ołówki, kredki, tusz i wszystkie inne środki artystycznego wyrazu wymyślone przez ludzkość. Lepsze i szybsze.

Skoro “riposta”, to “lepsza i szybsza”.

 

Spełnione marzenie każdego artysty.

Myślę, że wielu artystów nie zgodziłoby się ze stwierdzeniem, że ich marzeniem jest tworzyć dzieła szybciej, bo cyfrowo. Wielu korzysta z pomocy komputerów, owszem, ale także wielu nimi pogardza. Sugestia:

Spełnione marzenie wielu artystów.

 

Wyrobiłem sobie nazwisko w środowisku.

Jestem zdania, że w języku polskim wyrabia się sobie markę, natomiast wyrabianie sobie nazwiska to wpływ języków obcych, ale nie mogłem znaleźć nic konkretniejszego na ten temat, więc mogę się mylić.

 

Czasem tracili majątki, czasem nadzieje, rodziny, zdrowie lub życie.

Powinno być:

Czasem tracili majątek, czasem nadzieję, rodzinę, zdrowie lub życie.

lub:

Tracili majątki, nadzieje, rodziny, zdrowia i życia.

 

Pan Stanislaw.

Literówka.

 

We wczesnych latach 90-tych wiedział jak tanio kupić i drogo sprzedać.

W opowiadaniach liczby piszemy słownie.

 

Sprytny cwaniak.

Masło maślane. “Sprytny” = “cwany”. Cwany cwaniak?

 

pod jego wielkim domem z artystycznie kutą bramą i wysokim murem co roku stawało nowe czarne BMW lub Mercedes klasy executive.

Ta sama sprawa co z hondą.

 

Po kilku dniach logo zawisło przed siedzibą firmy na stalowym artystycznie kutym ramieniu.

Drugi raz używasz tego bardzo precyzyjnego określenia w jednym akapicie.

 

Interes szedł jak woda.

Frazeologia. Jest dużo wyrażeń zaczynających się od “iść jak”. “Iść jak x”, gdzie x to produkt = “sprzedawać się równie dobrze, jak zazwyczaj x”. Np. “iść jak świeże bułeczki”.

Już prędzej pasowałoby tu “Interes szedł jak burza”. Lub “Z interesem szło mu jak po maśle”.

 

Z czasem jego czerwona, ulana twarz, widywana w lokalnych wiadomościach i prasie z podpisem “człowiek sukcesu”, zaczęła mnie irytować. Fatum, gdzie jesteś?

Po kolejnym miesiącu nerwowego wyczekiwania nagłówek w regionalnym dodatku dużego dziennika uspokoił mnie: Stanisław S. pod nadzorem inspekcji finansowej. Wiedziałem, że to to. Kupiłem gazetę.

Informatyk z wykształcenia, grafik komputerowy z zawodu, a informacje o świecie czerpie z telewizji i gazet?

 

Chryzostom – multiinstrumentalista, któremu zamarzyła się Akademia muzyczna.

W nazwach własnych szkół (jak i wszystkich innych) zapisujemy każdy wyraz wielką literą, natomiast tutaj nie piszesz (jeszcze) o żadnej konkretnej, więc pierwsze litery powinny być wszędzie małe.

 

zdolnych dzieci było o okolicy sporo.

Literówka.

 

Kiedy wreszcie ktoś wybił kilka okien w Akademii(+,) odetchnąłem.

Przecinek.

 

Po kilku tygodniach natknąłem się na headline w lokalnym portalu informacyjnym: Chryzostom K., dyrektor znanej szkoły muzycznej(+,) zatrzymany pod zarzutem pedofilii

Przecinek. Chociaż z drugiej strony jestem w stanie uwierzyć, że w lokalnym portalu informacyjnym są artykuły z błędami w nagłówkach. Nie rozumiem też użycia anglicyzmu w tym konkretnym miejscu, bo też nie spotkałem się z zastępowaniem “nagłówka” w ten sposób, nawet pracując w korpo.

 

Prawie wszyscy uczniowie mieli jakieś doświadczenia w tej kwestii.

Dość niefortunne wyrażenie, biorąc pod uwagę temat, o którym mowa. Spróbowałbym wyrazić to samo jakoś inaczej. Moja sugestia:

Prawie wszyscy uczniowie mieli coś do opowiedzenia policjantom.

 

podczas gdy wszyscy współwięźniowie w jego celi smacznie spali.

Masło maślane.

 

Fatum zdawało się mieć konkretne rozwiązanie dla każdego, bez względu na to(+,) co malowałem.

Przecinek.

 

zdarzało mi się zejść z ceny albo zrobić komuś prezent tylko po to, żeby zobaczyć(+,) co mu się przydarzy.

Przecinek.

 

z tym, że nie szukałem już ludzi, którym mógłbym otworzyć te drzwi.

A tu z kolei znowu bez.

 

Jeżeli ktoś miał pecha poprosić mnie o jakiś obraz, czy grafikę to pewnie tak mu było pisane

Tutaj trzeba przecinek przesunąć przed “to”.

 

Akceptuję siebie i to(+,) czym jestem.

A tu znowu z.

 

W tym okresie wykonałem zlecenia dla 187 osób.

Liczby – słownie.

 

Generalnie nie jest to jakieś super opowiadanie, ale zdecydowanie udany debiut na stronie. Konsekwentnie eskalujesz zagrożenie, jednak brakuje trochę jednolitej wizji tego, co się za przedstawionymi wydarzeniami kryje.

Pierwszym przykładem niech będzie początek. Jest sobie taki serial, Tengen Toppa Gurren Lagann, który zaczyna się flashforwardem do sceny bitwy, która – jak można się domyślić – będzie miała miejsce na końcu. Scena sama w sobie jest w porządku, problem w tym, że w trakcie tworzenia pomysł twórców nieco się zmienił i do takiej bitwy, jaka jest pokazana, nigdy nie dochodzi. Efektem są skonfudowani i nieco zagubieni widzowie.

U ciebie jest podobnie. Masz dobrze napisany pierwszy akapit, który pobudza zainteresowanie czytelnika tekstem, natomiast problem jest taki, że narrator z tego akapitu i narrator z końcówki tekstu to znacznie różniące się od siebie osoby. Narrator z flashforwardu stanowczo ostrzega czytelnika: “Nie zamawiaj u mnie obrazków!”, podczas gdy faktycznie narrator przez większość czasu, odkąd zdał sobie sprawę, jaką moc posiadają jego rysunki, jest wręcz za tym, by kupowało je możliwie najwięcej osób – a na koniec zmienia nastawienie na obojętne: “Akceptuję siebie i to czym jestem.” Czy mam uwierzyć, że ten sam narrator, który mówi: “Już nie odmawiam. Jeżeli ktoś miał pecha poprosić mnie o jakiś obraz, czy grafikę to pewnie tak mu było pisane”, chwilę później gorąco próbuje mnie odwieść od zamówienia u niego grafiki?

Autor zmienia nawet podstawowe źródło zarobku. We flashforwadzie mamy: “Dziwne zdanie jak na kogoś, kto żyje z rysowania obrazków i obrabiania grafiki”, podczas gdy w końcówce: “Skasowałem ogłoszenia, profile, znalazłem stały etat w jednym z dużych portali internetowych. Przestałem łowić kolejnych mecenasów do wypychania w przepaść. Zaakceptowałem bycie odźwiernym złego Fatum, z tym, że nie szukałem już ludzi, którym mógłbym otworzyć te drzwi.”

Drugim przykładem są dwie historie opisane na końcu. Różnią się one zasadniczo od pozostałych przypadków. Nie licząc tych dwóch historii, gdy zadziałała moc narratora ofierze przydarzała się mniej lub bardziej losowa, nieprzyjemna rzecz. Natomiast jeśli idzie o Stanisława i Chryzostoma, rzecz ma się zupełnie inaczej. Obaj ponieśli bowiem odpowiedzialność za popełnione wcześniej przestępstwa. Co gorsza, przedstawiasz to czytelnikowi jako pewnik, że oni te przestępstwa popełnili.

Dla każdego rozsądnego odbiorcy jest zupełnie czymś innym, gdy prawdopodobnie zupełnie niewinna dziewczyna wpada pod tramwaj, a gdy krętacz, którego machlojki finansowe są wręcz oczywiste, staje się podejrzanym w śledztwie. Pomyśl o tym, jak zmienia się postrzeganie narratora, który stwierdza: “Jeżeli ktoś miał pecha poprosić mnie o jakiś obraz, czy grafikę to pewnie tak mu było pisane”. Jeśli mówi to o przestępcach, dla których efektem obrazu było to, że odpowiedzieli za własne przewinienia – to czytelnik może się nawet z nim zgodzić. Jeśli o niewinniej dziewczynie która w efekcie zginęła bez żadnego związku z czymkolwiek, co zrobiła – to narrator jest psychopatą bez empatii. To nie są ani trochę podobne do siebie sytuacje.

Po trzecie, narrator po wypadkach kuzynów orientuje się, że nie tylko nie musi ukończyć obrazka, żeby zadziała jego moc… ba! nie musi nawet uzyskać zlecenia. Więc zupełnie nie ma sensu, że kiedy narrator stwierdza, że “Ostatecznie wszyscy ludzie mają coś na sumieniu i mniej lub bardziej zasługują na śmierć, albo przynajmniej na to, aby stało im się coś złego. (…) Chciałem wykonać jak najwięcej zleceń. (…) Czułem misję i potrzebę aktywnego jej wypełniania” w ogóle ogranicza się do zleceń. Gdyby postępował w następujący sposób: siada w kawiarni, patrzy na osobę, z myślą o niej nakreśla trzy kreski w notatniku (nie musi przecież kończyć dzieła!), bam! gotowe, kolejna osoba, i kolejna… to te 187 osób załatwiłby w godzinę.

Szczerze mówiąc, w pewnym momencie miałem nadzieję, że twój narrator potraktuje swoją moc jak Light Yagami swój Notatnik Śmierci i zacznie używać jej, by karać przestępców… ale on tylko krzywdził losowo… ale potem okazało się, że ci losowi ludzie faktycznie byli przestępcami, mimo że wcześniej nie byli. Narrator w konsekwencji myśli, że każdy kogo skrzywdził miał coś na sumieniu, co jest idiotyzmem, bo przecież cały czas posiada listę, która zaczyna się od dzieci z podstawówki!

Słowem, jeśli idzie o to, jakim człowiekiem chcesz uczynić narratora, jak odnosi się do swojej mocy w konsekwencji zdarzeń przez nią sprowadzonych i ostatecznie w ocenie jego działań masz pomieszanie z poplątaniem, brak wizji i nieco zagubionego, skonfudowanego czytelnika.

Uważam, że opowiadanie ma wszystkie niezbędne elementy dobrego opowiadania. Osobiście proponuję wrócić do niego za parę lat i zastanowić się, jak odpowiednio połączyć je w całość.

ironiczny podpis

Jest tu pomysł, i to naprawdę ciekawy. I na same zdolności bohatera, i na jego rozwój (odkrywanie mocy i korzystanie z niej). Czyta się to całkiem płynnie (choć potknęłam się tu i ówdzie na jakiejś literówce), narrator wypada generalnie wiarygodnie (choć może bardziej by mi się podobał, gdyby w stylu wypowiedzi bardziej wykazywał artystyczne zamiłowania ;)).

Forma, w jakiej zdecydowałeś się opowiedzieć tę historię sprawia jednak, że całość jest dosyć monotonna, jako czytelnik pozostałam w dużym dystansie do przedstawianych zdarzeń – czyli pomimo dobrego pomysłu, historia mało mnie ruszyła. Sądzę, że to właśnie przez formę relacji, mimo wszystko dość suchej.

To, co według mnie również można by dopracować, to kompozycja. Początek jest dość mocno szczegółowy, rozbudowany, jednocześnie na tym etapie bohater jest bierny, przygląda się tylko swojej mocy, domyśla się jej. W zestawieniu z tym fragment, w którym bohater zaczyna działać wydaje się krótki, nakreślony dość pobieżnie. A potem zakończenie – całkiem już skondensowane. Brakuje jakiegoś mocnego akcentu na koniec, czegoś, co tłumaczyłoby po co w ogóle narrator snuje tę opowieść. Albo motywowało jakoś tę kolejną przemianę, akceptację. 

Podsumowując, spodobał mi się pomysł, sądzę jednak, że dałoby się wycisnąć z niego więcej.

Fajne, troche Pilipiukiem zajeżdża bo on lubi takie klimaty. Przyjemnie sie czytalo.

Przemyślane, poukładane, jest historia, jest narracja. Pióro lekkie, i dobrze, ale brakuje trochę: a) pogłębienia przy Marii. b) twista na koniec. Ale i tak jedno z fajniejszych ostatnio w lekturze.

W literówki się nie bawię zazwyczaj, więc tylko: kredyt we frankach a nie Frankach. Frankowie nic o tym nie wiedzą ;).

kliczek.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Oparte na fajnym pomyśle, na podstawie którego można by napisać coś bardziej skomplikowanego i złożonego, ale Twoje opowiadanie też mi się spodobało. Ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

 

Ps. Chyba zmieniłabym tytuł…

Fajny pomysł i niezłe wykonanie. Sama postać bohatera trochę niekonsekwentna. Najpierw rezygnuje ze swoich zdolności, potem, pod wpływem alkoholu, trochę się zapomina i rysuje portret koleżanki, która ginie. Najpierw się o to obwinia, a potem pstryk, nagle zmienia zdanie. Czegoś między depresją a pstrykiem mi brakuje, jakiegoś wybuchu złości, jakiegoś, a mam was wszystkich w d…

Generalnie jednak podobało mi się.

Ode mnie też kliczek. :)

Piotruś i jego teczka – taki tandem, a teczce kartki, ołówki, gumki, węgiel.

… A teczce kartki… 

Dobrze trafił: kółko muzyczne w lokalnym domu kultury śpiewało tylko fałszywie przaśne ludowe piosenki, a zdolnych dzieci było o okolicy sporo.

… zdolnych dzieci było okolicy sporo. 

W tym okresie wykonałem zlecenia dla 187 osób.

Zapis słowny tej liczby wyglądałby lepiej.

wypadki drogowe, nieuleczalne choroby, utonięcie, zawał, pęknięty tętniak, zaczadzenie, a jedno porażenie piorunem.

Chyba lepiej byłoby: jedno porażenie piorunem. 

 

Tyle w ramach powitania :-) 

Ale więcej poprawek nie będzie, bo Issander Cię nieźle już przeczołgał. Poza tym, od czasu publikacji chyba tu nie zaglądałeś, a już na pewno nie po to, by poprawki wprowadzać :-) 

Zatem krótko:

Podpisuję się pod komentarzami poprzedników, zwłaszcza Issandera (Issandra?) i Irki. To fajny tekst, z niezłym pomysłem i dobrze napisany. Ale bohater zbudowany niekonsekwentnie – wydaje się być pozbawionym empatii psychopatą, ale jako taki jest niespójny. Na początku, w okresie "normalności", powinny być jakieś drobne zajawki, jakieś tropy sugerujące, że takim się stanie, inaczej czytelnik pozostaje z wrażeniem właśnie takiego braku spójności i konsekwencji. A jeśli był to zwykły (choć niezwykły) przerażony swoją mocą chłopak, który pod wpływem śmierci Marty stał się psychopatą, to ów moment przejścia zaznaczony jest bardzo słabo. Do tego dochodzą wszystkie wskazane przez Issandera (Issandra?) nielogiczności i w efekcie kompletnie nie kupuję tych wszystkich przemian bohatera i nie mogę mu kibicować lub z nim sympatyzować (co jest możliwe nawet gdyby był psychopatą, ale porządnie skonstruowanym psychopatą) 

Mimo wszystko uważam, że ten jeden ostatni kliczek się należy.

Pozdrawiam! 

(nie piszę "do widzenia", bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że Autor już się tu nie pojawi :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Podoba mi się pomysł i nieźle opowiedziana historia.

Nie podoba mi się, że Autor nie poprawił palcem wskazanych usterek.

 

– Pio­truś, Ty taki ar­ty­sta je­steś, na­ry­so­wał­byś cioci ja­kieś ładne kwiat­ki do sa­lo­nu. – rzu­ci­ła kie­dyś. –> – Pio­truś, ty taki ar­ty­sta je­steś, na­ry­so­wał­byś cioci ja­kieś ładne kwiat­ki do sa­lo­nu – rzu­ci­ła kie­dyś.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

i zaraz zła­pa­łem za pę­dzel i farby. –> …i zaraz zła­pa­łem pę­dzel i farby.

 

Zła­pa­łem za jakąś kse­rów­kę… –> Zła­pa­łem jakąś kse­rów­kę

 

dlu­gie blond wlosy i po­nęt­ny de­kolt. –> Literówki.

 

Byłem winny tej śmier­ci i za­drę­cza­łem sie tym. –> Literówka.

 

Z cza­sem jego czer­wo­na, ulana twarz… –> Ulana twarz to jaka?

A może miało być: Z cza­sem jego czer­wo­na, nalana twarz

 

albo o kre­dy­cie we Fran­kach. –> …albo o kre­dy­cie we fran­kach.

 

Ak­cep­tu­ję sie­bie i to czym je­stem. –> Ak­cep­tu­ję sie­bie i to kim je­stem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jedno mnie zastanawia: przecież plotka to potęga! Ludzie plotkują o sobie nieustannie, potrafiąc zrobić z przysłowiowej igły równie przysłowiowe widły. A tutaj nic! Wokół tytułowego grafika nie pojawiła się żadna mroczna aura twórcy, z którym lepiej się nie zadawać. Wszyscy, jak ćmy do świecy, ciągną do niego po te obrazki. To właśnie wydaje mi się mało przekonujące. A poza tym opowiadanie jest fajnie napisane i dobrze się je czyta.

Nowa Fantastyka