- Opowiadanie: Voycawojka - Zawody terminowe

Zawody terminowe

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zawody terminowe

Cztery drony otoczyły Jona, przyglądając mu się pod różnymi kątami. Ciężko było się skupić na rozmowie, kiedy te niezbyt subtelne cuda techniki nagrywały każde słowo.

– Gdzie mam patrzeć? – spytał reporterki.

– Proszę nie zwracać uwagi na kamery – odpowiedziała. – Same wybiorą najlepsze ujęcie, a pan niech się zachowuje naturalnie.

Łatwo powiedzieć. Jon nie był przyzwyczajony do udzielania wywiadów. Zwykle wręcz unikał bycia zauważonym. Jednak teraz dziennikarze staną się pewnie codziennością.

– Jak się pan czuje jako uczestnik pierwszej edycji zawodów terminowych?

Chłopak otworzył usta, aby poprawić dziennikarkę, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Lepiej było nie wspominać na głos o wieloletniej tradycji nielegalnych turniejów. W najlepszym wypadku groziłaby za to dyskwalifikacja. Zamiast tego Jon skupił się na swoim motocyklu. Mógłby o nim opowiadać przez cały cykl dobowy.

– Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu wypróbuję swój motocykl w akcji… – zawahał się – po raz pierwszy. Niektóre elementy sam modelowałem. Pamiętam jak kiedyś wydałem całe swoje oszczędności na lepszy materiał do drukarki 3D, aby wydrukować kierownicę. Lewy uchwyt i tak się w końcu ułamał, ale było warto. Kierowało się świetnie! Pamiętam też, jak kiedyś próbowałem przeprogramować silnik, żeby…

– Oczywiście wie pan, że prywatne pojazdy nie są dopuszczone do zawodów – przerwała mu reporterka. – Widział pan już oficjalne maszyny?

Jeden z dronów zmienił pozycję, aby lepiej uchwycić zaskoczenie na twarzy Jona. W nieoficjalnych zawodach każdy martwił się o własny motocykl. Jeśli ktoś miał lepszy sprzęt, pozostali zawodnicy musieli nadrobić umiejętnościami. Widocznie nowopowstała Planetarna Organizacja Terminowa uznała taki stan rzeczy za nieuczciwy. Jon musiał im przyznać trochę racji.

– Nie, nie widziałem jeszcze. Jaki model? – zainteresował się chłopak.

Dziennikarka przez chwilę uśmiechała się w milczeniu. Pewnie ktoś przypominał jej przez słuchawkę, co ma odpowiedzieć.

– Organizatorzy specjalnie na tę okazję zlecili projekt motocykli Sowa. Mają zapewnić wysoki komfort kierowcy. Nie wiedział pan?

Jon nie interesował się szczególnie ziemskimi zwierzętami, ale sowy nie kojarzyły mu się z precyzją, ani sterownością. Na pewno z nocą. I chyba z mądrością albo sprytem. Może symbolizowały “komfort kierowcy”, o którym wspomniała dziennikarka. Chciał jak najszybciej przekonać się na jaki motocykl został skazany.

– Przepraszam – zaczął niepewnie – ale muszę już iść.

– Ależ oczywiście, rozumiem – zapewniła reporterka. – Dokąd się pan tak spieszy?

Chłopak zawahał się.

– Na trening, oczywiście. Do widzenia.

Ruszył do wyjścia. Dwa z dronów podążyły za nim jeszcze kilka kroków.

– Na tym kończymy nasz wywiad z Jonem Zhao. – Słyszał jeszcze reporterkę. – Uroczy chłopak, ale czy wystarczy mu charyzmy, aby konkurować ze starszymi zawodnikami? Zapraszam do głosowania w sondażu.

“Dopiero co per pan, a teraz mówi jak o dziecku”, skomentował w myślach.

 

***

 

Kiedy tylko wyszedł ze studia do miejskiej części habitatu, Jon aktywował rękaw w swojej bluzie. Fragment materiału na przedramieniu usztywnił się i wyświetlił ikony aplikacji. Chłopak używał tej funkcji wiele razy dziennie, jednak wciąż momentami wpadał w podziw jak jeszcze przed chwilą giętki materiał błyskawicznie naciągał się, twardniał i stawał ekranem dotykowym. Nastolatek potrząsnął lekko ręką, aby odrzucić komunikat o trzech nieodebranych wiadomościach od matki, i wyszukał szybko dane kontaktowe do Planetarnej Organizacji Terminowej. Ich strona przywitała go hasłem: “Sport jakiego jeszcze nie widziałeś”. Jon przewrócił tylko oczami. Bardziej adekwatnie byłoby reklamować zawody terminowe sloganem: “Nareszcie możesz obejrzeć to legalnie”. Chłopak przebił się przez sekcje z biletami, wywiadami i materiałami promocyjnymi. Wzmiankę o motocyklach udało mu się znaleźć na oficjalnym blogu. Niestety nie dowiedział się z niej wiele więcej niż od dziennikarki. Zawodnicy mają ścigać się na maszynach ze specjalnie przygotowanej serii Sowa, które, jak ręczy autor postu, zapewniają największy komfort i bezpieczeństwo kierowcy. 

Jon postanowił skontaktować się z organizacją. Jako jeden z zawodników, chyba ma prawo do jazdy testowej. Zlokalizował na ekranie niewielką ikonę koperty. Zawsze zastanawiał się skąd pochodzi ten symbol i dlaczego oznacza wysłanie wiadomości. Nigdy jednak nie był na tyle ciekawy, żeby szukać historycznych źródeł. Dotknął przycisku. Został powitany przez sztuczną inteligencję.

– Witam w imieniu POT, Planetarnej Organizacji Terminowej! – napisał bot. – W czym mogę pomóc?

– Chcę umówić się na jazdę próbną – odpisał Jon.

Przez chwilę nie było żadnej odpowiedzi. Widocznie wirtualne zwoje mózgowe jego rozmówcy były przygotowane raczej na sprzedaż biletów i tłumaczenie zasad turnieju. Może też był duży ruch i serwer zwyczajnie nie nadążał.

– Proszę potwierdzić tożsamość – odpowiedział w końcu.

Jon zaakceptował komunikat proszący o zgodę na identyfikację użytkownika. Niemal natychmiast otrzymał nową wiadomość.

– Dzień dobry, panie Jonie Zhao – przywitała się ponownie sztuczna inteligencja. – Motocykle nie zostały jeszcze oficjalnie przedstawione publice, ale przysługuje panu jazda próbna. Może pan stawić się w biurze POT o dowolnej godzinie dziennej części cyklu dobowego.

– Będę w ciągu godziny,

Jon ruszył szybko do centrum. Biuro Organizacji Terminowej znajdowało się po drugiej stronie, tak zwanego, Torusa Życia. Była to wielka, obracająca się konstrukcja z systemami podtrzymywania życia, w której większość mieszkańców planety spędzała całe swoje życie. Miała tak ścięty kształt, aby siła odśrodkowa, w połączeniu z niską grawitacją ciała niebieskiego, tworzyły wektor siły równy przyciąganiu ziemskiemu.

Przechodzącego przez wąskie uliczki chłopaka z każdej strony bombardowały reklamy. Zazwyczaj nie zwracał na nie uwagi, ale teraz większość z nich dotyczyła zawodów terminowych. Z ciekawości czytał wszystkie nagłówki na animowanych plakatach. Średnio ciekawe informacje o wyprzedażach biletów i sponsorach były wynagradzane przez możliwość zobaczenia własnego nazwiska na reklamie. Dostawał nawet więcej czasu plakatowego niż pozostali zawodnicy. Pewnie ze względu na wiek. Był najmłodszy z nich wszystkich.

Bluza zadrżała. Jon aktywował rękaw i zobaczył nową wiadomość od matki. Postanowił jej w końcu odpisać, inaczej nigdy nie da mu spokoju. Już miał podyktować treść wiadomości, kiedy przerwał mu dobiegający zza pleców głos.

– Siema, Zhao!

To znajomy Jona, Christiano. Chłopak widział go ostatni raz jeszcze za czasów nielegalnych jazd. Pomagał mu czasem przygotowywać motocykl do zawodów.

– Cześć. Nie mam czasu gadać, muszę lecieć. – Jon chciał jak najszybciej zobaczyć Sowę.

– Tak, tak – zatrzymał go Christiano. – Teraz jesteś gwiazdą, to nie masz czasu żeby gadać z takimi wyrzutkami jak ja.

Jon nie odpowiedział.

– Słuchaj – kontynuował znajomy – słyszałem, że będziecie musieli jeździć jakimiś gównianymi maszynami. Bo powiedzmy sobie szczerze, na pewno są gówniane. 

– Tego jeszcze nie wiem, to jakiś nowy mode…

– Nie jeździłeś nigdy na niczym poza tym swoim – przerwał mu Christiano – co go sam drukowałeś. Nie dasz rady na tych ich Sowach, czy jak to nazwali. Ale ja znam ludzi. Chcesz wygrać? Daj tylko znać i się załatwi.

To już była bezczelność. Nie po to Jon zgłosił się do oficjalnych zawodów, żeby dalej zadawać się z takimi szemranymi gnojami.

– Obejdzie się – rzucił i szybko poszedł dalej.

 

***

 

Chłopak dotarł do stacji elewatorowej, centrum tej części habitatu. Akurat jedna winda jadąca w jego stronę czekała na pasażerów. Przecisnął się przez tłum ludzi. Miał szczęście, zostało ostatnie wolne miejsce. Inaczej musiałby czekać nawet piętnaście minut na następną windę. Zapłacił odciskiem palca przy terminalu, a drzwi otworzyły się. Zajął miejsce między ścianą i starszym panem, na oko w wieku stu dziesięciu lat. Z ubolewaniem zapiął pasy. Niedawno stało się to obowiązkowe, bo ktoś złamał nos na nieważkim etapie jazdy.

Winda ruszyła. Jon odczuwał powolny spadek grawitacji, w miarę jak elewator zbliżał się do środka Torusa Życia. Siedzenia korygowały swoje położenie, aby zniwelować zmianę kierunku siły przyciągania. Plakat na jednej ze ścian błysnął i wyświetlił kolejną reklamę zawodów terminowych. Na tle zdjęcia Jona widniał napis: “Wydał majątek na motor, którym nie pojedzie, zobacz wywiad”. Staruszek kaszlnął.

Winda dotarła do miejsca, w którym siła odśrodkowa nie miała już żadnego znaczenia. Jedyne, co zostało, to niewielka grawitacja planety. W takich warunkach Jon czuł się najlepiej. Wolałby jednak spędzać czas na motocyklu, niż w windzie. Reklama błysnęła. Tym razem ukazała się informacja o nowym rodzaju owocu, który właśnie przywiózł kupiec z Federacji Marsjańskiej. Produkt nazwany został brzosłkiem.

 

***

 

Biuro Organizacji Terminowej znajdowało się tuż obok wyjścia ze stacji elewatorowej. Na miejscu chłopak zidentyfikował się ponownie jako Jon Zhao i został wpuszczony do środka.

– Witamy w biurze POT – odezwał się z głośników syntetyczny, kobiecy głos. – Proszę kierować się wzdłuż zielonej trasy.

Nie było tam nikogo innego. Idąc wzdłuż świecących na zielono strzałek Jon trafił do rozległej, pustej hali. Wszystkie drzwi były zamknięte. Błyszcząca się strzałka wskazywała na stojącą przy ścianie ławkę. Chłopak uruchomił grę na swoim rękawie, aby umilić sobie chwilę czekania.

Cztery poziomy i trzech uratowanych książąt później, przez jedne z drzwi wszedł pracownik prowadzący u swojego boku Sowę. W drugiej ręce trzymał jakiś nadgryziony owoc.

– Pan Jon, dzień dobry – przywitał się mężczyzna. – Przepraszam najmocniej, że musiał pan czekać, ale, tak między nami, straszna kolejka była do tych całych brzosłków. Słyszał pan o nich? – Ugryzł kawałek owocu. – Czego ci marsjanie nie wymyślą.

Ciekawe, czy wobec starszych zawodników też zachowywał się tak lekceważąco.

– Dzień dobry, to jest mój motocykl?

Pojazd wyglądał jakby był cały wydrukowany jako pojedyncza część. Idealnie gładki, lekko błyszczący. Zaskakująco duża komora silnikowa, nawet najsilniejsze napędy nie zajmują tyle miejsca.

– Powiedzmy, że pana. Tą sztuką będzie pan jechał. – Pracownik wziął kolejny gryz brzosłka. – Widzę, że się pan mocno przygląda. Błyszczący, nie?

– Silnik jest dosyć spory.

– A, silnik. Widzę pan młody, ale coś tam jednak wie.

Pracownik otworzył klapę komory odsłaniając kryjący się wewnątrz napęd. Sam mechanizm odpowiedzialny za wprawianie kół w ruch był standardowych rozmiarów, może nawet trochę mniejszy niż w motocyklu Jona. To układy komputerowe zajmowały więcej miejsca niż powinny.

– Jest wyposażony w specjalną sztuczną inteligencję – wyjaśnił mężczyzna. – Nie musi się pan bać, że słońce pana spali. Jak się podjedzie za blisko terminatora, motocykl uruchomi autopilot i oddali się na bezpieczną odległość. Fajnie, co?

Jon nie wiedział co powiedzieć. Nie był nawet pewien, czy dobrze zrozumiał. “Przecież o to chodzi w tych zawodach, żeby zbliżyć się do terminatora!”, wykrzyknął w myślach. Planeta miała ekstremalnie parzące słońce i jednocześnie wyjątkowo wyraźną granicę między dniem i nocą, tak zwany terminator. Zwycięzcą zostawał ten, kto był w stanie jechać najbliżej tej świetlnej linii przez określony czas. Chłopakowi nie mieściło się w głowie, jak można wpaść na tak idiotyczny pomysł, aby blokować pojazdom zbliżenie się do celu zawodów.

– Widzę, że pana zaskoczyłem – kontynuował pracownik. – To dla pana bezpieczeństwa, przekroczenie terminatora może być śmiertelne. Proszę o tym myśleć tak, zamiast zbliżać się do granicy dnia, zawodnicy zbliżają się do granicy wyznaczonej przez nasze motocykle. Wychodzi na to samo.

– Jon! – krzyknął zza pleców chłopaka kobiecy głos.

Należał do jego matki.

– Jon! – kontynuowała. – Co ty tu robisz i czemu nie odpisujesz na moje wiadomości? Możesz mi to wyjaśnić?

Zawsze to robiła. Pracowała jako wysoko postawiona programistka w sektorze bezpieczeństwa, dzięki czemu miała dostęp do wielu danych. Takich jak, na przykład, ostatnia zarejestrowana lokalizacja syna albo lista umówionych wizyt w biurze Organizacji Terminowej. Często tego nadużywała.

– Odpowiedz jak pytam. Tylko te zawody ci w głowie. Myślisz, że cię do nich dopuszczę?

Jon nie odpowiedział. Pracownik wziął kolejny gryz brzosłka.

– Jak będziesz pełnoletni to pogadamy – skwitowała. – Chodź, idziemy.

– Absurd! – nie wytrzymał chłopak. – Na Ziemi pełnoletnim jest się od osiemnastu lat. Na Wenus podobno nawet od szesnastu. A ja się muszę męczyć.

– Na Wenus od siedemnastu – sprostował pracownik kończąc swój marsjański owoc.

 

***

 

W domu Jon miał trochę czasu na ochłonięcie. Uporządkował sobie w głowie dwa problemy. Pierwszy taki, że POT chciało zniszczyć cały urok zawodów terminowych. Tego typu blokady na motocyklach są śmiechu warte. Drugi natomiast polegał na tym, że matka w ogóle nie chciała zezwolić na jego udział. Być może te problemy mogły rozwiązać się nawzajem.

Wszedł do głównego pokoju swojego mieszkania, gdzie jego matka oglądała właśnie wywiad z nim.

– Na tym kończymy nasz wywiad z Jonem Zhao – brzmiał z głośników głos reporterki. – Uroczy chłopak, ale czy wystarczy mu chary…

– Mamo – zaczął Jon. – Wiesz, oni mają zaawansowane systemy bezpieczeństwa. Motocykl nawet nie pozwoli mi zbliżyć się do terminatora, więc niemożliwe, żeby coś mi się stało.

Kobieta wyłączyła audycję.

– Tak, słyszałam. Pół kilometra odległości to i tak mało.

Zapadła cisza. Jon spodziewał się raczej liczby rzędu pięćdziesięciu metrów. Powstrzymał się od komentarza.

– Zawodnicy to ludzie, którzy wcześniej konkurowali nielegalnie – powiedziała po chwili zaskakująco spokojnym głosem. – Nie masz tyle doświadczenia co oni. Bo nie ścigałeś się wcześniej, prawda?

– To nie wyścigi – poprawił ją syn – ale nie. Nie brałem w tym udziału – skłamał.

Chwila ciszy.

– Wierzę ci. Dobrze, przemyślę to.

Poszło dużo łatwiej niż Jon się spodziewał. Powinno to rozwiązać jeden z problemów.

– A mamo, słyszałaś o dostawie z Marsa?

– Oczywiście, że tak – odpowiedziała z lekką nutą oburzenia. – Wczoraj osobiście weryfikowałam klucze kryptograficzne ich floty.

– No tak. Pomyślałem, że można by kupić trochę tych ich nowych owoców na zapas. Nie wiadomo, kiedy znowu będzie dostawa.

– Daj spokój. Nie zabraknie ich przez kilka miesięcy, ale jeśli chcesz to idź sobie kup. Masz pienią… – Wstała nie kończąc zdania. – Albo masz rację, pójdę kupić. Mam nadzieję, że nie będzie kolejek, inaczej trochę mi to zajmie.

Szybko wyszła z komory mieszkalnej zostawiając Jona samego. Był w lekkim szoku, jak gładko poszła mu rozmowa z matką. Nie miał jednak czasu na analizowanie jej zachowań. Może po prostu raz chciała być dobrym rodzicem.

Chłopak wszedł do pokoju rodzicielki. W szafie znalazł jedynie sukienki. Wolałby kurtkę albo płaszcz, ale musiał działać na tym, co miał. Zdjął kieckę z wieszaka i wsunął rękę w jej rękaw. Był ciasny, ale na szczęście wytrzymały i lekko rozciągliwy. Jon spróbował aktywować ekran dotykowy. Bezskutecznie. Może druga ręka? Nie. Wypróbował jeszcze inną sukienkę z podobnym powodzeniem.

– Nie mów, że to ten model – mruknął do siebie.

Wsunął obie ręce w rękawy. Z trudem udało mu się przełożyć głowę i założyć na siebie sukienkę matki. Na lewym przedramieniu powitał go komunikat o autoryzacji. Udało się.

– Nie rozpoznano użytkownika. Proszę potwierdzić tożsamość – głosiła informacja na ekranie rękawa.

Jon wiedział co robić. Przeszukał szafki w poszukiwaniu tokenu autoryzacyjnego. Miał kształt małego heksagonu. Chłopak zlokalizował go na dnie jednej z szuflad i przejechał nim po materiale sukienki. Matka była specjalistką od bezpieczeństwa, ale ewidentnie nie pomyślała, że jej syn może spróbować założyć jej ubranie.

System zidentyfikował Jona jako Karolinę Zhao. Powinien mieć teraz dostęp do systemów komputerowych całej kolonii. Zamierzał podłączyć się do bazy Organizacji Terminowej i wyłączyć irytujące zabezpieczenia w swoim motocyklu. 

Kiedy utworzył połączenie z siecią POTu, zamiast informacji trzymanych na ich serwerach, przywitał go komunikat o błędzie.

– Wymagana autoryzacja specjalna – przeczytał na głos Jon. – No i dupa.

Wypróbował jeszcze kilka zapasowych tokenów autoryzacji, które znalazł w szufladzie. Żaden nie zadziałał. Jon postanowił ściągnąć sukienkę zanim matka wróci i spróbować w inny sposób.

 

***

 

Chłopak uznał, że skoro i tak miał zamiar posunąć się do oszustwa, może skorzystać z pomocy kumpla. Kierowała nim desperacja.

Umówił się z Christiano w sektorze miejskim, tam gdzie widzieli się ostatnio. Znajomy już na niego czekał.

– Siema, Zhao – przywitał się. – Wiedziałem, że zmienisz zdanie. Swoją drogą, próbowałeś tych nowych owoców? Zajebiste są.

Rzucił Jonowi nadgryzione brzosłko. Chłopak nie złapał go. Chciał przejść do rzeczy.

– Sowy mają syste…

– Co ty, zmarnowałeś jedzenie!

– …mają system bezpieczeństwa, który automatycznie włącza autopilot w pobliżu terminatora. Byłbyś w stanie to wyłączyć?

– Jasne, moi hakerzy nie takie rzeczy robili – odparł bez wahania. – Ale twój plan nie ma sensu. Jeśli zbliżysz się do granicy i nie włączy się autopilot, to będą wiedzieli, że coś jest nie tak. Może po prostu zmniejszę sterowność maszyn konkurencji? Albo ustawię twojego autopilota, żeby…

– Nie – przerwał mu ostro Jon. – Nie będę się zbliżał do terminatora bardziej niż powinienem. Ale nie mógłbym jechać wiedząc, że w każdej chwili sztuczna inteligencja może przejąć sterowanie. To uwłaczające.

– Jak chcesz. Ale wiesz, moi ludzie też muszą coś jeść. Nie każdy może tak marnować brzosłka jak ty.

– Ile?

– Twój motocykl.

Jon spodziewał się takiej odpowiedzi, ale jednak nie mógł ukryć zaskoczenia. Christiano robił mu na złość. Pojazd nie miał dużej wartości materialnej, ale chłopak wiązał z nim wiele wspomnień. Jeździł tylko na nim. Sam go modelował. Wydawał na niego oszczędności. Raz nawet, kiedy jeszcze się przyjaźnili, Christiano pomagał mu teksturować felgi. Teraz jednak Jon nie miał wyboru.

– Zgoda.

 

***

 

W dniu zawodów chłopak wciąż nie mógł uwierzyć, że mu się udało. Matka wyraziła zgodę na jego udział. Christiano dał znać, że wyłączył systemy bezpieczeństwa w motocyklu. Jon opuszczał habitat razem z innymi zawodnikami. Towarzyszyło im kilka dronów. Niektóre unosiły się stabilnie, podczas gdy inne nieustannie zmieniały swoje położenie, aby nagrać obraz z wielu różnych perspektyw. 

Jedynie Christiano lekko niepokoił Jona. Dopiero podczas jazdy próbnej dotarło do niego, że nie jest w stanie naprawdę zweryfikować, czy jego kumpel wyłączył zabezpieczenia motocykla. Musiałby przekroczyć granicę ustaloną przez Organizację Terminową. Wtedy jednak organizatorzy zorientowaliby się, że pojazd nie działa poprawnie. Jon starał się o tym nie myśleć i zaufać swojemu znajomemu. I tak nie mógł nic z tym zrobić.

Zawodnicy wsiedli do specjalnej windy, która pozwalała opuścić habitat. Jechała do środka Torusa Życia, skręcała w dół wzdłuż osi, na której obracała się strefa ze sztuczną grawitacją i wysadzała pasażerów wewnątrz niezamieszkałej części kolonii, zwanej Fundamentem. Cały Torus rotował będąc przymocowanym do gigantycznego silnika na kołach. Fundament zawsze poruszał się przed siebie w mroku nocy. Jego zadaniem była ucieczka przed parzącym słońcem planety.

Jon czuł jak powoli zmniejsza się grawitacja wewnątrz windy. Plakat na ścianie błysnął. Wyświetliła się na nim twarz sędziego. Nie była prawdziwa. Ze względów dokładności, już dawno ustanowiono, że wszystkie sporty powinny być sędziowane przez sztuczną inteligencję. 

– Witajcie, zawodnicy! – przywitała się twarz z plakatu. – Jak się czujecie? Przypomnę wam zasady. Zwycięża ten, kto podjedzie najbliżej terminatora. Liczymy tylko odległości utrzymane stabilnie przez przynajmniej 10 minut. Żadnych fauli.

Winda zatrzymała się, skorygowała rotację i ruszyła prosto do Fundamentu. Odczuwalna grawitacja równała się teraz faktycznemu przyciąganiu planety. W takich warunkach Jon czuł się najlepiej.

– Żadnej komunikacji między zawodnikami. – kontynuował sędzia. – Sygnały do kolonii można nadawać tylko w sytuacji kryzysowej. Pamiętajcie, że Sowy wyposażone są w zaawansowane systemy bezpieczeństwa. Jeśli zbliżycie się do terminatora bliżej niż na pięćset metrów, wasz motocykl automatycznie oddali się na bezpieczną odległość.

Sztuczna inteligencja do końca jazdy opowiadała więcej o bezpieczeństwie, niż o faktycznych regułach. Elewator dotarł na miejsce, gdzie czekały już motocykle. Jon, zanim przebrał się w kombinezon, odczytał na rękawie wiadomość od matki: “Powodzenia, nie przejmuj się, jeśli nie wygrasz”.

Kiedy chłopak założył skafander i opowiedział dziennikarzom jak bardzo jest podekscytowany, mógł wreszcie dosiąść Sowy. Jechał na niej podczas jazdy próbnej i musiał przyznać, że sprawdzała się całkiem nieźle. Jako przyzwyczajony do jazdy na własnoręcznie wymodelowanym i złożonym motocyklu, zdecydowanie czuł różnicę wsiadając na profesjonalną maszynę.

Wszyscy zawodnicy ustawili się w specjalnej komorze na startowych stanowiskach, gotowi do jazdy. Platforma, na której stali, opuściła się powoli ukazując powierzchnię planety, po której pędził Fundament. Światła motocykli rozbłysły na biało. Rozpoczęło się odliczanie. Trzy. Dwa. Jeden. Wystartowali. Wszyscy w niemal idealnej synchronizacji zjechali z wiszącej nad ziemią platformy. Wyświetlacz Sowy Jona wskazał trzydzieści tysięcy metrów odległości od terminatora. W oddali zbliżała się wielka świetlna linia, za którą słońce oświetlało powierzchnię planety. Hełm Jona wyświetlał też wirtualną barierę pięćset metrów wcześniej. Jej przekroczenie miało aktywować systemy bezpieczeństwa.

Większość zawodników zwolniła. Czekali aż granica dnia ich dogoni. W ten sposób tłoczyli się w jednym miejscu tworząc tak zwany peleton i przepychając się nawzajem. Niektórzy, tak jak Jon, zaatakowali terminator. Jechali z dużą prędkością prosto na niego. Ta strategia polegała na zbliżeniu się do granicy z jak największym przyspieszeniem, a następnie wykonaniu zwrotu o dziewięćdziesiąt stopni, aby jechać niemal prostopadle do linii światła. Łączyło się to z większymi zagrożeniami ze strony nierówności terenu. Niefortunne wzniesienie albo krater mógł całkowicie zaburzyć jazdę i zmusić do ponownego ataku lub zmiany strategii. Z drugiej strony szybkie osiągnięcie satysfakcjonującego wyniku mogło dać czas na przeszkadzanie zawodnikom w peletonie.

Licznik Jona wskazywał piętnaście tysięcy metrów i wciąż malał. Chłopak celowo wjeżdżał na niektóre nierówności, aby móc wybić się w powietrze. Nic nie sprawiało mu większej satysfakcji niż skok na motocyklu w niskiej grawitacji planety. Czuł się jakby latał.

Osiem i pół tysiąca metrów. Jeden z atakujących zawodników podjechał niebezpiecznie blisko Jona. Teraz jednak chłopak musiał skupić się na skręcie. Wykręcił w przeciwną stronę niż oryginalnie planował, aby nie wpaść na swojego rywala. Przeciwnik odpuścił chłopaka i pojechał w drugą stronę. Jon mógł przez chwilę jechać idealnie prostopadle do zbliżającego się terminatora. Chłopak patrzył to na otoczenie przed sobą, to na zmniejszający się ciągle licznik. Musiał wychwycić idealny moment, aby skorygować trasę.

Cztery tysiące metrów.

Dwa tysiące metrów. Jasna część planety znajdowała się tuż przy nim. Mimo kombinezonu ochronnego, zaczynał czuć żar.

Jeszcze chwila. Zamierzał skręcić przy dziewięciuset metrach.

Tysiąc pięćset metrów. Prawie.

Tysiąc metrów.

Ekran Sowy zmienił kolor na czerwony.

– Uruchamiam systemy bezpieczeństwa – zaalarmowała sztuczna inteligencja motocykla. – Zawodnik za blisko terminatora.

– Nie! – krzyknął Jon.

Pojazd automatycznie skręcił i zaczął oddalać się od granicy z maksymalną prędkością. Chłopak próbował sterować. Bezskutecznie. Kontrola manualna została dezaktywowana.

Nie rozumiał co się dzieje. Nawet jeśli Christiano nie wyłączył zabezpieczeń, Jon powinien mieć jeszcze pięćset metrów zapasu. Czy to miał być jakiś żart? Pomyśleć, że oddał temu gnojowi swój motocykl.

Chłopak próbował dezaktywować jakoś inteligencję Sowy. Ekran nie reagował. Kierownica nawet się nie obracała. Pojazd chwiał się lekko i korygował trasę, kiedy Jon rzucał się całym ciężarem ciała w lewo lub prawo.

– Proszę zachować spokój – odezwała się sztuczna inteligencja.

Motocykl mijał peleton. Zmierzał prosto do Fundamentu. Jeden z zawodników podjechał do Jona. Musiał uznać, że chłopak zakończył atak i przyjechał przeszkadzać peletonowcom. Przeciwnik zrównał się z Jonem i zajechał mu drogę. Chłopak odruchowo szarpnął w prawo. Tylna część motocykla straciła przyczepność. Odskoczyła do przodu uderzając w Sowę konkurenta.

 

***

 

Jon obudził się w sektorze medycznym. Leżał na łóżku. Kiedy spróbował wstać, z przerażeniem odkrył, że stracił lewą nogę, od kolana w dół.

– Mocno sponiewierało ci łydkę. Amputacja była najbezpieczniejszym wyjściem – wyjaśnił lekarz.

Chłopak nie zauważył wcześniej mężczyzny w białym stroju.

– Ale nie martw się – kontynuował. – Odrośnie. Odzyskasz pełną sprawność zanim się obejrzysz. Powiedziałbym, że wskoczysz na motor, ale…

– Co?

– Nie, to nic medycznego. – lekarz uśmiechnął się. – Ale zrobiła się taka medialna burza, że Organizacja Terminowa rozważa podobno nawet rozwiązanie się. 

– Mój motocykl nie zadziałał poprawnie.

Do Jona zaczęło docierać co się wydarzyło.

– Gdzie jest moja matka?

– A właśnie, panie z policji czekają, aby z tobą porozmawiać.

Mężczyzna wyszedł z pokoju. Wspomnienie policji zaniepokoiło Jona. Miał nadzieję, że nie wiedzą, że zapłacił Christiano za majstrowanie przy Sowie.

Dwie kobiety ubrane w policyjne uniformy weszły do środka.

– Dzień dobry – przywitała się jedna z nich. – Nazywam się Helga Iwanienko, a to moja asystentka. Chcemy porozmawiać o tym co się stało. 

– Chciałbym najpierw porozmawiać z moją matką.

– Obawiam się, że nie ma takiej możliwości – odparła Helga. – Pana matka została aresztowana pod zarzutem nadużycia stanowiska i nielegalnej ingerencji w oprogramowanie motocykla należącego do Planetarnej Organizacji Terminowej.

 

Koniec

Komentarze

No to najpierw plusy: czytało mi się dobrze.

Akcja wciąga – to bardzo dużo w tak hermetycznym (sportowym) tekście

Twist na koniec był zacny

Napisane poprawnie, choć bez, jak to mówią, fajerwerków

 

Teraz minusy:

Najpoważniejszy – Brzytwa Lema – to równie dobrze mogłyby być motocykle na Ziemi, zbliżające się do krawędzi wulkanu na przykład. Albo do litego muru czy stumetrowego stromego urwiska (prosimy nie wypróbowywać tych pomysłów w domu i na własną rękę, grożą nieuniknioną śmiercią lub kalectwem, a dodatkowo zombiakom i jednym i drugim, pełna odpowiedzialność spadnie w takim przypadku na stosujących)

Sporo powtórzeń – bez przerwy lecą “ motocykle”. A są też przecież na świecie jednoślady, pojazdy, wyścigowce, w końcu – skrótem idąc – motory. Albo słowo “życie” – zdanie po zdaniu przy tym torusie…

Brzosłko to niezbyt szczęśliwy skrót – coś jak Szczebrzeszyn – dla obcokrajowców fizycznie nie do wymówienia. Może lepiej byłoby zastosować od razu coś z Lingua Universalis? Jakiś Applepeach?

pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

rrybaku, zgadzam się z tobą prawie we wszystkim, ale brzosłka są tysiąckroć smaczniejsze od applepeachów i nigdy bym ich nie zamienił.

Voycawojka – podoba mi się, że starałeś się pokazać świat, w którym żyje bohater, ale sam bohater pozostaje kompletnie anonimowy (poza tym, że ma jakieś imię, nazwisko i matkę).

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Opko o ściganiu?

Szału nie ma, choć napisane nader poprawnie. Ale jakoś nie wciągnęło.

Mam i większe zarzuty! Organizacja Terminowa. Ale termin to nie terminus? i cały czas czekałem na jakiś termin.

Torus. Jak on się obraca? Równolegle do powierzchni planety czy prostopadle? Jak jego ciągnik pokonuje nierówności terenu? Torus sprawdza się tam, gdzie w ogóle nie ma ciążenia, czyli w nieważkości. Ale na planecie? Gdzie siła odśrodkowa sumuje się albo neguje z ciążeniem planety? No ja bym rzygał cały czas ;).

I inne czepki:

– “jednak wciąż momentami wpadał w podziw” – serio? ty też wpadasz w podziw, klikając na smartfonie? albo robiąc kawę w ekspresie? a to wszak cuda techniki;

– “oficjalnie przedstawione publice” – AI walące takim kolokwializmem? programistę wywalić z roboty ;);

– “Miała tak ścięty kształt” – torus to cos na kształt obwarzanka; to gdzie ten ścięty kształt??;

– “marsjanie” – Marsjanie;

– “Planeta miała ekstremalnie parzące słońce” – nie; słońce sobie mogło być i karłem, i nadolbrzymem; że parzyło zależy od: odległości od gwiazdy, czasu obrotu i atmosfery;

– “zmniejszający się ciągle licznik” – a to wredny projektant – licznik maleje; chyba… chyba, że liczba na nim?

 

Napisane nieźle, ale kompletnie mnie nie wzruszyło!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 

Fabuła: Na początku dość gładko zostajemy wprowadzeni w świat przedstawiony, później razem z bohaterem przebijamy się przez kolejne problemy przed startem wyścigu. Trochę tu dysproporcji, bo intro zajęło więcej przestrzeni niż kluczowy punkt fabuły i jego konsekwencje, natomiast plus za zwrot akcji przy końcu treści.

Oryginalność: Setting nawet ciekawy, choć wymagający sporego zawieszenia niewiary (ten obracający się Torus Życia… myślę, że to zbyt energochłonne rozwiązanie kwestii habitatu). Trochę kojarzyło się z "Kronikami Riddicka". Bohater-nastolatek, nielegalne wyścigi, wywiady w telewizji, kumpel o szemranej reputacji, nieco generycznego hackowania… To niestety sprawia wrażenie wyjętego z raczej niewyróżniającego się anime.

Styl: Potrzeba jeszcze nad nim trochę popracować, zdarza się sporo powtórzeń i podstawowych błędów, choćby źle zapisane dialogi np.: "– Nie, to nic medycznego. – lekarz uśmiechnął się."

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No cóż, nie porwało, niestety. Lubię motocykle, ale „ścigaczy” sympatią nie darzę, więc i motyw przewodni opowiadania niespecjalnie przypadł mi do gustu, nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia, mimo – jak się domyślam – widowiskowości zawodów.

Fantastyka zdała mi się dość umowna.

Przeczytałam bez przykrości, ale i satysfakcji raczej nie zaznałam.

 

Cięż­ko było się sku­pić na roz­mo­wie… ―> Trudno było się sku­pić na roz­mo­wie

 

– Gdzie mam pa­trzeć? – spy­tał re­por­ter­ki. ―> – Gdzie mam pa­trzeć? – spy­tał re­por­ter­kę.

 

– Będę w ciągu go­dzi­ny, ―> Zamiast przecinka powinna być kropka.

 

tak zwa­ne­go, To­ru­sa Życia. Była to wiel­ka, ob­ra­ca­ją­ca się kon­struk­cja z sys­te­ma­mi pod­trzy­my­wa­nia życia, w któ­rej więk­szość miesz­kań­ców pla­ne­ty spę­dza­ła całe swoje życie. ―> Powtórzenia. Zbędny zaimek – czy mogli spędzać tam cudze życie?

 

Śred­nio cie­ka­we in­for­ma­cje o wy­prze­da­żach bi­le­tów i spon­so­rach były wy­na­gra­dza­ne przez moż­li­wość zo­ba­cze­nia wła­sne­go na­zwi­ska na re­kla­mie. ―> Co to znaczy, że informacje były wynagradzane nazwiskami?

 

Błysz­czą­ca się strzał­ka wska­zy­wa­ła… ―> Błysz­czą­ca strzał­ka wska­zy­wa­ła

 

– Pra­cow­nik wziął ko­lej­ny gryz brzo­sł­ka. ―> – Pra­cow­nik ko­lej­ny raz ugryzł brzo­sł­ka.

Gryzów się nie bierze.

 

Pra­cow­nik wziął ko­lej­ny gryz brzo­sł­ka. ―> Pra­cow­nik po raz ko­lej­ny ugryzł brzo­sł­ka.

 

chcia­ła być do­brym ro­dzi­cem. Chło­pak wszedł do po­ko­ju ro­dzi­ciel­ki. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Li­czy­my tylko od­le­gło­ści utrzy­ma­ne sta­bil­nie przez przy­naj­mniej 10 minut. ―> Li­czy­my tylko od­le­gło­ści utrzy­ma­ne sta­bil­nie przez przy­naj­mniej dziesięć minut.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

– Żad­nej ko­mu­ni­ka­cji mię­dzy za­wod­ni­ka­mi. – kon­ty­nu­ował sę­dzia. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

wiel­ka świetl­na linia, za którą słoń­ce oświe­tla­ło po­wierzch­nię pla­ne­ty. Hełm Jona wy­świe­tlał też… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest.

Z jednej strony pomysł nie nowatorski, z drugiej nawet z potencjałem. Jednak potencjał ten, moim zdaniem, nie został do końca wykorzystany. Bo świat nie wydaje mi się dopracowany, są tu elementy, ale i zdarzenia, w które trudno mi w pełni uwierzyć i które nie do końca się ze sobą kleją. Np. chłopak startując w zawodach, nawet nie wie, że nie będzie się ścigał na swojej samoróbce? Będąc już na etapie wywiadów? Nie kupuję tego.

A z tą krawędzią dnia i światła to od razu na myśl mi przyszedł Riddick. Ciekawa jestem, czy był elementem inspiracji. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wracam z komentarzem jurorskim:

 

Całkiem przyjemny tekst z pogranicza space opery (dlatego niespecjalnie zastanawiałam się nad realiami i ich prawdopodobieństwem) i przygodówki. Twist na końcu całkiem się sprawdza. Bohater w swojej nastolatkowej obsesji wiarygodny, nadopiekuńcza mama też. Zgrzytnęły mi brzosłka – nie nazwą, a tym, że wielokrotnie wracają w fabule i miałam wrażenie, że są czymś trochę ważniejszym niż elementem tła. Stylistycznie trochę niedoróbek, błędy w zapisie. ale po ich poprawieniu widzę spokojnie szanse tekstu na Bibliotekę. 

Nowa Fantastyka