- Opowiadanie: rrybak - Carski wagon

Carski wagon

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Carski wagon

Gru­dnio­wa noc to była. Kon­kret­nie pierw­sza dwa­dzie­ścia, już w nie­dzie­lę. Sta­cja PKP w Haj­nów­ce, gdzie dotarłem po po­dró­ży go­dzin­nej z Bia­ło­wie­ży, po­cią­giem za­lo­dzo­nym, ośnie­żo­nym, sa­pią­cym parą, bo tym razem czar­ny smo­li­ście pa­ro­wóz pod­cze­pi­li. A je­cha­łem ten nie­speł­na dwu­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wy pusz­czań­ski od­ci­nek trasy tu­ne­lem z nie­bo­sięż­nych, po­kry­tych bielą świer­ków, któ­rych dziś już nie ma. W wa­go­nie jesz­cze car­skiej pro­we­nien­cji: z mięk­ki­mi plu­szo­wy­mi, za­chę­ca­ją­cy­mi głę­bo­ką ciem­ną zie­le­nią prze­past­ny­mi ka­na­pa­mi w prze­dzia­łach, z ma­ho­nio­wy­mi drew­nia­ny­mi wy­koń­cze­nia­mi, lśnią­cym mo­sią­dzem kla­mek i okien­nych okuć. Na ta­blicz­kach w prze­dzia­le stu­let­nia cy­ry­li­ca po­twier­dza­ła wie­ko­wość mego tym­cza­so­we­go ru­cho­me­go schro­nie­nia.

Mio­do­wo-wi­śnio­we drew­nia­ne obi­cia drzwi oraz ścian i grubo na­bi­te mor­ską trawą sie­dzi­ska skła­nia­ły do le­ni­we­go re­lak­su, może za­pa­le­nia pa­pie­ro­sa w bursz­ty­no­wej cy­ga­rniczce, wy­ję­te­go ze zło­tej pa­pie­ro­śni­cy, może do wy­są­cze­nia lamp­ki dwu­na­sto­let­nie­go gru­ziń­skie­go ko­nia­ku… Się­gnię­cia po świe­żą prasę z Pitra, War­sza­wy i Mo­skwy, roz­no­szo­ną przez wa­go­no­wych w re­gu­la­mi­no­wych uni­for­mach. Ot, uśmiech­ną­łem się lekko, po­wi­dok prze­szło­ści nagle mi się tu za­plą­tał. Wnę­trze roz­świe­tla­ła, na sto­licz­ku pod oknem przy­twier­dzo­na na stałe, elek­trycz­na lamp­ka, też mo­sięż­na, z przy­po­mi­na­ją­cą krysz­tał pół­ko­li­stą osło­ną zza któ­rej wy­do­by­wa­ło się mięk­kie po­ma­rań­czo­we świa­teł­ko. I mimo że po­ciąg je­chał do Haj­nów­ki po sta­rych ro­syj­skich jesz­cze to­rach – cisza. Taka zie­lo­no­plu­szo­wa, omal nie wiecz­na, w każ­dym razie nie wie­dzieć czemu – uro­czy­sta.

Już wtedy po­wi­nie­nem się zdzi­wić, że w tym ar­cha­icz­nym wa­go­nie jadę sam. Cho­ciaż – czy na pewno sam? Zza ścia­ny do­bie­gło do mnie w pew­nym mo­men­cie stłu­mio­ne ro­syj­skie: “Ga­spa­da of­fi­ce­ry Sob­stwien­no­wo Kon­wo­ja, ra­zrie­szy­tie, wy­pi­jom jesz­czio raz, zda­ro­wie jewo im­pie­ra­tor­sko­wo wie­li­cze­stwa, gos­su­da­ra wsiej Ras­sji, Ni­ko­ła­ja Wto­ro­wo! Urra!”. Wzdry­gną­łem się, ock­ną­łem wtu­lo­ny w nie­sły­cha­nie mięk­ki za­głó­wek, chyba coś mi się w prze­lot­nej drzem­ce przy­śni­ło. Zna­cie takie chwi­le za­pa­da­nia się w sen, z któ­re­go wy­do­sta­je­my się na po­wierzch­nię jak pły­wak z głę­bi­ny – od­ru­cho­wym nieświadomym szarpnięciem. Ale chwi­lę potem zaj­rza­łem nawet do są­sied­nie­go dziw­ne­go, bo po­trój­ne­go prze­dzia­łu, z ka­na­pa­mi usta­wio­ny­mi wzdłuż a nie w po­przek, z dłu­gi­mi i wą­ski­mi mię­dzy nimi sto­li­ka­mi, za­mon­to­wa­ny­mi rów­no­le­gle do kie­run­ku jazdy, ze sto­ja­ka­mi wprawionymi w ścia­nę przy sze­ro­kich prze­suw­nych drzwiach – ani chybi na ka­ra­bi­ny. Oczy­wi­ście ni­ko­go. Chwi­lę przy­sia­dłem na jed­nym z sie­dzisk, ale nagle po­czu­łem się wręcz bru­tal­nie nie na miej­scu i szyb­ko wró­ci­łem do sie­bie. Uff, te stare wa­go­ny mają jed­nak w sobie magię.

***

Potem trze­ba było wy­ła­do­wać się z wiel­ką torbą i gi­gan­tycz­nym wy­pcha­nym po al­pej­ski “komin” ple­ca­kiem Pol­spor­tu na świsz­czą­cy śnie­giem pod nie­cier­pli­wy­mi bu­ta­mi peron w Haj­nów­ce. Każdy, kto zna zimę, zwłasz­cza w Bia­ło­wie­ży czy pod Su­wałka­mi wie, że im więk­szy mróz, tym śnież­ny pro­test zgnia­ta­nej sto­pa­mi bieli brzmi wyżej. Śnieg zapisz­czał na kra­wę­dzi sły­szal­no­ści, gdy po­ko­ny­wa­łem drogę ze skraj­ne­go pe­ro­nu do sta­re­go drew­nia­ne­go bu­dy­necz­ku, wła­ści­wie ba­ra­ku dwor­ca, by tra­dy­cyj­nie, jak od lat, od­ta­jać i za­nu­rzyć się na krót­ką chwi­lę w pla­ka­ty wi­szą­ce na ścia­nie po­cze­kal­ni dobre już ćwierć wieku. Zwie­dzaj­cie Po­je­zie­rze Lu­bu­skie – i wpa­da­ją­ca w sepię fotka go­ścia w gu­mia­kach i be­ret­ce z an­ten­ką, nio­są­ce­go lesz­czy­no­we wędki oraz siat­kę z wy­szcze­rzo­ny­mi, po­twor­nej wiel­ko­ści szczu­pa­ka­mi. No i druga so­cja­li­stycz­na re­kla­mów­ka z za­mierz­chłych go­muł­kow­skich jesz­cze cza­sów: Ku­puj­cie w Pekao – a na niej pusz­ka an­tycz­nej Po­lish Ham oraz fla­kon per­fum Soir de Paris.

Odkąd pamiętam, od wczesnych lat chło­pię­cych za­sta­na­wia­łem się, gdzież w Pol­sce jest to je­zio­ro z gi­gan­tycz­ny­mi ry­bisz­cza­mi, ni­czym z ka­na­dyj­skich pe­re­gry­na­cji zbe­reź­ni­ka Fie­dle­ra, ale nigdy nie udało mi się od­gad­nąć, nawet sporo póź­niej, gdy już ba­ra­czek zbu­rzo­no, wy­bu­do­wa­no nowy be­to­no­wy dwo­rzec, pusty i zimny, ste­ryl­nie biały, zaś pla­ka­ty tkwią­ce za szkłem wyleciały bez­dusz­nie na śmiet­nik. Do dziś ża­łu­ję, że nie było mnie tam wtedy, by je schwytać i oca­lić. Tym bar­dziej że nowy dwo­rzec, w tym miej­scu wtręt w obcej mowie, nawet nie zdą­żył we­wnątrz ob­ro­snąć hi­sto­rią, lo­kal­nym za­pa­chem i ko­lo­ry­tem, bo kiedy tylko stary sys­tem umarł na krań­co­wą nie­wy­dol­ność, węzeł ko­le­jo­wy w Haj­nów­ce po pro­stu zli­kwi­do­wa­no.

W kilka lat tory do Bia­ło­wie­ży za­ro­sły trawą i sa­mo­siej­ka­mi, póź­niej w ogóle je ze­rwa­no i wy­wie­zio­no na złom. Gier­kow­ską mo­der­ni­stycz­nie betonową Bia­ło­wie­żę Pałac, zbudowaną na miejscu spalonej w wojnę drewnianej carskiej stacji, filigranowej, snycerską sztuką zdobionej, też zbu­rzo­no, a ze sta­rego, pa­mię­ta­ją­cego jesz­cze wła­dzę Ro­ma­no­wów przystanku Bia­ło­wie­ża To­wa­ro­wa, u progu no­we­go ty­siąc­le­cia grup­ka biz­nes­me­nów ze sto­li­cy zrobiła luk­su­so­wą re­stau­ra­cję. Ale to miała być do­pie­ro pieśń dość wów­czas od­le­głej, wręcz nie­wy­obra­żal­nej przy­szło­ści. A na razie – krót­ka prze­rwa w nadal sto­ją­cym w naj­lep­sze stu­let­nim zapadniętym ba­racz­ku. Na zła­pa­nie od­de­chu i ogrza­nie zmro­żo­nej twarzy i dłoni.

W wy­dzie­lo­nym bu­fe­ci­ku, osło­nię­ta od nie­po­trzeb­nych in­tru­zów ma­syw­ną szkla­ną chłod­nią – wi­tryn­ką z na­pi­sem “By­FaUch”, w któ­rej brzęczącym wnętrzu na fa­jan­so­wych ta­le­rzy­kach le­ża­ły za­wsze takie same, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne bli­żej kon­ser­wo­we rybki i coś przy­po­mi­na­ją­ce­go prze­cho­dzo­ną ga­la­re­tę ugo­to­wa­ną na sto­lar­skim kleju, pół­drze­ma­ła na swoim wy­tar­tym krze­śle star­sza bu­fe­to­wa, pani Nadia, o twa­rzy po­marsz­czo­nej jak zimowe ja­błusz­ko. Ile­kroć prze­jeż­dża­łem przez Haj­nów­kę, za­mie­nia­łem z nią kilka zdań, pijąc mocną, czar­ną jak smoła her­ba­tę, którą pa­rzo­no tu jak za sta­rych przed­wo­jen­nych cza­sów, nie szczę­dząc aromatycznej esen­cji. Nocna bu­fe­to­wa, do­ra­bia­ją­ca sobie w ten spo­sób do chu­dej eme­ry­tu­ry, znała moją bab­cię i po­ło­wę bia­ło­wie­skich krew­nych i po­wi­no­wa­tych. Była pra­wie jak ro­dzi­na. Teraz też uśmiech­nę­ła się, gdy mnie uj­rza­ła.

– A wie pani, pani Nad­ież­do, jakie dziś mia­łem szczę­ście? Car­ski wagon mi się tra­fił. Nawet nie wie­dzia­łem, że takie jesz­cze kur­su­ją. Cie­ka­we, że jak nowy. Ale naj­cie­kaw­sze miał w środ­ku. Spe­cjal­ny po­trój­ny prze­dział, niby dy­żur­ka czy stró­żów­ka… Chyba dla woj­ska, bo w ścia­nę wpra­wio­no uchwy­ty na broń.

Nie skoń­czy­łem nawet, kiedy ona pod­nio­sła po­wie­ki znad tę­czó­wek błę­kit­nych jak la­pis-la­zu­li i gwał­tow­nie się prze­że­gna­ła. 

– Wo imia Otca i Syna i Swia­to­ho Ducha! Szto ty ska­zał?! Szto ty, synok, baczył?!

Jej oczy były pełne grozy, że­gna­ła się nie­ustan­nie, z prawa na lewo, jak na­le­ży.

– Pani Nad­ież­do, spo­koj­nie. Wagon, taki zwy­czaj­ny, tylko stary bar­dzo, sprzed pierw­szej wojny jesz­cze.

– Zie­lo­nyj takoj unu­tri? – z tego jej miękkiego “unu­tri”, któremu żadne “wewnątrz” nie dorówna, od razu wy­zie­ra­ła dusza tu­tej­sza: bia­ło­ru­ska, frasobliwa, naj­wy­raź­niej czymś teraz prze­ra­żo­na.

– No, plusz miał na sie­dze­niach zie­lo­ny, a poza tym czer­wo­ne drew­no, lśnią­cy mo­siądz… Obej­rza­łem całkiem do­kład­nie, bo sam w nim je­cha­łem.

– Nie­scza­stie synok, wojna apiat’ bu­diet! – jęk­nę­ła jakoś tak ża­ło­śnie, z nagle po­sza­rza­łą twa­rzą.

Wojna – to zawsze było coś dla miejscowych ostatecznego, symbol krańcowej klęski i upadku, najpełniejszy synonim piekła na ziemi. Dlatego nigdy nie nadużywali tego słowa, niczym Żydzi prawdziwego imienia Boga. Zaniepokoiłem się.

– Ale o co cho­dzi pani Nadiu, wagon jak wagon prze­cież…

I wtedy mi po­wie­dzia­ła. Przed Pierw­szą Świa­to­wą to się stało. W czter­na­stym roku. Nad­ież­dy na świe­cie jesz­cze nie było, ale jej mło­dziut­ka wów­czas matka też pra­co­wa­ła wtedy w bu­fe­cie w Haj­nów­ce, do­jeż­dża­ła tam z le­śnej osady Czer­lon­ka ro­we­rem, co­dzien­nie osiem wiorst w jedną stronę. Dużo póź­niej opo­wie­dzia­ła wszyst­ko dzie­ciom, lecz do­pie­ro gdy do­ro­sły.

Latem, kiedy jesz­cze na sta­cję koń­co­wą Pałac przy­jeż­dża­ły car­skie pociągi z Petersburga, przy­wo­żą­ce wład­cę Rosji wraz z ro­dzi­ną do jego let­niej wa­ka­cyj­nej sie­dzi­by, mon­stru­al­ne­go i po bi­zan­tyj­sku roz­bu­cha­ne­go pa­ła­cu w cen­trum gi­gan­tycz­ne­go parku, w samym środ­ku Bia­ło­wie­ży, Mi­ko­łaj Drugi po­sta­no­wił tra­dy­cyj­nie zażyć nieco pusz­czań­skich wy­wcza­sów. Tuż przed kolejną wakacyjną atrakcją: czar­no­mor­skim rej­sem fla­go­wym jach­tem Ro­ma­no­wów, o do­stoj­nej na­zwie Wy­mpieł. W ko­le­jo­wym spec­skła­dzie były jak zwy­kle luk­su­so­wa sa­lon­ka car­ska, dwie sa­lon­ki ro­dzi­ny gos­su­da­ra, no i wa­go­ny z urzęd­ni­ka­mi, służ­bą, wę­złem łącz­no­ści, a po obu stro­nach sa­lo­nek – z car­ską bli­ską ochro­ną. Ludź­mi wy­bra­ny­mi z ty­się­cy naj­lep­szych wy­łącz­nie w jed­nym celu – strze­że­nia dniem i nocą wład­cy Wszech­ru­si. Słu­że­nia dy­na­stii. Pew­ny­mi, nie­za­wod­ny­mi, nie do zła­ma­nia.

Lecz stała się rzecz nie­moż­li­wa: ktoś z ob­sta­wy jed­nak dał się zła­mać. Ese­rzy pod­sta­wi­li mu wio­sną pannę, w Pe­ters­bur­gu. Za­ko­chał się na śmierć, miał się żenić. A oni w od­po­wied­niej chwi­li sfin­go­wa­li jej po­rwa­nie i dali mło­de­mu ofi­ce­ro­wi pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. Albo ona idzie pod nóż, albo… on uniesz­ko­dli­wi swój prze­dział przed Haj­nów­ką, śro­dek na­sen­ny do­star­czą. Sam też może wypić, żeby nie było na niego. Ucieczka w samobójstwo nic mu nie da, narzeczonej to nie ocali. Ochra­na do wszyst­kie­go w końcu do­szła, ale już po fak­cie: zdraj­ca Boga i cara przed swą ostat­nią drogą zo­sta­wił na kwa­te­rze list. Potem służ­ba pa­ła­co­wa z Bia­ło­wie­ży wy­pa­pla­ła wszystko przy wódce kilku lo­kal­nym le­śni­kom, jeden z nich za­le­cał się do matki pani Nadii, i stąd jej wie­dza. Ofi­cjal­nie bowiem wszyst­ko skutecznie wy­ci­szo­no, utaj­nio­no, końce w wodę…

Więc ów ofi­cer z wa­go­nu w skraj­nej roz­pa­czy uśpił ko­le­gów. Do­mie­szał jesz­cze przed drogą do wódki smir­nów­ki prze­ka­za­ny mu w Pe­ters­bur­gu nar­ko­tyk, w wy­zna­czo­nym cza­sie po cichu do­sta­wił swoje bu­tel­ki na stół, wzno­sił to­a­sty, za­chę­cał do picia. Nic szczególnego, pito jak zawsze na służbie – z umiarem. Ale i tak kil­ka­na­ście osób w ten spo­sób za­snę­ło snem twar­dym, nie­prze­spa­nym. Nie do­koń­czy­li nawet par­tyj­ki kar­cia­nej, karty wy­pa­dły z rąk, drobny bilon roz­sy­pał się po pod­ło­dze – nigdy nie grali wy­so­ko, ot tak, aby zabić czas. Za Alek­san­dra coś ta­kie­go by nie prze­szło, ale Mi­ko­łaj Drugi nie był czło­wie­kiem sta­now­czym. Nie bez po­wo­du w końcu stra­cił i wła­dzę, i życie. Po­zwa­lał na znacz­nie wię­cej niż jego wiel­ki oj­ciec i nawet nie kazał ich bu­dzić. A niech też sobie of­fi­ce­ry Kon­wo­ja tro­chę od­pocz­ną, w końcu zo­sta­ło le­d­wie kil­ka­na­ście wiorst, to pra­wie jak na miej­scu, do­ja­dą, to szyb­ko wy­trzeź­wie­ją. Druga połowa obstawy tkwiła przecież pod bronią kilkadziesiąt sążni dalej, w iden­tycz­nym wa­go­nie. Poza tym, cóż się stać może, gdy w trakcie wizyty monarchy wokół Puszczy pierścień wojska, a za co trzecim drzewem żandarm?

Noc była taka jak dziś ciem­na, bez­k­się­ży­co­wa, tyle że go­rą­ca, lip­co­wa, krót­ka. Wy­star­cza­ją­co jed­nak czar­na, by na sta­cji w Nie­zna­nym Borze, tuż przed Bia­ło­wie­żą, gdzie se­ma­for na chwi­lę opusz­czo­no, prze­bra­ny za ko­le­ja­rza bo­jo­wiec od pe­ters­bur­skich ter­ro­ry­stów, niby to kon­tro­lu­jąc osie, bez pro­ble­mu pod­cze­pił pod ten jedyny wy­mar­ły wagon bombę z za­pal­ni­kiem na­sta­wio­nym na dzie­sięć minut. Miała wy­buch­nąć jesz­cze przed Bia­ło­wie­żą To­wa­ro­wą, na to­rach wśród wy­so­kich świer­ków, gdzie cze­ka­ła po­zo­sta­ła trój­ka za­ma­chow­ców z dwie­ma ma­chi­na­mi pie­kiel­ny­mi i szyb­ko­strzel­ną bro­nią, by w wy­ko­le­jo­nym roz­trza­ska­nym po­cią­gu zna­leźć cara. I dobić.

Ale coś nie wy­szło. Czy za­pal­nik skisł, czy dy­na­mi­tar­dzi ese­rów mieli gor­szy dzień, a może po prostu Pan na Niebiosach nie dopuścił (pani Nadia wymówiła to jednym tchem: gaspodźnaniebiesiech, z akcentem na ostatnią sylabę) – ich bomba co praw­da wy­bu­chła, ale słabo. Jak pur­chaw­ka, a nie porządna bomba, po­ciąg się nie wy­ko­le­ił, do­je­chał jakoś do sta­cji koń­co­wej, gdzie roiło się od żoł­nie­rzy i żan­dar­mów i gdzie cara oraz całą resz­tę z miej­sca pod zbroj­ną osło­ną ewa­ku­owa­no. Tyle że po­ciąg czę­ścio­wo spło­nął od eks­plo­zji pod tym fe­ral­nym wa­go­nem, z ob­sta­wą śpią­cą w środ­ku snem ostatnim. On to bo­wiem zajął się pierw­szy. Długo bu­zo­wa­ło tylko we­wnątrz, aż w końcu, już wy­cze­pio­ny, wagon zwę­glił się tak, że choć wy­da­je się to nie­moż­li­we, nawet sta­lo­we koła się spie­kły. Nikt z Kon­wo­ja w nim nie oca­lał, a tem­pe­ra­tu­ra była iście dia­bel­ska, ich kości roz­wia­ło na po­piół. Bez szans na chrze­ści­jań­ski po­chó­wek. Toteż żadnego pogrzebu, choćby symbolicznego, nie było. Tym bardziej że czterech zamachowców ujęto w obławie, zanim jeszcze uciekli z Puszczy. I zastrzelono po cichu jak wściekłe psy, w jakimś leśnym uroczysku, więc nic się nie rozniosło.

A mie­siąc potem, przy­pa­dek czy nie, wy­bu­chła wojna świa­to­wa. Ta Pierw­sza, zwana Wiel­ką. W ślad za nią po ko­na­ją­cym Im­pe­rium roz­peł­zła się krwa­wą pianą re­wo­lu­cja. Przy­szła wojna z bol­sze­wi­ka­mi, potem Pol­ska za­czę­ła go­spo­da­ro­wać Pusz­czą. Bia­ło­wie­ża sta­wa­ła się stop­nio­wo modna, przy­jeż­dża­li do niej na po­lo­wa­nia wszy­scy ważni z kraju i Eu­ro­py, w końcu znaj­do­wa­ła się nie­mal w cen­trum od­ro­dzo­nej Rzecz­po­spo­li­tej. Miej­sco­wi lu­dzie może by więc o wy­pad­ku z carem i jego zdra­dziec­ko lek­ko­myśl­ną obstawą w końcu za­po­mnie­li, ale w sierp­niu 1939 stało się coś, co pa­mięć pod­trzy­ma­ło, prze­kształ­ci­ło ją w lo­kal­ny mit i le­gen­dę. Taki sam wagon, z plu­szem, potrójnym prze­dzia­łem, ma­ho­nia­mi i mo­sią­dzem na wy­so­ki po­łysk, nowy i lśnią­cy, nie wie­dzieć skąd znów po­ja­wił się znie­nac­ka w skła­dzie noc­ne­go po­cią­gu PKP, tym razem z Bia­łe­go­sto­ku do Bia­ło­wie­ży. Co cie­ka­we, w Haj­nów­ce jesz­cze go nie było, ko­le­ja­rze po­twier­dzi­li, a tuż przed Bia­ło­wie­żą To­wa­ro­wą znikł. Któ­ryś z nie­licz­nych pa­sa­że­rów z są­sied­nie­go wa­go­nu nawet do niego przy­pad­ko­wo wszedł po dro­dze, już na pusz­czań­skim od­cin­ku torów, usły­szał z za­mknię­te­go potrójnego prze­dzia­łu to­a­sty po ro­syj­sku, ale nie zwró­cił na nie więk­szej uwagi i podreptał na swoje miej­sce, do­spać. Potem do­pie­ro sobie przy­po­mniał i gdzieś tak w la­tach pięć­dzie­sią­tych opo­wie­dział bia­ło­wie­skim zna­jo­mym, cudem oca­la­łym po Go­erin­gow­skich okupacyjnych rze­ziach lo­kal­nej lud­no­ści. Oni zaś, wia­do­mo, po­wtó­rzy­li innym.

Ale wtedy, w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym, kto by o tym my­ślał? Mało to za­gra­nicz­nych gości wów­czas do Bia­ło­wie­ży przy­jeż­dża­ło? Ci naj­bo­gat­si pcha­li się nawet drogimi ko­le­jo­wy­mi lu­kstor­pe­da­mi. We wrze­śniu zaś znów się za­czę­ło. Druga świa­to­wa…

***

Pani Nadia wciąż nie mogła dojść do sie­bie, ale mnie czas gonił, po­że­gna­łem się więc ser­decz­nie i wy­sze­dłem w noc. Cie­ka­wa opo­wieść, bę­dzie o czym mówić w domu, lecz pora to już była naj­wyż­sza, by zdą­żyć do pod­sta­wio­ne­go po dru­giej stro­nie dwor­ca po­cią­gu Haj­nów­ka – War­sza­wa Za­chod­nia. Od­je­chać miał kwa­drans po dru­giej. Sie­dem wa­go­nów jak spod sztan­cy, z poznańskiego Cegielskiego chyba. Pa­mię­ta­cie takie na pewno, do dziś można je spo­tkać na mniej waż­nych tra­sach: prze­szklo­ne prze­dzia­ły, śmier­dzą­ce nie­do­my­ka­ją­ce się to­a­le­ty, w prze­dzia­łach fi­ra­necz­ki ze sty­lo­nu w ja­sno­brą­zo­wy rzu­cik z na­pi­sów “PKP”, za­ku­rzo­ne brą­zo­we sie­dzi­ska, zimą za­wsze du­cho­ta, spe­cy­ficz­ny me­ta­licz­ny za­pach i takiż po­smak w ustach po naj­krót­szej nawet po­dró­ży, roz­re­gu­lo­wa­ne ogrze­wa­nie. Ale że mróz trzy­mał tęgi już od ty­go­dnia, zima znów nadciągnęła z tych “stu­le­cia”, w nocy spa­da­ło do ponad trzy­dzie­stu stop­ni po­ni­żej zera, lep­sze takie ogrze­wa­nie niż żadne – po­my­śla­łem. W Pusz­czy od kilku dni pę­ka­ły od tych sy­be­ryj­skich za­mro­zów dwu­stu­let­nie świer­ki. Ich suchy do­no­śny trzask sły­sza­łem i tej nocy, sto­jąc na wą­skim pe­ro­nie sta­cji Pałac. Więc niech już i grze­ją w wa­go­nach, choć­by za mocno.

Za­tasz­czy­łem torbę do prze­dzia­łu i z tru­dem umie­ści­łem na półce. Obok wrzu­ci­łem rów­nie cięż­ki ple­cak. Nic dziw­ne­go. Po­łów­ka świ­nia­ka swoje waży. Szły Świę­ta, męska część ro­dzi­ny roz­je­cha­ła się po Pol­sce za apro­wi­za­cją, bo kart­ki na mięso można było już sobie w buty wsa­dzić. W skle­pach od mie­się­cy nagie haki i półki, w oczach matki łzy, kiedy nie miała co ugo­to­wać bli­skim na obiad, a moja mała sio­strzycz­ka bez prze­rwy py­ta­ła, dla­cze­go znów jemy pyzy. Bo ma ape­tyt na ko­tle­ta. Oj­ciec po­je­chał więc do ro­dzi­ny do Łu­ko­wa, po nabiał i ho­do­wa­ne dla niego spe­cjal­nie bezkartkowe kur­cza­ki, ja zaś ru­szy­łem po wy­ma­rzo­ne przez sio­strzycz­kę scha­bo­we aż na kra­niec Pol­ski. Zna­jo­mi, lu­dzie już mocno sę­dzi­wi, dali jesz­cze w li­sto­pa­dzie znać, że utu­czy­li co trze­ba na sprze­daż, ale w cenę wli­czy­li pomoc przy nie­le­gal­nym prze­no­sze­niu świn­ki do Kra­iny Wiecz­ne­go Ko­ry­ta. Miej­sco­wy we­te­ry­narz był już uga­da­ny, za nie­wiel­ki udział.

Cóż było robić? Oso­bi­ście, siedemnastolatek, naj­pierw do­rwa­łem gdzieś, jesz­cze w War­sza­wie, pod­ręcz­nik dla ma­sa­rzy i rzeź­ni­ków, a potem, w Bia­ło­wie­ży, klnąc swój los w żywy ka­mień, wa­li­łem na wą­ziut­kim po­dwó­rzu ma­cio­rę w łeb sie­kie­rą, wie­sza­łem mar­twym ryjem w dół na belce w sto­do­le, wy­ta­cza­łem do wiel­kiej ema­lio­wa­nej michy juchę, po­ma­ga­łem w pa­tro­sze­niu i spa­rza­niu wrząt­kiem tuszy, a potem w jej dzie­le­niu. Schab i kar­ków­ka, szyn­ka, go­lon­ki i nóżki, pół łba z wiel­kim uchem na gło­wi­znę w ga­la­re­cie, ło­pat­ka, bo­czek, sło­ni­na do so­le­nia… I na sam wierzch, rzecz jasna, świe­że, pach­ną­ce przy­pra­wa­mi ka­szan­ki, grubo mie­lo­na wą­tro­bian­ka uwa­rzo­na przez go­spo­da­rzy tuż przed moim wy­jaz­dem… W wy­gło­dzo­nej War­sza­wie istne de­li­cje. Nie­do­stęp­ne wtedy i luk­su­so­we. Wszyst­ko to po­upy­cha­łem w so­bo­tę wie­czo­rem do torby, po­owi­ja­ne w ga­ze­ty, część wsa­dzi­łem do ste­la­żo­we­go rajdowego ple­ca­ka. Dopchałem prostym prowiantem na drogę, żeby nie kusiło. Po dro­dze do Haj­nów­ki, jesz­cze na dwor­cu Bia­ło­wie­ża Pałac i tak wszystko za­mar­z­ło na ka­mień. Spo­koj­nie przetrzyma podróż.

W po­cią­gu z Haj­nów­ki do War­sza­wy, kiedy ledwo wdra­pa­łem się po stro­mych schod­kach do wnę­trza wa­go­nu, zma­cha­ny byłem tak (spró­buj­cie wę­dro­wać i wspi­nać się na ob­lo­dzo­ne stop­nie, mroź­ną nocą, z ba­ga­żem wa­żą­cym w sumie dobre sie­dem­dzie­siąt kilo), że kiedy już upo­ra­łem się z ła­dun­kiem, mu­sia­łem chwi­lę od­sap­nąć. O car­skim wa­go­nie pra­wie z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łem. Kiedy jed­nak po­ciąg ru­szył zdzi­wi­łem się nieco, że w prze­dzia­le po­now­nie je­stem cał­kiem sam. O ile na tra­sie z Bia­ło­wie­ży cza­sem się zda­rza­ło, to już w Haj­nów­ce nor­mal­ne to na pewno nie było. Za­zwy­czaj ledwo da­wa­ło się zna­leźć wolne miej­sce.

Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz wa­go­nu. Pusto. Tylko świa­teł­ka się tlą. Spraw­dzi­łem do­kład­niej – w całym wa­go­nie poza mną ani jed­ne­go czło­wie­ka. Po­ciąg je­chał przez śnie­ży­cę, tu i ów­dzie przez szcze­li­ny w oknach zawiewało do wnę­trza śnież­ny pył, a ja czu­łem się coraz bar­dziej nie­swo­jo. Po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, naj­bliż­sza sta­cja – Cze­rem­cha – miała za­mi­go­tać za okna­mi do­pie­ro za pół go­dzi­ny. Sta­ran­nie zga­si­łem w prze­dzia­le świa­tło, za­cią­gną­łem przed wyj­ściem za­słon­ki, by nie dawać nikomu okazji i ru­szy­łem w ob­chód. Czte­ry wa­go­ny dalej do­tar­łem do krań­ca po­cią­gu. Żywej duszy. Za szybą ostat­nich za­blo­ko­wa­nych drzwi stop­nio­wo za­sy­py­wa­ne tory ucie­ka­ły w ciem­ność i gi­nę­ły gdzieś w mroź­nej pu­st­ce.

Po­sze­dłem z po­wro­tem. Piąty wagon – ten mój, mój w nim prze­dział, na półce torba i ple­cak z rą­ban­ką. Ale mnie pcha­ło coś dalej. Nie po­wiem, po­ja­wi­ła się pierw­sza iskier­ka lek­kie­go może jesz­cze nie stra­chu, ale z pew­no­ścią nie­po­ko­ju. Nic to. Ko­lej­ne trzy wa­go­ny i nadal ni­ko­go. Aż po za­bi­te na głu­cho przej­ście od­kry­tym po­mo­stem do spa­li­no­wo­zu. Ro­zu­mie­cie? Ni­ko­go, nawet kon­duk­to­ra! Ale zaraz, jak to TRZY?!

Ostat­nim, ósmym wa­go­nem był ten z trasy bia­ło­wie­skiej – car­ski, plu­szo­wy, mo­sięż­no-ma­ho­nio­wy! Kiedy go do­cze­pi­li? Prze­cież tam­ten po­ciąg, z Bia­ło­wie­ży do Haj­nów­ki, dawno od­je­chał w dal­szą trasę do Biel­ska! A w Haj­nów­ce, kiedy wsia­da­łem do skła­du idą­ce­go do War­sza­wy, na pewno go nie do­strze­głem! Coś bły­snę­ło pod no­ga­mi. Pod­nio­słem z puszystego chodnika. Srebr­na ­ru­blów­ka, na re­wer­sie data: 1913. Skąd ona tutaj? Chuch­ną­łem z nawyku i równie od­ru­cho­wo scho­wa­łem do kie­sze­ni, jak gdyby znajdowanie na zabytkowych pulmanowskich korytarzach carskich numizmatów było czymś najzwyklejszym w świecie. Gdy zaś po­now­nie unio­słem wzrok, coś się zmie­ni­ło.

Drzwi do wszyst­kich po­je­dyn­czych prze­dzia­łów sze­ro­ko otwar­te, tchnęły litą nie­prze­nik­nio­ną czer­nią, ni­czym wpa­trzo­ne we mnie łapczywie, nieprzytomnie głodne źre­ni­ce. Tylko jeden, ten po­trój­ny, za­mknię­ty. We­wnątrz fa­lo­wa­ło niby dym trupio zielone świa­tło, lecz za­cią­gnię­te na głu­cho gęste plu­szo­we story nie po­zwa­la­ły nawet zaj­rzeć do środ­ka. A ja, z każdą spę­dzo­ną pod nim se­kun­dą, coraz bar­dziej bałem się nie tylko po­cią­gnąć za klam­kę, ale nawet gło­śniej ode­tchnąć.

I wtedy ze środ­ka ktoś nagle, krót­ko, z gniew­em i roz­pa­czą krzyk­nął:

– Ga­spa­da! Jesz­czio raz?!

– Jesz­czio!!! – metalicznie ryk­nę­ło z wnę­trza w od­po­wie­dzi, aż echo poniosło ko­ry­ta­rzem.

Nawet nie po­czu­łem, jak i kiedy zna­la­złem się kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej, w swoim wa­go­nie, pod półką z ubi­tą świnią. Drzwi prze­dzia­łu za­blo­ko­wa­łem od we­wnątrz, fi­ran­ki za­cią­gną­łem, świa­tło znów wy­łą­czy­łem. Trzą­słem się, strach wy­czu­lał słuch, z ze­wnątrz gdzieś z od­da­li wciąż chyba do­bie­ga­ły rwane od­gło­sy ofi­cer­skiej po­pi­ja­wy…

A za oknem – czar­no. Tylko przy sa­mych szy­bach, pod­świe­tlo­ne lam­pa­mi z in­nych prze­dzia­łów, tu­ma­ny pę­dzą­cych śnie­ży­nek. Zimno jakoś, jakby wy­łą­czy­li ogrze­wa­nie. I ja sam jeden, nie li­cząc zwa­łów zmro­żo­ne­go na kość mię­cha. Ale Cze­rem­cha była już bli­sko, tam wy­sią­dę, aby dalej od tego prze­klę­te­go wa­go­nu i po­cią­gu! Wła­śnie się zbli­ża­li­śmy. I co po­wie­cie? Mój po­ciąg nie zwal­nia­jąc nawet prze­le­ciał przez dwor­co­we tory i pe­ro­ny, na któ­rych – Boże ty mój – ciem­no i rów­nież ni żywej duszy!

Gdzie ja tra­fi­łem? Czym­że je­cha­łem? Aż taka wokół pust­ka? To prze­cież nie­moż­li­we! Czy to jesz­cze życie, czy też może gdzieś po dro­dze wal­nę­li­śmy w coś ja­dą­ce­go z na­prze­ciw­ka, a tu, nie wie­dzieć dokąd, po­dą­ża je­dy­nie mój prze­ra­żo­ny duch, po­prze­dza­ny przez pi­ja­ny, nomen omen w trupa, od­dział pie­kiel­nych kon­wo­jen­tów? Ro­sną­ca nie­ustan­nie de­spe­ra­cja, w końcu nie­mal pa­ni­ka, ka­za­ły mi się przyj­rzeć ha­mul­co­wi bez­pie­czeń­stwa. Tak, to jest myśl! Kiedy po­ciąg sta­nie – ze­sko­czę w śnieg i w pole! Mróz nie mróz, za­mieć, nie za­mieć! Szarp­ną­łem czer­wo­ną rę­ko­jeść przy­go­to­wa­ny na wstrząs, ale on nie na­stą­pił. Nic się nie stało! I wtedy, sam nie wiem dla­cze­go, spoj­rza­łem roz­bie­ga­nym wzro­kiem na półkę. Pa­kun­ki z rą­ban­ką nadal na niej tkwi­ły. No tak, że też wcze­śniej na to nie wpa­dłem! To musi być sen, kosz­mar­ny majak – po­my­śla­łem wtedy. Zmę­czo­ny je­stem. Mor­der­cze, pierw­sze w życiu wła­sny­mi rę­ko­ma do­ko­na­ne świ­nio­bi­cie też mi w kość dało, trze­ba po pro­stu prze­cze­kać i się w końcu obu­dzić. W naj­strasz­niej­szych opo­wia­da­niach Gra­biń­skie­go nikt prze­cież nie prze­my­cał w na­wie­dzo­nym po­cią­gu po­łów­ki świ­nia­ka!

Zaraz, zaraz, co też to mówiła bufetowa Nadieżda? Że nikt ich nawet po chrześcijańsku nie pogrzebał?! Czyli – po tutejszemu – ani obowiązkowej panichidy, ani nabożeństw na trzeci, dziewiąty, nawet najważniejszy – czterdziesty dzień? Po dziś dzień żadnych, najskromniejszych rodzinnych spotkań w ich Radunicę, czyli Wszystkich Świętych, z ofiarnym jedzeniem na grobach, by znękane dusze miały siłę przebrnąć cały najeżony próbami szlak, aż przed oblicze Najwyższego? Albo łatwiej znosić piekielne męki? I to wszystko tylko dlatego, że jak powiedziała Nadieżda, ówczesny szef Ochrany, czyli tajnej policji cesarstwa, lękał się opinii publicznej i zamiótł sprawę pod dywan, pod pretekstem oddalenia dalszych zamachów? Chociaż sam święty starzec Grigorij ostrzegał carycę, że to sprowadzi na wszystkich niewyobrażalne nieszczęście? Komu jak komu, ale pomazańcowi Bożemu na tej ziemi po prostu pewnych rzeczy robić pod żadnym pozorem nie wolno! Bo jakże to tak, carem być potężnym, samodzierżawnym, a z nędznego strachu nawet nie pochować sług swoich jak ludzi… Mszy za nich nawet nie zamówić…

I wtedy wreszcie nagle wszystko zrozumiałem. Ach, to stąd ten rubel! To dlatego tak się dziś do mnie ten piekielny wagon przyczepił! W końcu – jeśli nie ja, to kto?

To był impuls. Gorączkowo zerwałem z półki plecak, wyjąłem z niego kawał świeżo przyrządzonej jęczmiennej kaszanki, wędliny jednej, drugiej, wyrwałem z bocznej kieszeni pszenny placek z makiem dany mi przez gospodarzy na drogę, obrałem trzy gotowane jaja na twardo, żelazny element każdej wtedy podróżnej wałówki. Wyszedłem na korytarz i po cichu znów przemknąłem aż pod sam carski wagon. Przynajmniej spróbuję. A jakże, nadal na mnie czekał. Tym razem spokojny, cichy, taki sam jak wtedy, gdy nim z Bałowieży jechałem. Do trzech razy sztuka, albo jak tutejsi mawiają: Boh Trojcu Liubit. Ułożyłem ofiarę tuż za pomostem, na niecierpliwie falującej, niczym czułki ukwiału, zielonej wykładzinie korytarza, przeżegnałem się kilkakrotnie z lewej na prawą i na wszelki wypadek również z prawej na lewą, Wieczne Odpoczywanie chyba nawet zmówiłem, a potem równie cicho, nawet się nie oglądając, wróciłem do siebie. Widma, nie widma, mara, nie mara, coś się im przecież do diabła, od żywych należało! Niechby i we śnie! A za poczęstunek – zapłacili!

Kiedy więc mi­ja­li­śmy Sie­dl­ce w nieprzerwanym pędzie, a ja nawet nie spostrzegłem wśród zaokiennej czerni mia­sta ani dwor­ca, po pro­stu wtu­li­łem się w kąt prze­dzia­łu i już tylko cze­ka­łem na ko­lej­ne senne de­mo­ny albo anio­ły, które po­nio­są mnie w ten oni­rycz­ny świat dalej, kiedy być może wresz­cie do­trze­my do ko­lej­nej wy­mę­czo­nej fazy REM. Z tego wszyst­kie­go w końcu nawet szyny prze­sta­wa­ły już ryt­micz­nie od­zy­wać się tym swoim zwy­czaj­nym toto totak, toto totak, prze­cho­dząc nie­po­strze­że­nie w stłu­mio­ne i głu­che dłuk, dłuuk, dłuk dłuuk, brzmią­ce ni­czym bąble pę­ka­ją­ce na po­wierzch­ni go­tu­ją­cej się smoły.

Pły­nę­li­śmy przez noc, Ko­smos, bez­lud­ne eony – ja unie­ru­cho­mio­ny ucichającym kosz­ma­rem oraz moja roz­mra­ża­ją­ca się po­wo­li wie­przo­wi­na tak długo, że zdą­ży­łem w tym śnie – nie śnie – kil­ka­krot­nie opo­wie­dzieć sam sobie i sta­ran­nie obej­rzeć całe moje życie. Jakbym się komuś mimowolnie spowiadał. Nie­wie­le tego wtedy było, ale cóż, dobre i to! W każ­dym razie znacz­nie lep­sze niż wspo­mi­na­nie bez końca widmowego prze­dzia­łu, w car­skim wa­go­nie. Po dro­dze Mińsk Ma­zo­wiec­ki też nawet nie mi­gnął za szy­ba­mi. Chyba w końcu z tego wszyst­kie­go jesz­cze głę­biej, bo już całkiem bez snów, za­sną­łem. Bę­dzie co ma być. Po­pi­ja­wa dawno uci­chła. Wszyst­ko uci­chło, tylko za szy­ba­mi wciąż było sły­chać to mrocz­ne, z in­ne­go świa­ta, dłuk, dłuuk… Dłuk dłuuuk… Dłuuuuuk…

***

Kiedy po­ciąg wresz­cie sta­nął na sta­cji War­sza­wa Wschod­nia, a ja otwo­rzy­łem zdu­mio­ne oczy, nagle za­la­ne świa­tłem sło­necz­ne­go skrzą­ce­go się bielą po­ran­ka, uj­rza­łem za oknem pierw­szych ludzi. Nie­bie­skich. Pra­wie sa­mych nie­bie­skich. Choć byli i zie­lo­ni. Tych dru­gich z każdą chwi­lą po­ja­wia­ło się na pe­ro­nie wię­cej. Nie­do­brze, bo skrzy­deł nie do­strze­głem, choć kopyt na szczęście też na razie nie. Cho­dzi­li gru­pa­mi, pa­trzy­li mi ba­daw­czo w oczy, wa­ha­li się, gdy ich kuś­ty­ka­jąc mi­ja­łem, obar­czo­ny cięż­kim ponad miarę ła­dun­kiem, aby przez pe­ro­ny, aby dalej za wyludniony dwo­rzec, aby już nie wi­dzieć tego kosz­mar­ne­go po­cią­gu. Nawet nie obej­rza­łem się na ko­niec, czy car­ski wagon nadal tam jest.

Na wy­mar­łej ulicy stała jedna je­dy­na, sa­mot­na tak­sów­ka. Po­da­łem adres. Kie­row­ca po­mógł mi umie­ścić torbę w ba­gaż­ni­ku, potem bez słowa ru­szył.

Chwi­lę trwa­ło mil­cze­nie. Na Cha­ro­na nie wy­glą­dał. Na Świę­te­go Pio­tra też nie­spe­cjal­nie. Sam za­ga­dał:

– I co my­ślisz, młody czło­wie­ku, o tej na­szej wo­jen­ce? Bo jak tak pa­trzę sobie na cie­bie i twój bagaż, jestem prawie pewien, że raczej damy radę… Może choć tym razem przejdzie bokiem? Cooo, mały szmu­gie­lek przed świę­ta­mi?

Woj­nie? Ja­kiej znowu woj­nie?! Dobra ze złem? Nieba z Pie­kłem? Snu z jawą? Kiedy do­jeż­dża­li­śmy na moją pra­ską Troc­ką, pod ga­zo­be­to­no­wy blok, jeden z setki po­dob­nych, zro­zu­mia­łem, że te sko­ja­rze­nia były cał­kiem traf­ne. Choć do­pie­ro ko­lej­ne dni i mie­sią­ce po­ka­za­ły, jak bar­dzo. Trzy­na­ste­go grud­nia 1981 roku, o dzie­wią­tej pięć rano wła­do­wa­łem się z torbą i ple­ca­kiem do miesz­ka­nia, w któ­rym matka pła­ka­ła, a sio­stra py­ta­ła, co z Te­le­ran­kiem.

Rą­ban­kę stop­nio­wo wyj­mo­wa­ną z do­mo­wej za­mra­żar­ki, po­ma­lut­ku je­dli­śmy aż do czerw­ca, choć na dzień dobry swoje dostałem za brak kilku kilogramów wędliny. Wyjaśniło się przy okazji, skąd aż tak sa­mot­na po­dróż z Haj­nów­ki – dwor­ce ko­le­jo­we od pierw­szej w nocy z so­bo­ty na nie­dzie­lę były już szczel­nie oto­czo­ne przez woj­sko Wrony. Miało rozkaz wypuszczać, lecz wpuszczać już nie. Blokowało tak dokładnie, że nikt inny, poza pi­ja­ny­mi du­sza­mi w dro­dze z Przed­pie­kla do Pie­kła, mnie oraz nie­kom­plet­ne­go wie­prz­ka, już się nie prze­ci­snął.

Nie­zły sen, po­wie­cie. Może i sen. A może nie. Kiedy wie­czo­rem w łazience wkła­da­łem do pral­ki po­dróż­ne dżin­sy, z kie­sze­ni coś wy­pa­dło i chy­bo­tli­wie po­to­czy­ło się po terakocie pod wannę. Kiedy sięgnąłem i otworzyłem dłoń, na re­wer­sie po­kry­te­go oksy­dą lat, ponad trzy­cen­ty­me­tro­wej śred­ni­cy krąż­ka, zapysznił się dwu­gło­wy orzeł, a pod nim cy­ry­li­cą wy­bi­te: “rubl”. Od­wró­ci­łem mo­net­ę. Awers przy­wi­tał mnie zna­nym pro­fi­lem i ro­syj­skim pod­pi­sem: “B.M. Ni­ko­łaj II Im­pe­ra­tor i Sa­mo­dzier­ż…”. Resz­ty nie dało się od­czy­tać, napis roz­pły­wał się srebr­ną łzą po nadto­pio­nym ran­cie…

Koniec

Komentarze

Dobre, mocne, klimatyczne. I najważniejsze, że czytelne – żadnych rebusów. Wspomniany Grabiński cmoka teraz zapewne z uznaniem, a może i z odcieniem zazdrości!

Klik!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Kolejny świetny tekst Rybaka, zapewne napisany w godzinę albo dwie :) Bardzo dobrze się czytało, podobają mi się opisy pociągu i stacji, jak i sposób opowiadania historii przez bohatera, sam pomysł też niczego sobie, poza tym rewelacyjny klimat :)

Klikam i powodzenia w konkursie :)

Napisany w dwie i pół, ale dopisywany i doredagowywany już dziś chyba w pięć:) Dziękuję:D

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Po rozbudowaniu części trzeciej, przeczytałam jeszcze raz całość i teraz jeszcze bardziej mi się podobało, pewnie dzięki, rzeczywiście “klimatycznym” zmianom, które wprowadziłeś, ale też zwykle tak mam, że za drugim razem więcej do mnie trafia :) Wieje grozą ten Twój tekst, Rybaku :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia.

 

Ps. O i tytuł się zmienił, ten obecny taki, hm, poważniejszy :)

Katiu, bardzo dziękuję i za ponowną lekturę, i za duuży komplement. Z Twoich ust, najlepszej chyba forumowej specjalistki od klimatów z ciemnej strony Księżyca, to “wianie grozą” to dla mnie naprawdę spore wyróżnienie :). Poważnie, poważnie!

Pozdrowienia i ukłony:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Skonsumowałem tekst po “masteringu”; nabrał dodatkowych rumieńców, choć i bez nich znakomicie się bronił. Jedno tylko pytanie o tytuł mianowicie. Bo w komentarzach wciąż mi się wyświetla “Carski wagon, świnia i ja, czyli pociąg do przepiekla”, a tu “Carski wagon”. To jakaś oszybka systemu czy co?

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Po “masteringu”, jeszcze wczoraj zmieniłem tytuł na poważniejszy, lepiej pasujący do finalnej wersji, komentarze tego nie uwzględniają… U mnie też tak jest.

dzięki:)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Oczywiście tytuł o niebo lepszy. Tamten był przegadany i spoilerujący :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Mnie też się bardziej podoba :)

W końcu zdążę komuś przyznać klika! A przynajmniej mam taką nadzieję…

 

Fajne. Naprawdę fajne opowiadanie. :)

Przede wszystkim zwraca uwagę świetny klimat. Sporą robotę wykonują tu bardzo dokładne opisy. Dbałość o szczegóły. Pozornie to drobiazg, który może przez czytelnika nie zawsze będzie doceniany. Ale on, w tym konkretnym opowiadaniu jest niezmiernie istotny. Czytający w tym przypadku nie ma nawet szczególnie dużo do roboty. Wyobraźnia wpada na gotowe. :)

Druga sprawa, która rzuciła mi się w oczy, to taka ogromna swoboda, z jaką napisany jest ten tekst. On jest tak fajnie niewymuszony. Trudno mi to odczucie ubrać we właściwie słowa, więc przyjmijmy najprostszą wersję, że te moje powyższe uwagi to zwyczajnie chęć docenienia warsztatu.

Tyle ode mnie. Gonię wnioskować o klika, zanim ubiegnie mnie “nieuczciwa konkurencja” z klikiem bezpośrednim.

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Wyobraźnia wpada na gotowe.

Masz rację CM. Rrybak odwala całą brudną robotę za czytelnika :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Masz rację CM. Rrybak odwala całą brudną robotę za czytelnika :)

A najfajniejsze jest to, że właściwie doceni ten fakt jedynie ten, kto choć raz próbował bawić się w pisanie. :) Bo tylko taka osoba wie, jakie to trudne.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Te szczegóły służą zagęszczeniu linearnej historii. Oraz jej uplastycznieniu, by dla Czytelnika stała się jak film na szerokim ekranie i w technikolorze. Podobnie jak wypady w przeszłość i przyszłość– one niejako poszerzają średnicę opowieści, jej "przestrzeń operacyjną", idącej takim jakby tunelem przez pustkę do wypełnienia. Coraz częściej opowieści są "cienkie jak sznureczek, na który ledwie ledwie nanizano parękoralików. A między nimi niemal nic, więc to nic "nowoczesny autor" zapełnia swoimi dywagacjami, a potem nazywa to postmodernizmem;). Tymczasem jak to mawiają mądrzy ludzie – średnica ważniejsza niż długość, tym bardziej pozapętlana na maksa. Dlatego dla mnie powieścią, którą zabrałbym na bezludną wyspę jest np Wzgórze Błękitnego Snu Igora Newerly.

CM, tsole, dziękuję:). Bo tak właśnie ze mną i moimi opowiadaniami dokładnie jest. Pomysł, konstrukcja i napisanie zajmują mi zazwyczaj góra kilka(2,5-3) godzin (jeśli przyjdzie wena, czyli natchnienie, inaczej w ogóle do nowych rzeczy nie siadam do kompa, chyba że to zawodowe moje pisanie, więc muszę). Za to owe "fajne niewymuszenie " trwa potem, godzinowo, w sumie 14-20 godzin, sumując wszystkie drobne poprawki, korekty, uzupełnienia i zmiany:D.Lekkość zabiera więc najwięcej. Ale tak właśnie ma być, że Czytelnikowi a nie autorowi ma być lekko, tak rozumiem szacunek dla (kiedyś, może), nabywcy moich książek. Jemu i tak ciężko, gdy ryzykuje i płaci w księgarni grubą kasę. Byłoby nieprzyzwoicie z mej strony, gdybypotem odrabiał za mnue moją robotę i dodatkowo męczył się czytając;). Fajnie, że zauważyliście. Pozdrawiam:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Świetne!!!

Jakbym się w czasie cofnął… Wszak ja to wszystko przeżyłem, pamiętam – plecak Polsportu, jajka na twardo, brak Teleranka…

A tu i mnogość wycyzelowanych detali (jak te firanki w PKP), ale i większa opowieść za nimi schowana. No cymesik!

Biegnę do Piórka nominować, a mam też nadzieję że w “Portal NF – The Best of 2019” się znajdzie!

Z uważek:

– czasem tekst jest gdzieś niewyjustowany i nieładnie to wygląda;

– “Pani Nadieżdo, spokojnie” – tu Ci zabrakło kreseczki przed dialogiem.

 

Piękne!!!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo dziękuję, Staruchu (i przy okazji tsole) za nominacje:). Ale jak znam życie…

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Mam kłopot z komentarzem, ponieważ podoba mi się, ale… wolałabym nie znać wcześniej Nawigatora. 

Najpierw jednak o czymś innym. Fajne! smaczki wyłapuję, a gdybym nawet o nich nie wiedziała, to opowiadanie byłoby chyba jeszcze bardziej interesujące. Narracja soczysta, nawet świnię przełknęłam gładko, no prawie;)

Naturalizm – zdecydowanie na plus i więcej takich tekstów poproszę:)

Przez opowieści z pogranicza opowieść jest wzruszająca, a zarazem dydaktyczna, w taki dobry sposób – mogę się czegoś dowiedzieć (nie, nie nudzisz:)).

 

Wrócę do początku. Jedna rzecz mnie nurtowała. Jak to jest, że szesnastolatek jak „stary” zachowuje się, myśli i czuje? Wiem, narrator snuje historię, wspomnienia, ale w niektórych miejscach przenikają się  – młodość ze dojrzałością. Nawet jeśli przyjmiemy, że był młodym staruszkiem, to brakuje rozdzielenia gdzie-niegdzie, chyba najbardziej w pociągu. 

Pomyślalam jeszcze o jednym, o postaci Nawigatora i że fajnie byłoby, bohaterowi z tego opowiadania przydać coś, czego tamten nie miał. Zniuansować, ponieważ przy zbliżonej narracji łatwo wskoczyć w te same spodnie.

Srd pdz :) a

Dobre  opko, też zgłaszam do nominacji!

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asy­lum,za ko­mu­ny lu­dzie szyb­ciej do­ra­sta­li. Przemy­ka mi­li­cja zabiła jak miał ile? 16 lat? W ko­lej­kach w nocy pod skle­pa­mi, zimą, w nocy, stały po ser i jajka dzie­ci 14-let­nie. To była dla większości bru­tal­na walka o przeżycie. Nic pięknego. A frag­ment ze świ­nio­bi­ciem jest aku­rat praw­dzi­wy. Ow­szem, tak było i nikt się nie pieścił. I pew­nie do­brze, że dziś jedt mi­ni­mal­nie lżej…

Na tyle, że nawet mocno dorośli ludzie mogą coraz częściej w Polsce wcale nie dorastać… A Nawigator… No cóż, jest różnica, bo on jest po prostu… dobry. Bez naszych bagaży na grzbiecie…

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Nie o to mi chodziło, zresztą sam wiesz:D

Tak, domyślam się, że scena ze świniobiciem prawdziwa.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, Katiu, i za kliczki dziękuję:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Widzę, że postawiłeś na klimat. Budowałeś go i budowałeś. Ja bym wolała więcej akcji, ale tekst nie jest zły. Po prostu niezupełnie w moim stylu.

Od rozmowy z bufetową nawet zaczyna się robić ciekawie. Bo wcześniejsze rozważania o plakatach… No, IMO, nic nie wniosły.

Wykorzystujesz oklepane pomysły – widmowy pociąg jak w typowym horrorze kolejowym, podejście “ach, to był tylko sen” (jak ja nie cierpię tego zagrania!) z przeniesieniem artefaktu ze świata snu do realu… Na szczęście carsko-stanowojenna otoczka trochę to równoważy.

Babska logika rządzi!

Uwaga, SPOILER I ŁOPATOOGIA!;). Finklo: Na początku: dziękuję, że zdecydowałaś się na lekturę mego skromnego opka, chociaż one (i zdaję sobie z tego sprawę nie od dziś) nie są kompletnie z Twojej bajki. Tym bardziej cenię Twe zainteresowanie:). A teraz ad rem:

To nie było opowiadanie akcji i nigdy u mnie nie szukaj takich opowiadań, bo zawsze się zawiedziesz :)

Plakaty mają uzasadnienie, a jakie – pozostawiam to Twojej domyślności ;). Pierwsza podpowiadajka – co w ogóle było cennego w starym dworcu,(abstrahując od Nadieżdy, po ros. – Nadzieja), a co w nowym? I co wobec tego stało się z nowym gdy nie przeniesiono tego cennego do nowego? I jaka jest tu analogia do carskiego wagonu i jego załogi? Oraz Rosji carskiej. Oraz XX lecia m-woj? Oraz – kiedy już bohater zrobił to co zrobił – do wyniku wojny z 1981 r.?

Podobnie jak uzasadnienie ma reszta symboliki i nawiązań kulturowych. Dla ewentualnych wytrwałych.

Bohaterowie moich opek NIGDY nie będą nowoczesnymi w pełni osobnikami reagującymi na zewnętrzne bodźce jeno w warstwie odruchów bezwarunkowych, niczym galwanizowana żaba. Co jest główną oznaką (tacy bohaterowie i taki sposób ich reagowania na bodźce), że właśnie oglądamy kolejny film akcji;. Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do uważnej lekturę (w przyszłości ;).

p.s. Mr.Maras miał (po części) rację, więc jako koniec tego skrótu podam (drugą i ostatnią) podpowiadajkę: Każde pokolenie ma swoj carski wagon . Japończycy i po cześci Chińczycy np., dlatego właśnie do dziś budują nowoczesność zachowując historię i tradycję, wartości i kulturę, a nawet… religię. By na pewno nie zejść z kursu i nie zgubić czegoś najważniejszego, w drodze do tej… nowoczesności. A potem za to słono nie zapłacić. Jak także i oni już zaczynają płacić, gdy stopniowo to coś zatracają.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Ale wiesz, Rrybaku, że gdy Autor przekonuje czytelnika pod tekstem o głębi i wielu WARSTWACH swojego opowiadania to jest ogólnie słabe? 

Wkrótce wrócę ze swoim komentarzem. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale wiesz, Mr.Marasie, że to WYŁĄCZNIE do Finkli? I nie dotyczy to – dla mnie – tego opka, bo to już dla mnie przeszłość, a wszystkich przyszłych? Ale co do łopatologii zbytniej w moim komentarzu powyżej – masz rację. Wyciąłem ją w większości. Niech każdy widzi w moich opkach wyłącznie to, na co jest przygotowany :)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Solidnie napisany kawał tekstu. Trochę się brnęło przez treść, jak przez głęboki śnieg, bo prawie bez dialogów, interakcji, które bardzo w tekstach lubię. Tutaj postawiłeś na opisywanie wszystkiego krok po kroki i to się sprawdza. Klimat w dechę, fabuła również ciekawa.

Napisane w 2.5h?!

Cóż..nie skomentuję.

Bardzo dobre opowiadanie :)

Napisane nie znaczy dopieszczone;) . Dzięki za uznanie dla opka:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Lubię takie klimaty, lubię taki styl pisania – nieśpieszny, gawędziarski. Właściwie dość szybko zorientowałam się, co to za noc, ale nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Podobały mi się wszystkie te drobiazgi: firanki, plakaty, plecak Polsportu. Fajna klamra z tym carskim wagonem, wyszło Ci. Do tego świetny opis zasypanej śniegiem Białowieży i świniobicia. Fajnie wykorzystałeś ten ostatni motyw. Ofiara dla zmarłych naprawdę była bogata. ;)

Przyznam, że stęskniłam się za Nawigatorem i już Cię miałam napominać w tej kwestii, ale to opko mnie zachwyciło chyba nawet bardziej. Pisz najlepiej i tak i tak. Słowem masz we mnie bardzo zadowoloną czytelniczkę. :)

I tylko za jedno bym Cię normalnie udusiła. Aleś Ty mi smaka narobił. Jak ja bym zjadła swojskie jelita (jak się w moich stronach mówi na kaszankę) i ta wątrobianka… Skąd mam teraz, u licha, wytrzasnąć wątrobiankę?!

Zrobić:). W sieci są przepisy, nawet bez jelit:). Cieszę się, że się sposdobało. Teraz walczy o brązowe piórko. Zobaczymy…Pozdrawiam cieplutko w ten deszczowy wieczór.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Dość efektownie opisana podróż chłopca, który nie ma jeszcze pojęcia, co wydarzyło się w nocy,  ze zgrabnie wplecioną historią sprzed dziesięcioleci.

Klimat, wychwalany przez innych, jakoś nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia, bo ewentualne doświadczenia szesnastolatka w dość nieoczekiwany i, jak dla mnie, mało zrozumiały sposób przeplatają się ze wspomnieniami dorosłego, sięgającego pamięcią w przeszłość.

Czy dobrze rozumiem, że w pociągu, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, chłopcu było dane przeżyć zdarzenie, zwiastujące III wojnę?

Nigdy nie byłam szesnastoletnim chłopcem, nie znam też Twojego bohatera, ale jakoś nie bardzo mogę zobaczyć go taszczącego siedemdziesiąt kilogramów mięsa i wędlin w plecaku i torbie. Samo wysłanie chłopaka z taką misją, w dodatku koleją, wydaje mi się mało wiarygodne i zastanawiam się, dlaczego po kurczaki pojechał ojciec, a dzieciak został wysłany do świniobicia?

Czytało się nieźle, ale nie mogę podzielić zachwytów wcześniej komentujących.

 

Asylum,za komuny ludzie szybciej dorastali. Przemyka milicja zabiła jak miał ile? 16 lat?

Rrybaku, urodziłam się w 1951 roku i nie pamiętam, abyśmy (ja i moi rówieśnicy) w tamtych czasach szybciej dorastali. Żyliśmy i funkcjonowaliśmy normalnie – był czas dzieciństwa, był czas dorastania i nic nie działo się w przyśpieszonym tempie. Nie znam też nikogo, kto w wieku czternastu lat stałby w nocnych kolejkach pod sklepem spożywczym.

Grzegorz Przemyk, kiedy zmarł pobity przez MO, był maturzystą i miał dziewiętnaście lat.

 

 

Mio­do­wo wi­śnio­we drew­nia­ne obi­cia drzwi oraz ścian… ―> Mio­do­wo-wi­śnio­we drew­nia­ne obi­cia drzwi oraz ścian

 

może za­pa­le­nia pa­pie­ro­sa w bursz­ty­no­wej cy­ga­ret­ce… ―> Chyba miało być: …może za­pa­le­nia pa­pie­ro­sa w bursz­ty­no­wej cygarniczce

Za SJP PWN: cygaretka 1. «cienkie cygaro» 2. daw. «papieros» 

 

ma­syw­ną szkla­ną chłod­nią – wi­tryn­ką z na­pi­sem “By­fuch”… ―> …ma­syw­ną szkla­ną chłod­nią-wi­tryn­ką z na­pi­sem “By­FaUch”

Zachowane wspomnienia i, z racji codziennych zakupów ― lady te stały także w sklepach spożywczych i garmażeriach ― częste obcowanie z rzeczonymi urządzeniami chłodniczymi, utrwaliły mi widoczny na nich napis ByFaUch.

Byfuch, podejrzewam, to już chyba czasy współczesne.

 

…Ostat­nim, ósmym wa­go­nem był ten z trasy bia­ło­wie­skiejcar­ski, plu­szo­wy, mo­sięż­no ma­ho­nio­wy! ―> Ostat­nim, ósmym wa­go­nem był ten z trasy bia­ło­wie­skiej – car­ski, plu­szo­wy, mo­sięż­no-ma­ho­nio­wy!

Zbędny wielokropek na początku zdania.

 

We­wnątrz fa­lo­wa­ło niby dym tru­pio­zie­lo­ne świa­tło… ―> We­wnątrz fa­lo­wa­ło niby dym tru­pio­ zie­lo­ne świa­tło

 

pod półką z ubi­tym wie­prz­kiem. ―> Wcześniej napisałeś: …waliłem na wąziutkim podwórzu maciorę w łeb siekierą… –> To wieprzka był ubił, czy raczej maciorę?

 

z in­ne­go świa­ta, dłuk, dłuuk… Dłuk dłu­uuk… Dłu­uuuuk….. ―> Zbędne dwie kropki po wielokropku. Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Po wielokropku nie stawia się kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dziękuję, oczywiście ponanoszę. A ten chłopak z połówką świniaka w plecaku i torbie w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r, czyli w momencie ogłoszenia stanu wojennego, to byłem jak się domyślasz – ja. Lokalna wojna nie zmieniła się w w opku w III światową – bo bohater – ten rzecz jasna wymyślony – jednak zdążył złożyć ofiarę.

Hmmm… że trzeba będzie pomóc w świniobiciu i przeróbce zwierzaka na rąbankę – każdy wiedział w rodzinie, ale nikt nie spodziewał się, że aż tak;). Okazało się, niestety, już na miejscu. 70 kg dobrze rozplanowane to nic takiego na krótkich dystansach. Prawie 40 kg na plecach w bazówce (wkładane na grzbiet pochwytem od przodu, rwaniem przez głowę – turyści górscy dobrze to znają. 30 kg w ciągniętej torbie turystycznej z przyszytymi w domu chałupniczo kółeczkami (po podpatrzeniu patentu za granicą – torba rozpadła się u samego kresu podróży – kółeczka na śniegu diabli wzięli a rączki się urwały, na szczęście już pod samym domem) – też dało radę. Więc można za każdym razem przejść nawet spory kawałek. Spoko, w młodości byłem dość silny, jak na swój wiek. ;).

Owszem – z tym Łukowem to możliwe. Choć faktycznie czystym przypadkiem. Kurczaków pomrożonych, wagowo miało być, wraz z nabiałem: maslem, jajami, jakimiś warzywami itd wstępnie znacznie więcej niż tego świniaka – w maluszku naprawdę ojciec miał co wieźć. Jako anegdotkę zapodam tylko na koniec, że znajomi z B-ży przewidywali zawczasu, że będzie dla mnie, na oko, góra 55-60 kg mięsa, ale czy się po prostu pomylili, czy przez ostatnie dwa miesiące nieszczęsny świniak nadspodziewanie dobrze wyrósł… Co okazało się dopiero podczas finalnego ważenia rąbanki. Ledwo kasy mi wystarczyło.

Z tym wczesniejszym dorastaniem masz rację, lecz tylko czesciowo. W 1981 po kilku listopadowych i grudniowych mrożnych nocach, spędzonych w całości, od 9 wieczór do 7 rano wraz z ojcem na warcie przed osiedlowym samem, w oczekiwaniu na jakieś ochłapy, bo naprawdę nie było co dać dziecku, już pal licho my, jakoś tak szybko się dorastało. Byt określał świadomość, aż dudniło;)…

Z Przemykiem masz rację. Zmyliło mnie, bo był wtedy nadal licealistą.

Pozdrawiam serdecznie

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Bardzo proszę, Rrybaku. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Owszem, domyśliłam się wątków autobiograficznych. No i zdaje mi się, że pewnie mógłbyś napisać jeszcze niejedno opowiadanie, posiłkując się doświadczeniami z własnej przeszłości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

pewnie mógłbyś napisać jeszcze niejedno opowiadanie, posiłkując się doświadczeniami z własnej przeszłości. ;)

A o czym napisze obecne? O Paradach Równości? O łapaniu pokemonów??

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Oj tak, Reg. Niestety. Ale to było dpecyficzne. Nawet ten carski wagon był prawdziwy, choć w innej podróży z Bży, no i rzecz jasna – bez upiornej zawartości, bo ten akurat wątek, zamachu, to czysta fikcja. Staruchu, kolejne opko już czeka na 1 grudnia. Polska alternatywna dziś, absurd ze zgrozą po równo. Raczej się nie zawiedziesz:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

A o czym napisze obecne? O Paradach Równości? O łapaniu pokemonów??

A i niechby, Staruchu. Jeśli tylko napisze zajmująco…

 

A Ty, Rrybaku, jeśli braknie Ci wspomnień, wspieraj się fikcją.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie braknie, ale rzadko to robię. Carski wagon to raczej wyjątek niż reguła:)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Stacja PKP w Hajnówce, gdziem dotarł po podróży godzinnej z Białowieży, pociągiem zalodzonym, ośnieżonym, sapiącym parą, bo tym razem czarny smoliście parowóz podczepili.

Sprawdziłeś to, czy w tych latach używano tam jeszcze parowozów? Na wąskotorówce wycofali je w 1976, nie wiem jak na linii normalnej.

Chwilę nawet przysiadłem na jednym z siedzisk, ale poczułem się nagle wręcz brutalnie nie na miejscu i szybko wróciłem do siebie.

Fałszywa nutka w brzmieniu tego zdania.

Tym bardziej, że nowy dworzec

Bez przecinka

Nie skończyłem nawet, kiedy ona podniosła powieki znad tęczówek błękitnych jak lapis-lazuli

Lapis-lazuli ma barwę intensywną, mocno nasyconą, nie bardzo pasuje do błękitu ani do tęczówek. Nie potrafię sobie wyobrazić tęczówek w takim odcieniu… chyba że to fantasy.

przebrany za kolejarza bojowiec od petersburskich terrorystów

Słowo zdaje się współczesne, nie pasuje do tamtej epoki.

 

O, Rybaku, Rybaku, co tu mam z Tobą zrobić?

Dobrze napisane od strony językowej. Opisy dawnej Białowieży, carskiego pociągu, świniobicia wierne i obrazowe, choć mam tu pewne zastrzeżenia. Troszkę nazbyt poetyckie miejscami. Odniosłem wrażanie jakbyś się popisywał, szczególnie na początku. Chociażby pierwsze zdanie:

Grudniowa noc to była. Konkretnie pierwsza dwadzieścia, już w niedzielę. Stacja PKP w Hajnówce, gdziem dotarł po podróży godzinnej z Białowieży, pociągiem zalodzonym, ośnieżonym, sapiącym parą, bo tym razem czarny smoliście parowóz podczepili.

Masz tutaj i formę „gdziem” oraz szyk przestawny, czyli tekst archaizowany, ale ta stylizacja w dalszej części znika.

 

Opis świniobicia. Z jednej strony oddane bardzo wiernie, i naprawdę czułem zapach tej kaszanki i wędlin, narobiłeś mi apetytu, z drugiej, znając Cię już trochę z Twej poprzedniej inkarnacji, odniosłem nieodparte wrażenie, jakobyś ubliżał naszym forumowym wegetarianom.

 

Inny mało wiarygodny element, to zarzynanie maciory przez szesnastolatka, który nigdy wcześniej tego nie robił. No nie kupiłem tego. Pamiętam jak miałem szesnaście lat, to druga klasa liceum. Hmmm… Czy chłopaczek w tym wieku jest w stanie nieść 70-kg bagaż?  I dlaczego akurat maciorę? Szkoda maciory pod nóż, czyż nie większy pożytek będzie z małych prosiąt?

 

Kolejna rzecz, która przeszkadzała mi w lekturze, to zbyt dużo skoków czasowych. Rozumiem czasy stanu wojennego, gdzie dzieje się akcja, rozumiem czasy carskie, do których nawiązuje fabuła, ale po cóż wplatać w to wszystko współczesność? Niewiele ta współczesność wnosi, a tylko czyni zamęt.

A jechałem ten niespełna dwudziestokilometrowy puszczański odcinek trasy tunelem z niebosiężnych, pokrytych bielą świerków, których dziś już nie ma.

Po cóż dawać to już dziś. Skoro przenosisz czytelnika w lata 80-te, to już w nich zostań. Niech te świerki tam jeszcze rosną. Misternie tkasz klimatyczny nastrój, a potem nieopatrznym zdaniem wyrywasz czytelnika z przeszłości, i musisz zaczynać od nowa.

Albo tutaj:

u progu nowego tysiąclecia grupka biznesmenów ze stolicy zrobiła luksusową restaurację i minihotel

Zbędne, bez wpływu na fabułę, mąci czasoprzestrzeń, zabija klimat.

 

Następna kwestia to zbytnie przegadanie miejscami. Przyznam, że w środkowej części opowiadanie mnie nużyło. Opisywanie dworców w Białowieży i w Hajnówce, który jak się nazywał, jaka była jego historia. Gdzie i na jaki pociąg się bohater przesiadał. Za dużo tego podałeś. Fajnie, że dbasz o szczegóły, że masz wiedzę na ten temat, ale znowu, tracisz momentum na popisywanie się, a w tym czasie akcja leży i niczym ta maciora kwiczy. Podobnie jak wszystkie okołofabularne wyjaśnienia z historii carskiej Rosji i czasów późniejszych. Lepiej by to wchodziło w postaci dialogów, lub wynikało z akcji, niż jako bajdurzenie głównego bohatera.

 

Budowanie napięcia. Początkowo zerowe. Później, w czasie tej drugiej podróży, pojawia się pewien niepokój, ale wciąż za mało, za słabo.

 

Pomarudziłem Ci, pokręciłem nosem, to na koniec dam Ci tę piątkę, Rybaku. Bo jakbym nie narzekał, to jednak kawał dobrego tekstu. Zakończenie dobre. Być może zrobiłoby na mnie większe wrażenie, gdybym nie spoilery w komentarzach, na które nieopatrznie zerknąłem.

 

Na koniec jeszcze pochwalę Cię za wspomnienie Radunicy, czyli naszych Dziadów Jesiennych. Moja słowiańska dusza kiwa głową z uznaniem.

 

Ocena: 5/6

 

Chro – dzieki za wnikliwą ocenę. Z częścią Twoich uwag się jak najbardziej zgadzam, z częścią nie ;), ale w sposob rzeczowy i uzasadniony. I już na te ostatnie odpowiadam

 

W latach 80. czasami jeżdził tam parowóz. Rzadko bo rzadko, ale jeżdził., poza tym ten kawalek zelektryfikowany nie był do końca – i ciągnęły tam składy spalinowozy (Bielsk podlaski – Białowieża Pałac.

Lapis lazuli ma różne odcienie, zależnie od punktu wydobycia. Intensywnego błekitu, szarego błękitu też. Nie tylko lazuru mocnego.

Terroryści? Już w latach 70 używane slowo. Opowieść bufetowej jest przez nią tkana w latach 80.

 

Chro, gwoli wyjaśnienia raz na zawsze właściwego znaczenia terminów: Ja do wegetarian, w tym forumowych, nic nie mam, nawet ich nie kojarzę, więc na Boga – skąd Twój zarzut??? Nie mylmy tolerancji z afirmacją! To są dwa kompletnie różne znaczeniowo pojęcia! Jako człowiek świadomy znaczenia pojęć oraz wolny, NIGDY nie dam sobie, zwłaszcza w twórczości i osobistych poglądach, wmusić pojęcia tolerancji sfałszowanego i przerabianego od pewnego czasu przez wielu polityków biczem politpoprawności na afirmację! I

Wolność wegetarian, jak i innych mniejszości (ale i większości!) kończy się dla mnie dokładnie tam, gdzie zaczyna się moja niezbywalna wolność! ;). Ja im rzucać ich diety nie każę, nie nawracam ich, nie krytykuję, nawet sam kiedyś próbowałem przejść na jaroszostwo, lecz nie wyszło, organizm się zbuntował. Więc w żadnym wypadku nie oceniam ani nie krytykuję, tym bardziej nie żartuję z wegetqrian – prawo do wyboru diety to ich niezbywalne prawo i je szanuję. Podchodzę bowiem do tego normalnie, nie ideologicznie.

Ale moje prawa – prawa świadomego mięsożercy – są w związku z tym identyczne! I żadnej poprawności politycznej w związku z tym dla mojej wolności wypowiedzi, tym bardziej wchodzącej w ideolo, nie przewiduję!:). I na tym koniec wyjaśnienia, mam nadzieję, że czujesz się nim usatysfakcjonowany :). Bo nie zamierzam do niego wracać.

 

Jak napisałem powyżej – osobiście tę świnię z musu ubiłem, w wieku 16 lat i pięciu miesięcy! Więc nie musisz wierzyć, to fakt historyczny.

Podobnie jak osobiście toto przeniosłem do pociągu, podczas przesiadki i z pociągu do taksowki w wawie. Powyżej napisałem – jak. Ale wtedy – młodzian 181 cm wzrostu i 90 kilo wagi, głównie mięśni, chodziłem po górach na tygodniowe rajdy, z trawersowaniem calych pasm gorskich, z bazówką na plecach o wadze ponad 30 kilo, więc to nie było dla mnie nic takiego. Nawet dziś 40 kilowy plecak też bym dał radę i wrzucić na plecy, i wnieść na Połoninę Wetlińską, choć na Babią Górę pewnie już nie. W tym roku latem – tak przenosiłem książki… Aż się zdziwilem, gdy połozyłem je na wadze w tym plecaku (dokladnie w tym samym stelazowym polsporcie, w którym tachalem 38 lat temu tę nieszczęsną rąbankę – jak się dba, to się ma! :)

Pojawienie się w opku przerzutów w przyszłość – równoważy przerzuty w przeszłość. Niejako poszerza narrację. Świadomy wybór. Nie zmienię ani slowa !:

Resztę ponanoszę.

Bardzo dziękuję za piąteczkę :)

pozdr.)

 

 

 

 

 

 

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Terroryści? Już w latach 70 używane slowo.

Ale piszesz to w zestawieniu z XIX-wiecznymi bojarami. Do tamtej epoki nie pasuje. 

osobiście tę świnię z musu ubiłem, w wieku 16 lat i pięciu miesięcy! Więc nie musisz wierzyć, to fakt historyczny.

Wierzę na słowo.

Ja do wegetarian nic nie mam, ale na Boga – nie mylmy tolerancji z afirmacją ;P Ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mięsożerców! ;)

Gdybym Cię nie znał, to pewnie nawet nie zwróciłbym na ten fragment uwagi, ale że znam, to skojarzenia przychodzą takie, a nie inne. Absolutnie nie oczekuję, byś ten fragment modyfikował. Ot, dzielę się tylko osobistymi wrażeniami z lektury. 

Reg, Chro, ponanosiłem korektę. Dziękuję i pozdrawiam. ps. Niech będzie, zmieniłem dla Was wiek młodzieńca na 17 lat, ale więcej ani miesiąca nie dodam!;)

p.s. Chro, w XIX wieku bojarów w Rosji już nie było. Była nowoczesna tabela rang.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Bardzo to miło z Twojej strony, Rrybaku. ;)

Siedemnastoletni młodzieniec bardzo zmężniał i zdaje się być silniejszy. ;)

 

edycja

Co też ja powypisywałam! Wszystko odwołuję – Rrybaku, poprawki nanosimy po ogłoszeniu wyników konkursu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za późno :((((

Choć to naprawdę korektorskie tylko…

 

Ale może nie zauważą? – powiedział załamany Klapaucjusz

Albo w drodze łaski darują… 8/

Organizatorzy – potraktujcie te wymienione powyżej korektorskie sugestie Chro i Reg (inne ich sugestie – nieliczne zresztą – przywróciłem gdzie mogłem do stanu sprzed) – naniesione niebacznie i bez premedytacji przeze mnie, jako NIEBYŁE. Znaczy – nie zauważajcie ich dla potrzeb konkursu, ok?

please!

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rrybaku, pozostaje Ci wierzyć i mieć nadzieję…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chro, w XIX wieku bojarów w Rosji już nie było. Była nowoczesna tabela rang.

W takim razie autokoryguję. Chodziło mi o wspomnianego bojowca, a nie bojara.

 

 

Chro, nie masz racji. Opisywany w opku zamach był w roku 1914. A oto urywek pism Lenina dokładnie z roku 1917 (czyli z tych mniej więcej czasów:

“Musimy wzmóc siłę terroru… rozstrzeliwać i wywozić… zapoczątkować bezlitosny, masowy terror przeciw kułakom, popom i białogwardzistom”.

Jak widzisz – czerwony terror był matką wszystkich późniejszych terrorów ;). I nazwanie zamachowców z roku 1914 terrorystami było jak najbardziej na czasie i zgodne z realiami epoki.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku, przytoczone cytaty mówią o “terrorze”, a nie “terrorystach”.

Samo słowo “terror” pochodzi z łaciny, więc pewnie sięga czasów antycznych, i tego słowa nie kwestionuję. Nie pasowało mi jednak słowo “terroryści” w znaczeniu współczesnym.

 

Termin “terroryzm” na ten przykład pojawił się dopiero po Rewolucji Francuskiej, i to w znaczeniu innym niż współczesne. O wydźwięku pozytywnym, odnosiło się do określenia rządu opartego na terrorze, wprowadzonego we Francji w XVIII wieku przez Robespierre’a.

Później stopniowo ewoluowało, osiągając współczesne znaczenie dopiero w XX wieku.

Czy do czasów cara Mikołaja zdołało już nabrać współczesnego znaczenia? Czy to znaczenie zdołało przeniknąć do Rosji? Nie wiem. Nie pasowało mi, więc zwróciłem na to uwagę. Mogłem się mylić. 

A ja drążę, bo sam się zastanowiłem, czy aby nie przestrzeliłem. Jednak nie, sygnaturkę mogę pozostawić! ;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

odniosłem nieodparte wrażenie, jakobyś ubliżał naszym forumowym wegetarianom.

Tak jest!! A każde opko z samcem w roli głównej ubliża forumowym feministkom, a heteromiłość – forunowym zwolenni/kom/czkom LGBT!!!

Nie przesadziłeś aby z lekka, Chrościsko ;)?

A co do terroryzmu – wydawało mi się, że to słowo juz wtedy było w użyciu. Chyba się nie myliłem – https://www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=6&ved=2ahUKEwjZ2aS2mPnlAhXDEVAKHQ1QD8EQFjAFegQIChAC&url=https%3A%2F%2Frepozytorium.uwb.edu.pl%2Fjspui%2Fbitstream%2F11320%2F4412%2F1%2FStudia_Podlaskie_23_Zackiewicz.pdf&usg=AOvVaw1ol4I8CB9wHuLdhXQvUB3o 

(acz przeczytałem tylko fragment)

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Sta­ru­chu, Chro chyba tak za­żar­to­wał, bo nie wy­obra­żam sobie, żeby coś aż tak ab­sur­dal­ne­go mogło być na po­waż­nie. W końcu, piąteczkę wystawił? Wystawił. :)

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Nie przesadziłeś aby z lekka, Chrościsko ;)?

Co ja zrobię, że takie mam skojarzenia. Po prostu widzę Rybaka z szelmowskim uśmiechem, kręcącego maszynką do mięsa tuż przed oczami wilka_zimowego, a za plecami tegoż Wiktoria oblizuje się ze smakiem. <ulubiona emotka Baila>

 

Staruchu, co do przytoczonego przez Ciebie fragmentu, to jest to publikacja z 2014 roku, więc stosuje terminologię współczesną. Nie oznacza więc, że w tamtych czasach używano dokładnie takich słów.

Choć po zgłębieniu tematu, przyznaję, że prawdopodobnie macie rację. Jednak by to jednoznacznie rozsądzić, trzeba by znaleźć źródło z tamtych czasów, gdzie to słowo zostało użyte. Nie zapominając przy tym, że terrorysta to słowo pochodne od terroryzmu, a więc powstałe jeszcze później.

Chro, żeby definitywnie zakończyć ten ewidentny jak dla mnie temat: Dwa nazwiska jeszcze XIX wiecznych anarchistów, piszących o aktach terrorystycznych, rozumianych po dzisiejszemu, wprost i tak je w swoich dziełach nazywających (zamachy i akty terroru): Bakunin i Kropotkin. Znasz? Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Rybaku, ale wiesz, że trudno zakończyć definitywnie temat, kiedy w ostatnim zdaniu stawiasz pytajnik ;)

 

Wow, świetny tekst, rybaku. Znalazłam tutaj chyba wszystko, co w literaturze lubię znajdować – klimat, który z miejsca mnie porywa i przenosi w miejsce akcji, prawdę – nie historyczną czy biograficzną tylko takie spojrzenie, taki kawałek świata, który potrafię poczuć i w niego uwierzyć, emocje, które doskonale dźwięczą – ten niepokój i tą nostalgię, piękne zdania, malowanie słowem cudownych detali, angażowanie zmysłów (jak mi było przytulnie w tym carskim wagonie!).

Ja bym to widziała z piórkiem i widziałabym to na papierze.

Bardzo się cieszę, Werweno. Twoja recenzja ucieszyła mnie nadzwyczaj. Tak właśnie chciałem to wszystko przekazać. Pozdrawiam :)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

 

Dołączam się do zachwytów nad opisami. Rzeczywiście natychmiast przenoszą w świat opowieści i to zarówno ten stanowojenny, jak i końca epoki carów. Nie jestem jednak pewien czy pochwała opisów przenosi się także na ocenę klimatu opowiadania, bo jest ono bądź co bądź oznaczone jako horror, a wystraszony nim się nie poczułem ;) Choć rzeczywiście wizja wznoszących toasty widmowych oficerów budzi leciutki niepokój.

Pojawiło się też kilka zgrzytów, jak np. pomieszanie perspektyw nastolatka z dorosłym narratorem, czy to staropolskie "gdziem", które wydaje się być kompletnie nie na miejscu.

Chrościsko wedle encyklopedii PWNu termin "terroryzm", "terroryści" we współczesnym znaczeniu zaczyna być używany w 1865 na określenie irlandzkich fenian (co jest swoją drogą ciekawe, myślałem, że terroryzm selektywny zaczął tam stosować dopiero Michael Collins, ale widocznie miał w tym poprzedników).

Światowiderze, dzięki za recenzję i uwagi. Archaizmy zamienię po konkursie;). Pozdr.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Fabuła: Bardzo wyraźnie zaznaczony klimat. Czuć tutaj starą szkołę prowadzenia opowieści, historia rozwija się miarowo, jest obfita w detale, ale jednocześnie nimi nie przynudza. Łatwo wtopić się w akcję i pozostać przyklejonym do niej aż do samego końca. Tylko znowu ten sen… Gdyby ktoś miał wątpliwość, że to powtarzalny motyw, to już trzeci tekst w tym konkursie (obok "Tramwaju zwanego Pojednaniem" i "Błogosławionych…"), w którym bohater tłumaczy nietypowe zjawiska snem/śmiercią, po czym to wytłumaczenie jest zanegowane pojawiającym się nagle przedmiotem/wydarzeniem związanym z wizją.

Oryginalność: Co prawda różnego rodzaju środki transportu-widma to dość wyeksploatowany temat, lecz lokalne realia oddane z wiernością nadają tekstowi indywidualnego charakteru, pomysł na zwiastowanie wojen również ciekawy.

Styl: Wysublimowany, plastyczne opisy, narracja płynnie przeplata się z rosyjskimi wstawkami i regionalizmami w dialogach. Szczególnie dobre były fragmenty opisujące podróż pociągu przez zaśnieżoną Puszczę Białowieską. Z technikaliów – czasami brakowało przecinków przy wymienianiu przymiotników np.: "śmierdzące[+,] niedomykające się toalety"

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki:). A wiesz, że kiedy jechałem tym pociągiem 13 grudnia, też był absolutnie pusty i też nie wiedziałem, co o tym myśleć i czy na pewno jeszcze żyję?;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Piękna opowieść. Bardzo klimatyczna, wciągająca do stopnia, że nawet nie przewróciłam oczami, gdy pojawił się wagon-widmo (tak, robię to, gdy pojawia się element tego typu – bo wtedy wiadomo, co będzie osią fabuły i mam wrażenie, że zabraknie mi zaskoczenia). Kompletnie mnie nie obchodzi, ile może udźwignąć młody chłopak, ani co do której epoki pasuje czy nie pasuje, mnie tutaj pasuje wszystko.

Nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś, ale nawet nie tyle zobaczyłam carski wagon, co w nim siedziałam. Niesamowite. Jestem pod ogromnym wrażeniem Twoich umiejętności. Jestem absolutnie zachwycona.

 

Fajne :)

 

Jakie to miłe:). Zaraz tam umiejętności… Zwykły realizm magiczny. Gatunek zobowiązuje;). Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za klika ale przede wszystkim za lekturę:).

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Często pociągami jeżdżę i teraz przez Ciebie będę się bała!

Mocne, dobre i klimatyczne, włosy na karku dęba stają.

Zostaw ten żyrandol.

Verus, jeśli aż tak, to cel osiągnięty;). Teraz spróbuję z piórkiem;D

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Należy pochwalić autora również za arcybogate słownictwo. W pierwszej chwili, czytając opisy jazdy pociągiem, miałem przed oczami “Sanatorium pod Klepsydrą”. Powiem więcej: nie wierzę, że opowiadanie zostało napisane zaledwie w dwie i pół godziny. ;-)  

Macieju, dziękuję za pochwałę:). Tak, w dwie i pół, może niecałe trzy. Ale ja tak mam: nigdy nie piszę regularnie. Natchnienie– i raptem pojawia mi się w głowie cały szkielet opka i wystarczy weń wpisać zarys akcji itd. Dopiero potem zaczyna się prawdziwa robota: Uzupełnianie brakujących myśli w tekście, wycinka przegadanych kawałków i moja zmora: Likwidacja powtórzeń!:). I ten etap cyzelowania potrafi potrwać w sumie nawet kilkanaście godzin. Przy opku rozmiarów Wagonu. Pononasów napisałem np w dwie godziny, poprawki zajęły niewiele więcej, ale to był ewenement jak na mnie. Opko w NF (plan basior)za to to już były tygodnie researchu, miesiące przeróbek i skrótów. Tak że ten, możesz zawierzyć, bo ja parę dekad z pisania żyłem, i to nieźle, zawodowo. Dziennie 4-5 tekstów nawet, po kilka-kilkanaście nawet tys. znaków, i tak dzień w dzień. To się i wprawiłem. ;). Zresztą, 1 grudna wrzucę kolejny tekst, całkowicie różny. Też z natchnienia, ale tam w ogóle nie tworzyłem go jak poezji;). Bo tak, przyznaję, Carski Wagon to tekst świadomie poetycki. Zawierający masęvukrytej symboliki i nawiązań kulturowych a nawet religijnych. Zwróciłeś uwagę jakie rytualne elementy żywności bohater niesie potępionym duszom na ofiarę? Ziarno i krew, mak, chleb i jaja. Archetypy. Nawet budowę kadencji zdań i ich rytm temu podporządkowałem:). Ot, taki mój prywatny hołd dla świata, który mnie ukształtował, a który już prawie cały odszedł. Zaś jego resztę nie tak dawno z głupoty zabito. Pozdrawiam

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Dzięki za wyjaśnienie! :)

 

No i widzisz, tak to jest, jak stosuje się nicki, zwane niekiedy też ksywami. Nie wiadomo, who is who tu na “NF” (to znaczy niektórzy wiedzą oczywiście wszystko, ci nieliczni; ja do nich nie należę). Jeśli wolno spytać, byłeś dziennikarzem? 

 

To bardzo piękna i szczera wypowiedź:

Bo tak, przyznaję, Carski Wagon to tekst świadomie poetycki. Nawet budowę kadencji zdań i ich rytm temu podporządkowałem:). Ot, taki mój prywatny hołd dla świata, który mnie ukształtował, a który już prawie cały odszedł.

Z niecierpliwością czekam więc na kolejne teksty Twego autorstwa. 

Pozdrawiam!

Spytać wolno;)

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

No to może spytam, ale to już raczej na private

Forma tekstu nie w moich klimatach – to muszę szczerze wyznać na początku. Jednak były tu fragmenty, które mnie bardzo zainteresowały. Historia zamachu oraz powiązanych z nim wątków zaprezentowana została przejrzyście, zarazem w ładnie stylizowany sposób. Podobnie końcowy etap podróży i ostatnią rozmowę z rozważaniami. Te fragmenty mnie bardzo zainteresowały.

Język też na pochwałę zasługuje. Ładnie stylizowany, zrozumiały, tworzący odpowiedni klimat.

Tak więc, choć koncert fajerwerków nie ma formy należącej do mych ulubionych, znalazłem tu coś dla siebie :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – jest. 

Zacznę od tego, co mnie lekko denerwowało – miejscami nagromadzenie przymiotników oraz fragmenty naszpikowane zdrobnieniami. Nie do końca wiem, czy łapię, co chciałeś tym osiągnąć – podejrzewam, że ocieram się o zrozumienie, ale irytacja mi je skutecznie utrudnia. 

Poza tym opowiadanie jest szalenie klimatyczne. I generalnie ładnie napisane – czułam się, jakbym to wszystko widziała na własne oczy. 

I chociaż pomysł na pojazd widmo i swego rodzaju przepowiednię nie jest wybitnie oryginalny, to lubię takie połączenia i nawiązania. Zwłaszcza że, jak już wspomniałam, napisane jest to ładnie i wciągająco. Plus osobiście lubię ten motyw swoistej przepowiedni, jaki tu zastosowałeś. I to zaskoczenie na koniec. Długo się zastanawiałam, co tym razem pojawienie się wagonu może zwiastować, ale nie zgadłam – punkt dla Ciebie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

NWManie: cieszę się:)

 

Śniąca – sama odpowiedziałaś sobie na swoje pytanie – po co tyle przymiotników i zdrobnień, tym oto zdaniem: “Czułam się, jakbym to wszystko widziała na własne oczy”.

No właśnie :). Właśnie dokładnie po to!

p.s. przy czym w całym długim tekście tych zdrobnień było może 8-12 (zacząłem nawet je liczyć, ale mnie to pod koniec znudziło ;)

pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Niby tak, ale w trakcie czytania biły mnie te przymiotniki po oczach.

A zdrobnienia… Mam do nich awersję, więc może też dlatego mi się w oczy rzucały i kłuły, zwłaszcza że nie umiałam dla nich znaleźć uzasadnienia. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wracam z jurorskim komentarzem:

 

Piękne. Chyba najmocniejszą dla mnie stroną tego opowiadania jest lokalny klimat miejsc i czasów– i ten z zimy '81, i ten carski, przebijający w tle. To i nastrój uzyskany dzięki językowej maestrii buduje ten tekst i sprawia, że fabuła, w sumie dość przecież pretekstowa i dająca się sprowadzić do "Zrób duchom Dziady, a przeżyjesz" robi takie duże wrażenie. Językowo i klimatycznie – naprawdę bardzo udany tekst. (I, ojej, ja pamiętam te zasłonki w PKP, i tamtą zimę: w grudniu '81 przeprowadzaliśmy się ze Śląska na małopolską wieś, pociągiem oczywiście).

Cześć,

 

Bardzo dobre opowiadanie, głównie ze względu na scenę, na jakiej jest zagrane. Jestem ciut za młody (za mało stary?), żeby pamiętać ‘81, ale mimo to, Twoja scenografia budzi moje wspomienia z czasów komuny, echa tego dziadostwa, kupowania świniaków gdzieś z Kaszub, śmierdzących pociągów, pustych, szarych miejsc i ludzi. Bardzo fajnie wpasowuje się w to Białowieża i Hajnówka, odwiedzam czasem te rejony, carskie piętno wciąż gdzieś tam się miejscami przebija. 

Podziwiam takie pisanie. Zwracasz uwagę na szczegóły, zatrzymujesz się na detalach, no cymesik. 

Świetna praca, ale chyba byłaby znacznie lepsza bez wątku fantastycznego. 

Dziękuję i pozdrawiam!

 

Bardzo podobał mi się klimat, który stworzyłeś – zima, noc, Hajnówka i PRL – pewnie dlatego, że to moja młodość (Hajnówkę na Ustroń tylko zamienić). Ale nie tylko, cała scena zamachu na cara jest równie świetna, tym bardziej, że najwyraźniej wymyślona na potrzeby opowiadania. 

Od Hajnówki, do Warszawy nieśpiesznie, acz nadal klimatycznie prowadzisz mnie, całkiem muszę przyznać nieświadomego, do zakończenia, które powinno być oczywiste, a nie było. Wyjątkowo smakowite okazało się wyjaśnienie pustych peronów na mijanych stacjach. Końcowy twist, taki tradycyjny, ale całkiem do kupienia.

Krótko mówiąc, przeczytałem z przyjemnością.

 

Dzięi:). W wymyślaniu scen zamachu mam już wprawę. W Planie Basior (nf 9/2019) wymyśliłem już sceny zamachu na hitlera, stalina, churchilla, roseevelta,.. O, tam to dopiero było trudno ułożyć porządny zamach, zwłaszcza w Moskwie na stslina;). Ale się udało, po analizie map i zdjęć historycznych. Na cara to przy tym łatwizna ;). Pozdrawiam

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Z racji, że uwielbiam horrory i właśnie szukałem sobie jakiegoś na noc, trafiłem na Carski wagon i muszę przyznać, że opowiadanie bardzo mnie wciągnęło. Nade mną jest tak wiele komentarzy, że zapewne będę powtarzał innych, że Twój tekst jest bardzo klimatyczny i na swój sposób mroczny. Napisany rewelacyjnie – chciałbym tak umieć!

Akcja toczy się bardzo powoli, ale w tym przypadku wychodzi to bardzo dobrze. Powolne tempo stopniowo buduje ten klimat. 

Podobał mi się moment, kiedy bohater przechadza się po wagonach i nagle ktoś woła: “Gaspada! Jeszczio raz?!” ;p 

Zakończenie również na plus. Tak coś czułem, że jeszcze moneta się pojawi. 

Podsumowując – tekst zapadnie w pamięć. A zwłaszcza jak kiedyś będę miał okazję przejechać się nocą pociągiem i okaże się, że wagony są puste, a jedynym mięsem jakie mam, to ja sam. 

Pozdrawiam!

Horror? No, może w dwóch akapitach. Ale poza tym Count horroru nie uświadczył.

Przede wszystkim rzuca się w oczy niechlujne formatowanie – niewyjustowany środek, o którym dawno temu wspominał Staruch, ale widać nie masz czasu poprawić, gwiazdki wciśnięte między zdania, wreszcie długie akapity.

Stąd – czyta się średnio komfortowo.

Jeśli chodzi o treść jest już lepiej. Fajnie naszkicowałeś Polskę tamtego okresu, przedstawiłeś bohatera i jego rodzinę, realia… Opowieść o wagonie wpleciona trochę bez gracji, w charakterze infodumpa. Ale trudno byłoby to zrobić w inny sposób.

Trochę szkoda, że koniec końców stężenie wagonu w tym opowiadaniu zbyt duże nie było. Wiele miejsca poświęciłeś elementom konstrukcyjnym, budującym nastrój – jak wątek tego świniaka, streszczenie wyprawy po niego, nastroje w domu. Mniej przez to było horrorowego mięcha.

Kulminacja niezbyt emocjonująca – łatwo poszło. Zmówił paciorek, zostawił szamę, po kłopocie. Z tego względu cierpiał również nastrój. Brakowało poczucia zagrożenia.

Sporo narzekam, ale mimo wszystko opowiadanie czytało mi się przyjemnie, szczególnie za sprawą wyśmienitej immersji. Mróz wręcz kąsa…

 

Tyle ode mnie. Na koniec takie zdanie, przed którym zabrakło Ci półpauzy (to wypowiedź).

Pani Nadieżdo, spokojnie. Wagon, taki zwyczajny, tylko stary bardzo, sprzed pierwszej wojny jeszcze.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Count, dzięki. Po prostu zapomniałem.

Ale już wyjustowałem.

Przy cenralnym układzie – wielu akapitów nie było dobrze widać, teraz jest lepiej.

Cieszę się, że się podobało. Owszem, z tym odczuciem zimy tak właśnie miało być:). To właśnie takiej Puszczy już nie ma i nigdy już nie będzie

Pozdrawiam.

 

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Bardzo dobre. Klimatu tyle, że przydałby się jakiś pług do odgarniania. Napisane na wysokim poziomie. 

Nowa Fantastyka