- Opowiadanie: Filip - Faceci w jaskrawej czerwieni

Faceci w jaskrawej czerwieni

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Faceci w jaskrawej czerwieni

Była godzina pierwsza w nocy. Po niebie przetaczały się kłęby czarnych chmur. Zimny, październikowy wiatr, zawodząc, zrywał liście z przydrożnych drzew i wzbijał je w powietrze. Rzęsisty deszcz bił z szumem o asfalt, tworząc delikatną mgiełkę. Jak mawia się w informacjach pogodowych dla kierowców – warunki drogowe były złe.

A kierowca srebrnego hatchbacka klasy średniej, wracający od szwagra, nie dostosował prędkości do warunków i uderzył w pieszego, który nagle wyłonił się z lasu, gdzieś między Brzeźnem a Strzechowem.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w najbliższej stacji pogotowia ratownik Marek dopadł do dawno wystygłej chińskiej zupki i zaczął jeść. Na oko po trzydziestce, atletycznie zbudowany (choć z zarysowanym brzuszkiem), opalony. Czarne, krótko ścięte włosy znaczyła tu i ówdzie wczesna siwizna. W zmęczonych, podkrążonych oczach można było ujrzeć ślad wielu, zbyt wielu dyżurów.

"Sukces!" – pomyślał, gdy udało mu się zjeść. Dalsze cenne minuty odpoczynku postanowił poświęcić na czyszczenie telefonu ze zdjęć swojej byłej. Widywanie się kilka godzin w tygodniu skończyło się rozstaniem, co było do przewidzenia. Nad jedną, czy drugą fotografią zatrzymał się nieco dłużej, westchnął smętnie, zostawił. 

Jego wzrok spoczął na długiej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Powoli, po cichu, zerkając to w lewo, to w prawo, jakby nie chcąc prowokować losu, podszedł i położył się. Zamknął oczy i już zaczynał wpadać w objęcia Morfeusza, gdy usłyszał straszne słowa:

– Zbieraj się. Kod pierwszy. Wypadek komunikacyjny w kierunku na Strzechów. Uraz wysokoenergetyczny. – Ze snu wyrwał go Łukasz, lekarz z jego karetki.

– Wrrwamać – Marek zmełł w ustach przekleństwo i zerwał się z wyra. Ruszył w kierunku drzwi, klnąc na czym świat stoi. Łukasz tylko się zaśmiał i pokręcił głową.

 

Wyjechali w ciemną noc. Wycieraczki dzielnie walczyły z bębniącym o szyby deszczem, żeby zapewnić możliwie dobry ogląd sytuacji na drodze panu Mietkowi – kierowcy z trzydziestoletnim stażem, który w ostatnich latach skończył studium i zdobył uprawnienia ratownika. Po chwili mknęli już przedmieściami, śląc wokół niebieskie blaski. Dźwięki syreny zawodziły złowróżbnie. To znaczy na zewnątrz, bo w środku brzmiały jak odgłosy z "Pac-mana" i nie miały w sobie żadnej grozy. W radiu przestała grać muzyka i rozpoczął się skrót informacji. Prezenter czytał materiał o jakimś morderstwie, nowym podatku i maksimum roju Orionidów. Podobno nad Polską widziano wyjątkowo jasny bolid.

 

Jechali wolno, kołysząc się na wąskiej, mało uczęszczanej drodze. Łukasz i Mietek mrużyli oczy, starając się przebić wzrokiem zasłonę ciemności i padającego deszczu.

– Widzisz coś?

– Nic nie widzę. Leje.

– Powinniśmy być na miejscu.

– Cholera… Jest! Jest, widzę!

Dostrzegli w oddali sylwetkę człowieka. Machał w ich stronę, światłem latarki sygnalizując swoją pozycję. 

Wzięli sprzęt, wypadli z wozu i ruszyli w stronę poszkodowanego, który leżał dobre kilkanaście metrów przed samochodem. Ślady hamowania były krótkie.

 

– Oż w mordę, ale brzydki – mruknął Marek, przystępując do sprawdzania czynności życiowych.

– Mikrognacja, stożkowata czaszka, jakieś… wyrośla kostne? No… taki dysmorficzny trochę – zgodził się Łukasz. – Proszę pana, słyszy nas pan?!

– U mnie sto dziesięć uderzeń na minutę, dwadzieścia oddechów – powiedział ratownik.

– Nie gada do mnie, nie reaguje na bodźce. Nieprzytomny. Źrenice… Popek Monster, normalnie. Jak ja mam tu coś ocenić?

Marek zerknął na całkowicie czarne oczy poszkodowanego. Wzdrygnął się i zaczął rozcinać jego ubranie, wyglądające jak termoaktywna odzież do biegania.

– Urazy – podjął, obmacując pacjenta. – Tu otarcia, tu stabilnie… Klatka piersiowa w porządku. Ciekawostka: ma cztery palce! A z miednicą bardzo źle, ale na zewnątrz nie krwawi.

– Dobra, na dechę go i będziemy się martwić w środku – zadecydował Łukasz.

Razem z panem Mietkiem ustabilizowali rannego na desce ortopedycznej, po czym zanieśli do wozu i ruszyli.

 

– Osiemdziesiąt na pięćdziesiąt i sto trzydzieści tętna. – Ratownik odczytał wynik z monitora i zaczął przygotowywać wenflon do wkłucia.

– Załóżmy mu dwa kraniki i puśćmy płyny. Musiał pokrwawić do tej miednicy. – Łukasz założył stazę, poszukał żyły. Zdezynfekował odpowiednie miejsce i wprowadził igłę.

– Dobra, robi się naprawdę dziwnie. Ma ciemnozieloną krew.

– U mnie też! – wykrzyknął Marek, podłączając worek z roztworem Ringera.

Łukasz westchnął ciężko, spoglądając na tego osobliwego pacjenta z wielką głową o nietypowym kształcie, małą żuchwą i czarnymi oczami. Teraz także, jak się okazało, z krwią koloru świerkowych igieł.

– Czytałem, że w Kanadzie mieli coś takiego. Gość brał tryptany – rzekł bez przekonania.

– Więc to dysmorficzny biegacz z ciężkimi migrenami? – powątpiewał ratownik.

– No przecież nie kosmita. Podajmy jeszcze levonor i kolejny worek płynu, bo to ciśnienie ma słabe; morfinę, bo go musi nieźle boleć. I pobierzmy krew na badania i krzyżówkę. A ja założę kobrę i puszczę troszkę tlenu.

Lekarz popatrzył jeszcze raz na poszkodowanego. Przechylił głowę i zmarszczył brwi z namysłem. Wyciągnął z plecaka tablet i podłączył do niego głowicę od USG.

– Oho, nowoczesność widzę! – zaśmiał się Marek.

– Chcę sprawdzić, czy jeszcze skądś nie krwawi. – Usłyszał odpowiedź.

“I czy w środku też taki dziwny” – pomyślał Łukasz, nakładając żel na sondę.

 

W miednicy zobaczył krew, tak jak się spodziewał. Przeszedł na wyższe partie brzucha. Jego oczy rozszerzały się w miarę badania. A żuchwa opadała coraz niżej i niżej. Ratownik przypatrywał się temu w napięciu.

– No? Co tam wypatrzyłeś?

– Ze cztery… chyba nerki. Dwa narządy, których nie rozpoznaję. Jak zajrzałem pod mostek, to serce ma chyba ze dwie dodatkowe jamy. Albo napiszę o gościu doktorat, albo dzieje się tu coś bardzo dziwnego.

– Wiesz… ja zaczynam myśleć, że to naprawdę kosmita.

– Sam jesteś kosmita! – Kierowca zaśmiał się i pokręcił głową.

– Moim zdaniem to niemożliwe, żeby istota pozaziemska była tak podobna do nas – rzekł sceptycznie Łukasz. – Poza tym, mieć technologię pozwalającą na podróże międzygwiezdne i dać się rozwalić srebrnemu passatowi?

– O matko, budzi się!

 

Oczy ratownika i lekarza zwróciły się na pacjenta. Nawet pan Mietek na chwilę przestał uważać na drogę i zerknął do tyłu. Poszkodowany drgnął niespokojnie i zaczął krztusić się rurką, którą miał w ustach. Łukasz doskoczył i odpuścił powietrze z mankietu i wyjął maskę krtaniową z jego gardła.

– Już, proszę leżeć spokojnie. Miał pan wypadek.

W odpowiedzi usłyszeli ochrypnięty głos.

– Zwolnić ja! Transport powrotny żądanie! – wykrzyczał nieskładnie.

– Widzisz? – Lekarz zerknął na Marka. – Mówi po naszemu, więc raczej nie jest z kosmosu. – Zwrócił się ponownie do rannego. – Ma pan połamaną miednicę, musimy pana zawieźć do szpitala. Proszę się nie szarpać, bo sobie coś pan uszkodzi.

Pacjent zamknął oczy. Personel karetki usłyszał dziwny dźwięk, coś jakby chrobot setek mechanicznych mrówek. Zauważyli czarną masę, która zaczęła znikąd pojawiać się na rękach ofiary wypadku, by następnie zgęstnieć w okolicy sprzączek i rzepów ortopedycznej deski. Potem z rosnącym zdziwieniem zobaczyli, jak jedno zabezpieczenie po drugim puszcza i po chwili poszkodowany staje przed nimi, niespodziewanie stabilnie jak na kogoś z połamaną miednicą.

– O cholera. Jeszcze jakieś wątpliwości?! – rzucił ratownik, zdenerwowany.

Łukasz uniósł dłoń w kierunku, jak przyjęli, kosmity, w uspokajającym geście.

– Usiądź, musimy cię przebadać! Miałeś poważny wypadek!

Podczas gdy obcy był skupiony na lekarzu, Marek napełnił strzykawkę relanium. Z przerażeniem w oczach zamachnął się, wbił igłę w udo osobliwego pacjenta i wprowadził cały lek.

Kosmita warknął i zdzielił go na odlew. Był zaskakująco szybki. Stawał się silniejszy z każdą chwilą. Uspokajacze najwyraźniej nie działały. Łukasz rzucił się na niego, próbując obalić. Zwarli się i przez chwilę siłowali w uścisku.

– Warunek: wy mnie wypuścicie! Jeśli nie: agresja konieczna! – wykrzyknął obcy łamaną polszczyzną. Na potwierdzenie groźby, czarna, metaliczna masa uformowała płynną rękawicę wokół jego ręki i błysnęła groźnie elektrycznością. Światło w karetce przygasło na chwilę.

 

Naraz poczuli szarpnięcie, gdy pan Mietek skręcił gwałtownie. Wszyscy znajdujący się z tyłu wozu, padli na podłogę. Lekarz skorzystał z okazji i spróbował siąść na kosmicie.

– W pasy go!

– Łukasz, zostaw! – wrzasnął Marek. – Odwieźmy go i po kłopocie.

W tym momencie obcy chwycił swojego przeciwnika pod pachy. Światło na chwilę ponownie przygasło, a z rąk pozaziemskiej istoty wystrzelił błysk wyładowania. Łukasz osunął się na ziemię bezwładny.

– Coś ty zrobił, durny alienie! – Marek minął kosmitę, rozpiął kurtkę kolegi i rozerwał koszulkę, po czym sięgnął po łyżki defibrylatora. Trzęsącymi się rękoma nałożył na nie żel i umieścił na klatce piersiowej lekarza. Szybki rzut oka na monitor – migotanie komór. Strzelił energią stu pięćdziesięciu dżuli. Skontrolował rytm – Łukasz szczęśliwie znów “miał zatokę”. Ratownik sprawdził jeszcze tętno na szyi i liczbę oddechów. Wyglądało na to, że zareagował w porę. Odetchnął głęboko.

Kosmita patrzył na to przez chwilę i chyba nawet się uśmiechnął. Podszedł na przód karetki i dotknął karku pana Mietka. Ten zamarł i zahamował.

– Wracanie.

– Ja–jasne szefie.

Po czym zawrócił wóz i ruszył w kierunku na Strzechów.

 

Jechali bez sygnałów. W środku furgonu było już niemal spokojnie. W każdym razie nikt nie wykonywał gwałtownych ruchów. Obcy miał cały czas kierowcę w zasięgu. Łukasz leżał na noszach z podłączonymi płynami, zamonitorowany i wracał do siebie po krótkotrwałym zatrzymaniu krążenia. Marek dzielił uwagę między doglądaniem go, a pilnowaniem przybysza z kosmosu. Ten z kolei rzekł tonem, który chyba miał być uspokajający.

– Wy spokojni, ja spokojny. Misja badawcza: skąd podobieństwo gatunków inteligentnych.

Ratownik pokiwał głową

– Tak sobie właśnie myślałem, że coś bardzo nasz jesteś, jak na kosmitę.

– Hipotezy: wspólne pochodzenie lub wymuszające ekologiczne optimum.

– Zostawię ci swój numer, to mi dasz znać, do czego doszliście – westchnął ciężko.

Obcy spojrzał na niego badawczo, długo, swoimi czarnymi jak otchłań oczami. 

– Jeśli chęć, możliwość powrotu z nami. Pozaziemskie y… pogotowie. – Kąciki ust uniosły się w wystudiowanym uśmiechu.

Marek zamrugał ze zdziwieniem. W pierwszym odruchu chciał wyskoczyć z samochodu jeszcze podczas jazdy, byle nie dać się zabrać na pokład kosmicznego statku. Po chwili jednak zaczął intensywnie myśleć nad swoim niewesołym położeniem. Spał, albo pracował, a kokosów z tego nie było. Zostawiła go dziewczyna. Tylko patrzeć, jak zacznie podupadać na zdrowiu przy tym trybie pracy. A ten gość z gwiazd wydawał się o niebo przyjemniejszy od jego obecnego dyrektora.

Ratownik wyciągnął rękę w kierunku obcego i skinął lekko.

– A wiesz? Zgoda.

Kosmita spojrzał, przechylił nieco głowę. Przypomniawszy sobie najwyraźniej z przygotowań do misji, co taki gest oznacza u Ziemian, uścisnął dłoń człowieka. Tak pierwszy kontakt stał się zarazem pierwszym kontraktem.

 

Pan Mietek i Łukasz zadarli głowy, spoglądając na odlatujący statek, który okazał się być klasycznym latającym spodkiem. Dziwny pacjent zabrał ze sobą ich kolegę, na którego czekała świetlana przyszłość kosmicznego ratownika, albo mroczny los ludzkiego niewolnika. Przedłużającą się ciszę przerwał zafrasowany głos Łukasza.

– Tylko co ja teraz niby wpiszę w papiery? 

Koniec

Komentarze

Widywanie się kilka godzin w tygodniu skończyło się, co było bardziej niż możliwe do przewidzenia, rozstaniem.

To zdanie brzmi strasznie koślawo. Rozdzieliłabym to na dwa i wywaliła to “bardziej niż możliwe”. “Widywanie się kilka godzin w tygodniu skończyło się rozstaniem. Co było do przewidzenia.

drodze panu Mietkowi -kierowcy z trzydziestoletnim stażem

Brak spacji po myślniku

Nieprzytomny. Źrenice… Popek Monster, normalnie.

Jakoś mi to do konwencji nie pasowało, ale mimo to parsknęłam śmiechem ;).

– Dobra, na dechę go i będziemy się martwić w środku. – Zadecydował Łukasz.

– Dobra, na dechę go i będziemy się martwić w środku – zadecydował Łukasz.

 

“I czy w środku też taki dziwny” – pomyślał Łukasz, nakładając nakładając żel na sondę.

zdublowane “nakładając”

o serce ma chyba ze dwie dodatkowe jamy

a nie komory?

Poza tym, mieć technologię pozwalającą na podróże międzygwiezdne i dać się rozwalić srebrnemu Passatowi?

“Poza tym, mieć technologię pozwalającą na podróże międzygwiezdne i dać się rozjechać srebrnym Pasatem?” – wydaje mi się, że tak brzmi lepiej.

Warunek: wy mnie wypuścicie! Jeśli nie: agresja konieczna! – Wykrzyknął obcy łamaną polszczyzną.

Warunek: wy mnie wypuścicie! Jeśli nie: agresja konieczna! – wykrzyknął obcy łamaną polszczyzną.

. Zauważyli czarną masę, która zaczęła znikąd pojawiać się na rękach ofiary wypadku…

Na potwierdzenie groźby, szara, metaliczna masa uformowała płynną rękawicę wokół jego ręki…

No to czarna czy szara?

Zostawiła go dziewczyna, zdrowie tylko patrzeć, jak zacznie podupadać przy takim trybie pracy.

Niektóre zdania brzmią, jakby je Yoda wypowiadał. ;) 

“Zostawiła go dziewczyna, tylko patrzeć, jak zacznie podupadać na zdrowiu przy takim trybie pracy.”

Dziwny pacjent zabrał ze sobą ich kolegę, na którego czekała świetlana przyszłość jako kosmiczny ratownik, albo mroczny los ludzkiego niewolnika.

Dziwny pacjent zabrał ze sobą ich kolegę, na którego czekała świetlana przyszłość kosmicznego ratownika albo mroczny los ludzkiego niewolnika.

 

Ciekawy pomysł, choć przyznam szczerze, że w pierwszej chwili miałam wrażenie, że ratownicy tak reagowali na dziwny wygląd ofiary wypadku, jakby na co dzień łatali potrąconych przez samochody kosmitów. Naprawdę miałam wrażenie, że opowiadanie będzie przedstawiać świat, w którym ludzie koegzystują z pozaziemskimi cywilizacjami. Dlatego popracowałabym trochę nad ich zaskoczeniem i niedowierzaniem, bo inaczej ten “pierwszy kontakt” nie brzmi zbyt wiarygodnie. 

 

Większość poprawek wprowadzę, ale:

 

  1. Zostawiam jamy serca. Jest to pojęcie szersze, niż komory. Jamami serca są zarówno komory, jak i przedsionki.
  2. Zostawiam “dać się rozwalić srebrnemu Passatowi”, moim zdaniem bardziej ekspresyjne.
  3. Co do zaskoczenia przybyszem z kosmosu. Członkowie zespołu tak bardzo nie dopuszczają do siebie myśli o tym, że natknęli się na istotę pozaziemską, że racjonalizują sobie dziwne oznaki, uważając że jest to po prostu przypadek medyczny, człowiek obciążony wadami genetycznymi. A gdy już się orientują, nie mają czasu na dziwienie się. ;)

Fajne opowiadanie, z dobrym tempem. Oddanie realiów pracy ratowników w karetce – dla mnie bomba. 

Mi osobiście zabrakło informacji o kierowcy, który potrącił kosmitę. Przyjechał, potrącił, zamachał latarką i tak jakby zniknął. Wiem, że jest tylko figurantem, a nie bohaterem, ale jakiejś drobnej uwagi na jego temat mi tu zabrakło. W końcu, ludzie różnie reagują w takich sytuacjach.

A co do niedostatecznego zaskoczenia spotkaniem z kosmitą… Ja to odebrałam w ten sposób, że ratownicy o prostu skupili się na tym, żeby jak najlepiej pomóc poszkodowanemu, niezależnie od tego kim jest, więc mi to nie zgrzyta.

A tu na końcu chyba zgubiła się kropka:

– Hipotezy: wspólne pochodzenie lub wymuszające ekologiczne optimum

 

 

Cephiednomiko, jeśli Filip zmieni reakcję ratowników, to od razu będzie wiadomo, że chodzi o kosmitę i cały fragment przestanie być tak zabawny. Można się chyba pokusić, o wrzucenie paru nazw chorób genetycznych, które ewentualnie nasz delikwent mógłby mieć. Takie szczegóły zawsze podrasowują historię, a coś mi mówi, że Filip nie będzie musiał szperać w Wikipedii, żeby coś wymyślić ;)

Dzięki za kolejne komentarze. Co do sprawcy wypadku, to faktycznie nie poświęciłem mu więcej czasu. Pomyślałem, że jest na tyle nieistotny, że nie będę wprowadzał zbędnych elementów do opowiadania. Zastanowię się, czy da radę coś wtrącić, bez gubienia tempa. ;)

 

Jeśli chodzi o konkretne zespoły, myślałem o czymś w rodzaju dysplazji ektodermalnej (choć tu nie ma mikrognacji typowo), a do tego sulfhemoglobinemia polekowa (stąd zielona krew), ale uznałem, że w ogniu walki medycyny ratunkowej, konkretne rozpoznania powinny zejść na dalszy plan, a liczy się to, żeby utrzymać u pacjenta krążenie i oddech. Tak chyba jest bardziej wiarygodnie.

Rozbawiło mnie, przeleciało szybciutko. W sumie prosta opowieść, ale dobrze napisana, z pomysłem. Akurat lekarze pogotowia mają tyle na głowie, że nie będą się zastanawiali, przynajmniej w pierwszym momencie, nad dziwnością chorego, więc świetnie wybrałeś gości do pierwszego kontaktu.

Tak pierwszy kontakt stał się zarazem pierwszym kontraktem.

To mi się naprawdę spodobało. Podobnie, jak zakończenie. Łukasz faktycznie ma spory problem. ;)

 

Właściwie jedyną uwagą jaką mam jest brak policji na miejscu. Nawet jeśli kierowca nie zawiadomił, to zrobiło o pogotowie.

Kliczek. :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki. ;) Zastanawiałem się nad tą policją i może trochę zbyt na skróty ominąłem problem, bo pomyślałem że karetka dojechała po prostu pierwsza. Z drugiej strony wprowadzenie policji mogłoby od razu załatwić kwestię sprawcy wypadku, o której wspomniała Trupiagłówka.

Ale wypasiona ta karetka, z USG na pokładzie ;)

Historia fajna, z humorem. Dobrze się ją czytało, chociaż bardziej podobało mi się Twoje opowiadanie o Popielu, tam było więcej szczegółów świata przedstawionego, które budowały niesamowity klimat. W tym tekście skupiasz się głównie na procedurach medycznych. Przydałaby się też jakaś wzmianka o policji na miejscu wypadku. Ale ogólnie interesująca historia, lekka, z przymrużeniem oka, z konsekwentnie prowadzoną akcją i ciekawym zakończeniem. Ode mnie klik :)

 

Dzięki za komentarz. ;)

 

No, przy tym USG to się zastanawiałem, czy nie za grubo pojechałem. Dlatego stwierdziłem, że nie jest na wyposażeniu karetki, tylko lekarz pasjonat sobie sprawił (są takie przenośne głowice do tableta). :) I dzięki za wskazanie, co było w opowiadaniu Popielowym, czego nie było tutaj.

Sympatyczny tekst. Konwencja lekko humorystyczna chroni przed połamaniem zawieszenia niewiary (bo realnie nie kupuję, że można tak łatwo nie poznać kosmity), a same postacie nie wywołują antypatii. Ot, fajny koncert fajerwerków do obiadu, na urozmaicenie popołudnia :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki. Cieszę się, że udało się ten humor wprowadzić i że jest zauważalny. ;)

No mi również się podobało. Prosta fabuła ze stonowanym humorkiem. Tak nawiasem mówiąc, na miejscu ratownika chyba zrobiłbym tak samo ;D 

→ “– Tylko co ja teraz niby wpiszę w papiery? “

A no właśnie… ;p

Na koniec zacytuję pewne zdanie: 

“ Dwa najtrudniejsze elementy w pisarstwie to poczucie humoru i poczucie tajemnicy” 

Z racji, że Twoje opowiadanie to dla mnie taka komedia, to z tym pierwszym bardzo dobrze Ci idzie. 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

No to patrząc na komentarze widzę, że dodanie tagu: "humor". Będzie uprawnione. A dodam.

Na początku czytania wyłapywałem jakieś dziwnostki, typu:

w najbliższej Stacji Pogotowia 

najbliższej czemu?

sarkając na czym świat stoi 

a to nowa jakaś konstrukcja!

Ale potem wciągnęło i przestałem na to zważać (albo może zniknęło?).

Wydaje się, że wszystko jest tu na swoim miejscu – nastrój nocy i zmęczenia nocnym dyżurem, umiejętne budowanie napięcia, trochę humoru i dobre dialogi. Że pomysł taki trochę ograny? No i co z tego, kiedy fajnie się czytało.

Cytując klasyka “pójdę poskarżyć do biblioteki”.

Dzięki za komentarz. Chodziło mi o Stację Pogotowia najbliższą wypadkowi, który opisywałem w poprzednim akapicie. Poprawiam "sarkając" na "klnąc", bo faktycznie tak brzmi związek frazeologiczny. Cieszę się, że się podobało. :)

Ot, taka humoreska traktująca o niespodziewanym spotkaniu z obcą cywilizacją. Niczego nie urywa, ale przeczytałam bez przykrości. ;)

 

w naj­bliż­szej Sta­cji Po­go­to­wia… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Ru­szył w kie­run­ku drzwi, sar­ka­jąc na czym świat stoi. ―> Można kląć na czym świat stoi, ale nie sarkać, albowiem powiedzenie kląć na czym świat stoi jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

Do­jeż­dża­li do celu. Je­cha­li wolno… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Osiemdziesiąt na pięćdziesiąt i sto trzydzieści tętna – ratownik odczytał wynik z monitora i zaczął przygotowywać wenflon do wkłucia. ―> – Osiemdziesiąt na pięćdziesiąt i sto trzydzieści tętna.Ratownik odczytał wynik z monitora i zaczął przygotowywać wenflon do wkłucia.

 

Po­daj­my jesz­cze Le­vo­nor… ―> Po­daj­my jesz­cze le­vo­nor

Nazwy leków piszemy małą literą: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

dać się roz­wa­lić srebr­ne­mu Pas­sa­to­wi? ―> …dać się roz­wa­lić srebr­ne­mu pas­sa­to­wi?

 

Po­szko­do­wa­ny po­ru­szył się nie­spo­koj­nie i za­czął krztu­sić rurką… ―> Kogo/ co zaczął krztusić rurką?

Proponuję: Po­szko­do­wa­ny drgnął nie­spo­koj­nie i za­czął krztu­sić się rurką

 

Ja– jasne sze­fie. ―> Ja-jasne sze­fie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać jąkanie: https://poradnia-jezykowa.uni.lodz.pl/faq/zapis-jakania-sie/

 

W środ­ku fur­go­nu było już nie­mal spo­koj­nie. ―> W środ­ku fur­go­netki było już nie­mal spo­koj­nie.

Furgonfurgonetka to nie to samo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarz, Regulatorzy (zawsze na posterunku). Błędy poprawiłem. Furgon zostawiam. Poza definicjami z sjp, to też najbardziej popularny chyba rodzaj zabudowy karetki (w USA chyba kontenerowy z kolei). Mam nadzieję, że humoreska spełniła swoją funkcję i obok braku przykrości udało się trochę rozbawić.

 

Pozdrawiam.

Owszem, Filipie, a udało się trochę rozbawić, jest bardzo dobrym określeniem. ;)

Co do furgonu – cóż, to jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najlepsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widać znajomość ratownictwa, to przydaje historii autentyczności. Kosmita wprawdzie banalny wyszedł, ale nie można mieć wszystkiego ;)

@Nikolzollern Co do banalności kosmity, to mam taką koncepcję, że życie ma na tyle specyficzne wymagania, że ewentualni kosmici będą przypominać raczej tych ze Star Treka, niż z Solaris. ;) Ale się zgadzam, że niezbyt to wyszukane.

No, to zgodnie z obietnicą: NADCHODZĘ!

lane coming GIF

 

Jak wpadać, to z orkiestrą. ;-)

 

Komentarz może i spóźniony, ale za to… nudny. XD

Ogólny odbiór opowiadania już znasz. Tutaj podzielam opinię, że opowiadanie jest wcale niezłe, choć i niczego nie urywa. Skoro więc dysponujesz już czymś w rodzaju odbioru ogólnego, będącego wypadkową większej liczby opinii, ja pozwolę sobie na coś w rodzaju komentarza filozoficznego. To znaczy, pofilozofuję, gdzie mogą leżeć ewentualne perspektywy rozwoju. :)

Na początku wyraźnie zaznaczę, że nie będzie to żadna krytyka. Ot, zbiór przemyśleń do Twojej dyspozycji, które wykorzystasz według własnego uznania. To ważna informacja, bo jak już pewnie widziałeś, komentarz do przyzwoitego tekstu potrafi być zachwiany, to jest skupiony głównie na elementach do poprawy/rozwinięcia, co wynika z przekonania, że jesteśmy tu, by się rozwijać i najlepiej skupić swój komentarz wokół tego właśnie zagadnienia.

Napisałeś więc przyzwoite humorystyczne opowiadanie, ale jakieś takie… nieśmiałe. Masz tutaj konwencję humorystyczną, ale nie próbujesz tego humoru w sposób jednoznaczny i zdecydowany zaakcentować. Masz również pewien pomysł na element fantastyczny, ale znów taki… niepozorny. Bez znaków szczególnych, będących wabikiem na czytelnika, bo potrafiących go zaciekawić. Słowem, sunie to opowiadanie swoim torem, nie bardzo jednak chcąc się wychylić. Z jednej strony to dobrze: skoro się nie wychyla, to i w dziób raczej nie zarobi. Z drugiej: trudno je zauważyć (czytaj zachować w pamięci na dłużej).

Piszesz więc prostą, solidnie rzemieślniczą historyjkę, tak trochę na zasadzie:

– Ojciec, prać?

– Prać.

– No to prać!

 

Czy to źle? W żadnym razie. Uważam, że to taki rodzaj rekreacyjnego opowiadania, które raczej nie zdradza większej ambicji, ale też specjalnie tego nie ukrywa, istniejąc niejako dla zabawy tak piszącego jak czytelnika. Sam pozwalam sobie na takie teksty, więc wyszedłbym na hipokrytę, próbując Cię krytykować. Tym nie mniej, gdybyś planował częściej pisać teksty humorystyczne, skupię się na tym, gdzie leżą rezerwy.

Widzisz, humor, na pierwszy rzut oka szalenie niepozorny, potrafi być świetnym uniwersalnym narzędziem. Wydawać by się mogło, że sama konwencja humorystyczna wystarczy. Że ma być zabawnie i już. Ale humor, przynajmniej w moim przekonaniu, może służyć na wiele sposobów. Jakich?

Przede wszystkim humor, zwłaszcza w przypadku science fiction, zwalnia z obowiązku pełnego uwiarygadniania tekstu. Możesz popuścić wodze fantazji. Pozwolić sobie na pełną kreatywność. I dlatego warto wykorzystać humor w tym aspekcie. Bo masz prawo sięgać po pomysły, które w poważnym science fiction położą Ci tekst. Uczynią go niewiarygodnym dla czytelnika. 

Pewnie wypadałoby podać jakiś przykład, więc, mało kreatywnie, przytoczę swój. Ewolucja bajzlowa – bajzel walczący o byt. Nie lubię powoływać się na swoje teksty, bo wygląda to jak jakaś nachalna reklama, tym nie mniej mam do napisania dosyć obszerny komentarz, a ten przykład z wiadomych względów nasuwa się jako pierwszy. 

Cz bajzel walczący o byt jest wiarygodny? Nie. Nie, więc i poważna konwencja odpada. Czy jest ciekawy? Na pewno świeży i niekonwencjonalny, dlatego z pomocą humorystycznej konwencji może, jak sądzę, zaciekawić. W tym opowiadaniu właśnie takiego świeżego motywu mi zabrakło. Masz pełną dowolność kreacji, więc przydałoby się, by ten obcy jakoś się wyróżniał na tle kreacji w innych opowiadaniach i powieściach. Słowem, żeby było tam coś ewidentnie,od początku do końca, nowego. Nieszablonowy, przyciągający uwagę pomysł, mogący pełnić funkcję wspomnianego już wabika na czytelników.

Tyle o opowiadaniu na poziomie pomysłu, bo tutaj, jak myślę, ten mój ogólny przekaz jest jasny.

Skupię się jeszcze na samej warstwie humorystycznej.

Warstwa humorystyczna jest widoczna i wyczuwalna, ale jednocześnie szalenie jednorodna. To znaczy mamy tutaj ogólnie lekki żartobliwy klimat, ale nic więcej. Humor w literaturze może być podkreślany i wykorzystywany na wiele sposobów. Stosowanie żartobliwych porównań, metafor, zabawa słowem, zbitkami słów, akcentowaniem pojedynczych wyrazów poprzez umieszczenie ich w osobnym akapicie (tylko bez przesady, bo można w ten sposób zahaczyć o grafomaństwo; wiem, bo sprawdzałem:)). Jest więc wiele elementów, którymi można bawić i siebie, jako piszącego i czytelnika, a które w jednoznaczny sposób akcentują humorystyczność danego tekstu. Dlatego nazwałem Twoje opowiadanie trochę nieśmiałym. Bo jest tu tej jeden ogólny element w postaci klimatu, a przecież istnieje przestrzeń, by z korzyścią dla opowiadania powplatać następne.

Pisałem, że humor może być narzędziem i jeszcze raz do tego wrócę. Możliwości humoru nie kończą się bowiem tylko na niekrępowaniu wyobraźni, czy zabawy słowem. Poprzez humor można również opowiadać historie poważne – wtedy warstwa humorystyczna ma za zadanie sprawić, by czytelnik kończył lekturę bez jałowego smutku. Można poruszać konkretne problemy – z takim samym zadaniem dla humoru. Słowem, humor dostarcza wielu różnych dróg. Twoje opowiadanie jest gdzieś na początku, nazwijmy to, na drodze ogólnej, prowadzącej dopiero do różnych rozwidleń. Nie jest przez to ani złe, ani niewłaściwe. Jest po prostu zabawą i jako takie należy je odbierać i w pewien sposób docenić, bo mimo niepozorności dobrze spełnia swoją funkcję. To, czy zechcesz iść dalej, wybierając którąś z indywidualnych dróg, pozostawiam Tobie. 

W każdym razie, przez to opowiadanie przemknąłem ze wcale pozytywnymi wrażeniami, choć i z przekonaniem, że nie zdoła ono na dłużej pozostać w mojej pamięci.

Tyle ode mnie.

Kłaniam się nisko i pozdrawiam.

UWAGI OGÓLNE:

Powyższy komentarz jest zbiorem przemyśleń i wniosków jego autora, nie zestawem prawd objawionych. Autor powyższego komentarza nie ma zielonego pojęcia o pisaniu. Każdą z uwag należy przeanalizować pod kątem wiarygodności. Protesty i polemika – nie zabronione. :) 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki CM za wizytę i dogłębny, pomocny komentarz. Na pewno skorzystam z rad, jakie w nim zamieściłeś. Wydaje mi się że masz talent w opisywaniu istoty rzeczy w swoich recenzjach. 

Protesty i polemika – nie zabronione.

Autor powyższego komentarza nie ma zielonego pojęcia o pisaniu.

Polemizowałbym. ;)

Dziękuję i pozdrawiam.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Sympatyczny, wesoły tekst.

Sam kosmita szału nie robi, ale w takim otoczeniu ufoki rzadko się zdarzają. No, E.T. też chyba wieźli karetką.

Widać znajomość tematu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze. :)

Nowa Fantastyka