- Opowiadanie: Asylum - Katastrofa w ultrafiolecie, czyli układanka z pamięci

Katastrofa w ultrafiolecie, czyli układanka z pamięci

Moje “Loco...” to trolejbusy, a skąd dokąd i jak znajdziecie w tekście poniżej.

Poprawiłam wszystkie błędy wskazane i te inne, które potrafiłam zoczyć, nie łudzę się, że wszystkie, ponieważ to niemożliwe.

Pierwsza linia w Polsce została uruchomiona w Poznaniu w 1930 roku. Obecnie jeżdżą w trzech polskich miastach: Gdynia, Lublin i Tychy (połączenie z południem xd).

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Katastrofa w ultrafiolecie, czyli układanka z pamięci

Fale rozbijały się o falochron i kroplami opalizującej cieczy spływały po popękanym murze. Wit ustawił znacznik na jednej, która właśnie się budowała i śledził ją. Wzbierała, zdążając z impetem do miejsca przeznaczenia. Sformowała z piany kolorową grzywę, po czym uderzyła i… zgasła, krople nie uniosły się w powietrze. Czekał w napięciu, marząc, aby ujrzeć wodną mgłę, znaną mu z symulacji, lecz spływała na podobieństwo olejnej farby. 

Z niechęcią odwrócił wzrok i popatrzył, co robi dziecko. Kresik siedział na plaży i bawił się mechanicznym dżojstikiem, niezainteresowany otoczeniem, a przecież dlatego nalegał, aby właśnie tu przyjechali. Równie dobrze mogli zostać tam, gdzie byli. Losowanie, zgadywanie. Przestawili go jak mebel. Chłopiec miał już dziesięć lat, lecz ostatniej nocy kwilił jak niemowlę, dopóki nie włożył mu do ręki tego manualnego gadżetu. I z czego tu się cieszyć? Szkoda, że nie było umysłowych wózków inwalidzkich. Ileż pieniędzy i czasu stracił, aby zyskać pewność, że nie istnieją?

 

– Traktujesz go jak istotę gorszą od siebie – powiedziała mu Anita. – On nie będzie mądrzejszy, lepszy. Nie ma takiej opcji. To wybrakowany egzemplarz. Sami go skazaliśmy. My! chociaż ty się nie poczuwasz, nie wiedzieć dlaczego? Skazałeś go na życie po jego kres.

– Do tanga trzeba dwojga, ciągle jeszcze. Przynajmniej wtedy, a teraz… to już nie ma znaczenia – dodał. 

– Dziesięć lat już wymyślasz i co? Nic, jedno wielkie nic!

– Co to jest mądrość? Zdefiniuj? – odciął się.

Nienawidził jej porannych sentencji przy energiserze, gdyż niczego nie wnosiły. I to imię, na które nalegała, potem ta przeprowadzka. Chociaż to przecież była jego decyzja, a ona się na nią zgodziła. Pracowała w utylizacji śmieci, a on szukał, nie było zapotrzebowania na teoretyków, przecież wszystko zostało rozstrzygnięte. A może nie? Póki życia, póty nadziei. Potrzebował na gwałt nowego kontraktu na pracę.

– Zagłosowałaś na „Tak”, że ci przypomnę! Za mało bierzesz mnemozyny? – nie odmówił sobie ironii.

– A mieliśmy wybór?

– Tak, fala lub cząstki – powiedział twardo.

– Lepiej wybierz czas i miejsce, byle szybko, bo chciałabym w końcu wiedzieć! To też moje geny, te wyjątkowe, na których podobno tak ci zależało.

– Przecież wiesz, że nie o to chodzi! – wrzasnął, powstrzymując w ostatniej chwili odruch uderzenia. – Kurwa!

– Atawizmy, ciągle jeszcze? Cóż, więc już wiesz, dlaczego? – uśmiechnęła się zimno. – Robota wzywa, śmieci, śmieci, śmieci.

– Swojego energisera już nie wypijesz, chyba że w pracy ktoś się z tobą podzieli?

Odwróciła się gwałtownie do dozownika, płyn ściekał i znikał w kratce. Nie wcisnęła kubka. Wyświetlił się piktogram: kubek, trzy kropki, trzy zero, a dalej przekreślone „e” z kreską w kształcie łódki.

– Zadowolony?

Przyglądał się, jak zarzuca na ramię plecak z czerwonym krzyżem, wymienia filtr w lekkiej masce, stary wrzuca do utylizatora i odwraca się do niego:

– No to, cześć – powiedziała.

– Do zo, dzisiaj?

– Nie wiem, przecież wiesz… Wymyśl coś!

Zmilczał, bo obietnice lądowały w koszu na śmieci. Sprawdzał jeszcze jeden pomysł, ścieżkę. Nie, nie zamierzał się poddać! Jak go ocalić? Nas? To przecież niemożliwe, aby było możliwe. 

Cholerna śmieciara. Mam! 

Anita wróciła po czterech dniach i z dużym sceptycyzmem wysłuchała jego koncepcji, a potem przyjechał z Kresem tutaj, do miejsca swojego dzieciństwa.

 

Kres układał puzzle z muszli, kamieni i plastikowych strzępów w wielkiej piaskownicy nad wodą, do której przywiózł go ojciec. Nudy na pudy. Za wyjątkiem tej Liny ukrytej w zabawce. Odzywała się nie pytana, nie dotknięta, nie przesunięta. Złościł się i nie chciał skorzystać z jej podpowiedzi. Irytował go ten prezent od rodziców. Pojawiały się przed nim obrazy i ten przymilny głosik. Gadał, praktycznie bez przerwy, od kiedy rozłożyli się w starej dyspozytorni trolejbusowej, a ojciec odnalazł rezerwowe zasilanie.

– Wiedziałem, że tu musi być zabezpieczenie – powiedział z zadowoleniem i zaczął przeglądać specyfikację.

Kresika męczył ten napływ obrazów i dźwięków, lecz cieszyła każda radość w głosie rodziców.

– No to, w co chcesz się zabawić? Mam na imię Lina.

– Zamknij się, odrabiam lekcje zadane przez tatę. I wiem, przestań nadawać bez przerwy.

– Bosch to lekcje? Sztukę masz dopiero za rok, po co to robisz? Nie umiem nie nadawać. Głos mnie cieszy.

– W co bawić?

– Historia, ludzie, nowe miejsce?

– Po co?

– Głupie pytanie. Masz czas. Popatrz.

Kresik zmrużył oczy, wyświetlany obraz rozmywał się.

– Toć to okrąglak, w którym się rozpakowywaliśmy i rozchodzące smugi? 

– To astygmatyzm. 

W myśli przeżuwał trudne słowo. Nie widział dobrze. Nawet głupi dżojstik był lepszy niż on. Prasnął nim o piasek, aby przestał gadać i podpowiadać. Co będzie?

Wtedy pojawiła się matka.

– Kres, co jest, co się dzieje?

Zjawiali się ci rodzice, zawsze. Nienawidził tego.

– Idź stąd, to moja przestrzeń – wykrzyczał, a ona zniknęła.

– Przeszło ci? – dżojstik zapiszczał.

– Nie.

– Dobre i to – mruknęła.

To było ostatnie życie Liny. Polubiła tego chłopca od przedwczoraj, chociaż był nieznośny. Starała utrzymać się w ryzach ze względu na niego i siebie, aby mieć kontakt. Żyć. 

Całą noc przesyłała sygnały, wcześniej aktywując mu rytm snu. Nie potrafiła utrafić w częstotliwość. Mała moc i brak dostępu. Chłopiec rzucał się, kręcił, ciągle wypadał ze ścieżki. Kiedy wreszcie złapała, uczepiła się fali i korygując obrazy nadawała. Skupiła się na trzech, bo przecież do trzech razy sztuka. Nienawidziła magii, ale sięgała do niej, gdy była bezradna.

Zaskoczyło. Chyba złapała kontakt. Wzmocniła sygnał dźwiękowy. Dałaby też kolory, ale bała się przesadzić, nie wiedziała, jakie wtedy były. Za stary ślad, ale pierwszy, który pamiętała i nim chciała się podzielić, bo od tego się zaczęło. Chciała dotknąć chłopca imieniem Kres, pogłaskać, ale nie mogła – brak dostępnej funkcjonalności.

„La Paloma”. 

Słuchał. Wyciszył się i wreszcie mogła mu zaproponować swoją najlepszą grę, zabawę w historie ludzi, którzy żyli i byli, ulubione usprawnienie wgrane ostatnio przez Wita.

– Ładuję pierwszą. Kim chcesz być, kobietą czy mężczyzną? – zapytała, choć już widziała, co odpowie. Był zawsze na przekór. – Dobrze, w takim razie to ja będę grajkiem i śpiewakiem.

– A kto to grajek?

– Zobaczysz – szepnęła.

Zaskoczył. Udało się, będzie mogła jeszcze raz przeżyć pozyskane opowieści.

 

***

Alojz otworzył drzwi morskiego baru. Zalał go zapach alkoholu, tłuszczu ze smażonych fląder i kaszanki. Wtoczył się do środka, ciesząc się że nikt nie zwrócił uwagi na pariasa z akordeonem. Wszyscy patrzyli na długi stół, na którym królowała Lichnerotka. Tańczyła kankana, wzmocniona jałowcówką, czyli po swojskiemu machandlem. Piękna kobieta, tańczyły w niej piersi, nogi i zarumieniona twarz. Po bruzdach rozpoznał, że nie jest pierwszej młodości, może więc da mu szansę.

Czym prędzej przysiadł na ławie stojącej przy ścianie, oparł się o nią mocno, rozpiął akordeon i zaczął grać. Uśmiechnęła się, a może tylko mu się wydawało, lecz jej nogi szybciej zaczęły wywijać.

– Nieźle przebierasz, kuternogo, na tym swoim akordeonie – krzyknęła do niego.

– Dasz zajęcie? – Zauważyła go, więc zaryzykował, po to przecież tu przyjechał.

– U mnie? Tylko wikt bez opierunku.

– Z tym sobie radzę! – oburzył się. – Nic nie chcę od ciebie.

– Patrzcie, kuternoga się stawia! Przecież do grania gira ci niepotrzebna? – wykrzyknęła, śmiejąc się perliście, a po sali przetoczył się rechot.

Niektórzy marynarze i budowniczy portu zaczęli ją zagrzewać do rozgrywki z chłopem.

– Dobra, dorzucę szczurzy kąt w blaszaku.

– Zgoda! – Palce same zaczęły szybciej przebierać po klawiszach. Może się udało?

Kiedy zakończyła, zeskoczyła ze stołu i podeszła do niego.

 

– E, fajne to, jakieś takie prawdziwe. Dziwnie jest być kobietą i tańczyć. Cuchnie tu tak samo jak u nas. Jestem sobą i nie sobą. Jesteś tam?

– Jestem, jestem. Bawimy się naprawdę.

– Wszystko jest naprawdę?

– Nie bądź taki jak ojciec i matka. Jesteś sobą.

– No pewnie! – Uniósł się honorem

– Dobra, dobra,  nie gadaj tyle.

Czuł się taki silny jako Lichnerotka z tymi czerwonymi koralami, że wziął się pod boki:

– Daję ci miesiąc na sprawdzenie, a potem zobaczymy, czy potrafisz nas zabawić?

– Dobrze tańcujesz i sobie radzisz. Głośno o tobie i gospodzie.

– Niepotrzebne komplimenty. Ważne, że się kręci. Każdy musi żyć, nawet ty.

– A co, brak giry ci nie przeszkadza?

– O, stawia się chłoptaś! Ciekawe, co z tego wyjdzie? Chodź!

Alojz pokuśtykał za nią do kontuaru, a ona wyczarowała klucz, sięgając do żelaznej kasetki.

– Masz i zobaczymy? – powiedziała.

 

Kres poczuł szarpnięcie za ramię. 

– Już późno. Wracamy. 

– Nieee. Tato, jeszcze chwilę.

– Kres, idziemy. Co ci?

– Gdzie?

 

– Idź, po drodze wyświetlę. To było dawno, nie pamiętam dokładnie. Nie było mnie jeszcze na świecie. Koń opowiedział mi tę, ponoć prawdziwą historię.

– W takim razie, do dupy z tym! A konia też nigdy nie widziałem, tylko symulacje.

– Mówisz i jest. – Lina zamilkła.

 

W drodze powrotnej do zajezdni ojciec pytał go kilkukrotnie, co się dzieje, skąd to zainteresowanie dżojstikiem i coś jeszcze nawijał jak to on. Kres nie był tym zainteresowany.

– Lina, jesteś?

Milczenie.

 

***

Zgodnie rozłożyli śpiwory w zajezdni trolejbusowej. Kres nie mógł doczekać  się zakończenia wieczornych rytuałów: rozmowy przez łącze z matką, jedzenia papki z dozownika i sprawdzenia lekcji. Nic, kurna, z tego nie kumał, co go interesowały te funkcje falowe. Gładził dżojstik kciukiem i myślał o tym, że jeszcze tej Linie pokaże, gdzie raki zimują. Raki to podobno były takie stworzenia żyjące pod kamieniami, ciemnoczerwone pancerze na talerzach. W czystych wodach żyły. Co to jest czysta woda?

– Kres, skup się! Tu jest błąd.

– Tato, jutro. Czy mogę spać w trolejbusie? Bo ty jak zwykle będziesz palił światło przez całą noc.

– Dlaczego? Czekaj, sprawdzę. Ok, normy dopuszczalne. 

Działało, to przeciwstawienie się. Ciągle pamiętał, jak Lina będąc Alojzym, czekała na jego – Lichnerotki odpowiedź. Gra sił.

– No to idę. Do zo.

– Jutro.

– Przecież ludzi nie utylizują? – zażartował.

– To nieśmieszne. Idź już.

Wzruszył ramionami, lecz ojciec nawet tego nie zauważył. Z błędnym, nieobecnym wzrokiem zaczął wypisywać te swoje wzory w głowie. Kiedyś i on tak będzie mógł. Dostęp do sieci był tylko dla dorosłych, choć ojciec też balansował na krawędzi. Matka powtarzała przecież non stop, że to dzięki niej ma wejście i wkrótce się skończy, jeśli nie dostanie roboty. Zrolował śpiwór, aby łatwiej było go nieść i zajął się swoimi sprawami.

Hala była królestwem wraków. Kiedy tu przyszli ojciec wyjaśnił mu, że to elektryczne trolejbusy. Taki sposób podróżowania na krótkie odległości, a zasilanie miały z kabli nad sobą i stawały, kiedy go nie miały. Czy stawanie to była dla niech śmierć? Rozejrzał się:

– No, Lina, jestem już sam, możemy grać – mruczał półgłosem. – Daj spokój… przecież jesteś zabawką… powiedz chociaż, który rupieć mam wybrać do spania?

– Żaden! I ja mam cię w dupie! A tak w ogóle, to przystanek nie jest śmiercią.

Roześmiał się.

– Jesteś!

– Wybierz ten, to skoda 9Tr, ale tym razem ja wybieram postać.

– Ale ona jest skorodowana? Wśród rdzy mam spać?

– Nie, to nie!

Podszedł do wraku i pojawił się obraz z technikolorze. Barwy były wysycone, jego zdaniem za bardzo. Czerwony, obły pojazd z okienkami z dziwnymi szelkami, przylegającymi do dachu, które uniosły się, gdy na nie spojrzał. Usłyszał szum. Skąd ta energia?

– Jeśli będziesz się zastanawiał to nic z tego. To jak?

Rozłożył śpiwór w korytarzu pomiędzy brązowymi podwójnymi siedzeniami i zamknął oczy, aby się skoncentrować. 

– Gotowy? Będzie o kapeluszach, Kresie. Kiedyś noszono je. To takie bajeranckie okrycie głowy.

– Moją matką to ty nie jesteś.

– Dobrze, już dobrze. Nadaję. I gramy.

 

***

Dopiero co, przeprowadziłem się do nadmorskiej miejscowości i wynająłem swoją pierwszą w życiu kawalerkę. Ślepy fart. Spodobało mi się ogłoszenie, warunki omówiliśmy przez telefon i dwa tygodnie później wysiadłem z autobusu na skrzyżowaniu ulicy Legionów z Grunwaldzką, u stóp miejsca, które tubylcy nazywali Na Wzgórzu. Nazwa wydała mi się nader trafna.

– O, znaczy się jestem tym razem chłopakiem.

– Wypróbujmy tę wersję – zachichotała Lina. – I zgadnij, kim ja jestem?

Po drugiej stronie ulicy teren gwałtownie się wznosił do pierwszej linii zabudowy, po czym dalej piął się wolniej, co poznawałem po tarasowo układających się dachach kamienic i koronach drzew. Bryły przysadzistych kamienic przebłyskiwały szarą bielą spomiędzy jeszcze zielonych starych drzew i żywopłotów.

 

Wylądowałem tutaj wieczorową porą i z trudem wypatrzyłem schody w gęstwinie krzewów porastających skarpę. Zaczynały się tuż za przystankiem. Poprawiłem taśmy plecaka, mocniej chwyciłem rączkę turkoczącej walizki i udałem się w kierunku schodów. Po drodze zajrzałem do wiaty, aby sprawdzić poranny rozkład jazdy trolejbusów. Zdecydowałem, że trolejbus 21 piętnaście po siódmej będzie w sam raz i zacząłem turlać się po schodach. 

Były długie, z czterema podestami po drodze, lekko pokruszone, za to ergonomiczne. Dobra proporcja „h do s”. Ktoś pomyślał o tym, kiedy budowano je w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

– Nie podpowiadaj – syknąłem w kierunku Liny.

– Nie to nie.

– Wreszcie błoga cisza!

Stromą skarpę gęsto porastały srebrnozielone płożące się jałowce i przebarwiające się ognistoczerwone krzaki dereni. Ładne miejsce i fajnie będzie koło nich zbiegać wczesnym rankiem.

 

Rankiem stawiłem się na przystanku przed czasem. Rozglądałem się zaciekawiony, próbując poznać nowe dla mnie miejsce w świetle dnia. Wiatr był nieprzyjemny. Razem ze mną wsiadł do trolejbusu numer 21 starszy pan w szarym kapeluszu. 

Kto teraz nosi kapelusze? Dwa przystanki dalej wsiadł drugi mężczyzna w kapeluszu. Ten z kolei miał czarny i jakby większy. Natychmiast rozejrzał się po pasażerach i kiedy zobaczył ten pierwszy szary, podążył ku niemu.

– Dzień dobry, panie profesorze – powiedział, unosząc kapelusz.

– Dzień dobry, Zieliński – odpowiedział drugi, też uchylając swój.

 

Tę scenę widywałem potem co dnia. Jeśli koło starszego pana było miejsce, młodszy dosiadał się i rozmawiali, chyba o błahych sprawach, najpewniej o pogodzie. 

Podług pana w szarym kapeluszu można było nastawiać zegarek. Zbiegając ze skarpy, wypatrywałem go. Jeśli był, oznaczało że mój trolejbus jeszcze nie przyjechał i nie spóźnię się do pracy.

A potem nagle, czarny kapelusz przestał się dosiadać. Gdy któregoś dnia naprzeciwko szarego było wolne miejsce, zająłem je. Przy przystanku koło ulicy Harcerskiej kapelusz rozejrzał się i posmutniał. Oczy mu łzawiły i widziałem, że za wszelką cenę chce opanować jakąś emocję. Odwrócił wzrok do okna, a ponieważ chyba nie pomogło – przymknął powieki. I ja próbowałem skupić się na czymś innym, lecz nie mogłem powstrzymać się, aby nie zerkać na niego. Powieki mu trzepotały jak skrzydła ćmy w bliskości silnego źródła światła.

– Lina, ale dziwne. Były kiedyś takie stworzenia latające? Co to? 

– Ćma, nocny owad. 

– Latający? Oglądałem krótki film o owadach, kiedyś, ale nie spodobał mi się.

– Ludzie nie lubią ciem.

– Nie czytaj mi w myślach! 

– Przecież inaczej nie możemy rozmawiać, głupolu. 

– Tylko bez takich!

 

Szary otworzył oczy. Nie wytrzymałem i zapytałem:

– A gdzie ten pan w drugim kapeluszu, nie widuję go już. Wyjechał?

– Nie żyje, wypadek samochodowy, lecz nie było to jego winą – szybko wyjaśnił. – Ciężarówka wpadła w poślizg na drodze do Warszawy. Studia.

Milczałem, po czym zebrałem się w sobie i powiedziałem:

– Byli panowie ze sobą blisko. Współczuję.

– Nie! Tak! To był mój uczeń… Zadziora, ale nie łobuz, o nie! – uśmiechnął się. – Wie , pan, takich już rzadko się spotyka. Jestem matematykiem w technikum okrętowym, w Conradinum, a on nigdy nie prowadził zeszytu, nic nie notował, nie odrabiał zadań i za to dawałem mu lufy. Był zagrożony na koniec roku, sprawa oparła się o dyrektora, a ten zarządził egzamin dla Zielińskiego. W komisji oprócz mnie zasiadło trzech matematyków. Zieliński zdał egzamin śpiewająco, a nawet rozwiązał zadania spoza bieżącego programu.

 

Szary kapelusz pogrążył się we wspomnieniach i wrócił do pamiętnego dnia.

– Wie pan, Zieliński poradził sobie nadzwyczajnie. Rozwiązywał zadanie za zadaniem, a ja czułem narastające zdumienie ze strony kolegów. Czego, u diabła, chcę, dlaczego czepiam się dobrego ucznia?

– Lina, o co chodzi?

– Nie wypadaj, graj!

– W takim razie jeszcze dwa zadania, Zieliński – powiedziałem.

– Ależ kolego, to wykracza poza materiał drugiej klasy! – zwrócił mi uwagę Lewandowski.

– Nic nie szkodzi. – Zieliński wziął kredę i błyskawicznie rozwiązał równanie na tablicy.

Na następnej lekcji matematyki ignorowałem Zielińskiego, a on po jej zakończeniu podszedł do biurka i podał kartkę z podpisem dyrektora: „Feliks Zieliński nie musi prowadzić zeszytu z matematyki”. 

Byłem wtedy wściekły i uderzając palcem wskazującym we wnętrze drugiej dłoni wykrzyknąłem:

– Tu mi kaktus wyrośnie, jeśli zdasz maturę!

Nic nie odpowiedział.

Za to kiedy odebrał świadectwo maturalne, przyszedł do mojego gabinetu, w godzinach konsultacji, naturalnie w kapeluszu, bo chodziliśmy w nich tylko ja i on, i okazał świadectwo.

– No i co, urósł, panu psorowi ten kaktus! Proszę pokazać?

Tym razem ja zaniemówiłem. Po prostu, słów mi zabrakło, a jemu oczy szelmowsko rozbłysły. 

– Wybieram się na politechnikę, wydział elektryczny. Chce pan profesor się założyć, czy skończę? – Odczekał chwilę i dodał – Uszanowanie, profesorze.

Przyłożył dwa palce do kapelusza, a miał wtedy czarną fedorę, kochał ten model kapeluszy. Ponownie zasalutował i wyszedł.

Ja tam wolę kapelusze trilby. Cóż, gusta.

 

Trolejbus gwałtownie zahamował przed czerwonymi światłami. Starszy pan ocknął się, popatrzył na mnie:

– Co ja tu panu-obcemu opowiadam stare dzieje, ale dlaczego musiało to spotkać właśnie jego? Wie pan, ostatnio rozmawialiśmy o atomówkach. Radził się, czyby nie pójść na podyplomówkę. Byłem “za”, a politechnikę oczywiście ukończył. Dobrze, że miałem tyle rozumu, aby się tym razem nie zakładać. Ambitny był, a dumny jak skurczybyk! To już mój przystanek.

Wysiadł przy stacji kolejki Wzgórze Nowotki, jak zwykle, a ja do stoczni Komuny Paryskiej miałem jeszcze kilka przystanków.

 

Po pracy pojechałem do pracowni kapeluszy. Przymierzałem wiele rodzajów: fedorę, trilby, homburga, kowbojski, akubrę, lecz czarna fedora była najlepsza. Następnego dnia byłem na przystanku dużo przed czasem odjazdu 21. Czekałem na profesora, a kiedy przyszedł powitałem go:

– Uszanowanie profesorze.

Uśmiechnął się i zasalutował.

 

***

Chodziłem z ojcem nad to morze. Wpatrywał się w fale jak człowiek niespełna rozumu. Czasami wydawało mi się, że jestem mądrzejszy niż on. Ciągle coś tam wypisywał na pulpicie dyspozytora i w myślach, a ja wędrowałem nocą od jednego trolejbusu do drugiego. Wykorzystywałem każdą chwilę, bo wiedziałem, że kończy mi się czas i znowu mnie przeniosą. Lina może za mną nie podążyć. Tylko tu miała zasilanie z rezerwowych źródeł z przedziwnych zasobów. Czy to wspomnienia, czy elektryczność? A może z obu.

Wieczorem ojcu zebrało się na dłuższą pogawędkę.

– Kres, jutro przyjedzie matka. 

– Wiem, mam urodziny.

– Tak i nie wiem co dalej?

– Nie martw się tato, coś wymyślimy.

– Może, chłopcze, może. Pora spać, zmykaj!

– Do zo.

– Jutro.

Zamykałem drzwi dyspozytorni, wiedząc że znowu jak szalony będzie pracować. Już na dwa etaty, bo dostał kontrakt w projekcie „Ucieczka”. Cieszyli się z matką i nawet wznieśli toast energiserem. Guzik mnie to obchodziło.

– Lino, a jaka noclegówka dzisiaj?

– Może Jelcz, lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku?

– Który to?

– Ten kanciasty, głośny, awaryjny.

Puściła dźwięk i rzeczywiście szelki ciągle mu spadały, zwłaszcza jeśli kierowca szarżował. Rozłożył śpiwór pośród czerwonych twardych siedzeń pokrytych skajem.

Mama miałaby używanie.

– O, duże – zachichotała.

 Zamknął oczy.

 

***

Wiosna przyszła wcześniej. Była końcówka marca i świat raził jeszcze swoją golizną lecz korony drzew i krzaków, kiedy ktoś wpatrywałby się w nie wystarczająco długo, spowijała zielona mgiełka.

– Zobacz. To już! – krzyknęła dziewczyna do chłopaka wyciągając rękę w kierunku mijanego kasztana.

–  Nic nie widzę – odpowiedział.

– Bo nie patrzysz. Tam! – Szturchnęła go, aby zerknął przez okno.

Stali blisko siebie w czerwonym trolejbusie i trzymali się wiszących uchwytów, aby nie stracić równowagi. Trolejbusy potrafią się nieźle rozpędzić i ostro hamować zjeżdżając w zatoczkę przed przystankiem. Nie było tłoku, lecz wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Oni nigdy nie siadali, bo jeszcze wsiadłaby jakaś staruszka, a wtedy i tak trzeba byłoby ustąpić miejsca, a poza tym dość się w budzie nasiedzieli. Wika miała przez pierś przewieszoną konduktorkę z czarnej skóry, Marek sportową torbę z symbolem Nike. Każde pozowało na kogoś innego. Wika na sanitariuszkę z Powstania Warszawskiego, Marek na silnego mężczyznę. Ostatnio zaczął się golić i kiedy rano jechali do budy, Wika zdjęła mu skrawek papieru toaletowego w trolejbusie, który zapomniał odlepić przed wyjściem. Ojciec doradził mu ten papier, ponieważ plastry się skończyły, a krew nie chciała przestać lecieć. Żenada. 

Sczerwieniał i gorąco mu się zrobiło na samo wspomnienie jej palców i śmiechu. Ona powiedziała: „No coś ty! Mój stary robi to samo” i sięgnęła ręką do jego włosów. Przeczesała tę sztywną jak szczecina kępkę. Nienawidził jej, podobno była genetyczna, ojciec też miał taką. Za tę genetykę znienawidził Miczurina. Wice to nie przeszkadzało wręcz fascynowało, lecz czuł się wtedy jak totalny dziwoląg. Co taka jedna kępka włosów może zrobić z człowiekiem?

Trolejbus zakołysał się, rozległ się przeciągły wizg, po czym nastała cisza przerywana bębnieniem drążków o dach. Trajtek zatrzymał się. Wika poleciała na Marka, który odruchowo przygarnął ją do siebie, drugą rękę silniej zaciskając na uchwycie.

– Spadły szelki – powiedział.

– A czy my się dokądś spieszymy? – odpowiedziała. – Widziałeś? – powtórzyła.

– Co?

– No, wiosna. Boisz się matury?

Nie słyszał pytania. Trzymał ją. Czuł jak oddychają we wspólnym rytmie. Sprzączka od jej konduktorki wrzynała mu się w udo. Wypchana ponad miarę. Co u licha ona targa do tej budy? Zadarła głowę w oczekiwaniu na odpowiedź. Co? Ostrożnie zdmuchnął kilka jej włosów, które zabłądziły mu na twarz. Włosów o kolorze laskowego orzecha, a laskowe uwielbiał najbardziej.

– Czy ty mnie słuchasz? Matura! Coś ci to mówi?

– Tak – odpowiedział poważnie.

– No coś ty, masz już decyzję?

– Wyższa Szkoła Morska. Nie jestem tak mądry jak ty.

– No coś ty!

– Wychodzimy teraz, to tylko jeden przystanek. – Usta same rozciągnęły mu się w uśmiechu. 

Uwielbiał doprowadzać ją do powtarzania zwrotów. Już wiedział, że jest skonfundowana. Poruszyła się niespokojnie, więc ją puścił. 

 

Mieszkali w tym samym bloku, w tej samej klatce, na tym samym piętrze lecz on skręcał na lewo, ona na prawo. Przystanęli na piętrze.

– Nie rozumiem tych różniczek, wiesz nie byłem na ostatniej matmie. Pomożesz?

– Jasne. Podejdź po południu.

Rozeszli się. Trzasnęły drzwi do wewnętrznych balkonów.

– Lina, co było dalej? Dawaj.

– Nie mam, poczekaj. Szukam. Chyba jest to możliwe? Mieszkali blisko przystanku i często jeździli, więc może się uda. Ja też jestem ciekawa.

 

***

Drzwi do mieszkania były uchylone. Ksiądz zapukał ponownie. Z mieszkania dobiegała muzyka Pink Floyd, chyba Marooned z płyty Division Bell?

– Wika, zobacz kto to?

– Dzień dobry, proszę wejść. 

Za młodą dziewczyną w ogrodniczkach stała, starsza kobieta, chyba jej matka. Odsunęła ją zdecydowanie.

– Niech będzie pochwalony, zapraszamy! A ty Wika poczekaj na zewnątrz i wyłącz na Boga tę muzykę. 

Ksiądz przekroczył próg, mama Wiki otworzyła zamknięte drzwi do pokoju dziadków, uwalniając falę gorąca zmieszaną z lekarstwami i ludzkim potem. Narastało szemranie „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”, kapłan obrócił głowę i popatrzył na pobladłą twarz nastolatki i zapytał:

– A ona?

– Zostaje na zewnątrz, to jeszcze dziecko.

Drzwi do pokoju dziadków zostały zamknięte.

Wika wycofała się na balkon, starannie zamykając wejściowe. Chyba mama weszła na chwilę do jej pokoju i wcisnęła przycisk stopu na magnetofonie, a może jej się tylko tak wydawało. Zbędny przedmiot. Oparła łokcie na betonowym, balkonowym murku. Chłód przenikał przez koszulę, a ziarna piasku wżerały się we flanelową kratkę. 

Dwa bloki i podwórko. Zamknięty kwartał. Podobno wybudowano je dla kolejarskich rodzin w ramach pierwszej spółdzielni mieszkaniowej w tym powstającym z niczego nadmorskim mieście.

Kamienice miały mury grube na dwie cegły i piwnice przeznaczone na schrony. Dwupiętrowe, przysadziste budynki okolone balkonami na każdym poziomie, wspólnymi dla dwóch mieszkań. Balkony otwierały się na podwórko z placem zabaw dla dzieci i małym boiskiem do kosza. Podwórko otaczały mączne jarzęby. Już się srebrzyły i zaraz wybuchną wiosenną zielenią.

Na najbliższym drzewie harcowało stado wróbli, drąc się wniebogłosy w poszukiwaniu resztek owoców z ubiegłego roku. Brzoza brodawkowata na kępie tuż przy wejściu na podwórko puszczała jasnozielone listeczki. Wika spojrzała w dół na dziadkowy ogród. W zasadzie był wspólny, lecz dereniami to on zarządzał. Zasadził je zaraz po wojnie. Tak, krzaki dereni też już miały napęczniałe pąki, przygotowywały się do żółtego kwitnienia i jesiennych dziadkowych nalewek.

Drzwi na balkon zaskrzypiały. 

– Cześć Wika. Przyszedłem – powiedział Marek.

– Widzę.

– Ok, co jest?

– Nic. Możemy tu postać?

– Pewnie.

Ramię Wiki dotykało ramienia Marka. Patrzyli na podwórko, na którym pętały się teraz inne dzieciaki niż oni jeszcze kilka lat temu. Grały w kosza. Tylko czekać jak poleci szyba.

– Wika, a pamiętasz, jak wybiliśmy okno pani Ulrich. Matko, tylko czekałem jak pas wiszący na ścianie, pójdzie w ruch. Dobrze, że ojciec był w morzu.

– Ja dostałam wtedy za swoje. Taki razgawor, że historia. Z kieszonkowego spłacałam tę szybę przez pół roku.

– Mogę ci oddać?

– No coś ty. – Objęła się i zaczęła pocierać ramiona.

– Weź mój sweter. – Zdjął sweter z golfem z owczej wełny.

– Wiesz, że gryzie. – Uśmiechnęła się i zarzuciła go na ramiona. – A jaki masz kłopot z różniczkami?

Zamilkli.

– Masz rację z tą wiosną. Zieleni się i niedługo będą kwitnąć kasztany i będzie matura. Wybrałaś wreszcie?

–  Politechnika, elektronika. Nie zamierzam kuć do matury.

– Ja muszę. Dlaczego nie wybrałaś humanistyki? Przecież nauki ścisłe ciebie nie interesują.

– Łatwiejsze. Nie muszę się uczyć.

– Tobie to dobrze. Jeśli chcesz, możemy pójść na spacer z twoim psem?

– Niezły pomysł.

Drzwi do mieszkania Wiki nagle się otworzyły, na oścież. Odskoczyli. Matka Wiki ściskała ręce księdzu i wylewnie dziękowała.

– Już po wszystkim. Pożegnaj się z Markiem. Zobaczycie się jutro. Jesteś mi potrzebna! – powiedziała do niej.

Wika oddała Markowi sweter.

– Do jutra. 

Dziadek lubił Pink Floydów. Pamiętała. Co jeszcze? Niewiele. Spotkanie z Markiem, który nie wiedział. Wystawanie na balkonie.

– I co to już?

– Tak.

 

***

To był wielki dzień. Urodziny Kresika. Anita zrobiła z tego święto. Wzięła nawet tydzień wolnego z tego powodu. Mieli jej oddać, kiedy złoży akt unicestwienia.

Urodziny obchodzili we trójkę w starej zajezdni trolejbusowej na ulicy Zagnieszyńskiej. Anita podała Kresikowi kapsułkę z bakteriami, aby załadował ją do plastikowego miotacza przywracania do życia. Tak mu powiedziała. On wziął i zrobił to bez wahania, po czym pobiegł, aby spryskać nim wraki trolejbusów. Był uważny, wybierał po jednym z każdego okresu, jakby chciał obdzielić wszystkie. Zatrzymał się przy jelczu i na niego wypstrykał całą resztę.

Anita zapaliła świeczki na torciku z grzybów. Przyniosła trzy małe babeczki.

– A dla Liny?

– Ona jest tworem wirtualnym. Nie istnieje – żachnęła się Anita.

– Podzielę się swoją. – Wit przełamał babeczkę i podał Kresikowi.

– I ja też to zrobię, bo może więcej znaczy lepiej? – Odłożył dżojstik na biurko dyspozytora. Połączył  obie połówki i zwrócił się do Liny:

– Masz całą babeczkę?

– Smaczna – odezwała się.

Babka zniknęła.

Kresik popatrzył na swoich rodziców:

– To co, chyba już pora. – Popatrzył na nich i dodał – Ale ona też?

 

Kres stał i czekał. Wszyscy pasażerowie już weszli. Syreny statku Batory zabuczały.

– Tak synu, pojedziecie razem. – Wręczył mu kłąb liny. – Cząstki, a nie fale. Ważna każda pojedynczość, to buduje. Odtworzymy się, a w jakim kształcie to nie ma większego znaczenia.

Nie zrozumiał go, zresztą jak zwykle.

– Czy jesteś tam, Lino? – Zacisnął ręce na metalowym sznurze.

– Pewnie! Udało się nam.

 

Anita i Wit stali przed budynkiem zajezdni. Przyglądali się jak znika.

– Przyłączę się do śmieciarzy, kochana. Im szybciej tym lepiej.

Koniec

Komentarze

Kurcze, dobre. Poruszające. Z nastrojem zbudowanym konsekwentnie i na miarę. Jedno z najlepszych konkursowych. Jestem pod wrażeniem.

Nie dla wszystkich, niestety.

 

Drobiazgami nie będę Ci głowy zawracał.

Raki są czerwone PO ugotowaniu). Ale może to po prostu lokalna fluktuacja fali ;)

 

p.s.

Jako spóźniony na Sowy i Skowronki niedoszły zwycięzca (przez owo spóźnienie niedoszły), życzę Ci, by przebaczono Ci przekroczone terminy;)

Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Maszynista zasnął, więc pociąg odjechał dopiero o poranku. Twój tekst jeszcze się załapał ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nie zrozumiał go, zresztą jak zwykle

To zdanie pasuje do mnie i tego opowiadania :) W szczególności końcówka. Że niby Batorego też zrekonstruowali? Nie umiem też skojarzyć katastrofy w ultrafiolecie z treścią opowiadania. Mocno zakodowałaś, jak na moje IQ. No ale to moje zmartwienie.

Za to wyłapałem kilka baboli.

Moje geny, te unikalne

To nagminnie spotykany błąd. Poprawnie jest “unikatowe” Unikalny oznacza “dający się uniknąć” natomiast unikatowy to “wyjątkowy, niespotykany”.

tu musi być zabezpiecznie

Literówka

wżynała mu się w udo

Poprawnie “wrzynała”

Pink Floyd, chyba „Dzwony rurowe”

Dzwony rurowe to utwór Mika Oldfielda, nie Pink Floyd (pewnie chodziło op album The Division Bell)

Pozdro i klik!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Asylum, ja myślę, że dobrze, że eksperymentujesz, ten tekst różni się od Twoich pozostałych opowiadań, ba, on w ogóle różni się od innych tekstów i dlatego od początku do końca przeczytałam go z dużym zainteresowaniem. Podobają mi się bohaterowie i pojazd (też mam jakiś sentyment do trolejbusów), i klimat, i sposób narracji, i warstwa emocjonalna. 

Ode mnie kolejny kliczek :)

Gdybyś dodała opowiadanie anonimowo, chyba nie wpadłabym na to, kto jest autorem. Eksperymentujesz i myślę, że to dobrze. Podobały mi się te “podpuchy” – wydawało się, że akcja przeniosła się do nowej lokalizacji, a później okazywało się, że… Nie, nie będę spojlerować. Wciągnął mnie Twój świat i nastrój tej historii. Też lubię trolejbusy. Imię “Kresik” – super. Pędzę do wątku bibliotecznego, zanim ktoś mnie ubiegnie :)

Tubular Bells, Oldfield, no pewnie:) Uwwwielbiam!:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Dziękuję @rrybaku i @tsole, za kliki. Niestety, są niezasłużone. Tekst z takimi błędami nie powinien znaleźć się w bibliotece. 

W dodatku to przedostatnia wersja i już teraz rozumiem, dlaczego po wklejeniu tyle jeszcze poprawiałam:( Sama nie wiem, najchętniej skatiowałabym, ale z komentarzami to juz chyba nie wypada, a i Wicked napisał, że maszynista zaspał. Szkoda, a ja kurcze mam nauczkę:( Boję się nawet przeczytać.  A tu jeszcze tekst będzie z błędami i Oldfieldem wisiał do zakończenia konkursu. Przykrość.

 

Tsole, z “wyrzynać” jest ok, to nie ort: https://sjp.pl/wrzynała. Z kolei z „Dzwonami rurowymi” – jasne, że Oldfielda, ale „shame on me”:((( Miało być ostatecznie z „Division Bell” – Marooned, ale do końca nie moglam się zdecydować, słuchałam na przemian Oldfielda i Pink Floydów. No i masz Ci los – głupota wyszła. Z innymi  – racja!

 

Co do katastrofy, jest bardzo wprost i bardzo powierzchownie (za bardzo!) pomyślałam, z lekka metaforycznie. Jak wiesz, klasyczna (fale) przewidywała nieskończone promieniowanie z czarnej skrzynki, czyli katastrofę w nadfiolecie (emitowanie nieskończenie dużej energii oraz też posiadanie przez ciało niekończenie dużej energii) i dopiero przyjęcie stałej Plancka, potraktowanie światła jako kwanty (porcje, cząstki) spowodowało, że uzyskane wyniki się zgadzały. Stąd, fale i cząstki. 

Pokrótce wyobraziłam sobie to tak – cała ludzkość w obliczu globalnej katastrofy i zagłady rodzaju ludzkiego podjęła w powszechnym głosowaniu decyzję o: a/ sprzątnięciu planety, wymazaniu wszystkich ludzkich śladów (utylizacja) b/ popełnieniu samobójstwa przez całą ludzkość. Dlaczego? Ponieważ królował pogląd, że kiedy wymażemy wszystko i wszystkich, to odrodzi się Ziemia i ludzie, że cywilizacje funkcjonują w cyklach i jest to zjawisko naturalne. Ludzkość chciała to przyśpieszyć, gdyż na planecie Ziemia już nie można było żyć. 

W tym równaniu-poglądzie była zaszyta „stała Plancka (umowna)”, a mianowicie losy poszczególnych ludzi, ich umysły, odczucia, które warto ocalić, zachować, czyli przechodzimy na poziom mikro – pojedynczej jednostki i to ma znaczenie, tj. rozpatrywanie oscylujących cząsteczek w zbiorowości, populacji, bo a/ nowy świat może się nie odrodzić b/ nawet krótkie, trudne życie ma nierozpoznaną wartość. No i inne rzeczy jeszcze myślałam, ale nie będę już ich opisywała, bo jeszcze bardziej nieuczesane. 

Tak więc, podsumowując: spór i owo pamiętne głosowanie ludzkości było nazywane „fale czy cząstki”. Wit zagłosował na „nie”, czyli za fantasmagorycznymi cząstkami, uważał, że to katastrofa w nadfiolecie, że ludzkość popełnia błąd i usilnie próbował to udowodnić. Poszukiwał śladów zapisanych w martwych już śmieciach; wierzył, że istnieją i wpływają na rzeczywistość, ale na mikropoziomie. Właściwie unaocznił to Kres, odzyskując zapomniane człowieczeństwo.

A Z Batorym? Kres zginął trzymając w ręku Linę-linę. Ona dała mu Batorego. Anita i Wit wyboru nie mieli, dzieci miały zginąć pierwsze, nowe i tak się nie rodziły, zostawiano tylko geniuszy, którzy mogli wymyślić szybsze posprzątanie świata, czyli wersja celowa. Wit chciał przynajmniej zapisać życie swojego syna w śladzie ludzkości, ale nie mógł tego zrobić, bo ten go tego jeszcze nie przeżył. Wpadł na pomysł powrotu do miejsca, które jego ukształtowało i zbadania miejsca, w którym być może ślady mogły być wyraźniejsze – linie trolejbusowe, ee.

Niejasne, niejasne, niejasne – taka jest moja konkluzja. A pośpiech to jest dobry tylko przy łapaniu pcheł – ktoś, kiedyś tutaj tak powiedział. I rację miał. Oj, miał!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, Katiu i Ando, bardzo! za dobre słowa. Abstrahując od tego, o czym myślę i napiszę za chwilę, to takie pisanie jest ponoć bardziej moje. Tutaj to eksperyment, lecz jego fragmenty są chyba typowe, gdyż w przeciwnym razie tak szybko nie byłabym w stanie napisać, tak myślę. 

A jednak nie powinnam była tego wstawiać:(, okropnie mi wstyd, bo tekst jest a/ najeżony błędami, b/ cholernie niejasny. Boję się go przeczytać drugi raz, nie zrobię tego, bo przecież będzie wisiał i nic z tym nie mogę zrobić.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – to jest bardzo dobry tekst i mimo iż rozumiem Twoją potrzebę katiowania po publikacji (hm, jestem, hm, mam nadzieję, byłam w tym specjalistką), to usuwanie nie jest dobre, a błędy (wcale nie jest ich dużo) będziesz pewnie jeszcze mogła poprawić, a ja naprawdę się cieszę, że mogłam Twój tekst przeczytać :)

Trzymaj się ciepło.

Oj, Katiu, nie, ale kiedy przeczytałam Twój komentarz to poczułam się jakbym siedziała z Tobą w mroźny wieczór w zewnętrznym francuskim ogródku i płoną gazowe słupy cieplne (nie wiem, jak one się nazywają). 

Serdeczności!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

heartsmiley

Zgadzam się z Katią :)

heart, Ando  z Wami dwiema siedzę w tej kawiarence, a śnieg pada. Ładnie tam. Dzięki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Byłoby milutko… :)

 

 

 

Też się zgadzam z Katią (o rany, powiedziałem to!;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Katiu, o, tak, tak tak:) A może się ziści. I w Polsce są już takie słupki, a fantastyczne piwo i na obczyźnie przecie  dozwolone:D)

 

Tsole, męczy mnie ten potencjalny ort i spokoju nie daje: wżynać czy wrzynać?

Czyżby oba poprawne?

Popatrz, co znalazłam. Boję się sprawdzić, co sama w końcu napisałam.  

wżynać https://sjp.pl/wżynać

wrzynać https://sjp.pl/wrzynać

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, teraz gdy objaśniłaś swoje zamiary w moim umyśle zapanowała jasność – i podziw, bo to naprawdę bardzo dobry pomysł, powiedziałbym wręcz na dużą formę. I nie ma tu miejsca na Twój wstyd, bo błędy popełnia każdy, a ich ilość rośnie gdy się śpieszymy, zaś niejasność jest pojęciem względnym: jedni łapią w lot, inni w tempie ślimaka, wreszcie inni wcale; są to kawanaławicze, do których się zaliczam. Podobnie było z opkiem Starucha, a jeszcze wcześniej często nie kumałem o co biega, a widziałem, że inni komentatorzy owszem. Pewnie, gdybyś miała komfort czasowy, pomyślałabyś także o tych słabeuszach i wprowadziłabyś do tekstu jakieś naprowadzacze. Zresztą każdy kto coś tam napisał ulega złudzeniu, że pomysł jest klarownie wyłożony, a potem okazuje się, jak różny jest odbiór wśród czytelników. Też tak mam :)

Z pinkflojdami to drobiazg, przy okazji okazało się, że jesteśmy w muzycznych gustach bratnimi duszami, bo kocham ich kawałki podobnie jak Oldfielda.

Natomiast z wy ż/rz/ynaniem jest tak:

Wżynać pochodzi od żęcia, czyli od żniw (stąd np. dożynki), a wrzynać od rżnięcia (cięcia drzewa, ale też mordowania, zabijania zwierząt, kaleczenia, czy wpijania się boleśnie, co jest najbliższe w Twoim przypadku).

Serdeczności!

 

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziwne, klimatyczne, miejscami wciągające, miejscami zgrzytające.

Intrygowałaś tak, że czytałem pragnąc się dowiedzieć o czym to jest, niezależnie od tego, że nie do końca załapałem o co chodzi.

Nie będę ściemniał. Nie zrozumiałem. Nie wiem kim jest Kres i kim jest Lina.

Nie, nie tłumacz. Wrócę i spróbuję raz jeszcze. A może inni podpowiedzą?

muzyka Pink Floyd, chyba „Dzwony rurowe”

To zamierzone? Bo “Dzwony” to nie Pink Floydów.

 

EDIT: 

No to sama wszystko wyjaśniłaś. Też niełatwe, ale przynajmniej wiem o co chodzi. Na pewno wrócę.

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cześć, Asylum! Widać, że tekst pisałaś na ostatnią chwilę, że nie odleżał. To tylko ogólne i niektóre błędy, które podczas czytania rzuciły mi się w oczy:

 

Pracowała, w utylizacji śmieci, a on szukał, – Pierwszy przecinek chyba zbędny.

 

Póki życia, póty jest nadzieja. Potrzebował na gwałtu rety nowego kontraktu na pracę. – Tu nie wiem o co chodzi :( Póki żyła? I potrzebował na gwałt chyba. No i co to ta reta?

 

Przyglądał się, jak zarzuca na ramię plecak z czerwonym krzyżem, wymienia filtr w lekkiej masce,… – To chyba nie jest dialog.

 

Skupiła się na trzech, boć przecie do trzech razy sztuka. – To zamierzone?

 

Uśmiechnęła się, a może tylko mu się wydawał, lecz jej nogi szybciej zaczęły wywijać. – wydawało?

 

– No pewnie! – Uniósł się honorem – Kropeczkę zjadło.

 

– Masz i zobaczymy? – powiedziała. – Jak z pytajnikiem to raczej zapytała.

 

Trolejbusy, były elektryczne,… Dopiero co, przeprowadziłem się do nadmorskiej miejscowości – Pierwsze przecinki zbędne chyba. W wielu innych miejscach masz podobnie niepotrzebnie wstawione. Ogólnie przyjrzałbym się interpunkcji, bo często utrudniała mi czytanie.

 

zasilanie miały z kabli mad sobą i stawały, kiedy go nie miały. – Literówka. Drugie miały można zastąpić np.: kiedy go zabrakło.

 

mocniej chwyciłem za rączkę walizkę… – za rączkę walizki?

 

nagle czarny kapelusz przestał dosiadać się. – Szyk. Przestał się dosiadać raczej lepiej pasuje.

 

Ostatnio zaczął się golić i Wika zdjęła mu ostatnio skrawek… – Nie brzmi najlepiej.

 

przygotowywały się żółtego kwitnienia – zgubione do.

 

– Cześć Wika. Przyszedłem? – powiedział Marek. – To chyba stwierdzenie.

 

Dobrze, że ojciec był wtedy w morzu.

– Ja dostałam wtedy za swoje. – Nie brzmi najlepiej.

 

Przechodząc do treści. Jest to na pewno coś innego, coś intrygującego, coś, jak napisał ktoś wyżej, nie dla każdego. Mnie wciągnęła ta inność, jeno trochę się w niej pogubiłem. Po przeczytaniu czułem, że mój mózg ździebko się przegrzał. Coś tam wychwyciłem, drugie coś dowiedziałem się z Twojego komentarza, ale jakoś nie było mi łatwo poskładać te rozrzucone klocki w jedną jasną formę. Zawsze zastanawiam się czy jak nie pojmę danego tekstu to znaczy, że jestem za głupi, czy to znaczy, że autor zostawił w nim niewystarczająco odpowiednich wskazówek.

Pomijając jednak zrozumienie, czytałem z ciekawością, doceniam wspomnianą inność, interesujący styl i ogólnie to czasu z pewnością nie zmarnowałem ;)

Trzymaj się!

Napisałam długi komentarz i szlag mi go trafił :(

No trudno, to w skrócie.

Technicznie mogło być lepiej, ale wystarczyłaby porządna korekta. Powtórzenia w zdaniach, mieszanie narracji w ramach jednego fragmentu (konkretnie dotyczące Kresa – wszędzie piszesz o nim w narracji 3os, a nagle w połowie jednego “paragrafu” przeskakujesz na 1os, by po chwili wrócić znów do 3os), też trochę zgrzytów.

Chociaż zdania budujesz bardzo ładne, treściwe. Plastycznie opisujesz sytuacje, nakładasz kolejne warstwy emocjonalne.. Bomba. W ten sposób stworzyłaś świetny klimat, intrygujący, napędzający do lektury. Bardzo przyjemnie mi się czytało mimo usterek :) (aa..i te znaki zapytania upchane w wielu miejscach, gdzie mi kompletnie nie pasowały).

Fabularnie.. Niestety nie zrozumiałam, póki nie przeczytałam Twojego wyjaśnienia. A szkoda. Gdybym tę wiedzę mogła wynieść z lektury, byłabym zachwycona. Ponieważ pomysł miałaś bardzo fajny, ciekawy tok przemyśleń, wizja. Naprawdę coś wartego podzielenia się.

Tak czy inaczej, będę jeszcze wracać myślami do Twojej “Katastrofy w ultrafiolecie” :)

Podziękowanie, Fizyku, za komentarz :) Cieszę się, że intrygujące i Ciebie wciągnęło. To były proste historie, na które nałożyłam tytuł – tę katastrofę, aby się skojarzyło i bałam się, że trywialne. Jednak Tsole ma rację, ze autora myślenie może być pokrętne, ponieważ tylko jemu znane. Jeszcze nie przeczytałam końcowej wersji Twojego opka, ale zaplanowałam na jutro:)

Tsole, dzięki:)

Realucu, dzięki za przeczytanie, komentarz, pochylenie się nad błędami:) Poprawię, kiedy będzie można. Z niektórymi wskazanymi błędami bym podyskutowała – w sensie braku pewności, ale na telefonie trudno, więc innym razem. Przy czym nie chodzi o literówki i przecinki, one ewidentne! 

Arya:), bardzo miło mi że przeczytałaś i przepraszam za błędy. Jeszcze nie wiem, ile ich jest, sądząc po komentarzach – k a p l i c a:( , więc nie zaglądam do tekstu, bo impuls skatiowania, gdy je zobaczę może przerosnąć dobre wychowanie, niestety:( Twojego konkursowego opka  jeszcze nie czytałam, też mam go w jutrzejszych planach.

 

pzd srd, wszystkich:) a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, mam wyrzuty sumienia, że te niedociągnięcia, to trochę przeze tą betę. :(

Proste historie były fajne, ale czytając, nie potrafiłem powiązać ze sobą tych dwóch światów.

Nie miej!, ponieważ gdyby nie beta, ten tekst nie powstałby:) Jadąc z rana trolejbusem myślałam o Twoim opowiadaniu, szelki spadły, ja zapomniałam słuchawek (dobrze że w pracy mam zapasowe). Przyglądałam się ludziom i myślałam o tych dwóch liniach. W pracy pomiędzy spotkaniami zaczęłam pisać, potem poprawiać. W nocy, po powrocie, przeczytałam już na spokojnie i stwierdziłam, że może się nada, zaczęłam poprawiać i czas się skończył, bo lekko zmieniałam, aby pozostawiać tropy.  Tak, więc bardzo pomogłeś:) A tamten tekst, o którym wspominałam, był rodzajem lekkiego weirdu, o samochodach, starym krótkim opkiem w ciągłej modyfikacji.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mnie również wciągnęło. Niepokojący klimat, opóźniony w rozwoju chłopiec (przynajmniej ja to tak odebrałam), dramat rodziców, ludzkie historie związane z trolejbusem. Czytałam z zainteresowaniem, ale przyznam szczerze, że gdyby nie lektura Twojego komentarza z wyjaśnieniami, to nie zrozumiałabym do końca o co chodzi.

Ładnie napisane, choć nie obyło się bez potknięć, więc doklikałam. :)

Popraw te Dzwony rurowe!

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

AQQ, do ogłoszenia wyników przecinka nie mogę zmienić:(((  i ta hańba pomylenia pinkfloydów z oldfieldem będzie mi towarzyszyć już do końca życia. Już słyszę ten ich chichot podczas słuchania.! Klęczenia na grochu za mało i sama nie wiem, co mogłabym zrobić. Jednego jestem pewna – żaden pochopny impuls nie skłoni mnie do wstawienia opka tak szybko. Wstawienie tekstu to nie lody i narażać Was na czytanie go, wiedząc że musi zawierać błędy, z których część bym zauważyła, gdyby poleżakowało, było ze wszech miar bezmyślne.

Poza tym, dziękuję Ci:) za przeczytanie i komentarz. Chłopiec był w pewnym sensie opóźniony, lecz tylko podług  ówczesnego cywilizacyjnego zapotrzebowania. Niejasne, tak. Ludzie to takie złożone istoty, zwierzęta są łatwiejsze. Popróbuję powalczyć jeszcze z tą zrozumiałością. Dziękuję:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ostatnio byłem grzeczny, napisałem kilka “normalnych” komentarzy, więc pozwolisz, że tym razem będzie trochę niekonwencjonalnie. Niedawno zgłaszałaś się na ochotnika, więc cierp. XD

 

Czytelnik ułożył się wygodnie na łóżku. Za oknem było już ciemno. Nie padało. Trochę nawet żałował. W deszczu jakoś lepiej się czyta. Diabli wiedzą, dlaczego. Poprawiwszy poduszkę, sięgnął po telefon, po czym, wybrawszy właściwe opowiadanie, zerknął na niego złowrogo. Że też oczy musiały się tak męczyć od czytania na tym cholerstwie.

Lekturę, tradycyjnie, zaczął od przejrzenia komentarzy. Ponieważ obiecywał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi, robił to za każdym razem. Opinie zwiastowały pewne problemy ze zrozumieniem tekstu, ale nie zrażał się tym. Aby tylko należycie się skupić i na pewno coś z niego wyciągnę. A z pomocą wyobraźni może i nawet zinterpretuję? Zapewne po swojemu, ale w końcu takie prawo czytelnika.

Miał już przejść do właściwej lektury, kiedy w jednej z odpowiedzi Autorki wypatrzył złowrogie słowa:

najchętniej skatiowałabym

Ja Ci skatiuję! – przemknęło mu. Ledwie trzy miesiące wcześniej biła go po łapach za chęć usunięcia tekstu, a teraz sama planuje podobne “morderstwo”. Zastanawiał się, w jaki sposób powinien zareagować. Chodziła mu po głowie lekko kąśliwa uwaga opatrzona jakimś uśmieszkiem. Takim, który podkreśliłby jej żartobliwość. Nie chciał się przecież znęcać. Raczej humorystycznie wesprzeć. Znał to dobrze. Opowiadanie pisane naprędce, na zmęczeniu, przy usilnym wyszarpywaniu wolnych chwil. Niedoskonałe jak każde, przy którym termin konkursu zderzał się z natłokiem obowiązków.

Ostatecznie zostawił więc pierwszą myśl, także parę słów wyjaśnienia, po czym, przeczekawszy wszystkie już chyba przemykające przez głowę myśli, zagłębił się w lekturze.

Pierwszych kilka zdań przyjemnie pobudziło wyobraźnię. Ułożył się wygodniej, teraz już pewien, że znajdzie w tym opowiadaniu coś dla siebie. Później pojawił się Kresik. Znać było, że nie jest to zwyczajnie dziecko. Że kryje się za tym jakaś szersza koncepcja, być może nawet świata jako całości. Na razie jednak chłopiec pozostawał zagadką. 

Czytał dalej.

Płynąc niespiesznie przez tekst natknął się na niechciany wulgaryzm. Wulgaryzmy przyjmował równie entuzjastycznie, co Reg ubieranie ubrań, ostatecznie jednak odpuścił sobie jakiekolwiek próby zrzędzenia. Widać we współczesnej literaturze to już norma.

Chwilę później natknął się na pierwszą wzmiankę o trolejbusie. Ucieszył się na wybór tego akurat środku transportu przez Autorkę. Jego Tychy były przecież jednym z bodaj trzech ledwie miast w Polsce, pozwalającym przejechać się popularnym trajtkiem. Obserwować wiecznie zsuwające się szelki i uśmiechać na widok kierowców, którzy w pół drogi wyskakują nagle, by umieścić je na swoim miejscu.

Wraz z pojawieniem się Liny, czytelnik wypłynął na szersze wody. Była to ta część tekstu, kiedy, jak sądził, przyjdzie mu już walczyć o utrzymanie się na powierzchni zrozumienia. Metafora jak z kiczowatych piosenek, przemknęło mu. Postać Kresika budziła wątpliwości. Liny również. Za to wszelkie, wplecione w tekst ludzkie historie zdawały mu się teraz zupełnie jasne. Były to jak sądził, jedne z tysięcy, jeśli nie milionów, zachowanych w trolejbusach zdarzeń i wspomnień. Takich, które z jakiegoś powodu warte były przywołania. Każda z nich przesiąknięta była takim szalenie charakterystycznym rodzajem emocji, jaki znajdywał w każdym bez wyjątku opowiadaniu Autorki. Pojawiał się on zupełnie naturalnie, będąc, jak gdyby, jakąś cząstką osobowości i uczuć, które Autorka w jakiś niepojęty dla czytelnika sposób potrafiła przelać na papier.

Myśląc o emocjach, dostrzegł też czytelnik niesamowicie ludzki obraz trolejbusów. Te bezduszne, bezrozumne środki transportu stały się naraz jakimś niepojętym nośnikiem ludzkich historii, problemów, rozmów. Gdzie indziej dwoje obcych sobie ludzi podejmowało z taką łatwością dialog? W jakim innym miejscu tak dobrze walczyło się ze swoimi troskami, jeśli nie w tej prymitywnej maszynie, ze wzrokiem wbitym błędnie w jedną z jej brudnych szyb? Wnioski owe nie wynikały, rzecz oczywista, bezpośrednio z samego tekstu, ale właśnie z tej warstwy emocjonalnej, zdolnej, jak się zdawało, do “wynajdowania” człowieka w każdym nieomal miejscu.

Czytał dalej, teraz już pewien, że warto było przeznaczyć wieczór na lekturę opowiadania. Gdzieniegdzie migały mu literówki. Przestrzelone przecinki. Raz czy drugi zdawało mu się, że znalazł przecinek między podmiotem a orzeczeniem. Niech no tylko wpadnie Tarnina, pomyślał sobie wtedy. Lubił straszyć Tarniną. Nie dlatego, że rzeczywiście budziła grozę, ale z jakiejś niepojętej dla niego obawy niektórych użytkowników przed jej wizytami. Myśląc tak, dotarł do końca lektury. Lina i Kresik wciąż stanowiły pewną zagadkę. Miał swoje teorie, ale nie był ich pewien.

Przejrzawszy wyjaśnienia Autorki, przekonał się, iż tekst krył w sobie kolejny, pełen rozmachu koncept w którym prawdopodobnie by się “utopił”. Nie wszystko dla mnie, pomyślał sobie. Zaraz jednak dotarło do niego, że być może się myli. Że na tę, mityczną już niemalże niezrozumiałość istnieje jednak jakaś recepta. Gdyby tak, niezależnie od pomysłu, za głównego bohatera wybierać sobie laika. Takiego, który poznaje dany koncept czy świat, nie mając o nim odpowiedniej wiedzy. Czytelnik stosunkowo łatwo mógłby się wczuć w rolę takiego bohatera i wraz z nim poznawać ów koncept.

To już jednak tylko luźne dywagacje.

Tyle ode mnie. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Droga Asylum,

przepraszam za błędy. Jeszcze nie wiem, ile ich jest, sądząc po komentarzach – k a p l i c a:( , więc nie zaglądam do tekstu, bo impuls skatiowania, gdy je zobaczę może przerosnąć dobre wychowanie, niestety:(

Żadna kaplica! Nic takiego nie pisałam – ba, nawet nie pomyślałam! – zdecydowaną większość sama byś bez problemu wyłapała :) I porzuć rozważania o jakimkolwiek katiowaniu ;c To bardzo nieładne słowo.

Poprawiony tekst (te wskazane przez Was i te, które sama potrafiłam zoczyć, już leży w zamrażarce, czekając abym mogła poprawić błędy. 

CMie:), dziękuję. Dodałeś mi odwagi, aby spojrzeć na zamieszczony tekst. Niejako przeważyłeś szalę. Za jakość komentarza – w znaczeniu pisanie – dałabym Ci klika i nieba przychyliła. 

Wyrzucę też te bezsensowne wynurzenia z przedmowy, zostawiając tylko ostrzeżenie, że są błędy, aby Regulatorzy, Tarnina, DD i inni użyszkodnicy się z nimi nie zmagali.

Co do Twojej interpretacji, jest w punkt. Myślałam podobnie, tj. że można na to spojrzeć bez tej katastrofy w ultrafiolecie oraz background’u, bo to tylko moje tło, inspiracja. A pomysł, że ktoś to opowiada, tłumaczy – ciekawy. Jedną z moich ulubionych książek jest „Mistrz szklanych paciorków”, to poniekąd podobny zabieg. 

Arya:), i Tobie serdeczne podziękowania wirtualne przesyłam. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja tylko napiszę, że zaczytana przejechałam swoją stację, a wieczorkiem wrócę z szerszym komentarzem.

 

edit:

To jest zdecydowanie jeden z ciekawszych tekstów, jaki czytałam – nie tylko w konkursie, ale ostatnio. Jest… bo ja wiem? Pięknie dziwny. Wrzucasz czytelnika w kalendarz z obrazami, nie mówiąc ani słowa, po prostu – hop, jedziemy. Jak słyszałam dzisiaj z ust kierowcy tramwaju: “Nad czym tutaj się zastanawiać, no to ruszamy!” :D

Kresika szczerze Ci zazdroszczę. I imienia, i zbudowanej postaci, i pomysłu na jej zakończenie; coś nieustannie było w ruchu, była frustracja i niepokój, postać opowiada wszystkimi zmysłami, co zostawia naprawdę piorunujące wrażenie. Tragiczna historia, prawdziwa i nieprawdopodobna zarazem – chłopiec jest niczym autystyk, ale w przyszłościowej wersji.

Wątek powracających śmieci dołuje, super. “Śmieci, śmieci, śmieci”.

Panowie w kapeluszach – strasznie rzeczywisty akcent. Z ogromną łatwością opisałaś skomplikowaną relację profesora i ucznia, którego przecież staruszek na swój sposób kochał (jako człowieka czynu, z potencjałem, ambicją). Koniec kapeluszowej opowiastki przyjemny i “ciepły”; zręczny kontrast.

Pamiętaj, że patrzę na tekst głównie przez pryzmat mojego spaczonego poetyckiego gustu – nie mam pojęcia o falach i cząsteczkach. To znaczy, że w rzeczywistości opowiadanie jest jeszcze głębsze, a jeżeli na szerszym poziomie poznania wciąż ma sens i daje satysfakcję, to już wgl masakrujesz połączeniem tych koncepcji (żonglowaniem? ;) Widzę tutaj przede wszystkim pochwałę ars moriendi, jakbym czytała opis usychającej róży. Skojarzył mi się McCarthy (tu drugie gratulacje), nie tylko znana wszem i wobec Droga (choć miałam w głowie filmowy soundtrack), ale Suttree – oszczędne, ale jednak pełnokrwiste, bardzo zapadające w pamięć opowiadanie historii. Wiele ludzkich żyć, wiele dramatów, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Szczerze, wcale by mi nie przeszkadzało, gdybym nie miała zielonego pojęcia, o co tutaj właściwie chodzi.

 

Brakuje mnóstwa przecinków, ale wiadomo, że wystarczy je tylko postawić, nie trzeba ślęczeć nad znaczeniem zdań, podzielonych lub nie, słowa działają, współpracują; to naprawdę godne podziwu. Popraw te usterki i możesz ruszać po piórko ;)

Żonglerze:), dziękuję! Nie wyobrażasz sobie jak cieszę się, że Tobie też się spodobało. Ważna była dla mnie Twoja opinia, zdanie, słowo. Muszę się wylogować!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, Jurce Śniącej:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, dotarłem wreszcie :)

I… No cóż, uczucia mam trochę mieszane, Asylum.

To zacznę od tej gorszej strony. Jak ja, tak schowałaś zasady istnienia Twojego świata, że bez komentarza w życiu bym tego nie rozkminił. Zdarzają się byczki, ale tym potem, ten Pink Floyd…

Natomiast… Do tej pory myślałem, że mistrzynią w przekazywaniu emocji na tym portalu jest Katia. No to jej tym tekstem dorównałaś. Nastrojowe, klimatyczne, piękne po prostu. Czytałem dla samej przyjemności obcowania ze słowami, choć sens mi umykał.

Brawa!

Ze szczególików:

– “mechanicznym dżojstikiem” – a są niemechaniczne?;

– “dopóki nie włożył mu do ręki” – kto komu? jekieś zamieszanie z podmiotami;

– “Skazałeś go na życie po jego kres” – noo, tak przecież wszyscy jesteśmy skazani ;)?;

– “miejsca swojego dzieciństwa” – coś tu nie gra; w którym spędził dzieciństwo?;

– “a może tylko mu się wydawał” – literówka;

– “ciemnoczerwone w pancerzach” – raki są takie szarawe czy zielonkawe, a nie czerwone;

– “tu musi być zabezpiecznie” – literówka;

– “Bosh to lekcje?” – a tu co miałaś na myśli? Boscha czy młodzieżowe “”Boże”?; 

– “choć już widziała, co odpowie” – wiedziała raczej;

– “kiedy wpatrywałeś się” – czemu zwracasz się do czytelnika? nigdzie indziej tego nie robisz?;

– “to tylko jeden przestanek” – literówka;

– “Zęby same rozciągnęły mu się w uśmiechu” – rozciągliwych zębów to jeszcze nie widziałem :).

 

“A pośpiech to jest dobry tylko przy łapaniu pcheł – ktoś, kiedyś tutaj tak powiedział” O, a to chyba ja;).

W kazdym razie – bardzo dobre, a gdybyś jeszcze trochę dodała objaśnień i poprawiła babolków, byłoby świetne!

 

Aha, bardzo podobał mi się komentarz CMa. Też tym trajtkami jeździłem ze szkoły :P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Czytałam z dużym zainteresowaniem, choć muszę przyznać, że jak to zwykle ja, przed oczami miałam zupełnie inny obraz niż zamierzałaś. Myślałam, że Kresik żyje w doskonałym społeczeństwie, które pozbywa się tych, którzy w jakiś sposób odstają. Te umysłowe wózki inwalidzkie mnie zmyliły. Myślałam, że ojciec szuka jakiejś możliwości uratowania syna, a matka zgadza się z zasadą. Lina była dla mnie próbą przebudzenia umysłu chłopca poprzez opowieści. Nawet zakończenie pasowało mi do tej interpretacji.

Twoje wyjaśnienia w komentarzu trochę mnie zaskoczyły. Sama bym na to nie wpadła. Pomysł miałaś zacny, choć przyznam, że nie wierzę w większość w takim referendum.

Fabuła: Rety. Ten tekst mnie naprawdę przytłoczył, z pewnością jedno z najdziwniejszych opowiadań, jakie czytałem na portalu. Próba zmieszczenia (o)powieści szkatułkowej w tak skromnym limicie jest dość karkołomnym zadaniem, i tutaj nie jestem pewien, czy tutaj ta sztuka się udała. Fragmenty ze wspomnieniami, w które Lina "wrzucała" Kresa były dość nużące, pełne detali, które wydają nie tworzyć żadnego większego obrazu. Ciekawsza dla mnie była historia rodziny Wita, Anity i Kresa. Mam wrażenie, że całość wypadła by nieco lepiej, gdyby nieco rozjaśnić sens przedstawionego świata, postawić na bardziej wyraźną symbolikę.

Oryginalność: Tekst meandruje po bardzo ekscentrycznych toposach. Już z początku wiemy, że chodzi o jakąś apokalipsę, lecz trudno się domyślić, co było jej przyczyną, oraz jak tak naprawdę wygląda życie już po niej. Dlaczego rodzina stacjonuje w zajezdni trolejbusowej? Jakie śmieci utylizuje Anita? Granica pomiędzy metaforą a rzeczywistością jest kompletnie zatarta. Przez wspomnienia o matematyce w "grach" Liny myślałem, że będzie to opowieść o apokalipsie poprzez jakiś wynalazek, tekst jednak podążył w zupełnie innym kierunku. Ostatecznie zinterpretowałem to w ten sposób, że rodzina bohaterów znajduje się gdzieś w wirtualnej lub na granicy wirtualnej i rzeczywistej przestrzeni, i próbuje odtworzyć swą ludzką tożsamość, ale zachowane dane są fragmentaryczne i zdegenerowane, przez co powstaje oniryczny, dziwaczny obraz, w którym pozornie losowym rzeczom (choćby tematycznym trolejbusom) zostaje nadane kluczowe znaczenie. Wyjaśnienie autorskie w komentarzu pokazało, że jest trochę inaczej, nawet jeszcze dziwniej. Całość trochę przypomina historie opowiadaną surrealistycznymi memami przeplecionymi kronikarskimi wstawkami. Niewątpliwie intrygujący utwór.

Styl: Momentami jest równie nietypowy co sam tekst, ciekawa mieszanka różnych 'szkół" pisania i różnych przedziałów czasowych w stylizacji. Didaskalia w dialogach, tu przydałoby się ich trochę więcej, bo czasem można się pogubić. Trochę typowych błędów interpunkcyjnych.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję Wickedzie za recenzję!. Tak, masz rację, nie udała się ta opowieść o ludziach ukrytych w impulsach elektrycznych trolejbusów (pamięci) i próbie  podarowania, chociaż namiastki życia Kresowi. 

Błędy wskazane i te nie wskazane poprawię jutro wieczorem.

 

Dzięki Staruchu za przeczytanie i komentarz:) Cóż, jak zwykle niejasne. Czy myślisz, że wszystko to, o czym autor myślał musi się znaleźć w opowiadaniu? Pewnie tak.

Dziękuje Irko, za to, że wpadłaś i za komentarz.:) Cieszę się, że interesujące i martwię, że niezrozumiałe.  Co do referendum, teraz byłoby niemożliwe, jednak, kiedy nadejdzie czas apokalipsy klimatycznej, kto wie? Życie ludzkie nie będzie wtedy wiele warte.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. Czytało się dobrze, ale pod koniec zostałam z przekonaniem, że nie rozumiem, co się wydarzyło w finale. Tak jakby zabili własnego syna? Eeee, można do tego zmusić rodziców?

Komentarz coś tam wyjaśnił, ale to wszystko powinno znaleźć się w tekście. Wiesz, z samej kłótni małżonków, kto głosował tak, a kto nie, nie sposób odgadnąć treści pytania w referendum. ;-)

Tak na marginesie – ja wzmiankowany fragment zinterpretowałam w ten sposób: badania prenatalne wykazały, że z chłopcem jest coś mocno nie w porządku, ale matka – w odróżnieniu od ojca – nie chciała usunąć ciąży.

Zalał go zapach tłuszczu ze smażonych fląder, kaszanki i alkoholu.

Niejasne zdanie. Może z niego wynikać, że alkohol smaży się na tłuszczu.

Paru przecinków Ci brakuje.

Babska logika rządzi!

Finklo, ulituj się z przecinkami i wskaż w przyszłości choć ze dwa przykłady – może skumam i więcej nie będę, trenuję tę tarninową grupę nominalną i postanowiłam nie wstawiać, gdzie popadnie.

A tak w ogóle, to bardzo dziękuję za przeczytanie, bo długie było!

Eh, niejasne, niestety.

Masz rację, że nie sposób odgadnąć, kolejne niejasne. Może niepotrzebnie wstawiłam ten komentarz?

Co do alkoholu – zgoda, tak może wynikać, zmienię:) 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na przykład tu:

– Nieźle przebierasz kuternogo na tym swoim akordeonie

Dookoła kuternogi – bo wołacz.

Ciągle pamiętał jak Lina, będąc Alojzym czekała na jego

A tu po “pamiętał” (zdanie złożone) i “Alojzym” (złożone z imiesłowem współczesnym).

Babska logika rządzi!

Pierwsze rozumiem, ale z drugim mam kłopot, czy mają być dwa, po jak i przed będąc – to byłoby dziwne?

Edit: Poprawione i bardzo dziękuję, niestety uczę się bardzo powoli, jeśli w ogóle. Ta materia jest dla mnie, chyba nie do pojęcia, kiedy zestawiam ją z tym, co bym chciała. Zdecydowanie za mało piszę, chyba i “pultam” się bez przerwy. Może gdzieś, kiedyś, tam, a na razie to jazda bez trzymanki. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W drugim dokładasz dwa przecinki. W zdaniu “Ciągle pamiętał, jak Lina czekała” musi być, no nie? “Będąc Alojzym” potraktuj jak wtrącenie albo kolejny człon zdania podrzędnie złożonego.

Babska logika rządzi!

Ok, dzięki, czyli dwa, pomimo że tak blisko siebie są, znaczy dołożę drugi. Potraktować jak wtrącenie, tego nie rozumiem, znaczy wtrącenia – co nim jest, a co już nie jest, ale nie wszystko na raz. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wtrącenie to, kurczę blade, coś takiego, że po jego usunięciu, jak mawiają mądrzejsi ode mnie, zdanie ciągle ma sens.

Babska logika rządzi!

Tak, w Twoim przykładzie jasne jak drut, ale w tym moim wywodzie, bez sensu. Pewnie trzeba zapisać inaczej.

Ciągle pamiętał, jak Lina będąc Alojzym, czekała na jego – Lichnerotki odpowiedź.

Kiedy postawię przecinek przed jak, to po usunięciu wtrącenia, zdanie będzie niesamodzielne. I kaplica, dalej nie potrafię.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – zdecydowanie jest, chociaż długo nie umiałam go wyłuskać.

Przyznaję, że mnie ten tekst przerósł i nie całkiem do mnie dotarł. Mam takie dziwne wrażenie, że jest taki bardzo “Twój” – tajemniczy, nie końca wyjaśniony (co to za apokalipsa? Jacy śmieciarze? czym jest Lina? itp. itd), mocno metaforyczny (takie przynajmniej odniosłam wrażenie). I jakby nieco chaotyczny – być może w tym chaosie jest jakiś porządek i metoda, ale najwyraźniej mi one umykają. 

Mimo wszystko jest w tym opowiadaniu “coś”, co nie daje spokoju, co mi mówiło, że za mieszaniną enigmatycznie pokazanych scen z rodziną Kresa i scenkami rodzajowymi Liny, kryje się coś poważniejszego. Swoją drogą samo imię Kresika mi się spodobało – ciekawy pomysł. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Droga Jurorko Śniąca.

Dziękuję za komentarz i wielcem rada, ze środek transportu wyłuskanym został z zielonej torebki, w którym ukrywają się przed światem kasztany. :) Ostatnio przeczytałam, że może ich być nawet dwa (dwie, dwóch lub dwoje). Tak przynajmniej prawi Wiki, a ja uznaję, że ma rację, bo dlaczegóżby nie miała jej mieć. 

Drugie ucieszenie płynie z Kresika. :) Przywiązanam do imion, kiedy już je nadam.

 

Jednakowoż zmartwienia pozostają, acz komuż one nie towarzyszą? Niejasność i chaos, zmory przedwieczne idą za mną krok w krok, czasem nawet wyprzedzają. Jak je zwalczyć? Jaką broń zakupić i ćwiczyć się w używaniu? Nie wiadomo. W zamierzeniu historia była prosta. Ot, wspomnienia zapisane w impulsach elektrycznych oraz Nowy Świat, który tych impulsów potrzebował do czegoś – udowodnienia swoich racji i uratowania Kresika – obywatela tegoż świata. Takie tam rozważania dotyczące praprzyczyn katastrof niekonieczne zdawały mi się do wyjaśniania. Zwłaszcza, że Cthulu straszy i bojaźnią napełnia. Bodajbyś nastąpił mu na jedno mackowe odnóże, to krzyczeć zaczyna wniebogłosy: “Infodumpy, infodumpy”. 

Wiedz, droga Jurorko, że staram się przestrzegać przedwiecznego kodeksu dla dziewcząt płochych, którego trzeci paragraf  brzmi:

“Przeklinanie nie przystoi panienkom z dobrego domu”.

Wykarbowanym został on przez noszenie kija, bo proste plecy są wartością samą w sobie, i noszenie ciężkich tomów słownikowych na głowie – żebyż to chociaż były mitologie, ale nie ciężkie encyklopedie, w dodatku przestarzałe. 

 

Pięknie dziękuję za przeczytanie i komentarz!:D

Pozdrowienia przesyłam serdeczne,

a

PS. Obiecuję się poprawić, ale nie za bardzo, ponieważ sama nie wiem, czy to możliwe.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 Tekst napisany jest poprawnie, ale niestety twój świat nie przypadł mi du gustu. Nic z niego nie zrozumiałem, a poszczególne sceny zdawały się ze sobą nie kleić. Strasznie to randomowe.

umysłowych wózków inwalidzkich

Sorry, ale to brzmi tragicznie.

 Bosch to lekcje

Po Boschu dałbym przecinek.

Przy przystanku koło ulicy Harcerskiej kapelusz rozejrzał się i posmutniał

Kapelusz napisałbym wielką literą jako przezwisko faceta.

 

Dziękuję Piotrze:) Fajnie, że przeczytałeś i niefajnie, że straciłeś czas;( 

Sorry, nie ubezpieczam, jak sam mogłeś się przekonać. 

Jeśli mogę mieć pytania to:

1/ Co rozumiesz pod słowem – randomowe?

2/ Dlaczego tragicznie brzmią “umysłowe wózki inwaliczkie”?

3/ Przecinka po Boschu też nie rozumiem, dlaczego? – może masz rację. To tak, jakbym postawiła przecinek po zeszyt w zdaniu – “Zeszyt to zszyte 24 kartki”.

4/ Kapelusz – tu się zastanawiałam i nie wiem, ponieważ są dwa kapelusze, ponieważ nie chciałam z nich czynić Osób (to były wspomnienia, w które wchodził Kres).

pzd srd,

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

  1. Losowe.
  2. Brzmi to jak określenie z bardzo kiepskiej poezji.
  3.  Bosch od Boże? No to przecinek powinien być.

Hej,

świetnie, że odpowiedziałeś:. ) 

1/ Nie są losowe, kolejność wybrana: wzmocnienie, czas i kolejne wzmocnienie, własne przeżycie – tylko ja. Aczkolwiek może źle napisane, ułożone i niejasne.

2/ Z jakiej?, nie spotkałam, ale to możliwe, gdyż nie rozumiem się na poezji, czytałam tylko kilku autorów/autorek. Możesz mieć rację. Nie wiem.

3/ Nie, od obrazów Boscha. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Obiecuję się poprawić, ale nie za bardzo, ponieważ sama nie wiem, czy to możliwe.

Bo ja wiem, czy to mus się poprawiać? W czym? Jak? 

Piszesz intrygująco, to z pewnością. A że nie dla każdego? To też nic nowego, ani tym bardziej złego, że nie każdy jest w stanie wszystko w Twoich tekstach dostrzec, tym samym docenić. Jeśli o mnie i moje nie/zrozumienie chodzi, po prostu – nawiązując do fal ;) – gdzieś nam się częstotliwości nadawania i odbioru tu rozminęły. Tak ja to widzę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca:), do Ciebie akurat chciałabym trafić, te samochody. Znaczy chaos.

Cały czas, martwię się o zapis, że niedobry,  niedostatecznie dobry. Jednakże nie przejmuj się, to moje naturalne zrzędzenie na siebie samą. Nigdy nie dorastam.

Przyjmuję i poszukam klucza, ale może go nie znajdę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przykro mi, Asylum, z trudem dobrnęłam do końca, a w dodatku nic z tego nie zrozumiałam. Przeczytałam komentarze, ale niewiele mi one dały – nie udało mi się pojąć, o czym jest opowiadanie.

 

– Co to jest mą­drość? Zde­fi­niuj? – od­ciął się. Nie­na­wi­dził jej po­ran­nych sen­ten­cji przy ener­gi­se­rze, gdyż ni­cze­go nie wno­si­ły. I to imię, na które na­le­ga­ła, potem ta prze­pro­wadz­ka. Cho­ciaż to prze­cież była jego de­cy­zja, a ona się na nią zgo­dzi­ła. Pra­co­wa­ła w uty­li­za­cji śmie­ci, a on szu­kał, nie było za­po­trze­bo­wa­nia na teo­re­ty­ków, prze­cież wszyst­ko zo­sta­ło roz­strzy­gnię­te. A może nie? Póki życia, póty na­dziei. Po­trze­bo­wał na gwałt no­we­go kon­trak­tu na pracę. – Za­gło­so­wa­łaś na „Tak”, że ci przy­po­mnę! Za mało bie­rzesz mne­mo­zy­ny? – nie od­mó­wił sobie iro­nii. ―> Nie łączyłabym didaskaliów z narracją. Proponuję:

– Co to jest mą­drość? Zde­fi­niuj? – od­ciął się.

Nie­na­wi­dził jej po­ran­nych sen­ten­cji przy ener­gi­se­rze, gdyż ni­cze­go nie wno­si­ły. I to imię, na które na­le­ga­ła, potem ta prze­pro­wadz­ka. Cho­ciaż to prze­cież była jego de­cy­zja, a ona się na nią zgo­dzi­ła. Pra­co­wa­ła w uty­li­za­cji śmie­ci, a on szu­kał, nie było za­po­trze­bo­wa­nia na teo­re­ty­ków, prze­cież wszyst­ko zo­sta­ło roz­strzy­gnię­te. A może nie? Póki życia, póty na­dziei. Po­trze­bo­wał na gwałt no­we­go kon­trak­tu na pracę.

– Za­gło­so­wa­łaś na „tak”, że ci przy­po­mnę! Za mało bie­rzesz mne­mo­zy­ny? – nie od­mó­wił sobie iro­nii.

 

Coż, więc już wiesz, dla­cze­go? ―> Literówka.

 

Alojz otwo­rzył drzwi mor­skiej ta­wer­ny. ―> Masło maślane – tawerna jest morska/ nadmorska z definicji.

 

– Mó­wisz-jest. – Lina za­mil­kła. ―> Raczej:Mó­wisz i jest. – Lina za­mil­kła.

 

– Wy­bierz ten, to Skoda 9Tr―> – Wy­bierz ten, to skoda 9Tr

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

po czym dalej piął się w górę… ―> Masło maślane – czy można piąć się w dół?

 

Po­pra­wi­łem taśmy ple­ca­ka, moc­niej chwy­ci­łem rącz­kę wa­liz­ki i po­tur­ko­ta­łem w kie­run­ku scho­dów. ―> Czy na pewno poturkotał?

Za SJP PWN: turkotać «o motorach, maszynach, pojazdach będących w ruchu: wydawać krótkie, szybko następujące po sobie dźwięki»

 

wsiadł do tro­lej­bu­su numer “21”… ―> Czemu służy cudzysłów?

 

Zie­liń­ski zdał ega­zmin śpie­wa­ją­co… ―> Literówka.

 

Lina, o co cho­dzi? ―> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Chce pan pro­fe­sor się za­ło­żyć , czy skoń­czę? ―> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Od­cze­kał chwi­lę i dodał – Usza­no­wa­nie, pro­fe­so­rze. ―> Od­cze­kał chwi­lę i dodał: – Usza­no­wa­nie, pro­fe­so­rze.

 

a miał wtedy czar­ną Fe­do­rę… ―> …a miał wtedy czar­ną fe­do­rę

 

Ja tam wolę ka­pe­lu­sze Tril­by. ―> Ja tam wolę ka­pe­lu­sze tril­by.

 

a ja po­je­cha­łem dalej do stocz­ni Ko­mu­ny Pa­ry­skiej.

Po pracy po­je­cha­łem do… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Przy­mie­rza­łem wiele ro­dza­jów: Fe­do­rę, Tril­by, Hom­bur­ga, kow­boj­ski, Aku­brę, lecz czar­na Fe­do­ra była naj­lep­sza. ―> Przy­mie­rza­łem wiele ro­dza­jów: fe­do­rę, tril­by, hom­bur­ga, kow­boj­ski, aku­brę, lecz czar­na fe­do­ra była naj­lep­sza.

 

– Może Jelcz, lata dzie­więć­dzie­sią­te ubie­głe­go wieku? ―> – Może jelcz, lata dzie­więć­dzie­sią­te ubie­głe­go wieku?

 

Traj­tek za­trzy­mał się. Wika po­le­cia­ła na niego… ―> Poleciała na trajtka?

 

wże­ra­ły się w fla­ne­lo­wą krat­kę. ―> …wże­ra­ły się we fla­ne­lo­wą krat­kę.

 

Po­dob­no po­wsta­ły w ra­mach pierw­szej spół­dziel­ni miesz­ka­nio­wej w tym nad­mor­skim mie­ście, kiedy po­wsta­wa­ło z ni­cze­go. ―> Powtórzenie.

 

Za­trzy­mał się przy Jel­czu… ―> Za­trzy­mał się przy jel­czu

 

Sy­re­ny stat­ku Ba­to­re­go za­bu­cza­ły. ―> Sy­re­ny stat­ku Ba­to­ry za­bu­cza­ły.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za przeczytanie! Bardzo. Błędy poprawię, niestety, dopiero w niedzielę wieczorem. 

Szczególnie dziękuję Ci za pokazanie przykładu na dłuższym fragmencie. O nazwach własnych postaram się już zawsze pamiętać. No i spróbuję popracować nad didaskaliami.

Nad jednym słowem tylko zastanawiam się “turkotanie”. Kiedy ciągniesz za sobą walizkę po podłożu z płyt chodnikowych, kółka, natrafiając na spoiny,  wydają regularne dźwięki.

I mi jest przykro mi, że musiałaś przedzierać się przez ten tekst, a potem jeszcze przez tony moich wyjaśnień.

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo proszę, Asylum. Cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

 

Nad jed­nym sło­wem tylko za­sta­na­wiam się “tur­ko­ta­nie”. Kiedy cią­gniesz za sobą wa­liz­kę po pod­ło­żu z płyt chod­ni­ko­wych, kółka, na­tra­fia­jąc na spo­iny,  wy­da­ją re­gu­lar­ne dźwię­ki.

Ale nie napisałaś, że walizka była ciągnięta, że to kółka turkotały. Napisałaś: Po­pra­wi­łem taśmy ple­ca­ka, moc­niej chwy­ci­łem rącz­kę wa­liz­ki i po­tur­ko­ta­łem w kie­run­ku scho­dów. – a ja nijak nie potrafiłam zobaczyć turkoczącego bohatera.

Kiedy idę ze sklepu do domu i ciągnę torbę z zakupami, turkoczą kółka torby, nie ja.

 

Asylum, niech Ci nie będzie przykro. Nie musiałam przedzierać się przez opowiadanie. Zrobiłam to z własnej i nieprzymuszonej woli. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I jeszcze pomyślałam, że turkot to odgłos, a odgłosem nie można udać się dokądkolwiek. Gdyby przysłowiowy Kowalski ciągnął jakiś pakunek, a ten, przemieszczając się, wydawałby odgłos szurania, chyba nie powiedziałabyś, że Kowalski chwycił pakunek i poszurał w stronę magazynu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zauważyłaś drugą, po zapisie myśli, ważną dla mnie sprawę! :) Z punktu widzenia poprawności i logiki masz sto procent racji  z turkotaniem kółek po bruku.  

Dlaczego ważna? Nadużywam, zwłaszcza czasowników w ten sposób, najczęściej robię to bezwiednie. Młody chłopak z walizką stanowią dla mnie jedno ciało, turkoczące. To błąd.

 

Reg, a gdyby było tak zapisane, też razi:

Poprawiłem taśmy plecaka, mocniej chwyciłem za rączkę walizkę i poturkotaliśmy w kierunku schodów.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wracam z jurorskim komentarzem:

 

Intrygujące, ale przyznam, że mimo dwukrotnej starannej lektury się zgubiłam, a potem ma dodatek przeczytałam wyjaśnienia autorki i wtedy już okazało się, że zupełnie nic nie zrozumiałam z samego tekstu, w sensie – z tego,co jest w nim niejasne i kodowane. Muszę jadnak zdecydowanie docenić nastrój i umiejętność jego kreowania.

Asylum, owszem, mnie razi, albowiem odgłosem/dźwiękiem – w tym przypadku turkotaniem – nie można się poruszać. To ruch walizki sprawia, że słychać turkot.

Gdyby chłopak i walizka mieli stanowić jedno ciało, to co z plecakiem? Czy on też turkotał?

Proponuję: Po­pra­wi­łem taśmy ple­ca­ka, moc­niej chwy­ci­łem rącz­kę turkoczącej wa­liz­ki i udałem się w kie­run­ku scho­dów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pięknie dziękuję, Jurorko Ninedin za komentarz!:), wszystkim jurorom dziękuję. Strasznie fajny konkurs, tak szybko rozstrzygnięty i w dodatku kawał solidnej roboty wykonaliście z komentarzami do takiej liczby tekstów. Dziękuję. :-)))

 

Miło mi, że intrygujące, ale psiakostka – niezrozumiałe, zagmatwane. Muszę oswoić się z myślą, że większość osób tak odbiera moją pisaninę, przyjąć,  że jest nie do odkodowania. Pisać pewnie będę dalej, ponieważ silniejsze ode mnie, ale muszę zdecydowanie ostrożniej, jeśli w ogóle, zamieszczać. Nie potrafię ocenić poziomu mglistości swojego tekstu.

 

Edit: Reg, w takim razie poprawiam i podziękowania za propozycję ślę. :)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo proszę, Asylum. Miło mi, że mogłam się przydać i PSNP. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zrozumiałam, ale czytało się przyjemnie :)

Dziękuję Anet za mikołajkowy prezent – przyjemne :) Bardzo się z niego ucieszyłam!

A ze swoją niejasnością spadłam już do najniżej położonych części podziemi greckiej mitologii. Tartar? W oddali majaczy się jakaś góra. Tak,  góra, to ta Syzyfową zwana.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jakbym miał powiedzieć swoje odczucia po przeczytaniu Twojego opowiadania, wręcz zacytowałbym komentarz Anet – po prostu jedno krótkie zdanie ;D

No bo tak… masz nie typowy styl – jest to pierwsze dłuższe opowiadanie jakie przeczytałem u Ciebie, więc nie wiem czy inne są podobne, ale budowa zdań i sprawność w czytaniu są bardzo na plus. Tekst wciąga – jest podzielony na ileś tam części, no i chyba za każdym razem gubiłem się kto jest kim, ale jednak myślałem, że gdy dotrwam do zakończenia to pomyślę – aaa, to o to chodziło! No tego nie miałem :D Musiałem przeczytać Twój komentarz i dopiero wtedy pomyśleć nad tym tekstem. Ale to chyba tak już jest, że jeden załapie, a drugi nie. Mimo, że zaliczam się do tych drugich, to nie uważam to że jest to wada opowiadania. Po prostu nie każdy ma na to głowę ;p 

To opowiadanie to jedna wielka zagadka – wymagająca. Doceniam, jak ktoś to załapał, ale jeszcze bardziej, że ktoś wpadł na taki pomysł. 

Trochę miałem tu jak z wierszem, którego nie rozumiem, a z jakiegoś powodu mi się podoba ;D 

Zaszyfrowane te światy tworzysz…

Dobra, to na tyle… nowy odcinek The Mandalorian czeka ;D

 

Dziękuję, ND, za przeczytanie i włożony trud! Jeśli czytało się przyjemnie, to dla mnie super, gdyż z tym boje-cimoje toczę na różnych płaszczyznach (i zawodowych, i okazuje się opkowych też). Nie rozumiem tego swojego pisania, tak od początku do końca. Również nie chcę się poddać zapisom – z nimi ciągle spieram się, chociaż w przeważającej większości w końcu uznaję, że nie miałam racji, ale dlaczego nie potrafię od razu przyjąć – nie wiem. Zagadka?

Dzięki za wskazanie tekstu.:) Jutro, ale może być bardzo, bardzo późno, ponieważ weekendy są w pewnym stopniu nie moje.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

“Dzięki za wskazanie tekstu.:) Jutro, ale może być bardzo, bardzo późno, ponieważ weekendy są w pewnym stopniu nie moje.”

I tak teraz myślę, jaki ja Ci tekst wskazałem… 

The Mandalorian? Jeśli tak, to jest serial :D :D 

Polecam zresztą.

Serial Mandalorian

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka