- Opowiadanie: Finkla - Taxidia AE

Taxidia AE

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Taxidia AE

Dzisiejsi klienci nie podobali mi się ani trochę: panowie Namyra i Araus, ojciec i syn. Orientalne rysy, zachodnie ubrania. Gdyby byli ludźmi, to – sądząc po wyglądzie – mieliby jakieś czterdzieści i niecałe dwadzieścia lat. Ale oczywiście nie mogli nimi być – Taxidia AE nie oferowała wycieczek zwykłym śmiertelnikom.

Starszy irytował mnie pewną zniewieściałością; zbyt starannie ułożonymi czarnymi puklami, wypielęgnowanymi łukami brwi, utrefioną brodą, paznokciami jak prosto od manikiurzystki, intensywnym pachnidłem… No dobrze, powinienem zachować sprawiedliwy osąd – w malutkiej przestrzeni batyskafu trudno dobre perfumy uznać za wadę. A Namyra używał tych z najwyższej półki – harmonijnie skomponowanych, ze sporą dozą słodyczy, ale i drapieżną nutką, która zdawała się do niego dziwnie pasować.

Młodszy przypominał ojca oliwkowym kolorem skóry, twarzą i sylwetką, ale stanowił jakby kopię o wiele gorszej jakości, sprymitywizowaną i płytką. Niepasujące do siebie ciuchy od najlepszych – nie, raczej najdroższych – ludzkich projektantów zamiast dyskretnej elegancji ubrań fachowca, który mógł pobierać nauki u samej Arachne. Niezgrabne gesty, jakby chłopak niedawno urósł o dwie dłonie i jeszcze nie zdążył przyzwyczaić się do nowych rozmiarów, w miejsce wystudiowanych póz i statecznych ruchów. A wszystko to zwieńczone miną człowieka, który zjeździł świat wzdłuż i wszerz, nie znajdując w nim nic bardziej interesującego od gumy, którą zapamiętale żuł.

W skrócie: nie polubiłem klientów. Ale nikt mnie o zdanie nie pytał. Zapłacili za wycieczkę w wersji de luxe, więc musiałem się do nich bardzo grzecznie uśmiechać i wyłazić ze skóry, żeby ich zadowolić. Co zrobić, i do nas Mammon zapuszczał swoje lepkie macki. A może to Psychopompos opętał szefa. Zawsze to lepsze niż obcy wróg.

Nabrałem powietrza jak przed zanurkowaniem w błotnistej wodzie, zmusiłem wargi do profesjonalnego uśmiechu, postąpiłem dwa kroki w stronę gości, lekko skłoniłem głowę i wyrecytowałem:

– Witam panów. Będę waszym przewodnikiem. Na imię mam Kilideusz. Zapraszam na pokład Orfeusza.

Machnąłem zachęcająco w stronę włazu. Młodszy skrzywił się pogardliwie:

– Mamy wcisnąć się do tej maleńkiej kuleczki? Jak czopki? Nie możemy popłynąć w tej prawdziwej części okrętu?

Jak on śmiał porównać mojego ukochanego Orfeusza III do… Z trudem powstrzymałem zgrzytnięcie zębami i wyjaśniłem:

– Ta większa część to nie okręt, tylko pływaki i zbiorniki balastowe. Umożliwia kontrolę zanurzenia, ale nie nadaje się do przewożenia pasażerów ani załogi.

– Przestań pajacować! – syknął Namyra i przeszedł przez zamaskowaną bramkę wykrywającą broń, a potem wkroczył na pokład.

Poruszał się cicho i z gracją, jak kot albo jadowity wąż. Araus podreptał za ojcem. Plecy młodzieńca wręcz emanowały niechęcią, jakby, poganiany batogami, wspinał się na szafot, a nie szykował do odbycia wspaniałej wycieczki. Przy wejściu potknął się i wyrżnął nogą we właz, aż metal zajęczał żałośnie, a mnie ścisnęło się serce. Odniosłem irracjonalne wrażenie, że przeklęty gówniarz kopnął Orfeusza celowo.

Kiedy wcisnąłem się do środka (no dobrze, wnętrze nie było przestronne, ale w żadnym batyskafie nie jest), turyści już siedzieli w przeznaczonych dla nich fotelach.

– Widzę, że przy dekorowaniu wciąż trzymacie się spartańskich wzorców – zagadnął Namyra.

Poczułem się, jakby trzasnął mnie w twarz! Szef nie poskąpił kasy na ozdobienie statku. Każdą większą powierzchnię wyłożono czarnym hebanem inkrustowanym brązem. Kompozycje na panelach przedstawiały pejzaże z Elizjum, a miła dla oka kolorystyka przywodziła na myśl malunki na ceramice. Obrotowe fotele dla pasażerów obito mięciutką skórą hippokampów. Wielkie okrągłe okna ze specjalnie wzmocnionego kryształu górskiego – aport oread – wpuszczały mnóstwo światła i zapewniały niezapomniane widoki. W niszy nad włazem tkwiła miniaturowa kopia liry Apolla, która zaraz po wejściu pasażerów zaczęła grać „Marsz imperialny”, zachęcając do spotkania z przygodą. Ze zbiorników na górze napływało świeże powietrze pachnące mirrą… A on mi bredzi o spartańskim wystroju?! Stary chyba nigdy nie był w Lakonii!

Zmilczałem i skoncentrowałem się na obowiązkach. Im prędzej zrealizuję program wycieczki i pozbędę się z pokładu intruzów, tym lepiej. Zaproponowałem po czarce retsiny dla poprawienia nastroju, ale odmówili. Pewnie to jacyś herosi od Allaha albo innego ascetycznego boga.

Odbiłem od kei, zanurzyłem Orfeusza i popłynąłem w górę rzeki, jednocześnie wchodząc w rolę przewodnika:

– Pierwsza atrakcja to obserwowanie łodzi Charona od dołu. – Posłałem snop słabego światła światła w stronę barki, żeby jak palcem pokazać czarne dno. – Za moment odbije od brzegu, proszę zwrócić uwagę na różnicę zanurzenia. To skutek wojny na Bliskim Wschodzie; mnóstwo dusz, ciężkich od podłych uczynków. Tysiące lat temu Charonowi wystarczało niewielkie czółno, lada moment będzie potrzebował ogromnego promu.

Następny odcinek nie wyróżniał się niczym szczególnym, przyspieszyłem aż do kolejnego interesującego punktu.

– Zbliżamy się do ujścia Flegetonu. Proszę zwrócić uwagę, jak jego… Hmmm, „wody” to nie jest najlepsze słowo… mieszają się ze Styksem, tworząc niezapomnianą feerię barw. Zwolnimy, żeby panowie mogli napatrzeć się do woli. Jeśli potrzeba, zatrzymamy się na kilka minut.

Teoretycznie woda nigdy nie łączy się z ogniem. Ale ani Flegeton nie jest zwykłym ogniem, ani Styks zwykłą wodą. To rzeka nienawiści, a ta potrafi karmić się wszystkim, nawet pięknem. Płomienie pożera łapczywie, gigantycznymi haustami, włączając je w siebie w długich na całe stadiony wielokolorowych smugach. Iris przy nich wyglądałaby jak posługaczka w szarym, zakurzonym peplosie. A jeśli je jeszcze odpowiednio podświetlić mocnym reflektorem… Kursuję tą trasą od bodaj setki olimpiad, ale widok ciągle mnie zachwyca aż do bólu w piersi.

Przy ujściu Flegetonu lira dostosowuje muzykę do rytmu fal. Dzisiaj uraczyła nas „Etiudą rewolucyjną” pewnego kompozytora z północy, którego nazwiska nie potrafię zapamiętać.

Tymczasem turyści, niech ich gorgony popieszczą, nawet nie obrócili foteli. Gówniarz nie zmienił tempa żucia gumy ani na jotę. Stary splótł ręce na piersi i czubkiem buta stukał w panel przedstawiający atletów ćwiczących w cienistym parku. Bez łaski! Nie zwalniając w co ciekawszych miejscach, skrócę do minimum czas ich pobytu na pokładzie.

Po kilkunastu minutach przerwałem niezręczną ciszę:

– Szanowni panowie, zbliżamy się do wodopoju Cerbera. Jeśli będziemy mieli szczęście, zobaczymy, jak jego trzy łby synchronicznie zanurzają się w rzece. To nie jest słodki szczeniaczek, a jego pyski, dodatkowo zniekształcone wodą Styksu, wyglądają okropnie. Polecam ten widok szczególnie zwolennikom horrorów.

Ale Cerbera dzisiaj nie było w umówionym miejscu. Albo sierściuch wyczuł pismo nosami, albo przypłynąłem przed czasem. Lira pominęła „Who Let the Dogs out?” i zaimprowizowała jakiś kawałek, którego nie rozpoznałem. Turyści nie sprawiali wrażenia rozczarowanych.

 

Wody rzeki przepływały za iluminatorami, jedna atrakcja goniła drugą, a klienci nie reagowali na nic. Świecące własnym blaskiem popiersie Dantego, cmentarzysko bóstw, które ośmieliły się złamać przysięgę na Styks, nowinka ostatnich lat – unoszące się w nurcie kamienne kule dokładnie naśladujące ruch satelitów dookoła Plutona, z tą jedną wyjątkową, z elektrum…

Recytowałem, jedna za drugą, formułki gorliwego przewodnika, wyjaśniałem pochodzenie, wskazywałem szczegóły godne uwagi, ale czułem się, jakbym mówił do przepaści Tartaru. Żadnych odpowiedzi, dodatkowych pytań, uśmiechów zrozumienia… Nic. Niewzruszona obojętność okropnych klientów ciążyła mi jak głaz Syzyfowi.

Jedyną zaletą tej sytuacji było uniknięcie wyświechtanego żarciku, że wycieczka powinna kosztować tylko obola.

 

Wreszcie nadeszła pora na ukoronowanie naszej podróży – gwóźdź programu, który powodował horrendalny wzrost ceny dla wersji de luxe. Wygłosiłem stosowną zachwalankę i pociągnąłem za jaskrawobłękitną wajchę. Ta zazgrzytała płaczliwie, urządzenie pod konsolą sterowniczą – podarunek Kronosa – zaszumiało. Woda za iluminatorami zmętniała, jakby lada moment miała zacząć wrzeć. Płynęliśmy teraz przez całkiem inną rzekę. Równomiernie przesuwałem dźwignię niemal do końca zakresu. Zatrzymałem przy piktogramie brązowego grotu włóczni.

Dopiero wtedy zauważyłem, że klienci jakby się ożywili. Nie aż tak, żeby przykleić nos do szyby czy choćby zmienić pozycję. Co to, to nie! Tylko spięli się wewnętrznie, odrobinę wyprostowali ramiona, zaczęli uważniej patrzeć na świat. Jakby przygotowywali się do przepłynięcia między Scyllą a Charybdą. Zapewne to fanatycy, którym zależało na obejrzeniu tylko jednej atrakcji. Zdarzali się i tacy klienci.

Zwolniłem, a potem całkiem wyłączyłem silniki. Dryfowaliśmy w ciszy, tylko lira na granicy słyszalności zaserwowała „Who Wants to Live Forever”. Obróciłem Orfeusza tak, aby w centrum głównego iluminatora pojawiło się dorodne niemowlę zanurzone w wodach Styksu. Calutkie, oprócz pięty.

Nagle ballada urwała się w pół taktu i ogłuszyła nas piosenka o strażaku Samie. Rozejrzałem się w panice, jeszcze zdążyłem dojrzeć, jak dymiąca kulka niczym miniaturowy meteor nadlatujący od strony głowy Arausa spada na podłogę. Pożar na pokładzie! Co to była za guma?! Wyszarpnąłem spod pulpitu gaśnicę, zmówiłem w myślach króciutką modlitwę do Hefajstosa i skierowałem dyszę na źródło ognia.

Z wylotu wydobyło się tylko syczenie. Dlaczego?! Obraziłem czymś boga ognia, że odmówił mi pomocy?! To nieuczciwe!

Stary zaczął wrzeszczeć:

– Na co czekasz, bezmózgi niewolniku?! Wynurzaj, zanim się podusimy!

– Nie mogę! Jesteśmy w podziemnej części rzeki! Nad wodą są skały!

– Zrób coś!

Czemu Namyra lękał się uduszenia, a nie żaru? Zerknąłem na gumę; rzeczywiście, nie było widać płomieni, tylko kopciła gorzej niż całopalna hekatomba. Zerwałem z siebie firmową bluzę, nakryłem paskudztwo i nadepnąłem kilka razy. Niewiele pomogło – dym przesączał się rękawami i każdą dziurką.

W kabinie brakowało czystego powietrza. Gdybym był zwykłym śmiertelnikiem, już pewnie bym nie żył. Ale domieszka trytoniej krwi pozwalała mi wstrzymać oddech dłużej niż delfin. A i odporność ponadludzka. Jeśli tylko nie upiekę się w płomieniach, spokojnie starczy mi czasu na dopłynięcie do bezpiecznego miejsca.

Orfeuszem zatrzęsło, coś rozdzierająco zazgrzytało u góry z prawej. To Araus, korzystając z mojej nieuwagi, dorwał się do konsoli sterowniczej i szarpał dźwigienkami na chybił trafił. Gniew, bogini, opiewaj Kilideusza! Zaryczałem niczym Zeus unoszący Europę na śnieżnobiałym grzbiecie i z całych sił wyrżnąłem bezużyteczną gaśnicą w durny łeb.

Gówniarz ustał, ale chyba go oszołomiłem, bo pozwolił się bez protestów odepchnąć od pulpitu. Ostrożnie odpłynąłem od podwodnych głazów i ustawiłem stery…

 

…kiedy się ocknąłem, bolała mnie prawa strona głowy, a w uchu szumiało. Koszulkę w białe i błękitne pasy miałem poplamioną krwią. To chyba Namyra, w ramach zemsty, trzasnął mnie pięścią albo tą samą gaśnicą, którą potraktowałem jego syna. Nie miałem pojęcia, w którym odcinku Styksu dryfujemy ani jak długo leżałem nieprzytomny. Chyba niezbyt długo, bo jeszcze się nie udusiłem. Powietrze było aż gęste od dymu, ale udało mi się dostrzec, że gówniarz zaparł się w fotelu i wali nogami w lewe okno. Jego cholerny ojciec darł pazurami prawe, aż iskrzyło. Chyba miał szpony z metalu. Kryształ mógł tego nie wytrzymać! Tylko wyjątkowo porąbane świry mogły rozwalać iluminatory batyskafu zanurzonego w podziemnej rzece! Gdyby czarne wody Styksu chlusnęły do środka…

Kopnąłem starego w brzuch. On, zamiast grzecznie się wywalić, najlepiej na synalka, zgiął się wpół i rzygnął na okno. I dopiero wtedy znaleźliśmy się w dupie czarnej jak spojrzenie Ereba.

Skurwiel miał w żołądku coś, co zaczęło natychmiast trawić szybę, aż kryształ syczał.

Sytuacja mnie przerosła. Na oślep zacząłem macać po pulpicie w poszukiwaniu czerwonego guzika, który miał bezpośrednio zaalarmować szefa. Nigdy dotychczas nie musiałem go używać. Przez pomyłkę włączyłem wszystkie reflektory zewnętrzne. Dobra wiadomość była taka, że mimo dymu w kabinie zrobiło się odrobinę jaśniej i dostrzegłem zbawczy przycisk. Zła – gówniarz też zaczął lepiej widzieć i postanowił mi przeszkodzić. Szarpnięciem oderwał mnie od pulpitu. Zdążyłem musnąć opuszkami guzik, ale chyba za słabo, bo nic się nie stało.

Tarzaliśmy się po podłodze z Arausem, okładając się pięściami, kopiąc, wciskając w nogi foteli, gryząc nawet. Kątem oka rejestrowałem coraz to różne widoki pojawiające się w widmowym świetle: moja ciągle kopcąca bluza, drzazgi, które pozostały z Wysp Szczęśliwości na bocznym panelu, jadowicie zielone smużki dymu z wymiocin starego i spływający grubymi kroplami kryształ, sam Namyra naparzający ze zdwojoną energią w osłabiony iluminator…

Nagle w kabinie pojawiła się czwarta osoba. Na moment pojaśniało, aż musiałem zmrużyć oczy. Poczułem uścisk stanowczych dłoni na ramionach i usłyszałem narastający szum. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, że prawe okno pociemniało, a potem wszystko zniknęło.

 

Znalazłem się na Łąkach Asfodelowych, twarzą w twarz z Hadesem. Obok stał Hermes, to on musiał mnie tu ściągnąć. Szef nerwowo to zaciskał pięści, to prostował palce. Minę miał jeszcze bardziej ponurą niż zazwyczaj.

– Co tam się stało?! – wybuchnął, ledwie ucichł furkot skrzydełek przy kapeluszu i sandałach Psychopomposa.

– Pożar na Orfeuszu… – zacząłem opowiadać. – Gaśnica Hefajstosa nie zadziałała. A potem ten starszy rzy… zwymiotował na okno…

– Nic nie rozumiem! Mów ty, bratanku.

– Persowie. Aryman i któryś demon z jego heptady, chyba Saura, udawali turystów.

– Dlaczego ich nie rozpoznałeś? – Szef zmarszczył brwi, a pode mną ugięły się nogi.

– To nie jego wina – uratował mnie Hermes. – Maskowali się doskonale. Zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy węże z kaduceusza podszepnęły mi, że to trucizny pochodzenia perskiego.

– Jakie znowu trucizny?!

– Jedna kopciła duszącym dymem, leżała na podłodze, owinięta w szmaty. Druga bardzo żrąca, spływała po oknie. Nawet węże nie wiedziały dokładnie, co to mogło być.

– Jakim cudem przemycili trucizny przez bramkę?

Obaj bogowie wpatrywali się we mnie. Ich spojrzenia przewiercały na wylot.

– Mieli je wewnątrz ciał – wydukałem. – To kopcące udawało gumę do żucia, zaczęło się palić, kiedy wypluł. A to drugie było w żołądku. Aryman zwymiotował na iluminator. Aż szyby zaczęły się rozpuszczać.

– I dopiero teraz mi mówicie? – Hades machnął berłem, tylko zaświstało. – W którym odcinku Styksu to było? Musimy zapobiec…!

– Już za późno – przerwał mu Hermes.

– Jak to?! Nie da się ocalić mojego Orfeusza? – jęknąłem.

– Zamilcz, głupcze – uciął szef. – Tu nie chodzi o twój nędzny stateczek, tylko o zatrucie Styksu i katastrofę ekologiczną. Dlaczego za późno? Gdzie to się stało?!

– Kąpiel Achillesa – wyjaśnił Psychopompos.

Hades usiadł ciężko na ziemi, jakby ktoś podciął mu nogi. Zmiażdżone kwiaty zapachniały żałośnie w cichej skardze.

– To dlatego nie mogłem dotrzeć, kiedy mnie wezwałeś – powiedział, zakrywając twarz dłonią.

– No. Z trudem go wykradłem. – Hermes zaakcentował ostatnie słowo. – A i tak musiałem sięgać po moce Psychopompa, bo tu jeszcze Styks do przekroczenia…

– Przypatrzcie się uważnie asfodelom – szepnął szef. – Ostatnia szansa. To koniec mojego królestwa.

– Stryju, od początku ostrzegałem, żeby nie ufać Kronosowi, nawet gdy przynosi dary. Ale prędzej uwierzyłbyś Kasandrze niż mnie.

Szef tylko wzruszył ramionami, nie musiał nikomu wyjaśniać, jaką reputacją cieszy się Hermes.

Nagle obok nas ktoś się zmaterializował. Skrzydlata kobieta. Zataczała się, jedno skrzydło miała nienaturalnie skulone i przyciśnięte do ciała. Jej skóra tak poszarzała z bólu albo wyczerpania, że dopiero po dłuższej chwili rozpoznałem Nike.

– Wrzuciłam… ich… do Tartaru… – wykrztusiła.

A potem padła bez czucia na ziemię niczym posłaniec spod Maratonu. Asfodele nie miały dzisiaj szczęścia. A może właśnie miały i Atropos, już pochylona nad wiązką cieniutkich kwietnych nici, upuściła nożyce.

Hades i Hermes zerwali się, jakby ich Zeus piorunem połaskotał. Psychopompos krzyknął, że leci po Asklepiosa i zniknął w trzepocie skrzydełek. Szef padł na kolana obok nieprzytomnej i zaczął ją ratować, mamrocząc pod nosem:

– Całe skrzydło ponadżerane od wewnątrz jakby kwasem… Musiała nim zatkać okno… Zuch dziewczyna! Malutka, przysięgam na Styks, że spełnię twoje dowolne życzenie. Tylko mi teraz nie umieraj! Wdałaś się w rodziców, bez dwóch zdań…

Po kilku minutach Hades ustąpił miejsca Asklepiosowi. Jego maści i zabiegi okazały się skuteczniejsze, bo wkrótce Nike otworzyła oczy i szepnęła:

– Przechodniu… Powiedz perskim sukinsynom… że nie zadziera się z matką bogini zwycięstwa…

Koniec

Komentarze

Jakoś się wepchnąłem ;)

 Początkowo Namyra skojarzył mi się z Panem Chow z ‘’ Kac Vegas’’ i jakąś komediową postacią, ale kiedy okazało się, że jest to sam mitologiczny Aryman – moje zaskoczenie było nie mniejsze niż u samego Kilideusza. Podstęp udany. Dobrze, że pomoc nadeszła od samych greckich bogów.

Opowiadanie : z ciekawym pomysłem, świetnymi nawiązaniami do mitologii, okraszone udanym humorem. Środek transportu – Orfeusz – przedstawiony w nietypowym świetle i to jest właśnie fantastyczne.

Bardzo, bardzo fajne i porządnie przemyślane:)

Oj, napracowałaś się Finklo. Bardzo sprytnie wykorzystane motywy z mitologii, przy okazji parę rzeczy musiałam sobie wygooglować, bo przez lata udało mi się co nieco zapomnieć. 

Bardzo sprawnie podana historia, a puenta wymiata yes

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję pierwszym czytelnikom. :-)

 

Miency, załapałeś się na całkiem niezłą miejscówkę, nawet do okna się bez problemów dopchasz. ;-)

Fajnie, że tożsamość faceta zaskoczyła. Trochę się bałam, że to będzie zbyt łatwe do odgadnięcia – taki banalny anagram.

I tak – trochę końcówka wygląda na deus ex machina. Ale taka tematyka, że schemat się narzuca. No i jak nie oni, to kto?

 

Bemik, to nie była praca, tylko czysta przyjemność. Świat greckich mitów jest bardzo bogaty, można z niego czerpać garściami i wciąż pozostaje mnóstwo do wydobycia. Jak na przykład związki pokrewieństwa… :-)

Babska logika rządzi!

Wena poszła spać, a godzina jeszcze młoda, więc postanowiłem zacząć czytanie Lokomotywników.

 

Zacznę od tego, że ja, w przeciwieństwie do Kilideusza, polubiłem Twoich bohaterów od samego początku. Starszego polubiłem dobrze a młodszego źle. Czytało mi się świetnie, do momentu w którym akcja znacząco przyśpieszyła – wtedy się niestety pogubiłem. Pewnie dlatego, że słaby jestem w mitologię.

Bardzo przyjemnie czytało mi się opisy, okraszone takimi perełkami:

Odniosłem irracjonalne wrażenie, że przeklęty gówniarz kopnął Orfeusza celowo.

Sprawiają, że od samego początku wiadomo, że obcuje się z literaturą na naprawdę wysokim poziomie. Szkoda, że braki w erudycji nie pozwoliły mi w pełni delektować się Twoim tekstem.

Dziękuję, Fizyku. :-)

Polubiłeś ich? OK, Twoja wola. Ale chyba nikomu nie życzę takich klientów… Starałam się z Namyry zrobić szwarccharakter z klasą.

Oj, nie upadaj na duchu. Pytaj wujka Google’a albo mnie. A może i inni Czytelnicy podpowiedzą.

Babska logika rządzi!

Polubiłem ich na początku. Potem, jak zaczęli pluć i rzygać, to definitywnie stracili moją sympatię, nawet tą złą. A z wujkiem to może jutro przeczytam. :)

Taaa, rzygający człowiek traci bardzo wiele. I nie chodzi mi o odwodnienie…

Powodzenia. :-)

Babska logika rządzi!

Hej :)

 

Poruszał się cicho i z gracją, jak kot albo jadowity wąż. – a niejadowity wąż nie porusza się cicho? :)

 

Teoretycznie woda nigdy nie łączy się ogniem. – brakuje chyba z.

 

No, Finklo, kłaniam się nisko. Przekonałaś mnie tym opowiadaniem do Twojej twórczości jak żadnym. Podobało mi się ogromnie. Płynąłem przez zdania niczym przez Styks i za każdym kolejnym zakrętem trafiałem na co raz to lepsze atrakcje. Mitologia jest mi dość dobrze znana więc ja bez googlowania łapałem wszystkie nawiązania. Świetnie wplecione postacie i porównania. Jak choćby to :D :

I dopiero wtedy znaleźliśmy się w dupie czarnej jak spojrzenie Ereba.

Od początku do końca trzymasz się objętej strategii. Niektóre zdania wywołały śmiech, nad innymi klasnąłem w dłonie myśląc o ich doskonałej konstrukcji. No i dodatkowe smaczki jak choćby piosenki na pokładzie Orfeusza, super.

P.S. W momencie wyplucia gumy-trucizny, nim ogarnąłem, co się wydarzyło, mój umysł powiedział mi, że to maleńki Achilles podczas kąpieli puścił bąka albo, co gorsza, coś więcej, i to uderzyło w Orfeusza xD

Pozdrawiam!

Ale to wszystko fajnie ze sobą posplatane :) Musiałam trochę poszperać w Internecie, by powiązać ze sobą poszczególne postacie i zdarzenia, ale dzięki temu lektura okazała się jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Jak to u Finkli język i warsztat na wymiatającym poziomie, do tego humor i dynamiczna akcja – bardzo mi się :)

Przeczytałem wczoraj, jednak wiedziony wrodzoną niechęcią do twórczości “adaptacyjnej” (nie wiem, czy to dobre słowo, ale chyba wiadomo, o co chodzi), odłożyłem komentarz na dziś. 

Bardzo fajnie to napisałaś, czyta się z przyjemnością. Opowiadanie ma rozmach i budowanymi scenami działa na wyobraźnię, przynajmniej moją. Ma też dynamiczną akcję, w której prawie się nie pogubiłem (potknięcie w tym samym miejscu, co Realuc). No jest odrobinę hermetycznie, ja mitologię grecką (i w sumie każdą inną, którą znam) znam na poziomie bazowym, więc nie podłapałem zapewne niektórych easter eggsów.

Że tak powiem, plusy mi tu przysłaniają ten jeden, wspomniany na początku, minus. Idę złożyć donos do Biblioteki. 

Dziękuję nowym Czytelnikom. :-)

 

Realucu, miło mi, że się tekst spodobał. Uważaj, pływanie w Styksie może nie być zdrowe. ;-)

Tak, z drobiazgami mitologicznymi trochę poszalałam. Mam nadzieję, że Ninedin doceni.

Popatrzę, co da się poprawić w pluciu gumą.

Dzięki za wyłapanie zguby. Nad wężami jeszcze się zastanowię. Taki pyton niby nie tupie przy chodzeniu, ale już chyba nie sprawia wrażenia cichej i zabójczej elegancji.

 

Katiu, fajnie, że doceniasz splot. Jakoś to się wszystko ładnie układało. Takiego Hermesa można wrobić i w kradzieże, i przeprowadzanie dusz w zaświaty, i jeszcze kaduceusz ma… Idealny bóg do tej roli. :-)

Humor, jak często u mnie, zakradł się mimochodem. Tekst nie był zaplanowany jako humoreska. Acz widziałam, że narrator czasem z ironią podchodzi do świata.

 

Łosiocie, fajnie, że było przyjemnie. Skoro plusy przesłoniły minus, to chyba jednak nie jest aż tak hermetycznie. Mam nadzieję, że o Styksie każdy słyszał, więc wycieczka powinna się ludziom podobać.

Babska logika rządzi!

Bardzo zabawne opowiadanie. Uwielbiam mity. Pierwszą książką, jaką przeczytałem (z własnej nieprzymuszonej woli) była chyba „Mitologia Greków i Rzymian”. Wrzuciłaś tyle nawiązań, że czytało się z ogromną przyjemnością.

„Who Let The Dogs out” przy pojawieniu się Cerbera? To mi nasunęło na myśl niezwykle zabawną scenę. Ciekawi mnie też jaką katastrofą ekologiczną grozi zatrucie Styksu ;)

Na końcu dosłowna deus ex machina, ale Nike to moja ulubiona bogini więc nie ma o co się czepiać. Poza tym faktycznie pasuje tematycznie.

Dziękuję, Rytmatysto. :-)

Cieszę się, że trafiłam w Twoją ulubioną tematykę. A nawet w boginię. ;-)

“Who Let the Dogs out”. Słabo znam się na muzyce, to jedyna “dorosła” piosenka o psach, którą kojarzę. Bo “Cztery łapy” albo “Puszek Okruszek” chyba byłyby jeszcze gorsze. ;-) No i skąd bohater miałby znać takie hity?

Katastrofa ekologiczna straszliwa. Nie mogę znaleźć źródła, ale gdzieś czytałam, że woda Styksu w naziemnych częściach jest trująca (musi być jakiś powód, dla którego dusze bez obola nie płyną wpław), a w podziemnych – ma cudowne właściwości. Podejrzewam, że to w jednej z tych części kąpał się Achilles. No i Cerber coś musi pić, nie?

Babska logika rządzi!

Z ciekawości wygooglałam tytuł. Jestem pod wrażeniem, że nawet takie szczegóły się zgadzają. Dynamiczna akcja, tak jak lubię, ciekawa, humorystyczna historia i niespodziewane zakończenie. Podobało się, szczególnie Cerber. Początkowo myślałam, że Orfeusz to łódź Charona, ale szybko wyjaśniła się rola pojazdu. Podobały mi się też przemyślenia bohatera i plastyczne opisy. Te dwie rzeczy sprawiają, że opowieść jest “żywa”, nie miałam problemów z wyobrażeniem sobie świata Twojego opowiadania.

Dziękuję, ANDO. :-)

No, zawsze uważałam, że diabeł tkwi w szczegółach. A bogaty w detale świat jest bardziej wart zwiedzania niż coś naszkicowanego kilkoma kreskami.

Przejazd łodzią Charona jest znacznie tańszy. ;-)

Fajnie, że przemówiłam do wyobraźni.

Babska logika rządzi!

Finklo, ależ to misternie uplotłaś! a do śmiechu to mi raczej nie było. 

Bardzo zajmująca opowieść, ciut hermetyczna przez świat bogów. Dobrze dla mnie, że na warsztat wzięłaś grecką, ponieważ w innym przypadku niewiele bym skumała przez ciągłe googlanie, a tak mogłam się cieszyć tymi nawiązaniami, które zrozumiałam i rozwojem wypadków i dopiero potem wybrać się na spacer asfodelowymi łąkami. To jedno z licznych mi nieznanych:), podobnie jak psychopomp.

Klienci okropni. Odbieram opko trochę jak przypowieść, metaforę. Lubię, kiedy przenosisz zdarzenia w świat mitologii. To jakby dzisiejszy świat, lecz w odmiennych dekoracjach. I jeszcze jedno lubię u Ciebie – akcję, jest bardzo szybko i logicznie, wszystko fruwa.

Na jednej rzeczy zatrzymało mi się oko, sprawdź, czy tak ma być?

wkroczył na pokład.

Poruszał się cicho i z gracją, jak kot albo jadowity wąż. Araus podreptał za ojcem. Plecy młodzieńca wręcz emanowały niechęcią, jakby, poganiany batogami, wkraczał na szafot,

Chyba podmieniłabym jedno „wkroczył”, bo charakterystyczne.

 

Pzd srd i zwrócę się o klik:)

a

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, Asylum. :-)

I bardzo słusznie, nie miałam zamiaru pisać humoreski. Tak wyglądają moje z grubsza poważne teksty.

Grecka mitologia jest najlepiej znana i chyba najbardziej mi się podoba. Ich bogowie nie dosyć, że są najbardziej ludzcy (z całym dobrodziejstwem inwentarza), to jeszcze najbardziej logiczni. Nie to co w egipskiej – tam trudno dojść, czy to Ozyrys był ojcem Horusa, czy może na odwrót… No i dzięki Homerowi i dramatopisarzom znamy ją całkiem nieźle.

Ty już sprawdziłaś, ale może wyjaśnienie dla innych Czytelników: Łąki Asfodelowe to przyjemny kawałek hadesu, a psychopomp to byt przeprowadzający dusze do zaświatów. Charon nim jest, Hermes też ma papiery.

Przypowieść i metafora, powiadasz? No, skoro tak sobie życzysz… Kim ja jestem, żeby narzucać ludziom interpretację.

jest bardzo szybko i logicznie, wszystko fruwa.

Nieeee, panta rhei. ;-)

Hmmm. Spróbuję jakoś pozbyć się któregoś wkraczania.

Babska logika rządzi!

Autorem:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj tam, oj tam. Autor też zwykły człowiek. Nie każdemu dają rząd dusz. ;-)

Babska logika rządzi!

Sprawnie napisany teksty z ciekawym pomysłem i dobrym wykonaniem. Szczególnie do gustu przypadły mi używane przez Ciebie mitologiczne porównania. Musiałaś się nad tym trochę pogłowić. Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze.

Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję, Belhaju. :-)

Fajnie, że tyle zalet widzisz. Porównania nie były takie trudne, przeważnie same się nasuwały.

Babska logika rządzi!

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, Jurorko Śniąca.

<Rozgląda się ukradkiem, “Uff, nie wywalili z pociągu”.>

Babska logika rządzi!

Dawno nie miałam okazji czytać niczego w klimatach mitologicznych, tym bardziej więc miło było trafić na to opowiadanie. I jeszcze Grecja i Persja w jednym!

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję, Verus. :-)

Cieszę się, że wcelowałam w wyczekiwane klimaty i że było miło.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z trudem i rosnącym zniechęceniem. Lubię mitologię, ale “Amerykańskich bogach” wszelkie jej uwspółcześnienia wyglądają dla mnie banalnie.

Dziękuję, Nikolzollernie. :-)

Dobrze, że z trudem, ale dałeś radę przeczytać.

Babska logika rządzi!

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję, Jurorze Wickedzie.

No i dobrze, po to zostało napisane… ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre opowiadanie… przy którym będę bardzo marudził. :-)

Będę marudził, zrzędził, czepiał się. Będę kąsał jak ten metaforyczny komar, co to żal było na niego armaty. XD

Tak, jak wspomniałem, to naprawdę świetny tekst. Fajny koncept, wykonanie na odpowiednim poziomie (o tym trochę więcej napiszę później). Tyle że wymaga od czytelnika znajomości mitologii. Właśnie wymaga. Nie zachęca do zaznajomienia się. Nie prowokuje, by po lekturze czytający chciał poszukać w internecie czegoś więcej, ale oczekuje, że będzie pewne fakty czy postaci znał. Inaczej nie doceni w pełni Twojego opowiadania, bo zwyczajnie nie będzie w stanie. To nie jest zarzut czy krytyka. Krytykować można wady, błędy, niechlujność. Dlatego napisałem, że będę marudził. Bo to takie zwykłe zrzędzenie jednego czytelnika, będące jedynie drobną cząstką ogólnego odbioru tekstu.

Ten jeden czytelnik spróbuje Ci teraz pokazać, jakie opcje dajesz mu do wyboru. Widzi świetny tekst. Widzi, że do takiej pełnej satysfakcji z lektury potrzebuje pewnej wiedzy. I wie, że w tej wiedzy ma pewne braki. W tej sytuacji może on zwyczajnie czytać tekst w oparciu o posiadaną znajomość mitologii, przez co “wyciągnie” z niego może sześćdziesiąt procent wartości, otrzymując zwyczajnie dobre opowiadanie. Tylko dobre, a przecież jego wartość jest znacznie większa. Napracowałaś się, żeby było świetne. I takie właśnie jest, ale tylko dla wybranych. Oczywiście po lekturze nastąpi “konsultacja” z internetem i wyłapywanie poszczególnych smaczków. Tej wartości dodanej opowiadania. Kluczowe jednak jest tu to jedno słowo “po”. Bo to trochę tak, jak z odgrzewanym obiadem. Niby dalej ten sam posiłek, ale już go tak nie docenisz.

Istnieje oczywiście drugi wariant – konsultowanie z wujkiem google “na bieżąco”. Nie rozumiem czegoś – zerkam w internet. I tu jednak nie będzie pełnej satysfakcji z lektury. Masz bardzo fajny koncept wycieczkowy. Sprawnością opisów pozwalasz łatwo przenieść się do prezentowanego przez Ciebie świata, a jednocześnie wyrywasz mnie z niego raz za razem poprzez konieczność wspomnianych konsultacji. Trzymając się tej średnio kreatywnej metafory z obiadem – co z tego, że smaczny, skoro połowę zjem zimną. 

Żeby trochę odskoczyć od tego marudzenia, podkreślę jeszcze raz: to naprawdę świetne opowiadanie. Świetne na tyle, że nawet jako czytelnik miałem do siebie trochę pretensji o ową niepełną znajomość mitologii. W końcu ograbiłem się z takiej pełnej frajdy, której niewątpliwie każda z niezrozumianych przeze mnie wzmianek musiała dostarczać. Ponieważ jednak czytelnik nie powinien czuć się winny, napiszę z pełną satysfakcją: to też Twoja wina. XD

Dostałem więc opowiadanie, które, niczym wredny, bezwzględny potencjalny pracodawca od razu ode mnie wymaga, ale…

Ale jak to się czyta!

Nie będę się długo rozwodził na jakością opisów, świetnym warsztatem, itd. I bez tego ten mój komentarz staje się niepokojąco długi. Piszesz w taki sposób, że naprawdę z dużą swobodą i łatwością można się przenieść na ten batyskaf. Obejrzeć wszystko, o czym opowiada przewodnik, a nawet bezpośrednio stać się nim na czas lektury, dzieląc jego emocje. Z tego też powodu poświęciłem tyle czasu na “dziennik zrzędzeń i zażaleń”. Bo wiesz, średniego tekstu to nawet nie szkoda. A tutaj od razu pojawiła się taka refleksja: cholera, jakiej frajdy musiał dostarczać ten tekst przy odpowiedniej znajomości mitologii. Jasne, można przeczytać go ponownie, już po nadrobieniu braków. To już jednak nie będzie to samo (czytaj: odgrzewany obiad:)).

Jak wspomniałem, bardzo sprawnie operujesz w tym opowiadaniu opisami. Prowokujesz wyobraźnię, zapraszasz do opisywanego świata i, trzymając równy poziom lektury, pilnujesz, by czytelnik czasem Ci z niego nie uciekł. Piszę o tym wszystkim, szykując pokątnie kolejną szarżę, bo oczywiście musiał się w pewnym momencie pojawić ten nieszczęsny:

Skurwiel

Ja wiem, że wulgaryzmy są najwyraźniej w literaturze potrzebne. Obiecałem sobie, że nie będę się o to rzucał. Ale tutaj, w tym konkretnym tekście, pasowało mi to słowo jak gumowce do garnituru. Mógł być przecież sukinsyn (albo synonim, żeby uniknąć powtórzenia). Też wymowne, a jakby mniej wulgarne. Ani myślę sugerować Ci zmiany, więcej, nawet odradzam. Będę prawdopodobnie jedynym, któremu to słowo przeszkadzało. Zasygnalizuję tylko, że to prymitywne określenie jakoś mi deprecjonowało wartość tych opisów, których sprawność i jakość podkreślałem powyżej. 

Tyle.

Na koniec raz jeszcze pokreślę to, co najważniejsze. To naprawdę świetne opowiadanie. Tak, jak miałem poczucie, że ostatnie Twoje teksty jakoś nie trzymały poziomu poprzednich, tak tutaj wracasz do tego, co pamiętam z Retrowizji, czy Odzyskiwania Twarzy. A może i doskakujesz nieco wyżej. Zresztą, gdyby nie było to dobre opowiadanie, nie poświęcałbym tyle czasu na opinię.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na razie lekturę komentarzy sobie odpuszczę…

Co do opka – a imię jego: smaczek ;). Widać, że pisała niesamowita erudytka. Liczba nawiązań mnie przerosła, musiałem się naguglać. W każdym zdaniu chyba…

I tylko – fajerwerki są piękne, ale jaki jest głębszy sens tego opowiadania? Bo na razie wychodzi mi, że to tylko pozłota. Co chciał osiągnąć Aryman?

I szczególiki:

– “w malutkiej przestrzeni batyskafu trudno dobre perfumy uznać za wadę” – raczej trzeba; miałem do czynienia z niewielkimi przestrzeniami, i każdy intensywny zapach (potu, perfum, wódki) staje się po pewnym czasie nie do zniesienia;

– “aport oread” – a tego się nie doguglałem – co to?;

– cały czas płyną w górę rzeki? batyskafem? cholernie głęboki ten Styks :P.

 

A tu parsknąłem śmiechem przeokrutnym – “kopia liry Apolla, która zaraz po wejściu pasażerów zaczęła grać „Marsz imperialny”” . W ogóle muzyka dobrana genialnie :)!

 

Świetne, Finklowe, acz czekam na podjaśnienie celu i sensu.

 

Aha, i co to taxidia??

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki, CM. :-)

Nie ma zbyt długich komentarzy, tylko niektóre nie mieszczą się w okienku na jeden raz. ;-) Twój jest piękny.

Fajnie, że widzisz tyle zalet. Mnie też się one podobają, nie ma co się rozwodzić nad tematem.

Czy wymagam mitologii? Mnie się wydaje, że nie tak bezwzględnie, jak piszesz. Mój narrator jest greckim herosem (dziesiąta woda po kisielu, ale jednak). Chciałam, żeby myślał jak stary Grek, czytywał greckie lektury (dobra, nie wszystkie, ale te, które moi Czytelnicy mieliby szansę rozpoznać), znał grecką historię. Facet odwołuje się do słynnych cytatów, używa starogreckich miar, w porównaniach wstawia przedstawicieli swojej rodziny. Pewnie jak wielu ludzi. Tylko my możemy tych krewniaków znać, chociaż nie musimy.

Weźmy dla przykładu porównanie do Iris (to bogini tęczy, w tekście pojawia się przy smugach z rzeki ognia). Pospolity narrator mógłby zamiast tego mówić o “cioci Krysi na weselu Franka”. Czytelnik nie zna rzeczonej cioci, ale może sobie wyobrazić, jak się na wesele wystroiła. Jeśli nie zna Iris, to też musi bazować na własnej wyobraźni. Z kontekstu powinien odgadnąć, że ma być kolorowo. Ale ktoś może mieć prawidłowe skojarzenia nawet bez znajomości mitologii. Istnieje wszak słowo “irydyzacja”, które od greckiej tęczy się wywodzi. Nie upieram się, że od razu trzeba znać jego definicję, ale może chociaż jakieś ulotne wspomnienie baniek mydlanych…

A zresztą, jeśli Iris nie wzbudzi żadnych skojarzeń, to tylko jedno porównanie. I bez niego tekst powinien być zrozumiały. Tam, gdzie używałam mniej znanych terminów mitologicznych, ale w miejscach bardziej istotnych dla fabuły, starałam się je wyjaśniać. Na przykład nadmieniłam, że Flegeton to rzeka ognia. Nie liczyłam na skojarzenia z flogistonem (chociaż to słówko też z greki pochodzi).

Nawet wolałabym, żeby Czytelnicy nie wiedzieli lub chociaż nie pamiętali, czyją córką jest Nike. Wtedy puenta lepiej brzmi.

Oczekiwałam tylko znajomości podstaw: Styks, Charon, Cerber, Hades, Hermes… Gdybym zaczęła tłumaczyć te pojęcia, oberwałabym za łopatologię. I słusznie.

Wydaje mi się, że to normalna taktyka – zostawiać w tekście smaczki dla wtajemniczonych. Niech się oblizują z radości.

Fakt, nie pomyślałam, że smaczki, przy których na pierwszy rzut oka widać, że są smaczkami, ale pozostają niezrozumiałe, mogą frustrować. Tak, to moja wina. Popełniłam ten grzech raczej nieświadomie.

Jednak pamiętajmy, że wśród żurków jest Ninedin. Mam nadzieję, że Ona doceni wszystko. :-)

Skurwiel. Mój narrator jest facetem. Jego życie jest zagrożone – ma pożar na pokładzie. Przed chwilą się ocknął po ciosie przeciwnika (skurwiela właśnie), który poczynił spory krok, żeby zniszczyć ukochany batyskaf i miejsce pracy bohatera. No, jeśli pod wpływem takich emocji, Kilideusz nie może kląć, to kiedy? Motyla noga tu nijak nie pasuje. Ja bym w tej sytuacji bluzgała, chociaż zazwyczaj tego nie robię.

Delikatniejszego sukinsyna zostawiłam dla Nike. Ona w końcu jest kobietą. A do tego jej emocje już trochę opadły, została euforia zwycięstwa.

Możesz nie być jedynym – Śniąca też to pewnie skrytykuje.

Babska logika rządzi!

O, i Staruch się dopisał. Dzięki. :-)

Oj, przesadzasz z tym każdym zdaniem. Na dowód mogę podać kilka całkiem prostych. ;-)

Zacznę od tego, bo to w końcu tytuł:

Aha, i co to taxidia??

Po grecku “podróżować”. AE to będzie po naszemu S.A.

Głębszy sens. Hmmm, tu mnie masz. To miała być przygodówka, w której bohater, nikt ważny w korpo, mierzy się z bytami o wiele od niego silniejszymi. Ale Asylum doszukała się metafory, pytaj Jej.

Cele Arymana. To perski zły. A Persowie mają długą historię wojowania z Grekami. Jako wcielenie zła Aryman chyba nie musi być przewidywalny. Może chciał zniszczyć Styks, a za jego pośrednictwem cały hades? Może to początek kolejnej wojny, tym razem na poziomie bogów? A może po prostu mu się nudziło…

Perfumy w batyskafie. Nie znam się. Przestrzeń niewielka, czymś tam musi walić. Chyba lepiej, żeby to było coś przyjemnego, nie? No, tak przynajmniej myślałam. A przestrzeń nie jest aż tak szczelnie zamknięta – ze zbiorników płynie powietrze z mirrą, więc może się zapach perfum rozejdzie…

– “aport oread” – a tego się nie doguglałem – co to?;

Aport to wkład wspólnika, ale nie kasa, tylko jakieś rzeczy. Oready to nimfy górskie. Tak jak okeanidy są morskie, a driady drzewne.

– cały czas płyną w górę rzeki? batyskafem? cholernie głeboki ten Styks :P.

No, musiał być jakiś fajny pojazd w konkursie, wymyśliłam sobie batyskaf. Znaczy – albo Styks głęboki (a udowodnij, że jest płytki! ;-p ), albo batyskaf bosko zmodyfikowany i górna część jest stosunkowo mała.

W ogóle muzyka dobrana genialnie :)!

Mistrzu Strychów, z Twoich ust taki komplement ma zwielokrotnioną wartość. :-)

Babska logika rządzi!

Zawsze podziwiam kolegów za tak długie, treściwe i merytorycznie bogate komentarze. Ja tak nie umiem :(

Dlatego będzie krótko.

Trochę już mnie dotyka przesyt tematyki mitologicznej, ale styl, warsztat, bogactwo językowe, wykonanie, klimat – to wszystko sprawiło, że przeczytałam z przyjemnością. Mimo że fabuła rozwijała się raczej powolutku, jak dryfowanie po spokojnym morzu. Fajny pomysł na okręt podwodny, plastycznie opisana trasa wycieczki, wyraziści bohaterowie.

Pozostaje mi pogratulować udanego opowiadania i życzyć powodzenia w konkursie :)

Dziękuję, Aryo. :-)

Ja też nie bardzo umiem w długie komentarze. :-)

Miło mi, że Tobie było przyjemnie i że znalazłaś tyle zalet, mimo przekarmienia mitologią.

Akcja najpierw ciągnęła się leniwie, dopiero potem przyspieszyła… Jak to na wycieczce zakończonej katastrofą.

Babska logika rządzi!

Staruchu, sprawa prosta, przygoda mitologiczna, i lekka przypowieść do klienckich obecnych czasów. Bogowie byli wszechwładni, ale i dzisiaj inni podobnie nam królują, acz są nienazwani, nierozpoznani. A tak w ogóle, uprościłabym ten świat, życie:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No. Staruchu, masz jeszcze jakieś pytania? ;-)

Babska logika rządzi!

:DDD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dołóż Staruchowi i u mnie. Pls.angel

Nie bijemy innych użytkowników. Tylko kulturalnie dyskutujemy, od czasu do czasu tworząc zawiłe offtopy, które pączkują jak drożdże pod czujnym okiem Dionizosa. ;-)

Babska logika rządzi!

Przepraszam za skrót myślowy. Miało być :

“Asylum, dołóż Staruchowi i u mnie merytoryczny komentarz. Pls.angel

Już znikam z offtopa, ale posądzenie o przemoc fizyczną musiałem sprostować.

Aaaa, to wszystko w porządku. :-)

Babska logika rządzi!

No. Staruchu, masz jeszcze jakieś pytania? ;-)

Mam! Czemu nie ma dojarek???

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Bo krowiooka Hera była żoną Zeusa, a nie Hadesa.

Następne!

Babska logika rządzi!

Następne!

I lodówki. Wyczekuję i wyczekuję tego tekstu – lodówka Finkli w roli głównej. Wszak to murowany faworyt do wszelkich konkursów!!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dojarki?  Logiczne, w ciemnym Hadesie krów jest nIedostatek, jeśli w ogóle:DDD.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A jak ja Ci wcisnę lodówkę do batyskafu?!

W którymś cyberpunkowym tekście wystąpiła lodówka. Niekoniecznie moja, ale odegrała znaczącą rolę. Tylko opko nic nie ugrało, a rzeczony sprzęt AGD wielu czytelników rozbawił. Sam się z tego śmiałeś. :-p

Lodówka była jeszcze w jednym tekście, nawet do Biblioteki się nie doczłapał. Tak że tego…

Babska logika rządzi!

Asylum, nie wiem… W końcu rosną tam kwiatki – co najmniej asfodele. Pola Elizejskie chyba sugerują rolnictwo… Zdaje się, że porządny Grek mógł liczyć na miłe, bukoliczne gospodarstwo po śmierci.

Babska logika rządzi!

Bogowie, chyba żywią się ambrozją:) A co to była ta ambrozja, proszę, nie pytajcie:), bo nie wiem? Słodycz mnie odrzuca, może jakiś odżywczy, smaczny płyn, papka?

Hm, te łąki, dają do zastanowienia? Puste były? Jednak, nie-nie, toć w batyskafie byli. Dojarka definitywnie odpada.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ambrozją i nektarem. Jak w smaku, to nie wiem, ale chyba warto się przemóc, nawet jeśli nie przypadnie, bo zdaje się, że te rzeczy dawały nieśmiertelność.

Po namyśle: chyba teściowa by Hadesowi kołki na głowie ciosała, gdyby nic u niego nie rosło. ;-)

Babska logika rządzi!

I to jeszcze jak by ciosała, ino drzazgi z kołka by szły, bo Hades głowę ma mocną.

Nie masz pojęcia Finklo, czegóż to się dzisiaj dowiedziałam? OMG, że śmierć jest kluczowym warunkiem rozwoju, to bilogia. Bez śmierci nie ma bioróżnorodności i że jeszcze pojedyncza istota nie ma szans na rozwój – absolutnie, i że jeżeli nauczymy się naprawiać pojedyncze komórki (nieśmiertelność, i stąd mi się skojarzyło) to koniec i finita z rozwojem. Muszę się temu bliżej przyjrzeć.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy aż tak kluczowym? Bakterie, teoretycznie, są nieśmiertelne, a przy tym radzą sobie z różnorodnością. Śmierć jest ceną za seks. ;-)

Babska logika rządzi!

Ponoć jedynym i kluczowym??? Bakterie, wirusy i inne takie nieskomplikowane tak, bo mogą korzystać do woli z zasobów. Im bardziej wyspecjalizowane tym gorzej. Z dinozurami było pod tym względem fatalnie. Z kolei te niewybredne  mogą zostać łatwo “zjedzone”, unicestwione, lecz nadrabiają to rozrodczością.

Tadam, śmierć ceną za seks;), a ponieważ seks prowadzi do radości i daje energię stąd jasno wynika, że śmierć jest ceną za radość, stąd jeszcze jaśniej wynika, że egzystencjaliści mieli rację, tadam;)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, specjalizacja może być groźna. I taka myśl: ostatnio specjalizacja postępuje błyskawicznie. Widać to w nauce. Tak że tego…

Babska logika rządzi!

To prawda;) A taką miałam nadzieję, że się przyczepisz tego wnioskowania:D ale… nie, no to już trudno wracam w kamieniołomy, interpunkcję poprawiać w wadliwym opku;)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A czego tu się czepiać? :-)

Babska logika rządzi!

:DDD, nic, znaczy mus do kamieniołomów, żadnego zmiłujsie, eh;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zawsze możesz zmienić temat, nie?

A co wydobywasz w swoich kamieniołomach? Zasadniczo wiem, to tak dla poddzierżania rozgowora.

Babska logika rządzi!

A bo wiesz, miałam już poprawione, chyba było to niedzielną nocką i dzisiaj postanowiłam przyjrzeć się jeszcze się przyjrzeć, a tu łups jak tego Hadesa teściowa. Pliku poprawionego ni ma, a im bardziej go szukałam, to już pewnie sama wiesz… 

Wyparował. Zirytowałam się potężnie – oględnie rzecz nazywając – i odtwarzać zaczęłam, tak troszkę informatycznie. Właśnie doszłam końcowego wniosku, że się nie da, znaczy – bez sensu. Na śrubki tego laptopa nie rozkręcę, bo pieniędzy szkoda, gdyż potem nie złożę, zawsze jakiś dzynks zostanie.

Zatem trudno, przeznaczone mi widać jeszcze poklęczeć na tym grochu za wyskok. Skopiuję z forum i zabiorę się za to jeszcze raz. A tak ładnie sobie pokolorowałam: poprawione na czerwono, do sprawdzenia,  tu nie mam pomysłu, ale coś trzeba zrobić.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj, ból musi być straszny… Pliki nie powinny wyparowywać bez śladu, ale komputery bywają wredne i podstępne. Może to jakaś zazdrosna SI Ci wykasowała?

Babska logika rządzi!

Mam go! Finklo, dokopałam się:DDD

Zazdrości z reguły nie zakładam, raczej głupotę, swoją własną:(

No mam, zawsze wiedziałam, że gadanie pomaga, kolejne potwierdzenie!:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No to pięknie. I gdzie był plik, jak go nie było?

Babska logika rządzi!

W koszu na śmieci. Pierwsza zasada – sprawdź połączenia. Druga – wszystkie kosze na śmieci w okolicy. Kumpel mi przypomniał, tę drugą, która zazwyczaj nie ma znaczenia, bo elaboratów się nie pisze:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niezła skrytka. ;-)

No, to teraz możesz spokojnie i z nową energią skończyć. I znowu wyrzucić. ;-p

Babska logika rządzi!

Finklo, językowo i stylistycznie jest cudnie. Przyjemnie się czyta. Akcja też niczego sobie. Dużo się dzieje, nie ma nudy, szczegóły swojego świata odkrywasz stopniowo, z umiarem, a i zaskoczyć potrafisz. 

Tylko ta mitologia grecka… Eh, no niespecjalnie ją lubię, a do tego jest już za bardzo wyeksploatowana, by mogła mnie cieszyć.

Ale piąteczkę ode mnie masz, bez dwóch zdań.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dziękuję, Chrościsko. :-)

Fajnie, że cudnie przynajmniej pod niektórymi względami.

Owszem, mitologia wyeksploatowana (bo interesująca, IMO), ale nie kojarzę oprowadzania wycieczek po Styksie tudzież innych zaświatach. ;-)

Babska logika rządzi!

IMHO, mitologia nie wyeksploatowana, raczej nieznana. A kto by się tam cudzymi bogami przejmował;)

 

Edit: Jak widzisz, Finklo, w bojowym nastroju dzisiaj jestem do tego swojego opka. Jeszcze kilka gwiazdek i przystąpię.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, trochę wyeksploatowana jest. Gaiman, Ćwiek, Oldi… Pilipiuk też zaglądał, ale do egipskiej.

Edytka: Przystępuj, nie czekaj na gwiazdkę z nieba. ;-)

Babska logika rządzi!

E, tam. Inaczej. Wszystko idzie po słowach, znakach, a ważne są opowieści, a nie że X , Y czy Z. Znam X-sa, tak? Niekoniecznie. Pytanie co przenosi pomysł autora (tę ulotność)? Pomykam już, ale trochę prokrastynacji też się człowiekowi należy :D, w końcu nie jest SI. HA, a tego to chyba nie zdołają nauczyć? Idę.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, plotka głosi, że kto zdoła odszyfrować Twe słowa, odkryje piękno duszy. Ja wciąż jestem na tym pierwszym etapie.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Przyznam, że zasnęłam, myśląc nad odpowiedzią. :-)

Ale oto jest. Greckomitycznne opowieści są w gruncie rzeczy o ludziach – uważam tych bogów za najbardziej ludzkich ze wszystkich mi znanych.

Ale poznać człowieka się nie da. Na dowód dowcip:

– Tato, a wiesz, żę w niektórych krajach mężczyzna poznaje żonę dopiero w dniu śłubu?

– Synku, u nas jest jest jeszcze gorzej. Ja mamę poznałem długo po ślubie.

 

Babska logika rządzi!

Zacny pomysł, takież wykonanie, a cała historia kunsztownie opowiedziana i tylko nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zbyt wiele tu elementów współczesnych, które w pewien sposób kłóciły mi się z mitologią.

No i nie wykluczam, że z opowiadaniem jest wszystko OK, a tylko ja nie wszystko zrozumiałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Miło, że pomysł i wykonanie w porządku.

Elementy współczesne. Założenie było takie, że czasy mamy z grubsza obecne, ale kraina hades gdzieś tam sobie istnieje, funkcjonuje, zakłada spółki i trzepie kasę na oprowadzaniu wycieczek. I bez przerwy Charon przewozi nowe duszyczki…

Pewnie dałoby się napisać całość w wersji starożytnej. Tyle że bez batyskafu. I bez muzyki – nie kojarzę żadnego starogreckiego utworu muzycznego. Chociaż lirę i parę innych instrumentów wynaleźli, więc coś musieli grać. No i czy wtedy bogowie i herosi musieli zarabiać na turystach? Czyli to byłby całkiem inny tekst.

Babska logika rządzi!

No to dobrze zrozumiałam. A to pomieszanie starożytności ze współczesnością sprawiało, że miałam wrażenie, że czytam spóźnione opowiadanie na Mitologię inaczej. ;)

Z greckiego muzykowania kojarzę chyba tylko Demisa Roussosa i niejaką Eleni, ale choć ten pierwszy nie żyje, a ta druga młódką już nie jest, to i tak nie można powiedzieć, że ich twórczość sięga antyku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nieee, na “Mitologię inaczej” już kiedyś czytałaś. ;-)

O Eleni słyszałam (acz bez szczegółów), Demisa w ogóle nie rozpoznaję. Jestem skłonna się zgodzić, że to raczej nie antyk. ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Jurorko Ninedin. :-)

Piękny rydwan, Kilideusz byłby zachwycony. ;-)

Babska logika rządzi!

Jest jak zwykle po finklowemu. Dużo detali, szczegółowych opisów, każdy niemal drobiazg jest "jakiś" i do "czegoś" się odwołuje. Znów jest na bogato, erudycyjnie, zdania są napakowane informacjami i aluzjami. Jak zwykłe u Ciebie, jest też pomysłowo, fajowo i jak zwykle, nie raz, nie dwa, puszczasz oko do czytelnika.

Tym razem na warsztat wzięłaś mitologię i widać, że sporo czasu poświęciłaś dokładnemu researchowi. Być może rzeczywiście jest tych aluzji, odniesień i nawiązań zbyt wiele jak na taki krótki tekst, przez co czytelnik mniej zorientowany w sprawie może poczuć się przytłoczony. Dla zobrazowania przytoczę cytat z Twojego komentarza pod moim "Clas Myrddyn": "Wydaje mi się, że mnóstwo mi umyka (i tu chętnie powitałabym więcej wyjaśnień) – multum symboli i odniesień. A zostało dużo szczegółów i postaci, które można bez większych strat dla tekstu wywalić […]". Po trochę sprawdza się to i w powyższym tekście.

Oczywiście uważam, że takie smaczki są fajne i dobrze zostawić kilka frykasów dla kogoś bardziej obeznanego w temacie (dobrze wykombinowałaś z tą Ninedin w jury ;).

Opowiadanie czyta się przyjemnie, warsztat masz, jak powszechnie wiadomo, bardzo dobry, pomarudziłbym tylko ciupkę nad brakiem pewnej takiej melodyki, płynności zdań, bo jednak ponad tę melodykę i "gładkość' stawiasz ich informacyjną i opisową funkcję, a wiadomo, że pakujesz tutaj tych detali mnóstwo. Zdania są więc zazwyczaj długie i złożone, słowa obok stoją obok siebie i nie zawsze brzmią w pełnej harmonii. Zwłaszcza w barwnych opisach. Za to, jak zwykle imponuje Twoje słownictwo. Bardzo bogate i urozmaicone.

Największy (ale wciąż w sumie niewielki) zarzut miałbym do prowadzenia akcji, przebiegu fabuły i finału tej historii.

Troszkę nieprecyzyjne są w narracji niektóre momenty akcji i przyspieszenia. Na przykład, gdy Araus pluje dymiącą gumą, potrzeba dłuższej chwili, by zorientować się, co właściwie zaszło. Akcja przyspiesza wtedy gwałtownie i potem mamy dłuższą nawalankę z rozmachem, na pokładzie małego batyskafu. Także do narracji wdziera się jakby malutki chaos.

Zakończenie mnie nieco rozczarowało. Główny bohater zostaje cudownie uratowany i wyrwany z centrum wydarzeń, tym samym staje się postacią bierną, a tymczasem zupełnie niespodziewanie, jak królik z kapelusza, zjawia się Nike i załatwia za wszystkich sprawę. To, że owa Nike w żaden sposób nie była sygnalizowana wcześniej (bo już szef, mimo że nie z imienia, był sygnalizowany), uważam za małe potknięcie i stąd wrażenie rozwiązania w stylu deus ex machina.

Co do samej fabuły: nie tylko nie wyjaśniasz celów i zamiarów "zamachowców", ale porzucasz ich i załatwiasz poza kadrem, co pozbawia tekst "obowiązkowego" i pasjonującego starcia finałowego. Cała końcówka rozgrywa się gdzieś na drugim planie, w czasie gdy postaci obecne "na scenie" stoją i gadają. W sumie wychodzi na to, że centrum opowiadanej historii jest nawalanka w batyskafie. Wcześniej mamy wycieczkę (z kilkoma świetnymi pomysłami scenograficznymi), potem atak, dalej "przymusową ucieczkę" bohatera z miejsca wydarzeń i wyskakującą jak Filip z konopi Nike w finale.

Zabrakło mi jakiegoś mocnego zakończenia, ruchu ze strony protagonisty, mocnego akcentu fabularnego na koniec. Ot, Nike rozwiązała problem i po sprawie. A ja nie wiem w sumie o czym, poza "terrorystycznym" epizodem podczas wycieczki, była ta opowieść. Czy to miał być jedynie tekst błahy i rozrywkowy, pozbawiony jakiegokolwiek przekazu, myśli, czy głębszej idei? Czy jeno o popis erudycji i sprawności pióra tutaj chodziło i opowiadanie zostało napisane, głównie po to, by zaprezentować te pomysłowe lokacje z pierwszej jego części? Jeśli tak, to w porządku, bawiłem się bardzo dobrze, ale niewiele zapamiętam z tej historii.

Dwie uwagi:

 

(no dobrze, wnętrze nie było przestronne, ale żaden batyskaf nie jest) – tutaj nie jestem pewien czy stawiamy obok siebie wnętrze i batyskaf w odniesieniu do przestronności.

 

To skutek wojny na Bliskim Wschodzie; dużo dusz, ciężkich od podłych uczynków. – zamiast tego kiepsko brzmiącego "dużo dusz" dałby np. wiele dusz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Marasie. :-)

Piękny komentarz, tłusty jak woły w zacnej hekatombie.

Tak, jest finklowo – sama pisałam. ;-)

Informacyjnie, powiadasz? Bardzo możliwe. Ja na ogół do tego właśnie używam języka. Nie umiem w emocje i klimaty, ale w przekazywanie informacji – owszem, radzę sobie.

Czas na research. Właściwie nie. Od dawna lubię grecką mitologię, czytałam to i owo. Przed napisaniem zaczęłam czytać “Mythos” Fry’a, ale nie zdążyłam skończyć. Fakt, to stamtąd wzięłam kilka rzeczy – Flegeton wpływający do Styksu, ponurość Hadesa i takie tam… Ale ten tekst wyjątkowo długo mieliłam w głowie, zanim wzięłam się za pisanie (trochę psokoty namieszały). W efekcie udało się wyłowić kilka pomysłów na zasadzie “o, jeszcze to”. Gdzieś mi mignęło, że Styks w naziemnej części jest trujący, a w podziemnej – bosko nietrujący. Zamierzałam to też wykorzystać, ale potem nie potrafiłam wrócić do źródła po szczegóły. :-(

Multum symboli i odniesień. Z odniesieniami się zgodzę (acz multum to raczej przesada, kilka sztuk raptem), z symbolami bym polemizowała. Informacja, pamiętasz? Strzelam konkretami, a nie puszczam jakieś insynuacje. ;-)

Tak, można te odniesienia wywalić. Ale smaczki dla Ninedin…

Melodyka i płynność zdań? Hmmm, ciągle nie mogę przekonać się do czytania na głos własnych tekstów. Ja jestem wzrokowcem! Ale pewnie trzeba będzie.

Guma Arausa i przyspieszenie akcji. I tak jest już bardziej zrozumiale niż było. W pierwotnej wersji niektórzy myśleli, że to Achilles napsocił… ;-) Niby rozumiem zarzut, ale jakoś nie pasują mi rozbudowane wyjaśnienia do sytuacji, kiedy wybucha ci pożar na statku, w którym jesteś zamknięty. No, po prostu nie widzę tego, nie czuję.

Bierny bohater – to prawda. I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

Deus ex machina. I to prawda, ale tym razem mogę się czymś zasłaniać. To grecki koncept (tak sądzę, może i ktoś wcześniej stosował takie rozwiązanie. I nie jedyny, który świadomie wykorzystuję w tekście) i dlatego uważam, że pasuje do mitycznogreckich bohaterów i scenerii. Tak, nic wcześniej nie zapowiada Nike. Ale ostatnie zdanie miało, IMO, wyjaśniać, dlaczego należało oczekiwać, że się wtrąci.

Brak wyjaśnienia celów Arymana, rozegranie finału poza sceną. Racja. Cóż, to jest związane z biernym bohaterem. I słabym. Ktoś wyżej w hierarchii rozpoznałby wroga wcześniej, potrafiłby mu się lepiej przeciwstawić, pomyślał o rodzinie bogini Styks… A tu pionek bez znaczenia. A specjalnie wzięłam pierwszoosobowego, wszechwiedzący mi tu nie grał. Postawiłam na zaskoczenie w końcówce i to się mści.

Czy to miał być jedynie tekst błahy i rozrywkowy, pozbawiony jakiegokolwiek przekazu, myśli, czy głębszej idei?

Tak, to miała być przygodówka z niebanalnym pojazdem i ładnymi dekoracjami.

Wnętrze i batyskaf. Nie rozumiem, na czym polega problem.

“Dużo dusz” poprawię po zakończeniu. Faktycznie, nie brzmi dobrze.

Babska logika rządzi!

Ciebie, Finklo, czyta się zawsze niezmiernie przyjemnie. I tym razem również. Myślę, że nie wniosę wiele nowego moim komentarzem, bo wiele rzeczy powtórzyłabym za Marasem. Zwłaszcza z tym bym się zgodziła, że bardzo ta podróż przyjemna, scenografia zaciekawiająca, smaczki fajne, ale zaciera się gdzieś w tym jakaś główna oś fabuły, nie wiadomo ku czemu i po co ta podróż właściwie.

No i jestem absolutną fanką dj Liry ;)))

Dziękuję, Werweno. :-)

Miło mi, że przyjemnie.

Nowy komentarz cieszy, nawet jeśli nie do końca jest nowy. ;-)

Że nie ma tu głębszego przesłania – nie będę przeczyć.

Od Liry ze specjalną dedykacją dla Werweny: “A Girl Like You”.

Babska logika rządzi!

:D

Oczywiście pomyślałem o tym “deus…” w kontekście tematyki, ale o taki level nasycenia tekstu “starożytnością”, także w kompozycji, mimo wszystko nie podejrzewałem lektury rozrywkowej, umownie nawiązującej do mitologii i uwspółcześnionej na wielu innych płaszczyznach.

 

(no dobrze, wnętrze nie było przestronne, ale żaden batyskaf nie jest) – tutaj nie jestem pewien czy stawiamy obok siebie wnętrze i batyskaf w odniesieniu do przestronności.

Batyskaf nie jest wnętrzem. Wnętrze batyskafu jest wnętrzem. Tutaj logiczniej imo byłoby coś w stylu: no dobrze, wnętrze nie było przestronne, ale wnętrze żadnego batyskafu nie jest.

W tej chwili ta przestronność odnosi się do “wnętrza”, zaprzeczenie w drugiej części zdania dotyczy nieprzestronności batyskafu. To jakoś niegramatycznie brzmi dla mnie. Ale mogę się mylić, to tylko mój intuicyjny czuj.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A ja ładowałam wszystko starożytne, co mi przyszło do głowy. Także jedność akcji i czasu. Z miejscem nie dałam rady, ale stojący pojazd traci na funkcjonalności.

Hmmm. Mój intuicyjny czuj upiera się, że kuchnia może być przestronna, dom też, to dlaczego batyskaf nie? Może precyzyjniej byłoby go zastąpić batysferą, ale i w tej wersji nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Nie rozumiemy się. Oczywiście, że batyskaf może być przestronny. Chodzi mi o coś innego. Gramatykę lub składnię. Gdyby tam było tak jak napisałem wyżej, albo zdanie wyglądało by tak: no dobrze, jego wnętrze nie było przestronne, ale żadengo batyskafu nie jest… Wtedy nie było by tego zgrzytu, który słyszę.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Aha. Podejrzewam, że Twój czuj jest przewrażliwiony, ale możesz mieć rację, więc poprawię po zakończeniu. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Fabuła: Zgrabnie podana historia, przede wszystkim dość zabawna. Początek raczej spokojny, dopiero w końcówce tempo znacząco przyspieszyło, tekst stał się bardziej "dialogowy". Całkiem przyjemna lektura, choć raczej nie zaskakująca pod względem zwrotów akcji.

Oryginalność: Współczesność fajnie wymieszana z mitologią, nie tylko grecką. Ciekawe reinterpretacje znanych postaci, jak również na batyskaf pływający po(d) Styksem. Najbardziej spodobała mi się automatyczna lira puszczająca współczesne piosenki.

Język: Jak zwykle bardzo porządnie i jak zwykle umiejętna zabawa słowem wzbogacająca walor humorystyczny. Mignęło mi parę usterek, np. zgubiony przecinek tutaj: "Czemu Namyra lękał się uduszenia[+,] a nie żaru?"

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję, Jurorze Wickedzie. :-)

Ech, nie miało być zabawnie. No, ale jeśli już rozbawiło, to na zdrowie.

Kolejny zwolennik boskiej liry? Przybij piątkę z Werweną. ;-)

Faktycznie, ten przecinek powinien tam być. Zaraz go dołożę. Teraz już można, no nie?

Babska logika rządzi!

Można, można, teraz macie pozwolenie na robienie wszelkich cudów z tekstami ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Już z niego skorzystałam. :-)

Babska logika rządzi!

Wycieczkę batyskafem po Styksie uważam za w pełni udaną. Lubię Twój ironiczny humor, lubię Twoją erudycję. Oczywiście musiałam prosić o pomoc wujcia Gugla, ale Twoje opko było tego warte. Zakończenie – rewelacja, dwa grzybki w barszczu, parsknęłam śmiechem. :)

Z czepiania się, chętnie zobaczyłabym potyczkę Nike z Persami, jej obrażenia i informacja, co z nimi zrobiła, to było trochę eee… mało. A swoją drogą mam nadzieję, że przeżyła, bo ten podwójny twiks na końcu brzmiał trochę jak ostatnie zdanie przed śmiercią.

A, i jeszcze jedno, w tak małym pomieszczeniu każdy intensywny zapach, nawet przyjemny, w końcu przyprawi wszystkich o ból głowy.

Wybacz, że tak krótko, ale mam taaaakie zaległości. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko. :-)

Miło mi, że wycieczka się udała. Firma Taxidia zaprasza ponownie. ;-)

Fajnie mieć zawsze pod ręką wujcia.

Potyczka Nike z Persami – po prawdzie nie było dużo do oglądania. Nike, zaalarmowana przez matkę, zmaterializowała się przy statku. Zwiększyła ciało, żeby móc objąć batysferę skrzydłem. W ostatniej chwili, bo rzygi Arymana już zaczynały się przedzierać przez kryształ. Zacisnęła zęby, bo okrutnie bolało. Wytężyła wszystkie siły i razem z batyskafem przeskoczyła nad Tartar. Z ulgą puściła piekące cholerstwo. Pomyślała, że dobrze byłoby powiadomić Hadesa i że powinien być na Łąkach Asfodelowych. Resztę już znasz. A Persowie ewakuowali się ze spadającego statku.

Czyli Ty też jesteś przeciwko pachnidłom Arymana? Hmmm, możecie mieć ze Staruchem rację, ale już nie będę zmieniać. Bo wydaje mi się, że te perfumy coś mówią o użytkowniku.

Spoko, bardzo ładny komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

:)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki, Anet. :-)

Uff! ;-)

Ej, co się stało z Twoją sygnaturką?!

Babska logika rządzi!

Ech, poznałam nową literkę i zrobiła się nieaktualna ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Szkoda, taka fajna była. Ale nie będę przecież walczyć z postępem i gasić kaganka oświaty… ;-)

Babska logika rządzi!

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest.

Aż chciałoby się powiedzieć: klasycznie zabawnie. I to w różnorakim rozumieniu ;) Chociaż podróż mitologicznym batyskafem ciągnęła się i, wnioskując po opowieściach przewodnika, nie zobrazowanych pochowanymi stworzeniami (jakie to denerwujące, gdy atrakcja się chowa i nie ma zamiaru dać się zobaczyć), sprawiała wrażenie nieco nudnej, to jednak w rzeczywistości okazała się w pełni satysfakcjonująca. Zwrot akcji pod koniec i boska interwencja idealnie dopełniają historię.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, Jurorko Śniąca. :-)

Środek transportu jest, od niego cała koncepcja się zaczęła.

Zabawnie? Ech, nie miało tak być, raczej celowałam w grecką tragedię (wszak bohater nie ma żadnej dobrej opcji do wyboru), chociaż z happy endem (no, lubię). Humor wlazł, nie pytając o zgodę.

Cerber zazwyczaj się pokazuje (przyznam, że są umówieni z Kilideuszem na konkretną godzinę), ale tym razem pilot był przed czasem.

Fajnie, że usatysfakcjonowało i dopełniło.

Babska logika rządzi!

Ale ciekawe? Dla mnie nie było zabawne, owszem niektóre powiedzenia tak, ale całość  zupełnie nie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O! I mnie się taki odbiór podoba. Acz nie jest jedynie słuszny. ;-)

Babska logika rządzi!

Humor wlazł, nie pytając o zgodę.

Nie wiem, jak się dogadujecie, ale najwyraźniej humor ma u Ciebie duże luzy i łazi gdzie chce i jak chce. I Chyba mu z Tobą dobrze, bo wyłazi naturalnie często :D I dobrze. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmmm, coś w tym jest. To już chyba nie współpraca, a symbioza. ;-)

Babska logika rządzi!

Wracam z komentarzem jurorskim.

 

Urocze. Ogromnie przyjemnie się czytało ten tekst, pomysłowy i zabawny, inteligentnie pogrywający szeroką skalą mitologicznych i językowych skojarzeń. Kompetentnie poprowadzona narracja z punktu widzenia – z wyraźnie gawędziarską, opowieściową pierwszą częścią tekstu. Później rzecz nabiera dynamiczności i tempa. Postacie oczywiście lekko przerysowane, jak to w komedii, ale wiarygodne w swojej komediowości. Zdecydowanie na plus.

Dziękuję, Jurorko Ninedin. :-)

No, miałam nadzieję, że docenisz.

Ech, i teraz nie wiem, czy się przyznawać, że komediowość wcale nie była zamierzona? ;-)

Powiadasz, że postaci przerysowane? Hmmm. Może i tak, ale dlaczego tak uważasz? Znaczy, co im powinnam zabrać, żeby stworzyć nieprzejaskrawione?

Miło mi, że przyjemnie się czytało.

Babska logika rządzi!

Dobra, może się niejasno wyraziłam. Nie tyle przerysowane, co mocno archetypowe, pozostające w swoim etosie. Co jest zaletą, nie wadą, w moich oczach.

I trochę nie całkiem wierzę w tę niezamierzoną komediowość, sposób narracji w I części i stosunek narratora do podróżników jest przecież mocno zabawny :)

Naprawdę, nie planowałam humoreski. Chyba mam ironiczno-pogodne spojrzenie na świat i jakoś zawsze przekazuję je protagonistom. To chyba jednak źle. Nawet jeśli z zewnątrz wygląda zabawnie.

Ale przynajmniej mój świat jest sympatyczny. :-)

Babska logika rządzi!

Kurcze, nie jest źle! Dystans jest dobry, przynajmniej ja tak myślę. Śmiech i płacz/rozpacz idą dla mnie w parze. Wszystkie dramaty Szekspira są tak zbudowane, a i nasze ludzkie bytowanie się z tego składa.

Może się mylę? Nie wiem.

Ups, znowu się wtrąciłam, odłączyć mi ten net, to przestanę.

Ale, czekaj, jeśli komentarze się powtarzają to być może niedostateczne zróżnicowanie, czyli “huśtawka”. Idąc za tą myślą dalej – może chodzi tu o wejście w bohatera i jego cechy/osobowość?

No dobrze, przestaję kombinować.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak, komentarze się powtarzają. Co gorsza – pod różnymi tekstami. Ja piszę coś, co wydaje mi się poważne (ewentualnie z kilkoma zabawnymi odzywkami w dialogach), a ludzie reagują “Ale śmieszne!”. Co mam wrażenie, że tym razem już się udało, napisałam poważny tekst – wpada jakiś rozchichotany czytelnik.

Bo wykorzystanie lodówki w cyberpunku to musi być żart, bo przygłupi bohater porywa się z motyką na słońce, bo happy end oznacza, że było wesoło (a ja jakoś lubię HE)…

Niekiedy podejrzewam, że mój nick jest śmieszny…

No właśnie – piszę o problemie, którego nie potrafię przeskoczyć, i sama zaczynam dowcipkować. To silniejsze ode mnie. Taki stosunek do życia. Ulubiona_emotka_Baila.

Edytka: Chyba pod tym względem stanowię przeciwieństwo Katii, która często próbuje napisać nieponury tekst.

Babska logika rządzi!

Nie desperuj, Finklo :)

Tak Ci wychodzi, a że wychodzi fajnie, to po co to na siłę zmieniać?

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Jeszcze raz się zalogowałam, kiedy przeczytałam Twoją odpowiedź. Siedzę przy kompie i piszę coś tam o Uczennicy, Karle i Aktorce, bo chyba muszę-obiecałam, no nie – chcę to zrobić i mam dzisiaj jeszcze czas.

Kurcze!, ja tego opka tak nie odebrałam, może dziwna jestem. A nick jest cholernie poważny, sick! Znalazłam jednego Finkela – poważny encyklopedysta. Łał!

Tak, z opkami Katii mam podobny kłopot, tylko “na abarot”. Też, jeśli zdają mi się optymistyczne, ponoć nimi nie są. To odbiór. Chyba grupa nie dość reprezentatywna. Aczkolwiek, być może chodzi tu o drobiazg w narracji, strukturze. U Ciebie i u niej pewnie inny. Twoich opowiadań znam mniej, spróbuję poczytać i pokombinować, bo cholernie intryguje mnie ten odbiór.

Powtórzę, dla mnie nie opowiadasz dowcipów, a to opowiadanie takim nie było, choć  myśli bohatera  i postaci drugoplanowych były szybkie, błyskotliwe, lecz dobrze rekapitulowały sytuację. Archetypowe – ok, ale one są poważne, takie śmieszno-smutne. Czasami przejmowały mnie dreszczem.

Nie wiem. Może chodzi o dystans narratora i zbicie mitów z teraźniejszością. Bardzo ciekawe, jakimi drogami to chodzi. Muszę poczytać Twoje opki  i pomyśleć.

 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Staruchu, daleka jestem od desperacji, możesz mi wierzyć. Ale chciałabym w razie potrzeby potrafić wyciągnąć z rękawa poważną kartę. A tu same jokery z uśmiechami od ucha do ucha…

 

Asylum, nie zawalaj terminów przez mój tekst. Pisz, co masz pisać. Ja tak tylko sobie marudzę.

No, Ty jako jedna z nielicznych odebrałaś ten tekst tak, jak ja go napisałam.

Do czytania moich opowiadań oczywiście zachęcam, ale nic na siłę. :-)

Babska logika rządzi!

Nic nie będzie na siłę!:DDD Jak pisze Reg – czytam, bo chcę (strawestowałam), a ludzie są dla mnie zawsze ważniejsi od terminów, bo te zawsze są ustalane na bakier z czasem. Marudzenie rozumiem, ponieważ non stop to robię. Gen? :XD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Uff! :-)

Ludź czyli ja może spokojnie poczekać. Niektóre moje teksty wiszą tu już od lat, nie ma pośpiechu.

Gen marudzenia to chyba jakaś polska mutacja. ;-)

Babska logika rządzi!

W sumie nie miałam na myśli, że napisałaś humoreskę – raczej, że w narracji, zwłaszcza na początku, dominuje ton lekko humorystyczny, ze względu na osobowość narratora i jego stosunek do świata. Może się niejasno wyraziłam, nie chciałam namieszać :(

Przyjemnie podana mitologia w ciekawy, nowoczesny sposób i ta nutka humoru, która wiele razy pojawia się w Twoich tekstach. Przeczytałam z przyjemnością. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ninedin, aha, jeśli tylko na początku, to pół biedy. Wtedy jeszcze narrator mógł być wesoły jak szczygiełek.

 

Morgiano, dziękuję za wizytę. :-)

Cieszę się, że czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Chciałem się odnieść do tego niezamierzonego humoru w Twoim opowiadaniu, ale wpadła Ninedin i odwaliła całą robotę. 

w narracji, zwłaszcza na początku, dominuje ton lekko humorystyczny, ze względu na osobowość narratora i jego stosunek do świata

Podpisuję się pod tym obiema rękami. Dokładnie to samo chciałem napisać. Choć pewnie zrobiłbym to w dziesięciu zdaniach, nie mogąc znaleźć właściwych słów. :)

Dobra, skoro już wpadłem, to dodam coś od siebie.

Wiesz, moim zdaniem, ten niezamierzony humor w Twoich opowiadaniach bierze się z takiej dość naturalnej zdolności do operowania ironią, która jest już, jak się wydaje, integralnym elementem Twojego warsztatu. Nie silisz się na żarty czy śmieszność, ale jednocześnie używasz takich zabiegów czy nawet słów, które wspomnianą humorystyczność sugerują. Choćby pierwsze z brzegu określenie: gówniarz! Ani to śmieszne, ani zabawne, ale użyte z tak naturalną ironią, że przywołuje skojarzenia raczej humorystyczne. Dalej:

A wszystko to zwieńczone miną człowieka, który zjeździł świat wzdłuż i wszerz, nie znajdując w nim nic bardziej interesującego od gumy, którą zapamiętale żuł.

Ironiczne porównanie. Można było to podsumować krótkim: zwieńczone obojętną miną. Ale ty używasz kąśliwej uwagi. W ślad za tym wyobraźnia podpowiada obraz bohatera ironicznego, lekko złośliwego, takiego, który chcąc komuś dopiec, raczej użyje jakiejś zabawnej metafory, niż tradycyjnego słowa na “ch”. A ironiczny i złośliwy bohater zazwyczaj potrafi podrzucić coś śmiesznego. :)

Zwróć uwagę, że sama treść w tym przypadku nie jest aż tak istotna. Chodzi raczej o sposób jej wykorzystania. Moment w jakim się pojawia. Kontekst. Pisząc, możesz tego nie widzieć. Bo to drobiazg. Niepozorny. Ale właśnie takie drobiazgi składają się później na (nieraz niezamierzoną) zabawność opowiadania. Nie wiem, czy dobrze się wyraziłem, więc podam to na przykładzie.

Otworzył okno. Natychmiast poczuł na sobie delikatny powiew wiatru. Było słonecznie,

choć niezbyt ciepło. Jego oczy przyzwyczajały się z wolna do światła dziennego. Ciszę drażnił

nieznośnie piskliwy śpiew jakiegoś żółtego ptaka. Też sobie wybrał porę do koncertu.

Kretyn.

 

W tym fragmencie nie ma właściwie nic śmiesznego. Zwykły opis. A jednak takie ironiczne określenie ptaka kretynem wskazuje na pewną żartobliwość. A to z kolei na lekkość i być może humorystyczność tekstu. U Ciebie, jak sądzę, jest tak samo. Używasz słów, zdań, dla Ciebie neutralnych, bo jesteś do swojej ironii przyzwyczajona, ale czytelnik ją dostrzeże. A może lepiej napisać: wyczuje. I dlatego uzna tekst za humorystyczny. :)

Średnio rozgarnięty ten mój “wykład”, ale to i tak najmądrzejsze zdania jakie napisałem tu od tygodnia. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM. Interesujące wyjaśnienia.

Czyli clou jest takie, że to moja osobowość i ironia wyłażą, bo sama tak się z nimi zżyłam, że nie dostrzegam. Może tak być.

Trudno mi nadać bohaterowi inną optykę niż moja własna. To się daje osiągnąć?

Gówniarz. Jej, to naprawdę jest ironiczne? Jak inaczej określić młodego człowieka, do którego czuje się antypatię? Bo gnojek pewnie zabrzmi identycznie. Pętak?

Mina. Chciałam pokazać, że młody pozuje na zblazowanego nastolatka, a jednocześnie wspomnieć o gumie, która później okaże się mieć znaczenie. I tak wyszło.

Słowo na ch. A wiesz, że w realu też (nawet w myślach) nie używam takich słów na określenie konkretnych ludzi (co innego cytaty i dowcipy)? Do tego wydaje mi się, że metafora czy przekleństwo dobrane do człowieka i sytuacji zabrzmi bardziej obraźliwie niż jakaś gotowa obelga. Spersonalizowane lepiej leży i trwalej się przyczepia. ;-)

No właśnie tego nie widzę (jak i nie słyszę muzyki sfer niebieskich), a potem się dziwię, że znowu ludzi rozbawiłam.

Przykład ze śpiewającym ptakiem. Nie wiem, czy to coś znaczy, ale mnie nie rozbawiło. Raczej odniosłam wrażenie, że ptaszę bohatera wkurzyło. Może był skacowany?

Wykład bardzo interesujący, nie bądź dla siebie aż tak krytyczny. :-)

Babska logika rządzi!

Czyli clou jest takie, że to moja osobowość i ironia wyłażą, bo sama tak się z nimi zżyłam, że nie dostrzegam.

Dokładnie do tego zmierzałem. Tylko jakąś wyjątkowo okrężną drogą. :-)

Trudno mi nadać bohaterowi inną optykę niż moja własna. To się daje osiągnąć?

Nie wiem. Ale to jest jedna z rzeczy, która najbardziej przyciągała mnie do pisania. To znaczy próba takiego pobudzenia wyobraźni, żeby przez chwilę pobyć właśnie tym bohaterem (z całą jego osobowością) i postrzegać wszystko dokładnie jego spojrzeniem, z uwzględnieniem cech, jakie posiada. Chociaż, koniec końców, nawet przy takim pobudzaniu wyobraźni ten pełny efekt, z przejęciem pełnej jego optyki chyba nie jest możliwy.

Gówniarz. Jej, to naprawdę jest ironiczne?

Samo w sobie: nie. Ale w kontekście tej konkretnej historii i przede wszystkim samego bohatera, tak mi już wybrzmiewało. :)

Nie pytaj, dlaczego. :-)

Mina. Chciałam pokazać, że młody pozuje na zblazowanego nastolatka, a jednocześnie wspomnieć o gumie, która później okaże się mieć znaczenie. I tak wyszło.

Chciałaś pokazać i dokładnie to zrobiłaś. To zdanie bardzo mi się podobało. I wolę właśnie taki plastyczny opis niż suche stwierdzenie. Tyle że ten plastyczny opis, będąc fajną, umiejętną zabawą słowem, jednocześnie “waniaje” mi trochę zgryźliwością i ironiią, charakterystycznymi często dla… humoru. :-)

Do tego wydaje mi się, że metafora czy przekleństwo dobrane do człowieka i sytuacji zabrzmi bardziej obraźliwie niż jakaś gotowa obelga. Spersonalizowane lepiej leży i trwalej się przyczepia. ;-)

A przy okazji rozbawia przypadkowych słuchaczy. XD

No właśnie tego nie widzę (jak i nie słyszę muzyki sfer niebieskich), a potem się dziwię, że znowu ludzi rozbawiłam.

Spójrz na to z innej strony. Masz doskonałą łatwość wynajdowania humoru niezależnie od tematu opowiadania. :-)

Aż chciałbym przeczytać jakiś Twój opis ceremonii pogrzebowej. :-)

Przykład ze śpiewającym ptakiem. Nie wiem, czy to coś znaczy, ale mnie nie rozbawiło.

Nie? A widzisz… No to patrz i ucz się! Można pisać bez humoru?! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wczuwanie się w bohatera. Hmmm, ciekawe, jak głęboko da się zanurzyć.

Ja na razie mam jak w tym dowcipie:

 

Żona do męża:

– No, jak ja ci mam wierzyć? Setki razy obiecywałeś, że staniesz się innym człowiekiem, ale nic się nie zmieniło! Ciągle pijesz!

– Stałem się innym człowiekiem. Tylko on też pije.

 

Pokazywanie gumy i miny. No, to przynajmniej jakiś cel osiągnęłam… Ze skutkami ubocznymi chyba muszę się pogodzić.

Personalizowane przekleństwa. Kiedy Ciri nazwała obmacującego ją kapłana “grobem pobielanym” – czy to było zabawne?

Spójrz na to z innej strony. Masz doskonałą łatwość wynajdowania humoru niezależnie od tematu opowiadania. :-)

Tieoreticznie tak. Ale tę niszę zajął już Pratchett, a nawet wypełnił dziesiątkami książek. Wszystko w tym stylu będzie wyglądało na słabą kopię.

Ceremonia pogrzebowa. Jak się trafi okazja, to opiszę. Zapewne wyjdzie tak, że ludzie będą się tarzać ze śmiechu. W tej świeżo wykopanej ziemi, doprawionej szczyptą jadu trupiego… ;-)

Ale już mamy jakiś plan – jeśli będę potrzebowała poważnego tekstu, skopiuję Twój opis ptaka. Tyle razy, na ile limit pozwoli. ;-)

Babska logika rządzi!

Już na początku spodobało mi się wyraziste wykreowanie postaci ojca i syna. Faktycznie bohater opisuje ich w taki sposób, że można poczuć do nich niechęć, jak turystów, którzy bezrefleksyjnie przyglądają się temu, co widzą i właściwie nie wiadomo po co uczestniczą w wycieczce. Resztę tekstu kradną mitologiczne smaczki, które zgrabnie się ze sobą splatają. Podoba mi się również zaskakująca wizja bogów-sabotażystów których utarczki nabierają większego rozmachu. 

Wczuwanie się w bohatera. Hmmm, ciekawe, jak głęboko da się zanurzyć.

Nie wiem, ale coś tak czuję, że to właśnie dzięki takim pomysłom wymyślono kaftan bezpieczeństwa. ;-)

Ja na razie mam jak w tym dowcipie

No to jest nas dwoje. XD

Personalizowane przekleństwa. Kiedy Ciri nazwała obmacującego ją kapłana “grobem pobielanym” – czy to było zabawne?

Wiesz, jak nie będę nawet ukrywał, że o tym, kim jest Ciri, dowiedziałem się wczoraj. I to tylko dlatego, że o niej wspomniałaś. :-)

Cóż, zabawne to może nie było. Na szczęście jednak mam po swojej stronie koronny argument: nie pisała tego Finkla. ;-)

Tieoreticznie tak. Ale tę niszę zajął już Pratchett, a nawet wypełnił dziesiątkami książek. Wszystko w tym stylu będzie wyglądało na słabą kopię.

Ja Ci dam słabą kopię! Czekaj ty! Idę po Quetzalcoatla! :-)

Ceremonia pogrzebowa. Jak się trafi okazja, to opiszę. Zapewne wyjdzie tak, że ludzie będą się tarzać ze śmiechu. W tej świeżo wykopanej ziemi, doprawionej szczyptą jadu trupiego… ;-)

Będziesz jedyną osobą, która tagi “dramat” i “humor” może wstawiać obok siebie. :)

Ale już mamy jakiś plan – jeśli będę potrzebowała poważnego tekstu, skopiuję Twój opis ptaka. Tyle razy, na ile limit pozwoli. ;-)

Jeśli jury będzie punktowało konsekwencję, wygraną z takim tekstem masz w kieszeni. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję, Fladrifie. ;-)

Fajnie, że zaraziłam Cię instynktowną niechęcią narratora.

Boskie utarczki mają tendencje do nabierania rozmachu. Upadek Troi zaczął się od rodzinnej kłótni na Olimpie. A może od jabłka dla najpiękniejszej… ;-)

 

CM, ciekawe, w kogo się trzeba zanurzać, żeby natrafić na kaftan… ;-)

Ciri. Hmmm. Nie przychodzą mi do głowy inne spersonalizowane bluzgi, które powinny być powszechnie znane wśród fantastów. A tę scenę z Ciri jakoś zapamiętałam.

Ja Ci dam słabą kopię! Czekaj ty! Idę po Quetzalcoatla! :-)

Ale co się Kolega tak żołądkuje? Ja o własnej twórczości pisałam. Miałam jeden tekst o Pierzastym Wężu. Już nie pamiętam, czy również był postrzegany jako śmieszny… Ale mój tekst był wcześniejszy, jeszcze nie wiadomo, po której stronie pan Q. stanie. ;-p

Ostatnio wysyp konkursów na portalu. Może znajdzie się takie konsekwentnie poważne jury. ;-)

Babska logika rządzi!

O, to, to! Jeszcze nie wiadomo, po której stronie wielki Q. stanie, a i Ciapka nie byłaby za pewna xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie no, Ciapek raczej powinien opowiedzieć się po stronie stwórcy. Ale mój Quetzalcoatl z pewnością rozpyka tego CM-owego. ;-)

Babska logika rządzi!

:DDD

Matko, dwóch Q, sprawa gatunkowo ciężka. Solidny kawał pola trzeba byłoby przygotować, grunt porządnie ubić, aby się nie zapadł. Nie chcielibyśmy żadnego stracić. 

Już wyobraziłam sobie dwie scenki: pierwszą a la Harrison Ford z pukawką, a drugą karcianą partyjkę – roberek.

 

Edit: Po krótkim namyśle, motywacji Ciapka nie znamy, krnąbrny jest, mógłby “wywinąć” swemu stwórcy jakiś numer:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Właściwie to kolejny ciekawy problem: czy bogów można klonować? ;-)

Klasyczny pan Q. to ani pukawek, ani kart chyba nie używał. Ale jakąś broń na pewno miał.

Babska logika rządzi!

Ale jakaś fanastyka musi być, żeby się brzytwie pana L. oparła XD

 A to ciekawe, jaką bronią dysponował? Strachem poddanych? Król wyobrażeń, ich prządka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nic mi nie wiadomo o specyficznej broni. Pewnie miał jakiś obsydianowy miecz albo maczugę…

Ale Wiki twierdzi, że Q. miał bliźniaka – Xolotla. ;-)

Babska logika rządzi!

Mamma mia, Finklo i Cmie! Q. był wyjściowo dobrym bogiem, bogiem białej magii, sprzeciwiał się w pierwotnym micie ofiarom z ludzi i to kapłani wypaczyli jego kult. 

Po przewertowaniu tej wiki już nie wiem jak się ten brat bliźniak nazywał. Na początku piszą, że Xolotl, w środku – Tezacatlipoc i że razem pokonali ziemskiego potwora tworząc niebo i ziemię, a jeszcze dalej wspominają o walce z bratem.

 

Bliźnięta, ciekawe… :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zdaje się, że angielska Wiki pisze wyraźniej. A w ogóle to tych Tezacatlipoców ponoć było czterech – każdy miał swój kolor i kierunek, którym się opiekował. Q. był jednym z nich – biały i ze wschodu.

Boskie drzewa genealogiczne powodują siwiznę, skręt kiszek i zgrzytanie zębów. ;-)

Babska logika rządzi!

O, tak, już przy tych nordyckich doświadczyłam podobnych sensacji Zostawię sobie na razie Mezoamerykę i poczekam na opowiadania o nich. Może ich Autorzy co nieco wyjaśnią;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak by Ci to powiedzieć… Nie ucz się historii ani mitologii z moich tekstów, zwłaszcza Q. potraktowałam dość swobodnie. CM niech się sam o swoich wypowiada. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie, o greckich sporo się dowiedziałam i ciągle dowiaduję, a jakie pyszne słówka, np. te “asfodelowe łąki”, bagniste i ciche, z rzadka porośnięte – chyba – topolami.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

OK, tutaj jeszcze stosunkowo niewiele łgałam – oprócz wycieczek po Styksie, wszystko się zgadza. ;-)

Babska logika rządzi!

Pozwolić Cm-owi na trochę offtopu, zaraz się robi dyskusja o Quetzalcoatlu. XD

CM, ciekawe, w kogo się trzeba zanurzać, żeby natrafić na kaftan… ;-)

Mam szczerą nadzieję nigdy się tego nie dowiedzieć. :-)

I nie, nie próbowałem tego przy Quetzalcoatlu. XD

Ale mój tekst był wcześniejszy, jeszcze nie wiadomo, po której stronie pan Q. stanie. ;-p

Oczywiście, że po mojej! ;-)

Ty, po napisaniu tekstu bezczelnie go porzuciłaś, a ja bezustannie dzielnie sławię jego imię. :-)

Ciapka nie byłaby za pewna xd

Ciapek na pewno stanie po stronie Stwórcy.

Po pierwsze dlatego, że Finklowie po zignorowaniu jego marzeń o quadzie mają u niego przegwizdane.

A po drugie dlatego, że CM już prawie go wcisnął do legend portalowych. :)

Ale mój Quetzalcoatl z pewnością rozpyka tego CM-owego. ;-)

Wiarę, że mój żwawy inaczej bóg zawlecze swoje leniwe cielsko na pole bitwy uważam co najmniej za przesadny optymizm. :-)

Inna rzecz, że ja bym go tak do końca nie skreślał. Na pewno ma jeden poważny atut w postaci nieprzewidywalności. Nigdy nie wiesz, co wymyśli. Głównie dlatego, że on… w ogóle nie myśli. XD

Pewnie miał jakiś obsydianowy miecz albo maczugę…

Quetzalcoatl, niezwyciężony, potężny bóg… z maczugą. XD

Jak jakiś jaskiniowiec. :)

Mamma mia, Finklo i Cmie! Q. był wyjściowo dobrym bogiem, bogiem białej magii, sprzeciwiał się w pierwotnym micie ofiarom z ludzi i to kapłani wypaczyli jego kult. 

Wiem. Co prawda, przyłożyłem się do researchu jak Quetzalcoatl do powrotu, ale to jeszcze sprawdziłem. Nawet miałem o tym jakąś wzmiankę w opowiadaniu, ale potem ją usunąłem. Nie pamiętam, dlaczego.

Nie ucz się historii ani mitologii z moich tekstów, zwłaszcza Q. potraktowałam dość swobodnie. CM niech się sam o swoich wypowiada. ;-)

Z moich też bym nie polecał. :)

Chociaż ja oddam tutaj głos niezależnemu ekspertowi.

Fragment komentarza Nevaza pod CNQ:

Momentami ocierałeś się o bandę, robiąc z Azteków debili

Uwielbiam ten komentarz. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Kaftan. Hmmm, tak osobiście to też bym wolała nie sprawdzać, ale może ktoś zna pisarza, którego w to ubranko przywdziano? Potem wystarczy się przyjrzeć jego bohaterom.

Oczywiście, że po mojej! ;-)

Ty, po napisaniu tekstu bezczelnie go porzuciłaś, a ja bezustannie dzielnie sławię jego imię. :-)

Ale ty z pana Q. zrobiłeś kretyna. Ja tylko… cosik beztroskiego boga.

Ciapek – też tak uważam.

Aha. Czyli CM-owy Q. odda walkowerem. Też dobrze. ;-)

Maczuga. No, a jakiej broni używali Aztekowie? Ja już szczegółów nie pamiętam, ale tak mi się wydaje.

 

Babska logika rządzi!

Ale ty z pana Q. zrobiłeś kretyna.

Nie kretyna, tylko specjalistę do spraw oszczędnego gospodarowania rozumem. ;-)

Po za tym, nieważne jak mówią. Ważne żeby mówili. :)

Aha. Czyli CM-owy Q. odda walkowerem. Też dobrze. ;-)

Nigdy w życiu! CM-owy Quetzalcoatl odniesie moralne zwycięstwo, nie propagując rozwiązań krwawych i siłowych. :-)

W każdym razie taka wersja zostanie przyjęta za oficjalną.

Maczuga. No, a jakiej broni używali Aztekowie?

Na wiedzę i pamięć Cm-a w tej sprawie też bym szczególnie nie liczył. 

Pamięć to nie jest moja mocna strona. A wiedza…

Pamiętasz może jeszcze przydługą rymowankę (relację z bitwy) w CNQ? Wierzysz, że porwałbym się na coś takiego, gdybym wcześniej sprawdził, ile oni się tam tłukli? XD

To by chyba wyjaśniało, jak wyglądał research i jaką wiedzę na temat Azteków posiada CM. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Jak zwał, tak zwał. Ja bym się czuła pochlebiona takim wizerunkiem. ;-)

OK, na moralne zwycięstwo Twojego Pierzastego mogę się zgodzić. Byle to prawdziwe było moje! ;-)

Eeee, jakie CNQ? No i czyja pamięć jest bardziej dziurawa?! ;-)

A ja coś tam o Aztekach czytałam. Ale to dawno było… Wychodzi na to samo.

Babska logika rządzi!

OK, na moralne zwycięstwo Twojego Pierzastego mogę się zgodzić. Byle to prawdziwe było moje! ;-)

Prawdziwe jest to, co na papierze. A tam jak byk będzie stało, że zwycięstwo odniósł CM-owy Quetzalcoatl, który wzniósł się ponad prymitywną walką i rozwiązania siłowe. :-)

Ewentualnie, że zwycięstwo odniósł Quetzalcoatl, a obie strony będą zgodnie twierdziły, że chodzi o ich Quetzalcoatla. :)

Eeee, jakie CNQ?

“Czekając na Quetzalcoatla”

Nie chciało mi się pisać całego tytułu, bo długi. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Uch, w poprzednim komentarzu zabrakło “nie” w drugim zdaniu. :-(

To, co na papierze, powiadasz? A kto trzyma drukarnie, jeśli nie prawdziwi zwycięzcy? ;-)

Aaaa, to CNQ. Rymowanki nie pamiętam, tylko zarys fabuły.

Edytka: W sumie, to polubowne rozwiązanie nie wygląda tak źle.

Babska logika rządzi!

Uch, w poprzednim komentarzu zabrakło “nie” w drugim zdaniu. :-(

Tak właśnie czułem, że czegoś tam brakowało, ale ponieważ wydźwięk tego niepełnego zdania ewidentnie był dla mnie korzystny, ani myślałem reklamować. :-)

To, co na papierze, powiadasz? A kto trzyma drukarnie, jeśli nie prawdziwi zwycięzcy? ;-)

Ech… Ewidentnie kończą mi się argumenty… :)

Edytka: W sumie, to polubowne rozwiązanie nie wygląda tak źle.

I całe szczęście, bo już się bałem, że wzorem Irki, Ty z kolei zaczniesz mnie straszyć pojedynkiem na Quetzalcoatle. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nieee, jestem pacyfistką. Kto to słyszał, żeby szczuć węże na siebie… ;-)

Babska logika rządzi!

Mądra Twa głowa! ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No, z samych książek się składa, nie może być głupia. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej! 

No powiem Ci, że tekst działa na wyobraźnię. Ładne opisy i świetnie napisane, przez co czytało się gładko i szybko. 

Głowa mała, jak Ty upchnęłaś te wszystkie postaci do jednego, niezbyt takiego długiego opowiadania. 

 

“To nie jest słodki szczeniaczek, a jego pyski, dodatkowo zniekształcone wodą Styksu, wyglądają okropnie. Polecam ten widok szczególnie zwolennikom horrorów.” → ooo, to by mi się ten widok podobał ;p

Co prawda dziś fanem mitologii nie jestem, ale jeszcze z dziesięć lat temu, byłem, czytając te rysunkowe książeczki o herosach. Dziś moje zainteresowanie mitologią, kończy się na grze God of War ;D 

No nic… na koniec dodam, że podpisuję się pod resztą pozytywnych komentarzy. 

Pozdrawiam!

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dziękuję, NearDeath. :-)

Miło mi, że rozbujałam wyobraźnię. Od tego jest literatura, nie?

Oj tam, oj tam. Najważniejszych bohaterów jest trzech. W finale pojawia się jeszcze troje. Reszta to tylko dekoracje.

Mordy Cerbera. Wiesz, dobry przewodnik najzwyklejszy patyk przedstawi jako drąg, na którym kiedyś było cudo. “Pysk wygląda okropnie? Ludzie popuszczają ze strachu? Hej, przecież po to wybraliście się na wycieczkę! Niezapomniane wrażenia!”. ;-)

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Kapuściany. :-)

Czyli wracamy do statystyki – coś powyżej średniej, coś poniżej. ;-)

Babska logika rządzi!

 harmonijnie skomponowanych, ze sporą dozą słodyczy, ale i drapieżną nutką, która zdawała się do niego dziwnie pasować

I ten prawdziwy, hemingwayowski męczyzna się na tym zna? ;) A bardziej serio: czy to pasowanie jest dziwne, czy wrażenie pasowania?

 kopię o wiele gorszej jakości, zwulgaryzowaną

W sumie nie ma tu błędu, ale jednak się potknęłam na tej "o wiele gorszej". I "zwulgaryzowana" kopia?

fachowca, który mógł pobierać nauki u samej Arachne

Arachne była tkaczką.

 zwieńczone miną

Czy mina wieńczy? (Czy Tarnina się czepia? XD)

 Mammon zapuszczał

Na pewno nie "zapuszcza"?

 Jak on śmiał porównać mojego ukochanego Orfeusza III

Ciutkę kawa na ławę.

 Plecy młodzieńca wręcz emanowały niechęcią

A to – dziwnie purpurowe, jak na Ciebie.

 Poczułem się, jakby trzasnął mnie

"Jakby mnie trzasnął" brzmiałoby lepiej.

 czarnym hebanem inkrustowanym brązem. (…) kolorystyka przywodziła na myśl malunki na ceramice

Ach, Grecja… :)

 zaczęła grać „Marsz imperialny”, zachęcając do spotkania z przygodą

… eee… aha…

 Posłałem snop słabego światła

Chyba jednak trzeba go posłać dokądś.

 przyspieszyłem aż do kolejnego interesującego punktu.

Przyspiesza się do punktu? Hmm?

 pyski, dodatkowo zniekształcone wodą Styksu

To brzmi tak, jakby woda zniekształcała pyski, a zniekształca tylko ich obraz (nie?).

 Who Let the Dogs out?

W angielskich tytułach wszystko dużymi literami poza "the", "a", "an" i "of".

 gwóźdź programu, który powodował horrendalny wzrost ceny dla wersji

Hmm.

 wstrzymać oddech dłużej niż delfin

Niż potrafi delfin.

 Gówniarz ustał, ale chyba go oszołomiłem

Jak to się wyklucza?

dryfujemy ani jak długo leżałem

Tu dałabym przecinek: dryfujemy, ani jak długo leżałem.

 padła bez czucia na ziemię niczym posłaniec

Tu też: padła bez czucia na ziemię, niczym posłaniec.

 

Fajne. Zdecydowanie fajne, choć nie powalające – sensem całej historyjki jest przecież wic na końcu, nie? Ale spodobał mi się hemingwayowski narrator w mitologicznym świecie. Sama droga już mniej, ale też nie jestem fanką wycieczek z przewodnikiem. Z trzeciej strony, w końcu to jego zawód decyduje o hemingwayowstwie…

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dziękuję, Tarnino. :-)

I ten prawdziwy, hemingwayowski męczyzna się na tym zna? ;) A bardziej serio: czy to pasowanie jest dziwne, czy wrażenie pasowania?

To nie mężczyzna hemingwayowski, tylko homerowski. ;-p. I żyje tak długo, że może się znać na bardzo dziwnych rzeczach.

Drapieżność pasuje do zniewieściałego mężczyzny i narratora ten fakt dziwi.

W sumie nie ma tu błędu, ale jednak się potknęłam na tej "o wiele gorszej". I “zwulgaryzowana" kopia?

Ale dlaczego się potknęłaś? Tak, zwulgaryzowana. W sensie, że pospolita, krzykliwa.

Arachne była tkaczką.

Prawda, ale nikogo z tej bandy związanego stricte z krawiectwem nie kojarzę.

Czy mina wieńczy? (Czy Tarnina się czepia? XD)

Dwa razy tak. Głowa wraz z miną jest na górze ciała, więc może stanowić zwieńczenie.

Na pewno nie "zapuszcza"?

Hmmm. Bardziej mi tu pasuje czas przeszły – Mammon już od dłuższego czasu zapuszczał i takie mamy skutki…

 Jak on śmiał porównać mojego ukochanego Orfeusza III

Ciutkę kawa na ławę.

No, ale jakoś muszę w końcu Czytelnikom pokazać, co łączy bohatera z pojazdem. I że to nie jest taki stosunek jak kierowcy z autobusem.

 Plecy młodzieńca wręcz emanowały niechęcią

A to – dziwnie purpurowe, jak na Ciebie.

Ale dlaczego od razu purpurowe? Facet widzi plecy, to plecy opisuje.

"Jakby mnie trzasnął" brzmiałoby lepiej.

Ale mnie lepiej brzmi “trzasnął mnie w twarz” niż “mnie trzasnął w twarz”.

Ach, Grecja… :)

Grecja. Nie było widać wcześniej?

 zaczęła grać „Marsz imperialny”, zachęcając do spotkania z przygodą

… eee… aha…

No, nie jestem dobra z muzyki. A co byś proponowała?

 Posłałem snop słabego światła

Chyba jednak trzeba go posłać dokądś.

No, ale chyba z kontekstu wynika, że posłał go w stronę barki Charona?

 przyspieszyłem aż do kolejnego interesującego punktu.

Przyspiesza się do punktu? Hmm?

OK, to może nie brzmi najzgrabniej. Chodziło mi o to, że płynął szybciej, aż osiągnęli kolejną atrakcję.

To brzmi tak, jakby woda zniekształcała pyski, a zniekształca tylko ich obraz (nie?).

Tak, woda zniekształca obraz pysków, ale to chyba jest zrozumiałe? Przewodnicy raczej trajkoczą, mają dużo do powiedzenia, muszą się trochę streszczać.

 Who Let the Dogs out?

W angielskich tytułach wszystko dużymi literami poza "the", "a", "an" i "of".

Jeśli dobrze pamiętam, to brałam tytuły z oryginałów czy tam innej Wikipedii. Sama bym to zatytułowała inaczej.

 gwóźdź programu, który powodował horrendalny wzrost ceny dla wersji

Hmm.

Ale o co konkretnie chodzi?

Niż potrafi delfin.

Marudzisz, IMO. Jeden osobnik robi coś lepiej/bardziej/dłużej niż inny. Normalna konstrukcja.

 Gówniarz ustał, ale chyba go oszołomiłem

Jak to się wyklucza?

Utrzymał się na nogach, więc niby nic mu się nie stało. Ale jednak reagował trochę wolniej. Ale trafienie coś tam dało.

Tu dałabym przecinek: dryfujemy, ani jak długo leżałem.

IMO, nie. Nie lubię gruszek ani jabłek. Nie wiedziałem tego ani tamtego. Jedno ani, nie widzę powodów dla przecinka.

Tu też: padła bez czucia na ziemię, niczym posłaniec.

No, nie wiem. Nie ma zdania podrzędnego, to tylko porównanie.

 

Fajnie, że fajne. Na powalające nie miałam pomysłu. I to prawda – w tekście nie ma głębszego przesłania. Ot, przygoda.

Babska logika rządzi!

Proszę bardzo.

Ale dlaczego się potknęłaś? Tak, zwulgaryzowana. W sensie, że pospolita, krzykliwa.

Bo zobaczyłam “kopię o” i źle sparsowałam. “Zwulgaryzowana” jakoś mi po prostu nie brzmi.

Prawda, ale nikogo z tej bandy związanego stricte z krawiectwem nie kojarzę.

Tyż prawda. Krawiectwo nie było wtedy znane, więc nikogo takiego być nie mogło.

Dwa razy tak.

:P

Głowa wraz z miną jest na górze ciała, więc może stanowić zwieńczenie.

Ale mina nie tkwi na samym czubku (uch, alem czepialska, jako ten rzep).

Mammon już od dłuższego czasu zapuszczał i takie mamy skutki…

A, to w porządku.

No, ale jakoś muszę w końcu Czytelnikom pokazać, co łączy bohatera z pojazdem. I że to nie jest taki stosunek jak kierowcy z autobusem.

Zwal na limit. Limity są be :)

Ale dlaczego od razu purpurowe? Facet widzi plecy, to plecy opisuje.

Nie, to w porządku, tylko plecy – emanujące?

No, nie jestem dobra z muzyki. A co byś proponowała?

Nie wiem, ale Marsz Imperialny kojarzy się mało przygodowo. Chyba, że przygodą jest obalanie Imperium.

No, ale chyba z kontekstu wynika, że posłał go w stronę barki Charona?

Tak, ale tego chyba nie można zostawiać w domyśle. Nie jestem stuprocentowo pewna, stąd zastrzeżenie.

Chodziło mi o to, że płynął szybciej, aż osiągnęli kolejną atrakcję.

Wiem, ale nie na pierwszy rzut oka.

Ale o co konkretnie chodzi?

Wzrost ceny wersji, to raz. Gwóźdź programu powoduje wzrost ceny? Niby zrozumiałe, ale nie płynie.

Marudzisz, IMO. Jeden osobnik robi coś lepiej/bardziej/dłużej niż inny. Normalna konstrukcja.

Ja zawsze marudzę, z tego jestem znana :P

Utrzymał się na nogach, więc niby nic mu się nie stało. Ale jednak reagował trochę wolniej. Ale trafienie coś tam dało.

Hmm. No, dobrze.

 

Co do przecinków w porównaniach – przypomnij mi, żebym zbadała sprawę dogłębniej, bo jednak jestem przekonana, że one powinny być. Ale to, że jestem przekonana, nie oznacza, że tak jest.

 

I to prawda – w tekście nie ma głębszego przesłania. Ot, przygoda.

Jak się pogrzebie, to się wygrzebie ;)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zwulgaryzowanie kopii. Spospolitowanie brzmiałoby może lepiej, ale tu wkrada się znaczenie “zadawać z podwładnymi”, więc chyba wyszłoby gorzej. Sprymitywizowanie?

Starożytne krawiectwo. No, coś tam musieli robić z tym, co utkali. Wprawdzie peplos prosty w konstrukcji, ale i jakieś płaszcze mieli. Tylko człowieka od tego nie znam. Doszłam do wniosku, że Arachne powinna się kojarzyć z ubrankami.

Wieńczenie miną. Owszem, włosy były jeszcze wyżej, ale nic ciekawego z nich nie wynikało. Już się nie czepiaj kilku centymetrów grzywki. ;-)

Zwalanie na limit. Już nie pamiętam, jaki tu był limit, ale chyba jeszcze mi został zbyt duży margines, żeby tak sobie zwalać.

Emanujące plecy. OK. Jak inaczej opisać, że widziany od tyłu facet robi coś bardzo niechętnie?

Marsz Imperialny. Ogólnie marsze chyba są rytmiczne, więc dobrze nadają się do podróży. Rozgrzewają i zachęcają do działania. Nie? Tak po imieniu to znam tylko Mendelssohna i pogrzebowy. Żaden z nich nie pasuje. ;-) Imperialny pochodzi z filmu, więc powinien kojarzyć się z rozrywką.

OK, spojrzę, jak można doprecyzować ten snop bez powtórzeń.

Na gwóźdź i wzrost ceny nie mam pomysłu. To był gwóźdź wersji luksusowej i naprawdę podbijał cenę.

No, to jakie przesłanie wygrzebałaś? ;-)

Babska logika rządzi!

Sprymitywizowanie?

Najbardziej mi się podoba.

No, coś tam musieli robić z tym, co utkali.

Upinali fibulami i innymi takimi. Płaszcze też.

Już się nie czepiaj kilku centymetrów grzywki. ;-)

Jak inaczej opisać, że widziany od tyłu facet robi coś bardzo niechętnie?

Może się spina, usztywnia kręgosłup?

Ogólnie marsze chyba są rytmiczne, więc dobrze nadają się do podróży. Rozgrzewają i zachęcają do działania. Nie?

Tak, ale takiej mało indywidualnej (zaciągnij się, zobaczysz świat, obiecywali…)

No, to jakie przesłanie wygrzebałaś? ;-)

Wszyscy jesteśmy Chrystusami? XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dobra, niech będzie sprymitywizowane.

Krawiectwo. Nie wierzę, że nie było przerabiania ubranek po rodzeństwie na młodsze dzieci, że nie cerowali…

No, ja sobie Arausa wyobrażałam nieco inaczej. ;-)

Może się spinać, ale to raczej będzie sugerowało, że obawia się ataku od tyłu. Albo chce wyglądać jakoś tam.

Tak, ale takiej mało indywidualnej (zaciągnij się, zobaczysz świat, obiecywali…)

No, wszystko się zgadza – gotowa wycieczka z katalogu, zwiedzanie… ;-)

Wszyscy jesteśmy Chrystusami? XD

Przyznam, że takiego wniosku się nie spodziewałam. Chcesz krzyżyk na drogę? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wierzę, że nie było przerabiania ubranek po rodzeństwie na młodsze dzieci, że nie cerowali…

Jeśli ubranko nie było krojone, tylko drapowane, to przeróbek nie trzeba. Cerowali na pewno, “purpurę” przecież ukuł Horacy przez analogię do naszywania purpurowych łatek na ubraniach, żeby fajniej wyglądały, ale czy było bóstwo od tego? I to greckie (Rzymianie mieli bóstwa od wszystkiego) – wątpię.

No, wszystko się zgadza – gotowa wycieczka z katalogu, zwiedzanie… ;-)

yes

Przyznam, że takiego wniosku się nie spodziewałam. Chcesz krzyżyk na drogę? ;-)

Weź, dzięki. Nikt ze mną nie wytrzymuje XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

No, ale rozmiar się nie zawsze zgadzał. Na niemowlę raczej trzeba było szmatki przyciąć, a potem obrębić, żeby się nie siepały. Ale bóstwa od tych przeróbek – nie znam.

Tam od razu nie wytrzymuje. Po prostu nie wiem, o czym rozmawiać z Chrystusem. Póki nie próbujesz mnie nawracać, możesz zostać. ;-)

Babska logika rządzi!

Niemowlę miało raczej pieluszki. Jeśli w ogóle.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Moment, a szata Dejaniry? Ona chyba tam jakichś operacji dokonała. Oprócz farbowania.

A i Herkules za życia chyba jakoś tę lwią skórę do siebie dostosował?

Same pieluszki chyba nie wystarczą? To na tyłek, a reszta dzieciaka?

Kurczę, chociaż worki musieli zszywać. Przecież nie przenosili sypkich rzeczy w luźnych płachtach ani ziarna w ciężkich amforach?

I zdaje mi się, że Rzymianie oprócz tóg jeszcze nosili tuniki – to już musiało być zszywane.

Babska logika rządzi!

Ona chyba tam jakichś operacji dokonała. Oprócz farbowania.

Tak, utkała. Znano chyba haft, ale krojenia ubrań – nie.

A i Herkules za życia chyba jakoś tę lwią skórę do siebie dostosował?

No, ale spodni z niej nie uszył :)

Same pieluszki chyba nie wystarczą? To na tyłek, a reszta dzieciaka?

https://www.youtube.com/watch?v=XMpXb5Focqo

Przecież nie przenosili sypkich rzeczy w luźnych płachtach ani ziarna w ciężkich amforach?

Oj, nie jestem taka pewna – pytaj ninedin, ona jest od starożytnych.

Rzymianie oprócz tóg jeszcze nosili tuniki – to już musiało być zszywane.

Niekoniecznie. Ale jako się rzekło, igły były znane i zszywanie też, nie znano ubrań krojonych na miarę – jeszcze w Średniowieczu nie było czegoś takiego, jak zaszewki, wszystko sznurowane.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hmmm. Haft raczej tak, to nawet Indianie znali, chociaż to raptem neolit albo i to nie. Btw, igły, a przynajmniej szydła też znali.

Nie znam się, ale pospekuluję. Nie wierzę, że wszyscy – od siedmiolatka do grubego faceta – nosili ten sam rozmiar. OK, póki tka się w domu, można dostosować rozmiar tkaniny do potrzeb. Ale przecież handel też był! Jedwabny szlak działał. Coś trzeba było zrobić z kupionym materiałem. Nie wierzę, że przewozili jedwab w formie gotowych ubrań. Raczej stawiałabym na bele.

Spodnie Herkulesa. Raczej nie, ale tu i ówdzie mógł rzemykiem przymocować, żeby było mu wygodniej.

Nie no, Tarnino, jeśli uznamy polskie kolędy za źródło wiedzy o starożytności, to dojdziemy do bardzo ciekawych wniosków o klimacie panującym w Galilei. ;-) A i tak – “nie dała mu matula sukienki, bo uboga była”. Czyli jednak niemowlak jakąś suknię powinien dostać oprócz pieluszek.

Czy leci z nami Ninedin?

Ale już się zgadzamy, że zszywanie w jakiejś formie występowało.

Babska logika rządzi!

Ha, ha, bez ninedin się nie obejdzie. Ja doszłam do granicy swojej wiedzy, nie wiem nawet, czy handlowano gotowymi tkaninami, czy tylko przędzą jedwabną (w XII wieku na Sycylii produkowano i tkano jedwab, ale to już nie starożytność). Przed powstaniem krosien automatycznych lwią część ceny tkanin stanowiła robocizna właśnie.

Ale na pewno nie wszyscy nosili ten sam rozmiar, zresztą jeśli krosna są wąskie, to i tak trzeba zszyć dwa błaty, żeby zakryć tego grubego faceta – tylko, że ja tu mówię o krojeniu zaszewek i takich tam fikuśności, nie o szyciu. Szycie znano.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Mnie się wydaje, że duży płat tkaniny (raczej zawijany niż składany, żeby się nie niszczył na zgięciach) jest optymalny do handlowania. Przędza jedwabna by się niszczyła i plątała na potęgę. I miałaby dużą objętość. Gotowe ubrania – trudniej znaleźć nabywcę, bo trzeba zgrać jego gust, rozmiar i wielkość sakiewki.

Na krawiectwie się nie znam, mogę tylko zgadywać, czym są zaszewki.

Babska logika rządzi!

Mnie się wydaje, że duży płat tkaniny jest optymalny do handlowania.

Bardzo możliwe, ale nie wiem, jak to faktycznie wyglądało.

mogę tylko zgadywać, czym są zaszewki.

Udaj się do szafy i wydobądź bluzkę koszulową. Ona jest dopasowana do figury za pomocą zaszewek – wyobraź sobie, że oklejasz kulę papierem. Papier jest płaski, kula trójwymiarowa i nie spasujesz powierzchni – musisz tu i ówdzie wyciąć, żeby było gładko. To zaszewki są właśnie czymś takim, tylko przyszytym, a nie wyciętym. (Tak, bardzo się wstydzę tego opisu.)

Zob. tutaj.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tak podejrzewałam, że chodzi o fałdki materiału zszyte, żeby dostosować ubranko do figury. Ale chyba jeszcze był smurf Zaszewka, nie?

Babska logika rządzi!

Mógł być, nie byłam fanką smurfów.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Mnie się podobały. Bardziej niż robótki ręczne. ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, nie widziałaś mojego haftu krzyżykowego :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Znaczy, czyjeś robótki mogłam oglądać, czasem nawet z zadowoleniem. Ale sama nie wykazywałam żadnego talentu w kierunku. Tylko dziergać na drutach potrafię i na tym koniec.

Babska logika rządzi!

To już coś.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Usprawiedliwię się trochę, że jestem szmają i nikt mi nie potrafił pokazać, jak to będzie na lewą rękę (maszyna do szycia to już w ogóle obcy obiekt). Na drutach nauczyłam się najpierw na prawą, a dopiero potem sobie odbiłam na lewą. I w sumie tę metodę mogę polecić. :-)

Babska logika rządzi!

Mnie w ogóle nikt nie pokazywał (no, na szydełku ktoś próbował, ale ja wtedy nie chciałam) i jestem internetoukiem :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jestem za stara na takie rzeczy – mieliśmy to w szkole na ZPT, zanim jeszcze ktokolwiek usłyszał o internetach.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka