- Opowiadanie: arya - Przystanek: Etiologia nieznana

Przystanek: Etiologia nieznana

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Przystanek: Etiologia nieznana

Szli za nią nie wia­do­mo skąd ani jak długo, choć wcale nie ukry­wa­li swej obec­no­ści. Puste ulice po­grą­żo­ne­go we śnie mia­sta mil­czą­co śle­dzi­ły ich swo­bod­ne, aro­ganc­kie ruchy przez szkło za­sło­nię­tych okien. Mimo że nie­tłu­mio­ny śmiech niósł się mię­dzy odra­pany­mi ka­mie­ni­ca­mi, Lena za­uwa­ży­ła dwój­kę męż­czyzn do­pie­ro po do­tar­ciu na przy­sta­nek.

Obaj no­si­li maski. Po­zo­sta­ło­ści po hal­lo­we­eno­wych hu­lan­kach sprzed kilku dni. Para wy­szcze­rzo­nych klau­nów z kła­kiem zie­lo­nych wło­sów przy­kle­jo­nym do pla­sti­ku. Se­zo­no­wy trend.

– Hej, stary, jak to było? Upić i po­sma­ro­wać dupę ole­jem ro­ślin­nym? – usły­sza­ła okrut­ne, drwią­ce głosy.

Strach ści­snął jej żo­łą­dek lo­do­wa­tą pię­ścią. Chra­pli­wy re­chot dru­gie­go z klau­nów odbił się echem w gło­wie. Za­kry­ła uszy dłoń­mi, chcąc od­ciąć się od tego okrop­ne­go dźwię­ku. Za­ci­snę­ła po­wie­ki, mocno, aż za­tań­czy­ły pod nimi iskier­ki i ryt­micz­nie, siląc się na spo­kój, wdy­cha­ła i wy­dy­cha­ła za­tru­te smo­giem po­wie­trze.

Tram­waj po­ja­wił się zni­kąd. Wje­chał na przy­sta­nek poza roz­kła­dem, mącąc aurę trium­fu my­śli­wych, nie­spiesz­nie osa­cza­ją­cych swoją ofia­rę. Jedne, je­dy­ne drzwi sta­nę­ły otwo­rem. Lena rzu­ci­ła się w ich stro­nę, igno­ru­jąc pa­lą­cy ból w cho­rych sta­wach, nie za­przą­ta­jąc sobie głowy od­czy­ta­niem nu­me­ru.

– Masz pecha, laska. – Czy­jaś ręka chwy­ci­ła ją mocno za prze­gub; omal się nie prze­wró­ci­ła. Mo­men­tal­nie jed­nak wra­że­nie do­ty­ku znik­nę­ło: póź­niej nie pa­mię­ta­ła, czy to jej skóra, zbyt wil­got­na od potu, spo­wo­do­wa­ła, że w jakiś spo­sób ze­śli­zgnę­ły się z niej te obrzy­dli­we palce, czy jakoś za­ata­ko­wa­ła zwy­rod­nial­ca.

Drzwi za­trza­snę­ły się, ledwo prze­kro­czy­ła próg tram­wa­ju.

***

Stop­nie oka­za­ły się stro­me i śli­skie. Coś je po­kry­wa­ło, jakaś ciecz. Spe­cy­ficz­ny za­pach draż­nił noz­drza. Me­ta­licz­ny, słod­ka­wy. W bły­ska­ją­cym nie­sta­bil­nie świe­tle ja­rze­nió­wek Lena do­strze­gła jej barwę: czer­wo­na. Jak roz­la­ny ma­li­no­wy sok.

Huk­nę­ło. Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła się na schod­ku, ude­rza­jąc lę­dź­wia­mi o alu­mi­nio­wy kant. Klaun stał po dru­giej stro­nie oszklo­nych drzwi. Nie­ru­cho­me, sztucz­nie wy­krzy­wio­ne w uśmie­chu usta praw­do­po­dob­nie wy­krzy­ki­wa­ły słowa, które gi­nę­ły tłu­mio­ne przez metal, two­rzy­wo i uszczel­ki. Raz jesz­cze wal­nął pię­ścią w szybę. Lena pod­sko­czy­ła, wi­dzia­ła pa­luch wdu­sza­ją­cy przy­cisk słu­żą­cy roz­su­wa­niu skrzy­deł. Ma­szy­na nie re­ago­wa­ła. Stała mar­two na przy­stan­ku, jakby obec­ność no­we­go pa­sa­że­ra roz­stro­iła stare me­cha­ni­zmy.

– Po­win­naś wy­siąść – roz­legł się mięk­ki, chło­pię­cy głos.

Wśród brzę­cze­nia ze­psu­te­go oświe­tle­nia oraz wście­kłych ata­ków nie­do­szłe­go gwał­ci­cie­la, Lena nie usły­sza­ła kro­ków. Prze­stra­szo­na ob­ró­ci­ła się za sie­bie.

Wszę­dzie roz­la­no sok. Na pod­ło­dze, sie­dze­niach. Wi­dzia­ła po­trza­ska­ne, jed­no­ra­zo­we strzy­kaw­ki z za­cie­ka­mi na ścian­kach.  Pod no­ga­mi chrzę­ści­ły po­roz­rzu­ca­ne igły. Je­dy­ny ka­sow­nik wy­glą­da­ją­cy na spraw­ny, zo­stał przez kogoś za­tka­ny tro­feum w po­sta­ci zu­ży­tej pre­zer­wa­ty­wy. Po dru­giej stro­nie bur­de­lu na kół­kach, w prze­ciw­nym końcu wa­go­nu, ni­czym kró­le­wicz pod­niet i uza­leż­nień stał na­sto­let­ni, chudy chło­pak w czar­nym dre­sie. Za jego ple­ca­mi ścia­na krzy­cza­ła wul­ga­ry­zma­mi na­ba­zgra­ny­mi ko­lo­ro­wym spray­em.

– Nie mo­żesz tu zo­stać.

Lena chwiej­nie pod­nio­sła się ze schod­ka. Za ple­ca­mi czuła wi­bra­cje ata­ko­wa­nej wście­kle szyby.

– Mu­sisz wy­siąść – po­wtó­rzył chło­pak sta­now­czo. – Nie przy­je­cha­li­śmy do cie­bie. – Po­wiódł spoj­rze­niem brą­zo­wych oczu ponad ra­mie­niem dziew­czy­ny. – Wpuść go.

W dziew­czy­nie za­wrza­ła złość. Pod wpły­wem im­pul­su po­ka­za­ła mu środ­ko­wy palec. Chło­piec wpa­try­wał się w nią wzro­kiem bez wy­ra­zu. Wło­żył ręce do kie­sze­ni i stał nie­ru­cho­mo, nie uczy­niw­szy ani kroku. Jakby dzie­li­ła ich od sie­bie jakaś nie­wi­dzial­na ba­rie­ra. Nie otwo­rzył drzwi, a prze­cież wy­star­czy­ło wci­snąć guzik.

Guzik był w za­się­gu jej ręki, nie jego, uświa­do­mi­ła sobie.

Szarp­nę­ło i znów zna­la­zła­by się na pod­ło­dze, gdyby w ostat­niej chwi­li nie zła­pa­ła po­rę­czy. Po­ręcz rów­nież czymś za­sma­ro­wa­no. Była lepka i nie­na­tu­ral­nie cie­pła. Lena spoj­rza­ła na upa­pra­ne czer­wie­nią dło­nie. Nie­ja­sno zda­wa­ła sobie spra­wę, że nie mógł to być sok. Pa­trzy­ła na ręce, jakby na­le­ża­ły do kogoś in­ne­go. Równe palce, zgrab­nie za­ry­so­wa­ne stawy. Nie taki obraz pa­mię­ta­ła z tego po­ran­ka.

Gdzie opu­chli­zna? Kości po­wy­gi­na­ne wzglę­dem sie­bie ni­czym w ku­rzej sto­pie?

Za prze­szklo­ny­mi drzwia­mi la­tar­nie i za­par­ko­wa­ne sa­mo­cho­dy prze­wi­ja­ły się jak fil­mo­wa taśma. Przy­spie­sza­li.

Sy­ci­ła wzrok ka­lej­do­sko­pem blo­ko­wisk i dom­ków na przed­mie­ściach, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy na tym od­cin­ku po­ło­żo­no tory. Stop­nio­wo po­dwór­ka roz­ma­zy­wa­ły się w cha­otycz­ną smugę, a mury za­czę­ły wy­le­wać się ze swych za­ry­sów. Trzę­sło tak mocno, że mu­sia­ła trzy­mać po­ręcz obu­rącz. Wkrót­ce roz­bo­la­ła ją głowa, a wnętrz­no­ści za­pro­te­sto­wa­ły. Kiedy na chwiej­nych no­gach wspię­ła się po schod­kach na górę, ma­rzy­ła tylko o tym, aby się po­ło­żyć.

***

Te­le­fon ko­mór­ko­wy nie­zmien­nie od­no­to­wy­wał brak za­się­gu. Nie mogła nawet za­dzwo­nić po pomoc. Na po­li­cję czy do współ­lo­ka­tor­ki. Marta z pew­no­ścią za­uwa­ży­ła już jej nie­obec­ność. Ile czasu minie zanim za­wia­do­mi służ­by? Ty­dzień? Dwa? Lenie zda­rza­ło się w prze­szło­ści wy­jeż­dżać bez słowa do ro­dzi­ców. Nie zo­sta­wia­ła Mar­cie nu­me­ru ani kar­tecz­ki.

Zatem mi­ni­mum dwa.

Na uczel­ni nie po­ja­wia­ła się od mie­się­cy, z mamą roz­ma­wia­ła tylko wtedy, gdy sama chcia­ła. Do ojca nie dzwo­ni­ła nigdy.

Gdyby mogła, łka­ła­by w rękaw. Albo szlo­cha­ła, naj­gło­śniej jak się da. Tym­cza­sem myśli dziew­czy­ny ocię­ża­le po­szy­bo­wa­ły w kie­run­ku gni­ją­cej głowy.

Głowa wy­sta­wa­ła ponad kra­wędź krze­seł­ka, opar­ta o szybę. Każde szarp­nię­cie tram­wa­ju rzu­ca­ło nią na boki, jakby ba­wiąc się jej bez­wład­no­ścią. Sze­ro­kie ra­mio­na okry­wa­ła wy­pło­wia­ła, znisz­czo­na kurt­ka. Przez szcze­li­nę po­mię­dzy brud­nym sza­li­kiem a koł­nie­rzem wy­sta­wa­ło nagie, szare ciało. Nawet z tej od­le­gło­ści wi­dzia­ła nie­wy­raź­nie jego obute w trze­wi­ki stopy.

Umarł, bo wy­brał nie­od­po­wied­ni numer? Czy może – po­dob­nie jak ona – z ja­kie­goś po­wo­du nie miał wy­bo­ru?

Tak, chcia­ła­by móc się wy­pła­kać. Łzy za­wsze dzia­ła­ły na nią oczysz­cza­ją­co. Po tym jak od­trą­ca­no ją w szko­le, uzna­wa­no za dziw­ną, albo gdy do­wie­dzia­ła się, że obez­wład­nia­ją­cy, nie­ustan­ny ból w koń­czy­nach nosi nazwę roz­pę­dzo­ne­go reu­ma­to­idal­ne­go za­pa­le­nia sta­wów.

Kilka dni temu jej le­karz oznaj­mił, iż po­mi­mo przyj­mo­wa­nych leków cho­ro­ba prze na­przód i nic wię­cej nie można po­ra­dzić, do­pó­ki po­stęp w me­dy­cy­nie nie przy­nie­sie no­we­go roz­wią­za­nia.

Po­stęp przy­nie­sie. Zgrab­ne, bier­ne pod­su­mo­wa­nie. Jakby samo z sie­bie miało komuś pod­sta­wić nogę albo spaść z nieba.

Od tego czasu Lena nie na­po­tka­ła spo­sob­no­ści, by wylać z sie­bie żal.

Może więc le­piej, że wsia­dła do tego prze­klę­te­go wa­go­nu, cze­go­kol­wiek czę­ścią by on nie był i nawet jeśli przyj­dzie jej w nim umrzeć. Teraz, zaraz, a nie mę­czyć się la­ta­mi z cho­ro­bą, która nie prze­ry­wa­ła żniw.

Wokół butów trupa zbie­ra­ła się ka­łu­ża. Żółta, gęsta, wy­pły­wa­ła po­wo­li spod wy­pło­wia­łej no­gaw­ki. A może to ropa prze­sła­nia­ła Lenie widok? Za­mru­ga­ła kil­ka­krot­nie, by się prze­ko­nać.

Obraz nie znik­nął. Na jej oczach po­wierzch­nię ka­łu­ży wzbu­rzył jakiś ruch po­wie­trza, za­ko­tło­wa­ła się i po­dzie­li­ła. Scena przy­po­mi­na­ła ko­bie­cie uję­cia baj­ko­we, w któ­rych dusza odłą­cza­ła się od mar­twe­go ciała. Nie­ma­te­rial­ny skra­wek pół­prze­źro­czy­ste­go cze­goś nie­zgrab­nie pełzł po pod­ło­dze, od­da­la­jąc się od ciała. Zanim nie­spo­dzie­wa­nie zga­sły wszyst­kie ja­rze­niów­ki, Lena uj­rza­ła jesz­cze parę czar­nych adi­da­sów, mi­ja­ją­cych duszę o kilka mi­li­me­trów.

***

Głód po­że­rał żo­łą­dek. Nad­brzu­sze pa­li­ło, jakby ślu­zów­kę na­rzą­du po­chła­nia­ły en­zy­my w celu po­zy­ska­nia za wszel­ką cenę ener­gii. Usta, suche i po­pę­ka­ne, pró­bo­wa­ły zła­go­dzić pra­gnie­nie, uwal­nia­jąc spo­ra­dycz­nie kro­pel­kę krwi, ni­czym cu­dow­nie bi­ją­ce źró­dło na pust­ko­wiu. Język, któ­rym je zli­zy­wa­ła, rów­nie do­brze mógł­by być ka­wał­kiem drew­na.

Lena bu­dzi­ła się i za­sy­pia­ła, leżąc na pod­ło­dze mię­dzy pla­sti­ko­wy­mi sie­dze­nia­mi. Stra­ci­ła ra­chu­bę czasu. Ile mi­nę­ło? Dzień? Dwa? Wy­da­wa­ło jej się, że wieki.

Czy na­praw­dę było warto? Może na­le­ża­ło zo­stać na chod­ni­ku…

***

Wy­god­nie. Cie­pło. Aro­mat sy­ro­pu z czar­ne­go bzu, który bab­cia za­wsze do­da­wa­ła do her­ba­ty. Bez­piecz­nie.

Lena z wy­sił­kiem otwo­rzy­ła oczy, mo­dląc się, by nie były to zwod­ni­cze omamy.

– Obu­dzi­łaś się. – Chło­pię­cy, roz­stro­jo­ny głos na po­gra­ni­czu mu­ta­cji wy­peł­nił jej świa­do­mość. Le­ża­ła na mięk­kim, dmu­cha­nym ma­te­ra­cu, a obok sie­dział na­sto­la­tek w dre­sie. Przy­sta­wił jej do ust roz­grza­ny kubek. Tak, to ten smak. Czar­na ze słod­kim so­kiem.

– Prze­pra­szam, że ucie­kłem. Mo­tor­ni­czy wpadł­by w szał, gdyby do­wie­dział się, że po­zwo­li­łem wsiąść nie­au­to­ry­zo­wa­nej oso­bie.

Lena po­cią­gnę­ła łyk her­ba­ty, zęby za­dzwo­ni­ły o por­ce­la­nę. Do­brze, że nie trzy­ma­ła fi­li­żan­ki, ręce drża­ły jej okrop­nie.

– Nie po­win­naś była wsia­dać do Pusz­ki.

Od­wa­ży­ła się unieść wzrok. Po­wi­tał ją po­nu­ry, zga­szo­ny wyraz na bla­dej, mło­dej twa­rzy o prze­cięt­nej uro­dzie. Kru­czo­czar­ne włosy, wo­sko­wa­ta skóra i zwy­kła bluza z bia­ły­mi pa­ska­mi na ra­mio­nach. Nie wy­róż­niał­by się ni­czym po­śród ró­wie­śni­ków na blo­ko­wym po­dwór­ku.

– To wszyst­ko to tylko okrop­na po­mył­ka. Wy­sa­dzę cię jak tylko będę mógł.

Chło­piec po­sta­wił kubek na pod­ło­dze i pod­niósł się z miej­sca.

– Będę za­glą­dał co jakiś czas. Tam leży torba z je­dze­niem. – Jego twarz znik­nę­ła Lenie z pola wi­dze­nia. – Jeśli któ­re­goś dnia wagon znie­ru­cho­mie­je, spró­buj otwo­rzyć drzwi i ucie­kaj – usły­sza­ła, nim od­głos kro­ków ucichł w od­da­li.

***

Rze­czy­wi­ście za­glą­dał w wol­nych chwi­lach, a Lena w wol­nych chwi­lach zwra­ca­ła uwagę na jego obec­ność. Nie roz­ma­wia­li wiele, zwy­kle wy­mie­nia­li tylko po­je­dyn­cze grzecz­no­ści. On ostroż­ny­mi uśmie­cha­mi i mi­ły­mi ge­sta­mi pró­bo­wał prze­ko­nać ją o do­brych za­mia­rach, pół­słów­ka­mi wspo­mi­nał, jakim tram­waj jest wspa­nia­łym miej­scem. Ona za­sta­na­wia­ła się, czemu jesz­cze jej nie wy­sa­dził.

– Sta­ram się – za­pew­niał, ale mu nie ufała. Py­ta­nia ci­snę­ły się na usta, jed­nak nie wy­ma­wia­ła ich przy nim na głos. Wo­la­ła uda­wać, że jest silna. Nie oka­zy­wać stra­chu.

W mię­dzy­cza­sie chło­piec w czar­nym dre­sie zni­kał w in­nych wa­go­nach, a dziew­czy­na prze­sia­dy­wa­ła przy oknie, przy­kle­ja­jąc czoło do chłod­nej tafli. Wszyst­ko wy­da­wa­ło jej się dziw­ne i nie­na­tu­ral­ne.

Tram­waj sunął przez lasy oto­czo­ne au­re­olą zło­tych liści, je­zio­ra czer­ni za­ora­nych pól, pasma miast – cza­sem tłocz­nych i tęt­nią­cych ży­ciem, cza­sem pu­stych, za­le­wa­nych po­je­dyn­czy­mi ry­ka­mi krów oraz gda­ka­niem kur­cza­ków. Dwa razy zwol­ni­li, a spo­glą­da­jąc przez okno Lena od­nio­sła wra­że­nie efek­tu spo­wol­nie­nia czasu. Zu­peł­nie jakby ktoś wrę­czał jej pi­lo­ta do ręki i dzię­ki wy­bra­niu od­po­wied­nie­go przy­ci­sku była w sta­nie do­strzec twa­rze ludzi ocze­ku­ją­cych na przy­stan­kach po­środ­ku ni­cze­go.

Cza­sem ob­li­cze na­le­ża­ło do jed­nej osoby, kiedy in­dziej na chod­ni­ku pod wiatą stała cała grup­ka, lecz tylko jedno z nich wy­glą­da­ło zwy­kle na zdez­o­rien­to­wa­ne. Jedno przez usta wcią­ga­ło po­wie­trze, jakby wła­śnie wy­sta­wi­ło głowę z prze­rę­bla lub czym prę­dzej wy­sko­czy­ło z tram­wa­ju, uzmy­sło­wiw­szy sobie po­mył­kę. Roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce od­pro­wa­dza­ły ru­cho­my po­jazd.

Lena bie­gła wów­czas do drzwi i wdu­sza­ła czer­wo­ny kwa­drat. Ata­ko­wa­ła go za­cie­kle, póki nie od­zy­ski­wa­li peł­nej pręd­ko­ści, a twa­rze nik­nę­ły roz­ma­za­ne da­le­ko na ho­ry­zon­cie.

Z bie­giem czasu coraz bar­dziej czuła się jak w wię­zie­niu. Wnę­trze „jej” wa­go­nu, jak za­czę­ła na­zy­wać w gło­wie me­ta­lo­wą pusz­kę, za­czę­ło ko­ja­rzyć się z po­ko­ja­mi, które dzien­ni­ka­rze po­ka­zy­wa­li w te­le­wi­zji. „Psy­cho­pa­ta prze­trzy­my­wał w piw­ni­cy na­sto­lat­kę. Kosz­mar cią­gnął się la­ta­mi”, grzmia­ły na­głów­ki.

 Mimo że trup, któ­re­go chło­piec przy­krył kocem, z hor­ro­ru stał się ele­men­tem wy­stro­ju, po igłach i strzy­kaw­kach nie po­zo­stał żaden ślad – choć plamy krwi nadal ob­no­si­ły się swą czer­wie­nią na tle sło­necz­nych po­rę­czy – w środ­ku nie zro­bi­ło się ani odro­bi­nę przy­jem­niej. Coraz czę­ściej za­przą­ta­ły jej uwagę roz­wa­ża­nia, czy zdo­ła­ła­by prze­ci­snąć się przez wąski luf­cik. Za­czę­ła ob­my­ślać plan uciecz­ki, nie ba­cząc, czy skok w tym pę­dzie ode­brał­by jej życie. Po­now­nie wy­pły­nę­ły słowa le­ka­rza. Tylko że… odkąd tu wsia­dła, po raz pierw­szy od lat nic ją nie bo­la­ło.

Pew­ne­go dnia chło­piec zja­wił się bez je­dze­nia. Wy­glą­dał dość mar­nie. Włosy ster­cza­ły mu w nie­ła­dzie, a po­licz­ki po­kry­wał nie­zdro­wy ru­mie­niec. Przy­sta­nął zgar­bio­ny na końcu wa­go­nu, ob­rzu­cił Lenę kry­tycz­nym spoj­rze­niem – wie­dzia­ła, że ona rów­nież nie pre­zen­to­wa­ła się naj­le­piej. Brud­na, śmier­dzą­ca ni­czym bez­dom­ni pcha­ją­cy się zimą do na­grza­nej ko­mu­ni­ka­cji.

– Chodź ze mną – po­pro­sił.

***

Prze­szli przez śluzę, o któ­rej ist­nie­niu nie miała po­ję­cia, cho­ciaż prze­mie­rzy­ła dłu­gość wa­go­nu wie­lo­krot­nie. Przy­sła­nia­ła ją pro­jek­cja, wy­świe­tla­na przez ukry­te rzut­ni­ki. Nie znik­nę­ła nawet wtedy, gdy Lena wraz z chłop­cem do­słow­nie we­szli w ba­rier­kę i okno.

– To śro­dek de­zyn­fek­cyj­ny. Nie kryj się przed nim – po­wie­dział chło­piec, kiedy nie­ocze­ki­wa­nie z dwóch rzę­dów na­try­sków pod su­fi­tem pry­snę­ła mgła­wi­ca.

Lena opu­ści­ła ra­mio­na, po­zwa­la­jąc dziw­nie pach­ną­ce­mu pły­no­wi zro­sić włosy i skórę. Za­pach róż­nił się od pły­nów ze szpi­tal­nych do­zow­ni­ków, do któ­rych przy­zwy­cza­iły ją spo­ra­dycz­ne ho­spi­ta­li­za­cje.

Ko­lej­ny wagon wy­da­wał się znacz­nie więk­szy od po­przed­nie­go. Jakby nie miał końca, nik­nął da­le­ko na wprost, prze­dzie­la­ny gu­mo­wy­mi har­mo­nij­ka­mi ta­ki­mi jak w tram­wa­jach prze­gu­bo­wych. Wnę­trze po­zba­wio­ne było za­rów­no krze­seł, jak i pa­sa­że­rów. Nagie ścia­ny i pod­ło­ga, nic wię­cej.

Chło­piec przy­sta­nął, chwi­lę ma­ni­pu­lo­wał przy ekra­nie ze­gar­ka, który ożył przed se­kun­dą, wy­dzwa­nia­jąc jakąś skocz­ną me­lo­dię.

– To moje na­rzę­dzie pracy – wy­ja­śnił, wi­dząc cie­ka­wość w oczach Leny. Miał dziw­nie za­chryp­nię­ty głos, nie za­uwa­ży­ła tego wcze­śniej. To piegi czy wy­syp­ka po­kry­wa­ły od­sło­nię­te przed­ra­mio­na i kark?

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­ta­ła.

Za­sko­czy­ła go. Do­tych­czas ode­zwa­ła się przy nim za­le­d­wie parę razy, pół­słów­ka­mi. Zu­peł­nie jakby nie­spo­dzie­wa­na uprzej­mość sma­gnę­ła bi­czem racz­ku­ją­ce cho­rób­sko, chło­piec za­krył usta i za­kasz­lał gwał­tow­nie. Nie był to ka­szel przy­jem­ny dla ucha. Kiedy przy­ło­ży­ła chłod­ną dłoń do jego czoła, serce za­bi­ło jej moc­niej. Było roz­pa­lo­ne jak as­falt w let­nie po­po­łu­dnie.

– Gdzie twój opie­kun? – W pierw­szym od­ru­chu in­tu­icja ka­za­ła jej pę­dzić po le­kar­stwa. Aspi­ry­nę, pa­ra­ce­ta­mol, co­kol­wiek. Zaraz jed­nak przy­szła fala mroź­ne­go otrzeź­wie­nia. Jaki wię­zień po­ma­ga swemu opraw­cy?

Chło­piec osu­nął się na pod­ło­gę i ukrył twarz w dło­niach.

– Gdzie go znaj­dę? – Sama nie ro­zu­mia­ła, czemu tak na­ci­ska. Był dla cie­bie miły, upo­mnia­ła się bez­gło­śnie. Poza tym może zdo­ła­ła­by na­tra­fić na drogę uciecz­ki.

– Nie wiem. – Na chło­pię­cym pod­bród­ku za­lśni­ła łza. – Nie chcę umie­rać.

– Nie umrzesz – rze­kła nie­cier­pli­wie i nie­mal na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła swych słów. Nie mogła mu dać żad­nej gwa­ran­cji. Nawet na sku­tek głu­pie­go prze­zię­bie­nia lu­dzie umie­ra­li. Szpi­tal­ne ar­chi­wa znały takie przy­pad­ki.

– To był nowy wirus. Zmu­to­wa­na odra. Pra­co­wa­łem nad nią od ponad roku.

– O czym ty mó­wisz?

– Umrę – łkał. – W masce była dziu­ra. Nie za­uwa­ży­łem. Wło­ży­łem am­puł­kę z wi­ru­sem do zra­szar­ki, wy­ce­lo­wa­łem tak jak mi ka­za­no, cho­ler­nie dobry strzał, tra­fi­łem w całą wy­ciecz­kę, pięt­na­ścio­ro dzie­cia­ków, ale gdzieś mu­sia­ła się zro­bić nie­szczel­ność. Wirus zwrot­nie prze­do­stał się do środ­ka.

Chłód ściął Lenie krew w ży­łach. Wpa­try­wa­ła się w chłop­ca, nie wie­rząc wła­snym uszom. Ocza­mi wy­obraź­ni, klat­ka po klat­ce, wi­dzia­ła kasz­lą­cych ma­łych ludzi. Prze­ra­że­nie ro­dzi­ców. Rzą­dek sym­bo­licz­nych, przy­gnę­bia­ją­cych na­grob­ków.

Sta­now­czo od­su­nę­ła od sie­bie ten po­nu­ry obraz. Jeśli chło­piec rze­czy­wi­ście chciał jej pomóc, tylko to się w tej chwi­li li­czy­ło. Mu­sia­ła wy­do­stać się na ze­wnątrz, a potem ewen­tu­al­nie my­śleć co dalej. Za­wia­do­mić po­li­cję, woj­sko, pre­zy­den­ta?

Za­po­mnieć?

Prze­łknąw­szy gulę ro­sną­cą w gar­dle, wy­pa­li­ła pierw­szą myśl, jaka przy­szła jej do głowy.

– Byłeś szcze­pio­ny? – Jego kon­ster­na­cja i brak zro­zu­mie­nia udzie­li­ły Lenie wy­czer­pu­ją­cej od­po­wie­dzi.

– Gdzie twój opie­kun? – na­ci­ska­ła.

Mil­czał.

Jeśli istot­nie znał się tak do­brze na wi­ru­sach, może wie­dział, jak le­czyć tę hi­po­te­tycz­ną odrę?

Za­py­ta­ła.

Znów nie do­cze­ka­ła się od­po­wie­dzi. Po­trzą­snę­ła głową roz­draż­nio­na.

– Albo wy­ja­śnisz mi, o co tu do cho­le­ry, cho­dzi, albo bę­dzie­my tu gnić w ciszy. Twier­dzisz, że na odrę się umie­ra, świet­nie. – Skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si. – Za­cze­kam. Ja byłam szcze­pio­na.

Chło­piec spoj­rzał na nią wstrzą­śnię­ty.

– To ja­kieś rzą­do­we gówno, tak? – kon­ty­nu­owa­ła. – Za­mknę­li tu paru psy­cho­li i dziec­ko i za­ra­ża­cie ludzi róż­nym po­krę­co­nym świń­stwem? Dzia­ła­cie pod przy­kryw­ką wiary?

– Nie – wy­chry­piał.

– Co?

– Nie! – Krzyk po­niósł się przez całą dłu­gość po­jaz­du.

***

– Znasz mit o pusz­ce Pan­do­ry?

– Pew­nie że tak, to lek­tu­ra szkol­na.

Znów ta kon­ster­na­cja, jakby uży­wa­ła słów za­po­ży­czo­nych z ob­ce­go ję­zy­ka. W Lenie za­kieł­ko­wa­ło pa­skud­ne po­dej­rze­nie.

– Ten tram­waj to taka pusz­ka Pan­do­ry. Z tą róż­ni­cą, że jest praw­dzi­wy.

– Już mó­wi­łeś, macie tu la­bo­ra­to­rium. – Palce nie­cier­pli­wie stu­ka­ły o gu­mo­wą pod­ło­gę. Stary nawyk, któ­re­go wy­zby­ła się wraz z po­stę­pem cho­ro­by. Ach, jak bar­dzo bra­ko­wa­ło jej ich zwin­no­ści!

Chło­piec ski­nął po­waż­nie głową.

– Ho­dow­le wi­ru­sów, bak­te­rii, grzy­bów, pa­ra­zy­tów, pra­źró­dła kon­flik­tu, to coś, co ini­cju­je kon­flikt w ob­rę­bie ukła­du im­mu­no­lo­gicz­ne­go, i zło­śli­we mu­ta­to­ry ma­te­ria­łu ge­ne­tycz­ne­go ko­mór­ki. Kon­flik­ty i mu­ta­to­ry to moje nazwy. Są też inne, nisz­czą wy­bra­ne ko­mór­ki w or­ga­ni­zmie po­wo­du­jąc różne scho­rze­nia. Ste­ru­je­my nimi wedle in­struk­cji sys­te­mu. Ten ze­ga­rek – uniósł prze­gub, by za­pre­zen­to­wać urzą­dze­nie – mówi do­kład­nie, co mam robić.

Lena zer­k­nę­ła na duży, ładny ze­ga­rek na skó­rza­nym pasku. Wy­glą­dał jak no­wiut­ki smar­twatch, trud­no było do­pa­trzyć się w nim cze­go­kol­wiek nie­zwy­kłe­go.

– Co ro­bi­cie z tymi… pra­źró­dła­mi?

Chło­piec po­słu­gi­wał się spe­cy­ficz­ny­mi, nie­kie­dy za­ska­ku­ją­co fa­cho­wy­mi ter­mi­na­mi i ledwo na­dą­ża­ła z przy­swa­ja­niem tych wszyst­kich sur­re­ali­stycz­nie brzmią­cych re­we­la­cji. Opie­kun za­dbał przy­naj­mniej w ja­kimś stop­niu o jego edu­ka­cję.

Czuła przez skórę, że wo­la­ła­by nie spo­tkać tego czło­wie­ka.

– Re­gu­lu­je­my cyr­ku­la­cję… Wy­pusz­cza­my na świat, przyj­mu­je­my, gdy wra­ca­ją z po­wro­tem, opu­ściw­szy no­si­cie­la. Kom­pu­ter mówi, które wy­pu­ścić, kiedy. Cza­sem ko­niecz­ne jest wpusz­cze­nie celu do środ­ka, do kon­kret­ne­go wa­go­nu, by wy­słać pra­źró­dło. Trans­fer za­cho­dzi bar­dzo szyb­ko, gość zdąży wy­siąść, nim za­mknie­my drzwi.

– Ja nie zdą­ży­łam.

– Nie wiem, co się wy­da­rzy­ło. Może dla­te­go, że nie byłaś celem.

Po­wie­ki cią­ży­ły mu od ja­kie­goś czasu, wal­czył z nimi, spo­glą­da­jąc gdzieś ponad ra­mie­niem Leny. Nim pod­dał się na dobre, słaby, bła­gal­nym tonem wy­mógł na dziew­czy­nie obiet­ni­cę.

– Po­mo­żesz mi?

– Po­mo­gę. – Choć nie wie­dzia­ła, czy mówi szcze­rze.

Za­snął z głową na jej ko­la­nach. Ze­ga­rek wi­bro­wał sza­leń­czo bez wy­tchnie­nia, ale ka­za­ła chłop­cu go wy­ci­szyć i zdjąć jesz­cze w trak­cie roz­mo­wy.

Cho­ro­ba po­tra­fi ścią­gnąć albo w głę­bo­ki sen, albo re­gu­lar­nie wy­py­chać nie­szczę­śni­ka z bło­go­sła­wio­nej nie­świa­do­mo­ści. Wy­plą­tu­jąc się de­li­kat­nie spod cie­mie­nia Fa­bia­na – wresz­cie po­zna­ła jego imię – Lena mo­dli­ła się w duchu, by go nie obu­dzić. Wciąż miał wy­so­ką go­rącz­kę, a do­łą­czy­ły do niej dresz­cze. Chwi­lę biła się z my­śla­mi, aż w końcu okry­ła chłop­ca wła­sną kurt­ką.

Nie po­tra­fi­ła wy­ro­bić sobie zda­nia na jego temat. Wy­ga­dy­wa­nie nie­stwo­rzo­nych dyr­dy­ma­łów to jedno, jed­nak bar­dziej nie­po­ko­iło ją co in­ne­go. Czy do tego stop­nia zo­stał zba­ła­mu­co­ny przez ja­kie­goś wa­ria­ta, że w sia­niu nie­szczę­ścia i śmier­ci nie wi­dział ni­cze­go złego?

Drżą­cą ręką za­bra­ła z pod­ło­gi ze­ga­rek. Po­wo­li, po­cząt­ko­wo ostroż­nie sta­wia­jąc kroki, od­da­la­ła się od śpią­ce­go chłop­ca. W pew­nym mo­men­cie od­wró­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła bie­giem przed sie­bie.

***

Bie­gła i nagle, bez ostrze­że­nia, zna­la­zła się w po­miesz­cze­niu od­dzie­lo­nym z przo­du i z tyłu za­mknię­ty­mi drzwia­mi. Sko­ło­wa­na spo­glą­da­ła na ota­cza­ją­ce ją sprzę­ty. Prze­cież nie na­ci­ska­ła żad­nej klam­ki, w tam­tym wa­go­nie nie było zu­peł­nie nic. Chłop­ca zo­sta­wi­ła da­le­ko w tyle.

– Coś w ro­dza­ju por­ta­li umoż­li­wia prze­ska­ki­wa­nie przez parę wa­go­nów. Gdy­bym co­dzien­nie miał bie­gać w tę i z po­wro­tem, nie zdo­łał­bym wy­ko­nać choć­by jed­ne­go pro­cen­ta mojej pracy. Cza­sem od­no­szę wra­że­nie, że Pusz­ka żyje i po­sia­da świa­do­mość.

Spoj­rza­ła prze­ra­żo­na na ze­ga­rek, potem z po­wro­tem wokół sie­bie.

Po obu stro­nach cią­gnę­ły się rzędy sza­fek. Blaty lśni­ły czy­sto­ścią, a w po­wie­trzu uno­si­ła się woń al­ko­ho­lu. Na gład­kich po­wierzch­niach z jed­nej stro­ny stały in­ku­ba­to­ry przy­po­mi­na­ją­ce więk­sze mi­kro­fa­lów­ki; spe­cjal­ne lampy grzew­cze pod­no­si­ły tem­pe­ra­tu­rę wnę­trza, gdzie le­ża­ko­wa­ły po­jem­ni­ki wy­peł­nio­ne czymś czer­wo­nym, przy­wo­dzą­ce Lenie na myśl małp­ki z wódką. Po prze­ciw­nej stro­nie znaj­do­wa­ły się sto­ja­ki z pu­sty­mi pro­bów­ka­mi, rzędy bu­te­le­czek, elek­tro­nicz­ne pi­pe­ty, a na pod­ło­dze spora za­mra­żar­ka. Obok niej le­ża­ła ma­secz­ka jed­no­ra­zo­we­go użyt­ku. Prze­rwa­na.

– Za­pew­niał, że chro­ni mnie im­mu­ni­tet.

Schy­li­ła się, by ją pod­nieść i wtedy do­strze­gła rzędy gu­mo­wych prze­wo­dów bie­gną­cych od dol­nej po­wierzch­ni blatu do ścia­ny wa­go­nu.

Zra­sza­cze.

Za­czy­na­ła wie­rzyć, że tędy wi­ru­sy opusz­cza­ły la­bo­ra­to­rium. Roz­py­la­ne w wo­dzie lą­do­wa­ły na war­gach, spo­jów­kach czy ję­zy­kach ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­ją­cych prze­chod­niów.

Prze­szedł ją dreszcz. Ucie­kła, nim żo­łą­dek wy­rzu­cił z sie­bie ko­la­cję z po­przed­nie­go dnia.

Kil­ka­krot­nie na­po­tka­ła wi­ru­ją­ce swo­bod­nie w po­wie­trzu pra­źró­dła. Nie miały okre­ślo­ne­go kształ­tu, przy­po­mi­na­ły strzę­py gę­stej mgły lub ob­ło­ki bia­łe­go dymu. Do­my­śla­ła się, że to one cho­ciaż nie mogła mieć pew­no­ści. Kto wie, ja­kich dzi­wa­deł ist­nie­nie chło­piec przed nią za­ta­ił? Parę razy kłę­bi­ły się licz­nie po dru­giej stro­nie okna. Lena, kiedy już po­sta­no­wi­ła uwie­rzyć, że to dzie­je się na­praw­dę lub jest wy­two­rem jej ze­psu­te­go umy­słu, pomna ostrze­żeń Fa­bia­na, aby nie zo­sta­wiać dusz­ków na ze­wnątrz, otwie­ra­ła górny luf­cik i ucie­ka­ła na od­le­głość kilku me­trów.

– Nie chcie­li­by­śmy, aby błą­ka­ły się sa­mo­ist­nie po świe­cie. Nie wiemy, jak mo­gło­by się to skoń­czyć, a tak kon­tro­lu­je­my sy­tu­ację.

– Aku­rat – burk­nę­ła pod nosem. Uni­ka­jąc kon­tak­tu z nie­ma­te­rial­ny­mi stwo­rze­nia­mi, pil­nu­jąc, by żadne nie zbli­ży­ło się na od­le­głość mniej­szą niż metr – jedno cho­rób­sko w zu­peł­no­ści jej wy­star­cza­ło – za­my­ka­ła okna i bie­gła dalej, ile sił w no­gach.

Klu­cząc mię­dzy wa­go­na­mi, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy zdoła wró­cić do chłop­ca.

Czy się do tego zmusi.

***

Ostre nuty me­ta­lo­wej pio­sen­ki pły­nę­ły ku Lenie, a Lena po­dą­ża­ła ku ich źró­dłu. Dźwię­ki gi­ta­ry Me­tal­li­ki koiły roz­trzę­sio­ną psy­chi­kę dziew­czy­ny, zna­jo­ma kro­pla po­śród oce­anu ob­co­ści i dzi­wa­deł, w które wpa­dła jak śliw­ka w kom­pot. Ale u końca drogi nie mogło być tak źle, skoro ktoś słu­chał do­brej mu­zy­ki.

Co lubią pusz­czać psy­cho­pa­ci? za­sta­no­wi­ła się, ści­ska­jąc w spo­co­nej dłoni cięż­ką, sta­lo­wą rurkę. Zna­la­zła ją w jed­nym z wa­go­nów i po­sta­no­wi­ła za­brać „na wszel­ki wy­pa­dek”.

Pchnę­ła ko­lej­ne me­ta­lo­we drzwi. Utwór urwał się, jakby szpi­la gra­mo­fo­nu ze­sko­czy­ła z rowka płyty. Smród roz­kła­du za­ata­ko­wał drob­ny nos dziew­czy­ny z siłą ra­że­nia bio­lo­gicz­nej bomby, wy­ci­ska­jąc łzy z oczu.

– Znowu, kurwa? – jęk­nę­ła na widok zwłok.

Nie tak dawno temu ucie­kła­by z wrza­skiem albo z mar­szu ze­mdla­ła, jed­nak po wie­lo­dnio­wym (wie­lo­dnio­wym? Czy na­praw­dę tyle czasu tutaj spę­dzi­ła?) urlo­pie w to­wa­rzy­stwie gni­ją­cej głowy, wraż­li­wość Leny nieco stę­ża­ła. Po­wo­lut­ku skró­ci­ła dy­stans dzie­lą­cy ją od ka­na­py, na któ­rej spo­czy­wa­ło ciało. Na­le­ża­ło do męż­czy­zny, na oko trzy­dzie­sto­let­nie­go. Jego brodę i przód bia­łej nie­gdyś ko­szu­li po­kry­wa­ła sko­ru­pa za­schnię­tych wy­mio­cin.

Lena scho­wa­ła nos za koł­nierz ko­szul­ki, ale ma­newr przy­niósł tylko szcząt­ko­wą po­pra­wę. Kra­wat, ma­ry­nar­ka, logo wy­szy­te białą nicią na ele­men­tach uni­for­mu. Wszyst­ko su­ge­ro­wa­ło, że rze­czy­wi­ście miała przed sobą osobę utrzy­mu­ją­cą ten po­ro­nio­ny po­jazd w ruchu. Szko­puł w tym, że nawet po jego śmier­ci nie wy­tra­ca­li pręd­ko­ści. Szturch­nę­ła nie­ru­cho­me ramię rurką, by po­twier­dzić to, o czym wyły jej zmy­sły.

Tak, zde­cy­do­wa­nie mar­twy.

Zmru­ży­ła oczy, by przyj­rzeć się logo na pier­si.

PP w kręgu Uro­bo­ro­sa. Wiecz­nie w ruchu, uro­czy sym­bol. Lena ro­ze­śmia­ła się gorz­ko przez ko­szul­kę.

Pod­nio­sła bu­te­lecz­kę z ta­blet­ka­mi ze sto­li­ka noc­ne­go i ob­ró­ci­ła ją w pal­cach. Nie było żad­nej ety­kie­ty. Na bla­cie po­zo­sta­ła czar­na ko­per­ta. Wzię­ła ją do ręki. W środ­ku znaj­do­wa­ła się pla­sti­ko­wa karta z pa­skiem ma­gne­tycz­nym oraz skra­wek pa­pie­ru, na któ­rym od­ręcz­nie na­ba­zgra­no po­je­dyn­cze słowo.

Po­wo­dze­nia.

Skie­ro­wa­ne do niej czy Fa­bia­na?

Cie­ka­we czy chło­piec wie­dział, że mo­tor­ni­czy nie żyje. Dla­te­go mil­czał, gdy o niego py­ta­ła?

Ro­zej­rza­ła się za ja­kimś krze­słem. Mu­sia­ła usiąść, od­po­cząć, po­my­śleć. Trup jej nie prze­szka­dzał, smród sta­wał się do znie­sie­nia, a po­śród dy­wa­nów, do­mo­wych sprzę­tów i mebli wresz­cie po­czu­ła się względ­nie bez­piecz­na.

Nie było wiel­kie­go wy­bo­ru – dwa ta­bo­re­ty usta­wio­ne pod ogrom­nym pro­sto­ką­tem okna, roz­dzie­lo­ne sto­łem. Na stole le­ża­ła otwar­ta pacz­ka cia­stek. Za oknem pa­no­ra­ma Bu­da­pesz­tu lśni­ła mi­lio­nem elek­trycz­nych, upa­dłych gwiazd, roz­świe­tla­ją­cych nad­rzecz­ne bul­wa­ry, ulice i mosty. Ich sio­stry, schwy­ta­ne w szkla­ne pu­deł­ka apar­ta­men­tów, mru­ga­ły ku Lenie za­dzior­nie. Za­pra­gnę­ła prze­nieść się do jed­nej z re­stau­ra­cji przy tafli wody. Za­mó­wić ha­lasz­le i bu­tel­kę zło­ci­ste­go to­ka­ju. Za­chwy­cać się strze­li­sty­mi wie­życz­ka­mi Par­la­men­tu i Wzgó­rzem Zam­ko­wym, jak kie­dyś, gdy po ma­tu­rze zjeż­dża­ła wszyst­kie eu­ro­pej­skie sto­li­ce.

Znów po­czuć sło­dycz bez­tro­skie­go szczę­ścia, które tak dawno prze­pa­dło. Naj­pierw wszy­scy ją po­rzu­ci­li. Potem zdia­gno­zo­wa­no sta­wo­wą au­to­agre­sję. Za­bu­rze­nie oso­bo­wo­ści ru­szy­ło w pa­kie­cie.

Wes­tchnę­ła.

– Nie mogę się sku­pić.

Prze­łknę­ła ostat­nie ciast­ko i dźwi­gnę­ła się z ta­bo­re­tu, ści­ska­jąc w dłoni kartę ma­gne­tycz­ną. Ze­ga­rek Fa­bia­na brzę­czał ro­ze­źlo­ny. Bez na­my­słu ci­snę­ła go na ka­na­pę, speł­nił już swoje za­da­nie. Pod­krę­ca­nie da­nych epi­de­mio­lo­gicz­nych było ostat­nią rze­czą, do któ­rej za­mie­rza­ła przy­ło­żyć rękę.

 Za pro­wi­zo­rycz­nym anek­sem ku­chen­nym wy­cię­to otwór pod ko­lej­ne drzwi. Gło­śni­czek za­pisz­czał, od­czy­taw­szy dane z karty. Szczęk­nął me­cha­nizm. Lena po­dej­rze­wa­ła, co za­sta­nie po dru­giej stro­nie i nie po­my­li­ła się.

Kok­pit mru­gnął na po­wi­ta­nie dzie­siąt­ką ko­lo­ro­wych diod, głów­nie czer­wo­nych. Pa­le­ta róż­no­kształt­nych przy­ci­sków na desce roz­dziel­czej ro­bi­ła przy­tła­cza­ją­ce wra­że­nie. Po jed­nej stro­nie prze­strzeń zaj­mo­wał ekran po­le­ceń i ko­mu­ni­ka­tów.

„Włóż klu­czyk do sta­cyj­ki…Awa­ria zam­ków w sek­to­rze 1749… Wy­ciek obiek­tów E75 z sek­to­ra 7… Włóż klu­czyk… ”. In­for­ma­cje prze­wi­ja­ły się na pasku.

Lena opa­dła na fotel mo­tor­ni­cze­go. Bez­dź­więcz­nie po­ru­sza­ła war­ga­mi po­wta­rza­jąc numer z mo­ni­to­ra. 1749. Aż tyle wa­go­nów cią­gnę­li za sobą?

Gor­sze oka­za­ły się wizje z kamer. Wy­peł­nia­ły prze­ciw­le­głą prze­strzeń cia­sne­go po­miesz­cze­nia. Dzie­siąt­ki kwa­dra­ci­ków śle­dzą­cych sy­tu­ację w po­szcze­gól­nych wa­go­nach po­przez po­ukry­wa­ne obiek­ty­wy. Rzędy kla­tek ze zmien­no­kształt­ny­mi pra­źró­dła­mi, ko­lej­ne la­bo­ra­to­ria, puste ko­ry­ta­rze. Na jed­nym z pól głowa z „jej” wa­go­nu to­czy­ła się w tę i we w tę po pod­ło­dze, nik­nąc co chwi­lę pod rzę­dem sie­dzeń. Wa­go­nu z chłop­cem ni­g­dzie nie było.

– Je­stem w pie­przo­nym Ar­chi­wum X. – Dziew­czy­na spoj­rza­ła bez­rad­nie na panel ste­ro­wa­nia. – Ten psy­chol cały czas wie­dział, że tu je­stem.

Każdy po­jazd szy­no­wy po­sia­da dźwi­gnię bez­pie­czeń­stwa. Ręcz­ny ha­mu­lec, coś, co za jed­nym po­cią­gnię­ciem blo­ku­je roz­pę­dzo­ne koła. Sfał­szo­wa­ny bilet na ze­wnątrz.

Nie zna­la­zła ni­cze­go ta­kie­go. Żad­ne­go roz­wią­za­nia alar­mo­we­go. Nic, prócz du­że­go czer­wo­ne­go przy­ci­sku ozna­czo­ne­go na­pi­sem „za­jezd­nia”.

Lena długo wpa­try­wa­ła się w krą­żek. Ar­gu­men­ty za i prze­ciw na­prze­mien­nie prze­cią­ga­ły linę w swoje stro­ny. Wresz­cie pod­ję­ła de­cy­zję.

Wy­zna­czo­no cel: za­jezd­nia – za­sy­gna­li­zo­wał kom­pu­ter po­kła­do­wy. – Wdro­że­nie pro­ce­du­ry au­to­pi­lo­ta.

Dziew­czy­na po­zwo­li­ła sobie na uśmiech. Nie mogła się do­cze­kać, kiedy opu­ści ten pie­przo­ny rol­ler­co­aster, prze­rwie taśmę wy­świe­tla­ne­go kosz­ma­ru. Przed nią pękał stary as­falt, wy­brzu­szał się ku górze, two­rząc rów­no­le­głe górki, zie­mia formowała ko­le­iny, cza­sem wie­ko­we tory otrzą­sa­ły się z grze­bią­ce­go je pia­sku i trawy. Świat współ­pra­co­wał z ma­szy­ną.

***

Świa­do­mość po­wró­ci­ła wraz z osza­ła­mia­ją­cym ło­sko­tem skła­da­nych przez au­to­mat skrzy­deł drzwio­wych w ka­bi­nie mo­tor­ni­cze­go. Lena po­de­rwa­ła nogi z deski roz­dziel­czej roz­bu­dzo­na bo­lu­sem ad­re­na­li­ny, który nad­ner­cza wpom­po­wa­ły do krwio­bie­gu, wie­trząc po­ten­cjal­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Za przed­nią szybą roz­po­ście­ra­ła się płyta przy­po­mi­na­ją­ca wiel­ko­ścią pry­wat­ne lą­do­wi­sko. Białe linie od­bi­ja­ły świa­tło są­czą­ce się z re­flek­to­rów. Le­do­we śle­pia tram­wa­ju linii PP wy­ła­nia­ły z gę­ste­go mroku szare be­to­no­we ścia­ny, wy­sta­ją­ce z nich dra­pież­nie zęby prę­tów zbro­je­nio­wych i pęki kabli peł­za­ją­cych po ziemi w sobie tylko zna­nym kie­run­ku.

Lena po­sta­wi­ła stopę na śli­skim pod­ło­żu. Owio­nął ją po­dmuch za­tę­chłe­go po­wie­trza. Kroki nio­sły się echem i gi­nę­ły stłam­szo­ne przez jed­no­staj­ny, usy­pia­ją­cy szum pra­cu­ją­cych wen­ty­la­to­rów. Nie pa­nu­jąc nad cie­ka­wo­ścią, obej­rza­ła się na Pusz­kę. Widok nik­ną­ce­go hen da­le­ko szyku wa­go­nów ode­brał dziew­czy­nie mowę.

Do­tar­li do sta­cji po­cząt­ko­wej. Za­jezd­ni. Py­ta­nie tylko, gdzie to wła­ści­wie było.

Krą­ży­ła jakiś czas bez celu. Chcia­ła po­dejść do ścia­ny, ob­ma­cać beton, od­na­leźć przej­ście. Po nie­skoń­cze­nie dłu­gim mar­szu od­le­głe mury ja­wi­ły się na ho­ry­zon­cie rów­nie da­le­ko, jak na po­cząt­ku, cho­ciaż tram­waj zo­stał wy­raź­nie w tyle. Wró­ci­ła do niego, sła­nia­jąc się na no­gach z głodu i zmę­cze­nia.

Bała się wyjść poza gra­ni­cę świa­teł re­flek­to­rów, a ko­mór­kę z funk­cją la­tar­ki zo­sta­wi­ła w kie­sze­ni kurt­ki. Spa­cer wzdłuż wa­go­nów rów­nież nie wcho­dził w ra­chu­bę. Im mniej wie­dzia­ła o ich za­war­to­ści, tym le­piej się czuła. Wejść z po­wro­tem do tram­wa­ju? Długo biła się z my­śla­mi sie­dząc ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi na zim­nym be­to­nie. Nie­wąt­pli­wie mu­sia­ła coś zjeść. Pa­ro­krot­nie za­wo­ła­ła w ciem­ną pust­kę. Albo ni­ko­go nie było w po­bli­żu, albo wen­ty­la­to­ry po­chło­nę­ły słowa.

– Lena?

Fa­bian za­de­cy­do­wał za nią. Wbie­gła do kok­pi­tu, a stam­tąd do sek­to­ra miesz­kal­ne­go, ści­ga­na przez wy­rzu­ty su­mie­nia. Trup gdzieś znik­nął. Kiedy spała lub wa­łę­sa­ła się na ze­wnątrz, ktoś wy­niósł ciało mo­tor­ni­cze­go. A może zja­dły go te po­twor­ne dusz­ki? Po­ściel na ka­na­pie zmie­nio­no i ład­nie wy­gła­dzo­no, za­bra­no ta­blet­ki oraz pustą ko­per­tę.

– Gdzie je­steś? – za­wo­ła­ła.

– Lena?

W pierw­szej chwi­li my­śla­ła, że słaby, za­chryp­nię­ty głos do­bie­gał z gło­śni­ka za­wie­szo­ne­go pod su­fi­tem. Kątem oka za­re­je­stro­wa­ła jakiś ruch przy drzwiach, mię­dzy ka­na­pą a re­ga­łem wy­peł­nio­nym en­cy­klo­pe­dia­mi, atla­sa­mi ana­to­micz­ny­mi i pod­ręcz­ni­ka­mi z in­ter­ny. Chło­piec leżał na pod­ło­dze w po­zy­cji em­brio­nal­nej, jakby po do­tar­ciu aż tu, za­bra­kło mu sił, by do­czoł­gać się do wer­sal­ki. Sku­lo­ny, otu­lo­ny kurt­ką, wstrzą­sa­ny dresz­cza­mi. Wy­syp­ka na od­sło­nię­tych czę­ściach ciała znik­nę­ła, jed­nak wciąż nie wy­glą­dał naj­le­piej.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła, kiedy po­mo­gła mu uło­żyć się na ka­na­pie i przy­kry­ła kocem. Chło­piec nie­mal prze­le­wał się przez ręce. Pod pal­ca­mi wciąż wy­czu­wa­ła roz­pa­lo­ną go­rącz­ką skórę.

– Fa­bian?

Fa­bian od­pły­nął, le­d­wie jego głowa do­tknę­ła po­dusz­ki.

Prze­trzą­snę­ła wszyst­kie szaf­ki w po­szu­ki­wa­niu leków, bez­sku­tecz­nie. Ła­twiej było oto­czyć się obo­jęt­no­ścią, kiedy raz zo­sta­wi­ła chłop­ca w tyle, poza za­się­giem wzro­ku i dzia­łal­no­ści. Mając go znów pod ręką, w cen­trum do­wo­dze­nia, nie po­tra­fi­ła po­now­nie od­wró­cić się do niego ple­ca­mi.

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­szła do kok­pi­tu. W po­wie­trzu ponad przy­ci­ska­mi pa­ne­lu ste­ro­wa­nia plą­sa­ło po­je­dyn­cze pra­źró­dło. Wy­wi­ja­ło swą nie­ma­te­rial­ną syl­wet­ką, ba­wiąc się fry­wol­nie.

Dziew­czy­na zi­gno­ro­wa­ła jego obec­ność. Usia­dła w fo­te­lu i – czu­jąc się jak ostat­nia idiot­ka – gło­śno i wy­raź­nie ode­zwa­ła się do kom­pu­te­ra, tram­wa­ju, a może samej fru­wa­ją­cej spłon­ki cho­ro­by.

– Co mam zro­bić?

Kur­sor na ekra­nie po­le­ceń i ko­mu­ni­ka­tów wy­bu­dził się ze stanu uśpie­nia. Li­te­ry po­sy­pa­ły się, ukła­da­jąc w czer­wo­ne słowa.

Pod­pisz umowę.

Nie ma mo­tor­ni­cze­go.

Brak au­to­ry­za­cji do wy­da­wa­nia po­le­ceń.

Pod­pisz umowę.

***

Lena czy­ta­ła umowę, którą kom­pu­ter wy­świe­tlił na pa­ne­lu. Każdy ko­lej­ny pa­ra­graf pod­sy­cał jej nie­do­wie­rza­nie.

Do­ży­wot­ność. Wred­ne myśli ucie­kły ku ciału mo­tor­ni­cze­go.

Im­mu­ni­tet. Przy tym punk­cie od­ży­ła iskier­ka na­dziei. Czy to ozna­cza­ło, że wy­zdro­wie­je, czy też nie przy­pa­łę­ta się do niej żaden z syfów obec­nych na po­kła­dzie? Do tej pory ból nie po­wró­cił, nawet jej stopy wy­glą­da­ły ni­czym u try­ska­ją­cej zdro­wiem ko­sme­tycz­ki z ga­bi­ne­tu po­do­lo­gicz­ne­go.

Od­na­la­zła mapkę i sieć przy­stan­ków, za­peł­nia­ją­cą stary kon­ty­nent gę­sty­mi skrzy­żo­wa­nia­mi ko­lo­ro­wych linii. Wy­ni­ka­ło z niej, że po­dob­nych tram­wa­jów krą­ży­ły po świe­cie mi­lio­ny. Ten kon­kret­ny ob­słu­gi­wał ob­szar od Ma­ło­pol­ski po pół­noc­ne Węgry. I nie był je­dy­ny na tym od­cin­ku.

Zatem jeśli po­sta­no­wi przy­szpi­lić po­jazd do za­jezd­ni, za­ko­twi­czyć swoim bra­kiem zgody, to nie zli­kwi­du­je za­ra­zy na świe­cie, ani nawet mię­dzy nędz­nym Kra­ko­wem a Bu­da­pesz­tem. Nie opusz­czą za­jezd­ni bez pod­pi­sa­nia umowy.

Spoj­rza­ła w czerń han­ga­ru. Gdzieś mu­sia­ło ist­nieć wyj­ście.

Ostat­ni pa­ra­graf. Bez­względ­ny zakaz za­bie­ra­nia pa­sa­że­rów na gapę.

Po raz pierw­szy czy­jaś śmierć i cho­ro­ba na­bra­ły sensu.

– Su­kin­syn mu­siał ru­szyć z przy­stan­ku z pre­me­dy­ta­cją. – Lena wbiła roz­pa­lo­ne zło­ścią spoj­rze­nie w kom­pu­ter. Chło­pak mógł o wszyst­kim wie­dzieć. – Nie pod­pi­szę tego.

Trza­snę­ła za sobą drzwia­mi do kok­pi­tu, naj­moc­niej jak umia­ła. Książ­ki o te­ma­ty­ce me­dycz­nej po­usta­wia­no w ko­lej­no­ści al­fa­be­tycz­nej, od­na­la­zła wła­ści­wą bez pro­ble­mu.

– Śmier­tel­ność odry jest zni­ko­ma – rzu­ci­ła szorst­ko. – Naj­pew­niej prze­ży­jesz, młody. Potem po­szu­ka­my wyj­ścia.

Fa­bian ob­ró­cił się na drugi bok. Na mo­ment roz­warł opuch­nię­te po­wie­ki.

– Umowa – jęk­nął. – Im­mu­ni­tet.

– Wszy­scy go po­trze­bu­je­my – mruk­nę­ła pod nosem.

***

Lena wy­cią­gnę­ła przed sie­bie rękę z te­le­fo­nem. Pro­mień la­tar­ki drą­żył w ciem­no­ściach na ża­ło­śnie małą od­le­głość. Ekran nie­zmien­nie wy­świe­tlał ko­mu­ni­kat o braku za­się­gu. Nie­pew­nie szła do przo­du – po­wró­cił brat­ni ból stóp i dłoni, pa­le­nie w ko­la­nie.

Nie by­ła­by w sta­nie wska­zać miej­sca, w któ­rym jesz­cze nie tak dawno stał tram­waj, a ona spała na ka­na­pie u boku Fa­bia­na. Gdy otwo­rzy­ła oczy, wkoło pa­no­wał mrok i chłód, jed­nak to ostre szpi­le bólu wy­dar­ły ją z ra­mion Mor­fe­usza.

Nie wolno za­bie­rać pa­sa­że­rów na gapę.

Przy­naj­mniej chło­pak oddał jej kurt­kę, zanim na­ba­zgrał krzy­żyk na cy­ro­gra­fie i od­je­chał. Nie po­tra­fi­ła wska­zać in­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia dla swej obec­nej sy­tu­acji.

Wcze­śniej chro­nił go im­mu­ni­tet mo­tor­ni­cze­go. Tak zo­sta­ło na­pi­sa­ne drob­ną czcion­ką pod jed­nym z aka­pi­tów, a Lena czy­ta­ła umowy do­kład­nie. Gdyby ją pod­pi­sa­ła, Fa­bian znów byłby kryty. Tym­cza­sem bez opie­ku­na nie było im­mu­ni­te­tu, a zmu­to­wa­na odra, we­dług ma­łe­go, koń­czy­ła się śmier­cią. Ile czasu sobie dawał, że zo­sta­wił ją w takim miej­scu?

Nie chcia­łem być sam.

A ona nie chcia­ła wsia­dać do tego prze­klę­te­go tram­wa­ju. Zmię­ła w pię­ści ka­wa­łek kart­ki, którą zna­la­zła w swej kurt­ce po prze­bu­dze­niu. Jaki oj­ciec, taki syn. Czy też: jaki opie­kun, taki pod­opiecz­ny. Ostat­nie słowa ślą na skraw­ku pa­pie­ru.

Szum wen­ty­la­to­rów nie­zmien­nie wtó­ro­wał echu kro­ków.

Stawy wyły po­tę­pień­czo, jakby za­mie­rza­ły nad­ro­bić cały ten czas ciszy spę­dzo­ny w linii PP. Lata do­świad­cze­nia na­uczy­ły Lenę, że po­trze­bo­wa­ły ruchu, aby choć odro­bi­nę od­pu­ścić. Drep­ta­ła więc dalej, oświe­tla­jąc pęk kabli na be­to­no­wej pod­ło­dze za­jezd­ni. Przed po­pad­nię­ciem w roz­pacz chro­ni­ła ją jedna myśl.

Gdzieś w tych ciem­no­ściach kryło się coś lub ktoś, co za­bra­ło zwło­ki. Coś lub ktoś, co wy­nio­sło ją z wa­go­nu.

Póki tego nie znaj­dzie, tym razem nie bę­dzie ni­ko­go, kto przy­niósł­by je­dze­nie.

 

Koniec

Komentarze

Dzień dobry Aryo. Coś musi być w tych tramwajach, nie liczyłem, ale opowiadań na ich temat jest w tym konkursie prawdziwy wysyp. 

Jestem świeżo po lekturze, wywarła na mnie duże wrażenie, niezła jazda. Historia jest powykręcana jak stawy bohaterki, tajemnicza, choć miejscami dla mnie odrobinę nieczytelna, musiałem się cofać, przeczytać raz jeszcze. Ale, może tak miało być? Lekko onirycznie, trochę porwanie i nieprecyzyjnie?

Podoba mi się zakończenie, dobrze, że poszło w tę stronę, a nie inną, wtedy byłoby kliszowo. 

Pamiętam Twoje “W takt rytmów”, także i tu bardzo dobrze sobie radzisz w opisach i tworzeniu scen. Czasem jest jak na mój gust zbyt barokowo, ale to już, jak wspomniałem, kwestia moich preferencji. Ten tekst jest chyba mniej dopracowany niż wspomniane, starsze opowiadanko? Bo złapałem parę rzeczy, a nie mam daru do łapanek:

 

Tymczasem myśli dziewczyny ociężale poszybowały w kierunku gnijącej głowy.

Głowa wystawała ponad krawędź krzesełka, oparta o szybę.

 

Po tym jak odtrącano ją w szkole, uznawano za dziwną, albo gdy dowiedziała się, że obezwładniający, nieustanny ból w stawach nosi nazwę rozpędzonego reumatoidalnego zapalenia stawów.

 

Było coś jeszcze, przepraszam, nie zapisałem sobie czytając, a teraz już się spieszę i tego nie znajdę :(

Pobiegnę jeszcze tylko nominować do biblioteki, bo to mocne jest, dziwaczne, “inne” i ciekawie napisane.

Dzień dobry w samo południe! :)

Po pierwsze: pięknie dziękuję za lekturę i wytknięcie błędzików.

Po drugie: tak, jest niestety zdecydowanie mniej dopracowane. Skończone przedwczoraj, poprawiane na szybko wczoraj. Niestety. Co najmniej tydzień by się jeszcze przydał na “odleżakowanie”.

Tymczasem myśli dziewczyny ociężale poszybowały w kierunku gnijącej głowy.

Głowa wystawała ponad krawędź krzesełka, oparta o szybę.

Teoretycznie powtórzenie zamierzone :)

Coś musi być w tych tramwajach, nie liczyłem, ale opowiadań na ich temat jest w tym konkursie prawdziwy wysyp. 

Ha! Jak zaczynałam, nie było żadnego :c Człowiek myśli, że wybierze coś w miarę nieoczywistego a tu pudło…

Co skrywasz pod hasłem “zbyt barokowo”, “trochę porwanie”, “nieprecyzyjnie”? :) Zwłaszcza ten barok mnie zaintrygował.

 

Pozdrówka na piąteczek :)

 

Aryo, widzę, że również wybrałaś tramwaj. Nie tylko pod tym względem opowiadanie jest podobne do mojego, ale więcej nie zdradzę :) 

Tramwaj z Twojego opowiadania jest ukazany jako mroczne źródło wszelkich chorób, a specyficzną puszkowatość tych pojazdów połączyłaś z Puszką Pandory – oryginalny pomysł. Teraz rozumiem, dlaczego akurat tramwaj, a nie pociąg, który na pierwszy rzut oka bardziej pasowałby do opowiadania chociażby pod względem ilości wagonów. 

Historia jest ciekawa i w miarę spójna, ale też zauważyłam pewne nieczytelności i niedoprecyzowania. Przede wszystkim, w jakim celu ten tramwaj roznosił choroby i kto za tym stał? Rozumiem, że mit o Puszce Pandory miał tu nieco wyjaśniać, ale jakoś nie do końca mnie to przekonało. Kto w końcu wyniósł te zwłoki? Praźródło? I po co to coś przeniosło chłopca na początek tramwaju? Poza pretekstem, żeby Lena wróciła do środka, nie odegrał on na koniec żadnej znaczącej roli, nie licząc nieudanych prób namówienia Leny do podpisania umowy. I jeszcze ta scena z ciastkami, no ja na jej miejscu nie ruszałabym paczki otwartych ciastek leżących w pokoju, gdzie leżały zarzygane zwłoki, bo co, jeśli to od nich facet wymiotował i umarł?

Czytało się dobrze i lekko, poza paroma momentami, w których widać było, że tekst poprawiany na szybko. Czy te zdania na pewno wyglądają tak, jak byś chciała?:

lecz tylko jedno z nich wyglądało zwykle na zdezorientowane. Jedno przez usta wciągało powietrze, jakby właśnie wystawiło głowę z przerębla lub czym prędzej wyskoczyło z tramwaju, uzmysłowiwszy sobie pomyłkę.

Mimo że trup, którego chłopiec przykrył kocem, stał się elementem wystroju, po igłach i strzykawkach nie pozostał żaden ślad – choć plamy krwi nadal obnosiły się swą czerwienią na tle słonecznych poręczy – w środku nie zrobiło się ani odrobinę przyjemniej.

Literówka:

Coraz częściej zaprzątały jej uwagę rozważania, czy zdołałby przecisnąć się przez wąski lufcik.

Trochę ponarzekałam, ale ogólnie tekst mi się podobał :)

aryo, już się tłumaczę. Barokowość, to moje niefortunne być może określenie bogatego w opisy, porównania i szczegóły stylu. Nie jest to nic złego, wręcz przeciwnie, trzeba umieć pisać, żeby to wychodziło. Ja tak nie umiem, Tobie to wychodzi bardzo fajnie. Napisałem “zbyt barokowo”, bo jestem czytelnikiem niecierpliwym. 

Są takie momenty, gdzie coś mi się nie zazębia i znowu, to jest nawet fajne, bo odbieram całość trochę jak senny koszmar. Bohaterkę łapie “czyjaś ręka”, gdy wsiada do tramwaju, nie wiem czyja (potem to łapię), chłopiec przeprasza za to, że uciekł, a nie wiem kiedy uciekł; urywa się muzyka przy otwarciu drzwi, a ja nie wiem, dlaczego, na końcu bohaterka idzie wzdłuż pęku kabli, a ja sie zastanawiam, czy to w tramwaju jest, czy na zewnątrz (już to wiem, znalazłem). Takie drobnostki. Pozdrawiam. 

Okej, widzę, że potrzebne są pewne wyjaśnienia. Mam nadzieję, iż nie jest to sprzeczne z regulaminem i póki szanowne Jury się nie pojawiło, pozwolę sobie wprowadzić drobne poprawki.

 

EDIT: Już późno, więc zrobię to rano. O ile nie będzie sprzeciwu :)

EDIT 2: Ledwo skończyłam, a tu widzę już Twój komentarz, Wickedzie :c

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Sonato, dziękuję za wizytę :) Twój tekst mam na oku od czasów jeszcze betalisty, ale brakowało ostatnio czasu na opka :c Teraz jest lepiej, więc nadrobię w ten weekend.

Teraz rozumiem, dlaczego akurat tramwaj, a nie pociąg

Nie wiem czy mamy podobne motywy :D Mnie podróże tramwajami jesienią wybitnie kojarzą się z siedliskiem chorób sezonowych wszelakich.

 

w jakim celu ten tramwaj roznosił choroby i kto za tym stał?

Uznałam, że nie jest to w tej historii istotne. W jakim celu w ogóle istnieją choroby (poza tym, żeby dawać pracę takim jak ja – a wolałabym już nie mieć jednak pracy)? Po prostu są i tyle, tak skonstruowany został świat. Moja wizja polegała na przedstawieniu hipotetycznego źródła. Masa jednostek chorobowych nie ma też znanych etiologii – większość schorzeń z autoagresji lub nowotworowych – tu wyobrażenie poszło nieco dalej, by jakoś przedstawić, co konkretnie miesza w tym organizmie (w świecie Leny i Fabiana).

Kto się kryje za konstrukcją linii PP? Wytłumaczenie tego cokolwiek by zmieniło w finalnej sytuacji bohaterki? Raczej nie :)

Kto w końcu wyniósł te zwłoki?

No właśnie, kto? :) Albo co?

Na pewno nie chłopiec, w końcu ledwo dotarł na przód tramwaju. (I po co to coś przeniosło chłopca na początek tramwaju? – pozwoliłam sobie zlikwidować to niedopatrzenie.)

 

I jeszcze ta scena z ciastkami, no ja na jej miejscu nie ruszałabym paczki otwartych ciastek leżących w pokoju, gdzie leżały zarzygane zwłoki, bo co, jeśli to od nich facet wymiotował i umarł?

Ja pewnie też bym nie ruszała, ale podejrzewam, że nie każdy połączyłby fakty (nie, nie mówię, że otruł się ciastkami).

 

 Przyjrzę się tym dwóm wrzuconym fragmentom, chociaż na pierwszy rzut ona, nie wiem co w nich złego…

 

Łosiot, dziękuję za wyjaśnienie :) Może istotnie wrzucam za dużo opisów, ale (naprawdę!), staram się pracować nad odpowiednią równowagą.

 

Oczywiście, nie wszystko w opowiadaniu musi mieć jakąś przyczynę, po prostu mi subiektywnie tego zabrakło, ale może inni nie będą się zastanawiać.

Zerknęłam na poprawioną końcówkę i teraz jest trochę jaśniejsza :3 Jeśli chodzi o te zdania, które mi nie pasowały, to

lecz tylko jedno z nich wyglądało zwykle na zdezorientowane. Jedno przez usta wciągało powietrze, jakby właśnie wystawiło głowę z przerębla lub czym prędzej wyskoczyło z tramwaju, uzmysłowiwszy sobie pomyłkę.

Może lepiej by brzmiało:

lecz tylko jedno z nich wyglądało zwykle na zdezorientowane. Jedni przez usta wciągali powietrze, jakby właśnie wystawili głowę z przerębla, inni czym prędzej wyskakiwali z tramwaju, uzmysłowiwszy sobie pomyłkę.

Z tym drugim zdaniem, to po prostu wydało mi się za bardzo rozbudowane i przekombinowane – może lepiej wyglądałoby podzielone na dwa zdania?

Podoba mi się pomysł z tramwajem jako Puszką Pandory, ale jeszcze bardzie podobają mi się opisy, które w tym opowiadaniu zaserwowałaś, wyjątkowo mocno działają one na wyobraźnie, przynajmniej na moją :) Już od pierwszej sceny, w pierwszym wagonie, wiedziałam, że będę zadowolona z lektury.

Ode mnie biblioteczny kliczek i powodzenia w konkursie :)

Cześć:)

Bałam się, niepokoiłam. Stworzyłaś nastrój!

Spodobał mi się pomysł PP. Bardzo swobodnie poruszałaś się w tematyce wirusowo-chorobowej, w tym też funkcjonującego organizmu, odczuć zewnętrznych, wewnętrznych. Zdecydowanie przeraziłaś mnie!

Polubiłam bohaterkę, była taka naturalna, nieprzekombinowana i reagowała jak człowiek. Chłopiec – ok, chociaż mniej wyraźny, najsilniejszy z początku, gdy się pojawił.

 

Z czym warto byłoby powalczyć? 

Moim zdaniem, z pewnym rodzajem przeładowania, nagromadzenia wizji, obrazów. Czasami budowało to nastrój, lecz niekiedy przechodziło w rodzaj wyliczanki – bombardowania. Zanim zdążyłam sobie wyobrazić-osadzić się w jednym obrazie w następnym zdaniu pojawiał się inny, na który musiałam się szybko przestawić, a potem kolejny. Hm, a może bardziej chodzi tu o płynność, czyli stopniowe rozwijanie wizji i takie metaforyczne prowadzenie czytelnika za rękę, na przykład: popatrz tu, zobacz, odczuj itd.

Zwróciłabym również uwagę na coś, co nazwałam – w trakcie czytania Twojego tekstu – przeciwieństwami. Czasem zestawienia słów, wyrażenia „robiły” nastrój, niekiedy jednak wprowadzały zamęt. Na przykład tutaj przez słowo „ledwie”:

,ledwie słaniając się na nogach z głodu i zmęczenia

 To w końcu słaniała się na tych nogach czy nie. 

A z kolei kawałek dalej już jest ok – „niemal przelewał” („Chłopiec niemal przelewał się przez ręce”).

 

Zauważone drobiazgi do rozważenia:

Trzasnęła za sobą drzwi do kokpitu,

Trzasnęła drzwiami, zatrzasnęła drzwi?

Poręcz również czymś nasmarowano

Posmarowana, zasmarowano, uwalana była

Choć niejasno zdawała sobie sprawę, że nie mógł to być sok, patrzyła na ręce, jakby należały do kogoś innego.

Chyba początek zdania niepotrzebny i potem rozdzielić na dwa zdania? w każdym razie coś bym tutaj zmieniła. Mamy dwie informacje z różnych kategorii: sok i ręce (nie chcę spojlerować, dlatego tak naokoło piszę) i doznanie dotyczy obu naraz, a to są dwa odczucia, pierwsze dotyczy soku, drugie dłoni.

wtoczyła się po schodkach

Wtoczyła? 

nie męczyć się przez lata z chorobą

Może latami z chorobą?

wrażliwość Leny nieco stężała.

Stężała?

upadłych gwiazd, rozświetlających nadrzeczne bulwary, ulice i mosty. Schwytane w pudełka apartamentów mrugały ku Lenie zadziornie

Tu coś nie gra?

Argumenty za i przeciw naprzemiennie przeciągały linę na swoją stronę.

Swoje strony, każde na swoją stronę?

,Ledowe ślepia tramwaju linii PP wyłaniały z gęstego mroku szare betonowe ściany, wystające z nich drapieżnie zęby prętów zbrojeniowych i pęki kabli pełzających po ziemi w sobie tylko znanym kierunku

Do pomyślenia – wyłaniały, ciagle wyłaniały?

Trzasnęła za sobą drzwi do kokpitu,

Trzasnęła drzwiami, zatrzasnęła drzwi?

 

Arya, podobało misie:), klik za: klimat, pomysł, fabułę, nie wspomniałam jeszcze o zakończeniu – jest dobre:)

Pzd srd:), a

PS. A gdybyś nie wiedziała – horrory zdecydowanie nie są moją bajką:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, Katiu, za lekturę, komentarz i kliczek :)

I również życzę powodzenia w konkursie!

 

Cześć, Asylum :)

Dzięki za łapankę, od razu poprawiłam, bo zgadzam się z uwagami w 99% :) (z tą przedostatnią mam problem, nie jestem pewna jaka forma czasownika ostatecznie byłaby najtrafniejsza)

Cieszę się bardzo, że Ci się podobało.

Z czym warto byłoby powalczyć? 

Moim zdaniem, z pewnym rodzajem przeładowania, nagromadzenia wizji, obrazów. Czasami budowało to nastrój, lecz niekiedy przechodziło w rodzaj wyliczanki – bombardowania.

Myślę niestety, że zarzut to solidnie uzasadniony. Rzeczywiście mam problem z przeładowaniami. Głównie z ilością wątków, jakie zwykle chcę poruszyć w dość ograniczonej objętości, chociaż to akurat tutaj – tak sądzę – udało mi się wyważyć :p Z opisami jest trochę inaczej, staram się nie marnować znaków na “oczywistości”, ale w rzeczach “nowych”, mam zboczenie detaliczne. Może kiedyś się go wyzbędę :D

horrory zdecydowanie nie są moją bajką

Nie byłam pewna, czy mogę zaklasyfikować ten tekst jako “horror” :p

Mnóstwo słów, czasem bardzo efektownie zestawionych. robi wrażenie. Tylko…

O czym czytałem? Nagromadzenie potworności i okropieństw, które kończą się: “a potem otrzepała pył z sandałów i poszła naprzeciw nowym potwornościom i okropieństwom”?

Nadawałoby się do “Snów Umarłych”, tam liczy się głównie styl, a sensu może i nie być. U ciebie aż tak źle nie jest, z tym że mam jednak wrażenie pewnej nadmiarowości opisów nad historią.

Z uwag:

– “obskrobanymi kamienicami” – obskrobany to może być ziemniak; kamienica raczej – odrapana;

– “zęby zadzwoniły o porcelanę. Dobrze, że nie trzymała kubka” – kubków nie robi się z porcelany;

– “lasy otoczone aureolą złotych liści” – lasy całe? rozumiem: drzewa, ale lasów w aureoli coś nie mogę sobie wyobrazić;

– “prysnęła mgławica” – może to i poprawne, ale mgiełka znacznie lepsza;

– masz też w tekście nagromadzenie “czasu”, który w pewnym momencie pojawia się w co trzecim zdaniu.

A to mi się spodobało: “Co lubią puszczać psychopaci?”. Gdzieś już o tym pisałem ;). Może Metallikę?

 

Warsztatowo – dobrze, nawet bardzo, znaczeniowo – niespecjalnie.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Aryo, bardzo przyjemnie Ci to wyszło, mknęłam przez opowiadanie jak po torach. Było realistycznie, coś jakby podobna sytuacja mogła się wydarzyć naprawdę – niech przeklęte będą tramwaje wrocławskie! Mnie się niezwykle podoba, że Lena jest dorosła i dziecięca naraz; w jednej chwili jest przerażająco trzeźwa i logistycznie podchodzi do tematu, ale bywają też momenty z syropem malinowym. Przekazałaś mi nawet jakąś część wiedzy medycznej, co jest zawsze w cenie. Zgrabnie wplecione, nie dominowały, akompaniowały tematycznie “choremu” światu, pełnemu pandorowych tramwajów. Fabian nieco przyćmiony postacią Leny, ale nadrabia w końcówce, która przez cyrograf najpierw mnie rozbawiła (czyżby powiało satyrą?), a potem wpędziła w panikę: “ktoś, kto wyniósł ciało”. Czyli straszysz psychicznie i fizycznie ;) 

Też tego nie wiedziałam, czy horror, może weird?:) Kłopot sprawia mi precyzyjne rozróżnianie kategorii. Taki King, niektóre, to horror? Nie wiem, waham się, choć jeśli występują zombi to – tak. 

I ja z tą przedostatnią miałam problem, dlatego nic nie zaproponowałam:) “Uchwyciłam” Twoją wizję, że się wyłania i wyłania coraz bardziej, tak jak rozsnuwa się mgła, bądź człowiek patrząc widzi coraz więcej, chociaż w sumie nie wiem dlaczego, ale jakoś tak jest.Z tym, że tutaj zbytnio na kontemplację czasu nie mamy, znaczy bohaterka. Widzi, co widzi i to chyba jest błysk, przynajmniej w pierwszym momencie.

A zarzut – nie!, bardziej do przemyślenia:) Próbka złożona ze mnie i Łosiota (przeczytałam już komentarze) jest zdecydowanie za mała, to nic. Decydujesz Ty, zawsze, na  Tak bądź Nie. My podpowiadamy na bazie swoich odczuć.

Przeładowania to niejako mix: Twoje pisanie (warsztat) i odbiór, czyli jak szybko czytelnicy będą mogli/potrafili za Tobą podążyć. Ten puls czytelników czasami zdaje mi się zwodniczym (pewnie brzmię obrazoburczo), zwłaszcza że kształtowany. Niemniej pisanie ma dla mnie wartość, ponieważ pozwala układać swoje przemyślenia, głupie-mądre, to chyba nie ma znaczenia. Ważniejsze są słowa i umiejętność ich klecenia. W ten sposób można nadawać znaczenia i cośkolwiek więcej rozumieć z tego świata i siebie. No to popłynęłam. Znaczy pora kończyć:)

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Staruchu – bardzo mi miło, że zajrzałeś :)

Teraz odnosząc się do Twojego komentarza: nadmiarowość opisów nad historią? Być może. Może należało porzucić chęć przestawienia swej wizji czytelnikowi w tak detaliczny sposób na rzecz pozostawienia większej ilości miejsca na własną, spersonalizowaną wyobraźnię. Pisałam, co miałam przed oczami i tak wyszło…

a potem otrzepała pył z sandałów i poszła naprzeciw nowym potwornościom i okropieństwom

A co miała zrobić? :D Oczywiście zastanawiałam się nad jej emocjonalnością. I w tej konkretnej sytuacji znalazłam jedynie pustkę i rezygnację. W końcu cała ta historia jest nieprawdopodobna, a jednak dzieje się na jej oczach, więc mogły zareagować mechanizmy obronne jak wycofanie. Lena jest fatalistką – olewa studia, pracę, nie ma znajomych, choruje. Ma mętlik w głowie, zapewne także depresję. Życie przyzwyczaiło ją do okropieństw. A tutaj, to tylko kolejne kopniaki.

 

Co do nagromadzenia czasu – tak, w pewnym momencie pisania zaczęło mi się wydawać, że co chwila o tym wspominam, ale przy poprawkach już nie wyłapałam.

 

Może Metallikę?

Hahaha, mówisz i masz! :D

znaczeniowo – niespecjalnie.

Tu mam pytanko z ciekawości – czy pod słowem “znaczenie” rozumiesz, Staruchu, “przesłanie”? Ponieważ stoję po stronie barykady, po której nie każdy tekst musi za sobą nieść jakąś cudowną albo straszną prawdę/morał/etc. Może King nie jest wzorcowym mistrzem, ale zgadzam się z jego stwierdzeniem, że najpierw historia, którą ktoś musi chcieć przeczytać, a jeśli po drodze autor dostrzega coś, co zaczyna kryć się pod spodem, to tylko głupiec by tego nie wykorzystał.

Oczywiście to nie aksjomat.

Jeszcze raz dzięki za lekturę :) Te parę “drobnostek” poprawiłam.

 

Żonglerko, super Cię tu widzieć! :)

Dziękuję Ci bardzo za miłe słowo. Ahhh też nie cierpię tych wrocławskich wehikułów… Nigdy nie wiesz ani jaki syf załapiesz (ostatnio uciekałam na drugi koniec wagonu od pewnej paskudnie kaszlącej pasażerki, tylko po to by dopadła mnie przy drzwiach i jeszcze przez 5 min jakby starannie celowała :((), ani czy dojedziesz na czas, czy też tramwaj wybierze pozaszynową wolność… (w tym roku to już epidemia)

 

Śniąca – kontrolerów akurat nie było :P

 

Asylum – tak czy inaczej fajnie jak ktoś takie rzeczy wypatrzy (fajnie, że można coś z tym zrobić xD)

 

 

 

czy pod słowem “znaczenie” rozumiesz, Staruchu, “przesłanie”?

Raczej tak. Poniewaz czasu mam coraz mniej, to z każdej lektury chciałbym cos wynieść. Nauczyć się, dostac materiał do przemyśleń, wzruszyć się, itd itp A oglądanie (czytanie) ładnych faramuszek – to już nie dla mnie…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ok, rozumiem, jasna sprawa:) Mam nadzieję w takim razie, że czasu tu nie uważasz za (aż tak) stracony (bo trochę na pewno:)). Pozdrówka!

Aryo – nie bocz się. Napisałaś naprawdę dobre opowiadanie. A że moim zdaniem ciuteczkę czegoś w nim zabrakło (jak pieprzu w rosole), to tylko jedna, niemiarodajna opinia!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ależ Staruchu, moje ego nie jest na tyle rozdmuchane, żeby się boczyć z tego powodu :D Oczywiście super by było, jakby ten pieprz się tam znalazł, ale mój komentarz był całkowicie szczery, bez odrobiny nawet sarkazmu :P

Hmmm. Jak dla mnie nieco zbyt oniryczne, ale pomysły fajne. No, coś w tym jest. I to parę interesujących szczepów…

Zgadzam się, że język dość barokowy. I że to nie musi być wada.

Chętnie zrozumiałabym z tekstu więcej. Komu zależało na PP? Bo to wygląda na drogie i skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie. Aż dziw, że znalazł się jakoś bezinteresowny mizantrop…

Babska logika rządzi!

Mnie zamiast barokowości bardziej nasuwa się przymiotnik “solidny”. Czuć tu konkretny styl, porządny warsztat, pewien rozmach – i w pomyśle, i w tych opisach i w świecie, i w koncepcie pojazdu. Spodobało mi się to.

Obawiam się, że nie do końca wszystko zrozumiałam, ale nie wiem, czy wynika to z jakiegoś mojego nieogarnięcia, czy z Twojego zamysłu, żeby było tak właśnie onirycznie i niejednoznacznie. Zastanawiam się, co się właściwie wydarzyło pomiędzy bohaterami i jak rozumieć zakończenie. Chłopak sam podpisał umowę i dzięki temu zyskał immunitet? Jeśli tak, to po co była próba skłonienia do tego Leny? To dla mnie nie jasne.

To, co z pewnością bardzo Ci się udało, to stworzenie niepokojącej atmosfery, wzbudzenie niepokoju. Aż trochę żałuję, że przeczytałam Twoje opko przed snem ;) Zwłaszcza, że sama zmagam się właśnie z choróbskiem.

Klimacik niewątpliwie jest, dołujące to, człowiek coraz bardziej wsiąka w beznadziejną sytuację bohaterki i nawet ustąpienie objawów jej choroby, wydaje się tu dodatkową torturą. Czytało mi się dobrze, ale na końcu trochę się rozczarowana poczułam. Kto i po co wysyłał te tramwaje w podróż? Ich obsługa ma immunitet, czyli że żyje wiecznie? Jedną z zasad jest niezabieranie pasażerów na gapę, rozumiem, że złamanie grozi utratą immunitetu, ale w przedziale Twojej bohaterki był już wcześniej truposz, to co on tam robił? Piekielnie dużo pytań mi pozostało.

Fabuła: Oj, ciężkawy to tekst, sporo chaosu i niedopowiedzeń, miejscami jest naprawdę dziwacznie. Ale nie mogę powiedzieć, że była to zła lektura. Tekst trzymał w napięciu, bo był spowity atmosferą tajemnicy. Podróż, co ciekawe, była raczej przez tramwaj niż tramwajem. Zakończenie dość mocne. Całość wyszła raczej impresjonistyczne, większe wrażenie robią tutaj obrazy tworzone w wyobraźni niż całokształt wymowy utworu, który jest dość trudny do jednoznacznego odszyfrowania.

Oryginalność: Połączenie nadnaturalności z laboratoryjnymi klimatami nieco przywodzi mi na myśl grę "The Valley", dostrzegam tu też trochę dickowskich klimatów. Całość oscyluje gdzieś pomiędzy science fiction, weird fiction i urban fantasy. Jest trochę jak opowieść, którą można by usłyszeć w pustym nocnym autobusie od jakiegoś zakapturzonego, sponiewieranego typa. Wymyka się logice, ale jest dość przerażająca i kryją się w niej jakieś strzępki szczerej, osobistej prawdy. Do tego jeszcze ten motyw tramwaju jako puszki Pandory – bez wątpienia jeden z oryginalniejszych tekstów w konkursie.

Styl: Brudny, oniryczny, pasuje do treści opowiadania. Gwiazdki można by dla czytelności oddzielić enterami od reszty tekstu. Trochę powtórzeń.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Przybywam z podziękowaniami za lekturę, choć trochę po czasie :/ Ale dziękuję! :D

 

Finklo – pójdę tym tropem i spróbuję ten tekst troszkę rozwinąć, żeby rzeczywiście więcej tłumaczył, ale bez przesady ;P właśnie taka aura tajemniczości mnie się osobiście podoba – ogólnie, w różnych dziełach, różnych autorów – takie nieznane mechanizmy działania świata, ale podejmę próbę delikatnego ich wyklarowania :)

 

Werweno – ja wciąż nie do końca rozumiem pojęcie “barokowy” odnoście pisania :D Dziękuję za miłe słowo, Twoje opko było magicznie napisane, więc komplement przyjmuję z uśmiechem.

 

Chłopak sam podpisał umowę i dzięki temu zyskał immunitet? Jeśli tak, to po co była próba skłonienia do tego Leny? To dla mnie nie jasne.

W zakończeniu wspomniałam, że nie chciał być sam i podjęcie próby namówienia jej do tego, były właśnie tym prostym faktem motywowane. Ostatecznie nie miał specjalnie wyboru, jeśli pragnął przeżyć.

Aż trochę żałuję, że przeczytałam Twoje opko przed snem ;)

Haha, mam nadzieję, że jednak nie niosło to większych konsekwencji związanych z zaśnięciem:)

 

P.S. Zdrówka życzę :) Nie warto pakować się w tramwaje.

 

Irko – immunitet miał dotyczyć chorobowości; praktycznie żyją pośród zakaźnego syfu i innych źródeł choroby, to w jakiś sposób muszą być odporni, aby napędzać tę maszynerię i nią sterować. Trupa można wytłumaczyć dwojako – element wystroju, albo zabito go, żeby nie było pasażera na gapę. W sytuacji z Leną, wchodząc w szczegóły, miałam w zamyśle, że maszynista zanim został maszynistą też chorował i podpisanie umowy zdjęło z niego ciężar choroby, a w momencie odjazdu z przystanku z Leną na pokładzie, gdy immunitet przestał nagle działać, wszystko mu wróciło i szybko pożegnał się z życiem. Trup mógł być w tramwaju dłużej niż ten konkretny maszynista. Wezmę jednak Twoje zastrzeżenia pod uwagę, przy przebudowie tekstu, dzięki :)

 

Wickedzie – ufff, to dopiero jest solidny komentarz :) piszesz “ciężkawy tekst” – traktować to jako znaczną wadę?

sporo chaosu i niedopowiedzeń

To raczej nie jest zaleta. Zatem do ewentualnego dopracowania.

Nie znam wspomnianej przez Ciebie gry, ale zaraz wyląduje wklepana w wyszukiwarkę :)

 

Ninedin – dziękuję za odwiedziny :)

 

Osobliwy tramwaj i jego przygodna pasażerka sprawiły, że czytałam opowiadanie z rosnącą ciekawością, zaintrygowana kolejnymi wydarzeniami i pełna ufności, że w końcu coś się wyjaśni. Niestety, moje nadzieje zostały zawiedzione – doczytałam do końca i cóż, tak jak na początku nie wiedziałam, co to za tramwaj i co robi w nim chłopiec, tak i w finale nie dowiedziałam się o co tu chodzi.

Dodam jeszcze, że zastanawiam się, dlaczego Lena, cierpiąca na RZS, w tramwaju nie odczuwała żadnych dolegliwości?

 

mę­czyć się la­ta­mi z cho­ro­bą, która nie prze­ry­wa­ła żniw. ―> Co to znaczy, że choroba nie przerywa żniw?

 

Aro­mat sy­ro­pu z czar­ne­go bzu, jaki bab­cia za­wsze do­da­wa­ła do her­ba­ty. ―> Aro­mat sy­ro­pu z czar­ne­go bzu, który bab­cia za­wsze do­da­wa­ła do her­ba­ty.

 

Prze­łknąw­szy gulę ro­sną­cą w gar­dle, wy­pa­li­ła z pierw­szą rze­czą, jaka przy­szła jej do głowy. ―> Prze­łknąw­szy gulę ro­sną­cą w gar­dle, wy­pa­li­ła pierw­szą myśl, jaka przy­szła jej do głowy.

 

– Hodowle wirusów, bakterii, grzybów, parazytów, praźródła konfliktu – to coś, co inicjuje konflikt w obrębie układu immunologicznego – i złośliwe mutatory materiału genetycznego komórki. ―> W dialogach unikaj dodatkowych półpauz – sprawiają, że stają się one mniej czytelne.

 

– Co ro­bi­cie z tymi…pra­źró­dła­mi? ―> Brak spacji po wielokropku.

 

Co lubią pusz­czać psy­cho­pa­ci?, za­sta­no­wi­ła się… ―> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

Na stole le­ża­ła pacz­ka otwar­tych cia­stek. ―> Otwarta była paczka, nie ciastka, więc: Na stole le­ża­ła otwar­ta paczka cia­stek.

 

„Włóż klu­czyk do sta­cyj­ki…Awa­ria zam­ków w sek­to­rze 1749…Wy­ciek obiek­tów E75 z sek­to­ra 7…Włóż klu­czyk…”. ―> Brak spacji po wielokropkach.

 

Nie mogła się do­cze­kać, opu­ści… ―> Nie mogła się do­cze­kać, kiedy opu­ści

 

wy­brzu­szał się ku górze, two­rząc rów­no­le­głe górki, zie­mia two­rzy­ła ko­le­iny… ―> Powtórzenie.

 

Zmeł­ła w pię­ści ka­wa­łek kart­ki… ―> Pewnie miało być: Zmięła w pię­ści ka­wa­łek kart­ki…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest. 

Odjechane i pokręcone, a z całą pewnością pełne surrealistycznego mroku. I to takiego wywołującego ciarki. Sporo tu też brudu, ale nie wyczuwam przesady. Klimat jest zdecydowaną przewagą tego tekstu. Ale nie tylko, bo i pomysł na Puszkę Pandory miałaś ciekawy – udało Ci się coś tak znanego i osadzonego w kulturze, pokazać w zupełnie inny sposób. 

I chociaż nie wiem ostatecznie, co się stało z Leną, to nawet mnie to aż tak bardzo nie uwiera. Tym razem kupuję takie niedopowiedzenie i surrealizm.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Reg – jak zwykle odwalasz kawał dobrej roboty, dziękuję za wyłapanie babolków, zostały poprawione :)

zastanawiam się, dlaczego Lena, cierpiąca na RZS, w tramwaju nie odczuwała żadnych dolegliwości?

Dużo rzeczy zostało niedopowiedzianych, limit też zrobił trochę swoje, ale wyjaśnienie na to miałam: rodzaj kuszenia. Mam pomysł jak go wytłumaczyć i pomyślałam, że zawrę go z większą ilością wyjaśnień w poprawkach tekstu. Nie planowałam robić z nim nic więcej niż wystawić w konkursie, po to powstał, ale skoro Wicked daje możliwość dopracowania i słania dalej, to myślę nad tym :) Chociaż z innym tekstem planowałam podjąć pierwszą próbę “na zewnątrz”.

Przykro mi, że na koniec nie mogłaś odczuć pełnej satysfakcji z lektury ;( I raz jeszcze dziękuję za wizytę :)

 

Śniąca – dziękuję pięknie za jurorski komentarz i zawarte w nim miłe słowa :)

Aryo, dziękuję za wyjaśnienia i cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wracam z jurorskim podsumowaniem:

 

Trochę przeładowane, ale w sumie efektowne i pomysłowe. Mogę sobie spokojnie wyobrazić, że narodziło się z widoku o jedną zakatarzonej osoby w tramwaju za dużo :D. W fabule trochę się chwilami gubiłam (wędrówki bohaterki po wagonach), ale sam koncept tramwaju jako puszki Pandory – niegłupi i pomysłowy. Motywacje postaci, zwłaszcza bohatera, mogłyby być nieco jaśniejsze, albo ja się okazałam bardzo niedomyślną czytelniczką. Językowo sprawne, bardzo w porządku. W sumie – udany tekst.

Sympatyczne :)

Ninedin, dziękuję za komentarz :)

Anet :))

Nowa Fantastyka