- Opowiadanie: fizyk111 - Statek klasy "Pchełka" (ktoś przecież musiał)

Statek klasy "Pchełka" (ktoś przecież musiał)

Bardzo dziękuję za komentarze wszystkim trzem beta-dziewczynom. Drakaino, Nir, Asylum - cokolwiek sobie myślicie, wasze komentarze były dla mnie wielkim wsparciem.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Statek klasy "Pchełka" (ktoś przecież musiał)

Za prostym stalowoszarym biurkiem siedziała filigranowa kobieta o trójkątnej twarzy i olbrzymich, migdałowych oczach w kolorze kasztanowego brązu. Sprawiała bardzo sympatyczne wrażenie. Jakoś tak, wiadomo dlaczego, pomyślałem, że mogłaby być moją wnuczką.

– Proszę siadać, panie Monrel – powiedziała rekruterka, uśmiechając się do mnie samymi oczami i wskazała proste krzesło naprzeciwko.

– Z przyjemnością chciałam poinformować, że został pan zakwalifikowany do programu GALGEN. Moim zadaniem jest przedstawienie panu zasad programu i ustalenie optymalnych dla pana warunków kontraktu.

 

Tutaj autor zaczął się zastanawiać, czy od samego początku nie idzie w złym kierunku. Akcja toczy się w jakiejś bardzo odległej przyszłości, a tu, zaraz na początku pojawia się “rekruterka”, która jest człowiekiem. Czy rekrutacja nie powinna się odbywać jakoś bardziej komputerowo? Gość wysyła CV, jakaś sztuczna inteligencja prześwietla jego życiorys, porównuje z innymi kandydatami, dokonuje wyboru i przesyła decyzję? Albo nawet niczego nie trzeba wysyłać, wystarczy pomyśleć, „aplikuję na takie a takie stanowisko”, na co SI prosi o potwierdzenie i pyk – CV wysłane. Autor wyobraża sobie przecież, że w dalekiej przyszłości możliwa (a nawet powszechna) będzie bezpośrednia, myślowa komunikacja z maszynami.

 

– Głównym celem projektu Galactic Genome – ciągnęła swój wywód „wnuczka”. – Jest stworzenie pełnej mapy Drogi Mlecznej, poprzez sklasyfikowanie wszystkich… – Tu zawiesiła głos i spojrzała na mnie wielkimi oczami sprawdzając, czy na pewno pojmuję doniosłość tego słowa – co do jednej, gwiazd w naszej galaktyce. Dostanie pan do swojej dyspozycji statek klasy “Pchełka”. Będzie pan jedynym organicznym członkiem załogi. Standardową nieorganiczną załogę stanowią trzy wyspecjalizowane androidy: gospodarz, towarzysz i dozorca. Istnieje możliwość powiększenia składu załogi, wiąże się to jednak z pewnymi zmianami w kontrakcie. – Ponownie zawiesiła głos i spojrzała tak, że poczułem się jakby sprawdzała poziom inteligencji w moich oczach.

“Uczą ich tego, czy ona tak sama z siebie?” – pomyślałem.

– Czy jest pan zainteresowany powiększeniem załogi? – Zapytała. – Jeśli tak, to przedstawię szczegóły.

 

W pierwszej wersji tekstu, autor napisał: “Będzie pan jedynym żywym członkiem załogi”. Naszła go jednak refleksja, czy taki człekopodobny android z wypasioną SI, taką z odległej przyszłości, nie jest w jakiś sposób “żywy”, tyle tylko że nieorganiczny. Co autor robi w takiej sytuacji? To co wszyscy inni, gdy czegoś nie wiedzą – sprawdza co na to wiki? Autor znajduje tam jednak bardzo dużo słów z których wydobywa mało treści.

Jednoznaczne zdefiniowanie życia jest wyzwaniem dla naukowców i filozofów[26][27][28][29]. Jest to trudne, ponieważ po części życie jest procesem, a nie czystą substancją[30]”, albo:

Jedną z (…) definicji jest wersja Stuarta Kaffmana, mówiąca o autonomicznym agencie lub systemie wieloagentowym potrafiącym kopiować siebie lub innych oraz wykonać co najmniej jeden obieg termodynamiczny”.

Autor napotkał też szczątkowe informacje na temat możliwości istnienia sztucznego życia i ciągle nie wie czy wymyślone przez niego androidy można nazwać żywymi?

 

– Skoro tak, to zanim przejdę do opcji powiększenia załogi, pozwolę sobie przypomnieć panu ogólne zasady kontraktu. Przy standardowym kontrakcie na tysiąc gwiazd, który pan wybrał – kontynuowała rekruterka – otrzyma pan milion dwieście jednostek fiskalnych za czas poświęcony programowi GALGEN. Dodatkowo, przysługują panu następujące premie: tysiąc dżejef za każdą sklasyfikowaną planetę, dziesięć tysięcy za planetę zdatną do zasiedlenia, sto tysięcy za planetę na której rozwinęło się życie, oraz jednorazową premię w wysokości dziesięciu milionów dżejef za odkrycie planety, na której rozwinęła się cywilizacja. – Sprawdziła jakie wrażenie wywarła na mnie wspomniana suma. Szczęka w okolicach podłogi wydawała się jej chyba satysfakcjonująca, bo uśmiechnęła się kącikami ust.

– Definicję cywilizacji znajdzie pan w aneksie numer trzy do umowy. Czy ma pan jakieś pytania?

– Nie, nie – odpowiedziałem machinalnie. – A co z tą załogą?

Uśmiech natychmiast zniknął z kącików jej ust.

– Maksymalna liczba nieorganicznych członków załogi wynosi trzydzieści cztery. Może pan powiększyć liczbę towarzyszy do trzydziestu. Za każdego dodatkowego towarzysza ilość jednostek fiskalnych przekazanych po zakończeniu zmniejsza się o dwadzieścia pięć tysięcy. Liczbę gospodarzy może pan powiększyć do trzech, rezygnując z pięćdziesięciu tysięcy dżejef za każdego dodatkowego gospodarza. – Wyrecytowała, wyraźnie urażona moją niecierpliwością.

 

Tutaj autor napotkał następny problem, a mianowicie, jak uzasadnić istnienie jakichkolwiek jednostek płatniczych/monetarnych w dalekiej przyszłości. Ściśle z tym, wydała mu się związana kwestia motywacji bohatera. Jak uzasadnić, po cholerę bohater wziął tę robotę? Pieniędzy mu brakło? W dalekiej przyszłości, kiedy pewnie pieniądze są znane tylko historykom.

I po co tam w ogóle historycy? Kogoś jeszcze interesują te istoty o zwierzęcych instynktach, które stworzyły podwaliny cywilizacji. No dobra, teraz uczą w szkole o dinozaurach, to oni też mogą. Tylko co z tego wynika? Znaczy z wiedzy o dawno minionych pokoleniach. Czy w jakiś sposób pomaga skonstruować komputer kwantowy?

O to, to. Komputer kwantowy, to obecnie taki powiew technologii o której warto pisać SF. Tylko ni cholery nie potrafię sobie wyobrazić jak ich zastosowanie wpłynie na naszą cywilizację. Być może to one sprawią, że odkryjemy sposoby podróży międzygwiezdnych, teleportacji, podróży w czasie? Trzy święte graale fantastyki dostarczone na kwantowej tacy. A może z jego pomocą znajdziemy sposób na rozszczepienie elektronu?

W tym momencie, autor zorientował się że znacząco odbiegł myślami od swojego zasadniczego problemu.

 

Pierwszy dzień na pokładzie spędziłem w towarzystwie dwóch androidów, które oprowadzały mnie po statku, prezentując wszystkie funkcjonalności w irytujący sposób, właściwy sztucznym inteligencjom niskiego poziomu. Każda informacja musiała być przekazana w całości i w odpowiedniej kolejności. Żadnego tam „dobra, możemy to pominąć”, albo „przejdźmy do następnej pozycji”, że o poczuciu humoru nie wspomnę.  Pchełka miała kształt dysku i składała się z pięciu poziomów. Pierwszy od góry zajmowała sterownia. Każdego pokładowego ranka musiałem zasiąść w fotelu pilota aby wykonać skok do następnej gwiazdy. Dalej już wszystkim zajmowała się SI Pchełki, nie musiałem się martwić wyborem odpowiedniej orbity, wysyłaniem sond, czy obserwacjami widm i innych właściwości planet, komet czy gwiazd.

Poziom niżej znajdowała się kuchnia oraz salon ze wszystkimi urządzeniami mającymi dostarczać rozrywki, jak holoteatr czy imaginarium.

 

Pisząc ten fragment, autor borykał się z problemem stworzenia mechaniki podróży międzygwiezdnych, odpowiedniej dla tego opowiadania. Na pewno nie może być zautomatyzowana, bo cały pomysł opiera się na konieczności pobytu człowieka na pokładzie. Człowiek jest niezbędny do wykonania skoku, jego wyobraźnia albo intuicja (cokolwiek to jest) sprawia, że współrzędne celu mogą być przełożone na język zrozumiały dla komputerów. „Przydałby się jakiś pomysł podobny do <<przyprawy>> z Diuny” – westchnął w tym miejscu autor.

 

Największym pomieszczeniem na statku była znajdująca się na środkowym poziomie sypialnia. Oczywiście, nie służyła li tylko jako pomieszczenie do spania. Łazienka z wanną o wymiarach małego basenu, sauna, masaż, kącik fitness i piękna grecka kolumnada dookoła pomieszczenia dopełniały obrazu i funkcjonalności.

Usiadłem w obrotowym fotelu, omiatając wzrokiem trzydzieści wnęk na obwodzie sali o promieniu jakichś dziesięciu metrów. Nie mam pojęcia dlaczego, w momencie podpisywania kontraktu, wydawało mi się, że pięć towarzyszy płci żeńskiej całkowicie mi wystarczy. Dokładnie pamiętam swoje rozumowanie: „Czego mi trzeba?” – Myślałem. – „Brunetka, blondynka. Duże cycki i małe. Pulchna i taka bardziej normalna. Niska i wysoka. Jak to fajnie pomieszać, to pięć modeli wystarczy”. Błąd. Zamiast redukcji powinienem wybrać ekstensję. I przynajmniej jednego faceta, żeby było z kim się wódki napić. Mądry pilot po szkodzie.

 

Po co pilotowi seks zabawki? I znowu ta odległa przyszłość staje się przekleństwem autoraJak ekstrapolować stosunki międzyludzkie, skoro już teraz, w krajach cywilizowanych, ludzie oddzielili seks od prokreacji. Potrafili zapanować nad swoją rozrodczością i w pewnym sensie zanegować mechanizm, który zapewniał przetrwanie gatunku. Popęd seksualny, chuć, namiętność, ruja, czy jak to jeszcze inaczej nazwać, miał jedną funkcję – reprodukcję gatunku. Czy w dalekiej przyszłości nie powinien ewolucyjnie zaniknąć?

Druga motywacja rozrodczości, ta ekonomiczna, również została zanegowana i to jeszcze przed tą seksualną. Podczas nieuchronnej starości, dzieci opiekowały się rodzicami – zarówno od strony fizyczno-zdrowotnej jak i ekonomicznej. Już teraz mamy to rozwiązane systemowo – domy pogodnej starości, emerytura. Nietrudno sobie autorowi wyobrazić, że w niedalekiej już przyszłości opieka dzieci będzie zupełnie niepotrzebna.

Równie łatwo wyobraża też sobie, że już w niedalekiej przyszłości powstanie sztuczna macica, która uwolni kobietę od obowiązku inkubacji nowej istoty ludzkiej. Jakie więc motywy mogły by skłonić ludzi w dalekiej przyszłości do podjęcia decyzji o posiadaniu, a raczej stworzeniu, dziecka?

 

Czwarty poziom zajmowały pomieszczenia techniczne. Tu było królestwo Di, dozorcy, który był mechanikiem, programistą, logistykiem i czymkolwiek jeszcze, co było potrzebne do sprawnego działania Pchełki i wszystkich jej autonomicznych mechanizmów, koniecznych do zbierania danych w układzie planetarnym. Znajdowały się tu sondy bliskiego i dalekiego zasięgu, łaziki i śmigacze planetarne oraz niezliczona masa innego sprzętu.

Na najniższym poziomie znajdowały się silniki i wszystkie mechanizmy zasilające Pchełkę w energię. Przedział niedostępny ani dla mnie, ani dla załogi nieorganicznej, nawet w przypadku najpoważniejszej awarii. Jak mi powiedziano, awaria układu napędowego może mieć tylko dwa skutki: albo wszystko przestanie działać, albo silniki wybuchną. W obu przypadkach efekt jest podobny.

 

Autora, jako twórcę literatury fantastyczno-naukowej, bardzo interesuje rozwój techniki. Przy okazji opisu przedziału silnikowego, zamyślił się on głęboko nad możliwościami, jakie oferuje bardzo odległa przyszłość. Podróże międzygwiezdne nie wywołują w nim żadnych większych emocji. Jest pewien, że zostaną w ten czy inny sposób zrealizowane. Pozostają jednak jeszcze dwa najczęściej eksploatowane pomysły, co do których ma wątpliwości – teleportacjantygrawitacja.

Tę pierwszą traktuje on prawie na równi z podróżami w czasie (o – trzeci pomysł). Pociągająca koncepcja, ale wydaje się zupełnie awykonalna. Teleportacja mogłaby się wydawać wykonalna na tej samej zasadzie co podróże międzygwiezdne – jakiś sposób na zaginanie czasoprzestrzeni, czy też przebijanie granic hiperprzestrzeni. Ale równie dobrze można twierdzić, że odrzutowcem dotrę do pracy o kilka kilometrów stąd, w minutę. Rozważania na temat antygrawitacji i podróży w czasie zostały autorowi brutalnie przerwane przez małżonkę, która uważała, że planowane od miesiąca wyjście do teatru jest ważniejsze.

 

Jako że mam tu bardzo dużo czasu dla siebie, pewnego dnia, jeszcze na początku wyprawy, gdzieś przy piątej czy szóstej gwieździe, postanowiłem sprawdzić, co też oznacza nazwa klasy statku. Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymywałem ze standardowej bazy wiedzy, było: Pchełka – klasa statku międzygwiezdnego używanego głównie do realizacji projektu GALGEN. I dalej następowała lista parametrów technicznych.

Nie wiem skąd się wzięło, ale było i rosło we mnie przekonanie, że nazwa ta musi coś znaczyć. Zacząłem przeszukiwać specjalistyczne bazy danych – kosmologiczną, techniczną, psychotroniczną i jeszcze kilkanaście innych, aż wreszcie bingo – lingwistyka historyczna. Pchełka – zdrobniała forma słowa pchła, określającego pasożytniczą formę insekta, wytępionego w dwudziestym pierwszym wieku ery planetarnej. Co? Insekt? Pasożyt? To jest mój statek?

 

Ciekawe – myśli sobie autor, bardzo zadowolony z napisanego właśnie fragmentu – czy w dalekiej przyszłości informacja o insektach takich jak pchły, wszy, kleszcze czy komary będzie jeszcze istniała? Z jednej strony, z dużym prawdopodobieństwem, zostały one już dawno wytępione i żaden żywy egzemplarz nie przetrwał. Z drugiej strony, informacje te są obecnie dostępne w formie cyfrowej, powinny więc przetrwać „forewer”, a przynajmniej do czasów, gdy cyfrowa reprezentacja informacji odejdzie do lamusa.

Tu autor miał jakieś niejasne wrażenie, że dotknął myślą czegoś ważnego, był jednak zbytnio zirytowany niemożnością znalezienia w necie informacji, że pchły to takie stworzenia, które potrafią daleko i szybko skakać i które bardzo trudno złapać, tak więc wrażenie uleciało i już nie wróciło.

 

Ściany zaczęły pulsować łagodną zielenią, co oznaczało, że ostatnia sonda zakończyła pracę i powróciła na pokład. Klasnąłem dwa razy, potwierdzając przyjęcie komunikatu. Ten sam efekt uzyskałbym wypowiadając słowo “potwierdzam”, przykładając kciuk do jednego z niezliczonych paneli i jeszcze na kilkanaście innych sposobów, których nie pamiętałem. Konieczność personalizacji wszelkich procedur na początku misji doprowadzała mnie do szału. Misja… kurna jego… Cel, pal, trafiony, zatopiony. Veni, vidi, signavi.  W układach takich jak ten, nie można nawet pospacerować po jakiejś planecie, bo olbrzymy klasy B ich nie posiadają. Całe szczęście to już przedostatni.

Ściany ponownie błysnęły zielenią, tym razem w odcieniu, który można by nazwać wściekłym. No tak, muszę iść do sterowni, sprawdzić wyniki skanu układowego – też nie wiadomo po co. Tak naprawdę jedynym uzasadnieniem mojego tutaj pobytu był skok. Okej, było też drugie, ale tego nikt już nie brał na poważnie.

 

Konieczność personalizacji denerwuje autora już obecnie, począwszy od Windowsa, poprzez Google, samochód aż po inteligentny dom. Jeśli ta tendencja się utrzyma to w przyszłości będzie niewiarygodnie irytującym aspektem życia. A w dalekiej przyszłości? Może system sam pobierze prosto z mózgu preferencje do personalizacji wszystkiego wokół?

Od samego początku tworzenia tego opowiadania, autor zastanawia się czy to jest ten moment, w którym chce odpalić największy pomysł swojego literackiego życia? Gdyby tak dodał do ostatniego zdania „– stąd taka niewiarygodnie olbrzymia premia” to czytelnik domyśliłby się o co chodzi? Co autor miał na myśli?

 

W sterowni najpierw potwierdziłem komunikat, później sprawdziłem czy wszystkie sondy powróciły bez uszkodzeń – też bez sensu, bo gdyby któraś z nich została uszkodzona, to już dawno bym o tym wiedział – i potwierdziłem zakończenie procedury skanowania systemowego. Koniec roboty na dzisiaj, jeszcze kolacja i spać. Jutro będzie szansa na spacer po prawdziwym gruncie. Mała gwiazdka klasy K dawała nadzieję na kilka planet, może nawet z atmosferą.

Zszedłem poziom niżej, zapach jajecznicy na boczku mile połechtał moje powonienie. Zajrzałem do kuchni, w której krzątał się gospodarz, przygotowując dzisiejszą kolację. Niestety gospodarz też był kobietą o imieniu Dżi – jakoś nie miałem weny nadając imiona tym istotom.

– Chcesz, żebym zjadła z tobą? – zapytała.

– Nie. Nakryj do stołu i możesz się wyłączyć.

 

Nie no, pewnie że już nie jedzą zwierząt, ani produktów zwierzęcych, nawet już roślin nie jedzą – autor jednak postanowił troszeczkę poigrać z czytelnikiem i wyjaśnić to przy innej okazjiAutor wyobraża sobie, że w dalekiej przyszłości, wszystkie produkty będą wytworem chemii – cukry, białka, węglowodany, to nie są zbyt skomplikowane związki chemiczne. Ich synteza powinna być w przyszłości całkiem łatwa. Albo hodowla mięska na krzakach. Smak i zapach są chemicznie trochę bardziej skomplikowane, ale ich synteza też nie powinna wykraczać poza możliwości cywilizacji przyszłości. Problem mogą sprawić takie produkty jak owoce - czy jest możliwe, aby zsyntetyzować zarówno smak, zapach jak i konsystencję? Taki ananas, niechby nawet z puszki, czy może być sztuczny?

 

Przed snem, zjechałem jeszcze do hangaru, sprawdzić zarówno sondy, jak i pojazdy planetarne, których być może będę jutro potrzebował. No dobra, nie sprawdzić, tylko popatrzeć sobie i pogłaskać – sprawdzone zostały przez dozorcę. Gdyby coś było nie tak, to już bym wiedział. Lądowanie na planecie było za każdym razem miłą odmianą od sterylnych warunków panujących na statku. Deszcz, wiatr, chmury, niebo w różnych kolorach. Czasem trafiła się roślinność. Najfajniej było na planetach z mało toksyczną atmosferą, gdzie można było poczuć wiatr we włosach i promienie słońca na skórze. Podszedłem do śmigacza. Obła sylwetka, z ledwo odstającymi od kadłuba skrzydłami i otwartą kabiną, pozwalała poruszać się z dużą prędkością na niewielkiej wysokości. W ten sposób można było zwiedzić całkiem spory obszar, pod warunkiem, że nie było żadnych przeszkód wyższych niż kilka metrów.

– Di, podjedź tutaj – zawołałem.

Po chwili, spomiędzy dwóch sond planetarnych, wytoczyła się obła sylwetka. Dozorca, w odróżnieniu od gospodarza i towarzyszy nie był człekokształtny. Funkcjonalność w jego przypadku była ważniejsza od wyglądu. Zatrzymał się metr od śmigacza, zielony kolor powłoki oznaczał gotowość do… no do wszystkiego. Albo czegokolwiek, Di nigdy nie odzywał się niepytany – znowu ta funkcjonalność. Jego twórcy zdawali się krzyczeć do mnie “Jak chcesz z kimś pogadać, to idź piętro wyżej”.

– Wyświetl status sprzętu.

Di wyświetlił rzędy ikon obrazujących stan wszystkich urządzeń bazowych. Większość z nich w kolorze zielonym, cztery czerwone oznaczały sprzęt trwale wyłączony z eksploatacji, jak na przykład sonda koronowa, która kilka dni temu, podczas badania podwójnego układu z pulsarem, dostała się w silny, nieoczekiwany strumień promieniowania gamma. Zaintrygował mnie żółty kolor przy jednej z ikon.

– Co się dzieje z sondą dalekiego zasięgu numer pięć? – spytałem.

 

Autor jest bardzo dumny, ponieważ udało mu się napisać scenę z dialogiem, który sprawi, że tekst będzie się łatwiej czytać. Ale czy o to mu naprawdę chodzi? W tym opowiadaniu nie ma przecież żadnej akcji, może powinien jednak zostawić tylko sam monolog, strumień świadomości. Niech się czytelnicy męczą, niech mają wrażenie że obcują z głębokim tekstem, przekazującym egzystencjalne rozterki osobnika rasy ludzkiej z odległej przyszłości.

 

Jeden dzień, jedna gwiazda. I tak po tysiąckroć. Podpisując kontrakt nie zdawałem sobie sprawy jak dużą liczbą jest tysiąc. Nie to żebym jakoś szczególnie cierpiał, ale, jakkolwiek to brzmi, monotonia różnorodności zaczynała wpływać na moją psychikę. Ej, Bi, Si, Kej i Dżej stały jak greckie posągi wśród kolumnady w sypialni gdzieś od połowy podróży. Ciągle pozwalałem aby Dżi robiła mi posiłki, ale tylko dlatego, że jajecznica i karbonara wymieszane jej ręką, smakowały dużo lepiej niż takie prosto z syntezera. Najbardziej jednak lubiłem towarzystwo Di, być może dlatego, że mogłem o nim myśleć jak o mężczyźnie.

 

Czy taka podróż stanowiłaby problem dla psychiki człowieka? Autor stara się cały czas pamiętać, że jest to daleka przyszłość. Stosunki międzyludzkie są tam zupełnie inne niż obecnie, przede wszystkim za sprawą zmian w sferze rodzinnej. Czy w ogóle rozumienie rodziny będzie podobne choćby trochę do naszego? A co jeśli rodziny, jak my ją pojmujemy, już nie będzie? Cała socjologia przyszłości, zależy od tego czy ludzie nadal będą chcieli mieć dzieci. Świat będzie zaludniony istotami nieorganicznymi, z którymi interakcje będą zasadniczo identyczne jak z istotami organicznymi. Autor wraca myślą do swojego bohatera. Dlaczego miałby odczuwać jakikolwiek dyskomfort? Przestrzeń do życia ma wystarczającą, towarzystwo i rozrywki zapewnione, przewietrzyć też się może – przynajmniej raz na tydzień trafi przecież na planetę z jaką taką atmosferą. No to z czego mogą wyniknąć jakieś problemy?

 

Marzenia czasami się spełniają szczególnie wtedy, gdy nie są zbytnio wygórowane. Leciałem nad czerwonoburym oceanem w lekkiej masce filtrującej niewielkie ilości metanu występującego w tutejszej atmosferze. Niebo też nie miało imponującego koloru, ale nadrabiały to morskie stworzenia, śladem których podążałem swoim śmigaczem. Było ich pięć, miały bardzo wydłużone, prawie wężowe, pokryte łuskami ciała o długości ponad trzech metrów, mieniące się jaskrawymi odcieniami kobaltu i malachitu. Najbardziej niezwykłe były jednak ich skrzydła, albo raczej boczne grzebienie. Wydawały się świecić własnym światłem w kolorach wiśni i pomarańczy. Pomyślałem, że to naprawdę przepiękne zakończenie mojej „wiekopomnej” misji. Warte sto tysięcy dżejef – dopowiedziałem.

 

Fascynujące ilu niezwykłych rzeczy o otaczającym nas świecie dowiaduje się autor pisząc opowiadanie. Wie już jaka jest rozdzielczość ludzkiego oka, ile jest gwiazd w galaktyce, ile jest galaktyk we wszechświecie i że istnieje dziedzina nauki zwana językoznawstwem historycznym, nie wspomnę o tym, że rozpoznaje już odcienie takie jak kobaltowy czy malachitowy.

 

Pchełka powoli zbliżała się do miejsca postoju. Przed dokowaniem, postanowiłem oblecieć miejsce postoju dookoła. Muszę powiedzieć, że nawet po odwiedzeniu tysiąca różnych gwiazd i niewiele mniejszej liczby układów planetarnych, widok był niezwykły. Olbrzymi sześcian złożony z milionów punktów, mienił się w promieniach słońca odbijanych od wielu powierzchni. Każdy punkt, to był statek identyczny z moim, rozmieszczone co sto metrów tworzyły bok o długości dwudziestu czterech kilometrów. Zbliżałem się do wyznaczonego mi miejsca postoju. Znajdowało się na samym wierzchołku sześcianu. Byłem ostatnim powracającym członkiem programu GALGEN. – Ktoś przecież musiał.

 

Takie to niewiarygodne, prawda? Autor ustawia bohatera w jakiejś, wydawało by się, szczególnej pozycji. Przybywa ostatni. Równie szczególną pozycję uzyskałby wyruszając jako pierwszy. Ale przecież, jak już napisał – ktoś musi. Ciekawe dlaczego tak niewiarygodne wydaje się ludziom wylosowanie w totolotku liczb 1, 2, 3, 4, 5, 6? Taki układ ma takie samo prawdopodobieństwo jak każdy inny. Autora kusi, aby pojechać narracją po bandzie: ostatnia gwiazda, ostatni układ planetarny i bum, bohater znajduje tam cywilizację. Taką na początku rozwoju, jakichś neandertalczyków, albo przynajmniej homo erectus. Znaczy najprawdopodobniej nie byłby to żaden gatunek typu homo. (A w zasadzie to czemu nie?) Dobra – autor uświadamia sobie, że trochę go poniosło – żadnej cywilizacji nie będzie bo nie ma tyle kasy żeby mu zapłacić – hahaha.

 

Pomieszczenie wyglądało identycznie, jak to w którym rozpoczynałem pracę dla GALGEN. Jedyną różnicą była osoba siedząca za biurkiem. Sędziwy mężczyzna z długimi, związanymi w koński ogon brązowymi włosami. Wyszedł zza biurka i wyciągnął do mnie rękę w archaicznym geście przywitania.

– Panie Monrel, w imieniu dyrektora programu chciałem pana serdecznie powitać w naszej centrali. Oczywiście wie pan, że jest ostatnim przybywającym tutaj eksploratorem. – Spojrzał na mnie, jakby upewniając się czy rzeczywiście o tym wiem. – W związku z tym, możemy w tej chwili oficjalnie uznać program GALGEN za zakończony. Proszę usiąść.

 

Praca ze słowem, jak to dumnie brzmi, jak górnolotnie określa pisarza, takiego artystę, który kształtuje materię słowa w posłuszne sobie wersy opowiadania czy powieści. A tu się trafiło autorowi jedno oporne, z którym nie potrafił sobie dać rady i nie widział w tym ani krztyny artyzmu. Chyba że artystycznie wygląda jak wali łbem w mur. „Praca”. Autor jest bowiem przekonany, że w tak odległej przyszłości nikt nie będzie musiał pracować dla „pieniędzy”. Dlatego też wcześniej użył sformułowania „otrzyma pan ileś dżejef za czas poświęcony projektowi” zamiast „wynagrodzenie wynosi”. Wracając do opornego słowa – autor zastanawia się jak długo można wymyślać czym je zastąpić i dochodzi do wniosku, że niezbyt długo – dedlajn jest zbyt blisko. Dlatego to pozostało i kłuje duszę autora.

 

Gdy zająłem miejsce, staruszek kontynuował.

– Nasi eksploratorzy, w ciągu ostatnich stu lat, odwiedzili osobiście każdą, co do jednej – zaakcentował – gwiazdę w naszej galaktyce. Odkryliście ponad dwa miliardy planet, na których powstało życie, na prawie połowie z nich w formie widocznej gołym ludzkim okiem. Nie chciałbym pana zanudzać statystykami, te może pan w każdej chwili sobie przyswoić z naszych baz danych, przejdę więc od razu do sedna. Najważniejszym wnioskiem, wynikającym z realizacji programu GALGEN, jest stwierdzenie braku w naszej galaktyce cywilizacji na poziomie rozwoju zbliżonym do naszego. Jak może się pan domyślać, wniosek ten zaczął się krystalizować już jakiś czas temu. Zarząd projektu, podjął wtedy pewne decyzje mające na celu znaczące rozszerzenie dotychczasowej działalności. W związku z tym mam pewną propozycję. Chciałbym zaoferować panu udział w naszym nowym projekcie, nazwaliśmy go Andromeda Genome Project. Zapewniam pana, że warunki będą znacznie bardziej atrakcyjne.

Pomyślałem sobie, że jeśli się zdecyduję, to tym razem nie popełnię błędu z Pchełki i wszystkie wnęki w sypialni będą wypełnione – z zachowaniem wszelkich możliwych parytetów, oczywiście.

 

Tutaj autor doszedł do punktu kulminacyjnego swojego dzieła.

Z równania Drake'a, wspartego współczesną wiedzą, wynika, że w pesymistycznym wariancie, w naszej galaktyce powinno istnieć jakieś dwieście pięćdziesiąt tysięcy wysokorozwiniętych cywilizacji – autor, wraz z wieloma innymi pisarzami, naukowcami i zwykłymi zjadaczami chleba, zastanawia się „dlaczego więc ich nie widzimy”? Ich oraz efektów ich działalności, w postaci komunikatów wysyłanych w przestrzeń kosmiczną, strumieni modulowanych neutrin, gwiazd mrugających alfabetem Morse'a, zielonych ludzików, czy aniołów w srebrzystych skafandrach. Autor, podążając za myślą najświatlejszych umysłów, rozważa wiele teorii: że jesteśmy zbyt nisko w rozwoju technologicznym w związku z tym nie mamy technologicznych a może i mentalnych zdolności do porozumienia, albo wręcz przeciwnie, że na każdym kroku spotykamy kosmitów takich jak Mojżesz, Jezus, Leonardo czy UFO, tylko bronimy się przed poznaniem prawdy, bo tak nam łatwiej.

Autor jednak, w przeciwieństwie do wszystkich tych autorytetów, dostrzega jeszcze jedno, bardzo proste wytłumaczenie. Najbardziej oczywistą odpowiedzią na pytanie, dlaczego ani my w XXI wieku, ani opisywane przeze niego istoty ludzkie z dalekiej przyszłości nie doczekały się kontaktu z inną cywilizacją.

Po prostu, to my ludzie, stworzyliśmy najbardziej zaawansowaną cywilizację w galaktyce – ktoś przecież musiał.

Koniec

Komentarze

Ufff, opowiadanie, w którym proces indukcji twórczej jest podstawą, a do granic schematu uproszczona fabuła jeno nieistotnym dodatkiem. Nie, no pojąłem i przekaz, i the pointę, jest OK. Poprawne językowo, rozkminy łatwo przyswajalne, końcowy akcent zauważalny. Sęk w tym, że wniosek może okazać się zbyt mało przełomowy, by unieść ciężar uzasadnienia całej reszty. Dla części złaknionych głównie nagich EMOCJI czytelników. A wtedy z dużym prawdopodobieństwem zaistnieć może w ich świadomości, rzecz jasna głównie w formie niezwerbalizowanej, dojmujące poczucie pewnej nieadekwatności związanych z owym opowiadaniem doznań. Rosjanie mają na nie trafny lapidarny bon mot: I obuchem siekiery można ściąć drzewo, tylko po co? Ja osobiście ująłbym to komplementarnie: I ostrzem siekiery można wbić gwóźdź, koniec bon motu pozostawiając bez zmian ;). Jest w tym konkretnym przypadku takie zagrożenie. Niemałe. Aczkolwiek cała reszta – bardzo dobrze!:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Dziękuję rrybaku za nocny połów. Złotej rybki nie złowiłeś, ale z tego co napisałeś wynika, że jakiś okoń się trafił. Twoje “Uff” mnie trochę zmroziło, ale potem fajne rzeczy piszesz. smiley

O złaknionych nagich emocji (teraz widzę, że mogłem jakąś łóżkową scenkę dodać), o nieadekwatności doznań i oczywiście ścinaniu drzewa obuchem. Jest też coś o poprawności, przyswajalności i zauważalności – Bóg zapłać za dobre słowo.

 

Tagi podziałały na mnie jak lep na muchy.

Patrzę i oczom nie wierzę, jakbym o sobie czytała :) Rozterki pisarza są dla mnie świetnie napisane – można by rzec – wręcz sztandarowe problemy ;) Natomiast fragmenty opisu bohatera i samej podróży jakiś mnie nie wciągnęły. Domyślam się, że przy takiej przerywanej formie narracji trudno o opis głębszych emocji, ale coś by się przydało zrobić w tym kierunku.

Ogólnie jednak fajne, nietuzinkowe opowiadanie.

Dzięki Matko Chrzestna, z tymi rozterkami to mnie poniosło, w zamyśle miało być stosunkowo więcej kosmicznej podróży (takie 2/3), ale wyszło, jak wyszło. Jak zwykle można gdybać. Gdybym miał trochę więcej czasu, to….

Cieszę się, że ogólnie wyszło na plus. Fajnie znaleźć w komentarzu takie słowa jak “nietuzinkowe” czy “jakbym o sobie czytała”. 

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cześć Fizyku:)

Jest dobrze, nawet dużo więcej niż dobrze! Chałki niestety nie upieczemy, ale chleb, wyjęty z pieca wygląda i smakuje naprawdę nieźle:), kusi zapachem już z daleka. 

Cześć autorska skompresowana, neutralna i naprawdę zachęca do podążania za treścią: pytaniami i odpowiedziami. Najbardziej nośnym zdawał mi się wątek samotności. Jednak może to jednostkowe, bo przecież nawet mój nick zdradza pewien stopień zaaferowania tym zjawiskiem.

Co ciekawe, problem samotności jest silnie obecny, co prawda – nie wprost, również w drugiej części, tej podróżniczej. Ta część jest w ogóle bardzo interesująca, pomimo że statyczna.

Całość dobrze napisana, spójna, tylko… sam wiesz co;)

Gdybym nie betowała, to mój klik byś miał, z całą pewnością. Trochę się tych moich zasad (”gównianych!” w gruncie rzeczy, przeklnę, gdyż wilk-zimowy sądzi, że tego nie potrafię, a niestety się myli) namnożyło w trakcie mojej, jeszcze niespełna rocznej, bytności na portalu. Ta brzmi, jeśli betuję to nie klikam biblio. Wielka szkoda:(

To dobry eksperyment. Udało Ci się! Paczpan, a nie wierzyłam:DDD

 

A to jedno zatrzymanie:

Głównym celem projektu Galactic Genome – ciągnęła swój wywód „wnuczka”. – Jest stworzenie pełnej mapy Drogi Mlecznej,

Wydaje mi się, że przesadziłeś z ilością wtrąceń w tej wypowiedzi.  Po pierwszym wtrąceniu chyba nie powinno być kropki, znaku dialogowego i dużej litery, ponieważ to dalszy ciąg zdania, ale to tylko moje zdanie, w dodatku w zasadzie nie [oparte rzetelną wiedzą, tylko intuicją. Bez bólu można byłoby to pierwsze wtrącenie usunąć.

srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ryzykowna forma!

Czytało się jednak dobrze, zdecydowanie lepiej rozkminy Autora niż banalną podróż międzygwiezdną.

Problem jest jeden – góra urodziła mysz (Rybak może powiedzeniami, to ja też :P). Nie kupuję tego zakończenia, niestety!

Ze szczególików:

– “sposób na rozszczepienie elektronu?” – hę? co za rozszczepienie elektronu??;

– “Przydał by” – przydałby;

– “w momencie podpisywanie kontraktu” – podpisywania;

– “Tą pierwszą” – tę;

– “niemożnością znalezienia w necie informację” – informacji;

– “Tak na prawdę” – naprawdę;

– “aby zsyntstyzować” – zsyntetyzować;

– “stanowiła by” – stanowiłaby;

– “nad czerwono burym oceanem” – czerwonoburym;

– “po bandzie: Ostatnia gwiazda” – po dwukropku małą.

 

Czyli – sporo pary w gwizdek, a szkoda…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A ja nie mam problemu z klikaniem bet. Lubię ten eksperyment z metakomentarzami.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Asylum, bardzo Ci dziękuję za laurkę – wiem że szczera, tym bardziej doceniam.

Staruchu – dorzucę jakiegoś gratisa, na przykład opowiadanie pod tytułem “Statek kosmiczny klasy “Pasikonik””. I jeszcze rabacik 40% – kup proszę, dzieci w domu głodne czekają.crying

A tak na poważnie, to przynajmniej tyle mojej satysfakcji, że czytało Ci się dobrze. Dzięki również za łapankę.

A co do rozszczepienia elektronu, to jeszcze 100 lat temu, byli uznani fizycy, którzy nie wierzyli w istnienie jądra atomowego. Nie wyśmiewaj się więc z takich supozycji. Kwarki też pewnie składają się z jeszcze mniejszych elementów. Staruchu, “to jest fantastyka!!! Ma pobudzać wyobraźnie do samodzielnego działania!” – pozwolę sobie zacytować Sonatę.

Drakaino, dzięki za wizytę i za klika, oczywiście.smiley

Fizyku, tak! Nie jest doskonałe, lecz w tym momencie nie o to chodzi, o te nasze wyobrażenia i idee, lecz o podejście, przymierzenie się “do”. Kurcze, przekonałam się do betowania w trakcie tej “jazdy na portalu i przygody z pisaniem” i wiedz, że kiedyś poproszę, ale zgodzić się nie musisz:) – absolutnie.

A tak ogólnie dodam, że dużą wartością jest wymiana myśli:DDD

 

Edit: Drakaino, nie masz pojęcia jak się cieszę, że dałaś klik. Uff.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie przepadam za s-f, ale w Twoim wydaniu czytało się dobrze. Opowiadanie jest dowcipne (za co ogromny plus), napisane fajnym, lekkim językiem. Spodobało mi się założenie opowiadania – z punktu widzenia autora. Idę kliknąć.

 

Zauważyłam dwa potknięcia:

[…] sto metrów tworzyły tworzyły bok

Jedyną różnicą byłą osoba siedząca [..]

 

Powodzenia w konkursie :)

Monique.M, wielkie dzięki za odwiedziny i za klika – cieszę się że przypadło do gustu.

Spodobało mi się założenie opowiadania

Co za powiew świeżości, po odwiedzinach miłośników bon motów.

Drukuję i wieszam nad biurkiem:

“Czytało się dobrze, dowcipne, lekkim językiem”

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fizyku!

Strasznie nie lubię takowych eksperymentów, gdzie autor siebie pomiędzy fabułę wplata. No nie znoszę. Jeśliś miał ochotę na wywnętrzanie się, to może warto było jedną z postaci uczynić pisarzem SF, i wtedy zapewne bym to przełknął. Ty zaś zaserwowałeś historię opowiadaną w pierwszej osobie + odautorskie wstawki. Jaki jest więc sens tej pierwszoosobowej narracji, skoro wiemy, że to nie autor (ten wszakże pochodzi z czasów zamierzchłych i dla odmiany piszę w osobie trzeciej).

I szkoda wielka, żeś w ten eksperyment narracyjny zabrnął, bo tekst językowo napisany całkiem przyzwoicie. Nawet ta historia głównego bohatera, choć z pozoru niewiele się tam dzieje, mnie zaciekawiła. Nie potrzebowałeś autorze ani więcej dialogów, ani nawet specjalnie akcji. To życie na futurystycznym statku i jego kontekst było wystarczające ciekawe, by tę historię udźwignąć. Gdybyś tylko potrafił się powstrzymać przez psuciem go własnymi rozterkami.

Same rozkminy autora, które przedpiścy chwalą, byłyby wartościowe i niosą potencjał, ale cóż z tego, że danie drogie i świetnie się prezentuje, skoro jest niestrawne. Gdyby tak te wszystkie przemyślenia autor przemycił w usta bohaterów, chociażby tych nieszczęsnych androidów, to bym tu pewnie teraz nad nominacją do pióra się zastanawiał, a tak, to mogę dać co najwyżej -4.

Chrościsko, dgcc, ale dla mnie na przykład wplecenie tego wszystkiego w usta bohaterów to by było niestrawne! Jak dla mnie taki metatekst nie jest rozterką autora, ale refleksją nad literaturą.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, wszystko zależy, w jaki sposób by to zostało wplecione. Refleksje nad literaturą, powiadasz? Nie takie miałem oczekiwania.

Zacznę od drakainy. Wielkie dzięki za odpowiedź (jak brzmi celownik od Chrościsko?) pod moją nieobecność. Sam bym tego na pewno lepiej nie ujął.

Dzięki Chrościsko za komentarz, trudno nie przyznać Ci racji praktycznie w każdym punkcie. Zabrnąłem w eksperyment przede wszystkim dlatego, że wciąż poszukuję swojego miejsca na tej pisarskiej ziemi, a obszar to całkiem wielki. Cieszy mnie dostrzeżona przez Ciebie przyzwoitość językowa.

Gdyby tak te wszystkie przemyślenia autor przemycił w usta bohaterów,

Och, wtedy autor słałby swoje dzieła do najlepszych wydawnictw. Drakaina stwierdziła wprawdzie że taki tekst byłby niestrawny, ale wydaje mi się, że odnosi się to bardziej do próby „włożenia w usta bohaterów” tych treści, a Ty sugerujesz abym je przemycił – i tego właśnie nie potrafiłem, przynajmniej w zakresie limitu czasowego jakim dysponowałem.

Największe jednak dzięki za dostrzeżenie potencjalnego potencjału do pióra. (Nie pobetował byś mojego następnego opka?) wink

PS: Zbiór komentarzy do opowiadania zatytułuję „Witajcie w królestwie bon motów”. Podrzucę następnego: „Strzelanie z armaty do wróbli”.

Chrościsko, z komórki nie jestem w stanie pisać elaboratów, więc ujęłam to lakonicznie ;) Chodzi mi o to, że tu jest dystans, ironia – to nie są notatki na marginesie (choć i z tych Andrzejewski zrobił cnotę w “Miazdze”), ale właśnie metatekst, refleksja nad tym, jak buduje się s-f. One są celowo, intencjonalnie zbudowane, rozłożone po konkretnych miejscach tekstu. Nie twierdzę, że wykonanie jest idealne, ale to dobry krok w kierunku pisania czegoś, co nie będzie tylko mniej lub bardziej banalnym opowiadaniem fabuł.

Bardzo bym chciała, żeby fantastyka ogólnie potrafiła się zastanawiać nad sobą samą. Być samej siebie świadoma.

Oczywiście, można dać bohaterom taki rozkmin i samoświadomość jako postaciom literackim, ale to będzie dość już trywialny postmodernizm, a sam tekst stanie się jedynie zabawą. To, co zrobił fizyk111 jest nieco mniej przewidywalne w swoim założeniu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, mamy bardzo różne oczekiwania względem fantastycznych opowiadań, bo i w różnych miejscach jesteśmy. Ty, jako osoba, która bądź co bądź, patrzy na nie od strony naukowej, która przeczytała zapewne opowiadań po stokroć więcej niż ja, z pewnością ceni takowe eksperymenty, bo jest to próba wyjścia poza schemat.

Dla mnie te trywialne, schematyczne fabuły są wciąż atrakcyjne, o ile podane właściwie, bo od fantastyki w większym stopniu oczekuję rozrywki, niż filozofii.

Podobnie różnimy się w ocenie teksów Stna, który dla mnie jest zwyczajnie zbyt ciężki.

 

Fizyku,

ostatnio mało betuję, a jeżeli już to głównie na zasadzie wzajemności. Z pewnością nie odmówiłbym bety osobom zaangażowanym w prace nad portalową antologią. Dyżurnym zapewne też nie ;)

od fantastyki w większym stopniu oczekuję rozrywki, niż filozofii

Ależ ja też! Filozofię trawię u wybitnych pisarzy, ale filozofii akurat nie oczekuję. Natomiast zabawa z formą to dla mnie coś zupełnie innego. Lubię jak czasem literatura wyjdzie z siebie i spojrzy na siebie z dystansu :) Dlatego zresztą tak ważna dla mnie jest np. dbałość o to, żeby nie gubić punktu widzenia w narracji, czy inne zabiegi właśnie techniczne. Czyli samoświadomość autora i literatury. To nie filozofia, ale filologia :)

 

Podobnie różnimy się w ocenie teksów Stna, który dla mnie jest zwyczajnie zbyt ciężki.

Dla mnie stn też jest ciężki. Ale to wybitne pisanie, w które warto się wgryźć. Niełatwe, pogmatwane, ale wyobraźnia i umiejętności pisarskie – chapeaux bas.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z mojej strony, powtórzę, że jestem ciągle w fazie poszukiwań. Zdaję sobie sprawę ze swoich ograniczeń, ale staram się coś poprawiać. Z jednej strony narrację z emocjami (Psie ziele) z drugiej strony pewnego rodzaju przemyślenia (Pchełka właśnie).  

Jeśli chodzi o moje oczekiwania w stosunku do fantastyki, to wygląda na to, że jest to po prostu dobrze napisany tekst. Fascynuje mnie, zarówno głębia przemyśleń u Lema, jak i wartka, przepiękna narracja u Carda – a gdzieś po środku zaczytuję się utworami LeGuin.  

Swoją drogą, którego z tych autorów nie trawicie? 

Lem – nie wszystko, Card – zdecydowanie nie wszystko, ale tak (w nawias biorąc jego samego), Le Guin – każda. Krótka lista? Mam dłuższą.

Chrościsko, rozrywka  fantastyki? – tak, aleeeeee, bardzo długie “ale”, więc ja chyba nie. podobnie sprawność pisarska mnie nie interesuje, to może robić SI i robi. Interesuje mnie wyjście poza ograniczenia.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ciekawa forma.Podobały mi się zarówno rozkminy autora, jak i “przygody” bohatera. Udało ci się wpleść w międzygwiezdną podróż ciekawe przemyślenia. Dobrze się to czytało. Ładnie napisanie, chociaż chyba kilka przecinków uciekło. Większy nacisk postawiłeś na myśli Autora, niż na samą podróż, ale ta też miała swój urok. Zwłaszcza ta scena z opisem tych dziwnych, wężowych zwierząt. Bardzo obrazowa, bajeczna wręcz. Jedyne czego mi brakowało w tym opowiadaniu, to brak więzi emocjonalnej bohatera z Pchełką. Taka ładna nazwa, a statek jak nieżywy, chociaż androidy jakąś tam “duszę” mają. 

Ogólnie jestem zadowolona z lektury. Dobre opowiadanie.

Polecam z bibliotecznym wątku. 

Saro, dziękuję za komentarz. Fajnie, że w końcu znalazł się ktoś, komu podobały się obie strony opowiadania. Już pisałem, że też jestem troszkę niezadowolony z proporcji w jakich się rozłożyły obie części. Do sugestii Asylum, aby bardziej uwypuklić wątek samotności, dodaję twoją, aby ukazać jakąś (rodzącą się z czasem) więź bohatera ze statkiem – w końcu to też “wypasiona” SI. Cieszę się że doceniłaś moje studia nad kolorami. I “last but not least” – dzięki za kliczka. smiley

Środek transportu i sama podróż stała się tu pretekstem do głębszych przemyśleń i to one najbardziej mi się spodobały :) , jakkolwiek “Pchełka” też wypadła na plus. No i samotność… Poza tym ładnie napisany tekst, który w moim odczuciu jak najbardziej zasługuje na bibliotecznego klika :)

Dziekuje Katiu za komentarz i klika. Tyle tylko, bo nie lubimy sie z telefonem.

Oj, ja też się nie lubię :) Ja nawet nie lubię się z laptopem. Tylko klasyczny pecet i myszka :)

Nienawidzę touchpadów

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Oj, ja też… Do laptopa zawsze podłączam myszkę , nawet w pociągu :)

Siostro!!! heart

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

heartsmiley

 

A według mnie tekst robią wstawki autorskie. Bo sama wyprawa – szału nie ma. Raczej odbieram ją jako pretekst do pokazania rozkmin.

Skrócona ewolucja moich odczuć co do wstawek: O, interesujący pomysł. Trochę za gęsto, szatkują właściwy tekst. Aaaa, to o to chodziło – fajna wartość dodana.

Tą pierwszą traktuje on 

Tę pierwszą.

to czytelnik domyślił by się

Domyśliłby się.

Babska logika rządzi!

Ale to mi się podobało. Fajny pomysł na wstawki autorskie. Nie tylko opowiadasz historię, ale jednocześnie ją komentujesz i mówisz, co w ogóle myślisz o przyszłości, jak ją sobie wyobrażam. Zgadzam się z Finklą, sama historia, bez wstawek pewnie przeszłaby niezauważona, ale matanarracją zrobiłeś z niej perełkę.

Kliczek. :)

Fabuła: Utwór o dwuwątkowej konstrukcji, na pierwszy plan wybija się tutaj nie tyle sama historia, co zewnętrzny komentarz zapisywany kursywą, stanowiący refleksję na temat twórczości, pozwalający czytelnikowi spojrzeć na tekst z perspektywy autora. Całkiem udany eksperyment prezentujący wątpliwości co do sensowności sztampowych space oper.

Oryginalność: Powtarzalność historii o eksploracji kosmosu pełni tutaj ściśle określoną funkcją, jest przedmiotem analizy literackiej. Cóż, takich zabiegów łamiących granicę pomiędzy literackim światem a rzeczywistością było już sporo, tutaj wyszło to w porządku, ale raczej nie będzie to tekst wybitnie zapadający w pamięć. Finalne konkluzje co do tego, że ludziom przypadnie rola hegemonów kosmosu, a nie tylko jednej z wielu ras w przestrzennym kotle – gdzieś już chyba to słyszałem…

Styl: Czytało się sprawnie i szybko, choć zdarzyło się trochę usterek np. zgubione przecinki: "ciągle nie wie czy wymyślone przez niego androidy można nazwać żywymi". Fajne humorystyczne zabiegi w części "fabularnej".

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Żałuję, że “Pchełka” nie znalazła się wśród wyróżnionych tekstów, ale jeszcze nie czytałam większości tych z listy, więc nie wiem, jak rozłożyłyby się moje głosy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zacznę od tego, że wróciłem do klawiatury i zaprzyjaźniam się z nowym komputerem – radość. laughheart

A dalej to po kolei:

Finklo, podoba mi się ewolucja Twoich odczuć, szkoda, że wzbudziłem to środkowe. Dzięki za klika i cieszę się że się podobało.

Irko, dzięki za miłe słowa i za kliczka oczywiście – wirtualnie mam sześć. yes

Wickedzie, dzięki za komentarz i ocenę – ciekawe ile punktów zebrałem.

drakaino – też mi żal, szczególnie, ze czuję że byłem blisko.

Oj tam, oj tam. Muszą być górki i dołki. Gdyby ciągle było równo, podróż stałaby się monotonna.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, czy już o to pytałam (może na becie?), ale czy planujesz dalszy ciąg w tym uniwersum?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Raczej nie planuję rozwijać tego uniwersum, chociaż pisząc to zaczynam “rozkminiać” co też mogło by się zdarzyć w Andromedzie. Bardziej ciągnie mnie do świata wykreowanego na psokoty. Fajnie byłoby opowiedzieć ten świat trochę lepiej, a i jakieś pomysły na fabułę też się po głowie plątają.

 

A przy okazji punktacja od Wickeda:

Fabuła: 6

Oryginalność: 6,67

Styl: 5,33

Ogółem: 6,00

 

Daleko do dziesiątki nie było – kilka przecinków, kilka razem czy osobno, i kto wie?

Graty :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytał.

Spodobało się.

Jak zwykle nie zdążył z klikiem.

Lubię wszelkie eksperymenty, zabawy formą i inne tego typu “zabiegi” na literaturze, więc podświadomie czułem, że tekst może mi przypaść do gustu. Podobał się pomysł z tymi wtrąceniami autora. Przede wszystkim dlatego, że wnosi coś do tekstu. Nie jest to tylko eksperyment typu “sztuka dla sztuki”. Już w trakcie lektury przyszło mi do głowy, że właściwie najbardziej ów eksperyment mogliby docenić ci czytelnicy… którzy sami nie bawią się w pisanie. Dla nich mogłaby to być taka naprawdę szersza perspektywa, a jednocześnie szansa (być może jedyna) by poczuć się przez chwilę jak autor i spojrzeć na tekst jego okiem i dylematami. My możemy to docenić jedynie połowicznie, co nie zmienia faktu, że jest to (przynajmniej dla mnie) w odbiorze bardzo przyjemne.

Sam eksperyment wydaje się większą wartością opowiadania, niż fabuła. Ona jest z kolei nie tyle pretensjonalna, ile raczej nie w pełni wykorzystana. Widzę tu w każdym razie pewien potencjał. Natomiast na plus przy tej podróży trzeba zapisać taki bardzo luźny, naprawdę fajny styl opowieści. Nawet jeśli cała historia nie ma jakichś większych szans, żeby mocniej porwać (choć może i nie taka jest jej rola), to ów lekki styl doskonale pasuje do całej koncepcji opowiadania. A i czyta się dzięki temu całkiem przyjemnie.

Ponieważ tekst, obiektywnie rzecz biorąc, oceniam raczej dobrze, skupię się może na tych kilku elementach, których zabrakło mi do “bardzo dobrze”. Nie będą to ani wady tekstu, ani konkretne zarzuty, ale zwykłe odczucia i przemyślenia, które pojawiały się w trakcie lektury. Takie, które traktowałbym raczej jako materiał poglądowy, aniżeli czepy. 

Przede wszystkim nie pasowała mi proporcja eksperymentu do tekstu. Te wstawki z przemyśleniami autora widziałbym raczej jako incydentalne. Taka pojawiająca się z rzadka wartość dodana tekstu. Smaczek, uzupełniający fabułę. U Ciebie były zaś te wstawki były jednym z dwóch fundamentów opowiadania. Przy takich eksperymentach, jak sądzę, niezależnie od konceptu należy pamiętać, że czytelnik będzie szukał w opowiadaniu przede wszystkim dobrej, ciekawej historii. Wszystko, co ponadto, będzie wartością dodaną, natomiast ta historia w większości przypadków to chyba jednak taki niezbędny (i jedyny w zamyśle) fundament.

Podkreślę jeszcze, że to, co napisałem powyżej, bierze się po części również z własnych doświadczeń. Próbowałem dość podobnego eksperymentu dwukrotnie, dwukrotnie też go kładem, więc siłą rzeczy mam pewne wnioski, które (być może) mogą Ci się jakoś przydać.

We wstawkach zapisanych kursywą nie podobało mi się za bardzo określenie “autor”. Ono jest jakieś dalekie. Trzyma mnie trochę na dystans. Jestem, jak gdyby, gdzieś za tym autorem i obserwuję jego zmagania. A ja wolałbym być bezpośrednio nim. Dlatego bardziej by mi tu pasował taki mocno bezpośredni właśnie strumień świadomości, dzięki któremu raz będę autorem, a raz pilotem “Pchełki”.

Na koniec uwaga dosyć ogólna, wartościowa właściwie tylko wtedy, jeśli będziesz robił dalsze podejścia pod ten eksperyment (a warto, bo jest wartościowy, mimo że do takiej naprawdę optymalnej formy tej koncepcji będziesz prawdopodobnie potrzebował aż kilku prób :)). Jeśli decydujesz się na tego typu wstawki, musisz pamiętać, że każda z nich wyciąga za uszy czytelnika z danej historii. Fabuła musi być więc interesująca, ale jednocześnie nie możesz w nią za głęboko tego czytelnika wciągnąć. Wtedy bowiem cały eksperyment nie będzie już wartością dodaną opowiadania, ale właśnie takim natrętem, wyciągającym niepotrzebnie czytelnika z samego serca historii.

Przyznam Ci szczerze, że na dzisiaj nie mam pojęcia, jak taka optymalna dla tej formy opowiadania fabuła mogłaby wyglądać.

Tyle ode mnie. 

Na koniec raz jeszcze przypomnę, że oceniam to opowiadanie jako jednoznacznie dobre i ciekawe, żeby czasem nie umknęło Ci to gdzieś przy lekturze uwag i spostrzeżeń. :)

Kłania się nowo mianowany Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant. :)

P.S. Bazując na własnych doświadczeniach, spodziewam się marudzenia Anet. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Drakaino – dzięki.

CMie, to na prawdę wielka przyjemność przeczytać tego typu komentarz – i wcale nie mam tu na myśli, że taki pozytywny. Bardzo fajnie analizujesz tekst, w interesujący sposób przekazujesz swoje odczucia i co najważniejsze udzielasz początkującemu pisarzowi cennych rad. Nawet, gdyby twój komentarz był bardzo negatywny i tak docenił bym jego wartość.

Już w trakcie lektury przyszło mi do głowy, że właściwie najbardziej ów eksperyment mogliby docenić ci czytelnicy… którzy sami nie bawią się w pisanie.

Bardzo celna uwaga, gdzieś z tyłu głowy, cały czas coś takiego mi siedziało.

 

We wstawkach zapisanych kursywą nie podobało mi się za bardzo określenie “autor”. (…) bardziej by mi tu pasował taki mocno bezpośredni właśnie strumień świadomości, dzięki któremu raz będę autorem, a raz pilotem “Pchełki”.

Tak też było w pierwotnej wersji – zmieniłem po dyskusjach nad beta wersją i moim zdaniem tak jest lepiej, przemyślenia autora w pierwszej osobie miały zbyt “pamiętnikowe” zabarwienie. Ostatecznie do zmiany przekonała mnie rada “żeby było bardziej widać, że one są “artystycznie przemyślane”, a nie stanowią notatek z pisania ;) Że to są świadomie napisane “notatki”. Zgadzam się jednakowoż z tezą, że taki zabieg stwarza pewien dystans.

Jeśli decydujesz się na tego typu wstawki, musisz pamiętać, że każda z nich wyciąga za uszy czytelnika z danej historii.

Następna bardzo cenna uwaga. W tym konkretnym przypadku nie ma z tym problemu, historia, jak wszyscy zauważyli, jest niezbyt wciągająca.

I wpadaj pod moje opowiadania jak najczęściej, SLD-P (o kurczę, ten skrót nie wygląda zbyt dobrze). laugh

Mnie jakoś niespecjalnie spodobał się mariaż opowieści z wynurzeniami Autora na temat jej tworzenia. Nie muszę wiedzieć, co powoduje Autorem gdy pisze, ani jakie rozterki i dylematy wpłynęły na kształt dzieła, wolałabym samo dzieło I historię Monrela uczestniczącego w programie GALGEN.

Mam nadzieję, że ten eksperyment pomógł Ci w poszukiwaniu drogi do swojego miejsca na tej pisarskiej ziemi.

Wykonanie mogłoby być lepsze. Szkoda, że wcześniej wskazane błędy i usterki nie zostały poprawione.

 

– Pro­szę sia­dać, panie Mon­rel.Po­wie­dzia­ła re­kru­ter­ka…  ―> Pro­szę sia­dać, panie Mon­rel – po­wie­dzia­ła re­kru­ter­ka

 

po­przez skla­sy­fi­ko­wa­nie wszyst­kich,tu za­wie­si­ła głos… ―> Przed półpauzą nie stawia się przecinka. A skoro zawiesiła głos, to przed półpauzą postawiłabym wielokropek. …po­przez skla­sy­fi­ko­wa­nie wszyst­kichTu za­wie­si­ła głos

 

wy­ko­nać co naj­mniej jeden obieg ter­mo­dy­na­micz­ny” ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

po cho­le­rę bo­ha­ter wziął ro­bo­tę? ―> …po cho­le­rę bo­ha­ter wziął ro­bo­tę?

 

współ­rzęd­ne celu mogą byś prze­ło­żo­ne na język―> Literówka.

 

Przy­dał by się jakiś po­mysł po­dob­ny do “przy­pra­wy” z Diuny”―> Niezbyt czytelny znajduję zapis, kiedy zdanie ujęte w cudzysłów zawiera słowo w cudzysłowie.

Proponuję: Przy­dałby się jakiś po­mysł po­dob­ny do «przy­pra­wy» z DiunyLub: Przy­dałby się jakiś po­mysł po­dob­ny do »przy­pra­wy« z Diuny”

 

za­rów­no od stro­ny fi­zycz­no–zdro­wot­nej―> …za­rów­no od stro­ny fi­zycz­no-zdro­wot­nej

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Te­le­por­ta­cja mogła by się wy­da­wać―> Te­le­por­ta­cja mogłaby się wy­da­wać

 

zi­ry­to­wa­ny nie­moż­no­ścią znalezie­nia w necie in­for­ma­cję, że pchły… ―> Literówka.

 

po­cząw­szy od win­dow­sa, po­przez go­ogla―> …po­cząw­szy od Win­dow­sa, po­przez Go­ogle

 

takie pro­duk­ty jak owoce - czy jest moż­li­we―> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Di nigdy nie od­zy­wał się nie py­ta­ny… ―> Di nigdy nie od­zy­wał się niepy­ta­ny

 

– Co się dzie­je z sondą da­le­kie­go za­się­gu numer pięć? – spy­ta­łem ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

two­rzy­ły bok o dłu­go­ści 24 ki­lo­me­trów. ―> …two­rzy­ły bok o dłu­go­ści dwudziestu czterech ki­lo­me­trów.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

wy­lo­so­wa­nie w to­to­lot­ku liczb 1,2,3,4,5,6? ―> A może spacje po przecinkach?

 

co do jed­nej, – za­ak­cen­to­wał… ―> Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

pewne dzia­ła­nia ma­ją­ce na celu zna­czą­ce roz­sze­rze­nie do­tych­cza­so­wej dzia­łal­no­ści. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

mam dla pana pewną pro­po­zy­cję. Chciał­bym za­pro­po­no­wać panu… ―> Jak wyżej.

 

po­win­no ist­nieć ja­kieś 250 ty­się­cy―> …po­win­no ist­nieć ja­kieś dwieście pięćdziesiąt ty­się­cy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, jak zwykle dziękuję, a tym razem jeszcze przeprosić muszę. Brakło mi czasu, (a jak był, to ochoty) żeby po ogłoszeniu wyników, nanieść poprawki. Obiecuję, że jutro.

Ciekaw jestem, czy Ty czytujesz czasami dzieła z kategorii “space opera”? Jeśli tak, to czy przyszło Ci kiedyś do głowy pytanie “kto i jak produkuje statki kosmiczne”? Jeśli tak, to czy masz jakąś teorię na ten temat?

Dalsze komentarze z mojej strony zależą od odpowiedzi na pierwsze pytanie. 

Bardzo proszę, Fizyku. Cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

I nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbyś mnie za coś przepraszać. ;)

 

Cie­kaw je­stem, czy Ty czy­tu­jesz cza­sa­mi dzie­ła z ka­te­go­rii “space opera”?

Owszem, Fizyku, czasami, jeśli pojawią się na tej stronie.

 

Jeśli tak, to czy przy­szło Ci kie­dyś do głowy py­ta­nie “kto i jak pro­du­ku­je stat­ki ko­smicz­ne”?

Nie, nigdy mnie to zastanowiło. No i wszystkie statki, o których czytałam, były gotowe, a w większości przypadków rzecz zaczynała się w już lecącym pojeździe. Skutkiem tego, jak się domyślasz, nie mam żadnej teorii na temat ich powstawania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest.

Początkowo przeplatanie dwóch narracji i dwóch opowieści mnie irytowało, zaburzało lekturę “właściwej” historii. Jednak w miarę czytania dałam się wciągnąć na tyle, że zaczęłam się zastanawiać, która część jest tą główną i właściwą. Muszę więc w ostatecznym rozrachunku przyznać, że ten eksperyment wyszedł nawet całkiem dobrze. Zwłaszcza że akcja gwiezdnej podróży toczy nie niezwykle leniwie, bez zwrotów i szaleństw. Jednak nie wyobrażam sobie większej liczby tekstów, czy jednego dłuższego, o konkretniejszej fabule, które by tak zostały napisane. 

Do jakości większych uwag nie mam, było kilka ciekawych elementów i nawiązań, jak tytułowa pchełka. Za to – spory plus.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@regulatorzy

No i wszystkie statki, o których czytałam, były gotowe, a w większości przypadków rzecz zaczynała się w już lecącym pojeździe.

A na tym statku panuje zwykle ekonomia, socjologia i psychologia, żywcem przeniesione z XX wieku (rzadko który autor próbuje uciec spod brzytwy Lema) – ja mniej więcej o tym, i jak najbardziej rozumiem, że nie wszystkich to interesuje. Byli tacy co ostrzegali – “nie wiem, jak będzie z odbiorem na portalu, tu jednak króluje bardziej ortodoksyjne podejście do tekstu” – ale i tak jest lepiej niż się obawiałem.

 

@śniąca

Dzięki za komentarz, cieszę się,że jednak wciągnęło. Nie zamierzam pisać “w tym stylu”, chciałbym jednak nauczyć się pisać opowiadania na temat pytań, które stawia sobie Autor.

Cóż, Fizyku, pozostaje mi życzyć, żebyś wyzbył się obaw i aby w przyszłości było coraz lepiej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wracam z jurorskim podsumowaniem:

 

Opowiadanie bardzo w moim guście. Podoba mi się ogranie sztampowości i przewidywalności samej kosmicznej fabuły (łącznie z tym, że komentarzom autora o różnicach między cywilizacją przyszłości a tą naszą towarzyszą nie różniące się kompletnie od współczesnego standardu rozkminy bohatera o typach kobiet i o wódce :) ). Pomysł na autotematyczne komentarze i generalnie za opowiadanie o pisaniu opowiadania uważam za fajny i udany, zwłaszcza że zrealizowany jest lekko, bez zadęcia. Zdecydowanie mi się podobało.

Bardzo dziękuję, jurorko ninedin za pochwały.

Zasadniczo pozytywny odbiór tego opowiadania sprawia, że nie porzucę pisarskich eksperymentów i nadal będę kombinował z formą. I nadal będę się zastanawiał, czy da się opisywać daleką przyszłość nie używając XX-wiecznych rekwizytów.

Cieszę się że trafiłem w jurorski gust.

 

PS:

A jednak brakło dwóch jurorskich punkcików do pierwszej dziesiątki.

Przyjrzałabym się przecinkom i zapisowi dialogów.

Nie podobały mi się te fragmenty kursywą – jest ich za dużo, odwracały uwagę od fabuły, przyznam szczerze, że pod koniec już tylko skanowałam, być może nie umiem docenić eksperymentu albo coś.

Poza tym czytało mi się całkiem przyjemnie :)

Anet, dzięki, że tu wpadłaś i przeskanowałaś “Pchełkę”. Jak coś nie leży, to na przykład wisi – i nic na to nie poradzimy. smiley

Cieszę się, że przynajmniej czytało się przyjemnie (rozumiem, że tą część nie kursywą).

Przyjrzę się przecinkom (a raczej ich brakowi jak się domyślam), chociaż przy takiej konstrukcji zdania, zawsze mnie korci aby odpowiedzieć “No to się przyjrzyj”. winksmiley

Wiesz, ja leń jestem i zazwyczaj mi się nie chce :/

Część kursywą też czytało mi się dobrze, tylko mnie odciągała od tej niekursywą, a ja tego nie lubię.

Nowa Fantastyka