- Opowiadanie: Nikolzollern - Przypadki Fredegara... cd. 4

Przypadki Fredegara... cd. 4

Następny batalistyczny fragment “Przypadków”. Oprócz wojennych losów bohaterów dowiadujemy się więcej o obyczajach i ustroju Rzeszy.

Poprzednie i następne fragmenty

Przypadki Fredegara von Stettena

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22986

Przypadki Fredegara… cd.1 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23039

Przypadki Fredegara… cd.2 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23125

Przypadki Fredegara… cd.3 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23255

Przypadki Fredegara… cd.4 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23344

Przypadki Fredegara… cd.5 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23356

Przypadki Fredegara… cd.6 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23386

Przypadki Fredegara…cd.7 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23418

Przypadki Fredegara… cd.8 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23436

Przypadki Fredegara… cd.9 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23481

Burzyć – nie budować https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23457

Przypadki Fredegara… cd.10 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23514

Przypadki Fredegara… cd.11 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23525

Przypadki Fredegara… cd.12 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23555

Oceny

Przypadki Fredegara... cd. 4

Wojna trwała. Zgodnie z założeniami, armia don Carlosa, a właściwie jej konna część, pomaszerowała przez terytorium Austrazji na spotkanie z własną, najemną, piechotą eskortowana przez szwadron książęcych rajtarów. Przy don Carlosie znajdował się oficer łącznikowy, młody rycerz, któremu powierzyli nieszczególnie miłe zadanie towarzyszenia obrażonemu i wściekłemu na jego rząd wodzowi. Ten praktycznie się doń nie odzywał, w razie potrzeby przekazując pytania i polecenia za pośrednictwem ordynansów. Nieborak był zapraszany na posiłki do stołu sztabowców, co było dlań gorsze od samotnego stołowania, bo musiał wysłuchiwać ciągłych docinków Gilliomarczyków lub był przez nich ostentacyjnie ignorowany. Z pomocą przyszedł mu ku ogólnemu zdziwieniu don Alonso, który publicznie wyciągnął doń rękę:

– Panie von…?

– Ingelheim, Heinrich von Ingelheim, panie hrabio…

– Pana ród pochodzi z Malagry? Na moim okręcie inżynier energetyczny nazywa się Ingelheim.

– W rzeczy samej, panie hrabio, mój przodek ożenił się z Austrazyjką przed trzystu laty. Był ubogim rycerzem, a jej ród nie miał męskich potomków.

– Utrzymujecie kontakty z linią malagryską? – zainteresował się uprzejmie Salazar.

– Niestety nie, panie hrabio – odrzekł wciąż skrępowany oficer.

 – Don Alonso – poprawił go hrabia – Wasal pierwszej linii w służbie czynnej?

– Tak, panie.

– Przekażę swojemu inżynierowi, że ma krewnych na mojej planecie. I proszę nie brać do siebie zachowań naszych rycerzy. Sam pan rozumie.

– Tak jest panie hr… don Alonso.

– Przy okazji, bohaterowie bitwy na zboczu. – Don Alonso szerokim gestem wskazał Ingelheimowi Fredegara i Krallego prowadzących swoje konie do wodopoju. – Don Fredegar von Stetten i meister Hans Kralle. Panowie, rycerz Heinrich von Ingelheim.

Ostatnimi dniami don de Salazar często zaszczycał ich swoją uwagą, gawędząc na różne tematy, zapraszając do stołu i dając różne zadania organizacyjne. Fredegar widział, że don Alonso bardzo przeżywa ogromne straty swojej chorągwi, a może i to, że własnoręcznie zadał śmierć mnóstwu ludzi. Po raz pierwszy, tak jak on sam. Fredegar umiał to sobie wytłumaczyć, ale nie do takiego stopnia, by uznać, że zabijanie jest w porządku. Spowiednik matki powiedział mu, że wojna może być usprawiedliwioną, nawet słuszną, ale nigdy nie może być dobrą. Wiedział, że zgrzeszył, przelewając krew. Don Alonso dowodził krążownikiem, który może jedną salwą unicestwić całe miasto, co też niejednokrotnie czynił przy podboju planety Wcielenia. Ale to była bezosobowa, statystyczna śmierć, jakichś tam abstrakcyjnych ludzi. Zabijanie bezpośrednie było dla najlepszego szermierza floty imperialnej rzeczą nową. Mógł więc porównać różne jego rodzaje. Był wstrząśnięty, ale nie załamany. Poradził sobie. Stojąc na twardym gruncie wykazał się jako skuteczny dowódca i twardy wojownik. Fredegar odnosił wrażenie, że uwagę Salazara przyciąga bardziej Kralle, a nie on sam, ale wytrawny arystokrata nie pomijał pana, by nie zrażać go faworyzowaniem knechta. Już drugi doświadczony dowódca dostrzegł w nim talent wojownika i chyba wodza. To dawało do myślenia.

Stetten z ciekawością przyglądał się swym relacjom z Hansem. Nie byli chyba przyjaciółmi, nie byli też panem i sługą, byli towarzyszami broni i chyba czymś w rodzaju zespołu, właśnie powołanemu, ale nie wiadomo jeszcze w jakim celu. Ufał Krallemu, choć nie bardzo go rozumiał, wiedział, że może liczyć na jego ramię i radę, ale wyczuwał, że ta rada może kiedyś okazać się nie do przyjęcia. Cóż, dobrą właściwością rady jest to, że można za nią nie pójść. Z ich rozmów wynikało, że Kralle żywił wyraźny szacunek do najemników, „bo ktoś musi odwalać tę ciężką robotę”, i choć nie uważał wprawdzie wojny za coś dobrego, sądził, że często jest „najbardziej naturalnym rozwiązaniem, w tym grzesznym świecie”. Fredegarowi imponowało, że Hans nie uważał się za dobrego człowieka. To było zdrowe. Stetten nie lubił ludzi, którzy nazywali się dobrymi, i nie ufał tym, którzy zapewniali o swojej uczciwości.

– Hansie, opowiedz coś o sobie – poprosił pewnego razu Fredegar, kiedy jechali obok siebie przez austrazyjskie pogórze. – Jaka jest twoja planeta?

– Podobna do tej, skoro nadaje się dla ludzi. Grawitacja może z pięć procent większa niż tu. Ma dwa księżyce, których nigdy nie widać jednocześnie. Tu, na Kowandongu jest więcej światła i chyba na ogół cieplej. Mamy też więcej oceanu i spore obszary polarne, ostatnio kurfirst zachęca Stiermanny do osiedlania się w tych rejonach. Jesteśmy dalej od naszego słońca i o sto lat dłużej w cesarstwie niż wy. Podbito nas w trakcie rewolucji przemysłowej, ale jakoś prawie bezboleśnie. Czytałem w szkole pamiętniki z tego okresu – przodkowie nie mogli się nadziwić, jak to możliwe: dostać do ręki tyle niewyobrażalnych technologii wraz z feudalną hierarchią, etykietą i obowiązkiem utrzymywania bojowej armii, wyposażonej w broń sprzed setek lat. Do tego jeszcze wpływy Kościoła, wielkie uroczystości, procesje z relikwiami i surowe kary za bluźnierstwa i głoszenie herezji. Wiesz, ludzie odkryli wtedy elektryczność, silniki spalinowe i takie tam, myśleli, że zjedli wszystkie rozumy, a tu ląduje statek kosmiczny a z niego wychodzi rycerz w zbroi i ksiądz z krzyżem i kropidłem. To był szok, ale dla kosmosu przodkowie zgodzili się na wszystko bez bicia.

– A twoja kraina? Wiem, że pochodzisz z ziem cesarskich. Co było tam przed podbojem?

– Konglomerat księstewek i wolnych miast. Sam raz nadawał się na land cesarski, zwłaszcza, ze nasz język podobny jest do rilgerdzkiego.

– A co z wojnami podziału?

– Obeszło się, z dwóch powodów – odpowiedział Hans – bardziej nas zintegrowano, aniżeli podbito. Zdobywcy wylądowali małymi siłami, więc nie było przepychanki. Miejscowe monarchie złożyły hołd, a gdzie nie było już króla, to skwapliwie zaproszono kogoś z nowo przybyłych. Pierwszą wojnę na miecze stoczono po trzydziestu latach po podboju zgodnie ze wszystkimi zasadami.

Hans spojrzał na łańcuch wzgórz obsadzonych przez dziesiątki wiatraków, ostro przebierających drewnianymi śmigłami, wprawianymi w ruch przez zajadły i niezmordowany halny.

– Ciekawe, wszystkie różne – zdziwił się – co to, planetarny skansen architektury wiatracznej?

– Raczej elektrownia, choć przy okazji może i skansen. Tamte dwa są najwyraźniej gilliomarskie. – odpowiedział Fredegar – No a twoja rodzina?

– Jesteśmy mieszczanami od niepamiętnych czasów, ludźmi statecznymi, nie lubiącymi zmian. W kronice rodzinnej nie znalazłem wzmianki, żeby ktoś z naszych opuścił planetę, większość zresztą żeniła się i wychodziła za mąż w Scharlotenheimie.

– Toś ty jeden taki skoczny?

– Prawie. Ze czterysta lat temu jedna dziewczyna uciekła z kosmoludem podczas jarmarku w dzień św. Jana. Ale wyjątek tylko potwierdza regułę. Matka wyczuła, że ze mnie też garbarz nie wyjdzie i pozwoliła na te studia iść.

– Matula twoja to chyba konkretna kobieta.

– Dobrze żeś to ujął. Bardzo konkretna, – uśmiechnął się Kralle – jest w domu jak bosman na okręcie. Jak zagwizdża, to wszyscy w dyrdy lecą robić, co każe. Lepiej było tatkowi podpaść niźli jej. Krótko nas trzyma, ale i podejście ma do każdego.

– Więc Krallowie to solidni ludzie.

– Właściwie to nazwisko jest po pradziadku, który wżenił się w rodzinę, włożył swoje oszczędności i uratował interes.

– Też był garbarzem?

– Skądże, był porucznikiem landsknechtów. Stracił prawą rękę i lewą nogę, więc nie mógł dalej pracować w branży. Osiadł w Scharlotenheimie, a że żył oszczędnie, zgromadził za trzydzieści lat wojaczki pokaźną sumę. Spotkał pewnego razu w zajeździe, gdzie w czwartki zwykł był jadać golonkę z kiszoną kapustą, mojego prapradziadka, który miał trzy córy na wydaniu i na pół córy posagu. Byli w podobnym wieku, więc prapradziadek po którymś kieliszku się wyżalił pradziadkowi, jaki ma kłopot. Wnet pradziadek wyszorował buty (miał ładną drogą protezę) włożył swój wycinany kaftan i bez ceregieli przyszedł się swatać. Prababka Matylda (najstarsza) jak zobaczyła, że dwakroć od niej starszy i do tego inwalida – w płacz. Ojciec błaga, matka jęczy, ona – za nic. W końcu siostry ugadały, bo im posag zaświtał.

– I jak się im żyło?

– Lepiej, niż można byłoby przypuszczać. Pradziadek Gilbert, choć kaleka, był chłop jurny i wytrzymały, pełen energii i żądny wrażeń, a skoro wraz z ręką i nogą wiele dróg mu odcięto, energię swą skierował ku pocieszaniu małżonki i piątkę dzieciaków z nią spłodził, do dziewięćdziesiątki prawie dożywszy. Babcia Ludwika powiadała, że żyli w wielkiej zgodzie, i że pradziadek żonę szanował i rozpieszczał, i córeczką zwał aż do jej śmierci, co ją niedługo po siedemdziesiątce zabrała.

– Zatem wdałeś się w pradziadka.

– Na to wygląda.

 

Marsz armii don Carlosa odbywał się bez ekscesów. Wojsko omijało miasta, a ludność wsi została poinstruowana, by wstrzymać się od bliższych kontaktów handlowo– towarzyskich z Gilliomarczykami. Austrazyjska książęca służba intendentury sprawnie dostarczała żywność i furaż. Po bitwie na zboczu rycerze bardziej przestrzegali dyscypliny, więc kolumna była bardziej zwarta i poruszała się znacznie szybciej. Korzystając ze świeżo zawartej znajomości z Ingelheimem, Kralle jednak wyskoczył do pobliskiego miasteczka, gdzie spieniężył worek z komórkami i zdeponował w imperialnym banku większość zdobycznych pieniędzy. Rozważał też możliwość odwiedzenia zamtuza, lecz zrezygnował z tego zamiaru, gdyż uznał, że nie będzie obrażał Boga, będąc na wojnie i potrzebując Jego łaski dla samego chociażby przeżycia. Fredegar tymczasem przysłuchiwał się dyskusji kilku rycerzy na temat dalszych losów wysp.

– Czemu, myślicie, Austrazyjczycy nam tak nadskakują? Palcem nie trzeba kiwać, wszystko już podwiezione: i furaż, i jedzenie i o pieniądze nie wołają. Boją się, że don Pedro nie odda im teraz wysp.

– Garnizony stamtąd jednak wyszły.

– Ale klucze od miast i zamków namiestnik przekazał podobno cesarskiemu komisarzowi do wyjaśnienia.

– Doprawdy?

– Tak słyszałem.

– Co tam – wyspy poszły. Na próżno mój wuj zanurkował w zbroi u przylądka San-Juan.

– Będzie powtórka?

– Jeśli don Pedro nie zakwestionuje układu teraz, to pisz – przepadło. A on nie zakwestionuje, bo inaczej nasza operacja na nic – Penuela upadnie i kto wie, czy Austrazja na nas nie ruszy. Będziemy mieli przerąbane.

– Myślę, że nasz król będzie się oczywiście dąsał, by dostać od nich teraz jak najwięcej, ale wyspy odda.

Po tygodniu marszu na północ rycerze spotkali się z czterdziestotysięczną armią najemników zebranych z całej planety i ośmioma tysiącami żołnierzy z wysp, z których sporą część stanowili słynni miejscowi procarze i oszczepnicy, było też dwustu rycerzy, którzy mieli teraz zostać wasalami Austrazji, ale chcieli po raz ostatni posłużyć staremu królowi. Don Carlos witał ich, nie kryjąc łez.

Następnego dnia kompletna już armia ruszyła w dalszą drogę, by niebawem skręcić na zachód, z powrotem na tereny Gilliomaru, okupowane teraz przez Neuosterheim. Penuela leżała dalej na południu, droga do niej biegła równolegle do tej przebytej przez tereny austrazyjskie i wchodziła pomiędzy dwa grzbiety górskie zbiegające się w kierunku oblężonego miasta, zwanego „barbakanem Gilliomaru”. Penuela zajmowała niedużą dolinkę górską i pięła się na zbocza okolicznych grzbietów. Była nie do ominięcia, z czego czerpała swoje niemałe bogactwo. Za miastem grzbiety znowu się rozchodziły wprowadzając wędrowca w sam środek królestwa, na równiny. Z tego powodu władcy Gilliomaru potężnie ufortyfikowali miasto i utrzymywali dobrze wyszkolony garnizon z sześciu tysięcy żołnierzy, do czego dochodziło drugie tyle milicji miejskiej oraz prawie tysiąc rycerzy i sierżantów z okolicznych majątków, czego przy tych fortyfikacjach starczyłoby do powstrzymania nawet stutysięcznej armii. Przeciwnik oczywiście dobrze o tym wiedział, kierując tam sześćdziesięciotysięczną armię z dużą ilością sprzętu oblężniczego pod dowództwem Götza Reinmara von Lindenau, który to wódz doświadczony i przebiegły zręcznie wywabił Gilliomarczyków poza mury pokusą łatwego zniszczenia machin i wciągnął w długą i wyniszczającą bitwę. Toczył ją tak, by przeciwnik ciągle miał wrażenie, że jest o krok od zwycięstwa wykrwawiając się w proporcji 1 do 1. Götz poniósł wprawdzie srogie straty, ale obrońcom teraz z ledwością starczało ludzi do obsadzenia umocnień. Dostawali posiłki z głębi kraju, ale tych było coraz mniej, sytuacja bowiem na innych kierunkach była równie nieciekawa.

Teraz nadchodziła odsiecz. Don Carlos mógł zakorkować armię Lindenau w wąskiej dolinie i zmusić do bitwy na dwa fronty. By do tego nie dopuścić Götz musiał niezwłocznie zwinąć oblężenie i ruszyć na spotkanie przeciwnikowi na tyle szybko, by nastąpiło ono w miejscu umożliwiającym manewrowanie. Oznaczało to utratę parku oblężniczego. Mógł też przystać na pierwszy scenariusz, nadal bowiem miał niedużą przewagę liczebną przy porównywalnej jakości. Zadanie don Carlosowi utrudniało jeszcze jedno dziesięciotysięczne zgrupowanie przeciwnika, pozostawione przy wlocie do zwężającej się doliny dla ochrony szlaków komunikacyjnych przed partyzantami. Składało się głównie z piechoty terenowej i konnych sierżantów. Należało je rozbić, by nie znalazło się na tyłach. Teren przecinały tu liczne rzeczki i strumienia, zbiegające z gór, był zatem niezbyt sprzyjający dla operowania dużymi masami wojska. Przeciwnik operował na nim przez dłuższy czas i dobrze go opanował. Młody i pomysłowy dowódca zmusił górującą nad nim pod każdym względem armię don Carlosa do toczenia niezliczonych drobnych potyczek najczęściej na wybranych przez siebie pozycjach. Taki rozwój wydarzeń dalece odbiegał od wpojonego młodym wasalom obrazu wojny rycerskiej z piękną szarżą z pochyloną kopią i drżeniem ziemi pod kopytami rumaków. Kopii właściwie nie było jak użyć, nie było miejsca na rozpęd, ani masy wrogów, w którą należało uderzyć. Na akcje zabierano najwyżej lance i koncerze. Rycerstwo, stanowiące zdecydowaną większość jazdy gilliomarskiej musiało teraz wyręczać nielicznych konnych strzelców i jinetów, osłaniając lekką piechotę wyspiarską przed szybką wrogą jazdą, próbując oskrzydleń (najczęściej nieudanych).

Don Carlos starał się w miarę możliwości oszczędzać resztki chorągwi don Alonsa, która składała się teraz z jedynego szwadronu, ale de Salazar stanowczo zażądał udziału w „dyżurach bojowych”. Ze względu na teren operowano najczęściej pojedynczymi szwadronami, zaś chorągiew don Salazara miała wygodę operowania w całości. Dowodzenie w poprzecinanym i nierównomiernie pokrytym zaroślami terenie odbywało się w dużej mierze przez komórki i GPSy, przy czym obydwie strony prowadziły nasłuch i usiłowały zlokalizować przeciwnika po sygnałach nadajników, co z kolei stwarzało szerokie pole dla dezinformacji. „Dyżurne” szwadrony, zwykle trzy, miały osiodłane konie i czuwały w rynsztunku bojowym.

Tego dnia chorągiew don Alonsa była w kolejce druga. Pogoda była znośna do chodzenia w zbroi: słońce co chwila przesłaniały poszarpane chmury, więc metal nie zdążał się nagrzać. Wiatr kołysał pióropusze na hełmach i rozwiewał grzywy koni.

– Żeby tak można było wysłać automatyczną sondę i popatrzeć, gdzie kto jest! – powiedział Manfred.

– Ha! Chciałbyś! – odpowiedział don Alonso.

– Panie! Nasłuch! – krzyknął łącznościowiec, jeden z giermków don Alonsa, siedzący na pieńku z laptopem na kolanach i w dużych słuchawkach na uszach. – jazda przeciwnika podchodzi naszych procarzy od trzeciej.

Na koń! – zakomenderował don Alonso, nie czekając na rozkaz sztabu, który odebrał już siedząc w siodle. Obok zerwał się drugi szwadron chorągwi don Francisco von Pfaffenberga.

– Oni uderzą od czoła, a my mamy ich odciąć. – wyjaśnił de Salazar – za mną galopem marsz!

Chorągiew pędziła na łeb na szyję, nie próbując trzymać żadnego szyku, co zresztą w tym terenie i tak nie miało szans powodzenia. Rycerze starali się jedynie nie rozpraszać, zresztą mogli pod tym względem zdać się na instynkt koni. Po kilku minutach gonitwy przez strumienie, piaszczyste lachy i marne kozie pastwiska, chorągiew znalazła się na miejscu: po lewej, w jakichś dwustu metrach w chmurach kurzu walczył szwadron Pfaffenberga. Przeciwnik był chyba nieco liczniejszy. Aby go okrążyć, należało objechać nieduży zagajnik i przekroczyć kolejną rzeczkę, ku której prowadziła nawet droga, ale zejście do wody było dosyć strome. Potok jeźdźców, ściśnięty na dodatek przez wznoszące się pobocze, z impetem wpadł do płytkiej wody, która sięgała koniom najwyżej do brzucha. Rzeczka miała piaszczyste dno i ze dwadzieścia metrów szerokości. Na drugim brzegu czekała piechota z pochylonymi włóczniami i dużymi migdałowymi tarczami pomalowanymi w biało– niebieskie pasy. Dla zawodowych żandarmów ordynansowych nie byłaby zapewne poważnym przeciwnikiem, ale dla wasali trzeciej linii… Pozycję wybrano fachowo: za ciasno by zawrócić, za duży impet, by się zatrzymać, ale za mały, żeby z rozpędu wedrzeć się w szyk przeciwnika na przeciwległym brzegu. Masa koni pchała pierwsze szeregi na brzeg, prosto na włócznie piechurów. Rycerze rozpaczliwie usiłowali parować ciosy wymierzone w ich rumaki. Koń Fredegara próbował wdrapać się na brzeg, ale uchylając się przed mierzącym w oko grotem rzucił się w bok i przewrócił do rzeki wraz z rycerzem. Fredegar zdołał uwolnić nogi ze strzemion i spaść do wody obok konia. Gdy ta polała się przez wszystkie otwory przyłbicy, poczuł się jak tonący okręt. Zanim “statek” całkiem zatonął, rycerz stanął nogami na dnie i uniósł przyłbicę, by wypuścić wodę i rozejrzeć się. Przy brzegu leżały zabite konie, koło niektórych spod wody srebrzyły zbroje poległych rycerzy. Niektórzy zginęli, próbując wydostać się na ląd. Innym się to udało i na brzegu trwała walka. Don Alonso zeskoczył z konia i teraz dawał popis sztuki szermierczej. Kralle, który ostatnio ćwiczył z „kolorowym” don Sakai walkę glewią z konia, jednym poziomym ciosem położył dwóch przeciwników, potem jednak zeskoczył na ziemie i kontynuował swoją krwawą robotę pieszo. Jakiś jeździec wdarł się w sam środek formacji piechoty. Był to Manfred, który jako jedyny w chorągwi zawsze zakładał koniowi stalowe ladry, stanowiące jeden zestaw j jego zbroją. Machał buzdyganem na prawo i lewo, ale wydawał się skazany na niechybną śmierć. Nagle nastąpił wybuch: jego koń wykonał w tłumie kapriolę. Stanął dęba waląc przednimi kopytami, a następnie wyskoczył w górę, wyrzucając w powietrze tych, co znaleźli się w zasięgu jego tylnych nóg. Zaraz po wylądowaniu wykonał woltę, tak że wokół niego zrobiła się pustka. Ta akcja mocno nadwerężyła szyk piechurów i była sygnałem dla walczących konno i pieszo rycerzy, by wzmogli nacisk.

Koń Fredegara też stanął na nogach i teraz nerwowo rzucał głową prychając rozkojarzony. Fredegar chciał ponownie go dosiąść, ale zobaczył martwego konia don Sakai. Zdobiące go kolorowe frędzle falowały w nurcie rzeki niczym wodorosty w kłębach rozchodzącej się jak dym krwi. Pod koniem zdawało się coś ruszać. Fredegar szybko schował miecz i znów zanurzył się w rzece by wydobyć spod końskiego trupa żywego don Sakai. Był ranny. Dostał włócznia w żebra, ale dzięki zbroi grot wbił się niezbyt głęboko. Charczał i ściskał w dłoni złamany miecz. Fredegar złapał go pod pachy i wytargał na przeciwległy brzeg. Koń poszedł za nim. Jak tylko don Sakai doszedł trochę do siebie, zaczął straszliwie lamentować o złamanym mieczu, który jak zrozumiał Fredegar, (don Sakai mówił w swoim języku) był jakąś relikwią familijną. Stetten wręcz siłą musiał go powstrzymywać od natychmiastowego nurkowania po drugą połówkę. Wiadomo – złamanie rodowego miecza to rzecz przykra, ale na wojnie normalna, po co taka rozpacz? Fredegar pomógł rannemu uwolnić się od zbroi i opatrzył ranę bandażami z hermetycznej apteczki przytroczonej do siodła. W ten sposób beznadziejnie spóźnił się, by wziąć udział w walce.

Po akcji Manfreda, dzięki dużo lepszemu wyszkoleniu indywidualnemu rycerzy, szala zwycięstwa zaczęła szybko przechylać się na korzyść Gilliomarczyków. Straciwszy ponad jedną trzecią ludzi, w obliczu rychłej zagłady całości, dowodzący piechurami porucznik podał swój oddział, wyciągając miecz rękojeścią do przodu w stronę don Alonsa. Na sygnał rogu piechurzy rzucili broń. Dla nich wojna właśnie się skończyła. Ogólnie rzecz biorąc wypełnili swój obowiązek: powstrzymali przeciwnika dostatecznie długo, by konni sierżanci oderwali się od rycerzy Pfaffenberga i wycofali się bezpiecznie, zadali przeciwnikowi dotkliwe straty, mimo jego jawnej przewagi jakościowej.

– Jak się nazywasz poruczniku? – spytał don Alonso ochryple. Minę miał markotną. Nie czuł się zwycięzcą, dał się wrobić jak narwany młodzik, a straty jeszcze należało policzyć.

– Nikolaus Schmidt, wielmożny panie! – odmeldował się porucznik.

– Dobrzeście walczyli, pozycja znakomicie wybrana, meister Schmidt! – powiedział protekcjonalnie, odbierając miecz porucznika – każcie swym ludziom związać włócznie pasami po dziesięć, wziąć tarcze i maszerować na tamten brzeg.

Ruszył w stronę swego rumaka. – Kralle!

– Tak, panie! – odezwał się Hans, który stał wsparty na zakrwawionej glewii, niczym śmierć z kosą.

– Przypilnuj ich! – powiedział Salazar głośno, i dodał ciszej – Niech to wszystkie diabli! Takie straty od tych kmiotków, że trzeba było nadrabiać bohaterstwem! Zapamiętaj, jak nie należy robić. Gdyby tu była piechota zawodowa, nie dalibyśmy rady i zmiatalibyśmy z podkulonym ogonem.

– Rozkaz – trzasnął obcasami Kralle, aż brzęknęły ostrogi.

Chorągiew straciła trzydziestu ludzi, z czego dwudziestu trzech na samym brzegu i teraz jej liczebność spadła poniżej setki. Rannych było tylko pięciu, gdyż większość utonęła, przygnieciona ciałami koni. Piechurów poległo ponad sześćdziesięciu, stu szesnastu wzięto do niewoli. Kralle tym razem nie „zabezpieczał majątku”, zresztą kmiecie byli znacznie ubożsi od najemników, a tym bardziej rycerzy. Pożałował też, że przedwcześnie pozbył się komórek, po tym forsowaniu rzeki wielu rycerzy utopiło, bądź przemoczyło swoje telefony. Dotyczyło to też Fredegara, któremu Kralle z ukrywanym żalem oddał jeden ze schowanych dla rodzeństwa.

Dysponując dużą liczebną i jakościową przewagą, don Carlos po trzech dniach podchodów i potyczek zepchnął osłonową armię przeciwnika w głąb zwężającej się doliny. Przeciwnik stracił trzy tysiące ludzi, przeważnie wziętych do niewoli, ale wycofywał się w ordynku i zachowywał zdolność operacyjną, choć jego straż tylną ciągle nękali jineci i lekka piechota. Od czasu do czasu udawało się okrążyć i odciąć jakiś oddziałek, który wtedy się szybko poddawał. Takie były rozkazy. Jeńcy spowalniali marsz kolumny i absorbowali ludzi do pilnowania. W końcu don Carlos rozkazał zaprzestać łapania jeńców i poprzestać na ostrzeliwaniu i szybkich szarżach, po których na zakurzonych drogach zostawali tylko zabici. Przez trzy dni walk młody dowódca sił osłonowych, freiherr Reinhard von Lemberg zdobył szczery szacunek gilliomarskiego księcia i jego regimentarzy, proporcjonalny do ich wściekłości i irytacji, spowodowanych jego wyczynami.

 

 

Koniec

Komentarze

Mam wrażenie, że Twoje fragmenty są coraz bardziej dopracowane językowo i coraz lepiej się je czyta. Rozmowy rycerzy wydają się bardziej realistyczne, przeplatane opowieściami o zwykłych ludziach.

Być może, dobrze by było dołączyć mapę do opowieści, żeby pokazać laikowi takiemu jak na przykład ja, gdzie leżą poszczególne ziemie. Czy bohaterowie odwiedzą planetę Hansa w przyszłości? Jeśli tak, to jego opowieść jest dobrym wprowadzeniem, zapoznaniem czytelnika z nową lokalizacją.

W tym fragmencie opisujesz dużo walki, chociaż nie aż tak krwawej jak poprzednio. Podobały mi się rozmyślania bohaterów o zadawaniu śmierci i wprowadzenie nieco humoru.

Myślałem o mapie, ale raczej nie tej planety i nie tej krainy. Akcja niedługo przeniesie się gdzie indziej i nie wróci na dłużej. Na Tigamę, planetę Krallego będziemy od czasu do czasu zaglądać, ale nie będzie ona w centrum narracji. W piątym odcinku czeka nas wielka jatka, ale potem na dłużej pożegnamy się z batalistyką.

Jestem ciekawa, co będzie dalej :) Zastanawiałam się, jak to się dzieje, że pomimo połączenia dwóch zupełnie innych elementów: technologii kosmicznej z rycerzami, Twój świat pozostaje taki spójny. I nie wiem, może konsekwencja w zachowaniu realiów.

Wymyślałem to uniwersum przez większość życia. Z początku było dość nieforemne, ale jak dobiłem czterdziestki ukształtowało się na tyle, żeby można było pisać. Przydało się doświadczenie życiowe i księżowskie. Pewna filozofia też się uformowała z czasem.

Tak, wojna trwa :) Podobnie jak w poprzednim fragmencie opisy walki wciąż na plus, a poza tym w poprawiły się dialogi :) W moim odczuciu brzmią bardziej naturalnie i mniej patetycznie. Ogólnie mi się podobało.

Które dialogi są patetyczne? W pierwszej czy w drugiej części? Zakładałem, że ewentualny patos będzie nieco ironiczny.

Wydaje mi się, że w poprzedniej części, ale chyba użyłam złego słowa, tak czy inaczej, ten fragment bardzo dobrze mi się czytało. jak znajdę chwilę, to jeszcze zajrzę do wypowiedzi we wcześniejszych częściach.

Wróciłam do wypowiedzi bohaterów w poprzednich fragmentach i żadna z nich nie wydała mi się patetyczna, więc przepraszam za pierwszy komentarz :(

Pisałaś, że w drugim fragmencie są nieco przeciążone informacjami. Może dlatego ci się skojarzyło.

Pewnie tak, tak czy inaczej, powinnam uważać ze słowami :)

Całkiem nieźle się czytało :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka